AI-gent. Mroczne kody - Rdzanek W.P. - ebook + audiobook

AI-gent. Mroczne kody ebook i audiobook

Rdzanek W.P.

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Myślisz, że era programowania zaczęła się w XX wieku? A co, jeśli pierwszy kod powstał tysiące lat temu i dziś okazuje się groźniejszy niż najbardziej zjadliwy wirus?

Ostatni tom trylogii „AI-gent. Mroczne kody”

Marta, doktorantka archeologii, potajemnie wynosi z muzeum w Elblągu gocką bransoletę. Wkrótce potem policja znajduje na brzegu Wisły jej nagie ciało pokryte nordyckimi runami. Okazuje się też, że nie ona jedyna padła ofiarą tajemniczego rytuału. Artefakt ginie bez śladu. Kilka dni później padają systemy bankowe, a z kont klientów znikają miliony. Północnokoreański szpieg powraca, by definitywnie zemścić się na Karolu Koppelu. Gdy ostatni element pradawnego kodu zostanie uruchomiony, świat, który znasz, przepadnie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 313

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 56 min

Lektor: Konrad Szymański

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Trylogia AI-gent. Mroczne kody

TRY­LO­GIA

AI-GENT

MROCZNE KODY

ALGO­RYTM

AKORD

ARTE­FAKT

PROLOG

pią­tek, 21 marca,

oko­lice Zakro­czy­mia

Słońce szybko chy­liło się ku zacho­dowi, a na bez­chmur­nym, chłod­nym nie­bie roz­kwi­tały złoto-różowe refleksy gasną­cego dnia. Marta pchnęła ciężką, kutą z żelaza furtkę i przy­sta­nęła na skraju zdzi­cza­łego parku, któ­rego od lat nie tknęła ręka ogrod­nika. Ogar­nęła wzro­kiem zamkniętą, zapo­mnianą prze­strzeń, na któ­rej końcu stał stary dom. Nie­gdyś biały tynk, teraz posza­rzały i pożło­biony pęk­nię­ciami, w wielu miej­scach odpadł, odsła­nia­jąc rany suro­wej cegły. Ciemny, omszały dach nie­mal cał­ko­wi­cie zni­kał w uści­sku sple­cio­nych kona­rów potęż­nych stu­let­nich drzew.

Na zaro­śnię­tym pod­jeź­dzie stały dwa samo­chody, zie­lone kombi i mała oso­bówka w paste­lo­wym kolo­rze. Lekki, chłodny wiatr niósł ze sobą wil­gotną woń nie­od­le­głej Wisły. Marta, prze­jeż­dża­jąc wcze­śniej auto­bu­sem przez most, patrzyła na sze­roko roz­lany nurt rzeki poły­sku­jący zło­ci­ście pomię­dzy nagimi jesz­cze brze­gami. Wzięła głę­boki wdech, jakby za chwilę miała się zanu­rzyć w jej odmę­tach, popra­wiła paski ple­caka i ruszyła w kie­runku ciem­no­zie­lo­nych drzwi, z któ­rych tu i ówdzie pła­tami zła­ziła farba.

Już miała wycią­gnąć dłoń do masyw­nej mosięż­nej kołatki w kształ­cie Uro­bo­rosa, węża poże­ra­ją­cego wła­sny ogon, gdy drzwi otwo­rzyły się bez­sze­lest­nie, a w ich mrocz­nym pro­sto­ką­cie sta­nęła wysoka, ciem­no­włosa kobieta.

– Marta? – spy­tała. Popa­trzyła na przy­byłą spod gęstych, ciem­nych brwi.

– Dzień dobry, tak, to ja… – ode­zwała się nie­śmiało dziew­czyna.

– Witaj. Jestem Sonia, cze­ka­ły­śmy na cie­bie. No chodź. – Kobieta cof­nęła się o pół kroku, robiąc przej­ście.

Zanim Marta zdą­żyła zdjąć ple­cak, Sonia ujęła ją za ramiona i poca­ło­wała dwu­krot­nie w policzki, cere­mo­nial­nie i bez czu­ło­ści. Pie­go­wata twarz Marty lekko pokra­śniała z emo­cji. Odwza­jem­nia­jąc poca­łu­nek, poczuła ostry zio­łowy zapach palo­nej szał­wii, który osiadł na wło­sach i ubra­niu gospo­dyni.

– Beata już jest, a także Wero­nika i Klau­dia, któ­rych jesz­cze nie pozna­łaś. Cze­kamy na Marię. Powinna wkrótce przy­je­chać.

Marta domy­śliła się obec­no­ści Beaty, gdy dostrze­gła błę­kitne jeź­dzi­dełko, któ­rym kilka razy podró­żo­wały razem nad jezioro. Co do dwóch pozo­sta­łych kobiet, uprze­dzono ją, że tutaj będą. Nato­miast Maria… Maria była kimś wyjąt­ko­wym. To dzięki niej Marta zna­la­zła się w tym miej­scu. To wła­śnie ona wpro­wa­dziła ją w świat dawno zapo­mnia­nych wie­rzeń, pełen tajem­nic i ukry­tych mocy. Takie samot­nie żyjące kobiety nazy­wano kie­dyś ama­zon­kami. Ale Maria była kimś wię­cej – sza­manką, a wła­ści­wie seiðkone, potra­fiącą za pomocą run odmie­nić los i stwo­rzyć nową rze­czy­wi­stość. Na dźwięk jej imie­nia Marta uśmiech­nęła się do sie­bie, przy­po­mi­na­jąc sobie ich pierw­sze spo­tka­nie przy kamien­nym kręgu w Węsio­rach. Minął zale­d­wie rok, a wyda­wało się to tak odle­głe, jakby nale­żało do innego życia.

Z wil­got­nej, chłod­nej sieni weszły do prze­stron­nego pomiesz­cze­nia, które w poprzed­nim wcie­le­niu mogło być salo­nem, teraz zaś prze­obra­ziło się w prze­strzeń sakralną pul­su­jącą inną, star­szą ener­gią. Martę prze­szedł dreszcz. Powie­trze było gęste i cięż­kie, nasy­cone aro­ma­tyczną, nie­mal duszącą wonią palo­nego jałowca i szał­wii. Świa­tło było skąpe: kilka gru­bych świec rzu­cało nie­re­gu­larne, drżące cie­nie, przez co przed­mioty zda­wały się nie­ustan­nie poru­szać. Pano­wała cisza prze­ry­wana jedy­nie led­wie sły­szal­nym skrzy­pie­niem dębo­wych dese­czek pociem­nia­łego ze sta­ro­ści par­kietu. Pod­łogę zaście­łały skóry i grube, ręcz­nie tkane chod­niki, któ­rych wzory wymy­ślono przed tysią­cami lat. Na środku stał niski kamienny ołtarz, nad­kru­szony cza­sem, nazna­czony śla­dami daw­nych rytu­ałów. Spo­czy­wała na nim zamknięta skrzynka z ciem­nego drewna oraz gli­niana urna przy­po­mi­na­jąca arte­fakt wydo­byty z gro­bowca. Tuż obok, w kamien­nym kominku przy­wo­dzą­cym na myśl raczej pale­ni­sko, pło­nęły grube dębowe polana. Wokół wzno­siły się drzewce ozdo­bione wstąż­kami i pió­rami. Belki stro­powe – pra­wie czarne, spę­kane, ze śla­dami sadzy – jakby od wie­ków oświe­tlane przez migo­tliwe pło­mie­nie; na ścia­nach zawie­szono amu­lety z kości, srebrne pierście­nie i płótna pokryte runami. Cało­ści wystroju dopeł­niał nie­pro­por­cjo­nal­nie wysoki, obity wygar­bo­waną skórą tron prze­zna­czony dla seiðkone.

Drzwi na taras były uchy­lone. W ostat­nich pro­mie­niach słońca stały tam trzy kobiety, które roz­ma­wia­jąc, wska­zy­wały Wisłę. Odwró­ciły się do Marty i przy­wi­tały ją w taki sam spo­sób, jak zro­biła to Sonia.

– Pięk­nie tu – wyszep­tała Marta.

Sze­roki nurt rzeki mie­nił się sre­brem i zie­le­nią. Gdzieś nie­da­leko ode­zwał się ptak – jego wysoki, prze­cią­gły głos zabrzmiał ostro, zwia­stu­jąc polo­wa­nie.

– Jak dotar­łaś? Dobrą mia­łaś podróż? – spy­tała Beata.

– Cał­kiem, cał­kiem. Z Elbląga do War­szawy kur­suje mnó­stwo auto­bu­sów. Nie­stety kie­rowca nie chciał się zatrzy­mać w Zakro­czy­miu i musia­łam się prze­siąść na Mary­mon­cie. Ostatni odci­nek prze­szłam pie­szo – zakoń­czyła z wes­tchnie­niem, po czym uśmiech­nęła się, sta­ra­jąc się ukryć napię­cie.

Zna­joma od razu odczy­tała jej emo­cje i z tro­ską ujęła ją za dłoń.

– Cie­szę się, że jesteś. Ja też dotar­łam bez przy­gód z Olsz­tyna, choć przez te wykopy na końcu było tro­chę pro­ble­mów… Dziew­czyny z Pozna­nia miały łatwiej. – Zer­k­nęła w stronę Wero­niki i Klau­dii.

– Z Obor­nik! – spro­sto­wały jed­no­cze­śnie.

Marta od razu dostrze­gła, że są bliź­niacz­kami. Czter­dzie­sto­latki były przy­sa­dzi­ste, kędzie­rzawe i rumiane. Miały w sobie pozy­tywną ener­gię; każdy ich gest ema­no­wał rado­ścią, a przy­mru­żone oczy zda­wały się nie­ustan­nie uśmie­chać.

Na taras wyszła Sonia z tacą, na któ­rej stały duży kamion­kowy imbryk oraz gli­niane czarki.

– No, dziew­częta, czas na her­batkę. Ziółka sama zbie­ra­łam! – oznaj­miła niskim, chro­pa­wym gło­sem. – Maria będzie za kwa­drans – dodała ciszej.

Napar był gorzki, jed­nak Marta wypiła go do dna. Zapo­wiedź przy­by­cia seiðkone ozna­czała, że począ­tek rytu­ału zbliża się wiel­kimi kro­kami. Wcią­gnęła powie­trze i zapa­trzyła się w ciem­nie­jące niebo, czu­jąc, jak jej ciało ogar­nia bło­gie odprę­że­nie.

Z zamy­śle­nia wyrwał ją głę­boki ton gongu dobie­ga­jący z wnę­trza domu. Sonia weszła do środka, by po kilku minu­tach poja­wić się ponow­nie w towa­rzy­stwie siwo­wło­sej kobiety. Wypro­sto­wana syl­wetka przy­by­łej spra­wiała, że wyda­wała się wyż­sza, niż była w rze­czy­wi­sto­ści. W migo­tli­wym świe­tle świec jej pomarsz­czona twarz przy­po­mi­nała spę­kaną, wyschniętą zie­mię. Kobieta pode­szła kolejno do każ­dej z nich, skła­da­jąc powi­talny poca­łu­nek.

– Dziś twój wielki dzień – powie­działa dźwięcz­nym gło­sem do Marty.

– Tak, Mario…

– Tutaj nazy­waj mnie moim praw­dzi­wym imie­niem.

– Dobrze, Sigrun.

– Dziś naro­dzisz się na nowo i dosta­niesz imię, które nada ci Freja. To ogromny zaszczyt. Sta­niesz się jedną z nas!

Marta zamknęła oczy. Przy­go­to­wy­wała się na ten moment od wielu mie­sięcy. Dowie­działa się, że Freja – ustami seiðkone – wypo­wie jej nowe imię, które odkryje jej praw­dziwe prze­zna­cze­nie. Jeśli bogini uzna, że powinna zostać völvą – jak zgro­ma­dzone tu kobiety – otwo­rzą się przed nią drzwi do praw­dziwego pozna­nia. Marta bar­dzo tego pra­gnęła. Rúna, jak nazy­wała Beatę, powie­działa jej, że nie­zwy­kle ważne jest, aby pod­czas seiðr miała przy sobie odpo­wied­nie amu­lety z wyry­tymi sym­bo­lami boskich mocy.

Marta długo nie mogła zde­cy­do­wać, który ze świę­tych zna­ków jest jej przy­pi­sany. Kilka dni przed przy­jaz­dem wyda­rzyło się jed­nak coś, co spra­wiło, że doko­nała jasnego wyboru. Na wystawę do muzeum, w któ­rym pra­co­wała, przy­wie­ziono eks­po­naty zwią­zane z obec­no­ścią Gotów na zie­miach pol­skich. Zna­le­zi­ska z nie­dawno odkry­tego kobie­cego grobu były tak bogate, że arche­olo­dzy nabrali prze­ko­na­nia, iż natra­fiono na miej­sce pochówku osoby nie­zwy­kłej. Wśród wielu srebr­nych przed­mio­tów jeden wyróż­niał się szcze­gól­nie: kuta bran­so­leta w kształ­cie wiją­cego się węża z okrą­głą tar­czą, pod którą znaj­do­wała się nie­wielka puszka. Gdy Marta wzięła cenny arte­fakt do rąk, poczuła, jak prze­pływa przez nią prąd. W tym momen­cie wie­działa, że zna­la­zła amu­let, któ­rego szu­kała.

Z zamy­śle­nia wyrwał ją niski głos Soni.

– Już czas, dziew­częta. Pora się przy­go­to­wać i zapa­lić święty ogień!

Weszły do środka. Na ołta­rzu posta­wiły drew­niane szka­tułki ze swo­imi amu­le­tami i sta­nęły w kręgu. Zamknęły oczy, wsłu­chu­jąc się w trzask pło­ną­cych polan. Sigrun zaczęła nucić pra­dawną gar­dłową melo­dię. Dźwięki stop­niowo nara­stały, odbi­ja­jąc się echem. Nagle jej głos nabrał mocy, stał się jak rzeka toru­jąca sobie drogę wśród skał. Wszyst­kie kobiety prze­szył spazm. Wstrzy­mały oddech. A potem poczuły silną więź ze sobą nawza­jem, z tym miej­scem i z cza­sem, w któ­rym spla­tały się emo­cje, wspo­mnie­nia i teraź­niej­szość. Zawo­dze­nie Sigrun prze­szło w melo­dyjną pieśń. Ile­kroć roz­po­czy­nała nowy wers, nabie­rała garść suszo­nych ziół i sypała je w ogień. Pokój wypeł­niła wonna, odu­rza­jąca mgła.

Vana­dis, Pani zło­tych pól,

Co z wia­trem nie­siesz trawy szept.

– O Frejo, daj nam obfi­tość! – odpo­wie­działy chó­rem.

Mardöll, jaśnie­jesz ponad falą,

Perły rado­ści w pia­nie tkasz.

– O Frejo, pro­wadź nas przez fale! – Ich głosy wznio­sły się na wyż­szy ton.

Gefn, co życie w brza­sku nie­siesz,

Twe słowo rodzi złoty plon.

– O Frejo, uczyń zie­mię płodną!

Menglöð, Pani nocy czar­nej,

Twój naszyj­nik świa­tłem lśni.

– O Frejo, broń tych, co cię wzy­wają!

Dostrze­gły cie­nie swych przod­kiń, które wiły się w tańcu wokół ognia. I same zaczęły się poru­szać w rytm wypo­wia­da­nych słów.

Vana­dis, Mardöll, Gefn, Menglöð,

Wzy­wamy cię w tańcu iskier.

Nagle pieśń opa­dła i uci­chła.

– Heil Freia! Heil Freia! Heil Freia! – wypo­wie­działy boskie pozdro­wie­nie.

Sigrun ścią­gnęła przez głowę luźną suk­nię. Pozo­stałe poszły w jej ślady. Sta­nęły w kręgu, nagie jak w chwili naro­dzin. Seiðkone pod­nio­sła z ołta­rza gli­nianą urnę wypeł­nioną nie­bie­ską maścią i okrą­gły pędzel ze szcze­ciny dzika, po czym pode­szła do Soni. Nabrała mik­stury i zaczęła pisać na jej ciele święte runy.

Dagaz – dwa trój­kąty sty­ka­jące się wierz­choł­kami, które zapew­niają prze­bu­dze­nie i rów­no­wagę – umie­ściła na czole.

Algiz – święte drzewo mające chro­nić przed złem – nary­so­wała mię­dzy pier­siami, jego gałę­zie prze­bi­jały sutki.

Wresz­cie sowelo – sym­bol w kształ­cie bły­ska­wicy, dający życie i płod­ność – umie­ściła poni­żej pępka, tak że się­gał aż do łona.

Te same znaki wypi­sała na cia­łach pozo­sta­łych uczest­ni­czek. Gdy skoń­czyła, odsta­wiła urnę na ołtarz. Uklę­kła przy ogni­sku i z kamien­nego obrzeża zgar­nęła dło­nią popiół ze spa­lo­nych ziół. Dwoma pal­cami, niczym kapłanka skła­da­jąca ofiarę, ozna­czyła runami wła­sną pomarsz­czoną skórę i sta­nęła w kręgu, wzno­sząc ręce.

– Włóż­cie swoje amu­lety! – pole­ciła.

Mar­cie krę­ciło się w gło­wie. Miała wra­że­nie, że skóra pod runami staje się prze­zro­czy­sta i ema­nuje świa­tłem. Wyjęła bran­so­letkę goc­kiej kapłanki i wsu­nęła ją na przed­ra­mię. Sonia zaczęła wystu­ki­wać rytm na bęb­nie; kobiety podry­gi­wały wokół ognia. Seiðkone pode­szła do Marty i chwy­ciła ją za dło­nie.

– To mówi Freja! – wykrzyk­nęła, a bęb­nie­nie się urwało. – Twoje praw­dziwe imię to Gudrun, twoim prze­zna­cze­niem jest walka. Zmie­rzysz się z naj­po­tęż­niej­szymi wro­gami i ich poko­nasz, a światu przy­nie­siesz pokój.

– Heil Freia! – zawo­łały kobiety w eks­ta­zie.

– Nie możesz nosić tego amu­letu, bo już nie szu­kasz drogi, lecz ją zna­la­złaś – wyszep­tała Sigrun pro­sto do ucha Marty. – Twoim zna­kiem jest valk­nut, gdyż twym prze­zna­cze­niem jest Wal­halla!

Chwy­ciła bran­so­letkę i ścią­gnęła ją z jej ręki. Poło­żyła ją na ołta­rzu, a ze ściany zdjęła wykuty ze stali wisior z sym­bo­lem prze­ni­ka­ją­cych się trój­ką­tów i zawie­siła go na szyi dziew­czyny. Ciężki meda­lion spo­czął mię­dzy jej drob­nymi pier­siami. Mar­cie się wydało, że skóra na całym jej ciele zaczyna skrzyć, a stopy uno­szą się nad zie­mią.

– Ja lecę… – wyszep­tała. – Lecę! – powtó­rzyła gło­śniej i nie­po­mna niczego wybie­gła na taras.

Oto­czyła ją noc pobły­sku­jąca reszt­kami świa­tła, któ­rego nie zdo­łały wessać pło­mie­nie rytu­al­nego ognia. W jej oczach wszystko stało się nagle dziw­nie małe. W mroku widziała zarys drzew na tle poły­sku­ją­cej Wisły, a w roz­pusz­czo­nych rudych wło­sach poczuła pęd wia­tru, który niósł ją w stronę rzeki. Nie czuła bólu, gdy ostre kolce dra­pały jej skórę do krwi. Po chwili dotknęła tafli wody, która wydała się cie­pła i miękka. Bez waha­nia się zanu­rzyła, pozwa­la­jąc się porwać gwał­tow­nemu nur­towi. Rzeka zapra­szała, aby wejść głę­biej. Marta pogrą­żyła się w mkną­cych falach. Zoba­czyła uno­szące się w wodzie barwne, świe­tli­ste stwo­rze­nia: machały do niej, zapra­sza­jąc do zabawy. Podą­żyła za nimi, ale one nagle znik­nęły, a Marta poczuła ostry ucisk w pier­siach. Chciała krzyk­nąć, by zacze­kały, lecz z jej ust wydo­były się jedy­nie bąble powie­trza. Rzeka, zazwy­czaj obo­jętna i zimna, piesz­czo­tli­wie otu­liła jej blade, bez­władne ciało i pozwo­liła mu opaść na mięk­kie, muli­ste dno, gdzie prąd powoli zaczął ukła­dać rude włosy, spla­ta­jąc je z wodo­ro­stami.

ROZDZIAŁ 1

pią­tek, 21 marca,

ośro­dek ABW w Pusz­czy Kam­pi­no­skiej

Kristiny nie obcho­dziło, że tego dnia zaczyna się kalen­da­rzowa wio­sna. A to co naj­mniej z dwóch powo­dów. Po pierw­sze, od połowy listo­pada była uwię­ziona w ste­ryl­nej pod­ziem­nej prze­strzeni, cał­ko­wi­cie pozba­wiona kon­taktu z zewnętrz­nym, nie­prze­wi­dy­wal­nym świa­tem. Słońce, poranne mgły czy deszcz oglą­dała jedy­nie pod­czas obo­wiąz­ko­wych, odmie­rza­nych co do minuty wyjść na spa­cer­niak – beto­nowy plac oto­czony wyso­kim par­ka­nem, nad któ­rym roz­cią­gała się siatka prze­sła­nia­jąca skra­wek nieba. Nie mogła wybrać się gdzieś dalej, pójść do jakie­goś zady­mio­nego klubu na drinka i zatań­czyć z przy­god­nie poznaną dziew­czyną. Po dru­gie, w Szwe­cji, jej ojczyź­nie, ta data nie budziła szcze­gól­nych emo­cji. Praw­dziwą wio­snę świę­to­wano tam dopiero na koniec kwiet­nia, w noc Wal­pur­gii – Valborgsmässoafton, kiedy to ludzie zbie­rali się na świe­żym powie­trzu, jedli, pili, tań­czyli i sym­bo­licz­nie się oczysz­czali w dymie palą­cych się całą noc ognisk.

Jak co dzień, obu­dzono ją o siód­mej i dano dokład­nie pół godziny na poranną toa­letę oraz przy­go­to­wa­nie się do wyj­ścia. Po czte­rech mie­sią­cach pewne zacho­wa­nia stały się dla niej nową, przy­gnę­bia­jącą normą. Kie­dyś potra­fiła nie spać całą noc, prze­sia­du­jąc na fotelu gamin­go­wym, jadła tylko wtedy, gdy poczuła ssący głód, i zda­rzało się jej nawet przez kilka dni nosić te same ciu­chy. Świat, w któ­rym nie­ustan­nie była zanu­rzona w binar­nej rze­czy­wi­sto­ści sieci, wła­my­wała się na ser­wery potęż­nych insty­tu­cji i kor­po­ra­cji, pla­no­wała ataki haker­skie – defi­ni­tyw­nie się skoń­czył i został za nią niczym odle­głe, wybla­kłe wspo­mnie­nie. Teraz jej życie pod­po­rząd­ko­wano ści­śle usta­lo­nemu har­mo­no­gra­mowi: praca, będąca zara­zem karą i per­wer­syjną formą odku­pie­nia, pre­cy­zyj­nie wyzna­czone prze­rwy na odpo­czy­nek i regu­larne, pozba­wione smaku posiłki.

Pod­czas poran­nego prysz­nica zauwa­żyła, jak bar­dzo zmie­niło się jej ciało. Jesz­cze nie­dawno była prze­raź­li­wie chuda, a jej wyta­tu­owana skóra miała nie­zdrowy sza­rawy odcień. Po zimie tro­chę przy­brała. Na­dal można ją było okre­ślić mia­nem szczu­płej, ale już nikt nie podej­rze­wałby jej o ano­rek­sję.

Sta­nęła przed lustrem, prze­cze­sała pal­cami krót­kie, led­wie cen­ty­me­trowe pla­ty­nowe włosy i spoj­rzała pro­sto w swoje jasno­nie­bie­skie oczy, celowo nie zni­ża­jąc wzroku. Nie­wiel­kie lustro odbi­jało tylko jej twarz, która stała się peł­niej­sza i nabrała nie­win­nego wyrazu. Jed­nak na szyi wid­niało nie­zmy­walne piętno daw­nego życia: ciemny, misterny tatuaż z wysu­niętą do przodu głową żmii z obna­żo­nymi kłami jado­wymi scho­dził w dół, opla­ta­jąc jej ramiona i pierś. Pseu­do­nim, któ­rym się posłu­gi­wała – Viper – został wyma­lo­wany na jej skó­rze z arty­styczną dosko­na­ło­ścią i tech­niczną pre­cy­zją.

Od dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń w Par­la­men­cie Euro­pej­skim prze­szła głę­boką prze­mianę. Choć usu­nię­cie tatu­ażu nie było moż­liwe, nikt nie mógł jej zabro­nić go ukry­wać. Popro­siła kapi­tana Fri­szera, by zamiast luź­nych koszu­lek dostar­czono jej bluzki z gol­fem. Był to jej mały codzienny akt samo­obrony; nie chciała przy­po­mi­nać sobie daw­nego życia ani pozwo­lić, by inni mogli je dostrzec.

O siód­mej trzy­dzie­ści drzwi jej pokoju otwo­rzyła mil­cząca straż­niczka i zapro­wa­dziła Kri­stinę do kan­tyny na śnia­da­nie. Sala była nie­wielka, ste­ryl­nie czy­sta i jasno oświe­tlona. Błysz­czące blaty podłuż­nych sto­łów ze stali nie­rdzew­nej oraz usta­wione wokół nich meta­lowe krze­sła two­rzyły wra­że­nie prze­strzeni zapro­jek­to­wa­nej do szyb­kiego posiłku. Gołe, jasno­szare ściany zda­wały się krzy­czeć: Zjedz i wychodź!

Kri­stina chwy­ciła szarą tacę i udała się do bufetu. Kilka mie­sięcy wcze­śniej minę­łaby obo­jęt­nie wszyst­kie pojem­niki z jedze­niem. Teraz jed­nak pil­no­wano, aby codzien­nie dostar­czała orga­ni­zmowi odpo­wied­nią dawkę kalo­rii i wita­min. Na tacy poło­żyła pojem­nik serka wiej­skiego oraz kromkę ciem­nego pie­czywa. Do meta­lo­wego kubka nalała soku jabł­ko­wego i zajęła miej­sce przy naj­bliż­szym wol­nym stole. O tej porze w kan­ty­nie było sporo osób, z czego więk­szość sta­no­wili koń­czący zmianę funk­cjo­na­riu­sze. Jedy­nym wyjąt­kiem był młody, wysoki męż­czy­zna z nie­sforną ciem­no­blond czu­pryną i ruda­wym zaro­stem. Poja­wiał się codzien­nie; więk­szość posił­ków jadał sam, ale nie wyglą­dał na więź­nia i ni­gdy nie był pil­no­wany. Choć Kri­stina nie szu­kała towa­rzy­stwa, kil­ka­krot­nie ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Wtedy obda­rzał ją sym­pa­tycz­nym uśmie­chem, jakby wie­dział, kim ona jest i dla­czego tu sie­dzi.

Zdjęła meta­lową pokrywkę i zaczęła nabie­rać łyżeczką grud­ko­wa­tego twa­rożku. Gdy pod­nio­sła wzrok, dostrze­gła wcho­dzą­cego do kan­tyny Fri­szera w towa­rzy­stwie męż­czy­zny, o któ­rym przed chwilą myślała. Prze­rwali roz­mowę, kiedy prze­kro­czyli próg. Obaj natych­miast spoj­rzeli na Kri­stinę. Reak­cja była taka, jakiej się spo­dzie­wała: młody męż­czy­zna się uśmiech­nął, a kapi­tan ski­nął nie­znacz­nie głową. Prze­cho­dząc obok jej sto­lika, zatrzy­mał się.

– Tro­chę się spóź­nię. Myślę, że około pół godziny do godziny.

Kri­stina potwier­dziła przy­ję­cie komu­ni­katu kiw­nię­ciem głowy. Obser­wo­wała, jak męż­czyźni pod­cho­dzą do bufetu. Chłodny, bez­e­mo­cjo­nalny spo­sób bycia Fri­szera bar­dzo jej odpo­wia­dał. W zasa­dzie całe jej życie w Szwe­cji wyglą­dało wła­śnie tak.

Prze­kli­nała w myślach dzień, w któ­rym dała się wcią­gnąć w grę Obli­via­tesa. To on – sztuczna inte­li­gen­cja na usłu­gach nie­zna­nego poten­tata – dopro­wa­dził ją do miej­sca, w któ­rym teraz prze­by­wała: uwię­ziona i zmu­szona do współ­pracy z ABW. Żało­wała, że przy­czy­niła się do śmierci wielu osób. Wspo­mnie­nie dzie­sią­tek ciał i głów bro­czą­cych krwią nawie­dzało ją nie­mal co noc. Budziła się sztywna, przy­po­mi­na­jąc sobie o poku­cie, którą dobro­wol­nie przy­jęła.

Kapi­tan Zyg­munt Fri­szer, wyzna­czony przez sąd na jej opie­kuna, miał nad­zo­ro­wać jej pracę, wyko­rzy­stu­jąc przy tym nie­małe zdol­no­ści Kri­stiny w dzie­dzi­nie cyber­prze­stęp­czo­ści. W ciągu ostat­nich czte­rech mie­sięcy jej zada­niem było roz­bi­cie szajki hake­rów okra­da­ją­cych zwy­kłych ludzi. W zmyślny spo­sób czy­ścili konta drob­nych ciu­ła­czy. Zarówno poli­cja, jak i ABW były bez­radne. Szcze­rze mówiąc, Kri­sti­nie także nie­wiele udało się zdzia­łać. Miała dzi­siaj roz­ma­wiać o napo­tka­nych pro­ble­mach z kapi­ta­nem, a było to trudne, bo od pew­nego czasu odno­siła wra­że­nie, że ofi­cer sądzi, iż Kri­stina sabo­tuje prace, co było oczy­wi­stą bzdurą. Po pro­stu utknęła. Potrze­bo­wała cze­goś nowego, jakiejś inspi­ra­cji. Cie­kawa była, czy dzi­siaj ją czymś zasko­czy.

Skoń­czyła jeść, odnio­sła tacę i pode­szła do straż­niczki.

– Kapi­tan Fri­szer powie­dział, że jest teraz zajęty i mam wolną godzinę. Jest szansa, żebym wyszła na dwór?

Straż­niczka zasta­no­wiła się, po czym ski­nęła głową.

– Chcesz zabrać coś do ubra­nia? Jest dość chłodno.

Kri­stina uśmiech­nęła się nie­znacz­nie.

– Nie, nie trzeba. Jest okej.

Gdy wyszła na plac, wcią­gnęła głę­boko do płuc zapach lasu. Już dawno prze­stała zwra­cać uwagę na liczne kamery obser­wu­jące każdy jej ruch. Ruszyła wzdłuż par­kanu po beto­no­wej nawierzchni. Trzy­dzie­ści kro­ków, zwrot w lewo, dwa­dzie­ścia cztery kroki, zwrot w lewo… Sta­rała się nie myśleć o nad­cho­dzą­cej roz­mo­wie. Po pół­go­dzi­nie zmę­czona cho­dze­niem w kółko przy­sia­dła na ławce. Zwie­siw­szy głowę, przy­glą­dała się mrów­kom krę­cą­cym się po beto­nie. Bie­gały cha­otycz­nie, szu­ka­jąc cze­goś przy­dat­nego dla mro­wi­ska, a gdy już to zna­la­zły, odwra­cały się i podą­żały nie­wi­doczną ścieżką za par­kan. Przy­szło jej na myśl, że jej dotych­cza­sowe podej­ście do pro­blemu haker­skiego jest podobne: obser­wuje poje­dyn­cze mrówki, potrafi opi­sać sche­mat ich zacho­wań i na tej pod­sta­wie znisz­czyć jedną wrogą komórkę. Ale na­dal nie wie­działa, gdzie kryje się kró­lowa. Komó­rek było wiele, a w miej­sce jed­nej zli­kwi­do­wa­nej poja­wiały się kolejne.

Nagle usły­szała szczęk otwie­ra­nych drzwi.

– Fri­szer cię wzywa, koniec spa­ceru – zako­mu­ni­ko­wała straż­niczka.

Kri­stina wstała i podą­żyła za nią w mrok kory­ta­rza.

W pra­cowni pod ścianą stał sze­roki pul­pit z trzema moni­to­rami i jed­nostką chło­dzoną gli­ko­lem. Wzrok przy­ku­wał fotel przy­po­mi­na­jący sie­dzi­sko astro­nauty. Na środku znaj­do­wał się stół kon­fe­ren­cyjny. Gdy Kri­stina weszła, zasko­czyło ją, że Fri­szer czeka na nią w towa­rzy­stwie mło­dego męż­czy­zny, któ­rego widy­wała w kan­ty­nie. Zyg­munt wska­zał jej wolne krze­sło i mono­ton­nym bary­to­nem przed­sta­wił swo­jego gościa:

– Kri­stino, to Karol Kop­pel, któ­rego pozna­łaś przy oka­zji likwi­da­cji Obli­via­tesa. Od dwóch mie­sięcy ukrywa się w naszym ośrodku, bo wasza ostat­nia akcja przy­spo­rzyła mu potęż­nych wro­gów, któ­rzy zagra­żają jego życiu. Sam ci opo­wie, czym się zaj­muje, a z uwagi na twoje prze­ko­na­nia doty­czące sztucz­nej inte­li­gen­cji może ci się to wydać… hmm… nie­wła­ściwe. Z mojego punktu widze­nia jed­nak wasza obec­ność w jed­nym miej­scu stwa­rza szansę, że jeśli się doga­da­cie, twoje zada­nie sta­nie się łatwiej­sze.

Karol uśmiech­nął się cza­ru­jąco, patrząc w błę­kitne oczy Kri­stiny. Uznała, że jest nie­zwy­kle sym­pa­tyczny. I zro­zu­miała, dla­czego zawsze zacho­wy­wał się tak, jakby znał ją od dawna. Kri­stina, kła­dąc dło­nie na opar­ciu krze­sła, mimo­wol­nie odwza­jem­niła uśmiech, ale zaraz jej czoło się zachmu­rzyło.

– Dla­czego mówisz mi o nim dopiero teraz?

– Dopiero teraz jest to potrzebne.

– Wcze­śniej nie było?

– Nie – uciął Fri­szer.

– Hej, czy to istotne? – spy­tał Karol z roz­bra­ja­ją­cym uśmie­chem. – Wie­dzia­łem, kim jesteś, bo to było czę­ścią pro­gramu przy­sto­so­waw­czego, ale zaka­zano mi z tobą roz­ma­wiać. Bar­dzo się cie­szę, że już nie muszę prze­strze­gać tej dur­nej zasady. – Wstał i pod­szedł do Kri­stiny, wycią­ga­jąc rękę.

Wspo­mnie­nie wspól­nej roboty przy roz­wa­la­niu Obli­via­tesa było sil­niej­sze niż gniew, jaki żywiła wobec Fri­szera. Uści­snęła dłoń Karola, czu­jąc, jaka jest deli­katna i cie­pła. Cał­kiem uspo­ko­jona usia­dła.

– To czym się tutaj zaj­mu­jesz? – spy­tała ze szcze­rym zain­te­re­so­wa­niem. Wresz­cie tra­fił się ktoś, z kim mogła poroz­ma­wiać. Dopiero teraz uświa­do­miła sobie, jak bar­dzo jej tego bra­ko­wało.

– W zasa­dzie tym samym co ty: tro­pię ban­dy­tów w sieci. Co prawda dzia­ła­ją­cych w innych obsza­rach, ale to na­dal prze­stępcy.

– Wiem, że nie jesteś hake­rem, a Zyg­munt powie­dział, że zaj­mu­jesz się sztuczną inte­li­gen­cją. Czym kon­kret­nie?

– No wiesz… Buduję pro­to­typy samo­uczą­cych się modeli nasta­wio­nych na wykry­wa­nie nie­ty­po­wych sche­ma­tów. Nie zamie­rzam ich zazdro­śnie strzec, chcę je oddać do powszech­nego użytku. Nie­dawno mój zespół wypu­ścił ZEUS-a. To taka wyszu­ki­warka, Zero Effort Uni­ver­sal Search. Jej lep­szą wer­sją jest Gene­sis, który będzie miał wiele cech gene­ra­tyw­nej sztucz­nej inte­li­gen­cji. Głów­nie cho­dzi o poko­ny­wa­nie roz­ma­itych barier i wcho­dze­nie na pil­nie strze­żone obszary, by zdo­by­wać infor­ma­cje o nie­le­gal­nej dzia­łal­no­ści. Teraz kon­cen­truję się na prze­pły­wach finan­so­wych, opra­co­wuję metodę wykry­wa­nia pra­nia brud­nych pie­nię­dzy. To tak z grub­sza…

– A ci wro­go­wie, przed któ­rymi się ukry­wasz: nie potra­fisz ich wytro­pić za pomocą swo­jej sztucz­nej inte­li­gen­cji? – spy­tała, uda­jąc naiw­ność.

Karol uciekł wzro­kiem w bok. Na jego twa­rzy poja­wił się gry­mas, jakby mówie­nie o tym było dla niego bole­sne. Odparł jed­nak cał­kiem szcze­rze:

– Bar­dzo bym chciał. A jesz­cze bar­dziej pra­gnął­bym, aby to, co mnie spo­tkało, ni­gdy się nie wyda­rzyło.

– Karol ma od roku do czy­nie­nia z agen­tem Pjon­gjangu – wtrą­cił Fri­szer. – Mówię to, ponie­waż wszystko wska­zuje, że ataki phi­shin­gowe, które sta­rasz się wyśle­dzić, pocho­dzą z tego samego źró­dła.

Kri­stina odchy­liła się na krze­śle, zasta­na­wia­jąc się, jakie to trau­ma­tyczne prze­ży­cia stały się udzia­łem Karola. Pomy­ślała, zwa­żyw­szy na wła­sne porą­bane życie, że wokół Fri­szera gro­ma­dzą się ludzie nie tylko pokrę­ceni, ale i pokie­re­szo­wani, co nie­ocze­ki­wa­nie wydało się jej pocie­sza­jące.

– I sądzi­cie, że ci, któ­rzy go ści­gają, orga­ni­zują phi­shing w Pol­sce?

– Nie wiemy, ale nie można tego wyklu­czyć – ode­zwał się Fri­szer posęp­nym tonem. – Mamy donie­sie­nia, że bar­dzo podobne ataki prze­pro­wa­dzono w Skan­dy­na­wii i Anglii, a wszyst­kie ścieżki pro­wa­dzą do Pol­ski, stąd zaś do Korei Pół­noc­nej. Tak twier­dzi Karol po prze­ana­li­zo­wa­niu two­ich wyni­ków.

– Dostrze­głem w nich sche­mat cha­rak­te­ry­styczny dla infor­ma­ty­ków szko­lo­nych przez Pjon­gjang – powie­dział Karol. – Przy spra­wie Obli­via­tesa poja­wił się czło­wiek, któ­rego pozna­łem jako Den­nisa Lê. To agent Pjon­gjangu, który pró­bo­wał powstrzy­mać prace przy ZEUS-ie. To on mnie tor­tu­ro­wał… Do dzi­siaj mam z tego powodu kosz­mary. Uciekł, jed­nak nie znik­nął. Tym razem chciał mnie zabić… Jak widzisz, żyję, ale wystrze­lone przez niego poci­ski tra­fiły moją przy­ja­ciółkę. Helen oddała za mnie życie. W końcu NSA prze­chwy­ciła połą­cze­nie sate­li­tarne z Kanady. Są pewni, że to był Den­nis i że na­dal chce mnie zli­kwi­do­wać.

– Dla­tego się tu ukry­łeś – stwier­dziła Kri­stina mato­wym gło­sem.

Ski­nął głową.

– Den­nis Lê to świetny pro­gra­mi­sta i dosko­nały haker. Spo­sób, w jaki zapi­sy­wał kod, cecho­wały sub­telne niu­anse, które wystę­pują w zebra­nych przez cie­bie mate­ria­łach. Wszystko to może świad­czyć, że za phi­shin­giem stoją Kore­ań­czycy.

– I wła­śnie tego się dowie­dzia­łeś dzięki sztucz­nej inte­li­gen­cji? – Kri­stina wydęła pogar­dli­wie wargi. – Musisz wie­dzieć, że uwa­żam AI za zło, a GenAI za jego kwin­te­sen­cję. Naj­lep­szym tego przy­kła­dem jest to całe gówno nazwane Dniem Wol­no­ści i jego ema­na­cja, Obli­via­tes. Nie wydaje mi się, aby sto­so­wa­nie złych rze­czy mogło dawać dobre rezul­taty! – Ostat­nie zda­nie wypo­wie­działa twardo, patrząc pro­sto w sta­lowe oczy Fri­szera.

– Spo­dzie­wa­łem się takiej reak­cji, Kri­stino, ale oba­wiam się, że nie masz wyj­ścia. Od dzi­siaj, czy tego chcesz, czy nie, Karol wcho­dzi do gry. Masz się z nim wszyst­kim dzie­lić!

Spoj­rzała nie­chęt­nie na Kop­pela. Ten dotąd sym­pa­tyczny facet nagle wydał jej się, wraz ze swoją sztuczną inte­li­gen­cją, nad wyraz obmier­zły. Gdyby nie wyraźne żąda­nie kapi­tana, wsta­łaby, prze­wra­ca­jąc krze­sło, i wyszła bez słowa. Skrzy­żo­wała ramiona na pier­siach i zapa­trzyła się tępo w ścianę. Jak to ma, do cho­lery, wyglą­dać? Mam się pod­dać? Zre­zy­gno­wać ze swo­ich prze­ko­nań? Nie­do­cze­ka­nie! Już raczej pokaże Karo­lowi, jak absur­dalne jest pole­ga­nie na samo­uczą­cych się algo­ryt­mach, pozba­wio­nych uczuć i wro­dzo­nej bły­sko­tli­wo­ści. Tak. Wła­śnie tak zrobi. Udo­wodni mu wszystko… Zmru­żyła chy­trze oczy i ski­nęła głową.

Fri­szer z trza­skiem zamknął notat­nik i wstał od stołu.

– No to do roboty.

Wyszedł bez poże­gna­nia, zosta­wia­jąc Kri­stinę i Karola, któ­rzy wza­jem­nie tak­so­wali się wzro­kiem.

ROZDZIAŁ 2

sobota, 22 marca,

Wro­cław

To już trzeci mie­siąc – pomy­ślał Kim, odsta­wia­jąc umyty kubek na półkę. Zie­lona her­bata z dodat­kiem mięty, mająca dzia­łać uspo­ka­ja­jąco, tylko nasi­lała jego wewnętrzne wrze­nie. Od nie­mal kwar­tału gnił w tym wyna­ję­tym cia­snym miesz­kanku, a wszyst­kie jego zaka­marki z każ­dym dniem coraz bar­dziej go iry­to­wały. Czuł, że nie potrafi zapa­no­wać nad ener­gią, która nie znaj­du­jąc ujścia, kumu­lo­wała się w nim i pogrą­żała go w cha­osie. Ćwi­cze­nia odde­chowe oraz wyuczone tech­niki napi­na­nia i roz­luź­nia­nia mię­śni, zamiast przy­no­sić har­mo­nię, potę­go­wały fru­stra­cję i poczu­cie upo­ka­rza­ją­cej bez­sil­no­ści. Z cza­sem ta zamknięta prze­strzeń stała się dla niego wię­zie­niem nie tylko ciała, ale i ducha. Jego oczy, kie­dyś pełne zim­nej deter­mi­na­cji, teraz były znu­żone i mar­twe, odbi­ja­jąc panu­jącą wokół pustkę.

Kim dosko­nale wie­dział, co jest przy­czyną tego stanu i co mogłoby go z niego wyrwać. Karol Kop­pel – a wła­ści­wie jego śmierć – miała być anti­do­tum na wszyst­kie bolączki. Lecz facet zapadł się pod zie­mię i mimo usil­nych sta­rań Kim nie potra­fił go namie­rzyć. Pod­czas ostat­niej krót­kiej roz­mowy z towa­rzy­szem kapi­ta­nem Par­kiem usły­szał zwy­cza­jowe życze­nia podą­ża­nia drogą rewo­lu­cji, wypo­wie­dziane jed­nak takim tonem, że zro­zu­miał, iż wła­śnie otrzy­mał ostat­nią szansę. Porażka nie wcho­dziła w grę.

Nagi usiadł na pod­ło­dze w pozy­cji lotosu. Dło­nie uło­żył w mudrę trze­ciego oka i wyrów­nał oddech. Myśli prze­nio­sły go do mroź­nej doliny w Kana­dzie, zasy­pa­nej dzie­wi­czym śnie­giem i wypeł­nio­nej abso­lutną ciszą. Widok był kojący; Kim żało­wał, że rege­ne­ra­cji sił mógł tam poświę­cić jedy­nie kilka dni. Pew­nego ranka usły­szał war­kot sku­tera śnież­nego, a przez szparę w oknie dostrzegł zbli­ża­jącą się małą postać. Gdy do jego uszu dotarł cha­rak­te­ry­styczny pisk kla­wi­szy zamka szy­fro­wego, wie­dział, że sie­lanka dobie­gła końca.

Bez­i­mienny agent zabrał go w długą podróż do Mont­re­alu, a potem prze­ka­zał kolej­nemu towa­rzy­szowi, który pod osłoną nocy umie­ścił go na statku pły­ną­cym do Europy. Kim przez bli­sko mie­siąc ukry­wał się przed załogą w kon­te­ne­rach, w dusz­nym gorącu maszy­nowni i w ładowni. Naj­trud­niej było zdo­być jedze­nie i wodę: radził sobie, pod­kra­da­jąc żyw­ność z kam­buza, lecz ni­gdy jej nie wystar­czało, by zaspo­koić głód.

Gdy sta­tek zacu­mo­wał w Ham­burgu, a cała załoga była zajęta moco­wa­niem lin, Kim wło­żył wykra­dzione wcze­śniej kom­bi­ne­zon i kask, chwy­cił plik papie­rów i obo­jęt­nie prze­szedł obok grupki zapra­co­wa­nych ludzi. Zszedł na nad­brzeże i znik­nął w labi­ryn­cie cię­ża­ró­wek i wóz­ków widło­wych. Por­towe roboty, dźwigi i ogłu­sza­jący hałas masko­wały jego obec­ność. Wto­pił się w tłum, odczu­wa­jąc jed­no­cze­śnie ulgę i napię­cie.

Ukrył się w nie­po­zor­nym hote­liku, gdzie nikt nie pytał o doku­menty, dopóki na kon­tu­arze lądo­wał zwi­tek bank­no­tów. Przez dwa tygo­dnie pra­wie nie wycho­dził z pokoju, cier­pli­wie ocze­ku­jąc na kon­takt. W poło­wie stycz­nia nade­szła wia­do­mość: Karol Kop­pel opu­ścił bazę NSA i wsiadł na pokład samo­lotu US Air Force, który miał lądo­wać w Jasionce pod Rze­szo­wem. Dla Kima stało się jasne, że Karol wresz­cie wró­cił do Pol­ski.

Następ­nego dnia prze­ku­pił kie­rowcę fur­go­netki i bez­piecz­nie prze­je­chał gra­nicę, która z powodu napięć zwią­za­nych z ruchem migran­tów była inten­syw­nie patro­lo­wana. Wysiadł nie­po­strze­że­nie na pierw­szym postoju. W kan­to­rze przy sta­cji ben­zy­no­wej wymie­nił pie­nią­dze i po dwóch prze­siad­kach dotarł do Wro­cła­wia. Bez trudu odna­lazł grupę infor­ma­ty­ków-hake­rów ze swo­jego kraju, któ­rych sam szko­lił, gdy pra­co­wał w ESTI­GAME. Mło­dzi towa­rzy­sze wybrali Wro­cław z jed­nego powodu – obec­no­ści dużych kore­ań­skich firm. Widok sko­śnych oczu nie dzi­wił tu miesz­kań­ców, co wię­cej, cie­szyli się z azja­tyc­kich restau­ra­cji i skle­pów. Kore­ań­czycy, nie budząc podej­rzeń, mogli wynaj­mo­wać miesz­ka­nia, uda­jąc zwy­kłych eta­to­wych pra­cow­ni­ków.

Kim nie miał doku­men­tów, a wszyst­kie toż­sa­mo­ści, któ­rych dotych­czas uży­wał, były spa­lone. Jeden z jego daw­nych pod­opiecz­nych zna­lazł mu lokum. Mimo wszystko Kim sta­rał się nie rzu­cać w oczy, wycho­dził tylko w nocy. Cały czas pró­bo­wał namie­rzyć Karola Kop­pela, ale ni­gdzie nie mógł tra­fić na żaden ślad. I to wła­śnie było przy­czyną jego głę­bo­kiej fru­stra­cji.

Jeden z mło­dych, wysłany do War­szawy, zain­sta­lo­wał na tele­fo­nie Toma­sza Szczerca pro­gram szpie­gu­jący. Od mie­siąca Kim nasłu­chi­wał wszyst­kich jego roz­mów. Nie­stety ani jedno słowo nie wska­zy­wało na kon­takt z Karo­lem. Raz tylko usły­szał, jak Tomasz zwie­rza się Oldze Weiss, że nie­po­koi się o sio­strzeńca. To nie pocie­szyło Kima.

Nabrał powie­trza, napeł­nia­jąc prze­ponę i płuca, po czym powoli wypu­ścił je ustami. Po szó­stym wde­chu myśli się uspo­ko­iły. Zapa­dał w świe­tli­stą mgłę, obser­wu­jąc, jak roze­dr­gany chaos zama­rza w kry­sta­liczną struk­turę. Kon­ty­nu­ował ćwi­cze­nie, aż z jego ust dobył się niski, gar­dłowy, prze­cią­gły dźwięk: Ommmmmmm… Po pół­go­dzi­nie otwo­rzył oczy, prze­peł­niony dziw­nym spo­ko­jem, jakby prze­czu­wał, że za chwilę zbliży się do roz­wią­za­nia. Wstał i poszedł pod prysz­nic. Chłodna woda go orzeź­wiła, przy­spie­sza­jąc krą­że­nie. W tym momen­cie usły­szał sygnał z kom­pu­tera infor­mu­jący o uru­cho­mie­niu mikro­fonu w tele­fo­nie Szczerca. Nie spie­szył się. Wie­dział, że wszystko jest nagry­wane, a prawdę mówiąc, nie spo­dzie­wał się żad­nych rewe­la­cji. Usiadł przed kom­pu­te­rem i już miał włą­czyć odsłuch, gdy jego spe­cjal­nie zabez­pie­czony tele­fon zasy­gna­li­zo­wał szy­fro­waną wia­do­mość od kapi­tana Parka.

Dzię­kuję Par­tii, że mogę prze­ka­zać ci to pole­ce­nie. Od tej chwili prze­wo­dzisz gru­pie towa­rzy­szy infor­ma­ty­ków w Pol­sce. Waszym zada­niem jest wzmoc­nie­nie dzia­łań i potro­je­nie pozy­ski­wa­nia zaso­bów finan­so­wych. Życzę ci, towa­rzy­szu Kimie, abyś zawsze podą­żał drogą rewo­lu­cji.

Kim sze­roko otwo­rzył oczy i ponow­nie prze­czy­tał prze­kaz, który za minutę miał znik­nąć. Czyżby mło­dzi towa­rzy­sze prze­stali sobie radzić? Poczuł, że go doce­niono, powie­rza­jąc mu tak odpo­wie­dzialne zada­nie, a jed­no­cze­śnie zalała go fala rado­ści, która mogła wyrwać go z bez­na­dziei. Miał już dość sie­dze­nia w czte­rech ścia­nach. Szybko napi­sał do nowego zespołu, żeby spo­dzie­wali się go o dzie­sią­tej wie­czo­rem i byli gotowi do zło­że­nia raportu. Uśmie­cha­jąc się w duchu, włą­czył nagra­nie ostat­niej roz­mowy Toma­sza Szczerca.

Dźwięk był bar­dzo wyraźny, zakłó­cany jedy­nie lek­kim szu­mem sil­nika samo­cho­do­wego. Tomasz roz­ma­wiał z Olgą o jakimś wyda­rze­niu muzycz­nym. Kim już miał wyłą­czyć odsłuch, gdy nagle wychwy­cił coś, co spra­wiło, że jego palce zawi­sły nad kla­wia­turą. Cof­nął nagra­nie o minutę i pod­krę­cił gło­śność.

– …na szczę­ście ty sie­dzisz w pierw­szym rzę­dzie i masz mi przez cały czas słać dobre myśli i pozy­tywną ener­gię.

– Na to zawsze możesz liczyć, a prze­cież będzie nas wię­cej. Joanna, Ewa i Zyg­munt obie­cali, że przy­jadą.

– To dobrze… Cie­kawe, co sły­chać u Fri­szera i Dzik. Ostat­nio odnio­słam wra­że­nie, że mają się ku sobie.

Roz­mowa uci­chła. Kim oparł się na krze­śle i splótł dło­nie na karku. Czyżby zbli­żał się do prze­łomu? W końcu w oto­cze­niu Toma­sza poja­wił się ktoś nowy… Zyg­munt Fri­szer! Kapi­tan ABW, który pro­wa­dził sprawę Karola Kop­pela. Że też nie przy­szło mu do głowy, żeby spró­bo­wać go namie­rzyć! Zaci­snął zęby, zły na sie­bie za tak oczy­wi­sty błąd. Los pod­su­nął mu jed­nak cień szansy. Już wie­dział, że cały dzień spę­dzi na nasłu­chu.

Po godzi­nie tele­fon Szczerca ponow­nie zaczął nada­wać. Po dwóch godzi­nach ciszy mece­nas witał się z kimś na ulicy: byli to Fri­szer i Dzik. Kim wytę­żył słuch, ale do jego uszu docie­rała jedy­nie oży­wiona roz­mowa o daniu z kró­lika. Po dłuż­szej chwili głos Toma­sza ponow­nie prze­bił się przez szum restau­ra­cji.

– No oczy­wi­ście kon­cert Olgi to wiel­kie wyda­rze­nie, ale tak naprawdę mar­twię się mil­cze­niem Karola. Od dwóch mie­sięcy nie daje znaku życia. Boję się, że znowu w coś się wpa­ko­wał.

– Karol jest w bez­piecz­nym miej­scu – ode­zwał się Zyg­munt Fri­szer.

– Co pan mówi? Wie pan, gdzie on jest? Panie Zyg­mun­cie!

– Wiem, ale nie mogę zdra­dzić szcze­gó­łów. Jak powie­dzia­łem, jest bez­pieczny. Nie musi się pan mar­twić, panie Toma­szu. I niech pan zapo­mni, że usły­szał o tym ode mnie.

Gło­śnik kom­pu­tera zamilkł. Kim nie­spo­koj­nie wier­cił się na swoim miej­scu. Wresz­cie coś! Infor­ma­cja, którą mimo­cho­dem prze­ka­zał Fri­szer, będzie klu­czem do odna­le­zie­nia Karola. Z rado­ści klep­nął się w udo, lecz zaraz zmar­kot­niał, uświa­do­miw­szy sobie, że bez­pieczne miej­sce, o któ­rym wspo­mniał ofi­cer ABW, może znaj­do­wać się wszę­dzie… Udał się do nie­wiel­kiej kuchenki w kory­ta­rzu, nalał wody do szklanki, wypił dusz­kiem i otarł usta dło­nią.

Cho­lera! – pomy­ślał. Może trzeba będzie śle­dzić ruchy Fri­szera.

Zdał sobie sprawę, że naj­lep­szą metodą będzie wyj­ście z dziu­pli i dotar­cie do War­szawy. Nie podo­bał mu się ten pomysł.

Nagle gło­śnik kom­pu­tera ponow­nie ożył. Kim rzu­cił się w jego stronę i pochy­lił nad ekra­nem.

– Hej, mar­twi­łem się, że nie przy­je­dziesz – usły­szał głos Szczerca.

– Odwie­dza­łam kole­żanki we Wro­cła­wiu. Jecha­łam do Żar z prze­siadką w Legnicy. Oczy­wi­ście pociąg musiał zali­czyć opóź­nie­nie, ale jestem – odpo­wie­dział kobiecy głos.

– Świet­nie. Jeśli nie masz innych pla­nów, jutro możesz wró­cić z nami.

– Dzięki, wła­śnie o to chcia­łam spy­tać. Spo­tka­łeś Fri­szera i Dzik?

– Byli­śmy na obie­dzie. Fri­szer tro­chę wypił i… puścił parę o Karolu. Wie, gdzie on jest. Mówi, że w bez­piecz­nym miej­scu.

– Zdaje mi się, że wiem, co miał na myśli. Jeśli się nie mylę, cho­dzi o ośro­dek ABW. Ma rację: mysz się tam nie prze­śli­zgnie.

Roz­mowa się urwała.

Kim sta­nął w roz­kroku, zwi­nięte pię­ści oparł na bio­drach. W roz­chy­lo­nym szla­froku czuł się jak super­bo­ha­ter wezwany na osta­teczną misję. O ośrodku ABW uczono go, zanim po raz pierw­szy przy­je­chał do Pol­ski. Zapa­mię­tał jego plany zdo­byte przez wywiad Naj­wyż­szego Przy­wódcy; znał na pamięć naj­słab­sze punkty zabez­pie­czeń. Miały mu posłu­żyć nie do ucieczki, lecz do wtar­gnię­cia. Odno­sił wra­że­nie, że stary baweł­niany szla­frok faluje niczym pele­ryna w podmu­chach wia­tru.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Copy­ri­ght © by W.P. Rdza­nek 2025

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­cja: Agnieszka Horzow­ska

Opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i pro­jekt okładki: Krzysz­tof Rych­ter

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Arte­fakt, wyd. I, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-597-6

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer