Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Myślisz, że era programowania zaczęła się w XX wieku? A co, jeśli pierwszy kod powstał tysiące lat temu i dziś okazuje się groźniejszy niż najbardziej zjadliwy wirus?
Ostatni tom trylogii „AI-gent. Mroczne kody”
Marta, doktorantka archeologii, potajemnie wynosi z muzeum w Elblągu gocką bransoletę. Wkrótce potem policja znajduje na brzegu Wisły jej nagie ciało pokryte nordyckimi runami. Okazuje się też, że nie ona jedyna padła ofiarą tajemniczego rytuału. Artefakt ginie bez śladu. Kilka dni później padają systemy bankowe, a z kont klientów znikają miliony. Północnokoreański szpieg powraca, by definitywnie zemścić się na Karolu Koppelu. Gdy ostatni element pradawnego kodu zostanie uruchomiony, świat, który znasz, przepadnie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 313
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 9 godz. 56 min
Lektor: Konrad Szymański
TRYLOGIA
AI-GENT
MROCZNE KODY
ALGORYTM
AKORD
ARTEFAKT
piątek, 21 marca,
okolice Zakroczymia
Słońce szybko chyliło się ku zachodowi, a na bezchmurnym, chłodnym niebie rozkwitały złoto-różowe refleksy gasnącego dnia. Marta pchnęła ciężką, kutą z żelaza furtkę i przystanęła na skraju zdziczałego parku, którego od lat nie tknęła ręka ogrodnika. Ogarnęła wzrokiem zamkniętą, zapomnianą przestrzeń, na której końcu stał stary dom. Niegdyś biały tynk, teraz poszarzały i pożłobiony pęknięciami, w wielu miejscach odpadł, odsłaniając rany surowej cegły. Ciemny, omszały dach niemal całkowicie znikał w uścisku splecionych konarów potężnych stuletnich drzew.
Na zarośniętym podjeździe stały dwa samochody, zielone kombi i mała osobówka w pastelowym kolorze. Lekki, chłodny wiatr niósł ze sobą wilgotną woń nieodległej Wisły. Marta, przejeżdżając wcześniej autobusem przez most, patrzyła na szeroko rozlany nurt rzeki połyskujący złociście pomiędzy nagimi jeszcze brzegami. Wzięła głęboki wdech, jakby za chwilę miała się zanurzyć w jej odmętach, poprawiła paski plecaka i ruszyła w kierunku ciemnozielonych drzwi, z których tu i ówdzie płatami złaziła farba.
Już miała wyciągnąć dłoń do masywnej mosiężnej kołatki w kształcie Uroborosa, węża pożerającego własny ogon, gdy drzwi otworzyły się bezszelestnie, a w ich mrocznym prostokącie stanęła wysoka, ciemnowłosa kobieta.
– Marta? – spytała. Popatrzyła na przybyłą spod gęstych, ciemnych brwi.
– Dzień dobry, tak, to ja… – odezwała się nieśmiało dziewczyna.
– Witaj. Jestem Sonia, czekałyśmy na ciebie. No chodź. – Kobieta cofnęła się o pół kroku, robiąc przejście.
Zanim Marta zdążyła zdjąć plecak, Sonia ujęła ją za ramiona i pocałowała dwukrotnie w policzki, ceremonialnie i bez czułości. Piegowata twarz Marty lekko pokraśniała z emocji. Odwzajemniając pocałunek, poczuła ostry ziołowy zapach palonej szałwii, który osiadł na włosach i ubraniu gospodyni.
– Beata już jest, a także Weronika i Klaudia, których jeszcze nie poznałaś. Czekamy na Marię. Powinna wkrótce przyjechać.
Marta domyśliła się obecności Beaty, gdy dostrzegła błękitne jeździdełko, którym kilka razy podróżowały razem nad jezioro. Co do dwóch pozostałych kobiet, uprzedzono ją, że tutaj będą. Natomiast Maria… Maria była kimś wyjątkowym. To dzięki niej Marta znalazła się w tym miejscu. To właśnie ona wprowadziła ją w świat dawno zapomnianych wierzeń, pełen tajemnic i ukrytych mocy. Takie samotnie żyjące kobiety nazywano kiedyś amazonkami. Ale Maria była kimś więcej – szamanką, a właściwie seiðkone, potrafiącą za pomocą run odmienić los i stworzyć nową rzeczywistość. Na dźwięk jej imienia Marta uśmiechnęła się do siebie, przypominając sobie ich pierwsze spotkanie przy kamiennym kręgu w Węsiorach. Minął zaledwie rok, a wydawało się to tak odległe, jakby należało do innego życia.
Z wilgotnej, chłodnej sieni weszły do przestronnego pomieszczenia, które w poprzednim wcieleniu mogło być salonem, teraz zaś przeobraziło się w przestrzeń sakralną pulsującą inną, starszą energią. Martę przeszedł dreszcz. Powietrze było gęste i ciężkie, nasycone aromatyczną, niemal duszącą wonią palonego jałowca i szałwii. Światło było skąpe: kilka grubych świec rzucało nieregularne, drżące cienie, przez co przedmioty zdawały się nieustannie poruszać. Panowała cisza przerywana jedynie ledwie słyszalnym skrzypieniem dębowych deseczek pociemniałego ze starości parkietu. Podłogę zaściełały skóry i grube, ręcznie tkane chodniki, których wzory wymyślono przed tysiącami lat. Na środku stał niski kamienny ołtarz, nadkruszony czasem, naznaczony śladami dawnych rytuałów. Spoczywała na nim zamknięta skrzynka z ciemnego drewna oraz gliniana urna przypominająca artefakt wydobyty z grobowca. Tuż obok, w kamiennym kominku przywodzącym na myśl raczej palenisko, płonęły grube dębowe polana. Wokół wznosiły się drzewce ozdobione wstążkami i piórami. Belki stropowe – prawie czarne, spękane, ze śladami sadzy – jakby od wieków oświetlane przez migotliwe płomienie; na ścianach zawieszono amulety z kości, srebrne pierścienie i płótna pokryte runami. Całości wystroju dopełniał nieproporcjonalnie wysoki, obity wygarbowaną skórą tron przeznaczony dla seiðkone.
Drzwi na taras były uchylone. W ostatnich promieniach słońca stały tam trzy kobiety, które rozmawiając, wskazywały Wisłę. Odwróciły się do Marty i przywitały ją w taki sam sposób, jak zrobiła to Sonia.
– Pięknie tu – wyszeptała Marta.
Szeroki nurt rzeki mienił się srebrem i zielenią. Gdzieś niedaleko odezwał się ptak – jego wysoki, przeciągły głos zabrzmiał ostro, zwiastując polowanie.
– Jak dotarłaś? Dobrą miałaś podróż? – spytała Beata.
– Całkiem, całkiem. Z Elbląga do Warszawy kursuje mnóstwo autobusów. Niestety kierowca nie chciał się zatrzymać w Zakroczymiu i musiałam się przesiąść na Marymoncie. Ostatni odcinek przeszłam pieszo – zakończyła z westchnieniem, po czym uśmiechnęła się, starając się ukryć napięcie.
Znajoma od razu odczytała jej emocje i z troską ujęła ją za dłoń.
– Cieszę się, że jesteś. Ja też dotarłam bez przygód z Olsztyna, choć przez te wykopy na końcu było trochę problemów… Dziewczyny z Poznania miały łatwiej. – Zerknęła w stronę Weroniki i Klaudii.
– Z Obornik! – sprostowały jednocześnie.
Marta od razu dostrzegła, że są bliźniaczkami. Czterdziestolatki były przysadziste, kędzierzawe i rumiane. Miały w sobie pozytywną energię; każdy ich gest emanował radością, a przymrużone oczy zdawały się nieustannie uśmiechać.
Na taras wyszła Sonia z tacą, na której stały duży kamionkowy imbryk oraz gliniane czarki.
– No, dziewczęta, czas na herbatkę. Ziółka sama zbierałam! – oznajmiła niskim, chropawym głosem. – Maria będzie za kwadrans – dodała ciszej.
Napar był gorzki, jednak Marta wypiła go do dna. Zapowiedź przybycia seiðkone oznaczała, że początek rytuału zbliża się wielkimi krokami. Wciągnęła powietrze i zapatrzyła się w ciemniejące niebo, czując, jak jej ciało ogarnia błogie odprężenie.
Z zamyślenia wyrwał ją głęboki ton gongu dobiegający z wnętrza domu. Sonia weszła do środka, by po kilku minutach pojawić się ponownie w towarzystwie siwowłosej kobiety. Wyprostowana sylwetka przybyłej sprawiała, że wydawała się wyższa, niż była w rzeczywistości. W migotliwym świetle świec jej pomarszczona twarz przypominała spękaną, wyschniętą ziemię. Kobieta podeszła kolejno do każdej z nich, składając powitalny pocałunek.
– Dziś twój wielki dzień – powiedziała dźwięcznym głosem do Marty.
– Tak, Mario…
– Tutaj nazywaj mnie moim prawdziwym imieniem.
– Dobrze, Sigrun.
– Dziś narodzisz się na nowo i dostaniesz imię, które nada ci Freja. To ogromny zaszczyt. Staniesz się jedną z nas!
Marta zamknęła oczy. Przygotowywała się na ten moment od wielu miesięcy. Dowiedziała się, że Freja – ustami seiðkone – wypowie jej nowe imię, które odkryje jej prawdziwe przeznaczenie. Jeśli bogini uzna, że powinna zostać völvą – jak zgromadzone tu kobiety – otworzą się przed nią drzwi do prawdziwego poznania. Marta bardzo tego pragnęła. Rúna, jak nazywała Beatę, powiedziała jej, że niezwykle ważne jest, aby podczas seiðr miała przy sobie odpowiednie amulety z wyrytymi symbolami boskich mocy.
Marta długo nie mogła zdecydować, który ze świętych znaków jest jej przypisany. Kilka dni przed przyjazdem wydarzyło się jednak coś, co sprawiło, że dokonała jasnego wyboru. Na wystawę do muzeum, w którym pracowała, przywieziono eksponaty związane z obecnością Gotów na ziemiach polskich. Znaleziska z niedawno odkrytego kobiecego grobu były tak bogate, że archeolodzy nabrali przekonania, iż natrafiono na miejsce pochówku osoby niezwykłej. Wśród wielu srebrnych przedmiotów jeden wyróżniał się szczególnie: kuta bransoleta w kształcie wijącego się węża z okrągłą tarczą, pod którą znajdowała się niewielka puszka. Gdy Marta wzięła cenny artefakt do rąk, poczuła, jak przepływa przez nią prąd. W tym momencie wiedziała, że znalazła amulet, którego szukała.
Z zamyślenia wyrwał ją niski głos Soni.
– Już czas, dziewczęta. Pora się przygotować i zapalić święty ogień!
Weszły do środka. Na ołtarzu postawiły drewniane szkatułki ze swoimi amuletami i stanęły w kręgu. Zamknęły oczy, wsłuchując się w trzask płonących polan. Sigrun zaczęła nucić pradawną gardłową melodię. Dźwięki stopniowo narastały, odbijając się echem. Nagle jej głos nabrał mocy, stał się jak rzeka torująca sobie drogę wśród skał. Wszystkie kobiety przeszył spazm. Wstrzymały oddech. A potem poczuły silną więź ze sobą nawzajem, z tym miejscem i z czasem, w którym splatały się emocje, wspomnienia i teraźniejszość. Zawodzenie Sigrun przeszło w melodyjną pieśń. Ilekroć rozpoczynała nowy wers, nabierała garść suszonych ziół i sypała je w ogień. Pokój wypełniła wonna, odurzająca mgła.
Vanadis, Pani złotych pól,
Co z wiatrem niesiesz trawy szept.
– O Frejo, daj nam obfitość! – odpowiedziały chórem.
Mardöll, jaśniejesz ponad falą,
Perły radości w pianie tkasz.
– O Frejo, prowadź nas przez fale! – Ich głosy wzniosły się na wyższy ton.
Gefn, co życie w brzasku niesiesz,
Twe słowo rodzi złoty plon.
– O Frejo, uczyń ziemię płodną!
Menglöð, Pani nocy czarnej,
Twój naszyjnik światłem lśni.
– O Frejo, broń tych, co cię wzywają!
Dostrzegły cienie swych przodkiń, które wiły się w tańcu wokół ognia. I same zaczęły się poruszać w rytm wypowiadanych słów.
Vanadis, Mardöll, Gefn, Menglöð,
Wzywamy cię w tańcu iskier.
Nagle pieśń opadła i ucichła.
– Heil Freia! Heil Freia! Heil Freia! – wypowiedziały boskie pozdrowienie.
Sigrun ściągnęła przez głowę luźną suknię. Pozostałe poszły w jej ślady. Stanęły w kręgu, nagie jak w chwili narodzin. Seiðkone podniosła z ołtarza glinianą urnę wypełnioną niebieską maścią i okrągły pędzel ze szczeciny dzika, po czym podeszła do Soni. Nabrała mikstury i zaczęła pisać na jej ciele święte runy.
Dagaz – dwa trójkąty stykające się wierzchołkami, które zapewniają przebudzenie i równowagę – umieściła na czole.
Algiz – święte drzewo mające chronić przed złem – narysowała między piersiami, jego gałęzie przebijały sutki.
Wreszcie sowelo – symbol w kształcie błyskawicy, dający życie i płodność – umieściła poniżej pępka, tak że sięgał aż do łona.
Te same znaki wypisała na ciałach pozostałych uczestniczek. Gdy skończyła, odstawiła urnę na ołtarz. Uklękła przy ognisku i z kamiennego obrzeża zgarnęła dłonią popiół ze spalonych ziół. Dwoma palcami, niczym kapłanka składająca ofiarę, oznaczyła runami własną pomarszczoną skórę i stanęła w kręgu, wznosząc ręce.
– Włóżcie swoje amulety! – poleciła.
Marcie kręciło się w głowie. Miała wrażenie, że skóra pod runami staje się przezroczysta i emanuje światłem. Wyjęła bransoletkę gockiej kapłanki i wsunęła ją na przedramię. Sonia zaczęła wystukiwać rytm na bębnie; kobiety podrygiwały wokół ognia. Seiðkone podeszła do Marty i chwyciła ją za dłonie.
– To mówi Freja! – wykrzyknęła, a bębnienie się urwało. – Twoje prawdziwe imię to Gudrun, twoim przeznaczeniem jest walka. Zmierzysz się z najpotężniejszymi wrogami i ich pokonasz, a światu przyniesiesz pokój.
– Heil Freia! – zawołały kobiety w ekstazie.
– Nie możesz nosić tego amuletu, bo już nie szukasz drogi, lecz ją znalazłaś – wyszeptała Sigrun prosto do ucha Marty. – Twoim znakiem jest valknut, gdyż twym przeznaczeniem jest Walhalla!
Chwyciła bransoletkę i ściągnęła ją z jej ręki. Położyła ją na ołtarzu, a ze ściany zdjęła wykuty ze stali wisior z symbolem przenikających się trójkątów i zawiesiła go na szyi dziewczyny. Ciężki medalion spoczął między jej drobnymi piersiami. Marcie się wydało, że skóra na całym jej ciele zaczyna skrzyć, a stopy unoszą się nad ziemią.
– Ja lecę… – wyszeptała. – Lecę! – powtórzyła głośniej i niepomna niczego wybiegła na taras.
Otoczyła ją noc pobłyskująca resztkami światła, którego nie zdołały wessać płomienie rytualnego ognia. W jej oczach wszystko stało się nagle dziwnie małe. W mroku widziała zarys drzew na tle połyskującej Wisły, a w rozpuszczonych rudych włosach poczuła pęd wiatru, który niósł ją w stronę rzeki. Nie czuła bólu, gdy ostre kolce drapały jej skórę do krwi. Po chwili dotknęła tafli wody, która wydała się ciepła i miękka. Bez wahania się zanurzyła, pozwalając się porwać gwałtownemu nurtowi. Rzeka zapraszała, aby wejść głębiej. Marta pogrążyła się w mknących falach. Zobaczyła unoszące się w wodzie barwne, świetliste stworzenia: machały do niej, zapraszając do zabawy. Podążyła za nimi, ale one nagle zniknęły, a Marta poczuła ostry ucisk w piersiach. Chciała krzyknąć, by zaczekały, lecz z jej ust wydobyły się jedynie bąble powietrza. Rzeka, zazwyczaj obojętna i zimna, pieszczotliwie otuliła jej blade, bezwładne ciało i pozwoliła mu opaść na miękkie, muliste dno, gdzie prąd powoli zaczął układać rude włosy, splatając je z wodorostami.
piątek, 21 marca,
ośrodek ABW w Puszczy Kampinoskiej
Kristiny nie obchodziło, że tego dnia zaczyna się kalendarzowa wiosna. A to co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, od połowy listopada była uwięziona w sterylnej podziemnej przestrzeni, całkowicie pozbawiona kontaktu z zewnętrznym, nieprzewidywalnym światem. Słońce, poranne mgły czy deszcz oglądała jedynie podczas obowiązkowych, odmierzanych co do minuty wyjść na spacerniak – betonowy plac otoczony wysokim parkanem, nad którym rozciągała się siatka przesłaniająca skrawek nieba. Nie mogła wybrać się gdzieś dalej, pójść do jakiegoś zadymionego klubu na drinka i zatańczyć z przygodnie poznaną dziewczyną. Po drugie, w Szwecji, jej ojczyźnie, ta data nie budziła szczególnych emocji. Prawdziwą wiosnę świętowano tam dopiero na koniec kwietnia, w noc Walpurgii – Valborgsmässoafton, kiedy to ludzie zbierali się na świeżym powietrzu, jedli, pili, tańczyli i symbolicznie się oczyszczali w dymie palących się całą noc ognisk.
Jak co dzień, obudzono ją o siódmej i dano dokładnie pół godziny na poranną toaletę oraz przygotowanie się do wyjścia. Po czterech miesiącach pewne zachowania stały się dla niej nową, przygnębiającą normą. Kiedyś potrafiła nie spać całą noc, przesiadując na fotelu gamingowym, jadła tylko wtedy, gdy poczuła ssący głód, i zdarzało się jej nawet przez kilka dni nosić te same ciuchy. Świat, w którym nieustannie była zanurzona w binarnej rzeczywistości sieci, włamywała się na serwery potężnych instytucji i korporacji, planowała ataki hakerskie – definitywnie się skończył i został za nią niczym odległe, wyblakłe wspomnienie. Teraz jej życie podporządkowano ściśle ustalonemu harmonogramowi: praca, będąca zarazem karą i perwersyjną formą odkupienia, precyzyjnie wyznaczone przerwy na odpoczynek i regularne, pozbawione smaku posiłki.
Podczas porannego prysznica zauważyła, jak bardzo zmieniło się jej ciało. Jeszcze niedawno była przeraźliwie chuda, a jej wytatuowana skóra miała niezdrowy szarawy odcień. Po zimie trochę przybrała. Nadal można ją było określić mianem szczupłej, ale już nikt nie podejrzewałby jej o anoreksję.
Stanęła przed lustrem, przeczesała palcami krótkie, ledwie centymetrowe platynowe włosy i spojrzała prosto w swoje jasnoniebieskie oczy, celowo nie zniżając wzroku. Niewielkie lustro odbijało tylko jej twarz, która stała się pełniejsza i nabrała niewinnego wyrazu. Jednak na szyi widniało niezmywalne piętno dawnego życia: ciemny, misterny tatuaż z wysuniętą do przodu głową żmii z obnażonymi kłami jadowymi schodził w dół, oplatając jej ramiona i pierś. Pseudonim, którym się posługiwała – Viper – został wymalowany na jej skórze z artystyczną doskonałością i techniczną precyzją.
Od dramatycznych wydarzeń w Parlamencie Europejskim przeszła głęboką przemianę. Choć usunięcie tatuażu nie było możliwe, nikt nie mógł jej zabronić go ukrywać. Poprosiła kapitana Friszera, by zamiast luźnych koszulek dostarczono jej bluzki z golfem. Był to jej mały codzienny akt samoobrony; nie chciała przypominać sobie dawnego życia ani pozwolić, by inni mogli je dostrzec.
O siódmej trzydzieści drzwi jej pokoju otworzyła milcząca strażniczka i zaprowadziła Kristinę do kantyny na śniadanie. Sala była niewielka, sterylnie czysta i jasno oświetlona. Błyszczące blaty podłużnych stołów ze stali nierdzewnej oraz ustawione wokół nich metalowe krzesła tworzyły wrażenie przestrzeni zaprojektowanej do szybkiego posiłku. Gołe, jasnoszare ściany zdawały się krzyczeć: Zjedz i wychodź!
Kristina chwyciła szarą tacę i udała się do bufetu. Kilka miesięcy wcześniej minęłaby obojętnie wszystkie pojemniki z jedzeniem. Teraz jednak pilnowano, aby codziennie dostarczała organizmowi odpowiednią dawkę kalorii i witamin. Na tacy położyła pojemnik serka wiejskiego oraz kromkę ciemnego pieczywa. Do metalowego kubka nalała soku jabłkowego i zajęła miejsce przy najbliższym wolnym stole. O tej porze w kantynie było sporo osób, z czego większość stanowili kończący zmianę funkcjonariusze. Jedynym wyjątkiem był młody, wysoki mężczyzna z niesforną ciemnoblond czupryną i rudawym zarostem. Pojawiał się codziennie; większość posiłków jadał sam, ale nie wyglądał na więźnia i nigdy nie był pilnowany. Choć Kristina nie szukała towarzystwa, kilkakrotnie ich spojrzenia się spotkały. Wtedy obdarzał ją sympatycznym uśmiechem, jakby wiedział, kim ona jest i dlaczego tu siedzi.
Zdjęła metalową pokrywkę i zaczęła nabierać łyżeczką grudkowatego twarożku. Gdy podniosła wzrok, dostrzegła wchodzącego do kantyny Friszera w towarzystwie mężczyzny, o którym przed chwilą myślała. Przerwali rozmowę, kiedy przekroczyli próg. Obaj natychmiast spojrzeli na Kristinę. Reakcja była taka, jakiej się spodziewała: młody mężczyzna się uśmiechnął, a kapitan skinął nieznacznie głową. Przechodząc obok jej stolika, zatrzymał się.
– Trochę się spóźnię. Myślę, że około pół godziny do godziny.
Kristina potwierdziła przyjęcie komunikatu kiwnięciem głowy. Obserwowała, jak mężczyźni podchodzą do bufetu. Chłodny, bezemocjonalny sposób bycia Friszera bardzo jej odpowiadał. W zasadzie całe jej życie w Szwecji wyglądało właśnie tak.
Przeklinała w myślach dzień, w którym dała się wciągnąć w grę Obliviatesa. To on – sztuczna inteligencja na usługach nieznanego potentata – doprowadził ją do miejsca, w którym teraz przebywała: uwięziona i zmuszona do współpracy z ABW. Żałowała, że przyczyniła się do śmierci wielu osób. Wspomnienie dziesiątek ciał i głów broczących krwią nawiedzało ją niemal co noc. Budziła się sztywna, przypominając sobie o pokucie, którą dobrowolnie przyjęła.
Kapitan Zygmunt Friszer, wyznaczony przez sąd na jej opiekuna, miał nadzorować jej pracę, wykorzystując przy tym niemałe zdolności Kristiny w dziedzinie cyberprzestępczości. W ciągu ostatnich czterech miesięcy jej zadaniem było rozbicie szajki hakerów okradających zwykłych ludzi. W zmyślny sposób czyścili konta drobnych ciułaczy. Zarówno policja, jak i ABW były bezradne. Szczerze mówiąc, Kristinie także niewiele udało się zdziałać. Miała dzisiaj rozmawiać o napotkanych problemach z kapitanem, a było to trudne, bo od pewnego czasu odnosiła wrażenie, że oficer sądzi, iż Kristina sabotuje prace, co było oczywistą bzdurą. Po prostu utknęła. Potrzebowała czegoś nowego, jakiejś inspiracji. Ciekawa była, czy dzisiaj ją czymś zaskoczy.
Skończyła jeść, odniosła tacę i podeszła do strażniczki.
– Kapitan Friszer powiedział, że jest teraz zajęty i mam wolną godzinę. Jest szansa, żebym wyszła na dwór?
Strażniczka zastanowiła się, po czym skinęła głową.
– Chcesz zabrać coś do ubrania? Jest dość chłodno.
Kristina uśmiechnęła się nieznacznie.
– Nie, nie trzeba. Jest okej.
Gdy wyszła na plac, wciągnęła głęboko do płuc zapach lasu. Już dawno przestała zwracać uwagę na liczne kamery obserwujące każdy jej ruch. Ruszyła wzdłuż parkanu po betonowej nawierzchni. Trzydzieści kroków, zwrot w lewo, dwadzieścia cztery kroki, zwrot w lewo… Starała się nie myśleć o nadchodzącej rozmowie. Po półgodzinie zmęczona chodzeniem w kółko przysiadła na ławce. Zwiesiwszy głowę, przyglądała się mrówkom kręcącym się po betonie. Biegały chaotycznie, szukając czegoś przydatnego dla mrowiska, a gdy już to znalazły, odwracały się i podążały niewidoczną ścieżką za parkan. Przyszło jej na myśl, że jej dotychczasowe podejście do problemu hakerskiego jest podobne: obserwuje pojedyncze mrówki, potrafi opisać schemat ich zachowań i na tej podstawie zniszczyć jedną wrogą komórkę. Ale nadal nie wiedziała, gdzie kryje się królowa. Komórek było wiele, a w miejsce jednej zlikwidowanej pojawiały się kolejne.
Nagle usłyszała szczęk otwieranych drzwi.
– Friszer cię wzywa, koniec spaceru – zakomunikowała strażniczka.
Kristina wstała i podążyła za nią w mrok korytarza.
W pracowni pod ścianą stał szeroki pulpit z trzema monitorami i jednostką chłodzoną glikolem. Wzrok przykuwał fotel przypominający siedzisko astronauty. Na środku znajdował się stół konferencyjny. Gdy Kristina weszła, zaskoczyło ją, że Friszer czeka na nią w towarzystwie młodego mężczyzny, którego widywała w kantynie. Zygmunt wskazał jej wolne krzesło i monotonnym barytonem przedstawił swojego gościa:
– Kristino, to Karol Koppel, którego poznałaś przy okazji likwidacji Obliviatesa. Od dwóch miesięcy ukrywa się w naszym ośrodku, bo wasza ostatnia akcja przysporzyła mu potężnych wrogów, którzy zagrażają jego życiu. Sam ci opowie, czym się zajmuje, a z uwagi na twoje przekonania dotyczące sztucznej inteligencji może ci się to wydać… hmm… niewłaściwe. Z mojego punktu widzenia jednak wasza obecność w jednym miejscu stwarza szansę, że jeśli się dogadacie, twoje zadanie stanie się łatwiejsze.
Karol uśmiechnął się czarująco, patrząc w błękitne oczy Kristiny. Uznała, że jest niezwykle sympatyczny. I zrozumiała, dlaczego zawsze zachowywał się tak, jakby znał ją od dawna. Kristina, kładąc dłonie na oparciu krzesła, mimowolnie odwzajemniła uśmiech, ale zaraz jej czoło się zachmurzyło.
– Dlaczego mówisz mi o nim dopiero teraz?
– Dopiero teraz jest to potrzebne.
– Wcześniej nie było?
– Nie – uciął Friszer.
– Hej, czy to istotne? – spytał Karol z rozbrajającym uśmiechem. – Wiedziałem, kim jesteś, bo to było częścią programu przystosowawczego, ale zakazano mi z tobą rozmawiać. Bardzo się cieszę, że już nie muszę przestrzegać tej durnej zasady. – Wstał i podszedł do Kristiny, wyciągając rękę.
Wspomnienie wspólnej roboty przy rozwalaniu Obliviatesa było silniejsze niż gniew, jaki żywiła wobec Friszera. Uścisnęła dłoń Karola, czując, jaka jest delikatna i ciepła. Całkiem uspokojona usiadła.
– To czym się tutaj zajmujesz? – spytała ze szczerym zainteresowaniem. Wreszcie trafił się ktoś, z kim mogła porozmawiać. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo jej tego brakowało.
– W zasadzie tym samym co ty: tropię bandytów w sieci. Co prawda działających w innych obszarach, ale to nadal przestępcy.
– Wiem, że nie jesteś hakerem, a Zygmunt powiedział, że zajmujesz się sztuczną inteligencją. Czym konkretnie?
– No wiesz… Buduję prototypy samouczących się modeli nastawionych na wykrywanie nietypowych schematów. Nie zamierzam ich zazdrośnie strzec, chcę je oddać do powszechnego użytku. Niedawno mój zespół wypuścił ZEUS-a. To taka wyszukiwarka, Zero Effort Universal Search. Jej lepszą wersją jest Genesis, który będzie miał wiele cech generatywnej sztucznej inteligencji. Głównie chodzi o pokonywanie rozmaitych barier i wchodzenie na pilnie strzeżone obszary, by zdobywać informacje o nielegalnej działalności. Teraz koncentruję się na przepływach finansowych, opracowuję metodę wykrywania prania brudnych pieniędzy. To tak z grubsza…
– A ci wrogowie, przed którymi się ukrywasz: nie potrafisz ich wytropić za pomocą swojej sztucznej inteligencji? – spytała, udając naiwność.
Karol uciekł wzrokiem w bok. Na jego twarzy pojawił się grymas, jakby mówienie o tym było dla niego bolesne. Odparł jednak całkiem szczerze:
– Bardzo bym chciał. A jeszcze bardziej pragnąłbym, aby to, co mnie spotkało, nigdy się nie wydarzyło.
– Karol ma od roku do czynienia z agentem Pjongjangu – wtrącił Friszer. – Mówię to, ponieważ wszystko wskazuje, że ataki phishingowe, które starasz się wyśledzić, pochodzą z tego samego źródła.
Kristina odchyliła się na krześle, zastanawiając się, jakie to traumatyczne przeżycia stały się udziałem Karola. Pomyślała, zważywszy na własne porąbane życie, że wokół Friszera gromadzą się ludzie nie tylko pokręceni, ale i pokiereszowani, co nieoczekiwanie wydało się jej pocieszające.
– I sądzicie, że ci, którzy go ścigają, organizują phishing w Polsce?
– Nie wiemy, ale nie można tego wykluczyć – odezwał się Friszer posępnym tonem. – Mamy doniesienia, że bardzo podobne ataki przeprowadzono w Skandynawii i Anglii, a wszystkie ścieżki prowadzą do Polski, stąd zaś do Korei Północnej. Tak twierdzi Karol po przeanalizowaniu twoich wyników.
– Dostrzegłem w nich schemat charakterystyczny dla informatyków szkolonych przez Pjongjang – powiedział Karol. – Przy sprawie Obliviatesa pojawił się człowiek, którego poznałem jako Dennisa Lê. To agent Pjongjangu, który próbował powstrzymać prace przy ZEUS-ie. To on mnie torturował… Do dzisiaj mam z tego powodu koszmary. Uciekł, jednak nie zniknął. Tym razem chciał mnie zabić… Jak widzisz, żyję, ale wystrzelone przez niego pociski trafiły moją przyjaciółkę. Helen oddała za mnie życie. W końcu NSA przechwyciła połączenie satelitarne z Kanady. Są pewni, że to był Dennis i że nadal chce mnie zlikwidować.
– Dlatego się tu ukryłeś – stwierdziła Kristina matowym głosem.
Skinął głową.
– Dennis Lê to świetny programista i doskonały haker. Sposób, w jaki zapisywał kod, cechowały subtelne niuanse, które występują w zebranych przez ciebie materiałach. Wszystko to może świadczyć, że za phishingiem stoją Koreańczycy.
– I właśnie tego się dowiedziałeś dzięki sztucznej inteligencji? – Kristina wydęła pogardliwie wargi. – Musisz wiedzieć, że uważam AI za zło, a GenAI za jego kwintesencję. Najlepszym tego przykładem jest to całe gówno nazwane Dniem Wolności i jego emanacja, Obliviates. Nie wydaje mi się, aby stosowanie złych rzeczy mogło dawać dobre rezultaty! – Ostatnie zdanie wypowiedziała twardo, patrząc prosto w stalowe oczy Friszera.
– Spodziewałem się takiej reakcji, Kristino, ale obawiam się, że nie masz wyjścia. Od dzisiaj, czy tego chcesz, czy nie, Karol wchodzi do gry. Masz się z nim wszystkim dzielić!
Spojrzała niechętnie na Koppela. Ten dotąd sympatyczny facet nagle wydał jej się, wraz ze swoją sztuczną inteligencją, nad wyraz obmierzły. Gdyby nie wyraźne żądanie kapitana, wstałaby, przewracając krzesło, i wyszła bez słowa. Skrzyżowała ramiona na piersiach i zapatrzyła się tępo w ścianę. Jak to ma, do cholery, wyglądać? Mam się poddać? Zrezygnować ze swoich przekonań? Niedoczekanie! Już raczej pokaże Karolowi, jak absurdalne jest poleganie na samouczących się algorytmach, pozbawionych uczuć i wrodzonej błyskotliwości. Tak. Właśnie tak zrobi. Udowodni mu wszystko… Zmrużyła chytrze oczy i skinęła głową.
Friszer z trzaskiem zamknął notatnik i wstał od stołu.
– No to do roboty.
Wyszedł bez pożegnania, zostawiając Kristinę i Karola, którzy wzajemnie taksowali się wzrokiem.
sobota, 22 marca,
Wrocław
To już trzeci miesiąc – pomyślał Kim, odstawiając umyty kubek na półkę. Zielona herbata z dodatkiem mięty, mająca działać uspokajająco, tylko nasilała jego wewnętrzne wrzenie. Od niemal kwartału gnił w tym wynajętym ciasnym mieszkanku, a wszystkie jego zakamarki z każdym dniem coraz bardziej go irytowały. Czuł, że nie potrafi zapanować nad energią, która nie znajdując ujścia, kumulowała się w nim i pogrążała go w chaosie. Ćwiczenia oddechowe oraz wyuczone techniki napinania i rozluźniania mięśni, zamiast przynosić harmonię, potęgowały frustrację i poczucie upokarzającej bezsilności. Z czasem ta zamknięta przestrzeń stała się dla niego więzieniem nie tylko ciała, ale i ducha. Jego oczy, kiedyś pełne zimnej determinacji, teraz były znużone i martwe, odbijając panującą wokół pustkę.
Kim doskonale wiedział, co jest przyczyną tego stanu i co mogłoby go z niego wyrwać. Karol Koppel – a właściwie jego śmierć – miała być antidotum na wszystkie bolączki. Lecz facet zapadł się pod ziemię i mimo usilnych starań Kim nie potrafił go namierzyć. Podczas ostatniej krótkiej rozmowy z towarzyszem kapitanem Parkiem usłyszał zwyczajowe życzenia podążania drogą rewolucji, wypowiedziane jednak takim tonem, że zrozumiał, iż właśnie otrzymał ostatnią szansę. Porażka nie wchodziła w grę.
Nagi usiadł na podłodze w pozycji lotosu. Dłonie ułożył w mudrę trzeciego oka i wyrównał oddech. Myśli przeniosły go do mroźnej doliny w Kanadzie, zasypanej dziewiczym śniegiem i wypełnionej absolutną ciszą. Widok był kojący; Kim żałował, że regeneracji sił mógł tam poświęcić jedynie kilka dni. Pewnego ranka usłyszał warkot skutera śnieżnego, a przez szparę w oknie dostrzegł zbliżającą się małą postać. Gdy do jego uszu dotarł charakterystyczny pisk klawiszy zamka szyfrowego, wiedział, że sielanka dobiegła końca.
Bezimienny agent zabrał go w długą podróż do Montrealu, a potem przekazał kolejnemu towarzyszowi, który pod osłoną nocy umieścił go na statku płynącym do Europy. Kim przez blisko miesiąc ukrywał się przed załogą w kontenerach, w dusznym gorącu maszynowni i w ładowni. Najtrudniej było zdobyć jedzenie i wodę: radził sobie, podkradając żywność z kambuza, lecz nigdy jej nie wystarczało, by zaspokoić głód.
Gdy statek zacumował w Hamburgu, a cała załoga była zajęta mocowaniem lin, Kim włożył wykradzione wcześniej kombinezon i kask, chwycił plik papierów i obojętnie przeszedł obok grupki zapracowanych ludzi. Zszedł na nadbrzeże i zniknął w labiryncie ciężarówek i wózków widłowych. Portowe roboty, dźwigi i ogłuszający hałas maskowały jego obecność. Wtopił się w tłum, odczuwając jednocześnie ulgę i napięcie.
Ukrył się w niepozornym hoteliku, gdzie nikt nie pytał o dokumenty, dopóki na kontuarze lądował zwitek banknotów. Przez dwa tygodnie prawie nie wychodził z pokoju, cierpliwie oczekując na kontakt. W połowie stycznia nadeszła wiadomość: Karol Koppel opuścił bazę NSA i wsiadł na pokład samolotu US Air Force, który miał lądować w Jasionce pod Rzeszowem. Dla Kima stało się jasne, że Karol wreszcie wrócił do Polski.
Następnego dnia przekupił kierowcę furgonetki i bezpiecznie przejechał granicę, która z powodu napięć związanych z ruchem migrantów była intensywnie patrolowana. Wysiadł niepostrzeżenie na pierwszym postoju. W kantorze przy stacji benzynowej wymienił pieniądze i po dwóch przesiadkach dotarł do Wrocławia. Bez trudu odnalazł grupę informatyków-hakerów ze swojego kraju, których sam szkolił, gdy pracował w ESTIGAME. Młodzi towarzysze wybrali Wrocław z jednego powodu – obecności dużych koreańskich firm. Widok skośnych oczu nie dziwił tu mieszkańców, co więcej, cieszyli się z azjatyckich restauracji i sklepów. Koreańczycy, nie budząc podejrzeń, mogli wynajmować mieszkania, udając zwykłych etatowych pracowników.
Kim nie miał dokumentów, a wszystkie tożsamości, których dotychczas używał, były spalone. Jeden z jego dawnych podopiecznych znalazł mu lokum. Mimo wszystko Kim starał się nie rzucać w oczy, wychodził tylko w nocy. Cały czas próbował namierzyć Karola Koppela, ale nigdzie nie mógł trafić na żaden ślad. I to właśnie było przyczyną jego głębokiej frustracji.
Jeden z młodych, wysłany do Warszawy, zainstalował na telefonie Tomasza Szczerca program szpiegujący. Od miesiąca Kim nasłuchiwał wszystkich jego rozmów. Niestety ani jedno słowo nie wskazywało na kontakt z Karolem. Raz tylko usłyszał, jak Tomasz zwierza się Oldze Weiss, że niepokoi się o siostrzeńca. To nie pocieszyło Kima.
Nabrał powietrza, napełniając przeponę i płuca, po czym powoli wypuścił je ustami. Po szóstym wdechu myśli się uspokoiły. Zapadał w świetlistą mgłę, obserwując, jak rozedrgany chaos zamarza w krystaliczną strukturę. Kontynuował ćwiczenie, aż z jego ust dobył się niski, gardłowy, przeciągły dźwięk: Ommmmmmm… Po półgodzinie otworzył oczy, przepełniony dziwnym spokojem, jakby przeczuwał, że za chwilę zbliży się do rozwiązania. Wstał i poszedł pod prysznic. Chłodna woda go orzeźwiła, przyspieszając krążenie. W tym momencie usłyszał sygnał z komputera informujący o uruchomieniu mikrofonu w telefonie Szczerca. Nie spieszył się. Wiedział, że wszystko jest nagrywane, a prawdę mówiąc, nie spodziewał się żadnych rewelacji. Usiadł przed komputerem i już miał włączyć odsłuch, gdy jego specjalnie zabezpieczony telefon zasygnalizował szyfrowaną wiadomość od kapitana Parka.
Dziękuję Partii, że mogę przekazać ci to polecenie. Od tej chwili przewodzisz grupie towarzyszy informatyków w Polsce. Waszym zadaniem jest wzmocnienie działań i potrojenie pozyskiwania zasobów finansowych. Życzę ci, towarzyszu Kimie, abyś zawsze podążał drogą rewolucji.
Kim szeroko otworzył oczy i ponownie przeczytał przekaz, który za minutę miał zniknąć. Czyżby młodzi towarzysze przestali sobie radzić? Poczuł, że go doceniono, powierzając mu tak odpowiedzialne zadanie, a jednocześnie zalała go fala radości, która mogła wyrwać go z beznadziei. Miał już dość siedzenia w czterech ścianach. Szybko napisał do nowego zespołu, żeby spodziewali się go o dziesiątej wieczorem i byli gotowi do złożenia raportu. Uśmiechając się w duchu, włączył nagranie ostatniej rozmowy Tomasza Szczerca.
Dźwięk był bardzo wyraźny, zakłócany jedynie lekkim szumem silnika samochodowego. Tomasz rozmawiał z Olgą o jakimś wydarzeniu muzycznym. Kim już miał wyłączyć odsłuch, gdy nagle wychwycił coś, co sprawiło, że jego palce zawisły nad klawiaturą. Cofnął nagranie o minutę i podkręcił głośność.
– …na szczęście ty siedzisz w pierwszym rzędzie i masz mi przez cały czas słać dobre myśli i pozytywną energię.
– Na to zawsze możesz liczyć, a przecież będzie nas więcej. Joanna, Ewa i Zygmunt obiecali, że przyjadą.
– To dobrze… Ciekawe, co słychać u Friszera i Dzik. Ostatnio odniosłam wrażenie, że mają się ku sobie.
Rozmowa ucichła. Kim oparł się na krześle i splótł dłonie na karku. Czyżby zbliżał się do przełomu? W końcu w otoczeniu Tomasza pojawił się ktoś nowy… Zygmunt Friszer! Kapitan ABW, który prowadził sprawę Karola Koppela. Że też nie przyszło mu do głowy, żeby spróbować go namierzyć! Zacisnął zęby, zły na siebie za tak oczywisty błąd. Los podsunął mu jednak cień szansy. Już wiedział, że cały dzień spędzi na nasłuchu.
Po godzinie telefon Szczerca ponownie zaczął nadawać. Po dwóch godzinach ciszy mecenas witał się z kimś na ulicy: byli to Friszer i Dzik. Kim wytężył słuch, ale do jego uszu docierała jedynie ożywiona rozmowa o daniu z królika. Po dłuższej chwili głos Tomasza ponownie przebił się przez szum restauracji.
– No oczywiście koncert Olgi to wielkie wydarzenie, ale tak naprawdę martwię się milczeniem Karola. Od dwóch miesięcy nie daje znaku życia. Boję się, że znowu w coś się wpakował.
– Karol jest w bezpiecznym miejscu – odezwał się Zygmunt Friszer.
– Co pan mówi? Wie pan, gdzie on jest? Panie Zygmuncie!
– Wiem, ale nie mogę zdradzić szczegółów. Jak powiedziałem, jest bezpieczny. Nie musi się pan martwić, panie Tomaszu. I niech pan zapomni, że usłyszał o tym ode mnie.
Głośnik komputera zamilkł. Kim niespokojnie wiercił się na swoim miejscu. Wreszcie coś! Informacja, którą mimochodem przekazał Friszer, będzie kluczem do odnalezienia Karola. Z radości klepnął się w udo, lecz zaraz zmarkotniał, uświadomiwszy sobie, że bezpieczne miejsce, o którym wspomniał oficer ABW, może znajdować się wszędzie… Udał się do niewielkiej kuchenki w korytarzu, nalał wody do szklanki, wypił duszkiem i otarł usta dłonią.
Cholera! – pomyślał. Może trzeba będzie śledzić ruchy Friszera.
Zdał sobie sprawę, że najlepszą metodą będzie wyjście z dziupli i dotarcie do Warszawy. Nie podobał mu się ten pomysł.
Nagle głośnik komputera ponownie ożył. Kim rzucił się w jego stronę i pochylił nad ekranem.
– Hej, martwiłem się, że nie przyjedziesz – usłyszał głos Szczerca.
– Odwiedzałam koleżanki we Wrocławiu. Jechałam do Żar z przesiadką w Legnicy. Oczywiście pociąg musiał zaliczyć opóźnienie, ale jestem – odpowiedział kobiecy głos.
– Świetnie. Jeśli nie masz innych planów, jutro możesz wrócić z nami.
– Dzięki, właśnie o to chciałam spytać. Spotkałeś Friszera i Dzik?
– Byliśmy na obiedzie. Friszer trochę wypił i… puścił parę o Karolu. Wie, gdzie on jest. Mówi, że w bezpiecznym miejscu.
– Zdaje mi się, że wiem, co miał na myśli. Jeśli się nie mylę, chodzi o ośrodek ABW. Ma rację: mysz się tam nie prześlizgnie.
Rozmowa się urwała.
Kim stanął w rozkroku, zwinięte pięści oparł na biodrach. W rozchylonym szlafroku czuł się jak superbohater wezwany na ostateczną misję. O ośrodku ABW uczono go, zanim po raz pierwszy przyjechał do Polski. Zapamiętał jego plany zdobyte przez wywiad Najwyższego Przywódcy; znał na pamięć najsłabsze punkty zabezpieczeń. Miały mu posłużyć nie do ucieczki, lecz do wtargnięcia. Odnosił wrażenie, że stary bawełniany szlafrok faluje niczym peleryna w podmuchach wiatru.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Copyright © by W.P. Rdzanek 2025
All rights reserved
Copyright © for the Polish e‑book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2025
Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.
Redakcja: Agnieszka Horzowska
Opracowanie graficzne serii i projekt okładki: Krzysztof Rychter
Wydanie I e‑book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Artefakt, wyd. I, Poznań 2026)
ISBN 978-83-8338-597-6
WYDAWCA
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań, Polska
tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer
