Zwłokomat - Iwona Banach - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Zwłokomat ebook i audiobook

Iwona Banach

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

26 osób interesuje się tą książką

Opis

W miasteczku Pokusy Dolne grupa ”piwnych” przyjaciół chce wziąć udział w konkursie na „idealny dom z horroru”, żeby wejść w środowisko filmu i kiedyś nakręcić własny horror klasy „z”, oraz podbić nim Hollywood.

Jednym z nich jest Bobas, syn bogacza z okolicy, któremu ojciec nagle odciął finansowanie, dopóki się nie ustatkuje.

To „ustatkowanie” się ma na imię Judyta i jest córką bogatego przedsiębiorcy pogrzebowego Zenona Rozporka, który posiada „idealny dom jak z horroru” i nie zawaha się go użyć, alby doprowadzić do małżeństwa Bobasa i Judyty, które ma obu ojcom pomóc spełnić marzenia finansowe. Jednemu marzy się krematorium, drugiemu odnalezienie bursztynowej komnaty. Niestety Judyta ma chłopaka, Bobas ma dwie dziewczyny, a pogoda trąbę powietrzną, która niszczy wszystko na swojej drodze porywa dachy i wyrywa z korzeniami dawno zapomniane tajemnice…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 366

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 48 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kamila Brodacka

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



– No i co zamierzasz z tym zrobić?

Ktoś rozmawiał pośród drzew i szelestu liści. Było już ciemno, ale neon domu pogrzebowego „Nowa Przygoda” rozświetlał trupim blaskiem okolicę.

– Ja? Nic! – odpowiedział szczupły mężczyzna, oparty o pień w swobodnej pozie z bezczelnym uśmiechem na ustach. Potem roześmiał się naprawdę głośno. Widać było, że to on rozdaje karty.

– No, ale tak nie może być?! Tak nie można! – odpowiedziała mu postać między drzewami.

– Jak znowu nie może być – szczerze się zdenerwował.

– Nie możesz tak się zachowywać!

Szczupły mężczyzna roześmiał się złośliwie.

– Mogę. To moje życie, moja sprawa, moje układy, a ty nie będziesz mi niczego narzucać tylko dlatego, że się z tobą przespałem. Dawaj kasę albo będzie cienko! Obietnic trzeba dotrzymywać!

– Nie mam kasy! Nic nie mam.

– To przygotuj, mam chwilę. Daj znać, jak zdobędziesz.

– Ale… – Postać między drzewami wydusiła z siebie błagalnym tonem:

– Nie ma ale, wóz albo przewóz! Dla mnie to żaden problem, natomiast dla ciebie to być albo nie być. Wybieraj.

Takie słowa bywają niebezpieczne. Lepiej nie kusić losu.

W ten sposób ktoś właśnie go skusił i wybrał śmierć.

Tylko że śmierć ma dwie strony w zależności od tego, kto trzyma łom.

***

– Słuchajcie! Dostałem zawiadomienie o idealnym domu! – zawołał Mariusz, wpadając do ogródka piwnego, gdzie złotym trunkiem, oczywiście kraftowym (innych teraz państwo elegancja nie piją), raczyli się Bobas i Seweryn. – Mówię wam, jaja! Normalnie jaja! Ze ściany zewnętrznej wychodzi genialny drewniany balkon, jakby trochę wykuszowy, cholera wie, jak to nazwać, witrażowy? Taki trochę rzeźbiony, misterny jak cholera. Piękny! Ten amerykański z Psychozy to mu do pięt nie dorasta! – zapewnił w zachwycie.

Bobas i Seweryn aż westchnęli. Szukali takiego domu już od jakiegoś czasu. Po całej Polsce zresztą, jeździli, dokąd się da, jak tylko ktoś coś ciekawego zobaczył i podesłał im przez internet. Gdyby znaleźli dom, a jego właściciel zgodziłby się na pokazanie go, to może wygraliby konkurs, a gdyby go wygrali…

To był konkurs na dom jak z horroru. „Jak”, nie „z”, a to ważne. Nie musiał być wcale nawiedzony. Żadnych duchów, demonów, nic, miał tylko wyglądać.

Przekleństwo naszych czasów, teraz nie jest ważne, kim jesteś, ale na co lub na kogo wyglądasz.

Jeździli po całej Polsce. Szukali, mieli kilka propozycji, ale albo właściciele się nie zgadzali na pokazanie domu w „takim” konkursie, bo to podobno obniżało wartość nieruchomości, albo chcieli za to zbyt dużo pieniędzy. Z jednej strony niby coś, a z drugiej albo klocek, albo późny Gierek, albo rudera, co też jest jak z horroru, ale jednak nie tego szukali. To miał być horror z klasą, w którym główne role miały grać istoty demoniczne, a nie karaluchy i szczury.

Trzecią i wcale nie ostatnią niedogodnością było to, że takie poszukiwania były kłopotliwe. W niektórych wioskach nie było się nawet gdzie przespać, a właściciele żądali natychmiastowych zarobków w milionach monet.

Konkurs ogłoszony przez znanego reżysera z podziemia filmowego, tworzącego horrory klasy „Z”, wpasowywał się idealnie w ich marzenia i dążenia. Oni też marzyli o tym, żeby kiedyś nakręcić horror. Gdyby wygrali ten konkurs zyskaliby pomoc, wsparcie reżysera i nadzieję na przyszłość.

Wkręciliby się w temat.

I w środowisko.

Dlatego na rewelacje Mariusza zareagowali sporym zainteresowaniem.

– Słuchajcie dalej, tam jest zajebista klatka schodowa, ciemna i ponura, można sobie wyobrazić, jak słychać trupie głosy, coś łazi po sufitach, a po kątach ktoś płacze jak dziecko – dodał po chwili podekscytowanym głosem. – Podobno jacyś dwaj studenci już tam byli, chcieli dom wynająć, ale zrezygnowali, bo nie wytrzymali psychicznie. Uciekli w popłochu. To co? Jedziemy?

Panowie popatrzyli na kolegę z zachwytem.

Niesieni falą (niedokładnie w tym momencie, bo teraz to zniosło ich w kierunku pisuaru) wszelkich grup tworzących się w celu odgrywania jakiejś roli w społeczności i oni postanowili w coś się zaangażować.

Uczestnictwo w takich nieformalnych grupach świetnie się nadaje na Facebooka i czasami zdarzają się niezłe imprezy integracyjne. A poza tym wymagał tego od nich duch czasu.

W końcu szlachta nie pracuje!

Lubili dziwaczne miejsca, pokręcone narracje, dziwne wydarzenia, popieprzonych ludzi i ogólnie nie chcieli się za bardzo napracować, a zabawić się chcieli.

I interesowało ich nakręcenie własnego horroru. To musiał być horror, bo tylko w horrorze niedoróbka może zostać uznana za efekt specjalny, a jak sądzili, od aktora wymaga się w sumie tylko wrzasku i wybałuszonych oczu.

Taka narracja zdobywała ostatnio spore powodzenie. Bo coś się działo, coś się robiło, ludzie szaleli na punkcie nowych doznań i wyzwań i w ogóle dało się łapać kliki i lajki.

Oraz kilka srok za ogon w nadziei, że coś z tego wyjdzie.

Bo nie chodziło tylko o to, że mieli się bawić, ale też chcieli coś zarobić, czyli kliki były im potrzebne, a reklamodawcy też się nimi w końcu zainteresują.

Kiedyś to może był obciach, po nowemu krindż, kiedy ktoś przyznawał się do wiary w duchy czy jakieś inne demony, a nawiedzenie prowadziło wprost na oddział – psychiatryczny.

Teraz jednak wszystko się zmieniło.

Ludzie wierzą w cuda i tylko tych cudów im brak, a to znaczy, że trzeba im ich dostarczyć. Znaleźć, opakować w opowieść, obcykać, obrobić w Photoshopie i podać jak najprawdziwszą prawdę, żeby miły dreszczyk przebiegł z tupotem po plecach tej czy innej osobie płci obojga (i wszelkich innych możliwych). A co?! Egalitaryzm płciowy w tej dziedzinie jednak istnieje.

A gdyby jeszcze udało się naprawdę znaleźć idealny dom? Wygrać konkurs? Sława by już na nich zerkała zza węgła, a potem tylko nagrać film i niech się Spielberg do buta schowa!

Bo ogólnie bardzo w siebie wierzyli. Robili dziwne filmiki. A to wilk uratował niemowlaka, a to niedźwiedź zatrzymał pociąg przed walącym się mostem, a to zmarły mąż odgryzł penisa kochankowi żony… Podkładali pod te filmiki pełną grozy muzykę, a gdzieniegdzie też i efekty specjalne, co nie znaczyło, że chcą żyć oszustwem, nie, oni naprawdę chcieli znaleźć to coś, potem to nawet bilety by sprzedawali i różne inne rzeczy, gadżety, i cały ten gadżeciarski merch, który naprawdę daje najwięcej.

Nie mieli żadnego sprzętu, bo czasowo nie było ich na ten sprzęt stać.

Denerwowały ich te tabuny poławiaczy duchów latających z miernikami, które pokazywały, że gdzie jest chłodniej, tam jest duch.

Aż strach było otworzyć zamrażarkę.

Strefy zimne, ciepłe i inne głupoty ich nie podniecały.

Ich interesowała estetyka. Dom, po którym poznać grozę w czystej postaci.

Mariusz był chyba najaktywniejszy, ale cała reszta, czyli Bobas i Seweryn też się udzielali, pod warunkiem że nie siedzieli w knajpie przy piwie, co zdarzało się bardzo rzadko.

Były też jeszcze Baśka i Marlena, prywatnie dziewczyny Bobasa, ale nikt ich za bardzo nie brał pod uwagę. Były oboczne i nie miały nic do powiedzenia, choć czasami się odzywały i uprawiały walki wręcz w imię miłości.

Wszyscy Bobasowi zazdrościli, bo nie mieli wzięcia, natomiast on jeden miał i to wielkie, dlatego miał dwie dziewczyny, które strasznie się o niego biły i robiły całe mnóstwo wiochy, ale dzięki temu na wyjazdach chłopcy mieli co jeść, bo gotowały, żeby dogodzić Bobasowi i pokazać, jakie są przydatne.

Dziewczyny, każda z osobna, chciały przeciągnąć na swoją stronę kolegów chłopaka, bo wiadomo, to może dać przewagę w ostatecznej rozgrywce, dlatego Baśka produkowała często i gęsto dania wykwintne, jak gołąbki w sosie truflowym albo z dodatkiem mielonych borowików, a Marlena odparowywała ciosy podrasowaną kuchnią polską, czyli schabowym z kością w panierce z orzechów włoskich i tak dalej.

Życiowo oczywiście nie mieszkali razem, ale na wyjazdach, takich z dostępem do kuchni, chłopaki nie cierpieli głodu, gdyż nie cierpieli głodu.

***

Mariusz usiadł przy piwku i zastanawiał się, co i jak wykombinować, bo dom był niedaleko i można było dość szybko do niego dotrzeć, co niestety miało też i złe strony. Jak zwykle wszyscy mieli zastrzeżenia odnośnie do tego pomysłu.

– Weź, odjebało ci? Idealny dom? Ten tutejszy? Nie idę na to! – oświadczył Seweryn. – Wdepniemy w jakieś bagno i będzie gnój. A potem smród.

– Ale dlaczego? – zdziwił się Mariusz, choć w zasadzie nie był aż tak bardzo zdziwiony. Mieszkał tu od urodzenia i znał specyfikę tego miejsca. I nie to, że akurat to miasto miało jakąś tam konkretnie złą aurę czy coś takiego, nie, każde ma podobną, ale odczuwa się ją dopiero wtedy, gdy pomieszka się w nim jakieś sto lat z okładem, jak się zna ludzi z ich wadami (zalet brak) i jak się wie, dlaczego to i to, a nie tamto i tamto.

No i oprócz tego dom miał poważną wadę.

– Bo jest tutejszy, nikt nie weźmie go na poważnie! – oświadczył Bobas, który specyfikę miasta wyssał z mlekiem matki, która zdecydowanie miasta nie ukochała i porzuciła biedne dziecię na pastwę losu i wychowania ojca, kiedy miało lat siedem, oświadczając, że jedzie do Niemiec i przywiezie mu rowerek.

Nie przywiozła.

– Ale co ci szkodzi, dla naszych jest tutejszy, dla innych nie jest, przecież…

– Nie! Nie, nie – oświadczył Seweryn. – To jest nie do wzięcia. Jak mówiłeś, że dwóch studentów nie wytrzymało psychicznie, to jeszcze mi się podobało, ale daj spokój, to jest przecież dom Rozporków! To wszystko zmienia!

– I co z tego? – zapytał Mariusz, choć sam dźwięk tego nazwiska wszystkich nieco zestresował, bo nazwisko to było znane i niezbyt lubiane, pominąwszy wszelkie inne konotacje. Jako że w mieście Rozporków się nie kochało, a kiedy ktoś zapytał, dlaczego, słyszał w odpowiedzi, że z każdego rozporka wcześniej czy później wyłazi chuj.

Dlatego też nikt nie zamierzał się z nimi zadawać, o ile nie musiał, ale z pewnych względów nie było to takie proste ani oczywiste.

– Co z tego? To z tego, że Rozporek może nam nagrzebać, jak my zaczniemy grzebać w jego sprawach.

– Załatwię to – oświadczył Mariusz. – Moja ciotka jest z nimi spokrewniona, dogadamy się, zgodzą się jak nic, przecież ich to nic nie kosztuje, a jakbyśmy mogli wejść i w konkursie pokazali dom nie tylko z wierzchu, ale i od środka, toby nam się bardzo przydało. Moglibyśmy od Rozporków mieć coś w rodzaju specjalnego pozwolenia.

„Coś w rodzaju pozwolenia” było czymś, co zostało już załatwione i Mariusz już nawet je miał, gorzej, on nie tylko je miał, on tak jakby… Nie tyle dostał pozwolenie, co zaproszenie, albo nawet wezwanie. Grzeczną prośbę. Niestety, nie mógł powiedzieć tego kolegom.

Potraktowaliby to jak zdradę. Młodzi ludzie lubują się w takich określeniach.

– Żeby nie było, że oni tam, kurwa, gotują kompot z ludzkich nerek, a my w to wdepniemy i będzie smród. – Seweryn westchnął. O kompocie z nerek wyczytał na Facebooku, ale to było tylko nietrafione, mechaniczne tłumaczenie.

– Smród to i tak będzie. – Baśka westchnęła zza ich pleców. – Bobas przecież…

– Zaraz, a ty się skąd tu wzięłaś – warknął Bobas niezbyt grzecznie, ale akurat on grzeczny nigdy nie był, a nazywano go Bobasem, bo wyglądał jak spory, tłusty niemowlak.

 – Skąd się wzięłam? Przyszłam – oświadczyła niezbyt inteligentnie Baśka.

– No przecież widzę, że nie przyleciałaś, ale miałaś być ze starymi na wakacjach.

– Zrezygnowałam. Pomyślałam, że jak się ta krowa uczepi, to już nigdy się nie odessie i żegnajcie kwiaty w polu, nigdy już mojego Bobasa nie odzyskam, a stracić cię nie chcę w żadnym wypadku, a już najmniej dla tej francy!

– O mnie mówisz? – Zaraz obok niej pojawiła się Marlena nie bez wyrazu satysfakcji na twarzy.

Obie bardzo kochały Bobasa i dla nikogo nie było wielkim zaskoczeniem, jakim cudem aż tak o niego walczą, choć Bobas wcale przystojny nie był. Był tęgi, rozlazły, łysy i brzuchaty.

Po prostu był Bobasem, na szczęście nie nosił pieluch, ale dziewczyny uwielbiały mu matkować. Obskakiwać, biegać, latać koło niego jak muchy koło dorodnego gówna. I nie było w tym nic dziwnego. Niestety.

Owszem, nie był narzeczonym z bajki, nie umiał tańczyć, pił piwo jak pojebany, bekał jak ze studni, no i nie był ideałem.

„Wręcz pozorom”, jak to mówiła Baśka, obie go kochały, gdyż „w tym okrutnym świecie” przedstawiał sobą nieocenioną wartość nadrzędną.

Miał bardzo bogatego ojca. Ojciec ten był chyba nawet milionerem i dawał im nadzieję, że pewnego dnia sam Bobas także tym milionerem zostanie, a wraz z nim jego żona. To załatwiało sprawę miłości, bo coś takiego załatwia zawsze wszelkie sprawy i to nie tylko tu i teraz.

– A ty skąd się tu wzięłaś, suko?! – wrzasnęła Baśka i rzuciła się do Marleny z pazurami. Dokładnie tak, jak miała w zwyczaju.

– Dość tego! – krzyknął chłopak i obie zamarły. Rozkaz Bobasa był dla nich prawem. Uspokoiły się natychmiast.

Inni faceci w tej grupie byli zdruzgotani i zazdrośni, ale musieli jakoś to znosić, Bobas miał coś, co także i im było potrzebne – wcześniej wspomnianego już ojca milionera.

Dlaczego to było istotne?

Otóż żaden z nich nie pracował, a piwo kosztuje, zresztą piwo to nie jest wielki wydatek. Piwo to ledwie kilka złotych. Niestety, mieli jeszcze i inne potrzeby: jak samochody, paliwo, ciuchy, żarcie.

Tak, w bardzo dużej mierze zaspokojenie tych potrzeb zawdzięczali ojcu Bobasa. Własnym rodzicom nie bardzo, bo ci byli zupełnie pojebani i nie rozumieli życia. Upierali się, że mają iść do pracy.

Skąd więc ten pociąg do filmu? Dlaczego zamiast siedzieć na dupie przy kolejnym piwie postanowili zacząć go kręcić? Przestać, choćby tylko na Facebooku, zaliczać się do szlachetnej grupy zwanej „szlachtą”, która nie pracuje?

Zdradzić swoje piwne ideały?

Otóż ojciec kolegi nie chciał ich adoptować.

Mariusz i Seweryn bardzo nad tym boleli, z drugiej strony kręcenie filmów było zajęciem szlachetnym, a nie jakąś tam pracą.

Seweryn był paskudnie przemądrzały, a Mariusz introwertycznie, po męsku, wycofany.

***

Judyta Rozporkówna weszła do domu i zeszła do piwnicy.

Poprzekładała kapustę do słoików i obładowana ruszyła z powrotem, kiedy na ścianie zobaczyła wielką czerwoną plamę, którą początkowo wzięła za odblask neonu domu pogrzebowego własnego ojca.

Jeremiasz znowu rozwalił butlę z sokiem wiśniowym na strychu albo odgryzł komuś głowę? Oby nie babci Klementynie.

Dziewczyna sapnęła z niezadowoleniem.

Popatrzyła na domy stojące obok. Te najbliższe należały do Rozporków, ale przecież nie wszystkie. Po prawej mieszkali Piecuchowie z trójką dzieci, z którymi ledwie dawali sobie radę, i z teściową Piecucha, która latała po wsi i ciągle na coś się skarżyła. Trochę dalej mieszkał Maciej Ciupas z żoną. Młode małżeństwo na dorobku. Żadnego dorobku nikt im nie wróżył, bo on ciągle był nawalony, a ona ciągle w ciąży. Dorobili się sześciorga, teraz zanosiło się na kolejne. Ciupasowa była taka brzuchata, że wróżono trojaczki.

Do lekarza nie chodziła, bo nie miała jak, a poza tym bała się ich.

– Pani, ile będzie, tyle będzie, a jak pójdę do lekarza, to mi i czwarte, i piąte znajdzie. Oni mają swoje sposoby, wie pan. Szczepionki!

Po drugiej stronie drogi siedzieli Bigosy, Franek i Stasiek, bracia, którzy pili od rana do wieczora, a lubili to robić i mieli co pić, bo mieli własne, piwniczne siły przerobowe całkiem niezłe i nikt ich dotąd jeszcze nie złapał. W domu obok mieszkała ich siostra Zdzisława Kołobiel, kobieta zamężna, wredna i złośliwa, która by spod suki jaja wyjadła, jak to mówią, i jeszcze byłoby jej mało. Przyłapywano ją w markecie na zdejmowaniu skórek z bananów albo na wyjadaniu kapusty kiszonej wprost z beczki, bo tak taniej.

No i tuż przy kościele, co za zbieg okoliczności, mieszkała w rozwalonym i prawie pozbawionym dachu domu czarownica, bardzo dorodna, bardzo cycata i jak najbardziej tutejsza. Maryna Ryczygniot.

Robiła napary, doradzała każdemu, rzucała klątwy i uroki oraz sprzedawała talizmany i muchomory na Facebooku. Lubiła chłopów. I chłopców, i w ogóle facetów. Oni ją też. Nie musiała też być koniecznie stara, żeby być czarownicą.

Faceci (na pokaz) jej unikali, bo mówiło się, że zaraża, a kobiety omijały ją, bo podobno kradła cycki i urodę, ale wiadomo – strach dodaje prestiżu, toteż wszyscy jej się kłaniali (z drugiej strony ulicy) i starali się nie wchodzić jej w drogę. O ile nie musieli.

Nawet ksiądz omijał ją z daleka, ale tylko dlatego, że jak mówiono, była jego własną siostrą.

Przed wojną mieszkali tu Niemcy, bo Pokusy Dolne były małą poniemiecką wioską uczepioną rzeki i granicy, umiejscowioną koło całkiem sporego miasta Zastronie i leżącą nad jeziorem Bagnica. Jeziorem jednak z pewnością nie należało nazywać tego akwenu, no chyba że błotnym.

***

Klementyna popatrzyła za okno i dostrzegła Judytę idącą do domu. Ucieszyła się, bo wnuczka rzadko ostatnio do niej zaglądała, choć mieszkała kilka metrów dalej. Wnuczka miała swoje własne życie, które chyba właśnie się skomplikowało.

Klementyna obeszła swoje włości.

Poklepała Jeremiasza, w ostatniej chwili cofnęła rękę przed jego zębami. Pogłaskała Marcjannę, wytarła jej z pyska sok wiśniowy i poszła posprzątać resztki rozbitej butli.

Posprawdzała, czy wszystko jest na swoim miejscu, ale nie było.

***

Ojciec znowu zmienił neon nad domem pogrzebowym, ale nazwa: „Nowa Przygoda” wcale nie przypadła jej do gustu.

– On nie jest normalny. – Judyta westchnęła. – „Nowa przygoda”? Zwariował. Popatrzyła na krwawy zaciek na ścianie.

– Jeremiasz wytłucze wszystkie butle – powiedziała z wyrzutem. Nawet nie pomyślała, że mogłoby to być coś innego, a potem weszła do pomieszczenia na parterze, gdzie przełożyła słoiki do większego kosza i zeszła jeszcze po ogórki.

– Zabiję cię, ty suko – powiedziała ściana.

Judyta westchnęła i zrezygnowała z dalszych dociekań.

– Babcia przesadza z tymi serialami, naprawdę. Kiedyś od tego ogłuchnie – dodała dziewczyna.

Opustoszały dom, bo w tej chwili nikt w nim nie mieszkał, odbijał echem odgłosy z drugiego, podobnego domu, który był jego bliźniakiem, ale nie był taki ładny. Miały one wspólny strych.

Po chwili potworny wrzask rozdarł ciszę:

– Ty chuju! – wrzasnął ktoś grubym głosem. – Już nie żyjesz!

– I jeszcze to? Przecież babcia Klementyna naprawdę nie powinna oglądać kryminałów. W jej wieku? Trzeba coś z tym zrobić! Zabronić jej, zakazać? Przemówić do rozsądku?

Tyle, że nikt nic z tym nie mógł zrobić. To było niemożliwe, niewykonalne i nie do zrobienia, a na dodatek ojciec… Ojcu zupełnie odwaliło i postanowił wydać ją za mąż.

Nie babcię Klementynę, na szczęście, albo może, o zgrozo, tylko ją, Judytę, własną córkę. Wydać. Ją wydać. Za mąż. Dorosłą, sprawną, samodzielną i samostanowiącą dziewczynę. Horror i groza rozlały się po jej obliczu.

Nie mieściło się to w jej głowie.

Zresztą w żadnej głowie nikomu nie powinno się mieścić, nie w dwudziestym pierwszym wieku i to w samym centrum Europy.

Judyta była pełnoletnia, rozsądna, nawet ładna, tak przynajmniej sama siebie postrzegała i nie zamierzała dać się wydać, ale z ojcem zawsze były problemy. Nie takie zwykłe, nie pił za dużo, nie łajdaczył się, nic z tych rzeczy, ale za dużo kombinował i za rzadko brał pod uwagę konsekwencje swoich pomysłów.

A miał ich sporo. I pomysłów, i niestety konsekwencji.

O większości jego pomysłów nikt nie miał pojęcia, ale wkrótce miało się to zmienić.

***

Baśka usiadła na kolanach Bobasa, skąd natychmiast zdarła ją Marlena.

Obie zaczęły piszczeć, tak jak to tylko dziewczyny potrafią i zrobiło się nieprzyjemnie. Bobas kazał im się zamknąć. Takie piski w knajpie nie są mile widziane.

Nie chcąc siedzieć w domu, koczowali od rana do wieczora w knajpach. Zresztą, gdzie mieli siedzieć? U Bobasa ciągle trwał remont i jakieś dziwne przeróbki. Seweryn, odkąd stracił mieszkanie, siedział u rodziców, gdzie miło nie było, a Mariusz miał ledwie kawalerkę, co generowało koszmarną ciasnotę.

– Jeszcze chwila, jeszcze jeden pisk i obie zaliczycie wypad do domu! Spokój ma być! – warknął Bobas. – No to jak? – zwrócił się do Mariusza, nie czekając na efekty.

– No nie wiem – odpowiedział ten ostatni, bo nie chciał sam podejmować decyzji.

– Ale przecież gówno z tego będzie, bo Rozporek was nie wpuści do tej chałupy. Tam podobno dzieją się straszne rzeczy. Jak to zawsze u Rozporka.

– I ty mi dopiero teraz o tym mówisz? – prawie wrzasnął zaszokowany Bobas.

– No bo po co miałam mówić? Nie interesowaliście się naszymi okolicami. Że tu zbyt swojsko, to co miałam pieprzyć? Nie było sensu.

– No ale zaraz, gadaj…

– No mówię, że was nie wpuści do chałupy. Nikogo nie wpuszcza, i patrzcie, chałupa stoi podobno pusta, podobno tylko w piwnicy weki mają, ale nawet gdyby były ze złota, to by nikt ich nie ukradł. Tam coś grasuje, no, ludzie mówią, że duch babki Klementyny tam się zagnieździł i lata po pokojach. Straszy ludzi i takie inne…

– To ona nie żyje?

Tego akurat nikt nie był pewien. W czasach oszalałego Facebooka oraz rozbuchanego Instagrama zdarzało się nawet, że życzenia urodzinowe składano osobom nieżyjącym od lat.

Prawda była też taka, że rodzina Rozporków miała swoje za uszami, a że było ich kilkoro, to i uszu było co niemiara i naprawdę dużo mogło się za nimi zmieścić. Oficjalnie jednak nikt się ich nie czepiał. Oficjalnie byli ważni, ba, nawet społecznie akceptowani, całkiem, całkiem szanowani.

Nikomu nie przeszkadzało, że plotkowano o nich na wiele rożnych sposobów. Nawet w sumie to im pomagało.

Rozporkowie też byli zamożni, choć w ich przypadku to nie waliło złotem po oczach. Jest to naturalne, jeśli ktoś ma chody i pieniądze, a także trzech synów po więzieniu, jedną córkę na wydaniu, do której ciągną pielgrzymki chętnych, nie przejmując się profesją przyszłych teściów. A profesja to zacna, choć nieco, dla wielu, kontrowersyjna.

Państwo Rozporkowie, niestety, uważani byli też za rodzinę mafijną oraz prowadzili największy w okolicy dom pogrzebowy.

Nie robili tego ostentacyjnie, ale i tak uważano, że mają wiele wspólnego z różnymi dziwnymi rzeczami, z zaginięciami, przekrętami i w ogóle. Tak to już po prostu jest. Ludzie lubią gadać o milionowych przekrętach, zuchwałych napadach na banki albo o zaginięciach. Plotka karmi się półprawdami, choć i prawdą też czasami potrafi się pożywić.

***

Judyta pozbierała słoiki do wiklinowego kosza, poukładała je jedne na drugich i ruszyła do domu.

To znaczy z domu, ale i do domu. Z jednego do zupełnie innego, który stał obok i był o wiele ładniejszy, nowszy oraz wygodniejszy, a ponadto o wiele bardziej zamieszkany.

Ten dom, w którym była teraz, nie był zamieszkany całościowo. Już od jakiegoś czasu stał prawie pusty i straszył.

Nie wyglądem, bo był ładny i nie groził zawaleniem, ale jednak było z nim coś nie tak. Ojciec czasami coś tu kombinował, przyjmował jakichś gości, ale to była wielka rzadkość, więc w zasadzie dom był niezamieszkany.

Babcia Klementyna wyprowadziła się do domu obok i zamieszkiwała w nim sama (to znaczy z kucharką Zośką), bo nie mogła patrzeć na „tępą gębę swojej synowej”.

Nie była samotnicą, ale nie miała siły na codzienne przepychanki z synową, synem i wnukami. Judytę nawet lubiła, ale jej trzech braci doprowadzało ją do wariacji.

To właśnie obok jej domu stał ten drugi, niezamieszkany bliźniak, a cuda, które podobno się w nim działy, rozpalały wyobraźnię nastolatków i dewotek.

Każdy więc, kto chciał wierzyć, miał w co.

W oknach widać było światła. Dziwne cienie sprawiały wrażenie demonicznych potworów, a głosy i wrzaski dało się słyszeć z dużej odległości.

W rzeczywistości czasami odbywały się tu spotkania biznesowe i imprezy integracyjne dla pracowników domu pogrzebowego, ale nikt o tym nikogo nie informował.

Wycie, piski, a nawet jakieś potworne odgłosy, przypominające wybuch rury kanalizacyjnej z niestrawnością, charczenie zakatarzonego dinozaura czy czkawkę pieca martenowskiego, budziły okolicznych mieszkańców nad ranem nieraz, ale nikt o nic nie pytał.

Mieszkańcy okolicy woleli nie pamiętać, że ludzie po imprezach czasem wymiotują, że niektóre utwory muzyczne nie nadają się do słuchania, w rurach coś gulgocze, a krzyki nocnych imprezowiczów bywają szokujące.

Ludzie wolą demony. Zwłaszcza w takim miejscu.

Zielona poświata nad domem sugerowała eksperymenty z narkotykami, dlatego sąsiedzi woleli nie wtrącać się w nieswoje sprawy.

Ta poświata sugerowała też odblask szyldu domu pogrzebowego, ale to jest o wiele mniej fascynujące i romantyczne, zaś legenda bywała przydatna.

Bulgoty często budziły popłoch u okolicznych złodziei, którzy przecież domu tak całkiem samopas zostawić nie byli w stanie. Jak coś jest do wzięcia, to się to okrada, taka jest przecież podstawowa zasada tego zawodu.

Ale nie tylko złodzieje się martwili. Inni też, bo nawet, jak ktoś nie jest złodziejem, to wcale nie chce mieszkać obok domu, w którym dzieją się tak nienormalne, a może i niebezpieczne rzeczy, bo to zobowiązuje do reakcji. Bulgot może nie, ale wybuch? Ten już jak najbardziej, wrzaski również, a ludzie nie mieli ochoty reagować ani dzwonić na policję. Uważali, że to nie ich sprawa. W końcu dom pogrzebowy i te rzeczy…

Na dodatek niekiedy słyszano głosy zmarłych. Tych, których Rozporek pochował na lewo. Te osoby w domu z pewnością nie przebywały, w każdym razie cieleśnie.

Ludzie potrafią widzieć zbyt wiele. To taka specyfika. Jest, nie ma, tak to widzą. Kiedyś widziano na przykład faceta w świetlistej koronie. Wszyscy głęboko w to wierzyli (bo bardzo, ale to bardzo chcieli w to wierzyć). Uważali więc odgłosy za część morderczych rytuałów i słyszeli demoniczne wycie. Nikt nie brał pod uwagę zamiłowania Klementyny do ambientu ani do tureckich seriali i filmów pornograficznych.

***

– No to jak? – zapytał Mariusz, przekonany, że przekonał swoich kolegów.

I miał całkowitą rację. Po klapie z domem w Puławach, gdzie były tylko szczury i brakowało demonicznej aury, a także po wielkiej aferze z chałupą w Tatrach, gdzie niechcący włamali się do zamieszkałego domku w lesie i zostali poturbowani przez kilku pijaczków (zakopiańskich i bardzo malowniczych, ale jednak pijaczków), potrzebowali czegoś pewnego. Wykonane zdjęcia też udało im się wstawić do sieci i jakoś wykorzystać, podrasować, podłożyć do postów muzyczkę i żółte napisy, ale nie były one wystarczająco dobre. To nie było to!

Nawet ich obite ryje, pokancerowane nosy i obandażowane głowy nie zdobyły odpowiedniego poklasku, bo rany nie wyglądały na zadane zębami i żadnemu z nich demon nie urwał głowy, więc z czym do gości?! Miałkie to i byle jakie, co to za demon, co nie umie zachować się demonicznie.

Gdyby zdecydowali się na dom należący, o zgrozo, do rodziny Rozporków, który stał poza granicami miasta, ale jednak w pobliżu, to nie musieliby się za bardzo męczyć.

Logistyka to byłaby bułka z masłem, lekka, łatwa i przyjemna.

Nie chodziło jednak o jedno zdjęcie, lecz chodziło o całą dokumentację. Mgła o poranku, północna zorza (oby się trafiła), listopadowa zawierucha, dom w poświacie krwawego księżyca (jakiegokolwiek, bo na najbliższe dni nie przewidziano zaćmienia), letni wrzask o poranku, to znaczy brzask. Okna odbijające niebo, a potem gwiazdy, i to bez retuszu. Chociaż okna mogli umyć!

To byłoby genialne. I mogliby czasami się wykąpać… Zmienić bieliznę w domu i inne drobiazgi.

Rozbiliby namioty w ogrodzie, jedliby w knajpie, która była całkiem niedaleko, no, chyba że właściciel pozwoliłby im się w tym domu rozgościć, wtedy jest najciekawiej, bo można złapać świetne ujęcia. A dziewczyny odwalają obsługę kuchenną, bo i tak do niczego innego się nie nadają.

Ciekawe, jak by to było?

Dziewczyny by pichciły, a oni szaleliby po domu.

Filmowaliby, co się da.

Udokumentowaliby takie cuda, że wygraliby konkurs i mogliby liczyć kliki na miliony, a pieniądze z reklam na tysiące, choć oczywiście woleliby odwrotnie.

***

Zenon Rozporek patrzył na swoją córkę z wielkim rozczarowaniem, w którym miłości w tej chwili dużo nie było. Nie, że nigdy, w ogóle, nie, że wcale, ale teraz trudno byłoby jej szukać.

Od wielu lat wiadomo, że dzieci są jakby własnością rodziców i powinny tym rodzicom być posłuszne. Bezwzględnie. A szczególnie dziewczyny, bo przecież głupie toto, durne jak szlag i potrzebuje wsparcia i pomocy.

Judyta zawiodła na całej linii. Przyprowadziła do domu chłopaka.

Nieodpowiedniego chłopaka, trzeba dodać, a nawet, co nieprawdopodobne, zamierzała za niego wyjść za mąż!

Chłopak nie miał żadnych zewnętrznych oznak nieodpowiedniości, bo nie był ani muzułmaninem, ani czarnym muzułmaninem, ani czarnym Żydem, pejsatym też nie, nie był też kobietą, hindusem, Romem, nie był Chińczykiem ani mormonem, a jednak nie pasował. Nie był łysy ani wytatuowany, co też nie było aż takie złe, ale niestety ojcu nie odpowiadał.

Dlaczego?

Otóż dlatego, że nie był Bobasem! Rozporek pragnął wydać Judytę za Bobasa i zrobić z niej milionerkę.

Bobas, z imienia i nazwiska Wiktor Rabarbar, był jedynym akceptowanym narzeczonym dla córeczki tatusia, gdyż w swoim czasie miał zostać milionerem. W ten sposób Judyta byłaby zabezpieczona, a on jako ojciec mógłby swoje pieniądze, zakład i inne interesy zostawić do podziału synom.

Mógłby też wybudować prywatne krematorium, a także kilka mniejszych zakładów. Byłoby to wielkie medialne krematorium z nagłośnieniem i w ogóle. Nowoczesność w domu i w zagrodzie oraz wi-fi w grobowcach.

Rozporek miał bardzo ambitne plany. Zbudować krematorium jako takie, to jeszcze nie był problem, ale on chciał wybudować kolumbarium. Prywatne kolumbarium na parafialnym cmentarzu, co nie było takie dziwne ani złe. Sam cmentarz kolumbarium stawiać nie zamierzał, bo większość mieszkańców i parafian kremacji nie uznawała, ale byli i tacy, którym to wydawało się dobrym wyjściem z niedobrej sytuacji. Brakowało jednak terenu na powiększenie cmentarza.Parafia nie miała nic przeciwko temu, ale te plany kosztowały.

Stary Rabarbar, ojciec Bobasa, zgadzał się na plany (nie te cmentarne Rozporka, ale matrymonialne), bo dziewczyna była ładna i nie podejrzewał, że ojciec zostawi ją bez pieniędzy. A na dodatek pięknie by to brzmiało Judyta Rabarbar-Rozporek. Albo odwrotnie. Rozporek-Rabarbar. Piękne dwuczłonowe nazwisko!

I wszyscy zamieszkaliby w Pokusach Dolnych pod numerem sto trzydziestym pierwszym, czyli w domu starego Rabarbara albo pod osiemdziesiątką, u Rozporka, a nie w tych zasmrodzonych Warszawach czy Wrocławiach, gdzie wszystko cuchnie chemią, na ulicy są sami narkomani, a smog wlewa się strumieniami do płuc.

Podwójne nazwisko synowej to było wielkie marzenie Rabarbara, gdyż byłoby wtedy zrozumiałe, że synowa jest po studiach.

Sam Wiktor, zwany Bobasem, skończył ledwie gimnazjum, już jakoś tak się stało. Nie garnął się do nauki, jako że nie musiał. Trauma związana z porzuceniem przez matkę tak go złamała, że ojciec nie był w stanie go z niej wyciągnąć, ale z narkotyków też nie bardzo umiał, na szczęście, nie było to aż takie konieczne. Dzieciak rósł w siłę i w zasadzie żył trochę samopas, jedyne co miał obowiązek uczynić, żeby zadowolić ojca, to ożenić się z Judytą, z nią i tylko z nią. Żadna inna ojcu nie pasowała.

Chłopak, którego przyprowadziła Judyta, zniknął i nie było wiadomo, gdzie się podział. Część rodziny sugerowała przypadkową kremację, nieoczekiwany pochówek ziemny albo ewentualnie jakiś niezamierzony zgon, ale Judyta w to nie wierzyła. Była pewna, że chłopak się tylko odrobinę przestraszył odpowiedzialności i wróci, zwłaszcza że powiedziała mu, że jest z nim w ciąży.

Powiedziała to wszystkim, co bardzo, ale to bardzo nie spodobało się ojcu, matce i braciom.

***

– Pan tu, panie Mariuszu, przyjdzie jak najszybciej – usłyszał jakieś dwa dni wcześniej, gdy odebrał telefon. Zdziwił się, że nie rozpoznaje głosu osoby, z którą rozmawia.

– Rozporek mówi – przedstawił się jego rozmówca. – Zenon, znaczy Zenek!

Po takim początku rozmowy Mariusz poprzysiągł sobie (zresztą po raz setny), że przestanie odbierać telefony od nieznajomych, co przysięgał sobie po każdym dziwnym telefonie, ale potem odpuszczał, bo wymagałoby to od niego naprawdę porządnego skupienia się podczas odbierania telefonów, zastanowienia, przejrzenia w pamięci (a pamięć miewał dziurawą jak skarpety pradziadka) każdego Miśka, Wacka i Patryka oraz wszystkich Kasiek i Katarzyn oraz Karin, z którymi się friendzonował.

Słysząc, kto dzwoni, nieco skamieniał, bo nie wiedział, po co dzwoni ten ktoś, z kim nigdy jeszcze nie miał do czynienia poza pogrzebem pradziadka i liczył, że długo nie będzie miał. Nie miał też pojęcia, skąd taka (raczej nachalna) propozycja, gdzie ma przyjść i dlaczego w ogóle ten ktoś dzwoni do niego, a nie do kogokolwiek innego. I o co naprawdę chodzi? Ktoś zszedł? Szykuje się jakiś pogrzeb? Mariusza to przecież nie dotyczyło. No i dlaczego jak najszybciej?

– Przepraszam, ale chyba pan pomylił numery – powiedział, licząc, że to załatwi sprawę i telefon okaże się jakimś średnio poważnym nieporozumieniem.

– Nic z tych rzeczy! – Rozmówca się roześmiał, a jego śmiech nie był wesoły, choć pobrzmiewała w nim nuta złośliwości. – Przecież to pan poszukuje domu idealnego do horrorów? Dobrze kojarzę, prawda?

Mariuszowi ziemia osunęła się spod nóg, gdyż to, co powiedział Rozporek było prawdą, choć te poszukiwania były potajemne, nie strasznie, bardzo czy w ogóle jakieś ogromnie tajne. Po prostu nie gadali o nich za dużo i ich rozmowy nie powinny się przebić do świadomości ludzi takich jak Zenon Rozporek ani tym bardziej do innych ludzi w jego wieku. Przecież ktoś jeszcze, do cholery, mógł to wykorzystać i odebrać im palmę pierwszeństwa. Mógł wygrać konkurs, mógł… cokolwiek.

Mariusz poczuł się tak, jakby był w ukrytej kamerze albo na filmie „Boomerstwo kontratakuje”.

– Po co to panu wiedzieć? Przecież to pana nie dotyczy. To są moje prywatne sprawy! – oświadczył zdecydowanym głosem.

– Oj, nie tylko twoje – Zenon nieprzyjemnie się roześmiał.

– Ale, panie Zenonie…

– Mów mi Zenek i dawaj tu do mnie – rozkazał, jakby w ogóle nie przejmował się Mariuszem i całą resztą.

Mariusz prawie zemdlał, kiedy pomyślał, że mógłby do Rozporka powiedzieć Zenek, ale nadal nie bardzo chciał się z nim spotkać.

– Ale ja nie wiem – zaczął. – Po chwili przerwał. – Nie rozumiem – zaczął znowu, a panika rosła w nim wielce, aż poczuł w ustach ogromną kluchę. Zadawanie się z Rozporkami było bardzo niezdrowe. A wyobraźnia w tym nie pomagała.

Można było dostać betonozy. Mówiono, że objawia się ona strasznie ciężkimi trzewikami z betonu do zwiedzania malowniczych okolic dna jeziorka. Można było dostać pałkozy, czego tłumaczyć nie trzeba. A nawet błędnej nadinterpretacji rzeczywistości, ale to dopiero w szpitalu psychiatrycznym.

Czy Rozporek miał coś wspólnego z mafią, nikt nie wiedział, i rzeczywiście mogła to być tylko plotka, ale wszyscy chcieli w nią wierzyć.

– Nic nie musisz rozumieć, w każdym razie nie teraz. No dawaj, czekam, podjedziesz czy mam wysłać po ciebie karawan? Znaczy, przejęzyczenie, limuzynę.

Mariusz nie miał wyboru. Przejęzyczenie mogło być prawdziwe, w końcu facet wciąż zajmował się karawanami i wożeniem zwłok, a każdy z jego karawanów był swego rodzaju limuzyną, tyle że bez barku z szampanem i chipsami do pochrupania.

Postanowił więc podjechać. Co miał do wyboru? Odmówić i czekać na to, co się dalej stanie? Zesrałby się ze strachu już po godzinie.

Podobno kiedyś tak było z jednym złodziejem. Okradł Rozporka na jakieś gówniane pieniądze, ale chciał być twardy. Odmówił spotkania, a potem czekał, co się stanie. Pierwszego dnia nie stało się nic, drugiego dnia nie stało się nic, trzeciego dnia zwariował.

A Rozporek był w tym czasie na spotkaniu biznesowym w Berlinie i zamierzał zająć się złodziejem dopiero po powrocie.

– Ale gdzie? – zapytał Mariusz niepewnym głosem. – Gdzie mam przyjechać, bo nie wiem?

Rozporek roześmiał się tym razem nieco grzeczniej, ale i tak w jego śmiechu było sporo pogardy.

– No, w chłodni będę, na pierwszym. Muszę ogarnąć jednego faceta, strasznie się rzuca – odpowiedział i oczywiście wzbudził w Mariuszu popłoch.

– Nieboszczyk rzuca się panu w chłodni? – Chłopak się zdziwił.

Po cichu liczył, że nieboszczycy nie mają takich możliwości.

– Nie, ten jest żywy. Jeszcze. Muszę go spacyfikować.

– A nie możemy spotkać się w kawiarni albo w holu? Nie lubię zwłok – zaznaczył Mariusz niepewnym głosem. Z jednej strony nie chciał, by się wydało, że jest mięczakiem, z drugiej zaś, wolał udawać pewną asertywność.

– Nie, nie możemy spotkać się ani w holu, ani w kawiarni – warknął bardzo nieprzyjaźnie Rozporek.

– Ale dlaczego? – Nogi ugięły się pod Mariuszem. Nigdy jeszcze nie był w takim miejscu, a od czego są horrory i wyobraźnia?

Odpowiedź Rozporka, wygłoszona miłym, sympatycznym i zaskakująco słodkim tonem, powaliła go na łopatki.

– Chyba nie chcesz, żebym cię odtąd nazywał Mariuszek miękka faja?

Mariuszowi mimo całej naprawdę starannie trenowanej asertywności nie było wszystko jedno, jak go nazywają obcy ludzie, choć powinno.

Pisnął wewnętrznie jak puchaty króliczek na widok anakondy. Odkaszlnął, żeby dodać sobie animuszu i by jego głos wydał się bardziej naturalny.

– Dobra, przyjadę! – powiedział. – Jak panu pasują takie klimaty, proszę bardzo, ale czy nie lepiej by było, żeby pan wpadł do piwopoju i tam z nami pogadał?

– Nie. Nie lepiej. Ja chcę rozmawiać z tobą, tylko z tobą i to w cztery oczy.

– A ten facet, co się rzuca? On się nie liczy? Czyli jak to w takim razie w cztery oczy?

– Wydłubię mu – oświadczył Rozporek i nawet się nie roześmiał.

Mariusz nie zesrał się z wrażenia, choć było blisko.

***

Marlena była dziewczyną ładną i zgrabną. Natura nie poskąpiła jej urody, a ona sama tę urodę wciąż poprawiała, ulepszała i doskonaliła, dlatego teraz po przejściu przez taśmociąg estetyczno-chirurgiczny wyglądała trochę jak dmuchana lalka, która gdzieniegdzie się przeciera, ale jeszcze nie popuszcza. To tak jakby w niektórych miejscach nadmuchiwała się bardziej, a w innych mniej. Miała bardzo duże usta, spore piersi i gigantyczny pośladek, jeden, tak, ale chirurg obiecał, że to się samo wyrówna. Czekała na to z wielką nadzieją i niepokojem, niestety, w tym czasie ojciec uciekł z sekretarką oraz z pieniędzmi i nie było szans na jakiekolwiek operacje, nawet jak to mawiała, „ratujące dupę”, dlatego zasadziła się na Bobasa.

Liczyła na jego pieniądze.

Miał zostać milionerem dopiero za jakiś czas, ale to było lepsze niż nic, bo ona nawet za jakikolwiek „jakiś czas” nie byłaby w stanie opłacić sobie tego wszystkiego, o czym marzyła.

I było dobrze, dopóki nie pojawiła się Baśka, brunetka o dużych oczach.

No tak, bo przecież teraz to najważniejsze. Ona też liczyła na pieniądze Bobasa. Wiedziała, że chłopak w takim stanie utycia i rozlania oraz z takim podejściem do świata, jakie miał, nie był atrakcyjny dla większości dziewczyn, co bardzo ją cieszyło.

Pilnowała, żeby nic się w tym zakresie nie zmieniło.

Wszelkie próby odchudzania niszczyła w zarodku. Karnety na siłownię też.

***

– Zaraz, zaraz, zaraz! – zawołał jeszcze raz Mariusz, kiedy jego rozmówca chciał już kończyć rozmowę.

– No? O co chodzi? – zapytał Zenon Rozporek, nie bardzo zadowolony z przedłużania rozmowy. – Bo mam teraz sprawę z tym jednym i nie mogę za bardzo gadać.

– No chodzi o ten dom jak z horrorów. Co to znaczy, po co? I w ogóle, co to ma wspólnego z…

I wtedy Zenon jakby westchnął.

Zenon Rozporek raczej nie należał do osób wzdychających, a już na pewno jego westchnienia nie były nostalgiczne, romantyczne czy rzewne. On westchnął z rozdrażnieniem.

– Ja mam to, czego wy chcecie, wy macie to, czego ja chcę! – powiedział i się rozłączył.

***

Bobas nie był złym facetem, ale życie go rozpuściło. Zwyczajnie i po trochu, ale nie tak, jak każdy myśli – od razu srebrne klamki, złote ciuchy i diamenty w zębach. Nie, on nie czuł się uprzywilejowany, nie czuł się lepszy, nie czuł się wspaniały z powodu bogactwa, on czuł się niepotrzebny.

Strasznie to dziwne uczucie u kogoś takiego, ale jednak takie właśnie było. Najpierw rzuciła go matka, co oczywiście się na nim zemściło, potem się dowiedział, że ojciec jest milionerem i to zemściło się na nim jeszcze bardziej, bo Bobas (wtedy jeszcze Wiktor, bo nie był taki gruby jak kilka lat później, kiedy został Bobasem), poczuł, że nie jest w stanie dostosować się do życia.

Wszystko odebrały mu pieniądze ojca.

Nie musiał już niczego w życiu osiągać, niczego zdobywać, niczego pokonywać, zwyczajnie miał wszystko, oprócz sensu życia.

Początkowo, kiedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy z majętności ojca, chciał się uczyć i zarabiać, ale potem te chęci się skończyły. To nie miało sensu.

Zarabiać bowiem nie musiał (zresztą, ile by zarobił, jakieś marne grosze?), uczyć się tym bardziej, zwłaszcza że wcale mu na tym już nie zależało. Przyjaciół nie miał, bo każdego podejrzewał o to, że bardziej zależy mu na pieniądzach jego tatusia niż na nim samym, w końcu dziewczynom nie wierzył z tego samego powodu, a im bardziej się tuczył, tym bardziej robił się dla nich wredny, bo one skakały koło niego wręcz koncertowo.

Taki zamożny mąż to wielkie szczęście, jeżeli jeszcze do tego jest chorowity, to klękajcie anioły!

Jedynie Mariusz i Seweryn zyskali jego aprobatę, ale tylko dlatego, że znali się od dawna, od czasów, kiedy ojciec nie był aż taki bogaty, a właściwie, kiedy jeszcze nikt o tym za bardzo nie wiedział.

I właściwie Bobas i sens życia nigdy, ale to nigdy by się nie spotkali, nie wpadliby na siebie, ba, nawet by się o siebie nie otarli, gdyby nie sprawa domu jak z horroru i nakręcania filmu.

To było olśnienie.

To było coś, co sprawiło, że Bobas odzyskał radość życia, a właściwie nie odzyskał, a bardziej uzyskał, bo dotąd niczego takiego nie posiadał.

Wreszcie przestał być breloczkiem przy portfelu ojca.

Teraz cieszył się na wszystkie pomysły kolegów: duchy, stare domy, krwiożercze bestie, demoniczne demony albo cokolwiek innego, w każdym razie to wszytko go cieszyło tak bardzo, że aż świecił wewnętrzną radością.

Z ojcem układy miał poprawne, toteż ten, widząc, jaką radość i jakie życie wpompowuje do serca jego syna tych dwóch kolegów, zaczął po cichu sponsorować niektóre ich poczynania, tak żeby chłopcy nie musieli iść do pracy, a mogli szaleć po Polsce w poszukiwaniu grozy.

Chciał również, żeby nie za bardzo było ten sponsoring widać.

Po innych krajach też mogli szaleć, stać go było na to, ale w takich nawiedzonych, przesiąkniętych grozą miejscach liczą się opowieści, nie tylko zakrwawione ściany i popękane sedesy, a wiedza, kto i jak spowodował te zniszczenia i nie chodzi o bandę nastolatków.

Aby podróżować za granicę potrzebna jest znajomość obcego języka, a nikt z przyjaciół żadnego nie znał. Na pięć osób, licząc obie dziewczyny Bobasa, nie znalazłby się nikt choćby ze szczątkowym angielskim.

„How you do do”, się nie liczy.

***

Kiedy Mariusz dość niepewnie przestąpił progi domu pogrzebowego „Nowa Przygoda”, a nikt poza właścicielem nie przestępował ich z przyjemnością, bo nawet pracownicy mieli do tego miejsca stosunek ambiwalentny, nie bardzo wiedział, do kogo się zgłosić, jak i o co dokładnie zapytać, żeby odpowiednio go pokierowano.

Trochę mu się wszystko myliło. Mieszało i plątało.

Miał iść do chłodni na drugim czy na pierwszym? A może do pierwszej chłodni, a nie na pierwszym? I o co chodziło, o piętro czy o coś innego? Taras na przykład? Pokój? A może jakiś podziemny schron?

Nie zapisał tego, co mówił Zenon (nigdy tego nie robił, był na to zbyt młody, a postarzać się takimi pomysłami nie zamierzał), a teraz chyba tego żałował.

Wszedł do sporego foyer domu pogrzebowego.

W eleganckiej, choć bardzo wyraźnie funeralnej przestrzeni, ozdobionej plastikowym art deco, dostrzegł fotele, kilka wazonów ze sztucznym kwieciem oraz ladę recepcji, gdzie urzędowała dziewczyna w gotyckim makijażu, tak mocnym, że jakimś cudem zupełnie tu nie pasował, choć powinien.

– Szef już na pana czeka – powiedziała gotycka recepcjonistka, która prezentowała się tak, jakby pracowała w bardzo wyskokowym hotelu gdzieś na Ibizie, a nie w domu pogrzebowym na zadupiu.

To oczywiście nie ma większego znaczenia, bo zmarłemu nie powinien przeszkadzać ani biust na wierzchu, ani spódniczka do pępka, ale jakoś to dziwnie nie pasowało do tego miejsca.

Mariusz popatrzył na nią z przyjemnością, choć z lękiem przyjął to, co mu powiedziała.

– Tak, miło mi to słyszeć… – Westchnął.

Nie dała mu dokończyć.

– Poważnie? Mnie by wcale nie było miło, szef bywa bardzo wymagający – powiedziała, wzruszając ramionami i krzywiąc się nieco groteskowo. – No, niech pan idzie, on naprawdę nie lubi czekać.

– Jasne, tylko ja nawet nie wiem, gdzie mam iść – Westchnął po raz kolejny.

Nie lubił robić z siebie niemoty, ale niestety często mu się to zdarzało.

– Niech pan wyjdzie tymi drzwiami. – Wskazała na wejście. – I potem wejdzie pan na pierwsze piętro w tym drugim budynku, tam są chłodnie i tam pan go znajdzie.

– Chłodnie, jak rozumiem z… – Skrzywił się niepewnie.

– Oczywiście, przecież wiadomo! W domu pogrzebowym nie przechowuje się ziemniaków – prychnęła i wiedział już, że ją stracił, zanim nawet się obejrzał. Zawsze tak to wyglądało, szczególnie kiedy dziewczyna była piękna.

Potwierdziwszy swoje najgorsze przypuszczenia, Mariusz w tym momencie nikogo nie chciał szukać, a już na pewno nie Rozporka. Dziewczyna z recepcji trochę go oczarowała, ale i przestraszyła.

A może on sam się przestraszył? Wyobraźnia to coś cudownego, ale nie zawsze i nie wszędzie.

***

Redakcja

Beata Gołkowska

 

Korekta

Janusz Sigismund

 

Skład i łamanie wersji do druku

Marcin Labus

 

Projekt graficzny okładki

Agnieszka Kielak

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Iwona Banach, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384301791

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści