Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Lata dwudzieste ubiegłego wieku, akcja dzieje się w środowisku łódzkich aktorów. Śledztwo w sprawie śmierci jednego z nich prowadzi do zaskakujących wniosków i odkrywa wiele tajemnic, konfliktów, złamanych karier. Historia zabiera czytelnika przez meandry łódzkich ulic, rozświetlone sceny pierwszych powojennych teatrów.
To pierwsze spotkanie z Jakubem Gajcerem - bohaterem serii powieści "Psy Gończe".
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 18
Rok wydania: 2023
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Był sobie człowiek. Można powiedzieć, że był sobie przez nieco ponad czterdzieści lat, a teraz leżał martwy w kałuży na obskurnym podwórku. Wokół ziejącej czernią rany na czole z wolna zasychała już krew. Była dziewiąta wieczór, nie żył może od pół godziny.
Wysoki, dobrze zbudowany, ciemnowłosy policjant przykucnął obok zwłok, odsłonił połę płaszcza i przeszukał kieszenie. Nie znalazł w nich nic, co mogłoby wskazać tożsamość denata. Ani żadnych pieniędzy czy papierosów. Tragiczny w skutkach rabunek? Mężczyzna wyglądał na majętnego, nie mógł mieszkać w tej kamienicy. Policjant rozejrzał się za narzędziem zbrodni. Nic. Rana nie była głęboka. Ślady w błocie zadeptali wałęsający się po zmroku chłopcy, którzy znaleźli ciało. Funkcjonariuszom powiedzieli tylko, że z ulicy do bramy weszły dwie osoby, mężczyzna mówił coś, a potem nagle zamilkł i słyszeli, że upadł. Kiedy wyjrzeli zza węgła, zobaczyli tylko ciało, nikogo więcej.
– Zabierzcie go do Wankego – powiedział Jakub Gajcer, podnosząc się wolno znad zwłok.
Wyjął z kieszeni postrzępiony kajet i ostro zakończonym ołówkiem kopiowym naniósł notatki: wzrost, kolor włosów, szacowany wiek, brak śladów na podłożu oraz narzędzia zbrodni, zeznania trzech żydowskich chłopców.
Kiedy dwóch sanitariuszy przybiegło z noszami, by przenieść ciało do policyjnej dorożki, policjant rzucił:
– Jak będziecie go zostawiać, powiedzcie Szmulowi, że przyjadę jutro rano.
– Może pana podwieźć, szefie? – zapytał jeden z nich. – Wankego i tak już w zakładzie nie będzie. Zostawimy trupa temu pomagierowi Zenkowi i do domu.
– Dzięki, przejdę się – odparł Jakub i wyszedł na Solną, zanim tamci zdążyli odjechać.
Szedł wolno, noga za nogą. Osłonił się ciasno kufajką, bo wiatr dął zimnem jak złem. Był piekielnie głodny. Kiedy dotarł do domu, w kuchni urwał kawałek leberki i przegryzł z chlebem, a potem ruszył prosto do sypialni. Położył się obok Zosi.
– Znowu morderstwo? – zapytała.
– Znowu. – Przytulił się do jej pleców.
– Kto to?
– Jeszcze nie wiem. Śpij, Zośka, bo zaraz nie zaśniemy w ogóle. – Przycisnął ją mocniej do siebie i czekał na sen, ale ten nie nadchodził.
Jakub miotał się w czymś pomiędzy jawą a snem. Widział ponure, mokre podwórko i przemoczone koty, które ruszyły na łowy, omijając czterdziestolatka z dziurą w głowie. W oddali słyszał stukot końskich kopyt i odległe odgłosy biesiad, awantur i schadzek. Wiedział, że to nie dzieje się naprawdę, ale nie był w stanie się wybudzić, by przerwać urojenia. Zasnął dopiero nad ranem.
– Cześć, Szmul – rzucił, wchodząc do sali prosektoryjnej. – Odkryłeś coś?
