Seks, książki i pieniążki - Iwona Banach - ebook + audiobook + książka

Seks, książki i pieniążki ebook i audiobook

Iwona Banach

3,9

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Najnowsza komedia kryminalna od Iwony Banach, autorki którą pokochali czytelnicy gatunku! Trzy dziewczyny z małego miasteczka wydają wspólnie pod pseudonimem książkę erotyczną, która odnosi spektakularny sukces. Po jakimś czasie pseudonimy zaczynają im ciążyć. Nie wiadomo jaka część sukcesu przypada na kogo, a ponadto każda z nich ma nadzieję, że może zrobić karierę pisarską także indywidualnie. Autorki postanawiają się ujawnić, ale plany krzyżuje im tragiczne wydarzenie podczas spotkania autorskiego w lokalnej bibliotece. Publiczność nic nie wie. Nikt nic nie widział. Czy w zbrodnie zamieszane są same autorki? I jaka jest tak naprawdę cena sukcesu? Przewrotna historia o tym, że czasami warto dwa razy zastanowić się nad tym, o czym się marzy…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 364

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 9 min

Lektor:

Oceny
3,9 (95 ocen)
41
23
16
8
7
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Agnieszka970

Dobrze spędzony czas

Pogmatwana ale śmieszna. Ciekawym językiem pisana.
21
Anna-M-1

Dobrze spędzony czas

No i super rzecz na weekend! Podejrzewam, że pani Iwona dialogi (użyte w książce) podsłuchała wśród młodych ludzi w miejscach publicznych i nie tylko 🤣 ! Ciekawe uwagi odnośnie naszych nauczycieli oraz pewnego gatunku dość powszechnej, hmmm..., literatury. Mnóstwo humoru typowego dla autorki - momentami pokładałam się ze śmiechu! Audiobook świetny - oczywiście dzięki pani lektorce.
10
Veronica41pl

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam idealna na poprawe humoru!!!
10
Kasienka99_

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam audiobook!
11
czekolada72

Dobrze spędzony czas

polecam 👌
00

Popularność




Re­dak­cjaMo­nika Or­łow­ska
Ko­rektaBo­żena Si­gi­smund
Skład i ła­ma­nieMar­cin La­bus
Pro­jekt okładkiAgnieszka Kie­lak
Zdję­cie wy­ko­rzy­stane na okładce©Ado­be­Stock
© Co­py­ri­ght by Skarpa War­szaw­ska, War­szawa 2023 © Co­py­ri­ght by Iwona Ba­nach, War­szawa 2023
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie
Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-83291-13-0
Wy­dawca Agen­cja Wy­daw­ni­czo-Re­kla­mowa Skarpa War­szaw­ska Sp. z o.o. ul. Bo­row­skiego 2 lok. 24 03-475 War­szawa tel. 22 416 15 81re­dak­cja@skar­pa­war­szaw­ska.plwww.skar­pa­war­szaw­ska.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Świat za­czy­nał się bu­dzić, to zna­czy oczy­wi­ście nie cały, bo prze­cież gdzieś na dru­giej pół­kuli wła­śnie za­padł w sen, ale ten tu­tej­szy ze snu wsta­wał. Oko­liczny. Po­dzie­lony na małe, pry­watne światy, w któ­rych każdy nieco ina­czej za­czy­nał swój dzień. Gdzieś tam bi­blio­te­karka Róża szy­ko­wała się do po­pro­wa­dze­nia spo­tka­nia au­tor­skiego, ja­kiego świat jesz­cze nie wi­dział (nie­stety zo­ba­czył), Jó­ze­czek, bo tak za­wsze go na­zy­wano, szy­ko­wał się do swo­jej znie­na­wi­dzo­nej pracy w tej sa­mej bi­blio­tece, jego żona Anita już była, co miał jej strasz­li­wie za złe, w warsz­ta­cie sa­mo­cho­do­wym, Ka­ro­lina wła­śnie po raz ostatni wcho­dziła do wanny, bo wie­rzyła, że bę­dzie to naj­waż­niej­szy dzień w jej ży­ciu, a Ele­onora wy­szła przed dom i z prze­ra­że­niem od­kryła, że ja­kiś łysy, wy­ta­tu­owany osi­łek pod­lewa jej ogró­dek.

Trzy­ty­go­dniowy po­byt w sa­na­to­rium wcale jej nie przy­padł do gu­stu. Żar­cie było mdłe, to­wa­rzy­stwo kosz­marne, a za­biegi nie­przy­jemne. Wy­nu­dziła się, umę­czyła, pra­wie osza­lała z bez­czyn­no­ści i ośle­pła od oglą­da­nia star­czych wy­gi­ba­sów do chry­zan­tem zło­ci­stych, ewen­tu­al­nie di­sco polo na wie­czor­kach ta­necz­nych dla se­nio­rów. To nie było to, co lu­biła. Po­sta­no­wiła, że ni­gdy wię­cej nie na­razi się na ta­kie ka­tu­sze.

Stwier­dze­nie „tur­nus mija, a ja ni­czyja” bar­dzo ją cie­szyło, kilku pa­nów chcą­cych zmie­nić ten stan zo­stało po­trak­to­wa­nych od­mową, kilku cio­sem to­rebką po gło­wie. Je­den kop­nia­kiem w go­leń.

Po­przed­niego dnia Ele­onora wró­ciła noc­nym po­cią­giem do domu. Miesz­kała w ma­leń­kim domku z ogród­kiem, z tym że do­mek był bliź­nia­kiem. Z jed­nej strony miesz­kała ona, z dru­giej...

– Co pan, do cho­lery, robi?! – wrza­snęła Ele­onora, wście­kła, choć pod­le­wa­nie ogródka w za­sa­dzie jej nie prze­szka­dzało, za to ten, kto to ro­bił, zde­cy­do­wa­nie jej się nie spodo­bał.

Są lu­dzie, któ­rzy lu­bią kra­snale ogro­dowe, są tacy, co to­le­rują gip­sowe amorki, ale nikt, a już z pew­no­ścią nie pa­nie w wieku Ele­onory (nieco po­de­szłym, żeby nie było) nie re­aguje ra­do­ścią na wi­dok ły­sego, na­pa­ko­wa­nego fa­ceta z ta­tu­ażami we wła­snym ogródku.

– Eeeee – od­po­wie­dział fa­cet, jakby go za­tkało.

– No tak, czego ja się spo­dzie­wa­łam? – wes­tchnęła do sie­bie Ele­onora. – To pew­nie nie po­trafi mó­wić! – do­dała ci­cho, ale usły­szał. Na dys­kre­cji jej spe­cjal­nie nie za­le­żało. Lu­biła tę­pić tłu­mo­ków.

Oczy­wi­ście spo­dzie­wała się agre­sji, ale nie na­le­żała do grzecz­nych star­szych pań. W cza­sach swo­jej świet­no­ści była w sta­nie do­pro­wa­dzić do pła­czu po­łowę po­pu­la­cji gim­na­zjum, prze­stra­szyć drugą i za­sy­pać je­dyn­kami dwa dzien­niki w dwie mi­nuty, wrza­skiem za­pa­no­wać nad kil­koma kla­sami na­raz, i to bez in­ter­wen­cji dy­rek­tora.

– „To” ma na imię Ma­kary i pod­lewa pani ogró­dek! – wark­nął osi­łek.

Na­wet się nie za­wsty­dziła, tylko prych­nęła z po­gardą.

– Nie będę pła­cić! – od­wark­nęła, spo­dzie­wa­jąc się nie­zbyt wy­ra­fi­no­wa­nej formy wy­mu­sze­nia.

– Jesssu, ależ z pani suka! Ro­śliny pra­wie zde­chły, su­sza, nie wi­dzi pani?! A poza tym wy­naj­muję ten dom, więc chcę, żeby było w miarę ład­nie.

I tak Ele­onora od­kryła, że bę­dzie dzie­lić bliź­nia­czy dom z Ma­ka­rym, który nie za­po­wia­dał jej się na spe­cjal­nie do­brego są­siada.

Zresztą dom do­mem, każde miało od­dzielne wej­ście, ale ściana, główna ściana, ta wspólna dla obojga, do pan­cer­nych nie na­le­żała i wszystko było przez nią sły­chać.

Ele­onora już wi­działa oczyma du­szy sie­bie sie­dzącą no­cami z młot­kiem w ręku, wsłu­chaną wbrew woli we wrza­ski, pi­ja­tyki, mor­do­bi­cia i ja­kiś de­ath­me­ta­lowy ja­zgot, który ta­kie osob­niki na­zy­wają mu­zyką.

Za­kup tego domku był ge­nial­nym po­my­słem jej ko­le­żanki i spraw­dzał się przez lata, do­póki ko­le­żanka nie po­sta­no­wiła się wy­nieść. Do­mek prze­szedł ja­kimś cu­dem w ręce jej sio­strzeńca, a ten za­czął go wy­naj­mo­wać na­prawdę komu po­pad­nie.

Spo­kój, ci­szę i prze­spane noce szlag tra­fił naj­pierw za przy­czyną star­szej pani oglą­da­ją­cej tu­rec­kie se­riale na full, dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę, po­tem przy­szły okropne czasy dwóch dziew­czyn, które upra­wiały naj­star­szy za­wód świata, a ściany drżały od ję­ków i wes­tchnień ich klien­tów, na­stęp­nie za­miesz­kała tam ja­kaś po­etka, która po no­cach słu­chała am­bientu, a od rana wa­liła w kla­wi­sze jak osza­lała. A te­raz to.

– Tylko mi po no­cach Me­tal­liki nie pusz­czaj, bo sko­pię ci dupę przy naj­bliż­szej oka­zji! – oświad­czyła gro­bo­wym gło­sem, żeby wziął to ostrze­że­nie na po­waż­nie.

Sko­pa­nie mu dupy mo­gło się wią­zać z po­ła­ma­niem so­bie nóg, ale Ele­onora miała spe­cy­ficzne po­dej­ście do ży­cia, ona na­zy­wała je wa­lecz­nym, wszy­scy inni sa­mo­bój­czym.

– Pew­nie, ja­sne, może Zenka każe mi pani słu­chać, co?! – od­gryzł się osi­łek, nie za bar­dzo na­wet spe­szony, nie wy­glą­dał na ko­goś, kto po­trafi się spe­szyć.

– O ty gnoju! – wrza­snęła Ele­onora. Oczy­wi­ście ona nie była owcą ani owieczką i też po­tra­fiła dać są­sia­dom w kość za po­mocą mu­zyki, ale ni­gdy nie ro­biła tego za po­mocą Zenka. Wo­lała Marsz ża­łobny albo Etiudę re­wo­lu­cyjną Cho­pina, dla­tego te­raz zde­ner­wo­wała się na­prawdę bar­dzo. – Ja? Zenka? Ja?! Jak śmiesz, tro­glo­dyto?! Ty małpo ta­tu­owana! Ty...

Sy­tu­acja sta­wała się zde­cy­do­wa­nie ner­wowa. Prze­wi­dy­walna dłu­gość ży­cia Ele­onory za­częła gwał­tow­nie się kur­czyć i moż­liwe, że skur­czy­łaby się do zera, gdyby nie to, że na­gle ktoś za­wo­łał z da­leka pod­pi­tym gło­sem:

– Ma­ka­ron, Ma­ka­ron, ty ciulu! Jak cię do­padnę, to tak cię wy­ści­skam, że płuca wy­rzy­gasz, ty... Ty cha­mie by­dlaty!

Chło­pak ska­mie­niał.

Ele­onora osłu­piała. Prze­kaz był dziwny, bo po­mi­nąw­szy wy­zwi­ska, su­ge­ro­wał uczu­cia. I to wiel­kie.

Głos do­cho­dził od strony tej czę­ści ogródka, która na­le­żała do osiłka, a wi­dok jego miny spra­wił, że Ele­onora zdę­biała jesz­cze bar­dziej. Osi­łek był prze­ra­żony. Praw­dzi­wie i bez wąt­pie­nia, a jego oczy przy­brały wy­raz wręcz bła­galny.

– Jezu, tylko nie ona! – jęk­nął. – Mu­szę się gdzieś scho­wać – szep­nął pro­sząco. – Mu­szę, niech mnie pani ra­tuje przed tą wa­riatką!

– Ciąża i te kli­maty? – za­py­tała z wred­nym bły­skiem w oku, już so­bie ukła­da­jąc w my­ślach, co też tak mo­gło go prze­ra­zić, ale chło­pak po­krę­cił głową.

– Nie, nic z tych rze­czy, tylko wa­riatka. Niech mnie pani ra­tuje, bła­gam, do cho­lery! Do sie­bie nie mogę. Jest za bli­sko! Jesz­cze ty­łem wle­zie... Zo­sta­wi­łem otwarte drzwi ta­ra­sowe.

To Ele­onorę tro­chę uspo­ko­iło, choć oczy­wi­ście mógł kła­mać. I nie cho­dziło też o so­li­dar­ność jaj­ni­ków czy jej brak, po pro­stu w tym mo­men­cie uznała, że wła­ści­wie dla­czego nie po­móc?

– Leć do mnie, drzwi są otwarte. – Kiw­nęła pod­bród­kiem w kie­runku swo­jej po­łowy bliź­niaka.

Zła­pała wąż ogro­dowy i jak gdyby ni­gdy nic kon­ty­nu­owała pod­le­wa­nie ogródka. Wpusz­cze­nie ob­cego chło­paka do domu i zo­sta­wie­nie go bez nad­zoru nie było naj­lep­szym po­my­słem świata, ale cza­sami lu­biła za­ry­zy­ko­wać. Cie­kawa była, czy to wszystko jest ukar­to­wane i osi­łek ją okrad­nie, czy może rze­czy­wi­ście się prze­stra­szył.

Ele­onora była w pew­nym sen­sie pa­ra­no­iczką. Do­sko­nale pa­so­wał do niej stary ka­wał o so­wiec­kich ro­bot­ni­kach w wię­zie­niu. Je­den przy­szedł do pracy o pięć mi­nut za wcze­śnie i oskar­żyli go o szpie­go­stwo. Drugi spóź­nił się o pięć mi­nut i oskar­żyli go o sa­bo­taż, trzeci był na czas i oskar­żyli go o ku­pie­nie ze­garka za gra­nicą. I ona tak wła­śnie dzia­łała, w każ­dym aspek­cie każ­dego wy­da­rze­nia po­tra­fiła zna­leźć ja­kiś pro­blem. Na­wet w na­le­śni­kach. Albo były za słod­kie, albo za tłu­ste, albo za duże, a jak nic nie pa­so­wało, to na pewno miały cho­le­ste­rol.

Te­raz zo­ba­czyła, jak zza domu wy­cho­dzi nie­duża, też dość wy­ta­tu­owana ko­bieta. Może by­łaby nie­brzydka, gdyby była tro­chę trzeź­wiej­sza i ucze­sana.

– Ma­ka­ron! – wrza­snęła. – Gdzie je­steś, ty słodki by­dlaku?! Ma­aaka­aaaro­oon!

– Nie ma go – od­po­wie­działa Ele­onora, za­sta­na­wia­jąc się, ja­kim cu­dem te ta­tu­owane cu­daki wo­kół niej za­czy­nają się tak mno­żyć. – Czego pani od niego chce?!

– A to­bie co do tego, stara rasz­plo? On jest mój! – Dziew­czyna wy­raź­nie za­zna­czyła te­ren ło­wów i nie za­mie­rzała się dzie­lić na­wet z kimś, kto mógłby być jego matką albo ciotką. Ma­ka­rona oczy­wi­ście, a nie te­renu ło­wów, choć zwie­rzyną łowną jak naj­bar­dziej był on.

– A w łeb chcesz? – od­pa­ro­wała szybko Ele­onora, wcho­dząc na ten je­den, je­dyny po­ziom po­ro­zu­mie­nia, który był w sta­nie za­dzia­łać. I za­dzia­łał, mocno pod­kre­ślony ostrym stru­mie­niem wody z węża ogro­do­wego skie­ro­wa­nym pod nogi przy­by­łej.

– Bo ja go ko­cham! – jęk­nęła płacz­li­wie ko­bieta. – A on mnie nie chce!

– A, ta­kie buty – mruk­nęła Ele­onora do sie­bie, kom­bi­nu­jąc, jak by sprawę za­ła­twić raz a do­brze. Nie chciała ta­kich ro­man­tycz­nych wi­zyt pod oknami na­wet za dnia, a co do­piero nocą, która prze­cież roz­rzew­nia naj­bar­dziej.

Przez chwilę za­sta­na­wiała się, co po­wie­dzieć. Spoj­rzała na ogró­dek, na krzaki, na ja­kieś la­ta­jące owady i na­gle już wie­działa. Klesz­cze! Po­my­ślała, po czym wy­pa­liła:

– Ba­be­szjozy do­stał! U le­ka­rzy jest. Musi się le­czyć.

– A ta ona ba­be­coś­tam to co? – Ko­bieta aż czkawki do­stała z wra­że­nia. Choć może też i od al­ko­holu.

– No cho­roba, nie sły­szysz, co mó­wię? Za­kaźna prze­cież!

– Ale na co? Zna­czy na co ona działa, ta cho­roba? Na baby? – Wy­ta­tu­owana mil­cze­nie Ele­onory wzięła za po­twier­dze­nie. – O ja pier­dolę. To ja spa­dam. Żad­nych ta­kich nie chcę.

– Zna­czy, że już go nie ko­chasz? – za­cie­ka­wiła się Ele­onora, spo­dzie­wa­jąc się ja­kichś wy­krę­tów, że ow­szem, ale... a jed­nak nie. Nie­zna­joma była do bólu szczera.

– No coś pani? Kiedy on taki chory, to na­wet wy­pić nie bę­dzie mógł, a ja za­ra­zić się nie za­mie­rzam, bo to by dziw­nie było tak jak chłop na baby la­tać, nie?

I tak wielką mi­łość do Ma­ka­rona szlag tra­fił. Pew­nie chwi­lowo, ale jed­nak tra­fił.

Ko­bieta znik­nęła za po­bli­skimi drze­wami przy jed­nym z dal­szych bliź­nia­ków, któ­rych przy tej ulicy stało kilka. Ele­onora po­cze­kała jesz­cze chwilkę.

– Ej ty, Ma­ka­ron, wy­łaź! Po­dobno ogró­dek mia­łeś pod­le­wać, co tam tak sie­dzisz jak ja­kiś de­bil?! – za­wo­łała w stronę domu, chcąc zo­ba­czyć, z czym chło­pak bę­dzie od niej wy­cho­dził. Była pewna, że ją okrad­nie.

Wy­szedł, sta­nął przed drzwiami. Nie miał przy so­bie te­le­wi­zora.

– Ale pani to jest po­je­bana! – oświad­czył z za­chwy­tem. – Nie­wy­klu­czone, że będę pa­nią wiel­bił do końca ży­cia.

***

Jó­ze­czek pra­co­wał w bi­blio­tece jako kon­ser­wa­tor. Całe szczę­ście nie jako bi­blio­te­karz, ale jed­nak w bi­blio­tece i nie­na­wi­dził tego z ca­łego serca. To go de­fi­nio­wało. Do­dat­kowo miał wredne, bo książ­kowe, na­zwi­sko. Jó­zef Mic­kie­wicz, do­brze, że oj­ciec na Adama się nie zgo­dził. I tak było z tym sporo kło­potu, bo jak tylko ktoś do niego przy­szedł, to była opera.

– Mic­kie­wi­cza szu­kam – mó­wił ten i ów, a bi­blio­te­karka na­tych­miast na to, że w głębi na czwar­tej półce leży. I wszy­scy się z niego na­bi­jali, że on w tej pracy tak so­bie leży na półce, może na­wet odło­giem, i pew­nie dla­tego tak mar­nie mu płacą. Kiedy tylko ktoś go za­py­tał, gdzie pra­cuje, Jó­ze­czek do­sta­wał ataku czkawki. Bo jak to? On, me­cha­nik z za­wodu, w bi­blio­tece? Mówi się niby praca jak praca, do­brze, że płacą, ale on po pro­stu jej nie­na­wi­dził. Bi­blio­teki też nie­na­wi­dził, a lu­dzi, któ­rych tam spo­ty­kał, jesz­cze bar­dziej; sprawę po­gar­szało do­dat­kowo to, że jego wła­sna żona pra­co­wała w warsz­ta­cie sa­mo­cho­do­wym. To była wielka nie­spra­wie­dli­wość dzie­jowa. I mał­żeń­ska jak naj­bar­dziej też.

– Pa­nie Jó­zeczku... – Bi­blio­te­karka spro­wa­dziła go do piw­nicy i po­ka­zała skła­do­wi­sko ja­kichś śmieci. – Te pa­ra­wany na górę i z grub­sza od­ku­rzyć – roz­ka­zała. – Mamy dziś spo­tka­nie au­tor­skie, będą po­trzebne.

Spo­tkań au­tor­skich Jó­ze­czek też nie­na­wi­dził, jako że za­czy­nały się późno i trwały w nie­skoń­czo­ność, a on był na nich ko­nieczny, bo a to ja­kieś rzut­niki, a to ja­kieś inne gówna, na­gło­śnie­nie, w każ­dym ra­zie sie­dział tam do nocy, co mu się nie po­do­bało.

– A po co komu pa­ra­wany? Się roz­bie­rać bę­dzie czy co, ta, zna­czy ten... no, au­tor?

– Po­trzebne, trzeba wziąć trzy i usta­wić tak, żeby były trzy od­dzielne jakby klatki, a co wię­cej, nie po­wiem, bo to bę­dzie nie­spo­dzianka.

Wziął drew­niane kon­struk­cje i wy­tasz­czył po ko­lei na górę do sali, w któ­rej miało się od­być spo­tka­nie.

– Nor­mal­nie jak toi-toie wy­glą­dają – oświad­czył, wzru­sza­jąc ra­mio­nami, ale rze­czy­wi­ście tro­chę to wy­glą­dało dziw­nie, jakby trzy ka­biny, tyle że otwarte od tyłu.

Od­ku­rze­nie cał­kiem do­brze się udało, bo ktoś owi­nął te pa­ra­wany fo­lią i dzięki temu pre­zen­to­wały się nie naj­go­rzej. Zo­stały w bi­blio­tece po tym, jak ro­biono tu ja­kąś wy­stawę, i przez lata do ni­czego ni­komu nie były po­trzebne.

Te­raz się przy­dały, ale tylko dla­tego, że to jedno spo­tka­nie au­tor­skie miało być zu­peł­nie inne niż wszyst­kie.

Ta­jem­ni­cze, nieco sza­lone, wzbu­dza­jące wiel­kie emo­cje i zwień­czone efek­tow­nym tric­kiem.

– Cho­lerna idiotka! – krzyk­nęła Róża, wy­cho­dząc spo­mię­dzy pó­łek z książką w ręku. – Znowu? Na­prawdę? Czy nikt nie uspo­koi tej baby?!

– A kto ma ją uspo­koić? Prze­cież ona jest wal­nięta. – Jej ko­le­żanka po­krę­ciła głową z dez­apro­batą. – Ta sama? Po­każ?

Py­ta­nie mo­gło do­ty­czyć książki albo au­torki, tu i te­raz mo­gło też do­ty­czyć czy­tel­niczki, bo dzięki pla­sti­ko­wym kar­tom i czyt­ni­kom oraz ko­dom w książ­kach bar­dzo szybko było wia­domo, kto dany eg­zem­plarz wy­po­ży­czył jako ostatni.

Róża po­dała ko­le­żance książkę, w któ­rej tkwił nóż. Nie jako za­kładka po­mię­dzy stro­ni­cami, a prze­cież i to by­łoby pa­skudne, on zo­stał wbity w okładkę, a jego ostrze prze­biło wszyst­kie strony, bo czu­bek odro­binę wy­ła­ził z tyłu.

– Agre­sja – wes­tchnęła ko­le­żanka, znowu krę­cąc głową.

– Co ty! Pre­me­dy­ta­cja! Ona mu­siała go wbi­jać młot­kiem spe­cjal­nie, prze­cież ina­czej by nie dała rady, pa­pier jest bar­dzo trwały w ta­kim sku­pi­sku. Po­ło­żyła na czymś, może na de­sce, i tłu­kła w nóż, o patrz.

Rze­czy­wi­ście na trzonku wi­dać było rysy i uszko­dze­nia, a na tyl­nej okładce kilka tłu­stych plam.

– I po co ona to wy­po­ży­cza? Tylko po to, żeby nisz­czyć?

Tu nie­stety nie było pew­no­ści, bo czy­tel­niczka, ow­szem, książki wy­po­ży­czała, ale nikt jej nie przy­ła­pał na pod­kła­da­niu tych prze­bi­tych no­żami, a ona twier­dziła, że książki ktoś jej ukradł. Pew­nie po­li­cja ja­koś by sprawę roz­strzy­gnęła, tyle że nie chcieli jej za­wia­da­miać.

Ko­bieta wy­po­ży­cza­jąca ro­manse ero­tyczne tylko po to, żeby je dźgać no­żem? Z pew­no­ścią za­in­te­re­so­wa­łoby to prasę, na­wet ogól­no­pol­ską, ale przy­nio­słoby wstyd i jej sa­mej, i bi­blio­tece, i chyba na­wet mia­stu.

***

Ka­ro­lina, Ma­rietta i Kaśka szy­ko­wały się na spo­tka­nie au­tor­skie. Wszyst­kie trzy były au­torką. Wła­śnie tak, au­torką, choć także i au­tor­kami. Po pro­stu były trzema ko­bie­tami, które na­pi­sały jedną książkę, a ta książka zdo­była cał­kiem sporą po­pu­lar­ność.

To je bar­dzo zmar­twiło.

Choć wy­daje się to nie­zbyt lo­giczne, to jed­nak lo­giczne jest jak naj­bar­dziej. Książka sprze­dała się w ty­sią­cach eg­zem­pla­rzy i po­cząt­kowo na­prawdę były tym za­chwy­cone, a po­tem jakby do­tarły do nich zwią­zane z tym pewne kło­poty.

O ile pie­nią­dze są ja­koś tam wy­mierne, choć pracy przy książce i wkładu czasu czy ta­lentu za bar­dzo wy­mie­rzyć się nie da, to jed­nak po­dział pie­nię­dzy jest dość pro­sty. Jedna trze­cia to jedna trze­cia, i tyle. Ow­szem, po­wstają póź­niej nie­sna­ski, że ta na­pi­sała kilka lep­szych scen, ta wy­my­śliła ge­nial­nego bo­ha­tera, a tamta tylko dia­logi, ale to nie był naj­więk­szy pro­blem.

O ile bo­wiem pie­nią­dze po­dzie­lić się da, to sławy nie­stety nie można.

A każda z nich sławy chciała. Zresztą, kto by nie chciał?!

Po­cząt­kowo pi­sały pod pseu­do­ni­mem i wszystko było jak naj­bar­dziej w po­rządku. Ka­ro­lina była świetna w sce­nach seksu, Ma­rietta od­wa­lała wielce za­bawne dia­logi, a Kaśka sza­lała z ak­cją, bo, nie cza­rujmy się, na­wet w ro­man­sie ero­tycz­nym ja­kaś ak­cja jest ko­nieczna, nie­stety wkrótce po­szło o to, że prze­cież są sławne, a tak jakby nie były.

Mo­głyby na ba­zie pierw­szej pu­bli­ka­cji pójść nieco da­lej i na przy­kład wy­da­wać swoje wła­sne od­rębne po­wie­ści, ale były wła­ści­wie cał­ko­wi­cie ano­ni­mowe.

To nie sprzyja sprze­daży.

Pi­sać ko­lej­nych ksią­żek pod wspól­nym pseu­do­ni­mem już nie chciały, bo ja­koś to, co na po­czątku mię­dzy nimi za­iskrzyło, chyba się wy­pa­liło na po­piół i te­raz zde­cy­do­wa­nie trudno im się współ­pra­co­wało. Do­póki książka była ma­rze­niem, za­bawą, ewen­tu­al­nie sza­lo­nym pro­jek­tem, było do­brze, kiedy stała się fak­tem, na­gle je po­róż­niła.

Dla­tego te­raz po­sta­no­wiły się ujaw­nić.

Tro­chę to było skom­pli­ko­wane, bo każda ja­koś, gdzieś pra­co­wała. W końcu mu­siały jeść i do czasu, aż zo­staną po­czyt­nymi au­tor­kami be­st­sel­le­rów, z cze­goś pła­cić za prąd, gaz i wege bur­gery, obrzy­dliwe, ale wege. Ka­ro­lina kel­ne­ro­wała w we­gań­skiej knaj­pie, którą po­tem zli­kwi­do­wano, te­raz szu­kała pracy i to wła­śnie tro­chę kom­pli­ko­wało sprawę. Seks jest po­nie­kąd jak ta­tuaż, nie każdy pra­co­dawca ta­kiego ta­tu­owa­nego pra­cow­nika chce. Ma­rietta i Kaśka pra­co­wały jako po­moce przed­szkolne, co też tro­chę pa­sku­dziło sprawę, bo zbitka my­ślowa „seks i dzieci” (i nie cho­dzi o seks idący w kie­runku pro­kre­acji, skoro dzieci już na świat przy­szły) nie każ­demu się po­doba, a czę­sto idzie ja­koś w pa­rze z my­śle­niem o zbo­cze­niach, de­mo­ra­li­zo­wa­niu nie­let­nich, przy­no­sze­niu wstydu przed­szkolu We­sołe Mał­piątka i po­lo­wa­niach na mę­żów na­iw­nych i wy­stęp­nych. Więk­szość pra­cow­nic mę­żów miała, zresztą dy­rek­torka też. A ci wy­stępni i na­iwni mę­żo­wie tylko cze­kali, żeby za­ła­pać się na wdzięki tej czy in­nej dziew­czyny, na­wet nie­ko­niecz­nie pięk­nej, a ra­czej wy­zwo­lo­nej, wia­domo. Na pra­cow­nice przed­szkoli czy knajp nie le­cieli, bo co to za atrak­cja, ale na au­torki ksią­żek ero­tycz­nych? Bez­wstyd­nie pi­szące o sek­sie i na­zy­wa­jące rze­czy po imie­niu, ta­kie od go­re­ją­cych bu­ław, prze­szy­wa­ją­cych mie­czy roz­pu­sty i sza­łów po­żą­da­nia? Na­wet bar­dzo.

W każ­dym ra­zie ta­kie by­wały ocze­ki­wa­nia żon. Co mo­gło nieco prze­szka­dzać.

No i dzieci. Nikt oczy­wi­ście nie za­broni pra­co­wać w przed­szkolu au­to­rom ksią­żek. Au­tor kry­mi­na­łów, w któ­rych ściany le­pią się od be­be­chów, a su­fity od wy­dłu­ba­nych oczu, ni­komu nie wa­dzi, au­torka thril­le­rów z psy­cho­pa­tycz­nymi lal­kami Bar­bie jest w po­rządku, taki, co pi­sze hor­rory, w któ­rych zmu­to­wany miś ko­ala od­gryza głowy prze­chod­niom, może być, ale seks? Seks to prze­cież zbo­cze­nie!

Dla­tego ten ero­tycz­no­au­tor­ski co­ming out był czymś ry­zy­kow­nym, ale w du­żej mie­rze ko­niecz­nym, bo gdyby wszystko po­szło do­brze, to już za kilka lat, a może na­wet tylko mie­sięcy, mo­głyby prze­stać przej­mo­wać się po­my­słami pra­co­daw­ców i za­cząć żyć za za­ro­bione na pi­sa­niu po­wie­ści pie­nią­dze. Taką miały na­dzieję. Była rów­nie re­ali­styczna jak opisy sek­su­al­nych wy­gi­ba­sów w ich książ­kach, ale lu­dzie lu­bią mieć na­dzieję.

***

– Ja je­stem po­je­bana? Ja?! – wrza­snęła Ele­onora. – Ja so­bie dupy w ciapki nie za­fun­do­wa­łam, a ty cały je­steś w ja­kieś bo­ho­mazy!

Osi­łek po­pa­trzył na nią i pod­szedł do swo­ich drzwi.

– Idzie pani, kawy zro­bię – za­pro­po­no­wał wi­zytę u sie­bie i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, ru­szył do wej­ścia.

– Ja­sne, jesz­cze mnie zgwał­cisz albo co? – Ele­onora jak zwy­kle szu­kała pre­tek­stu do awan­tury, ale chło­pak już wszedł do środka.

Po­szła za nim, z czy­stej cie­ka­wo­ści.

– Ni­kogo nie gwałcę, a próchna to już zu­peł­nie – od­po­wie­dział, kiedy po­dą­żała za nim do sa­lonu.

– O ty, gnoju! O... Książki masz? – zdzi­wiła się nie­bo­tycz­nie i gładko prze­szła nad próch­nem do po­rządku dzien­nego. – I jesz­cze mi po­wiesz, że umiesz czy­tać?!

– Nie, no co pani! Na ki­lo­gramy ku­po­wa­łem – od­burk­nął wście­kły. – Pa­nią to ktoś po­wi­nien prze­trą­cić – do­dał z krzywą miną – ale przy­kro mi bar­dzo, umiem czy­tać. Ja­koś tak się zło­żyło, że umiem i na­wet lu­bię.

Dom osiłka był do­kład­nie taki sam jak dom Ele­onory, tylko jakby od­wrotny. Jedna sy­pial­nia, je­den spory sa­lon, kuch­nia, z tyłu ta­ras i to wszystko. Mały, biały, prze­zna­czony zde­cy­do­wa­nie dla osób nie­po­sia­da­ją­cych ro­dzin, bez stry­chu, a na­wet piw­nicy. Do­sko­nała opcja dla eme­ry­tów, ale prze­cież nie tylko.

Mia­sto wy­bu­do­wało ich kilka przy tej jed­nej ulicy. Miały do­ce­lowo być prze­zna­czone dla sa­mot­nych eme­ry­tów, ale kiedy już domki sprze­dano, mógł w nich za­miesz­kać, kto chciał.

Usie­dli przy sto­liku, na któ­rym chło­pak po­sta­wił dwie musz­tar­dówki z kawą. Nie były to praw­dziwe musz­tar­dówki, ra­czej ja­kieś no­wo­modne szklanki z jed­nego ze skle­pów z ga­dże­tami, ale ro­biły nie­zbyt miłe wra­że­nie. W ogóle miesz­ka­nie na za­możne nie wy­glą­dało, choć, co wy­dało się Ele­ono­rze dziwne, było w nim czy­sto.

– Dzięki za spła­wie­nie Pi­jawki, jest nor­mal­nie obrzy­dli­wie na­molna. – Chło­pak wy­ra­ził swoje po­dzię­ko­wa­nie w bar­dzo skró­to­wej for­mie i oszczęd­nym stylu.

– Pi­jawka?

– Taką ma ksywkę, bo jak się przy­ssie, to od­cze­pić się nie chce, taka jej uroda.

– Uroda? To coś było brzyd­kie i pi­jane.

– No cóż, ta­kie kli­maty... – Osi­łek wzru­szył ra­mio­nami. – Ale do­brze, że ją pani prze­go­niła.

– Czy ona aby nie była z tobą w ciąży? – Ko­bieta niby nie chciała się wtrą­cać, ale po­ma­gać w ukry­wa­niu się przy­szłemu ali­men­cia­rzowi nie za­mie­rzała.

Chło­pak aż się za­krztu­sił i w ak­cie de­spe­rac­kiej próby przy­wró­ce­nia so­bie czyn­no­ści od­de­cho­wych opluł ścianę.

– Bo ona zdatna? – wy­char­czał po chwili. – Nie, zresztą na­wet jej nie prze­flan­co­wa­łem, chy­ba­bym na głowę mu­siał upaść.

– „Prze­flan­co­wa­łem”? A co to, do cho­lery, ma zna­czyć, co to ona? Po­mi­dor czy sa­łata?

– Wła­śnie, sa­łata. Bo jak ktoś ma kasę, to się Pi­jawka uczepi, a jak nie ma, to od­pusz­cza. Niech zgadnę, na­uczy­cielką pani była?

– Ty mi tu nie pod­ska­kuj, by­łam nie by­łam. Ja się przed tobą spo­wia­dać nie będę – od­burk­nęła opry­skli­wie, choć uwaga chło­paka spra­wiła jej przy­jem­ność. – Idę stąd, bo tu tylko my­szy bra­kuje – stwier­dziła, już chyba je­dy­nie po to, żeby chło­pa­kowi zro­bić przy­krość.

– A myszki mam, pani pa­trzy, zna­czy szczurki, ale dla pani to pew­nie pra­wie to samo. – Od­sło­nił ter­ra­rium, w któ­rym sie­działy dwa cał­kiem spore gry­zo­nie. – Ładne, nie?

– Fu­uuuj! – wrza­snęła i wstała. – Ta­kie świń­stwo w domu trzy­mać? No ja cię pro­szę... To zbo­cze­nie! I co z tą sa­łatą, na bo­ga­cza to ty mi nie wy­glą­dasz, więc skąd ta­kie za­in­te­re­so­wa­nie?

– Miesz­ka­nie – po­wie­dział, wzru­sza­jąc ra­mio­nami. – No, pod mo­stem nie ko­czuję, zna­czy mu­szę ja­kieś pie­nią­dze mieć, nie?

***

Zu­peł­nie inne po­ję­cie o zbo­cze­niach miała Ma­rianna, która wła­śnie po­ło­żyła na de­sce ko­lejną książkę i za­częła za po­mocą tłuczka do mięsa wbi­jać w nią nóż. Umie­ściła go do­kład­nie w tym miej­scu okładki, gdzie znaj­do­wały się bujne, ale dość jed­nak osło­nięte dam­skie piersi, chęt­nie wbi­łaby go w zu­peł­nie inne miej­sce – tam gdzie się koń­czył mę­ski tors, ale męż­czy­zna na okładce nie miał ani głowy, ani ni­czego in­nego poza tym tor­sem i jedną ręką, tak więc wbi­cie mu noża w przy­ro­dze­nie było nie­stety nie­moż­liwe.

Ma­rianna fa­ce­tów nie­na­wi­dziła.

Tak samo zresztą jak ko­biet, seksu i wszyst­kiego, co się z nim łą­czyło. Dla­tego po­sta­no­wiła wziąć się do na­pra­wia­nia świata, ale za­miast go za­cząć na­pra­wiać od sie­bie i może pójść na ja­kąś te­ra­pię albo do psy­chia­try, za­częła od bi­blio­teki.

Wcze­śniej miała w pla­nach dziu­ra­wie­nie pre­zer­wa­tyw, ale wsty­dziła się na­wet koło nich prze­cho­dzić, poza tym nie cho­dziło o dzieci, pro­kre­ację, płod­ność czy co tam in­nego, cho­dziło o roz­bu­chane książ­kami po­trzeby sek­su­alne.

I to wcale nie jej wła­sne.

***

Wszyst­kie trzy uwa­żały się już w pew­nym sen­sie za pi­sarki; na pod­sta­wie re­cen­zji pierw­szej książki wy­czu­wały w so­bie spore moż­li­wo­ści w tym za­kre­sie.

Spo­tkały się na Wat­t­pa­dzie i bar­dzo szybko do­szły do wnio­sku, że gdyby skleić to, co pi­sały (każda od­dziel­nie), to coś z tego można by zro­bić i jak naj­bar­dziej pu­ścić w świat wy­daw­ni­czy.

Wy­brały so­bie za­gra­niczny pseu­do­nim, ła­twy do za­pa­mię­ta­nia, ale też ro­man­tyczny i ele­gancki, i wy­słały książkę.

No i się za­częło. Zna­la­zło się wy­daw­nic­two. Książka po­ja­wiła się na pół­kach księ­gar­skich.

Było cud­nie, aż do pew­nego mo­mentu.

Wszyst­kie trzy sza­lały z za­chwytu i nie­mocy, bo nie mo­gły chwa­lić się wła­sną chwałą, a bar­dzo chciały.

Każda chciała za­cią­gnąć do Em­piku zna­jo­mych i ro­dzinę i wy­krzy­czeć im swoją ra­dość: „Pa­trz­cie, moja książka!”, ale nie mo­gły, bo po pierw­sze pseu­do­nim to jed­nak nie wła­sne na­zwi­sko, po dru­gie było ich trzy.

I tak się ko­tło­wały w swo­jej bez­sil­no­ści, co­raz bar­dziej wrogo do sie­bie pod­cho­dząc.

W końcu do­szło do in­cy­dentu, który skłó­cił je jesz­cze bar­dziej.

Na Fa­ce­bo­oku jedna z nich wsta­wiła swoje zdję­cie z ich książką i pod­pi­sem: „Nie po­wiem, kto się kryje pod tym pseu­do­ni­mem”.

Miała prawo, bo nie po­wie­działa. No i to na­wet nie było kłam­stwo.

I niby było w po­rządku poza jed­nym. Po­łowa jej zna­jo­mych za­częła ją po­dej­rze­wać o to, że wła­śnie ona jest słynną w tym mo­men­cie au­torką.

– Patrz, ona to zro­biła spe­cjal­nie! – stwier­dziła jedna ze współ­au­to­rek.

– Suka! – od­po­wie­działa druga.

Trze­ciej nikt słu­chać nie za­mie­rzał.

A ona nie de­men­to­wała. Miała niby prawo, prze­cież to w pew­nym sen­sie było prawdą, ale nie całą i nie było w po­rządku.

Bo jak to?

Ona kra­dła sławę dla sie­bie. Całą, a nie przy­na­leżną jej jedną trze­cią...

Wszyst­kie za­częły się za­sta­na­wiać, co zro­bić i jak to roz­sąd­nie po­dzie­lić. Można było oczy­wi­ście pstryk­nąć zdję­cie i ogło­sić Fa­ce­bo­okowi, bo Fa­ce­book to prze­cież świat, że oto au­tor­kami są wszyst­kie trzy, ale wy­dawca stwier­dził, że można to ro­ze­grać o wiele bar­dziej wy­strza­łowo.

Z ko­rzy­ścią dla pro­mo­cji.

No i miał ra­cję.

***

Ma­rianna z tru­dem prze­bi­jała się przez książkę i po­ża­ło­wała, że za­miast noża nie wzięła tym ra­zem ta­saka, ale i tak to już ją za dużo kosz­to­wało. Do znisz­czeń się nie przy­zna­wała, ale kary mu­siała pła­cić. Plus do tego noże, te lep­sze są dro­gie, te ba­za­rowe prze­bi­jają się przez dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści stron i się ła­mią, dziś po­sta­no­wiła na do­da­tek pójść do bi­blio­teki na spo­tka­nie au­tor­skie, a więc mu­siała ja­koś wy­glą­dać.

Mocno wal­nęła tłucz­kiem w trzo­nek, ten za­drżał, tro­chę się zsu­nął i sama so­bie przy­wa­liła w kciuk.

– Szlag! – jęk­nęła, ale po chwili po­wró­ciła do pracy.

To, co ro­biła, uwa­żała za swoją mi­sję.

– Seks upra­wia się w łóżku, a nie w książ­kach – tłu­ma­czyła so­bie sa­mej, żeby się ugrun­to­wać w tejże mi­sji – a por­no­gra­fia po­winna być za­ka­zana!

Gdyby mo­gła, za­ka­za­łaby wszyst­kiego, na­wet su­ge­styw­nych re­klam, bil­l­bo­ar­dów, zbyt od­sło­nię­tych zdjęć w ga­ze­tach, ale nie mo­gła. Na nic nie miała wpływu, tylko na książki.

Ma­rianna nie była starą de­wotką, nic z tych rze­czy, nie pod­cho­dziła do tego w spo­sób du­chowy czy zwią­zany z re­li­gią, nie, ona miała swoje wła­sne po­wody, żeby tak po­stę­po­wać, i były one na­prawdę waż­kie.

W każ­dym ra­zie dla niej.

Zresztą w mie­ście nie tylko ona pre­zen­to­wała ta­kie po­dej­ście do tych spraw. Miesz­kało tu bar­dzo wiele star­szych pań, które w ży­ciu swoje już prze­szły, wy­ba­wiły się na ca­łego, a te­raz, kiedy tych za­baw im się ode­chciało, wal­czyły o to, żeby ich cał­ko­wi­cie za­ka­zać.

Bo skoro ich seks już nie in­te­re­suje, to dla­czego miałby in­te­re­so­wać in­nych?!

Star­sze pa­nie za­cię­cie wo­jo­wały o to, żeby in­nym w ży­ciu nie było zbyt przy­jem­nie, skoro im sa­mym już nie jest.

Oczy­wi­ście naj­bar­dziej do­ty­czyło to seksu, ale prze­cież nie tylko. Wy­cią­gały ta­kie ar­gu­menty jak przy­zwo­itość, skrom­ność, cnota oraz za­kaz ha­ła­so­wa­nia po dwu­dzie­stej na­wet we wła­snych łóż­kach, bo lu­dzie chcą spać.

I za­kaz gril­lo­wa­nia w ogród­kach, bo szko­dzi na wą­trobę, oraz za­kaz spo­ży­wa­nia al­ko­holu, bo one nie piją, to inni też nie po­winni.

Ma­rianna bar­dzo do nich pa­so­wała, z jed­nym wy­jąt­kiem.

Nie była star­szą pa­nią.

***
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki