Alvethor - Pandemia - Magdalena Kałużyńska - ebook + audiobook

Alvethor - Pandemia ebook i audiobook

Magdalena Kałużyńska

3,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Nie ma ucieczki przed ciemnością

Na Ziemi dochodzi do pandemii. Ludzie masowo giną, znikają lub popełniają samobójstwa. Czas się cofa lub toczy równolegle, a do naszej czasoprzestrzeni przedostają się krwiożerczy napastnicy. Ziemia spływa krwią. Aby zatrzymać to zjawisko, kosmiczni obrońcy-rezydenci muszą zrekrutować odpowiednie siły wśród ludzi. Walka trwa.

 

Aczkolwiek sufit jest materią

uciekającego czasu,

błyszczącą na tych ścianach

strumieniami kwasu…

Alvethor. Zapis w Księdze zgromadzenia

 

Magdalena Kałużyńska – autorka horrorów, prowadzi pogadankę radiową o horrorze i tematach pokrewnych. Jej ulubioną odmianą gatunku jest slasher. Pierwsza część serii Alvethor „Białe miejsce” została uhonorowana Nagrodą Polskiej Literatury Grozy im. Stefana Grabińskiego za rok 2014 w kategorii powieść. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 251

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 47 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mateusz WeberMarta Wągrowska

Oceny
3,3 (6 ocen)
2
0
2
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Magdalena Kałużyńska

ALVETHOR PANDEMIA

Copyright © Oficynka & Magdalena Kałużyńska, Gdańsk 2026

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.

Wydanie drugie w języku polskim, Gdańsk 2026

Opracowanie redakcyjne: Joanna Nowak

Opracowanie e-booka: Dariusz Piskulak

Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

Zdjęcia na okładce: © Daniel Rusiłowicz

(wygenerowane przy pomocy AI)

Konsultacja naukowa z dziedziny astrofizyki: Jacek Gałkowski

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

ISBN 978-83-68740-18-9

www.oficynka.pl

e-mail:[email protected]

Zakładam, że nasz Wszechświat rzeczywiście pojawił się

znikąd jakieś 1010 lat temu… Proponuję skromną hipotezę, że

[...] jest po prostu jednym z tych zdarzeń,

do których od czasu do czasu dochodzi – Edward Tryon

dr Michio Kaku,Wszechświaty równoległe

*

Idąc tym korytarzem,

nie patrz pod nogi,

bo sufit jest i ściany,

lecz nie ma podłogi…

czkolwiek sufit jest materią

uciekającego czasu,

błyszczącą na tych ścianach

strumieniami kwasu…

Alvethor (fragmenty)Zapis w Księdze zgromadzenia

*

Czasami musisz odrąbać komuś głowę, żeby przeżyć

Ashley Williams, Ash vs Evil Dead (serial)

Kwantyfikacja tezy

Informacja źródłowa. Człowiek wrócił

Tylko że w momencie, kiedy mężczyzna podchodził do sięgającego kolan murku z cegieł, otaczającego śmierdzącą stertę, spalony trup przykutego do słupa człowieka podnosił nagle głowę. Otwierał oczy, w których nie było białek, tylko czarne dziury oczodołów, wyciągał do strażaka swoją rękę, otwierał zwęglone, popękane usta i…

– Widzisz już białe miejsce?

Strażak nie reagował.

– Widzisz już?

Cofnął się. Nie zrobił kroku w tył. W ogóle nie poruszył nogami. Odjechał, zupełnie, jakby stał na bieżni sportowej. Albo on, albo odjechał cały loft. Nie wiedział tego. Stracił orientację w przestrzeni. Jakiej przestrzeni?

– Widzisz już? – Trup opuścił rękę i głowę. Znowu wisiał jak szmaciana lalka. Szmaciana lalka, susząca się na słońcu, przewieszona przez sznur bieliźniany.

– Te, poeta!

Strażak ponownie przesunął się w tył. Albo oddaliło się od niego mieszkanie. Wciąż nie wyczuwał różnicy. Teraz znalazł się za ścianą apartamentu. Nie, nie odjechał na klatkę schodową. Nie za drzwi. Wyrzuciło go za zewnętrzną ścianę. Spojrzał w dół. Zobaczył trawnik, parking, samochody. Znajdował się na wysokości piątego piętra. Jego nogi nie miały oparcia. Nie spadał. Unosił się? Lewitował? Tkwił taki zawieszony. Ale wciąż dokładnie widział wnętrze mieszkania, zupełnie jakby ściany tego budynku nie wykonano z czerwonych cegieł, tylko ze szkła. Albo jakby ten budynek w ogóle nie miał ścian.

– Widzisz już?

Znowu usłyszał trupa. Tylko że jego głos dochodził teraz z każdej strony. Spalony człowiek już się nie poruszał. Wisiał, zgięty wpół. Strażak ponownie się przesunął. Albo budynek. Bez różnicy.

– Widzisz już białe miejsce?

Aż do momentu, kiedy zaczął się unosić. Wtedy poczuł różnicę. Unosił się. Najpierw nim lekko szarpnęło, następnie wzbił się w powietrze, nawet świstało mu w uszach. Jest ci chłodno? Czujesz coś? Lekki chłód.

– Widzisz już białe miejsce?

Patrzył w dół. Pofabryczny budynek malał. Tak samo inne budynki tego osiedla, inne zabudowania, przyległe i dalsze, wszystko malało, korony drzew, ulice robiły się coraz cieńsze, już nie wyglądały jak czarne, asfaltowe wstęgi, tylko jakieś nierówne kreski, całe miasto się oddalało, samochody wyglądały jak pudełka od zapałek albo prostokątne plamy, ludzie jak mrówki, potem jak czarne kropki. Strażak unosił się z niewiarygodną prędkością.

Oddalał od ziemi.

Coraz szybciej.

I szybciej.

– Widzisz już białe miejsce?

Tak, widział coś, jakąś biel, kiedy ponownie spojrzał w dół, ale była to tylko mgła obłoków. Kontrastowała z jego czarnymi butami. Ziemia, pola uprawne, łąki, tereny zadrzewione, widoczne między przesuwanymi wiatrem chmurami, jeziora, połacie ziemi wyglądały jak kolorowe wielkie puzzle, przecinane niebieskimi nitkami rzek, czarnymi dróg asfaltowych, szarymi miast czy też kropkami pojedynczych, większych zabudowań. Mieniąca się ogromna, wielobarwna układanka zawierała mnóstwo geometrycznych figur, większych, mniejszych, kwadratów, prostokątów, długich, krótkich, czarnych, szarych, żółtych, zielonych… Powiedz, leciałeś kiedyś samolotem? Tak, leciałem. I do czego to porównasz? Co widzisz? Teraz widział oddalającą się ziemię z lotu ptaka. Był coraz wyżej. I wyżej. Kolorowe puzzle zaczynały zlewać się w nieokreśloną, jednobarwną plamę. Z przewagą koloru niebieskiego. Morza, oceany, łańcuchy górskie, chmury w najwyższych partiach atmosfery. Widział Ziemię w pełnej krasie. Niebieską planetę. A dokładniej niebiesko-białą.

– Widzisz już białe miejsce?

Głos spalonego trupa cały czas rozbrzmiewał w jego głowie. Spojrzał w dół. Jesteś w stratosferze. Zimno ci? Lodowato? Zamarzasz? Umierasz?

– Widzisz już białe miejsce?

Wciąż się unosił. Szybko. Świstało mu w uszach. Początkowy chłód przeszedł w zapowiedziane przez głos lodowate zimno. Dotarł na orbitę okołoziemską.

– Widzisz już?

Orbita. Pod nim była Ziemia, nad nim… Czerń Wszechświata. Czuł się jak kosmonauta poza kapsułą rakiety. Nie miał na sobie skafandra. I żył. Jak to możliwe?! Przecież to jest sen! Przecież to sen… Skąd wiesz, że to sen? Bo jeszcze żyję.

– Białe miejsce. Widzisz?

Widział Ziemię z perspektywy człowieka będącego na orbicie. Przecież oglądał telewizję i filmy science fiction. Stąd znał te kosmiczne obrazy. Ale teraz nie siedział przed telewizorem. Teraz się cały czas unosił. Teraz on był na orbicie.

– Widzisz już białe miejsce?

Popularnonaukowy program telewizyjny albo komputerowa symulacja, program nazwany mapą widzialnego Wszechświata. Miał taką w smartfonie. I na tablecie. W komputerze. I często tego programu używał. Miliardy lat świetlnych, ogromne niewyobrażalne przestrzenie można było przebyć w kilka sekund, przesuwając wskaźnikiem myszki na skali albo palcem po ekranie dotykowym. Od błękitnej planety przez sąsiadujące konstelacje, galaktyki, mgławice, plejady, aż do najdalszych krańców znanego człowiekowi kosmosu. Jeżeli można powiedzieć, że kosmos jest człowiekowi znany… Od Wielkiego Wybuchu do jakichkolwiek granic. Od zera do nieskończoności. Czyli gdzie? Czy nieskończoność ma w ogóle granice? Co się działo? Chcesz wiedzieć? Chcesz zobaczyć? W kilka sekund? Realna symulacja oparta na opracowaniach, wynikach badań naukowych, milionach zdjęć satelitarnych, długoletnich pomiarach promieniowania tła, wiekowych obserwacjach, pokoleniowych doświadczeniach w dziedzinie kosmologii. Wrażenie niesamowite. Wrażenie nie z tej ziemi. Dosłownie i w przenośni. Przebyć cały Wszechświat w kilka sekund. Tylko że teraz strażak nie przesuwał kursorem ani palcem na ekranie. Teraz się cały czas unosił.

– Widzisz już białe miejsce?

Wyleciał z Drogi Mlecznej jak z procy, mijał układy planetarne, jakieś pojedyncze planetoidy, większe, mniejsze, niewyobrażalnie ogromne, jego mijały asteroidy, co mniejsze obiekty pojawiały się i znikały albo ich światło gasło tak szybko jak iskra. Wszystko to trwało kilka sekund. Zupełnie jak w aplikacji na smartfony. Albo w komputerowym programie.

– Widzisz już?

Pamiętasz teorię, a raczej symulację granicy widocznego Wszechświata, który to obraz wygląda albo jak kula, albo jak elipsa, zwężająca się ku swoim krańcom? Taki eliptyczny kontur wypełniony mieszaniną kolorów, z których najwięcej było barwy niebieskiej, jasnej. Pamiętasz taką teorię? Chociażby z lekcji fizyki, które miałeś w liceum. Pamiętasz? Kraniec Wszechświata tak wygląda. Zdaniem naukowców. Jasnoniebieska elipsa, z plamkami ciemniejszymi, czerwonymi. Promieniowanie tła, widmo światła widzialnego, jedna z możliwych nieskończoności określona granicą. Widzisz?

– Widzę.

Właśnie to zobaczył. Sferę, elipsę, wypełnioną mieszaniną kolorów. Dotarł do granicy widocznego Wszechświata.

– Widzisz już białe miejsce?

Po tych słowach ogromna jasnoniebieskawa elipsa błyskawicznie skurczyła się do rozmiaru punktu. I znikła. Unoszącego się w przestrzeni strażaka błyskawicznie dopadła czerń. Był w ciemności i ciemność była w nim. Otaczała go, przenikała. Tracił ludzką świadomość. Stracił poczucie czasu, dawno już nie orientował się w przestrzeni. Nie wiedział, czy wciąż się przemieszczał, czy nie. Czy lewitował, czy spadał. Czy się unosił. Stracił poczucie kierunku. Nic nie wiedział, nic nie widział, nic nie czuł. Otaczała go ciemność.

– Kwantyfikacja tezy. Informacja źródłowa. Białe miejsce.

Z tej nieprzeniknionej ciemności niespodziewanie wychynęła rażąca biel. Nie pojawiła się początkowo jako mały, świetlisty punkt, dający jakieś poczucie orientacji w bezgranicznej, czarnej otchłani. Punkt nie rósł, stopniowo zwiększając swoje rozmiary. Rażąca plama światła po prostu pojawiła się nagle. Strażak krzyknął z bólu i zamknął oczy.

– Widzisz już?

Światło przygasło. Z plamy jasności wydobył się kształt. Kwadrat. Ogromny biały kwadrat. Wyglądało jakby przecinał czerń ostrymi krawędziami. Powiększał się, rósł i pęczniał, zajmując coraz więcej przestrzeni, wypierając coraz więcej ciemności. Strażak ostrożnie otworzył oczy. Żeby patrzeć swobodnie, musiał je zmrużyć. Ale miał nieodparte wrażenie, że światło się do niego zbliża. Albo on zbliżał się do tego światła. Szybko. Niewyobrażalnie szybko.

I nagle wszystko ustało.

– Widzisz już białe miejsce?

Przed mężczyzną wisiał ogromny, świetlisty kwadrat. Jego zarys zaczął się jednak zmieniać. Światło jeszcze bardziej przygasło i dopiero wtedy strażak mógł patrzeć normalnie, bez mrużenia oczu. Ogromny biały kwadrat nabierał głębi. Już nie był tylko płaską figurą geometryczną. Pojawiły się wewnętrzne krawędzie, odcinające poszczególne ściany. Tworzył się ogromny jasny sześcian, wyglądający jak monstrualnych rozmiarów bryła, podobna do akwarium, wypełniona hipnotyzującą bielą. Obiekt bardzo wolno obracał się wokół własnej osi. Strażak patrzył na krawędzie. Te zewnętrzne i wewnętrzne. Widział dokładnie ściany, idealnie równe, gładkie.

– Widzisz już białe miejsce?

Kiwnął głową. Widział. Było piękne. Hipnotyzująco piękne. Tego widoku nie zapomnisz do końca życia. A nawet dłużej. Skąd wiesz, człowieku, co się dzieje po śmierci? I czy nie będziesz wtedy oglądał białego miejsca przez wieczność?

– Kwantyfikacja tezy. Informacja źródłowa. Białe miejsce. Wydzielony z przestrzeni sześcian foremny aka heksaedr, wypełniony białą barwą, ze ścianami o zdolności absorpcyjnej równej zeru, ze ścianami o zdolności odbijania promieni światła równej zeru, ze ścianami o współczynniku przepuszczalności równej jeden, ze ścianami o zdolności emisyjnej równej zeru. Sześcian foremny rozmiaru wielokrotnego.

– Chciałbyś? Oglądać białe miejsce przez wieczność?

Chciał. Czuł, jakby w jego głowie nie było niczego innego tylko głos spalonego trupa i wielki, biały, piękny, hipnotyzujący sześcian, zawieszony w ciemności.

– Chcesz dotknąć?

Chciał. Ogromny obiekt przestał się poruszać. Zawisł nieruchomo. Strażak zbliżył się do sześcianu. Albo sześcian zbliżył się do niego. Bez różnicy. Mężczyzna nawet wyciągnął ręce, żeby położyć dłonie na tym niby szkle, żeby go poczuć. Ale nie dotknął. Zamiast tego coś zobaczył. Człowieka, ale nie swoje odbicie w szklanej ścianie. Jakiegoś mężczyznę. Pamiętasz, że człowiek znajdował się w środku tego ogromnego sześcianu? Niby daleko, ale jednocześnie blisko. Nie stał na dolnej krawędzi. Unosił się w jasnej, białej przestrzeni tak samo, prawie tak samo, jak strażak unosił się w czerni otaczającej biały sześcian. Mężczyzna będący poza sześcianem dokładnie widział, jak wyglądał człowiek otoczony bielą. Dostrzegał nawet szczegóły jego ubrania i kolor oczu. Strażak widział mężczyznę tak dokładnie, jakby stał tuż za nim.

– Widzisz?

Widział, oczywiście, że widział. Ale zanim skinął głową, poczuł straszny smród. Następnie zobaczył… źródło tego smrodu. Czarna plama pojawiła się nagle za człowiekiem z białego miejsca. Tuż nad jego głową. Strażak znał ten smród! Znał aż za dobrze! Poczuł go już wtedy w lofcie. Następnie pojawiły się przywidzenia, omamy. I jakiś głos. Nieokreślony, dochodził zewsząd, z każdej strony. Ale tylko strażak go słyszał. Gdyby reszta ekipy ogniowej, obecna wtedy w lofcie, usłyszała ten tajemniczy głos… Tak, masz rację, twoi koledzy jakoś by na ten szept zareagowali, prawda? Nie zareagowali, czyli tylko ty go słyszałeś. Wtedy, teraz. Kim jestem? Gdzie jestem? To nieważne. Ważne, że do ciebie mówię i że mnie słyszysz. Bo słyszysz mnie, prawda?

Słyszał. Wtedy w lofcie. Teraz. Kiwnął głową.

Czarna plama rosła. Malowałeś kiedyś farbkami na kartce? Akwarelami malowałeś? Będąc dzieckiem? Pamiętasz? Wróć do swojej ludzkiej świadomości. Odgrzebałeś już zakurzone wspomnienia? Dobrze, bardzo dobrze. Czyli wciąż jesteś człowiekiem. Jesteś jeszcze człowiekiem? W takim razie przypomnij sobie. Malowałeś farbkami w przedszkolu, w podstawowej szkole? Malował. Oczywiście. Ponownie kiwnął głową. Kiwał już praktycznie bezwiednie. Zajęcia praktyczno-techniczne albo plastyka. Nienawidził tego malowania. Ale trzeba było. Bo inaczej nauczycielka wpisywała uwagę do dzienniczka. Albo kazała przyjść z rodzicami. Zmuszał się, wynajdował sobie zabawy. Na przykład maczał pędzel w wodzie, obficie, następnie nasączał farbą, najczęściej czarną albo granatową, ewentualnie czerwoną, przyciskał mocno do kartki, za mocno. Wtedy nadmiar farby wypływał z pędzla, tworzył zacieki, spływał po papierze, wszystko brudząc. Pamiętasz? Specjalnie podnosiłeś kartkę, by nadmiar farby mocniej spływał. Pamiętasz?

Pamiętał.

Czarna okrągła plama, która pojawiła się tuż nad głową człowieka z białego miejsca, wyglądała właśnie jak taki ogromny zaciek na papierze. Mokra, cieknąca czarna dziura. Jakiś niewidzialny, wielki pędzel, nasączony do granic możliwości, został bardzo mocno przyciśnięty do tej wypełniającej białe miejsce jasności, nadmiar farby spływał czarnymi strużkami.

– Widzisz mnie?

Człowiek z białego miejsca odwrócił się i dostrzegł plamę. Była naprawdę ogromna. Czarna. Cieknąca. Białe miejsce traci ciągłość, spójność. Dlaczego? Och, to proste. To bardzo proste. Zobacz, ciemność napiera. Coraz mocniej, coraz bardziej. Nie ma ucieczki przed ciemnością. Dostanie się wszędzie. Plama śmierdziała. W lofcie też tak cuchnęło. Wszyscy czuli ten smród. Odór nie tylko powodował mdłości, odruchy wymiotne, drażnił nos, drapał w przełyku, wnikał we włosy i materiał. Po tej dziwnej akcji pożarniczej ubrania ochronne były praktycznie do wyrzucenia. Nijak nie dało się wywabić tego odoru ze strażackich kurtek, spodni, nawet butów.

– Widzisz już białe miejsce?

Co za pytanie! Widział.

Plama ciekła mocno, wypuszczała grube strugi czarnej, gęstej substancji. Maź spływała po bieli, zupełnie jak ta farba po kartce albo smoła po murze, ale tym razem strugi cieczy nie utworzyły kałuży, tylko pełzły w stronę człowieka. Człowiek, widząc to, zaczął się cofać. Przystanął dopiero, kiedy dotknął plecami przezroczystej ściany. Nie mógł się cofnąć bardziej. Był w pułapce.

Koniec. To już jest koniec.

Smuga czerni zatrzymała się razem z człowiekiem. Utworzyła kałużę. Kałuża wybrzuszyła się na środku, tworząc jakiś kształt. Najpierw ukazała się ogromna głowa zakończona podłużnym, zwierzęcym pyskiem, następnie wynurzyły się wąskie, cienkie ramiona, za nimi krótki tułów, bardzo długie, chude ręce, długie patykowate nogi…

– Widzisz?

Strażak krzyknął. Albo mu się zdawało, albo tak bardzo chciał krzyknąć. We śnie się tak krzyczy. Bezgłośnie. Śpiący człowiek jest świadomy chęci krzyku, ale mimo usilnych starań, nie może wydobyć żadnego dźwięku z gardła.

– Widzisz?

Widział. Cały czas widział. Człowiek oparty plecami o twardą granicę białego miejsca nie krzyknął. On się wydarł jak oparzony. Istota wynurzona z czarnej kałuży, od stóp do ogromnej głowy pokryta czarną, śmierdzącą substancją, od razu zrobiła duży krok w stronę wrzeszczącego człowieka. Następny krok był równie duży. Potwór, mimo że szedł pokracznie, niezgrabnie, bardzo szybko zbliżył się do swojej ofiary. Maź skapywała z dłoni, bardzo długich, kościstych, cienkich palców. Pac. Pac. Pac. Strażak zawieszony w ciemności usłyszał ten mokry dźwięk, mokre plaśnięcia. Pac. Pac. Pac. Plask. Mlask.

Zemdliło go.

– Widzisz?

Widział wszystko aż za dokładnie. Słyszał wszystko. Docierał do niego zapach. Czego się głupio pytasz, czy widzę?! O co ci chodzi? Kim ty jesteś?! Kim jestem? Nieważne. Ważne, że do ciebie mówię. Gówno prawda! Nie chcę, żebyś do mnie mówił! Nie chcę cię słuchać! Nie chcę oglądać tego, co mi pokazujesz! Ale nie mogę przestać. Wszystko widzę, wszystko słyszę, wszystko czuję! Wiesz to i jeszcze się pytasz?!

– Widzisz?

Widział. Jakby stał tuż za przezroczystą ścianą, tuż za plecami człowieka z białego miejsca. Ale był daleko albo był jednak blisko… Bez różnicy. Nie wyczuwał różnicy. Stracił poczucie przestrzeni. Tkwił w miejscu, nie mógł się poruszyć. Albo się poruszał, mimo że nie chciał. Zbliżał się do białego miejsca albo białe miejsce zbliżało się do niego. Widział tego człowieka, ale nie mógł nic zrobić. Ten bezbronny, przerażony mężczyzna krzyczał w niebogłosy. Jak on strasznie krzyczał. A ten przerażający, czarny, pokraczny stwór nadal szedł w jego stronę.

– Widzisz?

Strażak widział. Przecież widział! Widzę! Widzę! Widział nawet, kiedy zamknął oczy, starając się przywołać ciemność i spokój. I ciszę. I żeby nie było już żadnych zapachów, żeby nie czuł żadnego smrodu. Zamknął oczy albo mu się zdawało, że zamknął. Nic się nie zmieniło. Nadal wszystko dokładnie widział.

Człowiek w białym miejscu odwrócił się twarzą do człowieka zawieszonego w ciemności.

– Widzisz mnie?

Krzyczał, uderzał pięściami w przezroczystą ścianę, kopał. Nic to jednak nie pomagało. Uciekaj! Czemu stoisz jak kołek! Uciekaj! Możesz uciec! Nie stłuczesz tej… szyby. Nie przebijesz przezroczystej ściany! Żaden człowiek nie może się wydostać poza białe miejsce! Nieprawda, co ty wygadujesz? Człowiek może się wydostać z białego miejsca, ale nie powinien… Rozumiesz?! Rozumiał. Uciekaj! Uciekaj! Dlaczego nie uciekasz?! Potwór jest daleko, dasz radę! Uciekaj! Białe miejsce jest przecież ogromne! Nieskończenie ogromne! Odwróć się i uciekaj! Biegnij ile sił w nogach i się nie oglądaj! Słyszysz?! Słyszysz?! Człowiek z białego miejsca nie słyszał. Ale tylko dlatego, że strażak nie krzyczał. Otwierał usta, ale krzyczał w myślach. Nie słyszy cię. Nie słyszy twoich myśli. To niemożliwe, żeby słyszał. Ludzie nie czytają w myślach innych ludzi. Widzisz? Rozumiesz? Przecież rozumiesz. Rozumiał. Czarny, cieknący mazią potwór stanął za mężczyzną z białego miejsca. Strażak poczuł, że jego ciało drętwieje. Dlaczego się nie ruszasz! Rusz się! Uciekaj! Uda ci się! Rusz się! Ale człowiek z białego miejsca już nie kopał w szklaną ścianę, nie uderzał w nią pięściami. Stał nieruchomo, zwiesił ręce. Uciekaj! Dlaczego nie uciekasz?! Co się z tobą dzieje?! Potwór chwycił mężczyznę w swoje wielkie dłonie, zacisnął długie, patykowate palce na jego ramionach, drugą objął nogi na wysokości kolan. I człowieka uniósł. Kiedy byłeś dzieckiem, pamiętasz? Kiedy byłeś bardzo głodny, pamiętasz? Zdarzało się, że jadłeś jeszcze ciepłą paryską bułkę. Pyszną, pachnącą, z chrupiącą skórką. Strażak pomyślał, że potwór chwycił tego człowieka właśnie tak samo, jak głodne dziecko chwyta bułkę. Obiema rękami, żeby było wygodnie, żeby się pieczywo nie wysunęło z dłoni podczas gryzienia. Smaczna bułka, pachnąca, ciepła… Potwór uniósł człowieka i uderzył nim kilka razy o przezroczystą ścianę. Bez wysiłku, bez problemu. Jakby ten człowiek nic nie ważył. Albo był… szmacianą lalką.

– Szmaciana lalka przewieszona przez sznur bieliźniany.

– Te, poeta…

Mężczyzna z białego miejsca dawno stracił przytomność. Strażak ponownie otworzył usta, chciał krzyknąć. Chciał obudzić człowieka. Obudzić go! Krzyknę, usłyszy, otworzy oczy. Obudzi się. Obudź się! Słyszysz mnie?! Słyszysz?! Może by usłyszał! Może ruszyłby chociaż nogą, stopą. Zawsze można się bronić! Zawsze jest nadzieja. Dopóki człowiek żyje. Dopóki ma siły. A ten człowiek przecież żyje, tylko jest nieprzytomny. Hej! Heeej! Słyszysz mnie?! Trzeba się bronić! Nie wolno się poddawać! Ale musisz się obudzić! Obudź się! Obudź! Zrób coś, porusz się! Po co się wysilasz? To daremne. Nie słyszy cię. Żaden człowiek nie słyszy myśli drugiego człowieka. Ale przecież ja krzyczę! Krzyczę! Nieprawda. Zdaje ci się. Żaden dźwięk nie wydobywał się z gardła strażaka.

Nie słyszy mnie! Nie słyszy! Boże, pomóż. Boże, pomóż temu biednemu człowiekowi. Boże, pomóż mi. Boże, czemuś mnie opuścił?!

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

Kwantyfikacja tezy

Kwantyfikacja tezy – chaos

Michał Rejman – rekrut

Małgorzata Ziołek – generał

Anna Gołębiowska – pułkownik Tess Agata Brzozowska – rekrut

Łukasz Rzepecki – admirał

Człowiek łazarz

Kwantyfikacja tezy