Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
ALVETHOR (wyjaśnienie kwantyfikacją tezy) – zjawisko (fenomen), najwyższy stopień zagrożenia czterowymiarowej czasoprzestrzeni oraz stabilności procesów tu zachodzących. Najwyższy stopień zagrożenia życia Istot-rezydentów – w przypadku czasoprzestrzeni zamieszkanej. Proces nieodwracalny.
Magdalena Maria Kałużyńska – debiutowała w 2010 roku wielokrotnie nagradzaną powieścią grozy Ymar. Autorka opowiadań zamieszczanych w antologiach 13 ran, Halloween, Zombiefilia oraz publikowanych w pismach „Science Fiction Fantasy & Horror” i „Farenheit”. Współpracuje z „Qfantem”, „Madoggowo”, „Secretum”, „Duże K” oraz „Femką”. Horror to jej ulubiony gatunek literacki. Mieszka na wsi. Ma pięć psów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 253
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Magdalena Kałużyńska
Copyright © Oficynka & Magdalena Kałużyńska, Gdańsk 2026
Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.
Wydanie drugie w języku polskim, Gdańsk 2026
Opracowanie redakcyjne: kaziki.pl
Opracowanie e-booka: Dariusz Piskulak
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
Zdjęcia na okładce: © Daniel Rusiłowicz
(wygenerowane przy pomocy AI)
Ten e-book jest zgodny z wymogami
Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
ISBN 978-83-68740-17-2
www.oficynka.pl
e-mail:[email protected]
„To, co człowiek widzi, zależy zarówno od tego, na co patrzy, jak i od tego, co nauczył się dostrzegać w swoim dotychczasowym doświadczeniu wizualnym i pojęciowym”.
T. S. Khun, Struktura rewolucji naukowych
*
„Informacja, że jakieś zjawisko swoim nieprawdopodobieństwem przekracza granice Wszechświata jest wszakże informacją nieścisłą. Nie wiadomo którego Wszechświata są to granice oraz, co jest chyba najważniejsze, na jakiej podstawie te granice w ogóle zostały wytyczone”.
Anonim, Pryzmat postrzegania światów z uwzględnieniem nieskończonej permutacji prawdopodobieństwa błędu
*
„Idąc tym korytarzem,
nie patrz pod nogi,
bo sufit jest i ściany,
lecz nie ma podłogi…”
ALVETHOR (fragment) zapis w Księdze Zgromadzenia
Miał podbite prawe oko, powiekę spuchniętą jak balon, złamany nos, poszatkowane usta, rany cięte na brodzie, policzkach, szyi. Często i obficie spluwał krwią. Dziury po kilku wybitych zębach wciąż broczyły. Wisiały na nim brudne i pokrwawione strzępy materiału – resztki czegoś, co stanowiło już tylko dalekie wspomnienie eleganckiej, białej koszuli. Spodnie również miał brudne, podarte, nogawki ochlapane zaprawą murarską. To, co na stopach, w ogóle nie przypominało niegdyś wyjątkowo drogich, czarnych półbutów skórzanych.
Rozejrzał się.
Ogromne puste mieszkanie wyglądało jak po przejściu huraganu. Szyby z ośmiu dziesięciosegmentowych okien były wybite, wszędzie walało się szkło zmieszane z drewnianymi szczapami ram oraz odpryskami tynku ze ścian i sufitu. Ściany ziały czernią z ogromnych dziur o poszarpanych krawędziach. W podłodze prawie nie było klepek.
Mężczyzna niezdarnie, z wyraźnym trudem, posuwając obolałymi nogami, dotarł do centralnej części mieszkania. Tam, wokół metalowego filara podtrzymującego sufit, leżało monstrualne usypisko – wynik mozolnej pracy, otoczony sięgającym do pasa murkiem z tych wydłubanych cegieł. W stosie były prawie wszystkie rzeczy z mieszkania. Zostawił tylko te meble i sprzęty, których nie był w stanie zdemontować – metalowe. Drewniane porąbał. Wysokie regały, trzy potężne komody, dębowe biurko, ogromne łoże ze stelażem na moskitierę, kanapę, narożnik oraz szezlong. Porąbał drzwi od szaf wnękowych, półki. Stołowe nogi odkręcił i wrzucił do sterty w całości, blaty stołów przepołowił, krzesła roztrzaskał, barowe drewniane stołki również. Nie zwracał uwagi na drzazgi wbijające mu się w dłonie. Układał tę dziwną górę tak, jak się układa ognisko. Małe, lżejsze rzeczy, mniejsze kawałki mebli kładł na spód. Wszystkie poduszki, pościel, kołdry, koce, pledy, chodniczki łazienkowe, kuchenne ścierki, ubrania, ręczniki, nawet kosmetyki, szklane butelki z perfumami, dezodoranty. Wszystko to poprzekładał ogromną ilością podłogowych klepek, książkami z jego pokaźnej biblioteki, gazetami zwiniętymi w rulony, segregatorami opasłymi od dokumentów… Na wierzchu sterty położył cztery ogromne materace sprężynowe, dwa przepołowione długie blaty od stołów, bujany fotel, trzy dwuskrzydłowe rattanowe witryny, dwa skórzane fotele, drewniany stolik do kawy.
Przy stercie stał dwudziestolitrowy kanister. Mężczyzna ostrożnie ujął pojemnik opuchniętą i obolałą dłonią, splunął krwią i z jeszcze większym trudem, co raz podpierając się wolną ręką, nie wszedł, ale wpełzł na szczyt usypiska, ciągnąc kanister za sobą. Na szczycie sterty usiadł na materacu, położył kanister przy sobie, układając go tak, żeby wyciekająca benzyna nasączyła mu spodnie. Z trudem otworzył pojemnik. Oparł się plecami o słup. Ściśle przewiązał się w pasie przyspawanym do słupa łańcuchem. Zatrzasnął kłódkę na brzuchu, szarpnął, sprawdzając, czy zamek trzyma. Gryząca woń wyciekającej benzyny wdzierała się do oczu, nosa, gardła, powodowała mdłości. Zakasłał, wypluwając krew. W kieszeni spodni miał zapalniczkę. Sycząc z bólu, wyjął ją, spojrzał w dół, gdzie do tej pory stał pojemnik z benzyną.
Teraz było tam coś innego.
Zjawa.
Unosiła się tuż nad podłogą. Smukła, zwiewna, biała postać, przezroczysta, delikatna niczym obłoczek pary, taki jaki zwykle wydobywa się ze stojącego na gazie czajnika. Tylko że to nie była para od gotującej się wody.
Duch przybrał konkretny kształt, człowieka. Wyraźnie było widać głowę, tułów, zwieszone, długie ręce, nogi. Ale nie całe. Dolne kończyny mglistej zjawy urywały się w połowie, na wysokości kolan.
– Widzisz… mnie? – spytał ducha. Ledwo mówił. Dostrzegał mglistą postać przez opary rozlanej niedawno benzyny. Zjawa ni to falowała, ni to drżała. Wniknęła w stertę i pojawiła się przy jego butach. Chwilę później była tuż przy jego twarzy. Wziął kilka głębokich wdechów, pochłaniając ducha razem z przesyconym benzyną powietrzem. Zakasłał mocno, wypluwając ogromną ilość krwi. Kwantyfikacja tezy, pomyślał, kiedy atak nagłego, duszącego kaszlu ustąpił. Oparł obolałą głowę o słup. – Widzisz mnie?
Strzelił krzesiwkiem, zbliżył drżący płomyczek do nasączonej benzyną nogawki i zamknął oczy. Odetchnął z ulgą. W jego umyśle, stopniowo ogarnianym zstępującą ciemnością, rozległ się dziwny dźwięk. Podobny do odgłosu wiatru, przeciągle grającego w szparach nieszczelnych okien. Następnie usłyszał huk. Stłumiony. Bardzo oddalony, ale mimo wszystko donośny.
– Kwantyfikacja tezy.
– Czyli się udało?
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca.
– Dlaczego tu jest tak ciemno?
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca.
– Nie czuję mojego ciała! Dlaczego nie czuję mojego ciała?!
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca. Kwantyfikacja tezy.
– Tu nie ma podłogi! Gdzie jest podłoga?!
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca. Kwantyfikacja tezy.
– Jezu…
– Kwantyfikacja tezy.
– Powiedz mi w końcu, kim ty do cholery jesteś?!
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca.
– Może jednak jesteś Bogiem?
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca.
– Aniołem?
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca.
– W takim razie musisz być diabłem.
– Kwantyfikacja tezy.
– To sen. Nie może być inaczej! To sen.
– Kwantyfikacja tezy.
– Jeżeli to nie jest sen… Wiem! Leżę w śpiączce.
– Kwantyfikacja tezy. Brak odczytów funkcji życiowych.
– Umarłem?!
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca.
– Nie żyję i dlatego tu jest tak ciemno?
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca.
– Powiesz mi, gdzie ja jestem!
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca koordynaty. Kwantyfikacja tezy.
– Nie rozumiem…
– Kwantyfikacja tezy.
– Jednak coś czuję, jakbym się unosił…
– Kwantyfikacja tezy.
– Czyli to jeszcze nie koniec?
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca.
– Powiesz mi, co teraz będzie?
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca. Kwantyfikacja tezy.
Cisza.
– Kwantyfikacja tezy.
Cisza.
– Kwantyfikacja…
Cisza.
– Kwantyfikacja koordynatów… wyjścia.
Cisza.
– Kwantyfikacja… Określić… Szukać…
– Czego mam szukać? Czego mam znowu szukać?!
– Kwantyfikacja tezy. Białe miejsce.
– Co to znaczy?
– Kwantyfikacja tezy. Informacja źródłowa. Wydzielony z przestrzeni sześcian foremny aka heksaedr, wypełniony białą barwą, ze ścianami o zdolności absorpcyjnej równej zeru, ze ścianami o zdolności odbijania promieni równej zeru, ze ścianami o współczynniku przepuszczalności równej jeden, ze ścianami o zdolności emisyjnej równej zeru. Sześcian foremny rozmiaru wielokrotnego.
– I kiedy odnajdę w tej ciemności przezroczysty, wypełniony światłem, ogromny sześcian… Kiedy odnajdę to białe miejsce… Co się wtedy stanie? Co ja mam wtedy… robić?
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca zwielokrotniona. Kwantyfikacja tezy.
– Gadaj! Co ja mam wtedy robić?! Gadaj natychmiast!
– Informacja źródłowa. Wyjść… stąd… Uciec… stąd… Masz… zakaz… przebywania… tu.
– Czyli co?! Jaki zakaz?! Chcesz mi powiedzieć, że się pomyliłem?! Tak?! Pomyliłem się?!
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca zwielokrotniona.
– To ty wprowadziłeś mnie w błąd! Robiłem słowo w słowo, co mi kazałeś! Słowo w słowo! To przez ciebie! Oszukałeś mnie? Oszukałeś mnie?!
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca. Kwantyfikacja tezy.
– Niech no ja się tylko z tej zasranej ciemności wydostanę! Dorwę cię! Dorwę cię, pieprzony kutasie! Dorwę i załatwię! Słyszysz?! Słyszysz mnie?!
– Nieprawidłowa formuła kwestionująca zwielokrotniona. Kwantyfikacja tezy.
„Park apartamentowy. Zamieszkać tu, to jak wstąpić do raju za życia”. Te hasła, napisane ogromnymi białymi literami, głosiła tablica informacyjna zamontowana nad żelazną, ozdobną bramą wjazdową do kompleksu industrialnego byłych zakładów włókienniczych. Kilka lat temu podupadającą olbrzymią posiadłość przemysłową wykupiła firma deweloperska i w krótkim czasie stare, zdewastowane hale produkcyjne zostały przerobione na mieszkania. Pierwotnie wszędzie powstały tu ogromne apartamenty posiadające europejskie standardy lokalowe oraz wysoką wartość rynkową. Co w przełożeniu na język potoczny znaczyło, że kupno tego rodzaju apartamentu przekraczało możliwości finansowe zwykłego zjadacza chleba, zarabiającego tyle miesięcznie, ile kosztowało pół metra kwadratowego powierzchni użytkowej każdego ogromnego loftu. Pierwotny projekt dewelopera okazał się nietrafiony. Na mieszkania nie znalazło się tak wielu chętnych, jak oczekiwano. Powstał natychmiastowy plan ratowania inwestycji. Dyskutowano nad zmianą przeznaczenia metrażu byłej fabryki. Z lokali prywatnych na biurowce albo nawet magazyny. Może na kompleks handlowy? Skoro apartamenty w typie amerykańskich loftów poindustrialnych nie cieszyły się popularnością, podjęto decyzję o przerobieniu większości lokali na mieszkania o wiele mniejszym metrażu, lecz równie wysokim standardzie. Ceny lokali również zmieniono. Budynków na terenie pofabrycznym było dziesięć. Bardzo drogie, przestronne apartamenty zostawiono tylko na ostatnich piętrach. Przeróbka metrażowa oraz obniżka cen była strzałem w dziesiątkę. Przedstawicielom firmy deweloperskiej kamienie wizji bankructwa spadły z serca i w krótkim czasie pachnące nowością, farbą oraz lakierem do podłogi nowe i prawie dosłownie błyszczące lokale mieszkalne rozeszły się jak świeże bułeczki. W zaskakująco krótkim czasie od oddania tych obiektów do użytku zaroiło się w nich od ludzi, w podziemiach od samochodów…
Tak jak teraz.
Teraz też roiło się tam od ludzi i samochodów.
Tylko że nie ludzi ukrytych w swoich mieszkaniach, a samochodów nie na podziemnym parkingu. Ludzie gromadzili się przed najwyższym pofabrycznym budynkiem kompleksu, na ogromnym betonowym placu. Bliżej murów, na trawniku parkowały trzy wozy strażackie, samochód ciężarowy z hydraulicznym podnośnikiem, druga ciężarówka – kontenerowiec, trzy karetki pogotowia, kilka lawet, niezliczona ilość wozów policyjnych. Co chwila podjeżdżała jakaś osobówka, ale umundurowani funkcjonariusze natychmiast odprawiali każde prywatne auto na bezpieczną odległość. Najlepiej jak najdalej. Ewakuowano wszystkich mieszkańców gmachu. Jednak się nie rozeszli, mimo kategorycznych próśb policji. Stali na parkingu, zbici w grupę, zadzierali głowy…
Jeszcze niedawno przez pozbawione szyb ogromne dziesięciosegmentowe okna na ostatnim, piątym piętrze wylatywały skotłowane grube słupy czarnego dymu. Akcja gaszenia trwała kilka godzin. Wydawało się, że wieki. Strażacy z trzeciej już ekipy ogniowej dokonywali oględzin. Jakby powiedzieli przedstawiciele firmy, loft niezaprzeczalnie stracił na swojej wartości. Był podwójnie spalony. I metaforycznie – na rynku nieruchomości. I dosłownie. Nie nosił już żadnych cech lokalowego standardu europejskiego, tylko świeże ślady niedawno zakończonej walki z żarłocznym niszczycielskim żywiołem. Ściany ociekały wodą, sadza oblepiała wszystko, a w powietrzu – mimo przeciągu – unosił się wywołujący mdłości oraz ból żołądka smród. Jakiś człowiek z ekipy ogniowej relacjonował przez krótkofalówkę oględziny tego pogorzeliska. Policjanci oraz pozostali strażacy stojący przed budynkiem słuchali doniesień strażaka z uwagą i w skupieniu. Z głośniczka dobiegał zdyszany, lekko zdenerwowany głos. Informował, że wybuch oparów benzyny musiał być niezwykle silny. Jednak nie aż tak, żeby całkowicie wybić wszystkie szyby z okien. Nie w ten sposób. Okna zostały pozbawione szyb celowo. Dla podsycenia ognia łatwym dostępem powietrza.
– Fachowa robota – dobiegało z głośniczka – przemyślana.
Sterta była otoczona wysokim murkiem z cegieł. W ten sposób konstrukcję zabezpieczono przed osypywaniem. Zdaniem strażaka relacjonującego oględziny człowiek przykuty łańcuchem do metalowego słupa wyglądał jakoś dziwnie.
– Jak to dziwnie?! – wydarł się strażak stojący na trawniku.
– Nie jak człowiek, cholera… tylko jakaś lalka.
– Co ty pieprzysz, jaka znowu lalka?!
– Szmaciana, przewieszona przez sznur bieliźniany, nie wiem… susząca się na słońcu! Taka lalka!
– Te, poeta! – wydarł się kolega. – Nie pieprz wierszy, tylko go odetnij!
– Potrzebny będzie worek na zwłoki.
Nagle strażak dokonujący oględzin zaczął krzyczeć, a krótkofalówka przerywać i trzeszczeć.
– Boże… ny! …że kochany, mamy …gie …ło!
Stojący na trawniku strażak uderzał raz po raz w plastikową obudowę aparatu, jakby to miało pomóc w uzyskaniu lepszej jakości połączenia radiowego.
– Kurwa, na jakim sprzęcie my musimy pracować! – warknął, majdrując przy pokrętle zasięgu. Robił to do momentu, aż krótkofalówka przestała trzeszczeć.
– Jest drugie ciało! – od razu dobiegło z głośniczka.
Było pod stertą. Któryś ze strażaków zauważył coś wystającego spomiędzy śmierdzących śmieci. Dwie poczerniałe, ludzkie dłonie. Po ostrożnym rozgarnięciu odpadków okazało się jednak, że tam były całe dwie ręce.
– Odcięte! – darł się głośniczek. – O rany boskie! Tu są kawałki ciała! Kawałki! Poćwiartowany człowiek to jest! Dajcie łopaty! I jeszcze jeden worek! Nie! Kurwa! Dajcie kilka worków!
Grupa strażaków oraz policjantów rzuciła się do schodów. Jednak zanim dotarli na piąte piętro, ekipa obecna w apartamencie zdążyła wydobyć ze stosu dwie ręce, dwie nogi, coś, co prawdopodobnie było precyzyjnie przepołowionym ludzkim tułowiem, oraz jakiś długi, ciężki ochłap.
– Matko kochana, a to co? – stęknął jakiś strażak, wyciągając ochłap ze spalonych śmieci. – Ogon krokodyla czy jak?
Jak się miało później okazać, strażak wcale się nie pomylił.
– Mietek, ogon znalazłeś? – zakrzyknął kolega. – A przypadkiem głowy nie?
– Nie.
Przekopano centymetr po centymetrze spalone śmieci. Szukano również w całym mieszkaniu, każdym możliwym zakamarku. Zaglądano wszędzie, gdzie tylko było można, nawet w najbardziej dziwne miejsca. Do lodówki, pralki, zmywarki, metalowych kuchennych wiszących szafek, pod zlew, do schowka na szczotki. Ktoś nawet zajrzał do sedesu.
Wszyscy szukali właśnie tej jednej, brakującej części poćwiartowanego ciała. Nigdzie jej nie było.
Oprócz tego, że zostało rozczłonkowane oraz brakowało głowy, ciało wyjęte spod sterty różniło się jeszcze czymś od człowieka zdjętego ze słupa. Kawałki pokrywała jakaś kleista, gęsta maź. Ktoś stwierdził, że przypomina smar, bardzo gęsty i czarny. Albo nawet świeżą płynną smołę, budowlany lepik. Ktoś inny dodał jednak, że owszem, to wygląda jak substancja bitumiczna, ale w przypadku kiedy wysmarowane taką substancją ciało kilka godzin przebywało w stosie rozgrzanym do temperatur piekielnych, sam stos płonął zupełnie jak za czasów świętej inkwizycji, to i substancja bitumiczna, albo tego rodzaju, powinna się spalić.
– Wygląda jak smoła. Dlaczego się nie spaliła? Co to w ogóle jest?!
Oczywiście należało to ustalić, jednak w pierwszej kolejności trzeba było poznać tożsamość ofiar. Ustalenie danych osobowych człowieka przykutego do słupa przebiegło zadziwiająco błyskawicznie. Jeszcze będąc w lofcie, lekarz przenośnym aparatem RTG zrobił zdjęcie szczęki. Później porównano je ze zdjęciami rentgenowskimi uzębienia dostarczonymi przez kilka okolicznych klinik stomatologicznych. Ofiarą okazał się czterdziestoośmioletni prawnik, właściciel spalonego mieszkania. Świeżo po rozwodzie, bez dzieci, miał własną kancelarię. Takich informacji, jak również informacji o życiu i statusie społecznym denata udzielili jego sąsiedzi. Mimo że sprawiali wrażenie dobrze poinformowanych, nie umieli odpowiedzieć na pytanie, co się musiało stać, żeby szanowany i dobrze sytuowany obywatel zabił kogoś, poćwiartował, spalił razem ze swoim mieszkaniem i sobą.
Nikt na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć. Pojawiały się różne teorie. Może się naćpał? Na pewno się naćpał. Narkoman to narkoman. Nieważne czy bierze heroinę i chodzi w garniturze od Armaniego, czy wstrzykuje sobie dożylnie brudny makowy kompot i leży potem zasrany pod jakimś mostem.
– Panie oficerze, na co dzień było z nim wszystko w porządku – perorował właściciel mieszkania położonego piętro niżej. – Istna sielanka, sąsiad idealny.
– Co to znaczy sąsiad idealny? – spytał policjant, zapisując coś w notesie.
– Na odpowiednim poziomie, wie pan…
– Właśnie nie wiem.
– Pasujący do otoczenia.
– Czyli do czego?
– Do tych mieszkań… – Sąsiad dumnie wypiął wątłą pierś. I uśmiechnął się z nieukrywanym zadowoleniem.
Bo przecież w tych budynkach rezydowali ludzie lepszej jakości…
W ogóle najwięcej zbrodni, czy przestępstw, statystycznie dokonywanych jest na płaszczyźnie tak zwanych nizin społecznych albo marginesu. Wszędzie tam, gdzie panuje patologia międzyludzkich relacji, dodatkowo suto zakrapiana alkoholem. Natomiast mieszkańców tych lokali, uchodzących za renomowane, łączyło niezłomne kryterium doboru – zasobność portfela. Miało to być gwarantem najemców czy właścicieli na odpowiednim poziomie.
– Teraz widzę, panie oficerze – wątły sąsiad popatrzył na funkcjonariusza – że nie miałem racji. Źle powiedziałem. Cofam. Pieniądze to żaden wyznacznik człowieka lepszej jakości. Żaden!
– Ciekawy wniosek – mruknął policjant.
– Jak tylko sobie pomyślę – kontynuował sąsiad – że mimo wszystko… że się okazało… o mój Boże… że mieszkałem blisko takiego zwyrodnialca… albo psychopatycznego mordercy…
– Proszę zachować spokój.
Prośba funkcjonariusza nie zadziałała.
– On przecież mógł nas wszystkich pozabijać! – stęknął sąsiad i wytrzeszczył oczy. – Właśnie do mnie dotarło… A może tamte kawałki to nie jest jego jedyna ofiara?!
– Co ma pan na myśli?
– Może tych jego ofiar było więcej? Tylko ta ostatnia taka najbardziej… spektakularna? Może zabijał po cichu, gdzieś w jakimś odosobnieniu, za miastem? Do domu zabierał tylko pamiątki, trofea. I trzymał je, na przykład, w piwnicy!
DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ
Loft
Michał Rejman – rekrut
Anna Gołębiowska – pułkownik Tess
Agata Brzozowska – rekrut
Małgorzata Ziołek – generał
Kwantyfikacja tezy
Podziękowania
