Alvethor - Demiurg - Magdalena Kałużyńska - ebook
NOWOŚĆ

Alvethor - Demiurg ebook

Magdalena Kałużyńska

0,0

Opis

Czy odważysz się zadać właściwe pytanie?

Wkrocz do świata, w którym czasoprzestrzeń jest nieswoista, a chronologia bezpowrotnie zaburzona. Tu koniec jest dopiero początkiem, a każda chwila może zostać zresetowana jednym mrugnięciem ekranu rzeczywistości.

Alvethor to nie jest miejsce. To stan zawieszenia w ciemności, gdzie granica między bogiem a żartownisiem zaciera się w oparach czarnej mazi i echu wielkich naukowych odkryć. To historia o potędze tworzenia i przekleństwie kontroli. O świecie, który przecieka niczym durszlak, i o ludziach, którzy są tylko pionkami w rękach kogoś, kto może wszystko, bo chce.

Magdalena Kałużyńska – autorka powieści grozy, między innymi serii Alvethor, w której ukazały się Białe miejsce Pandemia. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 287

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Magdalena Kałużyńska

ALVETHOR DEMIURG

Copyright © Oficynka & Magdalena Kałużyńska, Gdańsk 2026

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Oficynki.

Wydanie pierwsze w języku polskim, Gdańsk 2026

Opracowanie redakcyjne: Katarzyna Pruska

Opracowanie e-booka: Dariusz Piskulak

Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

Zdjęcia na okładce: © Daniel Rusiłowicz

(wygenerowane przy pomocy AI)

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

ISBN 978-83-68740-16-5

www.oficynka.pl

e-mail:[email protected]

Idąc tym korytarzem,

nie patrz pod nogi,

bo sufit jest i ściany,

lecz nie ma podłogi…

Aczkolwiek sufit jest materią

uciekającego czasu,

błyszczącą na tych ścianach

strumieniami kwasu…

a bruzdy to są ślady myśli

a sople zdarzeń wiszą niczym kości

i kapią ciężką od przestrzeni kroplą

ginąc w żarłocznej otchłani nicości.

Koniec.

Alvethor

Zapis w Księdze Zgromadzenia

*

Reality is created by the mind.

We can change our reality by changing our mind.

Platon

– To koniec.

– Koniec? Jaki koniec?! Czego, kurwa, koniec?!

– Koniec świata.

– Którego?

– Każdego, żadnego.

– I co będzie?

– To, co zawsze. To, co nigdy. Nic się nie stało. Nic się nie wydarzyło. Alvethor stop. Nie ma definicji. Czasoprzestrzeń nieswoista, chronologia zaburzona. Ekran rzeczywistości zamigocze, zmieniając obraz.

– Czyli jeszcze raz.

– Jestem.

– Powiedz mi coś, czego nie wiem.

– Pani profesor! Pani profesor! Proszę poczekać, pani profesor!

Mała, drobna, siwa kobieta przystanęła i się odwróciła.

– A ten czego znowu? – mruknęła.

– Pani profesor!

Młody mężczyzna biegł korytarzem w jej stronę. Biegł i krzyczał. Nie. Biegł i darł się jak poparzony. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że na obiekcie nie wolno było biegać. Dosłownie. Obowiązywał bezwzględny zakaz. W całym uczelnianym budynku.

– Wywali się, jak nic – szepnęła – a wtedy jego rektor wywali na zbity pysk, a ja dostanę szlaban na doktorantów.

Ciekawe określenie, szlaban. Takie młodzieżowe – pomyślała.

– Pani profesor!

Zakaz biegania obowiązywał z prostego powodu – śliskiej jak piskorz marmurowej posadzki. Oraz bogatej historii wypadków, połamanych nóg, rozwalonych głów, studentów, kadry naukowej, pracowników administracyjnych, technicznych, ludzi z zewnątrz. Budynek był wpisany na listę zabytków, a to znaczyło ograniczone możliwości tak zwanych zmian adaptacyjnych. A po ludzku – podłogę można było co najwyżej przykryć, nie zmienić na bezpieczniejszą, na przykład drewnianą.

– Pani profesor! Pani profesor! Proszę poczekać, pani profesor!

Doktorant mimo wszystko nigdy tego zakazu nie przestrzegał.

Albo, albo. Starsza kobieta pokręciła głową i cmoknęła kącikiem ust, dając tym wyraz swojej dezaprobaty. Albo głupi, albo głuchy – myślała – albo jedno i drugie.

Szymon, bo tak mężczyzna miał na imię, według swojego mniemania posiadał wyjątkowo ważny powód, dla którego ryzykował utratę zdrowia, życia oraz ciężko wypracowanego stanowiska dydaktycznego na tej uczelni.

Cholera, kolejna rewolucja – myślała kobieta – znalazł czterolistną koniczynę, nie, nie znalazł, dostał od irlandzkiego skrzata. Nie, nie dostał. Wygrał w karty. Albo wypowiedział życzenie i wygrał kumulację w amerykańskiej loterii, bimbalion dolarów. Co jeszcze? Odebrał sygnał od kosmitów, rozkodował, kosmici podali mu przepis na skręta niepowodującego gastrofazy albo na zdrowy etanol. Bardzo zdrowy. Napój samo etanolowe zdrowie. Dla dzieci szczególnie. A teraz jeśli wywinie kolejnego orła, to rektor nie będzie słuchał bzdurnego usprawiedliwienia i mojego doktoranta wywali w trybie natychmiastowym. Postawiła torbę na podłodze. Najchętniej przez okno – westchnęła. Już nie wiem, ile razy to mówiłam, że za stara jestem na takie akcje.

– Pani profesor!

Szymon był sławny również z powodu innej swojej cechy. Gdy cokolwiek zaobserwował, wywołał jakieś zjawisko w laboratorium, dostrzegł coś przez teleskop, bywało, że cieszył się jak dziecko. Ba, jak dziecko naćpane cukrem. Piszczał, tupał, klaskał, podskakiwał. I oczywiście bardzo często ten szczery entuzjazm spotykał się z niezrozumieniem pompatycznego środowiska naukowego, szczególnie jego Alma Mater. Innymi słowy – starzy wyjadacze nie podzielali radości podopiecznego profesor Doryńskiej-Stern. Niezliczoną ilość razy do kobiety docierały cierpkie komentarze, nawet takie, że jej doktorant wymaga leczenia psychiatrycznego.

– Sam wymagasz leczenia, dziadu jeden z drugim – odpowiadała na zaczepki. – Cieszyć się nie wolno czy co?

Szymon po prostu był inny. Nie opóźniony w rozwoju, nie był również w spektrum autyzmu. Po prostu był ciekawy świata. A nawet więcej – świata i okolic. W przypadku, kiedy znalazł coś, co wywoływało nieposkromiony entuzjazm, nie istniało już nic innego, tym bardziej nakazy, przepisy, zakazy.

– Pani profesor!

Był inny również z powodu swojej jakby niezniszczalności.

– Stary, masz supermoc! – żartowali jego koledzy. – Posadzkowy Superman!

– Bardzo śmieszne, bardzo śmieszne.

– Tylko, ziomek, gdzie ty masz pelerynkę?

Co nie zmieniało faktu, przeczącemu zdrowemu rozsądkowi oraz prawom fizyki, że w starciu z twardym przeciwnikiem, czyli uczelnianą posadzką, Szymon faktycznie nigdy nie odniósł żadnych obrażeń. Inni ludzie, ktokolwiek, kto poślizgnął się na tej zdradliwej podłodze, doznawał kontuzji – poważniejszych, mniej poważnych, choćby nabijał sobie siniaka. Każdy. Wszyscy. Zawsze.

Tylko nie Szymon.

Było to o tyle dziwne, że Gadowski wywracał się tu nadzwyczaj często. Mało powiedziane, praktycznie zawsze się wywracał, wywijał orła klasycznego albo, jak to ktoś określił, z hołubcami. Machał rękami, walił głową w marmur, plecami czasami tak mocno, że po korytarzu przechodził pogłos, a świadkowie byli przekonani, że słyszeli trzask łamanych kości.

– To tylko laptop trzasnął – powiedział kiedyś Szymon zdziwionemu lekarzowi, który wpatrywał się w zdjęcia RTG jego rąk, nóg, a szczególnie szyjnego odcinka kręgosłupa.

– Może jest pan jednak medycznym fenomenem, cokolwiek to znaczy – bąknął ortopeda. – Nie wierzę, że to mówię.

Po uczelni nawet poszła plotka, że Szymon testował na sobie specyfiki własnej produkcji i dlatego jego organizm nabrał cudownych właściwości, takich jak superwytrzymałość.

– O bozieńku, jaka bzdura – kwęknęła Doryńska-Stern.

– Pani profesor! Pani profesor! Proszę poczekać, pani profesor!

– Czekam, czekam, no.

– Czekaj, czekaj, mądra Jadziu…

– Nie mów do mnie tak, dobrze?

– Czekaj, czekaj, mądra Jadziu…

– Echo, wiesz, co to jest?

– Echo, wiesz, co to jest?

– Wyłączam się. Później porozmawiamy.

– Pani profesor! Pani profesor!

Dobiegł do starszej pani, zatrzymał się, schylił, próbując złapać oddech.

– Mam… taką… rewelację… – chrypiał – że… głowa… mała.

– Odkryłeś, że wszechświat przecieka?

Wyprostował się natychmiast i wybałuszył oczy. Był czerwony na twarzy, spocony, a kosmyki włosów przylgnęły mu do czoła.

– Ale nie tak po prostu, bo, cytuję, to nie jest żadna pierdolona rura.

Szymon stał jak zamurowany. Oddychał szybko.

– Odkryłeś, że wszechświat przecieka punktowo, przeciekanie określiłeś efektem durszlaka. I teraz zachodzisz w głowę obolałą, skąd to wiem?

– Przestań, on nie zna ciebie jako geniusza zbrodni.

– Zastanawiasz się, skąd to wszystko wiem, skoro tylko ty dostałeś te informacje nie dość, że zakodowane, to przed, powiedzmy, przysłowiową chwilą pocztą elektroniczną?

– Przestań, mądra Jadziu, bo twój doktorant zaraz zemdleje.

I Szymon Gadowski rzeczywiście zemdlał.

– Przesadziłam – szepnęła staruszka, nachylając się nad nim – ale jakoś tak… no nie mogłam się powstrzymać.

– Czyli z tym geniuszem zbrodni nie przesadziłem.

– Cóż, są takie sytuacje. – Stanęła normalnie. – Dobra, będzie tego. Reset.

Czasoprzestrzeń nieswoista. Chronologia zaburzona. Nie ma definicji. Ekran rzeczywistości zamigotał, zmieniając obraz.

Czyli jeszcze raz.

– Pani profesor! Pani profesor! Proszę poczekać, pani profesor!

Mała, drobna, siwa kobieta przystanęła i się odwróciła.

– A ten czego znowu? – mruknęła.

Czyli jeszcze raz.

– Jestem.

Był w ciemności, a ciemność była w nim. Otaczała go, przenikała. Nic nie widział. Nic nie czuł. Nie był również niczego świadomy. Ale czy na pewno? Istniał. Tak. Żył? Miał ciało? Zadaj pytanie właściwe. A ty? Kim ty jesteś? Jestem. On, czyli kto? On, czyli ja. Mogę być każdym. Mogę być nikim. Wyglądać jak ktokolwiek i kiedykolwiek, cokolwiek. Bez sensu? Sensu nie ma, dopóki go nie stworzę. Nie nadam znaczenia, ciężaru. Tu wszystko pochodzi ode mnie. Tu, czyli gdzie? Wszędzie, nigdzie. Kiedy? Zawsze, nigdy. Teraz. A ja? Kim ja jestem? Zadaj pytanie właściwe. Jakie? Spytaj, co się stało.

– Co się stało?

Odpowiem, że nic. Dokładniej: Nic się nie stało. Nic się nie wydarzyło. Alvethor stop. Czasoprzestrzeń nieswoista, chronologia zaburzona. Nie ma definicji. Ekran rzeczywistości zamigocze, zmieniając obraz. Czyli jeszcze raz. A ty spytasz, co to znaczy.

– Co to znaczy?

Odpowiem, że każdorazowo jest tak samo i że każdorazowo jest inaczej. Został cofnięty czas czy wspomnienia? A czy to nie wszystko jedno? Spytasz: Co się stało? To jest pytanie właściwe? Jeśli tak, odpowiem. Jeśli nie, będziesz zadawał pytania do skutku. Jeśli tak, odpowiem całą sekwencją albo częściową. Jak brzmi cała sekwencja? Nic się nie stało. Nic się nie wydarzyło. Alvethor stop. Czasoprzestrzeń nieswoista, chronologia zaburzona. Nie ma definicji. Ekran rzeczywistości zamigocze, zmieniając obraz. Czyli jeszcze raz.

– Zareaguję?

Tak. Zawsze reagowałeś. Każdorazowo tak samo, każdorazowo inaczej. W jaki sposób zareagujesz tym razem? Stracisz panowanie nad sobą.

– Nad kim?

Nad tobą. Na pewno. On, czyli kto? On, czyli ja.

– Nade mną. Stracę panowanie nade mną.

Tak, dobrze słyszysz. Nad sobą. Nad tobą.

– W jaki sposób?

Standardowy człowieka wkurwionego. I będziesz krzyczał.

– Umiem?

Umiesz, umiesz. Każdy człowiek umie krzyczeć. Ze złości, oczywiście.

– Co będę krzyczał?

To, co zawsze. To, co zwykle. Odpowiem, że każdorazowo jest tak samo i że każdorazowo jest inaczej, wtedy zaczniesz krzyczeć. Jakie inaczej?! Jakie inaczej?! Że to bez sensu! Jakie tak samo? O, to coś nowego! Coś innego! Jednak coś innego! Jaka miła odmiana! Jakie Alvethor stop! Jakie, kurwa, stop?! Przecież to niemożliwe! Niemożliwe. A jednak… Czyli co?! Zatrzymałeś cały wszechświat?! Taki jesteś zdolny?! Tak, jestem zdolny. Ale dlaczego?!

Bo mogę.

– Bo możesz…

Będziesz krzyczał, wyzywał mnie, rzucał mięsem. Bo mogę?! Bo, kurwa, mogę?! Że to wszystko jest niemożliwe! Przecież to niemożliwe! Niemożliwe! Niemożliwe! I że masz już, kurwa, dosyć! Że ile można i że może już wystarczy tej zabawy?! Czy sobie robię jaja, bo taki ze mnie żartowniś. Żartowniś, żartowniś! To niby ja. Zmęczysz się, bardzo, będziesz blisko zawału. Ale nie dam ci umrzeć. Nie w ten sposób. Chociaż gniew, złość to przecież potężne emocje. Wyniszczające.

– Nie dasz mi umrzeć?

Nawet mi to wykrzyczysz, że lepiej, żebyś zdechł, w końcu, bo ile, kurwa, można ciebie gnębić. Nie, kochany, ja ciebie nie gnębię. Ja ciebie wybrałem. A to różnica. Gówno prawda, gówno prawda! Będziesz krzyczał, machał rękami, sapał. Mówiłem, że będziesz krzyczał?

– Mówiłeś.

Każdorazowo jest tak samo, każdorazowo inaczej. Niemożliwe! Niemożliwe! Co się stało? Co się stało? Nic się nie stało?! Nic nie wydarzyło?! Kurwa, kurwa! Kiedy? Stwierdzę, że nie ma rzeczy niemożliwych, dopóki ich nie stworzę. Jak ze wszystkim, jak z niczym. Bo tak jest, tak było i tak będzie. Jednak moje wyznanie spłynie po tobie jak woda po kaczce. Zaczniesz jeszcze bardziej krzyczeć, że to bez sensu! Bez sensu! I żebym nie pierdolił głupot. Odpowiem, że sens też trzeba stworzyć, określić, ukierunkować, nadać znaczenie, możliwości, uczucia nawet. Głupota również mimo wszystko pochodzi ode mnie. Wszystko pochodzi ode mnie, każda istota, każdy byt, każda emocja. Ludzie są we władaniu emocji, uczuć. Nawet jeśli tego nie okazują. Zawsze mnie to fascynowało. I będzie fascynować. Ale ty jesteś… inny. Od początku taki byłeś. Że dlaczego ty? Dlaczego wybrałem ciebie, skoro na świecie jest kilka miliardów ludzi? Na którym świecie? Jeszcze nie ma żadnych światów. I jednocześnie już ich nie ma.

– Że co ty teraz pierdolisz?!

Teraz czyli kiedy?

– Nie wytrzymam!

Cóż… nawet zawieszony w ciemności poza czasem i przestrzenią potrafisz się wkurwić. Że co? Co ja znowu pierdolę!? Pseudometafizyczne gówno! Astralne pierdolenie! Skąd ty bierzesz takie rzeczy, słowa, teorie? Stosujesz filozofię z dupy wyssaną?! Ale raczej z własnej. Masz ty dupę w ogóle? Wszystkich już do imentu pojebało?! Co się, kurwa, dzieje?!

– Zadaj pytanie właściwe.

– Jakie?

– Zadaj pytanie właściwe.

– Co tu się, kurwa, dzieje?!

A ja odpowiem, że nic. Nic się nie stało, nic się nie wydarzyło. Alvethor stop.

– Niemożliwe! Niemożliwe! Co ty sobie, jaja robisz? Ze mnie. Tak. Na pewno.

– Nie robię.

– W takim razie oszukałeś mnie? Oszukałeś?!

– W twoich kategoriach postrzegania świata, tak.

W moich?! To ja mam jakieś kategorie?! A w jakich innych nie?! Czyli co?! To wszystko, co się niby nie wydarzyło, ten pierdolnik, chaos, jakieś do porzygania śmierdzące pokraki odgryzające ludziom głowy, jakieś chore akcje, zamiana ciał i umysłów, wskrzeszenia, armia kosmicznych najemników czy obrońców napierdalających rozkazy, raporty, definicje, rekrutujących Bogu ducha winnych ludzi do walki z pokrytymi śmierdzącą smołą potworami, ludzie, którzy patrząc w ciemność, siwieli, tracili zmysły, napadali przechodniów i masakrowali ich nożyczkami, mieli wizje, napady agresji, rzygali od odoru czarnego gówna, którego zapach do nich przylegał niczym druga skóra… to wszystko się nie wydarzyło?! Nic się nie stało?!

– Zadaj pytanie właściwe.

Kurwa, trzymajcie mnie! Zniszczę cię! Dopadnę cię i załatwię! Rozumiesz to? Ogarniasz?!

Dopadniesz mnie, zniszczysz… Rozumiem, ogarniam. Tak będziesz krzyczał. Kiedy? Na przykład waląc pięścią w mur izolatki numer siedem. Waląc pięścią aż do krwi.

– Będę w psychiatryku? No, proszę…

– Nie będziesz, jesteś w psychiatryku.

– Jestem, ale raczej rozczarowany, że nie w więzieniu za zmasakrowanie metafizycznego pojeba. Ektoplazmatycznego?! Astralnego?!

– Zadaj pytanie właściwe.

Co za różnica, pojeb to pojeb. Wiem! To nie moje wspomnienie. Ten psychiatryk. Dlaczego? Bo każdorazowo jest inaczej?! Poczekaj… W takim razie ja każdorazowo jestem kimś innym, tak? Tak. Ile razy już było to każdorazowe inaczej?! Wszystko inaczej, miejsca, ludzie, zdarzenia? Masz gadane, skubańcu! Tak. Mam gadane. I tak, każdorazowo jest inaczej. I ty każdorazowo jesteś kimś innym. Co to znaczy?! Znaczy, że ekran rzeczywistości zamigotał, zmieniając obraz. Czyli jeszcze raz. Pstrykniesz palcami, o ile masz palce, i już? Reset? Hop, bęc, zmiana kolana? Który to już raz?! I kiedy to się zaczęło?! Będziesz chciał wiedzieć. Wszystko. Zadasz wiele pytań. Bardzo wiele. Nieskończenie wiele pytań. Czy udzielę odpowiedzi? I tak. I nie. Tak, ale tylko na pytanie właściwe. Zadaj pytanie właściwe. I nie udzielę odpowiedzi, bo nie będziesz wiedział, które to jest pytanie właściwe. Kurwa! Przecież to bez sensu! Bez sensu! Tak. Nie ma sensu, sens nie istnieje, dopóki go nie stworzę. I odwrotnie. Zaraz się porzygam od tych bzdur!

Ekran rzeczywistości zamigotał, zmieniając obraz.

Czyli jeszcze raz.

– Jestem.

Był w ciemności, a ciemność była w nim. Otaczała go, przenikała.

– Jestem.

Wiem. Wiem, że jesteś.

– Jestem.

Powtarzasz się. Ale… kim? Kim ty jesteś? A ja? Kim jestem ja? Też się powtarzasz. Nie mam na to wpływu.

– Jestem.

A kwantyfikacja tezy? Gdzie jest kwantyfikacja tezy?! Gdzie jest odpowiedź na wszystkie pytania? Definicja, opis, wyjaśnienie, pomoc, teoria. Zawsze była.

– Nie ma definicji.

Odpowiedz! Gdzie jest kwantyfikacja tezy?! Ale kwantyfikacja tezy nie była dla ciebie, człowieku. Gdzie jest kwantyfikacja tezy?!

– Zadaj pytanie właściwe.

Które? Jakie? Jak brzmi pytanie właściwe?! Pomóż, podpowiedz!

– Jestem.

Wiem, że jesteś! Ciągle to powtarzasz! Ale kim ty jesteś?

– Zadaj pytanie właściwe.

Pomóż! Jakie to jest pytanie właściwe?! Chyba się nie dogadamy! To nie ma sensu! To nie ma sensu! Sens nie istnieje, dopóki go nie stworzę. Dopóki nie nadam znaczenia. Co się stało?! Nic się nie stało, nic się nie wydarzyło. Alvethor stop. Czasoprzestrzeń nieswoista, chronologia zaburzona. Nie ma definicji. Ekran rzeczywistości zamigotał, zmieniając obraz.

Czyli jeszcze raz.

– Jestem.

Był w ciemności, a ciemność była w nim. Otaczała go, przenikała. Chwileczkę. To pstryk i już? Wszystko od początku? Taki reset?

– Ładnie to określiłeś.

E tam, ładnie. Określenie jak każde inne, chyba, o ile dobrze pamiętam. Co pamiętasz? To, co pokazujesz. Nie rozumiem tylko, po co zaczynasz wszystko od nowa. Odpowiesz mi?

– Zadaj pytanie właściwe.

Nie wiem, które to jest. Może jakaś mała podpowiedź? Okej, rozumiem, reset. Wszystko od początku, bo każda opowieść powinna się jakoś… nie, każda opowieść powinna się odpowiednio zaczynać. Może jak w baśniach? Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, a dokładniej poza granicami wszechświata, istniał… był… znajdował się człowiek zawieszony w ciemności. Jak to brzmi? Dobrze? Dziwnie? Na pewno nieprawdopodobnie. On, czyli kto? On, czyli ja. A ty? Żartowniś, żartowniś. Nielogiczne. Zmień tylko początek opowieści, skoro ci nie pasuje. Nie zmieniaj wszystkiego. Nie zaczynaj od zera. Tak się nie robi.

– To tak nie działa, tak się nie robi.

Ja to powiedziałem? Pomyślałem? Początek, środek, koniec, te elementy opowieści się zazębiają, wynikają z siebie, są połączone. Jak naczynia wypełnione płynem. Przezroczyste, szklane, rurki, probówki, kolby, menzurki, zobacz.

– Widzisz?

Ale nie tylko, że przezroczyste, szklane. Szereg połączonych, różnokształtnych naczyń na laboratoryjnym stole. Widzisz? Wypełnione do połowy niebieskawą substancją. Wolisz inny kolor? Nieważne, co ja wolę. Naczynia połączone charakteryzuje wiele rzeczy. Najważniejsza jest ta, żeby odpowiednio je traktować. Bo jeśli szkło pęknie, to trzeba wymienić całą konstrukcję, nie zakleić czy odłamać skruszony fragment. Widzisz? I nie jest ważne, do której szklanej rurki czy kolby wlejesz płyn. Poziom wyrówna się we wszystkich. W tym świecie wszystko jest połączone. Także jako taka chronologia nie istnieje. Początek, koniec – to tylko umowna semantyka. W takim razie określenie czasoprzestrzeń nieswoista, chronologia zaburzona też jest bez sensu, skoro jako taka nie istnieje. Paradoks to też tylko semantyka? A widzisz już białe miejsce? Mógłbyś nie odpowiadać pytaniem na pytanie? Widzisz już białe miejsce? Nic nie widzę! Tu jest tylko ciemność! Nie, nie tylko! Ty jesteś, ja jestem, wszystko tu jest. I nic. Dlaczego ja?

– Zadaj pytanie właściwe.

Jakie jest pytanie właściwe? Co się stało? Nic się nie stało, nic się nie wydarzyło. Alvethor stop. Czasoprzestrzeń nieswoista, chronologia zaburzona. Nie ma definicji. Ekran rzeczywistości zamigotał, zmieniając obraz.

Czyli jeszcze raz.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

DEMIURG