Bad Angel - Anna I Franko - ebook

Bad Angel ebook

Anna I Franko

0,0

Opis

Tym razem naprawdę przegięła…

Roxanne straciła miłość swojego życia, a razem z nią – grunt pod nogami. Ból staje się nie do

zniesienia, a używki nie potrafią go już zagłuszyć. Tylko jeden krok dzieli ją od przepaści.

Kiedy budzi się w apartamencie w Jesolo, nie pamięta, jak się tam znalazła. To, co widzi chwilę

później, przekracza nawet jej seksualne granice.

Poznaje mężczyznę, który pomaga jej zupełnie bezinteresownie, ale czy na pewno? Okazuje się,

że jest szefem znanego gangu motocyklowego. Im głębiej Roxanne wchodzi w ten świat, tym z

większym trudem odróżnia wolność od złotej klatki.

Bad Angel to mroczna, sensualna i bezlitosna psychologicznie historia o kobiecie stojącej na

krawędzi autodestrukcji. Ta opowieść pożre Cię od pierwszej strony, bo nawet główna bohaterka

nie spodziewa się takiej jazdy.

Czy Roxanne będzie na tyle silna, by wyrwać się z uzależnień i odnaleźć swoją bratnią duszę?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 355

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



JEŚLI NIE JESTEŚ GOTOWA NA OSTRĄ JAZ­DĘ – ODŁÓŻ TĘ KSIĄŻ­KĘ

Książ­kę de­dy­ku­ję wszyst­kim ko­bie­tom,

któ­re choć raz w ży­ciu za­po­mnia­ły o so­bie.

Któ­re ko­cha­ły za moc­no. Za­ufa­ły za bar­dzo.

Uwie­rzy­ły, że po­świę­ce­nie jest do­wo­dem mi­ło­ści.

Podziękowania

Dzię­ku­ję Bogu za ży­cio­wą siłę i bez­wa­run­ko­wą mi­łość. Za to, że w naj­trud­niej­szych chwi­lach pro­wa­dził mnie, na­wet gdy dro­ga wy­da­wa­ła się zbyt krę­ta.

Dzię­ku­ję moim czy­tel­nicz­kom za cier­pli­wość, za wia­rę i set­ki wia­do­mo­ści – pi­sa­ły­ście w nich, że cze­ka­cie na ko­lej­ną część. Za­mo­ty­wa­ły­ście mnie, by pójść da­lej – głę­biej, od­waż­niej. Da­ły­ście mi siłę, by mó­wić o rze­czach trud­nych, nie­wy­god­nych, ale praw­dzi­wych i waż­nych.

Po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się rów­nież wszyst­kim moim przy­ja­cio­łom – ze Szwe­cji, z Pol­ski i z naj­dal­szych za­kąt­ków świa­ta. To dzię­ki Wam na­uczy­łam się pod­no­sić po upad­kach. Wa­sze wspar­cie po­zo­sta­nie ze mną na za­wsze.

A te­raz coś waż­ne­go.

Je­śli pod­czas lek­tu­ry po­my­ślisz choć raz: „Ro­xan­ne, dziew­czy­no… co ty wy­pra­wiasz?”, spo­koj­nie. Ja też tak mia­łam, kie­dy two­rzy­łam tę po­stać.

Przy­go­tuj kawę. Albo wino. Albo do­ła­duj ba­te­rie w za­baw­kach. Nie za­po­mnij o chu­s­tecz­kach.

Wie­rzę, że wszyst­ko dzie­je się dla na­sze­go wyż­sze­go do­bra.

Z mi­ło­ściąAnna I Fran­ko

Ostrzeżenie do­ty­czą­ce tre­ści

Ni­niej­szy utwór za­wie­ra tre­ści o cha­rak­te­rze sek­su­al­nym oraz sce­ny na­pa­ści sek­su­al­nej i gwał­tu, a tak­że sce­ny z udzia­łem krwi i prze­mo­cy.

Prolog

Nie obu­dzi­ła się.

Dom pach­niał cy­na­mo­nem. Słod­ki aro­mat po­wo­li wy­ła­niał się z kuch­ni i roz­le­wał na ze­wnątrz. Osia­dał na ba­lu­stra­dzie, na drew­nia­nej pod­ło­dze, na jej wło­sach. Jesz­cze chwi­lę wcze­śniej w po­wie­trzu uno­si­ła się ży­wicz­na woń so­sny. Te­raz zo­stał tyl­ko przy­jem­ny, cie­pły cy­na­mon.

Nikt nie za­uwa­żył, że prze­sta­ła od­dy­chać.

Dzie­ci bie­ga­ły po ogro­dzie, ich śmiech był za­raź­li­wy. Wiatr po­ru­szył fi­ran­ką w otwar­tych drzwiach ta­ra­so­wych.

Sie­dzia­ła na bu­ja­nym fo­te­lu. Spo­koj­na. Ci­cha. Twarz mia­ła zwró­co­ną ku słoń­cu, jak co rano, gdy wszyst­ko bu­dzi­ło się do ży­cia. Jej oczy były za­mknię­te.

Tego dnia jesz­cze nie wie­dzia­ła, że ostat­ni raz wi­dzi jego ple­cy.

Od­wró­co­ny do niej ty­łem stał w ogro­dzie i we­so­ło roz­ma­wiał z kimś przez te­le­fon. Nie pa­trzył w jej stro­nę. Nie mógł wie­dzieć, że ode­szła.

Bu­ja­ny fo­tel jesz­cze przez ja­kiś czas ko­ły­sał się po­wo­li, lek­ko, aż w koń­cu sta­nął w miej­scu.

„Czas na fikę, ko­cha­nie” – krzyk­nął do niej ra­do­śnie.

Cy­na­mo­no­wy za­pach snuł się w po­wie­trzu.

To był naj­cie­plej­szy dzień tego lata.

I nikt nie za­uwa­żył, że prze­sta­ła od­dy­chać…

I

Piip… piip… piip – w mo­ich uszach roz­brzmie­wał jed­no­staj­ny dźwięk, ale to nie on mnie obu­dził, tyl­ko gę­sty jak smo­ła za­pach.

„Zno­wu za­chla­łam?”

Le­ża­łam bez ru­chu, ni­czym spa­ra­li­żo­wa­na. W mo­ich noz­drzach za­to­pił się ole­isty dym, któ­ry na­stęp­nie osiadł gdzieś w tyl­nej czę­ści gar­dła. W ustach wy­czu­łam me­ta­licz­ny po­smak. Lo­do­wa­ty chłód prze­szy­wał cia­ło. Świa­do­mość wra­ca­ła po­wo­li. Każ­dy od­dech przy­no­sił falę bólu, któ­ra roz­cho­dzi­ła się pod skó­rą z bez­li­to­sną re­gu­lar­no­ścią. Pa­nicz­nie ba­łam się tego, co zo­ba­czę, kie­dy otwo­rzę oczy. Moje po­wie­ki były cięż­kie, jak­by zwią­za­ne nie­wi­dzial­ną ni­cią. Wresz­cie świat za­czął wy­nu­rzać się nie­pew­nie z mro­ku.

„Gdzie ja je­stem?”

Szu­ka­łam go­rącz­ko­wo ja­kie­go­kol­wiek punk­tu od­nie­sie­nia. Pa­mięć była kom­plet­nie pu­sta, wszyst­ko wo­kół wy­da­wa­ło się bez­i­mien­nym kosz­ma­rem, któ­ry nie miał po­cząt­ku ani koń­ca.

Wi­dzia­łam nad sobą su­fit – su­ro­wy, ciem­ny. Ro­zej­rza­łam się. Nic nie roz­po­zna­wa­łam. W uszach grzmia­ło ostre, bez­względ­ne „piip… piip… piip”. Spoj­rza­łam w bok. Mo­ni­tor i zim­ny po­łysk apa­ra­tu­ry.

– Cho­le­ra – za­klę­łam, czu­jąc nie­przy­jem­ne kłu­cie w dło­ni.

„Mam wbi­te we­nflo­ny?”

Na mo­jej klat­ce pier­sio­wej znaj­do­wa­ły się ja­kieś przy­ssaw­ki, coś mie­rzy­ło tęt­no. W czasz­ce pul­so­wał me­cha­nicz­ny, draż­nią­cy dźwięk.

Pod­nio­słam się ostroż­nie. Cia­ło pro­te­sto­wa­ło; naj­mniej­szy ruch wy­ma­gał wy­sił­ku. Wie­dzia­łam na pew­no jed­no: nie le­ża­łam w swo­im łóż­ku.

Szyb­ko wy­rwa­łam we­nflo­ny. Z żyły try­snę­ła krew, bru­dząc bia­łe prze­ście­ra­dło.

– Mat­ko Bo­ska… – wy­chry­pia­łam.

By­łam naga… Zno­wu. Zła­pa­łam się za czo­ło. Pa­nicz­ny dreszcz prze­szedł mi po kar­ku.

Chcia­łam zna­leźć coś, czym mo­gła­bym się za­kryć. Zsu­nę­łam sto­py na mięk­ki dy­wan; wło­sie miło gil­go­ta­ło sto­py. Na fo­te­lu obok le­żał nie­dba­le rzu­co­ny czer­wo­ny, sa­ty­no­wy szla­frok. Się­gnę­łam po nie­go. Śli­ski ma­te­riał prze­su­nął się mię­dzy pal­ca­mi, pach­niał obco. Za­rzu­ci­łam go na ra­mio­na.

Z od­da­li do­bie­gał dźwięk – ryt­micz­ne ude­rze­nia, po­tem ci­sza, po­tem zno­wu ude­rze­nie. Po­sta­no­wi­łam to spraw­dzić. Wy­szłam z po­miesz­cze­nia. Każ­dy krok cią­żył; sto­py od­ma­wia­ły po­słu­szeń­stwa. Przy­trzy­my­wa­łam się chłod­nej ścia­ny, wo­dząc dło­nią po jej gład­kiej fak­tu­rze.

Szłam ciem­nym ko­ry­ta­rzem. Po le­wej stro­nie za­uwa­ży­łam lu­stro. Wiel­kie, cięż­kie, w ra­mie z bo­ga­to rzeź­bio­ne­go zło­ta. Za­trzy­ma­łam się. Uj­rza­łam w nim bla­dą ko­bie­tę z wy­raź­nie za­zna­czo­ną ta­lią pod cien­kim ma­te­ria­łem szla­fro­ka. Usta mia­ła spierzch­nię­te, z ko­lei uło­żo­nym nie­chluj­nie wło­som bra­ko­wa­ło po­ły­sku. Spoj­rza­łam pro­sto w oczy ko­bie­cie w od­bi­ciu. Biał­ka były za­czer­wie­nio­ne jak po no­cach, któ­re chcia­łam wy­ma­zać ze swo­je­go ży­cia. Wes­tchnę­łam le­d­wie sły­szal­nie.

Gło­sy z sa­lo­nu na­gle uci­chły. Po­tem do mo­ich uszu do­biegł śmiech – pi­skli­wy, ko­bie­cy.

Zbli­ży­łam się do wnę­ki, z któ­rej mi­go­ta­ło świa­tło. Zaj­rza­łam do środ­ka. Pa­no­wał tam pół­mrok, gra­ła zbyt dud­nią­ca mu­zy­ka.

Lu­dzie. Ko­bie­ta i męż­czy­zna. Po­ru­sza­li się syn­chro­nicz­nie, jak­by byli w tran­sie. Zbyt bli­sko. Zbyt mięk­ko. Zbyt in­tym­nie. Przy­mknię­te oczy. Dło­nie błą­dzą­ce po skó­rze, bez po­śpie­chu, bez wsty­du. Byli pięk­ni w tym roz­pusz­cze­niu.

Wte­dy go za­uwa­ży­łam. Sie­dział lek­ko od­su­nię­ty ni­czym ktoś, kto ob­ser­wu­je spek­takl, do któ­re­go nie musi się włą­czać.

Nie uczest­ni­czył. Tyl­ko pa­trzył.

Wy­star­czy­ło jed­no spoj­rze­nie. Uła­mek se­kun­dy, że­bym po­czu­ła, jak po­wie­trze wo­kół gęst­nie­je. Jego oczy nio­sły dra­pież­ność – su­ro­wą, pier­wot­ną ener­gię.

Pa­trzył na nich – na ko­bie­tę i męż­czy­znę splą­ta­nych ze sobą. W dło­ni trzy­mał kie­li­szek. Czer­wo­ne wino, są­dząc po ko­lo­rze.

Po chwi­li wstał. Pod­szedł do ko­bie­ty i od­su­nął jej rękę z kar­ku męż­czy­zny, po­dał mu swój tru­nek, po czym ten się wy­co­fał. Na­stęp­nie po­chy­lił się ni­sko. Oparł dłoń na ma­te­ra­cu tuż przy jej twa­rzy. Coś do niej po­wie­dział. Po­czu­łam ten szept na skó­rze.

Nie zro­zu­mia­łam słów, mu­zy­ka za­głu­sza­ła wszyst­ko. Cia­ło ko­bie­ty od­po­wie­dzia­ło na­pię­ciem, wie­dzia­ło le­piej niż ona sama, jak ma się usta­wić. Tkwi­łam w pro­gu, z twa­rzą przy­kle­jo­ną do fu­try­ny, czu­jąc, że wpa­dłam w miej­sce, któ­re ma wła­sne za­sa­dy. I wła­sne­go kró­la.

I wte­dy ten król się­gnął po coś spo­za ka­dru mo­jej wy­obraź­ni. Wszedł nie­zgrab­nie na łóż­ko. Roz­piął roz­po­rek i wy­ce­lo­wał w nią. Stru­mień. Do­słow­nie si­kał na nią. Na jej szy­ję. Na pier­si. Na brzuch. Ko­bie­ta le­ża­ła nie­ru­cho­mo. Ciecz ude­rza­ła o jej skó­rę, spły­wa­ła po prze­ście­ra­dle i ka­pa­ła na pod­ło­gę.

Dziew­czy­na nie krzy­cza­ła. Nie pro­te­sto­wa­ła. Od­dy­cha­ła szyb­ko.

To się jej po­do­ba­ło…

Ska­mie­nia­łam.

Mia­łam wra­że­nie, że wła­śnie ob­ser­wu­ję coś, cze­go ni­g­dy nie po­win­nam wi­dzieć.

[…]

ty­tuł książ­ki: Bad An­gel

au­tor: Anna I Fran­ko

co­py­ri­ght © 2026 Anna I Fran­ko

wy­da­nie I, War­sza­wa 2026

isbn: 978-83-973802-3-3

re­dak­cja: Be­ata Sa­gan

ko­rek­ta: Pau­li­na Zysz­czak zysz­czak.pl

pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych: Iza­be­la Sur­dy­kow­ska-Ju­rek

skład i ła­ma­nie: Ga­briel Wy­glę­dacz stu­dio aka­pit...

Książ­ka jest dzie­łem fik­cji li­te­rac­kiej.

Wszel­kie po­do­bień­stwo do rze­czy­wi­stych osób,

miejsc i wy­da­rzeń jest cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­we.

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Żad­na część tej pu­bli­ka­cji nie może być ko­pio­wa­na,

re­pro­du­ko­wa­na ani roz­po­wszech­nia­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie

bez pi­sem­nej zgo­dy au­tor­ki, z wy­jąt­kiem cy­ta­tów uży­tych

w re­cen­zjach i ma­te­ria­łach pro­mo­cyj­nych.