13 szalonych rzeczy, które zrobię dla ciebie. Wracać do ciebie. Tom 3 - Alice Kellen - ebook + książka
NOWOŚĆ

13 szalonych rzeczy, które zrobię dla ciebie. Wracać do ciebie. Tom 3 ebook

Kellen Alice

3,0

135 osób interesuje się tą książką

Opis

Czasem wystarczy jeden szalony moment, by wywrócić życie do góry nogami

Autumn od zawsze walczy o sprawy, które inni uznają za przegrane. Jako dziecko ratowała ptaki, które wypadły z gniazda, i siadała w ławce z tymi, z których wszyscy się śmiali. Dziś broni praw najsłabszych – bo sama wychowała się w rodzinach zastępczych i aż za dobrze wie, jak trudno poradzić sobie w świecie bez wsparcia.

Symbolem rodzinnego ciepła, którego tak bardzo jej brakowało, był dla niej zawsze niebieski dom z sąsiedztwa. Gdy dowiaduje się, że ma zostać wyburzony, postanawia go ocalić za wszelką cenę. Wtedy na jej drodze staje Jason – perfekcjonista, który chce zbudować w tym miejscu nowoczesne osiedle. Choć stoją po przeciwnych stronach barykady, nie potrafią oprzeć się wzajemnemu przyciąganiu. Jedna noc szaleństwa splata ich losy na zawsze. Teraz, choć różnią się jak ogień i woda, muszą nauczyć się wspólnego życia – a rodzące się między nimi uczucia tylko wszystko komplikują.

Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 16+

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 568

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



TYTUŁ ORYGINAŁU:13 locuras que regalarte. Volver a Ti #3

Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska

Wydawczyni: Ewelina Czajkowska

Redakcja: Marta Stochmiałek

Korekta: Beata Wójcik

Projekt okładki: Agata Łuksza

Ilustracja na okładce: © Agata Łuksza

Copyright © 2018 by Alice Kellen

All Rights Reserved

Copyright © 2026 for the Polish edition by Papierowe Serca an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Berenika Wilczyńska, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-572-9

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Ossowska

Maríi, którą poznałam dzięki tej serii. dziękuję, że towarzyszysz mi od początku.

Pamiętam tamtą noc lepiej niż wiele lat mojego życia.

– Przed zachodem słońca

Rok 2001

Autumn udało się przywołać na twarz drżący uśmiech, gdyż wiedziała, jak ważne jest sprawianie dobrego wrażenia. Zignorowała ból brzucha po zjedzeniu trzech cukierków truskawkowych, chwyciła ramiona swojego różowego plecaka i ruszyła za pracownicą opieki społecznej, przechodząc przez próg z gulą w gardle. Kilka sekund później, gdy jej stopy minęły leżącą przed drzwiami wycieraczkę, przywitało ją kilka nieznajomych głosów i Autumn poczuła, jak otulają ją pomarańczowe ciepło pokrywającej ściany tapety, dłonie kobiety o blond włosach, która pogłaskała ją po głowie, i unoszący się w pokoju zapach odświeżacza powietrza. „A więc to jest dom”, pomyślała, wodząc wzrokiem po kanapie w kolorze omszałej zieleni, która dominowała w salonie, oraz po obrazkach z rysunkami motyli. To miejsce w niczym nie przypominało ośrodka dla nieletnich, w którym Autumn do tej pory mieszkała; nie było tu rzędów łóżek, dziecięcych głosów ani długich stołów na stołówce.

– Autumn, podejdź tutaj. – Dziewczynka posłuchała polecenia pracownicy opieki społecznej, starając się ciągle uśmiechać. – Przedstawiam ci Adele i jej męża Owena. Od tej pory będą twoją rodziną zastępczą.

– Cześć. – Autumn przywitała się z pewną nieśmiałością.

– Och, jesteś cudowna! – Adele schyliła się, żeby znaleźć się na tej samej wysokości co ona, i posłała jej ciepłe spojrzenie. – Bardzo się cieszymy, że tu z nami jesteś, Autumn.

Owen pokiwał głową, słysząc słowa żony.

– To bardzo grzeczna i spokojna dziewczynka – zapewniła pracownica socjalna.

Adele ujęła rękę Autumn w swoje dłonie.

– Masz ochotę zobaczyć swój pokój? – zapytała.

Dziewczynce zajęło kilka chwil, zanim skinęła głową. Matka zastępcza poprowadziła ją wąskim korytarzem, a jej mąż i pracownica socjalna zostali w salonie i rozmawiali. Kiedy Autumn zobaczyła swój pokój, rozdziawiła buzię. Pomieszczenie było małe, ale dla sześciolatki, która nigdy nie miała swojego pokoju, to było takie uczucie, jakby znalazła się w niebie. W środku stały stary kufer i łóżko z pościelą w postacie z bajek, pasującą do zasłon, a z poduszki patrzył na Autumn pluszowy miś.

– Podoba ci się?

Dziewczynka odpowiedziała kolejnym skinieniem głowy, ponieważ była tak szczęśliwa, że nie potrafiła znaleźć żadnych słów. Adele uśmiechnęła się do niej. Miała pomalowane na czerwono usta. – Możesz ozdobić ściany do woli, jeśli masz ochotę powiesić na nich swoje rysunki. Chcemy, żebyś czuła się u nas swobodnie, więc jeśli coś będzie cię martwić, nie wahaj się, tylko nam o tym powiedz, zgoda?

– Dobrze – wyszeptała Autumn, po czym zaczerpnęła haust powietrza i dodała: – Nie lubię groszku.

Kobieta założyła za ucho kosmyk blond włosów i spróbowała się nie roześmiać. Autumn zdjęła różowy plecak i położyła go na kolorowej kołdrze, po czym spojrzała na nią z wahaniem. Adele zrozumiała, że dziewczynka bała się ją rozczarować tym, że nie chce jeść groszku, i pośpiesznie ją uspokoiła:

– Świetnie, żadnego groszku. – Uśmiechnęła się. – Wiesz, co jest specjalnością mojego męża? Pieczone ziemniaki z dużą ilością tartego żółtego sera.

Radość rozjaśniła dziecięcą buzię Autumn.

Rok 2002

Autumn włożyła do różowego plecaka bajki, które Adele kupiła jej w zeszłym tygodniu, i kilka kolorowych flamastrów. Po raz ostatni spojrzała na pokój, który należał do niej przez ponad rok. Nie potrzebowała wiele czasu, żeby dopasować się do życia młodego małżeństwa; Autumn była posłuszną dziewczynką, a Adele – wspaniałą matką zastępczą. Odwinęła jej brzegi wszystkich spodni, żeby Autumn mogła je nosić jeszcze rok, wyjawiła jej sekret, jak zrobić najlepszą lemoniadę, i co wieczór czytała jakąś opowieść, zanim utuliła ją do snu. Poza tym Owen w każdą sobotę robił ziemniaki zapiekane z serem i codziennie woził Autumn do szkoły swoim czerwonym vanem.

– Nie chcę stąd iść – błagała Autumn, kiedy pracownica socjalna ponagliła ją, żeby wyszła z pokoju. – Dlaczego muszę się wynieść?

Kobieta spojrzała na nią ze współczuciem.

– To skomplikowana sytuacja.

Autumn pomyślała o brzuchu Adele, który z każdym dniem coraz bardziej rósł, i przypomniała sobie rozmowę, którą usłyszała kilka tygodni wcześniej. Owenowi zaproponowano lepiej płatną pracę w oddziale jego firmy w Kansas. Powiedział, że teraz, gdy spodziewają się dziecka, rzeczy muszą ulec zmianie, bo nie potrzebują już zapomogi rządowej, którą dostawali za przyjęcie Autumn pod swój dach i jej utrzymywanie. Adele rozpłakała się, zasmucona, ale w końcu przyznała Owenowi rację i powiedziała, że powinni wykorzystać okazję.

– Kochanie, będziesz grzeczna, prawda? – Adele pogłaskała ją po głowie, tak jak zwykle, i dwie kitki dziewczynki zakołysały się na boki, kiedy ta pokręciła głową. – Jesteś zła, ale przejdzie ci, kiedy poznasz swoją nową rodzinę. – Wiesz, że tam będzie więcej dzieci? Będziesz mogła się z nimi bawić. Będzie fajnie.

– Ja chcę się bawić tylko z tobą… – wybełkotała Autumn.

Adele zamrugała, miała zaczerwienione oczy. Pocałowała dziewczynkę w czoło, po czym wstała i pozwoliła, żeby jej mąż czule ją objął.

– No, Autumn, pożegnaj się – powiedziała pracownica socjalna.

Nie wiedziała, jak to zrobić. Bolało. Ale w końcu, kiedy zeszli po schodach przed domem, odwróciła się i podniosła wolną rękę. Powstrzymała szloch, bo wiedziała, że odważne dziewczynki nie płaczą. Potem ze ściśniętym sercem ruszyła w stronę samochodu i widok żegnających ją Adele i Owena trafił do jej albumu ze wspomnieniami, w którym przechowywała wszystkie mijające chwile. Nie chciała patrzeć, jak jej rodzice zastępczy się oddalają, i po kilku minutach utkwiła wzrok w oknie, przyglądając się rozmytym, zamazanym zarysom San Francisco.

Autumn doszła wtedy do wniosku, że jest jak moneta. Monety są piękne i wszyscy chcą mieć ich dużo w kieszeni, ale one nieustannie przechodzą z rąk do rąk. Nie należą do nikogo, a zarazem należą do wszystkich, wszyscy się nimi wymieniają, a ich wartość jest względna. Istnieją stare albo rzadkie monety, które są bardzo cenione, takie jak Liberty Nickel albo Double Eagle, ale są też inne, takie jak jednocentówka – tak mało ważne, że niektórzy nie zadają sobie trudu, aby się schylić i je podnieść, jeśli znajdą taką na ulicy.

– Wszystko będzie dobrze, Autumn – powiedziała pracownica socjalna, patrząc w lusterko wsteczne, gdy zatrzymała się na czerwonym świetle. – Dzieci, które mieszkają z rodziną Moore’ów, są bardzo sympatyczne, na pewno ci się tam spodoba.

Autumn nie odpowiedziała.

Właściwie nie otworzyła ust, dopóki nie musiała wejść do domu Moore’ów i nie poznała małżeństwa oraz trojga dzieci, które trafiły tam tak jak ona, bo nie miały gdzie mieszkać. Gdy pracownica socjalna zobaczyła, jak Autumn stoi nieruchomo, zachęciła ją, żeby przedstawiła się Pablo, Roxie i Hunterowi, więc dziewczynka otworzyła usta bez zastanowienia i wyrzuciła z siebie:

– Mam na imię Autumn. Mam siedem lat, urodziłam się jesienią, nienawidzę groszku i jestem jak jednocentówka.

Była zaskoczona, gdy zobaczyła, że każde z dzieci posłało jej rozbawiony uśmiech.

Rok 2003

Krzyki docierały od strony schodów prowadzących na dół. Dzieci spały w suterenie, którą dla nich dostosowano. Była pomalowana na kremowy kolor; wewnątrz znajdowały się cztery łóżka i długie biurko do odrabiania pracy domowej. Po drugiej stronie stała szafa, wspólna dla wszystkich, a odgłosy, które teraz ich dobiegały, też słyszeli wszyscy.

Autumn nie mogła znieść tego okropnego dźwięku, więc zamknęła oczy i nakryła głowę pościelą. Próbowała przypomnieć sobie lepsze dni, kiedy robiła lemoniadę z Adele i świetnie się bawiła, starając się wyłowić łyżką pestki, które wpadały do dzbanka przy wyciskaniu cytryn. Próbowała przypomnieć sobie ciepłe letnie słońce wpadające do kuchni przez białe zasłony i karminowy uśmiech Adele…

Usłyszeli kroki. I znowu krzyki. Więcej krzyków.

– Nie da się tak spać – poskarżyła się Roxie.

– Wydaje mi się, że została jeszcze jedna butelka dżinu w spiżarce – powiedział Pablo.

– Powinniśmy byli ją schować – wymamrotał pod nosem Hunter.

Autumn postanowiła wyjść ze swojej kryjówki, wyczerpana brakiem powierza.

Roxie, która miała czternaście lat i była najstarsza, traktowała ją jak siostrę od pierwszego dnia, kiedy Autumn znalazła się w domu Moore’ów. Gdy zobaczyła, że podbródek dziewczynki zaczyna lekko drżeć, wstała, położyła się w łóżku obok niej i ją objęła. Autumn przylgnęła do jej ramion. Nienawidziła krzyków.

– Hej, maleńka, wiesz, że on niedługo przestanie – powiedział do niej Hunter.

– …kiedy zwali się na podłogę – dodał Pablo.

– Ciii, chłopaki. Ona jest mała – przypomniała im Roxie.

– Nieprawda! – wykrzyknęła zawstydzona Autumn, po czym usiadła na materacu ze skrzyżowanymi nogami. Łóżko Huntera stało tak blisko jej łóżka, że niemal mogła go dotknąć, gdyby wyciągnęła stopę nieco w przód. – Chodzi o to, że… nie lubię krzyków… Są brzydkie.

– Jak krzyk może być brzydki? – naśmiewał się Pablo.

– Odpuść, stary. Roxie ma rację – przerwał mu Hunter.

Chłopcy od wielu lat mieszkali razem w tym domu i musieli już kilka razy żegnać się z innymi dziećmi, które się przez niego przewijały. Hunter miał jedenaście lat, a Pablo dwanaście. Moore’owie, podobnie jak wiele innych małżeństw, nie byli zbyt dobrze sytuowani i pracowali dorywczo, więc znaleźli sobie stały dochód w postaci rodziny zastępczej. Pani Moore była uległa, powściągliwa i nieco zgryźliwa, ale cerowała im ubrania za każdym razem, gdy się podarły, i codziennie robiła im pyszny ciepły posiłek, więc mieli co włożyć do ust. Z kolei pan Moore często żartował z chłopcami, był wesoły i zabawny, kiedy tylko nie pił. Jednak gdy jego ręce sięgały po butelkę, zmieniał się. Alkohol wydobywał z niego to, co najgorsze: pan Moore krzyczał, groził, walił w ścianę, rzucał obelgi…

W jeden z takich dni Autumn podeszła do Roxie, która niewzruszenie czesała swoje długie blond włosy, i zapytała ją, jak może być taka spokojna i ignorować to, co się dzieje na piętrze. Roxie spojrzała na nią smutno i w tamtej chwili w jej oczach można było dostrzec, że choć była tylko dziec­kiem, przeżyła wiele, może zbyt wiele.

– Są gorsze rzeczy, uwierz mi.

– Jak może być gorzej?

– W ilu domach mieszkałaś?

– Ten jest drugi – odparła Autumn.

Roxie związała włosy w kitkę.

– No to posłuchaj mnie: postaraj się tu zostać. Tutaj jest lepiej niż gdzie indziej, zaufaj mi. Skup się na tym, żeby nie zwracać uwagi i dalej dostawać dobre oceny w szkole, dobra? – Uśmiechnęła się do niej czule.

– Dobra.

– Obiecaj mi to.

– Obiecuję.

Przez następne miesiące Autumn dużo myślała o tej rozmowie. Myślała o nieszczęściach, jakie musiały spotkać Roxie, skoro uznała, że ten dom jest dobry. Myślała o Hunterze, który zawsze bronił jej w szkole, tak opiekuńczy i lojalny, kiedy inne dzieci się z niej naśmiewały. Myślała o Pablo i o tym, jak bardzo wydawał się tęsknić za rodziną, która mieszkała w Kolumbii. Nie umiała nie rozglądać się dookoła i nie zastanawiać się, dlaczego przypadło im w udziale mniej szczęścia niż innym dzieciom, które śmiały się i spacerowały z rodzicami za rękę.

Może dlatego jej uwagę zwrócił niebieski dom.

Był śliczny. Znajdował się po prawej stronie chodnika, którym Autumn wracała ze szkoły. Prowadziła do niego wielka żelazna brama, a jego ogrodzenie było porośnięte niezbyt gęstym bluszczem w kolorze połyskującej zieleni. Dach był spiczasty, a główny ganek wychodził na frontowy ogród pełen drzew, rabat z kwiatami, które wyrastały wiosną, i roztaczających delikatny zapach jaśminów.

Ale to nie za sprawą architektury ani piękna to miejsce przykuło uwagę Autumn, tylko z powodu mieszkającej tam rodziny. Państwo Bennetowie mieli córkę w wieku około ośmiu lat, rówieśniczkę Autumn, i dwóch synów bliźniaków, którzy wyglądali na kilka lat starszych. Popołudniami, kiedy Autumn wracała pieszo do domu Moore’ów z Roxie, Hunterem i Pablo, widziała, jak bawią się w ogrodzie. Czasami mieli jeszcze na sobie mundurki szkoły prywatnej, do której chodzili, jednej z tych, które wypuszczały przyszłych obiecujących naukowców, renomowanych adwokatów i dziennikarzy, którzy nie wahali się relacjonować wydarzeń z jakiegoś pogrążonego w wojnie kraju.

– Na co patrzysz, maleńka? – zapytał ją Hunter, kiedy pewnego dnia zobaczył, jak Autumn podchodzi do metalowej bramy i przygląda się dzieciom przez poplątany bluszcz.

– Na dzieci. Lubię je.

Hunter pochylił się obok niej i rzucił na nie okiem.

– To snoby.

– To coś złego?

– Zależy – odpowiedział Pablo i kopnął leżącą na ziemi puszkę po napoju, która potoczyła się w przód. – Nie są do nas podobni. Nie są tacy jak my.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– A nie widzisz tego? Wyglądają jak z katalogu. – Pablo się roześmiał. – Nie chciałabyś być taka jak oni, prawda? My jesteśmy fajniejsi.

Autumn skuliła się odrobinę w sobie. Nie chciała, żeby ktoś z nich zauważył, że tak naprawdę bardzo by chciała być taka jak te dzieci: mieszkać w niebieskim domu, uczyć się rano i bawić po południu, i mieć serdecznych, uważnych rodziców.

Roxie westchnęła głęboko, oparła się o ogrodzenie i zapaliła papierosa. Zaciągnęła się i powoli wypuściła dym. Zaczęła palić kilka miesięcy temu, w tym samym czasie co jej koleżanki ze szkoły, i Autumn nie mogła znieść, że Roxie przestała pachnieć wanilią, a jej ubrania przesiąkły zapachem tytoniu. Gdy zobaczyła, jak jej „starsza siostra” na nią patrzy, wiedziała, że ta domyśliła się, co chodzi Autumn po głowie, dlatego skuliła się jeszcze bardziej, trochę zawstydzona, jakby jej pragnienie równało się temu, że ich nie kochała.

– Chodźmy, maleńka – ponaglił ją Hunter.

Ruszyli we czworo w dalszą drogę. Roxie została nieco w tyle z Autumn. Dotknęła końca jednego z dwóch warkoczy „młodszej siostry”, które zaplotła jej tego ranka, i uśmiechnęła się do niej, po czym pochyliła się, żeby wyszeptać jej do ucha:

– Ja w to wierzę, Autumn. Wierzę, że pewnego dnia zamieszkasz w takim miejscu jak to i będziesz miała prawdziwy dom.

Dziewczynka uśmiechnęła się wzruszona.

– Mogłybyśmy obie mieć taki dom i mieszkać razem!

– Oby, Autumn. Oby – odpowiedziała ze smutkiem Roxie.

Autumn wiedziała, że Roxie kłamie. I właśnie w tym momencie, widząc rozpacz w oczach „starszej siostry”, zdała sobie sprawę, że dla świata oni wszyscy byli „przegraną sprawą”. Dziećmi opuszczonymi przez rodziców tuż po narodzinach, tak jak w jej przypadku – porzuconymi w szpitalu. Inni, jak Roxie, mieli rodziców, którzy sprawiali kłopoty: regularnie trafiali do więzienia. Albo ich historie były jeszcze trudniejsze, jak Huntera. Wielu z nich było Latynosami, dziećmi nielegalnych imigrantów, którzy nie mogli się nimi zaopiekować, ponieważ nie mieli dostępu do zasiłków. Według statystyk dla większości z nich przyszłość rysowała się w ciemnych barwach, pełna wybojów, bo tylko niewielu z nich osiągało stabilizację po dzieciństwie naznaczonym brakiem miłości i ciągłymi zmianami domów. Niewielu ostatecznie stawało się „małymi ocalałymi”.

Rok 2005

Może dlatego Autumn stała się dziewczyną od „przegranych spraw”. Gdy znajdowała jakiegoś ptaszka, który wypadł z gniazda, zabierała go, zanosiła do swojego pokoju i przez wiele dni karmiła okruchami chleba namoczonymi w mleku, dopóki ptak nie urósł na tyle, żeby samodzielnie latać. Jeśli jakieś dziecko w szkole siedziało samo na obiedzie, jak Ted Davis, którego wyśmiewano z powodu okularów w grubych oprawkach, Autumn siadała obok niego, chociaż nie odzywał się do niej nawet słowem. Jeśli mieli wykonać jakąś pracę w grupie, Autumn wybierała kogoś, komu z trudem przychodziło dostawanie dobrych ocen i miał problemy ze skupieniem. I niemal nie zdając sobie z tego sprawy, w tych drobnych gestach zaczęła odnajdować okruchy szczęścia i kurczowo trzymała się tej satysfakcji, którą dawało jej rozwiązywanie problemów innych. 

– Wiesz, co ostatnio przeczytałam? – zapytała, idąc chodnikiem obok Huntera i próbując omijać krawędzie płyt.

– Dawaj, zaskocz mnie, maleńka.

Była sobota. Słońce świeciło wysoko na bezchmurnym niebie. Poprzedniego wieczora Autumn została sama w suterenie, bo jej dwóch „braci” i „siostra” wybrali się na szkolną imprezę. Następnego ranka, gdy próbowała ich obudzić, żeby poszli z nią do sklepu po cukierki, udało jej się tylko zmusić do tego Huntera, który wstał z łóżka, gderając.

– Czytałam raport Human Rights Watch, w którym mowa o tym, że wielu z nas nie kończy nawet szkoły średniej. – Autumn miała pamięć lepszą od przeciętnej, potrafiła zapamiętać mnóstwo danych oraz informacji, choć nie rozumiała do końca ich znaczenia.

– Wielu z nas? – zapytał Hunter.

– Tych, którzy nie należą do nikogo. Nie mają domu.

– Bzdura! – Hunter spojrzał na nią z ukosa. – I dlaczego, do diabła, omijasz krawędzie płyt?

– Nie wiem. Czasami robię dziwne rzeczy. 

Hunter wybuchł ochrypłym śmiechem. 

– Nie wierz we wszystko, o czym tam czytasz. 

– Ale to prawda. Mamy mniej możliwości niż reszta – upierała się ze wzrokiem wbitym w ziemię. Wiedziała, że niedługo przejdzie jej ta fiksacja. Zawsze tak było. Nagle jakiś pomysł przychodził jej do głowy, na przykład taki, że nie będzie więcej jadła ogórków konserwowych albo zwiesi się z gałęzi drzewa na dziedzińcu szkoły, ale po kilku tygodniach ta myśl znikała, jakby nigdy nie istniała. – Czytałam też więcej rzeczy, na przykład taką, że kiedy skończymy osiemnaście lat, będziemy musieli wyprowadzić się od Moore’ów. To właśnie chciała powiedzieć Roxie, kiedy obchodziliśmy jej urodziny, prawda? Była smutna. Mówiła, że zostały jej tylko dwa lata. A potem co się z nią stanie? W bibliotece szkolnej znalazłam inny artykuł z gazety, który też o tym mówił. 

Hunter nagle zamilkł.

– I co w nim było?

– To, że wielu młodych ludzi z dnia na dzień ląduje na ulicy. Jakaś organizacja narzekała, że system nie funkcjonuje dobrze. – Autumn zmarszczyła nos, zamyślona. – Czym jest system, Hunter?

– System… teoretycznie ma o nas dbać – odparł chłopak i cmoknął. – Nie powinnaś się jeszcze martwić takimi rzeczami, Autumn. Masz dziesięć lat. 

– Ale pewnego dnia dorosnę. 

Hunter przystanął i pochylił się nad nią, żeby się z nią zrównać. Wziął głęboki wdech i przygryzł dolną wargę, po czym powiedział: 

– Kiedy to się stanie, my się tobą zaopiekujemy. 

– Ale nie chcę, żebyście wyprowadzili się od Moore’ów i zostawili mnie tam samą. 

– Zjawią się inne dzieci, Autumn. Zawsze tak jest.

Dziewczynka zmusiła się, żeby się uspokoić, a Hunter znów się wyprostował. Autumn chwyciła jego ciepłą dłoń, którą do niej wyciągnął, i poszli razem do najbliższego sklepu. Kilka minut później z lizakami truskawkowymi w rękach ruszyli w drogę powrotną. 

– Mogę zatrzymać się na chwilę pod niebieskim domem?

– Nie rozumiem, co takiego szczególnego ma to miejsce. 

Już miała mu powiedzieć, że ten dom jej się podoba, bo emanuje normalnością, której Autumn nie zaznała. W tym domu czuć było spokój i zaufanie; wydawało się, że za tymi pokrytymi bluszczem murami nie może wydarzyć się nic złego. 

Odpowiedziała tylko w połowie szczerze:

– Podglądanie ich to fajna zabawa.

– Ty mała łobuziaro! – Hunter zmierzwił jej włosy i ziewnął ze zmęczenia, bo spał tylko kilka godzin. – Pół godziny i ani minuty dłużej, zrozumiano?

Autumn pokiwała głową z uśmiechem, a Hunter oddalił się swoim charakterystycznym beztroskim krokiem. Tak bardzo urósł przez ostatnie miesiące, że był sporo wyższy od Pablo, chociaż był od niego o rok młodszy. Miał ciemne włosy i wyraziste rysy, które sprawiały, że wyglądał na starszego. Autumn go uwielbiała.

Potrząsnęła głową, kiedy zobaczyła, jak Hunter znika za rogiem, i próbowała nie myśleć o przyszłości, jaką przepowiadały im artykuły, które czytała w ostatnich tygodniach, ani o tych wszystkich rzeczach, których nie rozumiała i których nikt jej nie wyjaśnił.

Polizała lizaka i jej wzrok padł na ganek należący do domu w stylu kolonialnym. 

Autumn obserwowała te dzieci od dwóch lat i znała ich imiona, bo nieraz słyszała, jak przywoływano je krzykiem (byli to Miranda, Caleb i Levi). Wiedziała też, że każdego popołudnia ich matka, pani Bennet, robiła im kanapki z dżemem i masłem orzechowym (Levi nie zjadał skórki i zawsze oddawał ją psu Rufusowi). Miranda lubiła siadać na kolanach ojcu, który zgadzał się przeczytać jej bajkę, gdy w letnie dni w południe pił herbatę. Autumn ciągle się zastanawiała, jak by to było, gdyby czuła za plecami mocne ciało opiekuńczego ojca. Zamiast marzyć o zamkach i księżniczkach, wyobrażała sobie, jak fajnie by było mieć dwóch starszych braci: mogłaby robić im psikusy, ganiać ich z pis­kiem po ogrodzie za każdym razem, kiedy któryś z nich zabrałby jej lalki, albo kłaść się na trawniku obok matki, nie przestając śmiać się do rozpuku.

Tamtego dnia, liżąc lizaka, przyglądała się, jak Caleb rzuca piłkę, którą Rufus miał aportować. Uśmiechnęła się, gdy zobaczyła, że Levi wciąż siedzi przy stole na ganku i odrabia pracę domową (zawsze kończył jako ostatni), a Miranda zrywa kwiaty, żeby zrobić bukiet. 

Autumn westchnęła i odsunęła się od ogrodzenia. Wbiła wzrok w chodnik i wróciła do domu Moore’ów, próbując omijać proste linie dzielące chodnik na małe kwadraty. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, linia! I od nowa…

Rok 2007

Zgasło osiemnaście świeczek.

Roxie pożegnała się z nimi przez łzy. 

Pracownica socjalna pociągnęła za kilka sznurków i Roxie miała spędzić następne dwadzieścia dni w ośrodku opiekuńczym. Roxie zapewniła Pablo, Huntera i Autumn, że znajdzie pracę, będzie ich często odwiedzała i nic się między nimi nie zmieni. Ale Autumn miała tak wielką gulę w gardle, że zająknęła się, mówiąc „żegnaj”, i nie potrafiła wypowiedzieć słów: „Kocham cię, Roxie”, które miała na końcu języka, tuż obok: „Proszę, nie odchodź”. Już nie będzie mogła wślizgiwać się do jej łóżka w burzowe noce, kiedy czuła strach, ani spać wtulona w jej ramionach. I nikt nie będzie jej łagodnie uspokajał, kiedy pan Moore będzie miał zły dzień. Nie będzie już łaskotek o poranku, śmiesznych min podczas kolacji, tańców w suterenie do muzyki z radia ani zaplatania warkoczy każdego ranka przed pójściem do szkoły. 

Rok 2008

Co się dzieje? Dokąd wynosicie te wszystkie rzeczy? Chwileczkę, proszę poczekać…

– Wykonujemy tylko swoją pracę – odparł oschle mężczyzna z okrągłym brzuchem, odwróciwszy się do niej i spojrzawszy na nią ze zdziwieniem.

Kiedy facet znów ruszył przed siebie, Autumn poszła za nim. Trzymał w rękach kilka kartonowych pudeł i miał na sobie szary kombinezon firmy zajmującej się przeprowadzkami, dla której pracował. Ciężarówka z takim samym logotypem, jaki miał naszyty na piersi, stała zaparkowana tuż obok, dokładnie naprzeciwko niebieskiego domu. Autumn ogarnęło zaskoczenie, kiedy skręciła za róg i na tyle ciężarówki zobaczyła fotel bujany z ganku oraz inne meble i zapakowane pamiątki Bennetów.

– Wyprowadzają się? Wyprowadzają się z niebieskiego domu?

Mężczyzna zmrużył oczy. 

– Czy pani jest znajomą rodziny, panienko?

– Nie! Tak! – skłamała. – Ale… nie rozumiem…

Nagle zamknęła usta, gdy zobaczyła w drzwiach Caleba, Leviego i Mirandę w towarzystwie ich matki. Nikt nie zauważył obecności trzynastolatki, która ze ściśniętym sercem przyglądała się temu, jak pani Bennet upewnia się, czy wszystkie cenne przedmioty zostały właściwie umieszczone w ciężarówce. Wokół szyi miała zawiązaną śliczną zieloną chustkę i była ubrana w szarą dzianinową sukienkę, która podkreślała jej eleganckie ruchy, kiedy wydawała polecenia łagodnym, ale stanowczym głosem. 

Autumn usłyszała, jak powiedziała: „Uwaga na pudełko z zastawą” i „Może powinniśmy zostawić tutaj fotel bujany, raczej nam się nie przyda”.

– Nie mieliśmy teraz czegoś zjeść? – zaprotestował Caleb.

– No właśnie, mamo, umieramy z głodu – powiedział Levi. 

– Już idę, chłopcy, trochę cierpliwości.

Nagle, kiedy pani Bennet się odwracała, zielona chustka ześliznęła się delikatnie z jej szyi i niesiona podmuchem wiatru upadła na ziemię, tuż pod stopy Autumn. Dziewczyna się schyliła, podniosła ją i podała kobiecie drżącymi dłońmi. 

– Upadła pani – zdołała powiedzieć.

– Bardzo ci dziękuję, skarbie.

Pani Bennet wzięła od niej chustkę z uprzejmym uśmiechem i przez kilka chwil Autumn przestała słyszeć zgrzytliwy dźwięk podnoszonej platformy ciężarówki, głosy pracowników i ogólny zgiełk spowodowany przeprowadzką. Wydawało jej się to prawie nierealne, że oni wszyscy przed nią stali, a ona rozmawiała z panią Bennet po tylu latach podpatrywania ich na odległość niczym duch, który obserwuje czyjeś życie. Przełknęła ślinę. Czuła się trochę jak intruz, złodziejka rodzinnych wspomnień, które nie należały do niej, kolekcjonerka czyjegoś śmiechu i słów, których nigdy nie powinna była usłyszeć. A mimo to nie mogła powstrzymać drżenia kolan, patrząc na ich wyprowadzkę. Bez nich niebieski dom przestanie być domem. Otworzyła usta, gotowa zapytać panią Bennet, dlaczego wyjeżdżają, skoro wydawali się tutaj tacy szczęśliwi, ale urwała w pół słowa, ponieważ kobieta odwróciła się, owijając ponownie chustkę wokół szyi, i podeszła do jednego z pracowników, żeby mu powiedzieć, że jeśli będą czegokolwiek potrzebować, mogą zwrócić się do jej męża.

We czworo ruszyli w dół ulicy.

– Uważaj, dziewczyno! – krzyknął mężczyzna, który z pomocą kolegi niósł na plecach szafę z ciemnego drewna. 

Autumn zeszła im z drogi. Rozejrzała się wokół, zdezorientowana, i pomyślała, jak bardzo potrzebowała w tym momencie Roxie; ona by zrozumiała, ile znaczyło dla niej to miejsce. Przynajmniej dawna Roxie… Bo kiedy Autumn widziała ją ostatnim razem, dwa miesiące temu, uświadomiła sobie, że jej „starsza siostra” nie jest już taka sama. Zmieniła się. Nie nosiła już warkoczy. Teraz jej blond włosy opadały rozpuszczone na plecy, sięgając niemal do paska, który podtrzymywał jej krótką spódniczkę. Przekłuła sobie nos, malowała oczy na ciemny kolor i zbyt mocno pachniała perfumami i tytoniem. Roxie odprowadziła Autumn do domu, zapytała ją o oceny z poprzedniego trymestru i starała się uśmiechnąć, ale Autumn nie mogła nie zauważyć smutku i bólu kryjących się w jej spojrzeniu…

A teraz tutaj, będąc świadkiem przełomowego momentu w życiu rodziny Bennetów, zdała sobie sprawę, że nic nie jest stałe i nienaruszalne. Świat pozostawał w ciągłym ruchu: ludzie się zmieniali, odchodzili, wracali, znikali. Marzenia ulegały zniekształceniu i przeobrażały się w inne. Każdy dzień był szansą na to, żeby być kimś innym, lepszym i zdecydować, jaki kierunek obrać. Nie było wartości stałych ani prostych, nietkniętych linii – Autumn zrozumiała, że ona sama jest jedyną zmienną.

Rok 2010

Już prawie się ściemniło, kiedy weszła tylnymi drzwiami do domu Moore’ów, starając się nie hałasować. Była wymalowana czerwoną farbą, bo wracała z kilkudziesięcioosobowej manifestacji na molo numer trzydzieści dziewięć w dzielnicy Fisherman’s Wharf. Manifestowali przeciwko temu, że coraz więcej lwów morskich zdychało w Kalifornii z powodu globalnego ocieplenia. Nadzwyczaj ciepłe wody sprawiały, że ryby opuszczały przybrzeżne wyspy, na których lwy morskie zwykle się rozmnażały, więc matki musiały oddalać się w poszukiwaniu pożywienia, przez co dużo młodych się gubiło i wypływało na ląd od San Diego po San Francisco. Służby ratunkowe zajmujące się zwierzętami odnotowały w tym roku obecność tysięcy młodych lwów morskich i niestety współczynnik śmiertelności wśród nich był bardzo wysoki. 

– Uważasz, że taka dziewczyna jak ty powinna wracać o tej porze? – Autumn wzdrygnęła się, słysząc nosowy głos pana Moore’a chwilę przed tym, jak zapaliła światło w przedpokoju. Miał czerwone, szkliste oczy i dziwny grymas na twarzy. 

– Przepraszam. Zrobiło się późno.

– A co to ma być, do diabła…?

Pan Moore pochylił się nad nią i Autumn przestała oddychać, gdy poczuła jego oddech i zapach alkoholu. Zadrżała, gdy przebiegł wzrokiem po jej ciele i ubraniach przyklejonych z powodu farby. Zamknęła oczy. Była sama. Hunter wyprowadził się jako ostatni dwa miesiące temu. Myśl o nim dodała jej odwagi i Autumn zdołała przybrać stanowczy ton:

– To tylko trochę farby.

– Właśnie widzę… – Pan Moore zmrużył oczy. 

– Pójdę do sutereny.

– Poczekaj chwilę. 

Zanim Autumn udało się wymknąć, pan Moore przycisnął ją do ściany. Serce zaczęło walić jej jak oszalałe i spróbowała się wyswobodzić.

– Co jest? Czyżbym nie był dla ciebie w porządku przez te wszystkie lata?

– Puść mnie! Albo przyrzekam, że…

– Co zrobisz? – Mężczyzna się roześmiał i uniósł jedną ręką jej podbródek, zmuszając ją, żeby na niego spojrzała. 

Jego oczy były zasnute czymś, co wiodło do otchłani ciemności. Gdy poczuła, jak jego szorstka dłoń obejmuje jej szyję i naciska, Autumn, nie do końca świadoma, co robi, podniosła kolano i z całej siły go uderzyła. Zaskoczony pan Moore odsunął się i zawył z bólu, ale ona nawet go nie usłyszała. Wróciła tędy, którędy przyszła, otworzyła drzwi i oddaliła się najszybciej, jak potrafiła, nie zważając na mdłości.

Biegła, biegła i biegła.

Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy zobaczyła dom rysujący się w oddali w świetle latarni. W jakiś sposób nogi zaniosły ją w to miejsce. Zaczerpnęła haust powietrza i spróbowała powstrzymać drżenie nóg. Rozejrzała się po obu stronach ulicy, przestraszona i zdezorientowana z powodu tego, co właśnie się wydarzyło. Nikogo tam nie było. Wieczorne spokój i cisza kontrastowały z przyspieszonym pulsem Autumn, który powodował ucisk w gardle. Nerwowo przełknęła ślinę, po czym ruszyła szybkim krokiem w kierunku chodnika naprzeciwko. Bała się, że będzie tego żałować, więc wzięła rozpęd i nie zastanawiając się ani sekundy dłużej, przeskoczyła przez mur niebieskiego domu. Zdusiła jęk, opierając ręce o ziemię, aby zatrzymać upadek, i wbiła sobie w dłonie kilka kamyczków, ale była tak wzburzona, że ledwie to zauważyła. 

Chociaż widziała kawałek terenu dzięki ulicznym latarniom, to nie wystarczyło, żeby poruszała się z łatwością, więc zaczęła iść powoli, stąpając po roślinach, leżących na ziemi gałęziach i żwirze, zmierzając do głównego wejścia. Niebieski dom od dwóch lat stał pusty i zważywszy na rozbite szyby w oknach oraz graffiti na jednej z bocznych ścian, padł ofiarą młodzieży, która chciała łamać zasady; dlatego nie była zaskoczona, że drewniane drzwi były otwarte i wystarczyło tylko je pchnąć, żeby ustąpiły.

Wewnątrz pachniało wilgocią i kurzem. Autumn nie mogła przejść przez pierwsze pomieszczenie i dotrzeć do schodów na piętro, ponieważ światło księżyca prawie tu nie docierało i w półmroku nie dostrzegała nawet swoich stóp. Usiadła więc na podłodze, obok drzwi, podciągając kolana do piersi. Raz po raz dobiegał ją jakiś dziwny hałas, coś jak lekkie skrzypienie lub świszczący odgłos, i choć Autumn wiedziała, że to tylko wiatr, nie mogła powstrzymać drżenia i przyciskała mocniej plecy do ściany, jakby chciała się w nie wtopić. Nigdy sobie nie wyobrażała, że miejsce, które za dnia było tak magiczne, mogłoby ją przerazić, ale czuła się samotna i przestraszona i nie było nikogo na świecie, do kogo mogłaby się zwrócić. Nie wiedziała nawet, co się z nią stanie następnego dnia. 

Pan Moore nigdy nie próbował posunąć się za daleko, ale może zachęciła go niedawna wyprowadzka Huntera albo był tak pijany, że prawie nieświadomy swoich czynów. Tak naprawdę Autumn nie miała pojęcia, co mogłoby się stać, gdyby nie uciekła w pośpiechu, ale wiedziała, że nie chce dalej żyć w tych czterech ścianach. Pamiętała, z jaką rezygnacją Roxie opowiadała jej, że na zewnątrz są gorsze rzeczy, ale może lepiej było zaryzykować, niż dalej zgadzać się na to, co – jak przekonała się na własnej skórze – było gorsze, niż sądziła.

,,Wszystko albo nic”, pomyślała.

Kiedy otworzyła oczy, słońce wpadało przez jedno z rozbitych okien i oświetlało drobinki kurzu zgromadzone na podłodze i meblach w salonie. Autumn wstała, uniosła dłoń do nosa i kichnęła. W świetle dnia to miejsce nie było już takie mroczne. Po raz pierwszy przyjrzała się wnętrzu z zachwytem: drzwiom pomalowanym na błękitny kolor, ścianom w kolorze ochry i niewielu rzeczom, które tu zostawili, takim jak fotel bujany, którego w końcu postanowili nie zabierać, a który stał nietknięty w rogu. Podeszła do drewnianego krzesła i przesunęła palcami po wygiętych na końcu podłokietnikach, przypominając sobie letnie popołudnia, kiedy pan Bennet na nim siadał i patrzył na swoje dzieci bawiące się w ogrodzie. Zastanawiała się, gdzie teraz może być tamta rodzina.

Po tym, co wydarzyło się poprzedniej nocy, wiedziała, że to nie jest najlepszy moment na węszenie, ale nie mogła się powstrzymać, żeby nie rzucić szybko okiem na dom. Ze wszystkich pomieszczeń w najlepszym stanie była kuchnia; na drewnianych półkach stało jeszcze kilka pustych szklanych pojemników, naprzeciw wyłożonej kafelkami ściany. Schody zaskrzypiały, kiedy Autumn weszła na piętro. Zajrzała do każdego pokoju, zapamiętując ich układ i niewielką liczbę mebli, które zostały, takich jak śliczna ręcznie malowana szafa w głównej sypialni albo ciemny kufer stojący przy jednej ze ścian.

Autumn nie rozumiała, jak to możliwe, że do tej pory dom nie został sprzedany albo wynajęty. Wyglądało na to, że dzielnica nie była zbyt modna i na drzwiach niektórych sąsiednich nieruchomości też zawieszono plakaty z logotypem jakiegoś biura nieruchomości, ale Autumn uważała, że urok tej okolicy brał się właśnie z tego, że te domy były stare. Prawdziwe. Wyjątkowe. Miały swoją osobowość i nie zostały zbudowane seryjnie, tylko wedle gustu ich właścicieli. 

Już miała wyjść z jednego pokoju, gdy zobaczyła na podłodze coś świecącego. Schyliła się i to podniosła. Srebrny łańcuszek prześliznął się między jej palcami i wiszący na środku konik morski się zakołysał. Niemal z całą pewnością to był wisiorek Mirandy. Autumn nie wiedziała, dlaczego to zrobiła, ale rozpięła go i założyła sobie na szyję. Do tej pory jedynym dodatkiem, który zawsze nosiła, był pierścionek z niebieskim kamieniem podarowany jej przez Roxie, zanim ta wyprowadziła się z domu Moore’ów.

Państwo Moore. Myśl o nich przypomniała Autumn, że znajduje się w tarapatach, więc wróciła tą samą drogą, którą tu dotarła, i wyszła do porośniętego chwastami ogrodu. Udało jej się przeskoczyć przez mur i pozostać niezauważoną, ale dalej nie mogła już przejść niepostrzeżenie. Nadal miała na sobie to samo ubranie co dzień wcześniej i jej pomalowana farbą koszulka przyciągała spojrzenia, gdy Autumn szła chodnikiem.

Jedynym miejscem, do którego mogła pójść, był ośrodek dla młodocianych. Wiedziała, że nie będzie mogła zostać tam dłużej niż dwadzieścia cztery godziny, bo pozwolenie na pobyt dotyczyło tylko nagłych przypadków i ci, którzy się pojawiali, byli szybko wysyłani do rodzin zastępczych. Weszła do środka i skierowała się do pierwszej osoby, którą znalazła za czymś, co wyglądało na kontuar recepcji. Dziewczyna odesłała ją do jednego z pracowników socjalnych ośrodka.

Mężczyzna, który miał na imię Tom, był ubrany we flanelową koszulę i nie wyglądał na więcej niż czterdzieści lat. Miał krótkie kręcone włosy i przyjazne spojrzenie, które zachęciło Autumn do opowiedzenia mu wszystkiego, co się wydarzyło.

– Nie zamierzam tam wracać. Jeśli znowu wyślą mnie do tego domu, ucieknę – podsumowała, usiłując przybrać stanowczy ton, chociaż w głębi duszy znów czuła się jak moneta wędrująca z kieszeni do kieszeni. Skoro rodzice nie uznali jej wartości, na jaką zasługiwała, dlaczego mieliby to zrobić inni? Odetchnęła głęboko. 

Mężczyzna położył dłoń na jej ramieniu. 

– Nie będziesz musiała tam wracać – zapewnił ją. – Znajdziemy dla ciebie inne, lepsze miejsce i zaczniemy wewnętrzne dochodzenie, żeby ocenić to, co się wydarzyło. Możesz być spokojna.

– Chcę zgłosić go na policję. 

– Tak zrobimy.

Autumn wymamrotała nieco ochryple „dziękuję” i tak jak przewidywała, kilka godzin później była już w drodze do innego domu. Kolejnego, który do niej nie należał, do kolejnej rodziny, która nie była jej. Nie mogła znieść myśli, że miałaby się nad sobą litować, ale też nie potrafiła udawać, że to wszystko jej nie dotyka. Zawsze tak było. Pamiętała jeszcze, jak była dziewczynką i koledzy z klasy pytali ją, czy nie tęskni za rodzicami. Autumn zawsze odpowiadała to samo: „Nie wiem, czy za nimi tęsknię, nie znam ich”. I to była prawda. Być może to bolało ją najbardziej, ta myśl, że rodzice nie dali jej szansy, by udowodniła im, że może być dobrą córką, dostawać dobre oceny w szkole, nie sprawiać problemów ani nie być dla nich kłopotem. 

– Prawie jesteśmy, to tamten dom. – Wskazał pan Tom, przerywając jej myśli, za co Autumn już miała mu podziękować.

– Ładny – przyznała. 

– Myślę, że Smithowie ci się spodobają. – Mówił, nie patrząc na nią; skręcił kierownicą w prawo i pomarańczowe światło zmierzchu zalało samochód. – Ona i jej syn wydają się dobrymi ludźmi, bardzo skromnymi. 

– Ta kobieta ma syna? – zapytała z ciekawością Autumn.

– Tak. – Tom zaparkował przy jezdni i wyjął kluczyki ze stacyjki. – Gotowa? Chodźmy, pokaż światu ten swój uśmiech, czemu go chowasz?

Autumn uznała, że tak bardzo lubi Toma, że warto się dla niego wysilić i lekko się uśmiechnąć. Roześmiał się, widząc jej grymas, i pokręcił głową, po czym wysiadł z samochodu i ruszył do domu Smithów. Zadzwonili do drzwi i poczekali na zewnątrz. Otworzył im chłopak, który musiał mieć jakieś piętnaście lat. Wbił w nich wzrok, nie odzywając się ani słowem; z rysów twarzy nietrudno było się domyślić, że ma zespół Downa. Nosił okrągłe okulary w turkusowych oprawkach, które pasowały do jego koloru oczu.

– Cześć, czy twoja mama jest w domu?

Chłopak zignorował pytanie pracownika socjalnego i skupił wzrok na Autumn, a dokładnie na srebrnym koniku morskim, który wisiał na jej szyi. Wskazał na niego ręką.

– B-b-bardzo mi się podoba.

– Och, dziękuję. – Autumn uśmiechnęła się do niego.

– M-możecie wejść – powiedział.

Tom zrobił krok w przód dokładnie wtedy, gdy z korytarza dobiegł ich kobiecy głos.

– Nie! Nathanielu, mówiłam ci, żebyś nigdy nie rozmawiał z nieznajomymi. A tym bardziej nie zapraszał ich do domu. – Pani Smith pojawiła się w progu i uniosła dłoń do piersi, obrzuciwszy ich szybko wzrokiem. – Ach, to wy. Przepraszam. Wejdźcie, wejdźcie. Jest bałagan, ale mieliśmy w sklepie ciężki tydzień. – Zamknęła drzwi i zaprowadziła ich do salonu, wpatrując się w Autumn. – Przypuszczam, że ty jesteś Autumn.

– Tak. Dziękuję za…

– Herbaty? – przerwała jej pani Smith.

Tom posłał jej uprzejmy uśmiech.

– Z przyjemnością, Abigail.

– Za chwilę wracam.

Abigail zniknęła, prowadząc za sobą syna. Ale mimo dziwnego powitania i jej nerwowego zachowania Autumn natychmiast poczuła więź z tą kobietą. Może chodziło o strach, który ujrzała w jej oczach, jakby Autumn jej zagrażała, albo o niepokój, który nią targał. To była po prostu intuicja.

Tom uniósł brew, rozśmieszając ją.

– Nie bierz tego do siebie, nigdy nie pełniłam funkcji matki zastępczej i jak wiesz, wszystko odbyło się w takim pośpiechu – wyjaśniła. – Jak pierwsze wrażenia? – zapytała Autumn, usiadłszy na kanapie. Dziewczyna usadowiła się obok niej.

– Podoba mi się. Bardzo mi się podoba.

Autumn utkwiła wzrok w kolorowych malunkach leżących na niedużym stoliku, tuż obok niedokończonego rysunku i gumki do ścierania. Prawdą było, że panował tam pewien nieporządek – na dywanie w salonie leżało mnóstwo filmów dla dzieci, a na jednym z krzeseł sterta powieści, ale Autumn odniosła wrażenie, że to jest prawdziwy dom.

Nathaniel wszedł do salonu, niosąc niebieską tacę w stokrotki pełną słodkości w folijkach.

– Mama pyta, czy ch-chcecie.

– Jasne, uwielbiam czekoladę! – Autumn wyciągnęła rękę, żeby wziąć jedną babeczkę.

– Ja t-też.

– Widzę, że macie wiele wspólnego – dodał uśmiechnięty Tom, wybierając ciastko z likierem czereśniowym.

Abigail wróciła z trzema filiżankami herbaty i postawiła je na stole obok porcelanowego pojemnika wypełnionego kostkami cukru. Wydawała się wciąż zdenerwowana, kiedy usiadła w fotelu naprzeciwko i splotła dłonie na kolanach. Powoli, jakby się tego bała, podniosła wzrok na Autumn.

– Chciałabym, żeby pewne rzeczy od początku były jasne. W tym domu nie tolerujemy niewłaściwych zachowań, wulgarnych słów ani krzyków. Każdy zajmuje się swoimi obowiązkami, takimi jak niektóre prace w domu, które zostaną mu przydzielone. I jemy kolację o siódmej, ani minuty później czy wcześniej. Nie lubię niepunktualności.

Autumn powstrzymała uśmiech.

– Jestem dość punktualna i całkiem dobra w pracach w domu – skłamała. – Zapewniam panią, że nie będę sprawiać problemów. Będzie tak, jakbym nie istniała, będę chodzić na palcach, jeśli zajdzie taka potrzeba. Myślę, że się dogadamy, pani Smith.

Spojrzenie kobiety złagodniało.

– W porządku. Mów do mnie Abigail.

Rok 2014

Nathaniel niecierpliwymi dłońmi rozerwał papier prezentowy i uśmiechnął się podekscytowany na widok nowej książki Księżniczka bez korony i książę, który zgubił swoją pelerynę. Siedząc na dywanie, odwrócił się do Autumn, żeby ją uścisnąć.

– Dziękuję! Jest f-fantastyczna!

– Wiedziałam, że ci się spodoba!

– Przeczytamy ją razem?

– Po jedzeniu. – Autumn zmierzwiła mu brązowe włosy. – Zobaczę, co robi twoja mama w kuchni, zanim skarci mnie za spóźnienie.

Kiedy Abigail zobaczyła Autumn wchodzącą do kuchni, pochyliła się nad nią i pocałowała ją w policzek, nie zważając na jej piętnastominutowe spóźnienie. Potem włożyła rękawice i otworzyła drzwiczki piekarnika, żeby wyjąć dymiącą zapiekankę warzywną.

– Ale ładnie pachnie! – wykrzyknęła Autumn.

– Miejmy nadzieję, że równie dobrze smakuje.

Tak jak Autumn sobie wyobrażała, jedzenie było pyszne. We troje delektowali się zapiekanką aż do ostatniego kęsa, śmiejąc się i gawędząc, jak w każdą niedzielę. Minął już prawie rok, odkąd Autumn zdmuchnęła w tym salonie osiemnaście świeczek, ale zamiast opuścić dom Smithów, zaczęła pracować w sklepie z antykami, którym kierowała Abigail. Wspólnymi siłami i dzięki kilku nowym pomysłom udało im się ciągnąć biznes do przodu.

Autumn była szczęśliwa, bardzo szczęśliwa.

Wystarczały jej uśmiech Nathaniela oraz zaufanie i przyjaźń, które zrodziły się między nią a Abigail z biegiem lat, żeby poczuła się u nich jak w domu. Wstawanie z radością każdego ranka, wesołe spotkania, czytanie wierszy o zmierzchu, znajdowanie dziwnych przedmiotów na sprzedaż, zajmowanie się „przegranymi sprawami” i świadomość, że ma dom, do którego każdego wieczoru może wracać, to było więcej, niż potrzebowała, żeby wypełnić swoje serce. Autumn należała do osób, które wierzą w magię zwykłych chwil, takich jak ta, gdy podekscytowana znajdowała fistaszka w paczce orzechów laskowych albo rozwiązywała problemy innych, co dawało jej dużo satysfakcji (żeby nie szukać za daleko, w zeszłym tygodniu dołączyła do poszukiwań psa w sąsiedztwie; znaleźli go całego i zdrowego, co uradowało właścicielkę). Autumn nie uważała się za konformistkę, ale umiała docenić to, że gdy chodziło o życiowe „wszystko albo nic”, udawało jej się dosięgnąć tego, co było „wszystkim”.

Rok 2018(Część 1)

Zamknęła kasę, pożegnawszy się z panią Grace, i odnotowała w zeszycie ostatni zakup. Ponieważ w sklepie z antykami miały wyjątkowe i niepowtarzalne przedmioty, trudno było zarządzać stanem magazynowym, więc Autumn i Abigail ciągle przekazywały sobie wzajemnie, co się sprzedało, żeby uniknąć zamieszania. Autumn uśmiechnęła się, kiedy dzwonki przy drzwiach zabrzęczały ponownie i pani Smith weszła do lokalu, dźwigając kartonowe pudło. Dziewczyna wyszła zza lady i wyjęła je kobiecie z rąk.

– To zastawa, którą zamówiłyśmy? – spytała.

– Właśnie. Mam nadzieję, że jest w dobrym stanie.

– Sądząc po zdjęciach, tak się wydawało. – Autumn wzięła nożyk i otworzyła pudło. Talerze były idealnie zapakowane: każdy znajdował się w osłonce z folii bąbelkowej. Autumn rozpakowała jeden i uniosła go wysoko. – Jest śliczny!

Abigail podziwiała go z uśmiechem. Wartość zastawy nie wiązała się z tym, że była stara, lecz ręcznie malowana w wykwintny sposób: czerwone i różowe kwiaty w pastelowych kolorach przeplatały się ze sobą na górnej krawędzi talerza.

– Mogłybyśmy wystawić go w witrynie – uznała Abigail. – A właśnie, nie miałaś się dzisiaj zajmować jedną ze swoich przegranych spraw?

– O cholera! – wykrzyknęła Autumn.

– Pilnuj języka, moja panno.

– Psia kostka! O mało nie zapomniałam.

– Nie jedź szybko.

– Nie będę.

– I nie pakuj się w kłopoty.

– Postaram się – odpowiedziała Autumn, pośpiesznie zbierając swoje rzeczy.

Czuła się okropnie, że w tak ważny dzień była do tego stopnia rozkojarzona. Jeśli plotki były prawdziwe, inspektorzy i partnerzy firmy budowlanej mieli ocenić działki dotyczące projektu Lynn i Autumn oczywiście musiała tam pójść i ich przekonać, że wyburzenie niebieskiego domu oraz sąsiednich nieruchomości, aby zbudować idealnie symetryczne szeregowce, było ogromnym i nieodwracalnym błędem.

– Nie wiem, o której wrócę…

– Nie martw się. Ja się wszystkim zajmę. 

– Dziękuję – odpowiedziała Autumn i uśmiechnęła się do Abigail, po czym wyszła na ulicę. 

Położyła torbę na siedzeniu pasażera i zapaliła silnik starego vana marki Volksvagen należącego do Abigail. To była jedna z niewielu rzeczy, które zostawił jej mąż, zanim opuścił ją i Nathaniela dla piętnaście lat młodszej kobiety. To dlatego Autumn trafiła pod jej dach: Abigail, dociśnięta długami i podupadającym biznesem, pomyślała, że jeśli zostanie matką zastępczą, będzie mogła trochę podreperować budżet. Nie wyobrażała sobie jednak, że ta uparta i chuderlawa piętnastolatka wkradnie się do jej serca i stanie tak ważną częścią rodziny.

Autumn zaparkowała obok niebieskiego domu i wyjęła ze schowka wszystko, czego potrzebowała: plastikowe kajdanki, których użyła dwa miesiące temu, próbując razem z innymi aktywistami zapobiec eksmisji. Nie popierała tego, gdy obywatele nie płacili rachunków, ale uważała, że istnieją szczególne przypadki, którym należy się bacznie przyjrzeć. 

Przeklęła pod nosem, kiedy chwilę przed tym, jak zamierzała wspiąć się na mur, zdała sobie sprawę, że tego dnia ma na sobie sukienkę. Była ładna, w brzoskwiniowym kolorze, z delikatnymi ramiączkami. Była też krótka. Autumn postanowiła zignorować to ostatnie i wzięła rozpęd, żeby przeskoczyć przez mur. Otrzepała dół sukienki i rozejrzała się wokół. Wszystko wyglądało tak samo: chwasty rosły dziko bez żadnych ograniczeń, szyby w oknach były powybijane i kurz wciskał się w każdy kąt. Autumn skłamałaby, gdyby powiedziała, że przez ostatnie lata wcale nie wchodziła wielokrotnie do niebieskiego domu, wiedziona ciekawością. Robiła to dla przyjemności, jaką dawało jej spacerowanie po pokojach w świetle dziennym i wyobrażanie sobie, jak wyglądałoby to miejsce, gdyby nie było opuszczone.

Świadoma, że ma zbyt wiele czasu, zostawiła torbę na ganku, podeszła do okna najbliżej drzwi wejściowych i przypięła się do niego kajdankami. Nie wiedziała, gdzie włożyć klucz, ale gdy usłyszała dźwięk metalowej bramy ogrodowej, schowała go w końcu w dekolcie sukienki. 

I wtedy go zobaczyła. Jakiś mężczyzna szedł w jej kierunku krętą ścieżką pełną chwastów. Gdy podniósł głowę, oślepiły go refleksy porannego słońca, więc minęło kilka sekund, zanim spostrzegł Autumn, a kiedy ją zobaczył, zmarszczył brwi.

– Hej! – zawołał i wszedł na pierwszy schodek ganku. – Co ty tu robisz? To własność prywatna. 

– A ty kim jesteś? – zapytała nieufnie Autumn.

Mężczyzna zawahał się, zanim odpowiedział. 

– Nazywam się Jason Brown i… – przerwał i zamrugał zmieszany, zauważywszy kajdanki, którymi ręka dziewczyny była przyczepiona do jednego z prętów okiennych. – Co, do diabła…? Jesteś przykuta?

Autumn uniosła dumnie głowę.

– Tak. Nie zamierzam pozwolić, żebyście wyburzyli ten dom, tak samo jak pozostałe.

Przełknęła ślinę, gdy zobaczyła z bliska jego twarz. Miał idealne, anielskie rysy. Był atrakcyjny w klasycznym rozumieniu, miał nienagannie ułożone blond włosy i bladoniebieskie oczy, które patrzyły na nią tak, jakby była irytującym trzmielem, którego właśnie napotkał na swojej drodze. Jego dystyngowany, nieosiągalny sposób bycia sprawiał, że wyglądał, jakby wyszedł z katalogu z drogimi ubraniami. Był ubrany w ciemny garnitur przylegający do jego wysokiego, umięśnionego ciała i Autumn poczuła się nieswojo, że jego obecność tak ją poruszyła, bo uświadomiła sobie, że od kilku sekund wstrzymywała oddech. „Niedobrze, Autumn, bardzo niedobrze”, powiedziała do siebie.

Mężczyzna ruszył do przodu zdecydowanie.

– Dziewczyno, nie mam czasu na głupoty. Za parę minut przyjadą inwestorzy, moi wspólnicy i architekt. Radzę ci, żeby cię tu nie było, kiedy to nastąpi, jeśli nie chcesz narobić sobie problemów. Gdzie włożyłaś klucz?

– Nie sądzę, żebyś mógł go wyjąć.

Jason westchnął z poirytowaniem, jakby tracenie minut na rozmowę z nią było nie do przyjęcia. Przyjrzał jej się dokładnie, zwracając uwagę na jej ciemne włosy zaplecione w długi, opadający na ramię warkocz i długie rzęsy okalające wyzywające oczy.

– Daj mi klucz – wysyczał.

– Jest tutaj, w środku – odpowiedziała Autumn, wskazując na dół podbródkiem.

– Co masz na myśli?

– Tu, w moim staniku.

Jason nie mógł się powstrzymać, żeby nie spojrzeć na dekolt sukienki, i wpatrywał się w niego przez kilka sekund z lekko rozszerzonymi źrenicami. Potem, kiedy znów podniósł wzrok, Autumn zobaczyła, jak oblizuje usta i oddycha głęboko, jakby próbował odzyskać kontrolę nad sytuacją. 

– Czego chcesz, do cholery? 

– Znowu pytasz? Już ci powiedziałam, nie pozwolę, żeby ten projekt dalej się toczył. Te domy mają swój urok i zasługują na drugą szansę. Zacznę strajk głodowy, jeśli to będzie konieczne. 

Jason próbował ocenić, czy ta dziewczyna jest przy zdrowych zmysłach. Wskazał na pełen chwastów ogród i popękane drewno ganku. Gdy się odezwał, przybrał kpiący ton, który nawet jego samego zaskoczył. Nie wiedział nawet, po co dalej z nią dyskutuje, rzecz jasna, najsensowniej było zignorować jej obecność. Uśmiechnął się półgębkiem, protekcjonalnie.

– Naprawdę ten dom wydaje ci się uroczy? Chyba potrzebujesz okularów. 

– A ty nowej osobowości! Bardziej autentycznej!

– Autentycznej…? – powtórzył i spojrzał na nią ze zmarszczonymi brwiami. – To jakieś wariactwo. Dziewczyno, przestań się wygłupiać i idź sobie stąd, masz jeszcze czas. – Kiedy położył ręce na biodrach, jeden rękaw podniósł mu się nieco, odsłaniając lśniący zegarek, który prawdopodobnie kosztował więcej niż wszystkie rzeczy należące do Autumn.

– Przestań mówić do mnie „dziewczyno”. Mam na imię Autumn.

– I niby mam przeprosić za to, że nie wiedziałem?

– Nie, ale dobre wychowanie każe zapytać. Ja to zrobiłam – zaznaczyła. 

– Jesteś… irytująca – wymamrotał wkurzony. 

– Och, jakie to błyskotliwe i miłe, panie Doskonały. Zaczęłabym bić ci brawo, gdybym nie była przykuta.

Jason już miał odpowiedzieć coś niezbyt przyjemnego, ale zamknął usta, bo nigdy nie dawał się ponieść złości. Nie, panował nad swoimi emocjami. Nie był porywczy. Nie był bezmyślny ani nie odzywał się, zanim nie przemyślał wcześniej porządnie, co chce powiedzieć. Jednak z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu ta dziewczyna w mniej niż pięć minut zdołała powalić jego solidną barierę samokontroli, która była nie do pokonania.

Przewiercił ją wzrokiem.

Jason nie był pewny, czy powód jego złości miał coś wspólnego z tym, że był piątek i chciał już to wszystko zamknąć po ciężkim tygodniu pracy w biurze nieruchomości, które prowadził z dwoma wspólnikami, czy jego zwykła cierpliwość gdzieś wyparowała, bo ta dziewczyna miała taką niespotykaną umiejętność i sprawiła, że się wyczerpała, ale Jason obiecał sobie, że nie da się wciągnąć w jej grę. Spojrzał na nią po raz ostatni, zatrzymując wzrok na kolorowych bransoletkach, które zakrywały częściowo coś, co wyglądało na tatuaż, oraz na zdobiących jej dłonie pierścionkach, po czym powiódł wzrokiem po jej sukience, opinającej drobną sylwetkę i odsłaniającej ładne nogi. Dziewczyna była atrakcyjna, chociaż – rzecz jasna – w niczym nie przypominała kobiet, z którymi Jason zwykle się spotykał. Prawie zawsze były to wysokie blondynki o typowym nordyckim wyglądzie i wyrazistych rysach.

Oderwał od niej wzrok, udając obojętność, i ruszył do bramy ogrodowej, gdy usłyszał, że ktoś się zbliża. Tak jak przypuszczał, przyjechali Cameron, główny architekt, i Malcolm, jeden z inwestorów, oraz partnerzy z firmy budowlanej, z którą mieli nadzieję zrealizować ten projekt. Jason przywitał się z każdym z nich spokojnym uśmiechem i mocnym uściskiem dłoni. 

Cameron od razu zaczął się rozwodzić, opowiadając o ich planach i wszystkim, co zrobią, kiedy dostaną ostatnie pozwolenia, o które wnioskowali. Pomysł był taki, żeby przekształcić tę starą dzielnicę mieszkaniową i wybudować nowoczesne, minimalistyczne domy przeznaczone dla klientów z klasy wyższej.

Kiedy mieli wejść do niebieskiego domu, Jason uprzedził ich o małej niedogodności, na którą natknął się po przyjeździe. I rzeczywiście, kiedy Autumn ich zobaczyła, wydała z siebie smutny okrzyk wojenny, na który składało się zarówno „Nie ruszycie mnie stąd”, jak i „W tym domu nie ma złota, ale jest bardzo cenny”. Kilku obecnych wydawało się tym rozbawionych, ale nie Jason. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, kiedy powiedział:

– Panowie, zignorujcie ją.

– Ej, co ty sobie wyobrażasz? – zaprotestowała oburzona Autumn. 

Jason, niewzruszony, wszedł do domu, a za nim pozostali. Dziewczyna przełknęła ślinę, gdy zobaczyła, jak znikają w środku. Była zirytowana tym, że obojętne spojrzenie Jasona, które posłał jej na koniec, tak ją dotknęło, a jeszcze bardziej wkurzyła się z powodu swojej niewytłumaczalnej reakcji. Przez chwilę dobiegały ją stłumione głosy z głębi domu, ale nie mogła rozróżnić, o czym mówili. Kiedy wyszli, zła i urażona znów zanuciła to samo:

– W tym domu nie ma złota, ale jest bardzo cenny! W tym domu nie ma złota, ale jest…!

Jason podszedł do niej, kiedy pozostali wychodzili z budynku.

– Dam ci kilka złotych rad. Pierwsza: nie trać na to czasu. I druga: dla dobra społeczeństwa zapisz się na lekcje śpiewu.

A gdy to powiedział, jego surowe spojrzenie zawisło na chwilę na rozchylonych ustach dziewczyny, po czym Jason odwrócił się na pięcie i ruszył za resztą, opuszczając teren nieruchomości i oddalając się od piskliwych krzyków, choć głos dziewczyny w jakiś tajemniczy sposób obudził w nim nieprzebraną ochotę, aby na chwilę odpuścić i przestać być takim poukładanym. I ta krótka chwila była niczym oddech. 

Rok 2018(Część 2)

Dostępne w wersji pełnej

Miesiąc i tydzień później

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej