Morderstwo na śniadanie - Iwona Banach - ebook + książka
BESTSELLER

Morderstwo na śniadanie ebook

Iwona Banach

4,0

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Kolejna część zabójczo zabawnej „Serii z papugą”.

Papuga Pinda przestała przeklinać – teraz szczeka. Początkowo wszyscy przyjmują ten fakt z ulgą, wkrótce jednak okazuje się on źródłem samych problemów. Policjanci z Głuszyna zostają oskarżeni o prowadzenie na posterunku nielegalnej hodowli psów. Do tego w pechowym pałacyku powstaje Instytut Kosmitologiczny, a miejscowy listonosz zostaje znaleziony martwy pośrodku kręgu w zbożu. Na miejscu policja odkrywa nietypowe narzędzie zbrodni. Brakuje tylko motywu. Aspirant Andrzej Balicki ma pełne ręce roboty. Stare i nowe zbrodnie domagają się wyjaśnienia…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 353

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (203 oceny)
82
68
27
19
7
Sortuj według:
Natalia_Calgary

Nie polecam

Żałosne, że ktoś wydaje taką szmirę
10
_Renata_D

Z braku laku…

No cóż... Pomysł może i dobry, ale książka nie porywa, nie śmieszy mimo że komedia kryminalna...
10
Monic245

Dobrze spędzony czas

Bardzo przyjemna lektura. Polecam każdemu kto ma ochotę na zwyczajny relaks z książką w ręku. Niezobowiązujaca, śmieszna i bardzo pozytywna książka.
11
dania74

Nie oderwiesz się od lektury

Idealna propozycja na plażę. Lekka, dowcipna forma i całkiem zgrabna zagadka - utrzymuje uwagę czytelnika do ostatnich stron.
00
kajazip

Dobrze spędzony czas

Lekka i zabawna, świetna na letnie popołudnie. Polecam!
00

Popularność




Redakcja: Agnieszka Pietrzak

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Skład: Robert Kupisz

Konwersja do ePub i mobi: mBOOKS. marcin siwiec

Projekt okładki: Maciej Pieda

Zdjęcia na okładce: shutterstock.com © Alexander_P, © babi000000, © ­HitToon, © Natykah Nataliia (front); Grzegorz Matoryn (zdjęcie autorki)

 

Redaktorka prowadząca: Agnieszka Pietrzak

 

Wydanie I

© Copyright by Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

Bielsko-Biała 2021

 

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Odniesienia do realnych osób, wydarzeń i miejsc są zabiegiem czysto literackim. Pozostali bohaterowie, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki i jakakolwiek zbieżność z rzeczywistymi wydarzeniami, miejscami lub osobami, żyjącymi bądź zmarłymi, jest całkowicie przypadkowa.

 

 

Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

ul. 11 Listopada 60-62

43-300 Bielsko-Biała

www.wydawnictwo-dragon.pl

 

ISBN 978-83-8172-855-3

 

Wyłączny dystrybutor:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o.o.

ul. Mazowiecka 11/49

00-052 Warszawa

tel. 795 159 275

 

Oddział

ul. Legionowa 2

01-343 Warszawa

 

Zapraszamy na zakupy: www.fabulo.com.pl

Znajdź nas na Facebooku: www.facebook.com/wydawnictwodragon

Listonosz Antoni Popielak starannie pozaklejał wszystkie listy. Nie było w nich nic specjalnie ciekawego – ludzie skarżyli się na kosmitów, pisali o chorobach i ciążach. Kilku spadkobierców starego Pakosia wyzywało się i groziło sobie nawzajem pozwami i śmiercią. Takie zwykłe ludzkie sprawy.

Odłożył listy do torby i ruszył na pocztę po kolejne, z których też kilka odłoży sobie do przejrzenia. Teraz jednak miał ochotę porozmawiać o morderstwie.

Ciekaw był, jak to się uda.

Lubił poczucie władzy.

– Widziałem wisiorek – stwierdził od niechcenia, patrząc w okno, kiedy dotarł już na miejsce. – Był przy zwłokach.

– I co z tego?

Nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Spodziewał się choć zaskoczenia, a nie takiej buty.

– Nic, ale był twój! Ojciec ci go dał, sam widziałem! Czyli te trzy zamordowane kobiety…

– Przedawnienie, coś ci to mówi?

– Przedawnienie przedawnieniem, ale zrobi się smród. Gwarantuję ci to!

– Czy ja rozumiem, że ty mi grozisz?

Listonosz wzruszył ramionami i roześmiał się z wyższością. Nie powinien był.

***

– I co teraz będzie? – padały coraz częściej pytania, a pytali ludzie nie do końca świadomi, o co pytają, bo przecież nie ma jednej odpowiedzi na tak postawione pytanie.

Ale niektórzy wiedzieli. Wiedzieli doskonale, że pytającym wcale nie chodzi o politykę agrarną południowych Chin, skutki uboczne stosowania glutenu w produkcji opon ani nawet dostępność płatków jęczmiennych w sklepach wielkopowierzchniowych. Nie tutaj i nie w tym konkretnym momencie.

Choć ostatnio pojawiły się sklepy sprzedające odzież bezglutenową, co było legalne i zgodne z prawdą (oraz prawem, jakby co), mimo że trudne do uwierzenia. Co światlejsi obywatele usiłowali grzmieć, że przecież to oszustwo, i to grubymi nićmi szyte, właściciel jednak tylko się uśmiechał, zadowolony z szumu wokół swojego sklepu, który na razie był ledwie budą na targowisku.

– Czy uważacie, że te spodnie zawierają gluten? – pytał podstępnie i wszyscy oczywiście odpowiadali przecząco, jako że trudno znaleźć gluten w bawełnie.

Prawdę mówiąc, i bawełnę trudno było w tych spodniach znaleźć. Były z plastiku. Glutenu jednak na sto procent nie zawierały.

Właściciel odgrażał się, że wkrótce zacznie sprzedawać bluzki jedwabne bez laktozy oraz majtki wolne od GMO. Wszystkim niedowiarkom skutecznie zamykał usta.

Wiedział, że będą to zwykłe majtki z plastiku, więc jakim cudem miałyby być z GMO? Nikogo nie zamierzał oszukiwać. Przecież to, co mówił, to była czysta, żywa prawda…

Jednak to, czy bielizna na powiatowym targowisku jest bezglutenowa, czy bez laktozy, nikogo w Głuszynie nie interesowało. Mało kto jadał majtki czy biustonosze, choć owszem, słyszeli o facecie, który zadławił się skarpetką.

Wszystkim chodziło o jedno. O to, co budowano pod osłoną ogrodzenia z blachy falistej, a czasami i nocy, w tym jednym ważnym, ba! nawet strategicznym miejscu Głuszyna.

Budowa trwała w najlepsze i budziła ludzi po nocach. Wiadomo, takie budowy bywają głośne. Budziła też kontrowersje, bo nikt nie lubi zmian, a ta zmiana wyglądała na drastyczną.

To coś, co się tam budowało, było zdecydowanie inne niż to, co było tam dotychczas, a to niepokoi.

Niektórzy wiedzieli, co to będzie.

Niektórzy wiedzieli nawet, co teraz będzie.

A nie było to takie oczywiste.

– Jak to co? – odpowiadali ci, którzy posiedli choć odrobinę wiedzy. – Normalnie, będziemy mieli tu pierwsze polskie Roswell! Prawdziwe, z kosmitami i wszystkim! Jeszcze nam Strefę 51 dowalą gdzieś obok i będzie super.

– Ale że nam tu Amerykanie bazę wojskową założą? Lotniczą? W Głuszynie?!

– A gdzie tam! Ja mówię o prawdziwej Strefie 51, takiej z kosmitami, antygrawitacją i w ogóle, a nie o głupotach.

Kosmici są w porządku. To znaczy nie tak, że całkiem. Przede wszystkim trzeba sobie powiedzieć raz na zawsze, że kosmitów nie ma, nie istnieją, i jako tacy są w porządku. Problemem jest dopiero ich istnienie, bo gdyby istnieli, to już w porządku by nie byli. I teraz tak: jako nieistniejący nikomu nie wadzili, budzili nawet nadzieje na lepszą przyszłość i jakieś dodatkowe zarobki. Gdyby jednak zaczęli istnieć, to mog­liby trochę przerażać. Nikt przecież nie pragnie, żeby UFO porwało mu krowę czy coś w tym rodzaju, a zdarzają się gorsze rzeczy od porywania krów.

***

Mówi się, że polska wieś się nie zmienia, że jest tradycjonalistyczna i na wskroś zacofana, że nic tu się nie dzieje i nic nie jest w stanie jej zmienić.

A jednak.

Całe to gadanie o tradycjach i niezmienności jest tylko zwykłym błądzeniem.

Wieś się zmienia, i to bardzo. Co czwarty polski rolnik szuka w sieci informacji na temat prowadzenia gospodarstwa, wpadając nieraz na bardzo dziwne pomysły rodem z teorii spiskowych, co drugi kupuje w internecie maszyny rolnicze, nie zawsze z dobrym skutkiem, a co pierwszy…

No tak.

Głuszyn się zmienił. Niby od przyjazdu (i odjazdu) laureatów sławetnego konkursu literackiego minęło zaledwie kilka miesięcy, a jednak w Głuszynie zmieniło się wiele, o ile nie wszystko.

Nagle, opromieniony sławą miejsca prawdziwej, choć też i literackiej zbrodni, obfotografowany i coraz bardziej rozpoznawalny, Głuszyn, o którym dotąd mało kto słyszał, wywindował się na pierwsze strony gazet i stał się tematem rozmów na facebookowych forach.

Stał się też obiektem zainteresowania różnych grup czytelniczych i pisarskich, a nawet plotkarskich tabloidów.

Wielu ludzi zaczęło tu przyjeżdżać, niby to po drodze do kurortów albo innych miejsc wypoczynku, co wymusiło na mieszkańcach pewne czynności dostosowawcze. Pokoje gościnne odmalowano, bo coraz częściej trafiali się chętni, „letnie kuchnie” poprzerabiano na przybytki sztuki kulinarnej, powystawiano stragany z czym popadnie. Jak wiadomo, kiedy wieś ma swoje pięć minut, to trzeba z tego skorzystać, bo pięć minut to pięć minut i szybko może się skończyć, a kolejnego morderstwa raczej nikt nie planował, choć to nigdy nie jest pewne.

Przyczyną tych zmian była oczywiście wspomniana zbrodnia, ale nie tylko.

Pałacyk został sprzedany.

Fakt ten zaciekawił mieszkańców, ale początkowo nikt nie podejrzewał, że ta sprzedaż aż tak wpłynie na obraz wioski, a nawet i całej okolicy.

Niby początkowo hotel, i to bardzo ekskluzywny hotel w takiej mało ekskluzywnej miejscowości, nie wzbudzał wielkiego entuzjazmu, ale powoli ludzie się jakoś do niego przyzwyczaili. Zbrodnia trochę ociepliła relacje personelu z miejscową ludnością, a goście zaczęli przyjeżdżać zwabieni całkiem możliwe, że czystym powietrzem albo ewentualnie morderczą atmosferą (tego nie udało się ustalić, bo mało kto się przyznaje do mrocznych skłonności), ale właścicielowi to się znudziło.

W tej branży tak czasem bywa. Ludzie potrafią naprawdę dać w kość.

Roszczeniowi klienci, którzy żądają czystej pościeli i papieru toaletowego co drugi dzień, marudni smakosze, którzy zjedliby coś poza schabowym, wredni pyskacze, którzy uważają, że kurz na szafce nocnej powinien znikać regularnie (i bez smug), a nie tylko raz na tydzień.

Koszmar.

Właścicielowi odechciało się hotelarstwa całkowicie. Hotele pożerają czas oraz pieniądze i niestety potrzebują obsługi, która potrafi zrozumieć, że gość jest ważniejszy od właściciela czy menedżera, że jest wręcz najważniejszy.

On tego nie umiał.

Nie nadawał się do tego.

Był pisarzem.

Poza tym, choć mówi się, że prowizorka potrafi być bardzo trwała, to jednak tu się to nie sprawdziło i zbudowany na słowo honoru pałacyk zaczął się sypać zdecydowanie zbyt szybko.

Pierwsza wieżyczka rozpadła się jeszcze w czasie pobytu laureatów, dwie następne zaraz po ich wyjeździe.

W sumie nie była to jakaś spektakularna czy wielka katastrofa, bo wieżyczki nie były w żaden sposób funkcjonalne i nie wyglądały pięknie, ale trzy kupy gruzów też pięknie nie wyglądały, a sprzątanie kosztuje.

Ponadto pałacyk wymagał nakładów, pracowników i reklamy, czyli po prostu pieniędzy.

Właściciel nie zamierzał się w to więcej bawić.

Ogłosił się w internecie, zszedł z pierwotnej ceny trzy razy, prosił, błagał, kombinował. W końcu sprzedał.

Może nie zarobił, ale przynajmniej nie musiał już dokładać.

Sprzedaż oczywiście nie od razu dotarła do świadomości ogółu, bo przecież nie rozgłaszano jej wszem wobec. To stało się powoli, aczkolwiek nieodwracalnie. Najpierw więc zniknęli goście, potem pojawiły się rusztowania, następnie zasłaniający widok płot z blachy falistej, a na nim żółta tablica informacyjna oraz kilka zakazów w stylu: Teren budowy. Wstęp wzbroniony.

Ludzie pielgrzymowali tam codziennie, zerkali przez szpary w ogrodzeniu, podglądali przez lornetki. Niczego konkretnego nie udało im się jednak zobaczyć, poza bryłą powstającej budowli, co było o tyle istotne, że bryła ta w żaden sposób nie sugerowała, co powstanie na miejscu pałacyku, choć oczywistym było, że to, co powstanie, pałacykiem nie będzie.

Na samym początku wszyscy sądzili, że pałacyk jest po prostu remontowany, ale wkrótce zza płotu dało się zobaczyć pewne elementy, które zburzyły spokój mieszkańców. Były to jakieś mniejsze i większe czasze, które swoimi krągłościami przeraziły kilka osób, bo przypominały kopuły, jakie widuje się w silosach atomowych.

Albo w meczetach.

Albo na Kremlu.

To nie spodobało się mieszkańcom.

Meczet wykluczyli od razu – w okolicy nie było nigdy muzułmanów. Kreml trochę bardziej ich zaniepokoił, w końcu po Rosjanach można się spodziewać wszystkiego, nawet budowy dodatkowego Kremla w co drugiej wiosce, ale też było to mało realne. Natomiast silos atomowy przemówił wszystkim do wyobraźni. Właściwie nie silos, a silosy, bo tych okrąg­łych elementów wystających ponad bryłę budowli było dwa.

Ludzie wpadali w panikę.

Najstraszniejsza zgroza ogarnęła mieszkających najbliżej, czyli Racuchów i babkę Kudasiową, która postanowiła coś z tym zrobić i zaczęła (swoim zwyczajem) obnażać się pod płotem. To z kolei tak bardzo zdenerwowało jej córkę, że i ona wpadła w panikę.

W końcu silosy atomowe za stodołą to prawdziwy kłopot.

Poszło sporo petycji do pani sołtys oraz do burmistrza, zorganizowano kilka pikiet, napisano setki donosów, w tym jeden do Państwowej Agencji Atomistyki z zawiadomieniem o jądrowej samowolce oraz drugi do Polskiej Izby Hotelarskiej z zapytaniem, czy hotel, który powstaje w Głuszynie, będzie równocześnie elektrownią jądrową, czy może wyrzutnią rakiet dalekiego zasięgu.

Bo wszyscy początkowo liczyli, że będzie to jednak jakiś hotel. Co innego mogło to być?

Na Facebooku wywołano panikę za pomocą spreparowanych newsów o tym, że silosy atomowe będą wyposażone w nadajniki 5G do celowego skażania płodów rolnych oraz kontrolowania dzietności mieszkańców.

Dzietność już właściwie mieszkańców nie dotyczyła, bo prawie wszyscy byli powyżej wieku reprodukcyjnego, a płody rolne sprzedawano do miasta, więc i tu nie było problemu, niemniej panika wybuchła i szerzyła się w najlepsze.

Ponieważ jednak rozruchów nikt nie chciał, a oglądanie Kudasiowej obnażającej się pod płotem ludzi nie cieszyło, ktoś litościwie powiesił na płocie tabliczkę, na której kredą napisano: Instytut Kosmitologiczny, co załatwiło sprawę i uspokoiło nastroje.

Chwilowo, ale jednak uspokoiło, bo Luśka Kadłubek wyjaśniła, że będą tam robić liposukcję, dermabrazję i lifting.

Chłopów to nie zainteresowało, baby nie wiedziały, co to takiego, ale instytut zajmujący się kosmetykami i kosmetyką nikomu nie przeszkadzał.

To, co mówiła Luśka, nie było prawdą, ale na jakiś czas rozładowało napiętą atmosferę. Tak to jest zdawać się na opinię kogoś, kto sam niewiele wie, ale żądny atencji udaje specjalistę.

No i umiejętność czytania też miała tu pewne znaczenie.

O tym, że instytut będzie się zajmował kosmitami, wieś dowiedziała się kilka miesięcy potem. Na panikę było już jednak za późno.

To znaczy właściwie na panikę nigdy nie jest zbyt późno, ale w tym momencie nic już nie dało się zrobić.

Stefanek, prawie już osiemnastoletni syn Mietki Racuchowej, rozważał, co prawda, wysadzenie obiektu w powietrze, ale w tym momencie znów był czasowo uziemiony w ośrodku wychowawczym, więc niewiele mógł zdziałać.

Potem, kiedy już uciekł i wrócił do domu, stwierdził, że właściwie kosmici są w porządku, i postanowił niczego na razie nie wysadzać. Założył na Facebooku grupę „Polskie Roswell – kosmici w Głuszynie”, zbierał wokół siebie zainteresowane tematem osoby (oraz donejty) i czekał na rozwój wydarzeń.

***

Aspirant Andrzej Balicki podniósł słuchawkę telefonu stacjonarnego (tylko taki mieli na posterunku) i natychmiast się skrzywił, słysząc skrzekliwy, wredny, władczy i napuszony głos starszej aspirant Lidii Czubajko.

Nienawidził jej. Z wzajemnością.

Od kilku miesięcy pracowała w komendzie powiatowej, gdzie przeniosła się ze względu na swojego narzeczonego Bartka Krynickiego, który był zarazem jego podwładnym. Balicki za każdym razem, gdy miał do czynienia z Czubajko, chciał chłopaka przetrącić albo udusić – w końcu to on był winien całego tego nieszczęścia.

Gdyby nie ich miłość, bezsensowna, głupia i nierokująca na przyszłość, ta koszmarna baba wróciłaby spokojnie do Warszawy i nigdy by już jej nie zobaczyli, a tak stała się (aspirant Czubajko, nie miłość) istotnym i niestety denerwującym elementem codzienności na posterunku.

Bartek Krynicki nic sobie z tego nie robił, choć ostatnio nie wyglądał najlepiej.

– Aspirant Balicki? Co wy tam, do cholery, wyprawiacie?! Zróbcie coś, bo znów dostałam trzy anonimy! Ja tego nie mogę tak zostawić! Nie wierzę w wasze tłumaczenia! Wy kogoś tam kryjecie, tak? Przyznać mi się tu natychmiast! Już!

Balicki odsunął słuchawkę od ucha i spojrzał wymownie na podwładnego.

Bartek Krynicki wzruszył ramionami.

– Co za kretyn znów napisał donos? – zapytał w końcu, zmuszając przełożoną, żeby przerwała swoje wywody.

– Nie wiem. Balicki słyszał?! Anonim! To był anonim! – krzyczała do słuchawki tak, jakby bała się, że ktoś może jej nie usłyszeć.

Anonimy ostatnio zdarzały się coraz częściej i co ciekawe, dotyczyły tego, co działo się na posterunku.

– Proszę go do mnie przesłać, ja się dowiem, kto to napisał – zaproponował, ale się obruszyła.

Problem był poważny. Od kilku miesięcy do komendanta policji powiatowej wpływały donosy na to, że na posterunku w Głuszynie ktoś prowadzi nielegalną hodowlę psów rasowych.

Balicki westchnął.

Anonimy były bezpodstawne, choć właściwe pewne podstawy miały.

Z góry, z kawalerki nad posterunkiem dało się słyszeć psi jazgot. Najpierw było to szczekanie bernardyna, następnie donośne, basowe powarkiwanie nowofundlanda, później zajazgotał york, jamnik, znów można było usłyszeć bernardyna, potem kilka popiskujących szczeniaczków, chihuahuę i jakieś ratlerki.

Niektóre głosy były groźne, inne piskliwe i pełne żałości, jeszcze inne przerażone.

– Dostanę szału z tą papugą! – jęknął Balicki. – Ukręcę jej ten durny niebieski łeb! Przecież tu można oszaleć!

– No, racja – odpowiedział Krynicki, odbierając słuchawkę od przełożonego. – Jak tam, Liduniu? – zwrócił się do narzeczonej. – Jak praca?

Szczebiot „Liduni” doprowadził Balickiego na skraj rozpaczy.

Wszystko się skomplikowało, kiedy zamienił się z matką na mieszkania. Ona wraz z papugą wzięły kawalerkę, on z Sabiną wprowadzili się do domu jego matki. Niby prosta sprawa… a jednak. Sabina za skarby świata nie chciała zamieszkać z przyszłą teściową – za dobrze ją znała i nie miała ochoty na bliskie kontakty ze starszą panią oraz jej papugą.

W ogóle nie miała ochoty nie tylko na bliskie, ale wręcz na żadne kontakty ze starszą panią, pewnych rzeczy nie da się jednak przeskoczyć. Matka jej przyszłego męża była potworem, lecz niestety też właśnie matką jej przyszłego męża i to komplikowało sprawę.

Dlatego, chcąc ograniczyć interakcje, postanowili zamieszkać oddzielnie.

Sabina mogła oczywiście wprowadzić się do mieszkania Andrzeja nad posterunek.

Jednak, choć kawalerka na strychu była spora i całkiem wygodna, była też odrobinę za ciasna dla dwóch osób o wyrazistych charakterach i dużej potrzebie swobody, a czasami nawet i samotności.

Dlatego nastąpiło przetasowanie. Oni przeprowadzili się do domku, Balicka do kawalerki. Gdyby nie papuga Pinda, wszystko byłoby cudnie.

No ale cóż, życie bywa skomplikowane.

Papuga, która dotychczas używała tylko jednego niecenzuralnego słowa „kurwa”, przestała kląć już jakiś czas temu, co zachwyciło wszystkich purystów językowych z okolicy, którzy sami, co prawda, od przekleństw nie stronili, ale uważali, że papudze nie wypada.

Przestała rzucać soczystymi kurwami, ale nie zamilkła na wieki. Zaczęła szczekać. Coś za coś. Początkowo wszystkich to zachwyciło. Balicka wpadła wręcz w swoistą euforię i zaczęła żądać uznania jej za najlepszego trenera osobistego wszech czasów. Papuziego trenera osobistego. Trzeba przyznać, że oduczenie kogokolwiek przeklinania jest sukcesem. Przynajmniej początkowo tak się wydawało.

I choć bas bernardyna dochodzący z niebieskiego ptaszyska pod sufitem powodował pewien dysonans poznawczy, to przecież do wszystkiego można się przyzwyczaić.

Z tym że o ile klnąca dotychczas po ludzku papuga używała tylko jednego soczystego słowa, o tyle, kiedy przekwalifikowała się na język psi, nie zamierzała się ograniczać. Niestety.

Szczekała namiętnie i bardzo umiejętnie.

Bez przerwy. Dniami i nocami.

Gorzej, że szczekała na całe mnóstwo sposobów. Potrafiła przejść od szczeku bernardyna do jazgotu yorka w jednej chwili, po drodze zahaczając o powarkiwania wilczura, pisk­liwy skrzek pekińczyka czy wredne warczenie pitbulla.

I nie było wiadomo, czy to szczeka ona, czy jakiś prawdziwy pies.

Balicka martwiła się o papugę coraz bardziej. Nienawidziła też jej nowego sposobu bycia, bo mimo że psy kochała, to wolałaby w sumie wiedzieć, jakiego psa posiada, i się jakoś do jego szczekania przyzwyczaić albo choć przygotować. A zdarzało się, że papuga budziła ją w nocy, szczekając jej nad uchem coraz to innym głosem.

Pół biedy, kiedy szczekała ratlerkiem, gorzej, gdy był to nowofundland.

– Pani starsza aspirant – jęknął Balicki do telefonu – tam nie ma żadnej hodowli. Żadnej, nie tylko nielegalnej, legalnej też nie ma!

– To skąd tam te psy? Przecież nawet teraz słyszę! – upierała się policjantka.

– Tam nie ma żadnych psów!

– Balicki, wy mi tu nie kłamcie! Nie jestem głucha! I nie jestem idiotką! Są!

Czubajko papugę znała, i to nawet z bliska. Dlatego jej nie polubiła. Kontakty dziobowo-nosowe z papugą bywają boles­ne i krwawe.

Tyle że znać Pindę to jedno, a wiedzieć, co ona potrafi, to zupełnie co innego.

Balicki odłożył słuchawkę po tym, jak przełożona zawiadomiła go, ile i jakich komisji przyjedzie na posterunek w najbliższym czasie. Nie miał ochoty tego słuchać, ale nie słuchać nie mógł.

– Szefie, da szef gryza? – zapytał go Bartek, maślanym wzrokiem wpatrzony w woreczek strunowy z gigantyczną kanapką, którą do pracy przygotowała Andrzejowi Sabina.

Była to jedna z tych kanapek, które śnią się po nocach. Kanapka ideał. Ozłocona jajkami na twardo, utkana sałatą, rozświetlona pomidorkiem, napakowana szynką, wysmarowana masłem i domowym majonezem, pachnąca ogórkiem i rzodkiewką, posypana szczypiorkiem i ubogacona serem z dziurami.

Kto by takiej nie chciał?

Nawet człowiek napchany po brzegi stanąłby nad taką kanapką i dostał ślinotoku. Bartkowi jednak zaświeciły się oczy nie tyle z powodu piękna kanapki, ile dlatego, że był głodny.

– A weź, możesz zjeść całą. – (Kanapka była zrobiona ze sporej bagietki). – Sabina dała mi tego więcej – powiedział przełożony i natychmiast pożałował.

Mówi się, że w człowieku są dwa wilki: jeden dobry, drugi zły, a wygrywa ten, którego się karmi. Otóż w Balickim też siedziały dwa wilki, oba dobre, ale jeden chciał nakarmić Bartka, żeby nie chodził głodny, a drugi chciał, żeby chłopak trochę pomyślał i wreszcie przejrzał na oczy.

Prawda była taka, że Bartek Krynicki głodował.

Nie chodziło o marną pensję czy coś w tym rodzaju. Nic z tych rzeczy.

Chłopak od kilku miesięcy chodził głodny z innego zupełnie powodu, ku rozpaczy matki oraz przyjaciół, i nic nie można było na to poradzić.

– Co, nie masz drugiego śniadania? – zapytał Andrzej, nie wiedząc, jak zagadnąć o sprawy, o których plotkowała cała wieś i pół powiatu, ale o których Bartek jak dotąd nie chciał rozmawiać. – Dlaczego sobie kanapki nie zrobiłeś? Nie, żebym ci żałował, tak tylko pytam…

– Lidunia tylko zupki chińskie kupuje. Chleba nie miałem.

– To trzeba było kupić samemu!

– Kiedy nie mogłem, przecież byłem wczoraj w pracy do wieczora prawie. No i nie chciałem jej obrazić. No, bo szef wie, jak ona mi tę zupkę daje, to tak jakby dawała obiad, a nie wypada obiadu nie zjeść, tylko robić sobie coś innego.

Kulinarny romantyzm potrafi czasami doprowadzić człowieka do śmierci głodowej.

– No to było zjeść na szybko i wziąć sobie kanapkę, czy co?

– Kiedy te zupki na sucho tak dość trudno się chrupie. No i jak żona poda, to trzeba się cieszyć…

– Żona? Przecież to nie jest twoja żona! – obruszył się Balicki i chciał coś dodać, ale nie mógł.

– Jeszcze – powiedział Bartek i trudno było zgadnąć, czy to słowo jest wyrazem nadziei, czy przerażenia.

I na tym właśnie polegał problem.

Bartek był zbyt delikatny, a na dodatek Lidunia była starsza stopniem.

Niby nie powinien być to problem w zgodnym stadle, ale…

– Powiedziała, że gotować nie ma zamiaru. No i teraz tak: do matki na obiad nie mogę, bo się Lidunia obrazi, że jestem maminsynkiem, ugotować nie umiem, zresztą nie mam czasu, więc chodzę głodny. Od sześciu miesięcy jem na obiad zupki chińskie na sucho i już nie daję rady. Ona w powiatowej ma stołówkę, to zje sobie i barszcz, i gulasz – westchnął tęsknie. – A ja? Szefie, ja ją kocham, ale ja muszę jeść! – wyznał w końcu z takim żarem, że Andrzej aż się uśmiechnął pod nosem.

Ta chwila szczerości sprawiła, że poczuł, iż jest jeszcze szansa dla Bartka.

Miłość Bartka i Liduni, a właściwie – trzeba to powiedzieć dokładniej – posterunkowego Krynickiego z komisariatu w Głuszynie i starszej aspirant Lidii Czubajko, rozkwit­ła w cieniu zbrodni i w cieniu tej samej zbrodni zamieniła się w narzeczeństwo. Była to miłość ze wszech miar zdroworozsądkowa i całkowicie nierozsądna. Choć takie połączenie wydaje się niemożliwe, to jednak tak właśnie było. Bartek chciał mieć żonę – dobrą, miłą dziewczynę, która posprząta, ugotuje, wyprasuje mundur, a wieczorem przytuli, a może nawet będzie miała ochotę na seks. Albo choć na piwo.

Aspirant, starsza zresztą aspirant, o czym nie pozwalała nigdy i nikomu zapomnieć, chciała mieć męża.

Tylko tyle.

To niby dość proste marzenie, ale niezbyt proste w realizacji, jak się przekonała. Po kilku związkach, z góry niestety skazanych na zagładę przez żony współistniejące, a w trzech przypadkach i dzieci, postanowiła zdobyć męża za wszelką cenę.

I wtedy trafił się Bartek.

Oboje zakochali się w sobie niejako z rozsądku. Bartek wiedział, że na wsi żony nie leżą na ulicy, to znaczy czasami leżą, ale te, co leżą, na ogół mają już mężów i są pod wpływem. Lidia Czubajko wiedziała, że wolny facet z pracą i bez nałogów oraz dzieci w mieście to po prostu skrajna rzadkość.

Na szczęście oboje lubili seks, choć i z seksem jest jak z zupą pomidorową. Niby albo się lubi, albo nie, tyle że nawet z tym bywają kłopoty, bo jedni wolą z ryżem, drudzy z makaronem.

Tu jednak problemem okazało się coś innego. Małżeństwo. Oboje go chcieli, ale każde z innego powodu. Bartek chciał mieć dom, dzieci i obiad trochę bardziej wyszukany niż chińska zupka posypana wnętrznościami na sucho. Lidia chciała mieć tylko i wyłącznie papierek, status mężatki.

Jako starsza stopniem nie miała zamiaru gotować, prać czy prasować dla… no, trzeba sobie to powiedzieć wyraźnie, podwładnego! To uwłaczałoby jej godności.

Lidia i Bartek ślubu jeszcze nie wzięli, ale planowali już budowę wspólnego domu na działce brata pani sołtys, czyli prywatnie matki posterunkowego, a tymczasem zamieszkali razem w wynajętym mieszkaniu w jedynym w wiosce bloku, który gmina postawiła dla swoich pracowników.

Wielka, wielowarstwowa kanapka szybko zniknęła w wygłodniałej paszczy Bartka, a jego oczy prosząco zwróciły się ku przełożonemu.

– Mowy nie ma! – Andrzej postanowił, że nie odda Bartkowi kolejnej kanapki, i to dla jego własnego dobra. – Tak nie może być! Ty się z nią wykończysz! Musisz tę sprawę jakoś załatwić! Może twoja matka mogłaby pomóc?

***

Pinda nie lubiła mieszkania nad posterunkiem. Zwłaszcza nie lubiła zostawać w nim sama, a choć zdarzało się to rzadko, to jednak czasami Balicka wychodziła z domu bez papugi, bo ptaszysko było wielkie, ciężkie, nieporęczne i wzbudzało popłoch szczekaniem.

Najdziwniej reagowały koty, bo nic im się nie zgadzało – niby na węch był to ptak, na słuch pies, a na oko coś, z czym trudno byłoby powalczyć.

Balicka drzwi na klucz nie zamykała, bo i po co? Jej zabezpieczeniem był posterunek i Andrzej z Bartkiem, którzy rezydowali na parterze. Poza tym Pinda nie umiała obchodzić się z klamkami, więc Balicka czuła się bezpieczna.

Nie powinna była.

Papuga nauczyła się walić dziobem w klamkę tak długo, aż ta ustępowała, a drzwi pchnięte nawet lekko papuzim ciałem stawały otworem.

Pinda wymykała się więc piechotą po schodach, niezauważona przez nikogo. Może gdyby wylatywała, to ktoś zainteresowałby się łopotem skrzydeł i jakoś ją powstrzymał, a tak spacerowała po wsi, często gęsto rzucając się w oczy, ale…

Ponieważ papugi nikt – poza wąskim kręgiem ludzi wtajemniczonych – za bardzo nie znał, była ewenementem, a na dodatek wzbudzała grozę i popłoch wśród turystów.

Idący poboczem wielki niebieski pies z dziobem wywołuje naprawdę wiele kontrowersji, a kiedy jeszcze w okolicy jest instytut… jakikolwiek by nie był, bo instytut zawsze brzmi groźnie i kojarzy się z eksperymentami medycznymi, naukową samowolką oraz doświadczeniami na żywych organizmach, to pojawienie się czegoś takiego naprawdę przeraża.

Oczywiście ludzie powinni już na pierwszy rzut oka rozpoznać w papudze papugę, ale tak to nie działa.

Po pierwsze, w Polsce takie nie żyją, po drugie, idzie zamiast lecieć, idzie, a nawet kroczy, po trzecie, szczeka i po czwarte, choć niekonieczne ostatnie, może być kosmitą.

Papuga swoje spacery ograniczała do najbliższej okolicy. Najczęściej podchodziła do większych skupisk ludzkich, wyrywała jakiemuś dziecku kanapkę albo smoczek, kradła coś z koszyka, siatki czy otwartego bagażnika i wracała do domu.

Balicka nic o tym nie wiedziała, bo początkowo mało kto chciał się chwalić, że widział niebieskiego psa.

To nie wyglądało dobrze. I nie świadczyło korzystnie o zdrowiu psychicznym ani ewentualnie o czasowo obecnych we krwi promilach.

Kiedy więc Balicka wracała do domu i zastawała otwarte drzwi, a na podłodze znajdowała resztki jedzenia, szczególnie takiego, którego ani nie kupowała, ani nie miała w lodówce, wpadała w panikę.

Obawiała się, że coś się dzieje z jej pamięcią.

Bo skoro tyle razy zapomniała zamknąć drzwi, ba, zostawiła je otwarte prawie na oścież, a na podłodze leżała kanapka z wołowiną, której nie kupowała od miesięcy (a zdarzały się gorsze rzeczy, na przykład paczka prezerwatyw, żel do higieny intymnej albo wyglądający jak wąż wędzony węgorz), to znaczy, że jest źle, a może być jeszcze gorzej.

Na wybrykach Pindy, wcale zresztą o tym nie wiedząc, najbardziej skorzystała Sabina, bo Balicka ostatnio jakoś się nudziła. Starsza pani nie raz i nie dwa już się zastanawiała, co by tu wymyślić, żeby się trochę zabawić. Oczywiście czyimś kosztem.

Nie była biedną, miłą staruszką, na jaką wyglądała, ale Sabiny bała się tknąć. Ze względu na kłopoty z pamięcią bardzo ostrożnie obchodziła się z przyszłą synową, widząc w niej przyszłość i zabezpieczenie dla syna.

Wieś jednak wrzała.

Wrzał też internet oraz kręgi zbliżone do sklepu spożywczego.

– A ten zdziczały pies? No, masakra! Wiem, że psy są potrzebne, ale to już jest przesada! Powinien być uwiązany! Wczoraj poszłam na spacer, patrzę, a tu biegnie taki, normalnie niebieski! Jakiś zmutowany był! Warczał, sapał, najpierw do mnie, potem do mojego dziecka, syczał, że aż mi włosy dęba stanęły! Zaczęłam uciekać z córką w wózku, a ten normalnie zaczął nas gonić, dopadł nas, o mało mi dziecka nie zeżarł, wskoczył do wózka i chciał je porwać… W końcu zabrał dziecku bułkę, mnie walnął skrzydłem, że aż siniaka mam, o, poprawił dziobem, warknął… A szczekał! I zaraz ktoś powie, że biedny piesek, a to jakiś mutant ludojad, co się z instytutu wydostał i teraz nas nocą pozagryza!

Z tego typu opowieściami jest tak, że się mnożą, bo każdy chciałby przecież albo dodać do nich coś od siebie, że on też, i to bardziej, albo przedstawić im coś o wiele straszniejszego, bo on to dopiero, że ho, ho, widział, oj, straszne rzeczy widział, a niebieski pies to przy tym pryszcz normalnie, zwykły pryszcz. Wiadomo, takie opowieści sprawiają, że człowiek zaczyna się liczyć w podsklepowym towarzystwie, dlatego mutanty zaczęły się multiplikować.

Były to oczywiście mutanty kosmiczne. Prawdopodobnie wyhodowane… Takie z jakiegoś DNA, tylko kosmicznego, coś jak dinozaury z Parku Jurajskiego, tylko bardziej.

Atmosfera wokół instytutu gęstniała.

***

Mirella Paciorek z torbą z laptopem i notesem pod pachą chodziła po Głuszynie od domu do domu i usiłowała rozmawiać z ludźmi o swoim dziadku Apoloniuszu.

Odkąd zamieszkała w wiosce, zrezygnowała ze swojego uwielbienia do neonowego różu i przerzuciła się na fiolety, co także budziło zdziwienie, gdyż one też były neonowe, ale trochę jednak bardziej stonowane.

Jakoś tak się przypadkiem stało, że zainteresowała się swoim dziadkiem dopiero teraz i miała zamiar jak najwięcej dowiedzieć się o jego życiu. Wcale nie dlatego, że go kochała, w zasadzie prawie zupełnie go nie znała. Kiedy jednak opromieniła go sława seryjnego mordercy, postanowiła na tym skorzystać i trochę się na tej sławie wypromować.

Jej dziadek Apoloniusz miał cztery żony, z czego pierwsza zmarła, a trzy kolejne uciekły, co sprawiło, że wszyscy się nad nim litowali. W końcu piętno rogacza to bolesna sprawa. Trochę się zdziwili, kiedy okazało się, że rogaczem jednak nie był. W każdym razie nie w takim sensie, w jakim dotąd go postrzegali. Z jakichś przyczyn je przecież zabił.

Odnalezienie ich szkieletów wiele sugerowało i bardzo zmieniło ogląd sprawy.

Mirella pisała właśnie erotyk, który według wszelkich znaków na niebie i ziemi powinien spodobać się wydawcy i podbić rynki na całym świecie. Erotyk z domieszką thrillera autobiograficznego, bazujący na wyczynach dziadka mordującego własne żony.

To było coś tak genialnego, że liczyła na gigantyczny sukces sprzedażowy, ale żeby zwiększyć swoje szanse, chciała o dziadku dowiedzieć się jak najwięcej.

Wynajęła domek w Głuszynie i codziennie rano nachodziła, kogo się dało, usiłując wyciągnąć jakieś informacje o swoim nieżyjącym protoplaście.

Ludzie, którzy Apoloniusza znali, niewiele jednak umieli o nim tak naprawdę powiedzieć.

– No, dobry chłop był – mówili najczęściej, sądząc, że o zmarłych tylko dobrze, a przy rodzinie to jak najlepiej, żeby nie było kłopotów, bo jeszcze dziewucha zapisze, a potem do sądu poda o zniesławienie.

Mirella nie tego oczekiwała.

Pragnęła makabrycznych opowieści o zbrodniach, awanturach, a jakby się dało, to i o krwi na ścianach, ale albo wieś była ślepa i głucha, albo dziadek jako morderca naprawdę dyskretny, zresztą… Nie został ani osądzony, ani skazany.

Nie zostało nawet udowodnione, że te żony zabił właśnie on, bo i po co było to udowadniać? On już nie żył, żony też, nikomu się jakoś nie chciało i w sumie nie bardzo było wiadomo jak, bo dowody z pewnością szlag dawno trafił.

Zresztą nikomu to do niczego nie było potrzebne.

Oprócz oczywiście Mirelli.

Gdyby jednak trochę się w sprawę zagłębić, to wieś bywa i ślepa, i głucha, ale tylko wtedy, kiedy tego chce.

Tak więc dziewczyna powoli zadomawiała się w Głuszynie, licząc, że w takim naturalnym i idealnie sielskim środowisku szybko napisze książkę, a kiedy już będzie trochę bardziej stąd, wszystkiego jakoś się dowie.

Kiedy gruchnęła wieść, że w dawnym domu Apoloniusza Paciorka powstaje Instytut Kosmitologiczny, Mirella zastanawiała się właśnie, jak daleko może się posunąć w opisie ostrych aktów seksualnych, tak żeby czytelnik dostał wypieków, ale żeby wydawca nie posłał jej do diabła, a ksiądz nie wyklął z ambony.

Po długim namyśle zrezygnowała z sadyzmu i masochizmu, postanowiła za to wprowadzić kosmitów.

Dawali jej dużo swobody w kwestii tak modnych ostatnio w erotykach porwań, a mafia już się trochę przejadła, no i co niebagatelne, statek kosmiczny wygląda lepiej niż willa na Korsyce i nie jest taki banalny.

Chciała też wypróbować chipowanie erotyczne, miłość międzygatunkową i inne efekty specjalne związane z kosmitami, którzy mogli przecież okazać się przystojni albo choć dobrze wyposażeni przez naturę.

***

Papuga szalała. Za nic w świecie nie umiała się przystosować do kawalerki nad posterunkiem – w końcu była przyzwyczajona do pałacowych albo choć pałacykowych przestrzeni. Nie pomogło nawet zainstalowanie nad oknem poszarpanej małpy, która miała papudze przypominać dawne życie. Co najmniej kilka razy dziennie Pinda zaliczała skos, po czym ogłuszona padała na podłogę i z piskiem rannego szczeniaka wstawała, otrzepywała pióra i znów próbowała latać w pomieszczeniach, które zupełnie się do tego nie nadawały.

Nie klęła, co teraz coraz bardziej martwiło Balicką.

Mówi się, że lepsze jest wrogiem dobrego, i niekiedy to się sprawdza, ale nie w tym przypadku. Pinda, która dotychczas reagowała swojską „kurwą” na otaczający ją świat, wydawała się nieprzyzwoita i wulgarna, kiedy więc przestawiła się na język psi, wszyscy odetchnęli z ulgą i wpadli w nieposkromiony zachwyt. Nie na długo.

Balicka przez jakiś czas nawet chwaliła się swoim talentem trenerskim i opowiadała wszem wobec, że potrafi ucywilizować każdego.

Teraz, umęczona ciągłym szczekaniem, wpadła w czarną rozpacz. Chciała powrotu do dawnych papuzich zwyczajów, które były jednak bardziej ludzkie. Posuwała się nawet do błagania.

– Pinda, powiedz „kurwa”! Błagam, kurwa, no powiedz: „kur-wa”, no?

Papuga była jednak nieprzejednana.

No i jeszcze to mieszkanie.

Skosy były zabójcze, ale wiadomo, kawalerka została wygospodarowana ze strychu, więc składała się w dużej mierze z samych skosów. Wygodniej im było w domu, ale…

Tam mieszkali teraz Andrzej z Sabiną, a Balicka nie chciała i nie mogła żądać od nich powrotu do kawalerki. Papuga była ważna, ale szczęście syna, szczęście z naprawdę cudem zdobytą żoną – no, prawie żoną – jak na razie było o wiele ważniejsze.

Może gdyby byli już po ślubie?

A tak obawiała się, że Sabina ucieknie i horror związany z poszukiwaniem żony dla syna zacznie się od nowa.

Balicka usiłowała papugę odcywilizować i znów sprowadzić na dawną, usłaną kurwami drogę na wiele sposobów. Raz nawet zorganizowała dla niej meeting, na którym sześć siedzących dookoła ptaszyska osób dla zachęty rzucało kurwami przez pół godziny, ale nic to nie dało.

Papuga zajmowała miejsce na drążku pośrodku pomieszczenia, a dookoła niej na krzesłach usadzono uczestników tego sklętego przedsięwzięcia.

– Teraz ty, Mietka. No, klnij! – dyrygowała Balicka ochotnikami.

– Kurwa! – Mietka rzuciła mięsem z ochotą, ale papuga tylko popatrzyła na nią z pogardą.

– Mirelka! Dawaj! – Balicka zachęciła dziewczynę.

– Kurwa! Kurwa! Kurwa! – rzuciła Mirella, która całkiem dobrze czuła się w tym towarzystwie i lubiła sobie przekląć.

Nic z tego.

Potem kurwowali Stefanek, Maryśka Kawałków i Stefankowa Luśka, ale też bez skutku.

Nie pomogły nawet kurwy chóralne.

Papuga skwitowała wszystko warczeniem.

Kiedy więc objawiły się plany związane z kosmitami i instytutem, Balicka się ucieszyła, i to w dwójnasób. Po pierwsze, liczyła, że w takim instytucie będą naprawdę dobrzy specjaliści od języków – muszą być, bo jakoś z kosmitami dogadać się trzeba. Pomyślała więc, że spróbuje namówić ich do pertraktacji z papugą, może wreszcie ptaszysko powie, o co mu chodzi. Po drugie, sami kosmici też mogli się nadać. Pory­wali krowy, chipowali ludzi, to i na papugę powinni coś poradzić, a jak nie, to choć ją przestraszą.

Próbowała wszystkiego. Nic nie działało.

Wierzyła w nowo powstający instytut jak dziecko w Świętego Mikołaja.

Skrycie sądziła, że szczekanie to coś na kształt papuziej czkawki. Jak coś Pindę przestraszy, to szczekanie jej przejdzie, a co może przestraszyć bardziej niż widok kosmity?

Do tego czasu, czyli do chwili otwarcia instytutu, Balicka musiała jednak znosić psi jazgot w wielu wersjach, czasami chóralny, wielogłosowy, potężny i nieokiełznany, który sprawił, że pojawiły się plotki o hodowli psów na posterunku.

Ludziom hodowla nie przeszkadzała, zupełnie nie. Nic ich nie obchodziły warunki bytowania piesków ani agresywne, intensywne rozmnażanie. Ludzi denerwowały domniemane zyski z takiej hodowli. A psy rasowe dobrze się sprzedają i płaci się za nie ciężkie pieniądze.

Zarobki Balickiej wyceniano na kilka tysięcy miesięcznie i nic nie pomagało tłumaczenie, że żadnych psów nie ma, że jest tylko jedna papuga.

Ludzie nie byli skłonni w to uwierzyć. Uważali nawet, że papuga jest z Balicką w zmowie, tym bardziej że od czasu do czasu ktoś widział podobno ptaszysko maszerujące poboczem – tak, właśnie maszerujące, nie lecące – z pieniędzmi w dziobie.

***

Przemiana pałacyku w instytut następowała za zasłoną ogrodzenia, ale po niedługim czasie ogrodzenie zdjęto i oczom wszystkich chętnych – a naprawdę wszyscy byli chętni – ukazała się kopulasto-klockowata budowla przypominająca przeinwestowane baraki z ambicjami. Dużo tam było betonu, niklu, szkła i plastiku. W końcu instytut musi być nowoczesny.

Nad głównym wejściem w dość kosmicznym stylu pojawiła się tablica z napisem: Instytut Kosmitologiczny im. Apoloniusza Paciorka. Wszystko zostało ogrodzone, obłożone chyba fotokomórkami i wyglądało na niedostępne.

– Dlaczego kosmitologiczny? Chyba lepiej, żeby był kosmiczny? Nie? – zastanawiała się Mirella, dumna z tego, że jakikolwiek instytut jest imienia jej niewydarzonego dziadka, i równocześnie zdziwiona z tego powodu, bo seryjni mordercy (nawet żon) rzadko są tak honorowani.

– No nie, lepiej ufologiczny…

– Kiedy on się UFO nie będzie zajmował, UFO to statki. On się będzie, ten instytut, zajmował kosmitami. O, patrzcie. – Luśka, kiedy już zrozumiała, że o dermabrazji i liposukcji może sobie tylko pomarzyć, a lifting wampirzy to jednak nie tutaj, wyczytała, co się dało, w sieci i oczywiście znalazła stronę ośrodka w internecie.

I tak o głuszyńskim instytucie dowiedział się cały świat. Taki trochę mniejszy cały świat, ale przyjeżdżali dziennikarze z Warszawy, w gazetach i na portalach internetowych pojawiły się wzmianki o nowym instytucie, a do wsi zaczęli przyjeżdżać dziwni ludzie.

Początkowo koczowali w domu Pakosia, który jeszcze jakoś trwał (dom, nie Pakoś), potem zmiękczyli serca mieszkańców, wyciągając portfele, i zaczęli wynajmować pokoje, później pojawiło się nawet kilka naprędce zbudowanych pensjonatów.

Kosmici zaczęli wsi całkiem dobrze służyć – co dziwne, o wiele lepiej niż hotel, który był tu wcześniej.

Był to pierwszy w Polsce instytut zajmujący się kosmitami, a kosmici interesują wszystkich.

Rodziny z dziećmi przyjeżdżały tu na pikniki – tu, czyli do wsi, bo na teren instytutu ludzie trochę bali się zapuszczać.

Brodaci młodzieńcy w okularach krążyli po okolicy uzbrojeni w lornetki, notatniki i różne trudne do zidentyfikowania urządzenia. Wiedziano tylko tyle, że nie były to glebogryzarki, bo trudno spacerować z glebogryzarką pod pachą.

Dziennikarze usiłowali zdobyć pozwolenie na wejście do środka.

Wieś wrzała.

Pod instytut podjeżdżały nocą czarne ciężarówki i wyładowywały jakiś sprzęt.

Ogólnie dużo się działo.

No i oczywiście byli też kosmici. Początkowo tylko w domyśle, ale domysły to potężna broń.

Wieś dzieliła się hipotezami, a były doprawdy przeróżne. Bo skoro instytut powstał – a widać było, że zbudowany został całkiem pokaźnym nakładem kosztów – i miał zajmować się kosmitami, to ci kosmici istnieć musieli. Nikt przecież nie wyłoży takiej forsy na coś, co nie istnieje!

Kosmici zresztą istnieć powinni, co wynika z wielu bardzo mądrych i naprawdę skomplikowanych obliczeń matematycznych, ale są kosmici i kosmici, inaczej mówiąc: kosmita kosmicie nierówny. Bo jeżeli chodzi o jakąś dziką cywilizację żyjącą o miliardy lat świetlnych od Ziemi, to tacy kosmici mogą sobie nawet istnieć. Nikt im tego nie broni. Gorzej z tymi bardziej znanymi, co to porywają krowy, chipują ludzi albo opanowują światowych polityków. Niestety właśnie takich wszyscy sobie wyobrażali.

Zaczęto nawet interesować się wyrobem czapek i kapeluszy wyłożonych velostatem, który podobno bardzo na kosmitów pomaga. To znaczy nie tyle na kosmitów, ile na ich zapędy do grzebania ludziom w głowach, do wpływania na ich myśli i decyzje. I w ogóle przeciwdziała porwaniom.

Produkcja nie doszła do skutku z powodu problemów z dostawą odpowiednich materiałów, ale folia aluminiowa też się nadawała i była tańsza.

Obecność kosmitów odczuwało się coraz wyraźniej. Przypominały o niej instytut i jego zaopatrzony w silosy atomowe budynek, tłumy turystów, dziwni ludzie z rozwianym włosem i zamglonym wzrokiem, którzy krążyli po wsi, robiąc jakieś pomiary, i w końcu sami mieszkańcy, którym udzieliła się atmosfera nadziei na zarobek, całkiem poważnie podszyta przerażeniem.

Prawdę powiedziawszy, silosy podobno silosami wcale nie były, tylko miejscami na mające się niebawem pojawić teleskopy. Co niektórych przestraszyło jeszcze bardziej, bo z logicznego punktu widzenia, jeżeli płaci się za drogi sprzęt do obserwowania, to znaczy, że jest co obserwować. I mimo że ludzie robiący pomiary sami nie wiedzieli, co i po co mierzą, to co drugie słowo, jakie wypowiadali, brzmiało jak „anomalia” albo „promieniowanie kosmiczne”, toteż mieszkańcy spodziewali się mającej wkrótce nastąpić inwazji oraz dwugłowych cieląt.

Mietka uświadomiła wszystkich, iż jest możliwe, że inwazja wcale nie nastąpi, gdyż już dawno do niej doszło, tylko nikt tego nie zauważył.

– Ja ich już widziałam – oświadczyła Mietka Racuch pod sklepem, czym zyskała sobie na chwilę miano fachowca od kosmitów. – Jak żem pierdolnęła w skrzynkę elektryczną w pałacyku, gdy tam jeszcze hotel był, to byli tam, dwa. A sini, chudzi… A oczy mieli takie, że ho, ho, czarne. Normalnie aż strach było patrzeć! – O wujku Adolku, który też tam wtedy był, choć nie żył już od dwudziestu lat, nie wspomniała, ani o tym, że poraził ją wtedy prąd, bo to by zepsuło efekt.

Doskonale pamiętała, jak kilka miesięcy wcześniej, kiedy wpadła do piwnicy pałacyku, który teraz stał się instytutem, i usiłowała się stamtąd wydostać, coś nią telepnęło i rzuciło o ścianę, a wtedy pojawili się oni. Mieli wielkie, czarne, szkliste oczy wielkości kul do kręgli i miny zatroskanych ciotek, a obecny tam też wówczas jakimś cudem Adolek – aureolkę i białą szatę.

– To one tam pewnie jakieś dziury mają.

– Czarne.

– No!

– A mi to krowa okulała – stwierdziła Kudasiowa zatroskanym głosem. Wszyscy zaczęli się zastanawiać, co okulała krowa może mieć wspólnego z kosmitami, ale babka szybko im to wyjaśniła: – Porwali ją i okulili! Pewnie organy jej wycinali.

– Ale że którędy, kopytem? – Kowalska aż jęknęła z zachwytu. Codzienne briefingi pod sklepem zawsze przynosiły wiele ciekawych informacji.

– A kopytem! Kopytem. One sprytne som. Toż to kosmity! I kury przestały się nieść, i krowa dała fioletowe mleko! No…

W fioletowe mleko zupełnie nikt nie uwierzył, choć to była akurat najprawdziwsza prawda. Luśka, wnuczka Kudasiowej, przed dyskoteką robiła sobie płukankę z gencjany na włosy i nie umyła wiadra, ale wiadomo, kosmici byli o wiele wiarygodniejsi.

Jajka poszły na naturalny szampon do włosów, Kudasiowa jednak wolała kosmitów.

Ludzie nagle zaczęli sobie przypominać nietypowe rzeczy i wydarzenia, które do teraz jakoś nikogo nie dziwiły, ale nagle zaczęły się wydawać niepokojące.

Stefanek opowiedział o dziwnym, ba, makabrycznym wydarzeniu na drodze, gdy upalony do niemożliwości (zielskiem) wsiadł do jakiegoś samochodu, żeby się przekimać, a tu nagle samochód ruszył.

– I jechał! Tak powoli, jechał bez kierowcy! Kosmici go przyciągali. Tak ło, ło, jechał jak normalnie zwykłe auto, silnik niewłączony, droga pusta, noc, kierowcy brak, a on jedzie. Aż żem się prawie ze strachu zesrał, bo ja do nich nic nie mam, ale nie chcę, żeby mnie porwali.

Cała sprawa oczywiście z punktu widzenia Stefanka mogła się wydać dziwna, bo rzeczywiście samochód jechał, a Stefanek był tak upalony, że miał zwidy i nie myślał logicznie, nawet wtedy, kiedy właściciel pchający zepsuty samochód przez dobrych kilkadziesiąt metrów z górki na swoją posesję, dopadł go i chciał utłuc.

Wszystko nagle stało się winą kosmitów.

Było to bardzo logiczne, bo przynosili zysk, i to niebagatelny. We wsi wciąż pojawiali się żądni sensacji młodzi ludzie, żądni dowodów poważni naukowcy oraz żądni przygody turyści, a wszyscy musieli gdzieś mieszkać i coś jeść, tak więc zainteresowanie kosmitami należało jak najbardziej podtrzymywać.

Za wszelką cenę i wszelkimi sposobami.

Na dwóch polach pojawiły się nawet kręgi w zbożu, bo ich właściciele stwierdzili, że zadeptane czy nie, ich pole przyniesie więcej zarobku, jeżeli będzie nawiedzone przez kosmitów. Na jednym polu kręgi były piękne, dokładne i koncentryczne, bo do ich zrobienia wynajęto Wasiaka, a on we wszystkim był dokładny. Na drugim, tym u Racuchów, kręgi były trójkątne i choć brzmi to nieprawdopodobnie, a wręcz wywołuje oburzenie, bo kręgi nie mogą nie być okrągłe, to jednak trójkątne wzbudziły o wiele większy entuzjazm turystów.

Mąż Racuchowej był zbyt pijany, żeby dobrze się zająć sprawą, i jedyne, co potrafił zrobić, to trójkąty, ale czasami tak po prostu jest, że niedoróbka wzbudza zachwyt, a prawdziwe dzieło sztuki – tylko wzruszenie ramion.

O ile jednak kosmici byli pożądani jako wabik, o tyle jako istoty już tak bardzo pożądani nie byli. Ludzie się ich bali. Bali się też samego instytutu i kopulastych tworów, które miały służyć do przesyłania komunikatów podprogowych.

Kilkoro mieszkańców przestraszyło się tak bardzo, że zdemontowali w domach wszystkie progi, żeby kosmici nie mieli gdzie zostawiać swoich podprogowych wiadomości.

A przecież to jeszcze nie wszystko. Byli jeszcze reptilianie.

– Takie ło, ło, gady, co się za ludzi przebierają, łuskate takie, wężate… – Po wsi krążyły internetowe obrazki z gadzią królową angielską oraz Barackiem Obamą. – O, i patrzcie, co mają za uszami!

O ile większość ludzi, a już na pewno politycy, ma wiele za uszami, o tyle ci mieli coś jeszcze.

– Mają takie specjalne tchawice za uszami! Kto to widział, żeby oddychać tchawicami?!

Była też trzecia opcja: ludzie, którzy twierdzili, że w instytucie, tak jak w amerykańskiej Strefie 51, trzymane są zwłoki kosmitów, a co za tym idzie, niedługo ich pobratymcy dokonają desantu na Głuszyn, żeby odbić swoich, a dla niepoznaki porwą całą ludność i wymienią ją na sobowtórów.

– Żeby się nie wydało. Wiadomo.

Niektórzy twierdzili, że kto wie, może już to nastąpiło i populacja miasteczka składa się z samych kosmitów, tylko doskonale się kamufluje.

– Bo dlaczego Mietki Racuch mąż tak ostatnio mniej pije? A? Dawniej to i trzy butelki bimbru dał radę sam obalić, a teraz wymięka przy drugiej?

Nikt nie brał pod uwagę stanu wątroby męża Mietki, ale dziwił się każdy.

– A dlaczego stara Kudasiowa prawie się już za stodołą Racuchów nie obnaża? Może ze trzy razy na tydzień tylko?

– A sołtyska? Dlaczego chodzi taka markotna, że strach, a cieszyć się powinna, żonę dla syna znalazła?

– A Balicki? Babę sobie wziął? Teraz? Też nienormalne… Na stare lata?

Wszystko było jakieś nie takie.

Tylko zarobki koiły nerwy.

No ale… Zarobki to ważna sprawa, tyle że kosmici też, a w instytucie działo się naprawdę dużo. Ciężarówki podjeżdżały, odjeżdżały, jakieś światła błyskały nocą, jakieś odgłosy buczące, kosmiczne się stamtąd wydobywały… No i ten Apoloniusz Paciorek.

Bo tylko kosmici mogli nazwać swój przybytek imieniem seryjnego mordercy. Ludzie by tak nie zrobili. Niby Paciorek im nie przeszkadzał, nazwisko jak nazwisko, a dom kiedyś należał do niego, ale szkielety?!

Ze szkieletami to był prawdziwy problem, bo w Głuszynie rzadko się zdarzało coś takiego. Odkopane przypadkiem na terenie pałacyku, a więc domu Paciorka, trzy szkielety wiele zmieniły w postrzeganiu świata przez miejscowych. Paciorek, dotąd biedny rogacz, od którego uciekły aż trzy żony, okazał się chyba – bo nie zostało to ostatecznie dowiedzione – mordercą.

Tyle że teraz to już nikt nie wierzył w winę Paciorka. Wszyscy podejrzewali kosmitów, bo skoro Mietka ich widziała w piwnicy, i to kilka miesięcy temu, to mogli w tej piwnicy koczować od dawna. A jeżeli tak, to mogli też mordować!

Albo szkielety nie należały wcale do zaginionych żon, tylko do kosmitów? Stefanek mówił, że czaszki były uśmiechnięte, makabrycznie uśmiechnięte, a to nie jest normalne u ludzi.

Makabryczne uśmiechy? Jak to w ogóle możliwe? Jeszcze po śmierci? Nikt nie wierzył w zapewnienia policji, która sprawę zwyczajnie zamiotła pod dywan.

No i przy szkieletach znaleziono dziwny wisiorek. Srebrny. Miał takie kółeczko z wąsami na boki – podobno nazywa się to „alfa”. Musiał być z kosmosu.

Powinni zrobić jakieś śledztwo, a nie tak o, zostawiać sprawę. Ale zostawili. Dlaczego? Przypadek?

I dlaczego ten instytut powstał w Głuszynie? To nie było innych miejsc? Co, w Warszawie było za ciasno?

No, dlaczego? A dlatego, że oni, ci z instytutu, wiedzieli coś, czego nie wiedział nikt inny. Wiedzieli, że kosmici już tu są albo wkrótce się pojawią. Przecież nie budowaliby takiego kolosa na oślep, gdzie popadnie!

Można to było, co prawda, wytłumaczyć inaczej: pałacyk sprzedano za naprawdę niską cenę, a do tego Głuszyn to miejsce, gdzie można nocą obserwować niebo, bo nie ma zanieczyszczenia sztucznym światłem. Nikt jednak nie chciał w to wierzyć.

Takie wyjaśnienia do nikogo nie przemawiały, bo były zbyt proste; tak proste, że wręcz niewiarygodne.

– Zanieczyszczenie światłem? Dupą, a nie światłem, świat­ło tak nie robi, wystarczy zgasić – burmuszyła się Mietka na Balicką. – Głupoty pani gada. Pani jesteś po ich stronie, tych kosmitów, a oni to normalnie przyjdą i nas zachipują. Papugę pani zjedzą! No ale co ja tam wiem, przecież się nie znam!

– Nie zjedzą papugi – Balicka usiłowała bronić zdrowego rozsądku, ale niechcący wdepnęła w jeszcze gorszy temat.

Zapatrywania kulinarne kosmitów budziły zainteresowanie i, co tu dużo mówić, grozę.

– Mózgi jedzą – oświadczył kiedyś mąż Kowalskiej. – Ale nie tak, że wydłubują, tylko ludziom myśli wyjadają. I potem wszyscy tacy chodzą jak ocipiali…

Od tego momentu kuchnia kosmitów stała się tematem poruszanym często i chętnie. Choć wyjadanie myśli na nikim nie robiło większego wrażenia, bo nawet z wyjedzonymi myślami można sobie przecież jeszcze jakoś poradzić, to były i inne pomysły.

– Jedzą, zaraz jedzą. Żarcie se przywiozły na statkach. Oni macic potrzebują, żeby się rozmnażać. Bo inaczej nie mogą. Bez macicy się nie da, a oni nie mają, bo im zanikły w trakcie rewolucji.

– Jakie rewolucji?

– Genetycznej!

– Z rządem się dogadali, z korporacjami i już wszystko zasiedlili, nawet Księżyc, o, i tam mieszkają, ale nikt o tym nie wie, bo wszyscy kłamią.

– A co ty pieprzysz, Księżyca wcale nie ma. Nie istnieje. To tylko taka plama, NASA ją robi na niebie, żeby nie wydało się, że Ziemia jest płaska, bo to tajemnica. I ma tunele czasoprzestrzenne, bo je dostała od obcych. Ludzie, włączcie myślenie – do rozmów wtrącali się nawet turyści, którzy swoją wiedzę czerpali z internetu i usiłowali wszystkich cywilizować, co sprawiało, że mieszkańcy zaczęli powoli popadać w paranoję. W kosmiczną paranoję.

Niektórzy uważali, że instytut to pozaziemskie centrum kosmitów, które ma ułatwić im atak na Ziemię, inni – że atak już nastąpił. Technologia 5G, sieci komórkowe i przeróżne stacje nadawcze, kamery na każdym kroku (choć jeszcze nie w samym Głuszynie) to specjalne elektroniczne struktury więzienia, a każdy telefon jest jak bransoleta do identyfikacji w przestrzeni. Gdy cały ten misterny układ zostanie już ukończony, być może cywilizacja, która zainfekowała ludzkość, wyłączy ludziom mózgi, przeprogramuje je, zrobi z głuszynian niewolników.

Do czego jakiejś kosmicznej cywilizacji miałoby służyć zniewolenie zapijaczonego Stefana Racucha, ledwie żywej Kudasiowej czy wciąż upalonego Stefanka – nikt nie wiedział.

Po co komu tacy niewolnicy, jakoś nie pytano, ale krążyły różne domysły, przede wszystkim natury seksualnej i reprodukcyjnej, co bardzo inspirowało Mirellę.

***

Kudasiową obudził skrzyp, a potem straszliwy jęk. Był naprawdę makabryczny. Jękliwy, żałosny, może nawet bolesny. Podeszła do okna. Przetarła rękawem zamazaną nieco szybę.

Zdębiała. Natychmiast wezwała wsparcie.

– Hej, wy tam, chodźta no tu! – wrzasnęła w głąb korytarza, za którym spali jej córka z mężem. – Migiem! Coś lezie! No, dawać tu!

Początkowo usłyszała tylko marudne pomruki, ale wkrótce córka i zięć posłusznie zwlekli się z łóżka i podeszli do niej.

– Mamo! Jest pierwsza w nocy. Daj ludziom spać! – broniła się córka trochę bez przekonania, bo i tak wiedziała, że nic to nie da.

– A bo wy to ludzie? Jeszcze czego! Patrzcie! – zawołała Kudasiowa, waląc palcem w szybę.

Córka i zięć niechętnie podeszli do okna.

Przez zasłonę deszczu nie zobaczyli prawie nic, no, może poza ciemnym, dziwacznym kształtem na drodze. Coś szło. Miało wielką dupę i świeciło oczami.

Taki widok potrafi przerazić, szczególnie nocą i w sprzyjających warunkach, a te były jak najbardziej sprzyjające. Noc i deszcz – wiadomo, to zawsze robi wrażenie, ale ważne było też ogólne nastawienie. Od kilku miesięcy wieś nie mówiła i nie myślała o niczym innym, jak o instytucie.

Kudasiowa pragnęła kosmitów, żeby nie okazać się gorsza od Mietki Racuchowej, która już ich przecież widziała, toteż zobaczyła to, czego oczekiwała.

– Kosmita! – zawyrokowała Kudasiowa pewnym głosem. Jej serce przepełniło się lękiem, ale i zadowoleniem.

– A gdzie tam, mamo. Jaki kosmita…? To jakiś człowiek.

– Oczami świeci! – Kudasiowa nie dała sobie odebrać tego, na co tak bardzo czekała.

– Fakt – zgodził się zięć. Przytakiwanie teściowej było dla niego istotnym elementem przetrwania.

– A jako dupe ma? I nogi? A ze sześć! – stwierdziła kobieta z zadowoleniem.

– Ale mamo… – Córka nie miała siły przebicia.

– No… – potwierdził, ziewając, zięć.

Kudasiowa się zagotowała.

– I takie coś tu sprowadzili, te z instytutu? Pająki kosmiczne, ze sześcioma nogami? Co świecą? O, niedoczekanie…! – krzyknęła i rzuciła się do drzwi.

W kapciach, koszuli nocnej i z siekierą wybiegła na drogę przed domem, wrzeszcząc. Chyba dobrze, że w sieni nie mieli kosy.

– Zabić, zabić to, zanim złoży jaja! – zawołała, dodając samej sobie animuszu.

Ściana deszczu, która natychmiast zwaliła się jej na głowę, wcale jej nie uspokoiła, ale trochę ją oślepiła.

Kudasiowa podbiegła do kosmicznego pająka.

– Aaaa! – krzyknęła, sama siebie zagrzewając do boju.

Pająk odwrócił się ku niej. Jego wielkie, świetliste oko spojrzało na nią złowrogo. Oślepiło ją bardziej niż deszcz.

Z domu wybiegli córka Kudasiowej z mężem. To znaczy mąż został raczej wypchnięty. Wolnej woli nie dało się w nim wyczuć. Nie był typem bohatera; deszcz, kosmiczny pająk czy ratowanie teściowej – żadna z tych rzeczy go nie pociągała.

– Leć, ratuj matkę! I ratuj to coś – rozkazała mu żona w przebłysku mądrości życiowej. – Jak nam każą płacić za kosmicznego pająka, to mięsa przez rok nie zobaczysz.

Nie wiadomo, czy była to groźba, czy przepowiednia, ale podziałała.

Kuląc się w deszczu, w samych gatkach i podkoszulku, na boso podbiegł do teściowej, chcąc wyrwać jej siekierę.

Niestety pająk spojrzał też na niego i jego też całkowicie oślepił.

– Aaaaa!!! – wrzasnął zięć Kudasiowej, zasłaniając twarz, bo wzrok pająka był ostry i bardzo przenikliwy.

Mężczyzna zamarł na chwilę. Deszcz zalał mu oczy i zmroził go do szpiku kości. Facet zaczął się trząść z zimna, w każdym razie potem tak twierdził.

W tym czasie jego nieco otumaniona teściowa zdołała rozwalić mu głowę trzonkiem siekiery, upuścić mu siekierę na stopę, podnieść ją i obić mu trzonkiem twarz. A wszystko to zupełnie niechcący. W końcu zamachnęła się i trafiła w pająka.

A dokładnie w jego odwłok.

Podziękowania

Podziękować wszystkim się nie da, ale kilku osobom muszę, więc specjalne podziękowania kieruję do:

Iwony Mejzy, pisarki niezwykłej, bez której wielokrotnie już bym się załamała. Jej rady, bardzo zdroworozsądkowe i życzliwe, naprawdę nie raz i nie dwa uratowały moje zdrowie psychiczne. Bardzo je cenię, bo zdrowy rozsądek jest u mnie w stanie szczątkowym, czego ta książka jest dowodem.

Ewy Butkiewicz-Wągiel, która „zapapuziła” i „zapindziła” moją półeczkę na kubeczki i zawsze ma dla tej nienormalnej papugi dobre słowo. I dla mnie. I w ogóle… Czasy ciężkie, ale ludzie trafiają się cudowni.

Beatki Zdanowskiej, a właściwie pani doktor Beaty Zdanowskiej (oraz jej Luny), która mimo przerażających umiejętności zawodowych czyta moje książki i podtrzymuje mnie na duchu od lat. I dla poratowania mej wątłości dokarmia mnie cebularzami lubelskimi. I pożyczyła mi Lunę. Zdalnie.

Alicji Czarnoty-Greplewski, która podsyła mi czasami tak niesamowite wieści ze swojej Kanady, że aż chce się pisać. Oczywiście już po tym, jak miną przerażenie albo szok, ale takie pomysły generują reakcje komiczne. I za szalone wrzas­ki papug, takich samych, jakie umieściłam na pewnym biurku w tej powieści.

Alka Rogozińskiego, bo daje przykład, że świetnie pisać można też w lekkiej, zabawnej formie, a dobre przykłady są naprawdę wiele warte.

Mojej córki Dagmary, której zawdzięczam Pindę i jej słownictwo.

Anny Sakowicz, Anity Scharmach (za robala też), Zuzanny Arczyńskiej, Bożeny Mazalik – za trwanie mimo sił nieczystych, choć zdezynfekowanych. Po prostu za to, że są. Piszą. Pomagają słowem.

Anki Staszczak za stare, dobre (?) puławskie czasy.

Czytelników. Nie ma po co pisać, jeżeli pisze się tylko dla siebie. To wcale nie jest zdrowy egoizm, tylko misja samobójcza. Ja wolę pisać dla czytelników. Dziękuję, że Was mam.

A… I jeszcze…

Tym kilku wrogom, których mimo starań się dorobiłam, też dziękuję. W sumie to dobra szkoła przetrwania, bez Was by mi się nigdy nie chciało chcieć aż tak bardzo.