Do zakopania jeden trup - Iwona Banach - ebook + książka

Do zakopania jeden trup ebook

Iwona Banach

3,8

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Emilia Gałązka otrzymuje dokumenty uprawniające ją do spadku po zamordowanej Amerykance. Cierpiąca na depresję z powodu braku końca świata kobieta nie jest zainteresowana pieniędzmi. Magda jest w ciąży i nadal planuje otworzyć swoją agencję detektywistyczną. Emilia postanawia więc pomóc siostrzenicy,podejmując spadek. W tym celu musi jednak spełnić wymagania spadkodawczyni. Wyjeżdża na trzy tygodnie do ośrodka „Jesienny Płomień”, aktywizującego bogate seniorki. Jak się okazuje, można tam znaleźć nie tylko zamożne panie, którym płatni podrywacze zapewniają porywy serc, ale także... zwłoki.

Co z całą sprawą ma wspólnego ekscentryczny zwolennik teorii płaskiej Ziemi? Ile prawdy jest w krążącej po okolicy legendzie o duchu wisielca?

Kontynuacja bestsellerowej serii z trupem

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 341

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (122 oceny)
46
32
28
10
6
Sortuj według:
Iryska2604

Nie polecam

większej bzdury nie czytałam
20
Azurelight

Nie oderwiesz się od lektury

Zabawna fabuła.
00
mal10

Nie oderwiesz się od lektury

Lekka, prosta i przyjemna komedia jednak kryminalna bo trup się jednak ściele
00
Nigoko

Nie oderwiesz się od lektury

Iwona Banach jak zwykle w formie!!!😁 .
00
Kalusia35

Z braku laku…

Trudno sie czyta, dziwny styl pisania. Pomieszanie z poplataniem. Nie polecam
00

Popularność




Redakcja: Agnieszka Pietrzak

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Skład: Jarosław Hess

Projekt okładki: Maciej Pieda

Konwersja do ePub i mobi: m.Books. marcin siwiec

Zdjęcia: Shutterstock © lady-luck, © A-R-T-I Vector, © Alona Savchuk, Grzegorz Matoryn (zdjęcie autorki)

Redaktor prowadzący: Katarzyna Bury

Wydanie I

© Copyright by Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

Bielsko-Biała 2022

Niniejsza powieść jest fikcją literacką. Odniesienia do realnych osób, wydarzeń i miejsc są zabiegiem czysto literackim. Pozostali bohaterowie, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki i jakakolwiek zbieżność z rzeczywistymi wydarzeniami, miejscami lub osobami, żyjącymi bądź zmarłymi, jest całkowicie przypadkowa.

Wydawnictwo Dragon Sp. z o.o.

ul. 11 Listopada 60-62

43-300 Bielsko-Biała

www.wydawnictwo-dragon.pl

ISBN 978-83-8172-938-3

Wyłączny dystrybutor:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o.o.

ul. Mazowiecka 11/49

00-052 Warszawa

tel. 795 159 275

www.troy.net.pl

Oddział

ul. Legionowa 2

01-343 Warszawa

Zapraszamy na zakupy: www.fabulo.com.pl

Znajdź nas na Facebooku: www.facebook.com/wydawnictwodragon

Wyszedł na ścieżkę i stanął nie jak zamurowany ani jak zaczarowany, ale jak rażony piorunem, bo w chwilę potem padł. Padanie na ścieżkę jest jak najbardziej w porządku, ale tylko kiedy jest się pod wpływem, a on nie był. To go przeraziło.

– Jezus Maria! – jęknął z poziomu dróżki, obserwując czarny karawan z wyłączonymi światłami zaparkowany pod drzewem.

Sam karawan nie zrobiłby na nim aż takiego wrażenia, ale w tylnej części zamigotało światło. Pokrywa trumny podniosła się i ze środka zaczął się gramolić trup.

To musiał być trup. Kto inny wychodzi z trumny?

Wampirów tu jeszcze nigdy nie było. Owszem, wynaleziono je, ale gdzieś dalej, choć z drugiej strony… Karawan, trumna, noc i ruszający się nieboszczyk nie pozostawiają wiele pola do domysłów, za to działają na wyobraźnię.

Trup był sporych rozmiarów. Najpierw sapnął, potem jęknął, następnie usiadł, przeciągając się.

– O szlag, tylko mi biegunki brakowało – powiedział chyba do niego.

Leżący na drodze człowiek nie był tego, co prawda, tak na sto procent pewny, ale zwłoki raczej do siebie samych nie mówią. W każdym razie nie powinny. Choć jakby się zastanowić, to w ogóle nie powinny mówić ani przebywać w karawanie na drodze publicznej, która cmentarzem w żadnym razie nie jest.

No i ta biegunka.

Trup przetarł oczy, było to wyraźnie widać w migotliwym światełku, które trzymał w dłoni.

Był kobietą.

– Jezu! Malwina! – krzyknął człowiek, w panice podrywając się z drogi. – Boże kochany! Malwina! – wrzasnął na cały głos i pobiegł przed siebie, padając co kilka metrów i obijając się o co popadło, choć najczęściej o asfalt.

On też dostał biegunki.

***

Artur Cieciorek wstał od komputera, zasłonił okno, znów usiadł przy biurku, westchnął, poprawił się na krześle, ustawił mikrofon i zaczął nadawać.

– No to zaczynamy – powiedział sam do siebie, jakby chciał się zdopingować. W tym momencie jego twarz rozświetliła się nieco sztucznym, szerokim, typowo amerykańskim uśmiechem.

Od tej chwili Artur Cieciorek, mąż, ojciec i mieszkaniec Łazęg, zmienił się w zupełnie innego Cieciorka, sławnego dziennikarza walcząco-śledczego, bojownika o prawdę i naukę, youtubera z misją i posłannictwem, co rzadko jest bezpieczne i często nie ma wiele wspólnego z rozsądkiem. Nie chodzi nawet o zdrowy rozsadek, ale o jakikolwiek (choć jak świat światem o chorym rozsądku nikt nigdy nie słyszał).

Rozpoczął nagrywanie. Jego filmik był transmitowany bezpośrednio do sieci.

– Witajcie! Witajcie, kochani! – zawołał z entuzjazmem, wymachując rękoma, żeby pozdrowić widzów, a miał ich wielu; ich liczba codziennie rosła, gdyż był bezsprzecznie kontrowersyjny. – Dziś przygotowałem dla was specjalny program o naszej planecie – ciągnął – naszej Ziemi, oczywiście całkowicie płaskiej Ziemi, ale tego mądrym ludziom tłumaczyć nie trzeba, a do takich was zaliczam. – Puścił oczko do swoich wyznawców, co oczywiście zyskało ich wielką aprobatę. – To wiadomo zresztą przecież od wieków. Każdy to wie, każdy myślący, inteligentny człowiek! Tylko debile wierzą w kulistość. Mówi się przecież „zwiedzić ziemię wzdłuż i wszerz”, prawda? Mówi się! A mówi się „jak ziemia długa i szeroka”? Też się mówi! Powiedzcie, czy kula ma długość? A może ma szerokość? Oczywiście, że nie ma! To powiedzcie mi, jakim cudem Ziemia miałaby być kulą?

Zadawszy to pytanie, podłożył planszę przedstawiającą różne fazy Księżyca na niebie.

Do swoich wystąpień bardzo skrupulatnie się przygotowywał: zdobywał i drukował przeróżne wykresy, kopiował zdjęcia i mapy. Mógłby to oczywiście nagrywać wcześniej i montować, a potem dopiero wpuszczać do sieci, ale uważał, że spotkania na żywo są o wiele lepsze i dają możliwość bezpośredniego kontaktu poprzez komentarze. Bardzo sobie to cenił.

– A teraz popatrzcie na to! – Wskazał na planszę. – Widzicie to? Wiecie, co to jest? Księżyc, a może tylko plama światła rzucana na niebo przez gigantyczny reflektor? I to jest możliwe, ale tak naprawdę nie ma większego znaczenia. Kuloziemcy wierzą, że to ciało niebieskie. Jasne, niebieskie, szkoda, że nie fioletowe! Debile wierzący w teorię spiskową, bo to jest teoria spiskowa, a nie żadna nauka, dotyczącą kulistości ziemi zawsze się go czepiają. Że niby jakim cudem Księżyc znika po jednej stronie, a pojawia się po drugiej stronie nieba? Nieuki uważają, że to dowód na kulistość ziemi. Ha, ha, ha… Ale się uśmiałem. Bo to srowód, nie dowód! Księżyc generuje czarne dziury magnetyczne, takie czasowe, chwilowe, które pojawiają się podczas przechodzenia z jednej strony na drugą, nic więcej! Żadnych cudów! To proste, ale Amerykanie oczywiście muszą to wszystko ukrywać! Po co? Dlaczego? No cóż, jeżeli nie wiesz, o co kaman, to oczywiście kaman o pieniążki! Prawda? Zaraz wam to wyjaśnię.

Poprawił się na krześle obrotowym wyraźnie z siebie zadowolony, oparł wygodniej i oddalił nieco od biurka, żeby widzowie mogli dostrzec wiszący na ścianie obraz przedstawiający całkiem płaską Ziemię. Cieciorek wskazał długopisem na dolny fragment obrazu i mówił dalej:

– Otóż pod płaskim dnem Ziemi, o tu i tu – stuknął w obraz końcówką długopisu – po jej spodniej, drugiej stronie znajduje się tyle diamentów, że Amerykanie nigdy nie dopuszczą, by ktokolwiek się o nich dowiedział i położył na nich łapę! I to jest cała tajemnica!

Skupił wzrok na dole ekranu. Teraz przyszedł czas na interakcje z widzami.

– Kot Kłopot pyta: „Czy nie da się dostać do tych diamentów od góry?” – przeczytał jeden z komentarzy. – Dobre pytanie, nawet bardzo dobre. Oczywiście, że czasami się da, ale to nie takie proste. Pomyślcie, są drogi, góry, budynki, morza… To wszystko jednak utrudnia, a od dołu nie istnieją żadne przeszkody. Nie ma tam gór, rzek, domów, miast, nic tam nie ma, więc hulaj dusza, piekła nie ma, zresztą gdzie miałoby być?

Roześmiał się, po czym znów przybrał poważną minę.

– Amerykanie kopią, dłubią, robią dziury, aż kiedyś doprowadzą do tego, że Ziemia rozkruszy się jak ciastko oreo, w które ktoś nieostrożnie wbije od spodu widelec. Ale my będziemy z nimi walczyć! Będziemy uświadamiać! „Jak uświadamiać fanatycznych kuloziemców?” – Cieciorek przeczytał kolejny komentarz – pyta Kotogut. Otóż trzeba pokazywać im na każdym kroku wszystkie te błędy, w które tak ochoczo wierzą!

Włączył muzyczkę w tle. Był zły, że dopiero teraz sobie o tym przypomniał, ale i tak wyszło pięknie.

– Myślicie, że to wszystko? Skądże! Jutro przedstawię wam kolejny film, a w nim porozmawiamy o Australii. Pewnie dziwi was, dlaczego będzie mowa o kontynencie, który nie istnieje. O wymyślonych zwierzakach mutantach. O robotycznych torbaczach. Po co rozmawiać o czymś tak fałszywym? Niby nie ma to najmniejszego sensu, ale… No, przecież po coś to kłamstwo stworzono, tak samo jak Finlandię! Opowiem wam o tym, po co, jak i dlaczego Amerykanie tak zakłamują świat i naukę. Do zobaczenia wkrótce!

Artur wyłączył nagrywanie, odetchnął, napił się wody i wyjrzał przez okno.

Był z siebie bardzo zadowolony. Tak! Prowadził nierówną walkę z naprawdę groźnymi rządami wielkich państw, ale będzie toczył ją dalej, nawet kosztem najbliższych. Był gotów na takie poświęcenia!

Nie wiedział, co prawda, czy oni, ci najbliżsi, są na koszty i poświęcenia w tym względzie gotowi, ale nawet ich nie pytał. Był jednym z tych oszołomionych ideą ludzi, którzy nie liczyli się z nikim i niczym.

– Hej, dzieciaki! – zawołał przez okno. – Mówiłem, że macie nosić peleryny moro nawet latem! Biegiem do domu, ubierać się! Amerykanie mogą nas szpiegować z satelitów!

– Aleee tato… – jęknął chłopiec.

– Nie ma „ale”! – warknął Cieciorek.

Dzieci posłusznie pobiegły do domu, choć było bardzo ciepło, a peleryny były naprawdę niewygodne.

Chłopiec miał sześć lat, dziewczynka cztery. Na schodkach oboje trwożnie spojrzeli w niebo.

Przed dom wyszła żona i zadarła głowę. Zobaczyła Artura w okienku.

– Gołąbki podgrzałam, zjadłbyś coś, a nie tylko siedzisz na tym strychu. Chodź!

– Dobra, ale nie włączaj mikrofali, bo to źródło przekazywania mocy z informacją wychwytującą albo coś w tym rodzaju. Mogą mnie dopaść – powiedział bardzo poważnie.

– Dobra. – Żona wzruszyła ramionami. – Nie włączę, jak sobie chcesz, na gazie podgrzeję. Ale wiesz, ty już naprawdę zaczynasz świrować – jęknęła, kręcąc głową.

Jej postawa wywołała na twarzy mężczyzny grymas niezadowolenia.

– Tak? Świrować? Ja? Ciekawe, co powiesz, jak się tu zwali pół jakiejś pieprzonej jednostki SWAT i wszystkich nas zamkną w tajnych bazach! Dzieci też. Lepiej uważać.

– To może byś dał sobie spokój z tymi filmikami, jak to takie niebezpieczne? – odpowiedziała żona zmęczonym głosem.

– Oszalałaś?! Ja się poświęcam! Robię to dla dobra nauki!

Żona wolałaby, żeby robił też coś dla dobra rodziny – żony naprawdę bywają dziwne – ale to akurat za bardzo mu nie wychodziło, a jeżeli chodzi o poświęcenie, był z tym problem, bo ona jakoś czuła, że i ją, i dzieci również trochę poświęca. Ale taki już był.

Owszem, jej matka sugerowała, że dobrze by było zaprowadzić go do psychiatry, tym bardziej że w jego rodzinie zdarzały się przypadki nader niebezpiecznego szaleństwa, ale nie wiedziała, jak się do tego zabrać.

Na każde wspomnienie o wizycie u lekarza jeżył się, a po napomknięciu o psychiatrze potrafił nawet uciec z domu.

Teść i teściowa za to uważali, że syn jest bardzo ważnym naukowcem i z pewnością z tego powodu coś mu grozi. Byli z niego naprawdę dumni.

Wiedzieli oczywiście, że ledwie, ledwie skończył gimnazjum i w zasadzie orłem nie był, ale wierzyli w jego intelekt. Szkoły i oceny nie miały dla nich znaczenia, bo szkoła niszczy wielkie umysły, zamiast je rozwijać.

On sam zresztą postrzegał zwykłą, konwencjonalną naukę jako przeżytek, dlatego zamierzał niektóre rzeczy udowodnić sam, ale nie miał na to jeszcze wystarczających środków.

W sumie była to okoliczność pocieszająca, bo planował zbudować własną rakietę i wystrzelić się w to, co kuloziemcy nazywają kosmosem, żeby dotknąć kopuły otaczającej Ziemię i w ten sposób udowodnić swoje racje. Takie eksperymenty nigdy nie kończą się dobrze, więc brak pieniędzy w pewnym sensie trzymał go przy życiu.

Póki co Artur postanowił tańszym sposobem udowodnić płaskość Ziemi i głupotę kuloziemców. Zakładał, że większość ludzi wierzy w to, w co wierzy on, ale boi się o tym komukolwiek powiedzieć. Chodził więc po zaułkach i osiedlach miasteczka, łapiąc chętnych do szybkich ulicznych wywiadów. Zadawał im pytania, odpowiedzi nagrywał. Taka prosta niby rzecz, sonda uliczna, sympatyczna i bez agresji. A jednak. Miała udowodnić, że Ziemia jest płaska, poprzez wykazanie, że większość obywateli w to wierzy. Zdecydowanie nikt nigdy Cieciorkowi nie wytłumaczył, że teorie naukowe nie są demokratyczne i nie dowodzi się ich za pomocą głosowania.

– Czy wierzy pan w to, że Ziemia jest kulą? – zaczepiał przechodniów i podtykał im mikrofon pod nos.

Pytanie niby dość zwyczajne, mimo to wywoływało szereg reakcji obronnych, a kilka razy nawet doprowadziło do rękoczynów.

– A idź stąd, idioto! – odpowiadali zagadnięci mężczyźni, wygrażając mu czym popadło, wyzywając, a czasami goniąc.

– Mietek! Facet się do mnie przystawia! – odpowiadały kobiety i scenariusz się powtarzał, ale uciekać trzeba było szybciej.

– Zboczeniec, zboczeniec, dzieci zaczepia! – wołały starsze panie.

Tu błyskawiczna ucieczka była wręcz konieczna.

Artur nie takich reakcji się spodziewał, ale i takie umiał wykorzystać. Nie robił nic zdrożnego, chciał tylko wiedzieć, co dzieci myślą o Ziemi, ale starsze panie mają często nasrane w głowach i wszystko im się kojarzy ze zboczeniami.

Wydawać by się mogło, że jego misje ponosiły fiasko za fiaskiem, potrafił jednak z tego wybrnąć i wszystko pięknie przekształcić, tak że zyskiwał coraz więcej i więcej subskrybentów. Nawet te nie do końca satysfakcjonujące filmiki dawały szanse zaistnienia.

– I teraz widzicie? To wszystko są odpowiedzi zastępcze! Oni nie wierzą, ale boją się do tego przyznać! Boją się normalnie! Bo wiadomo, praca, rodzina, te rzeczy! Każdy się boi, ale już niedługo prawda ujrzy światło dzienne! Niedługo wszyscy dowiedzą się o tym oszustwie, w którym biorą udział rządy światowe. Ktoś zapyta: po co to robią? Po co aż tak kłamią? To ja odpowiem wam dwoma słowami: władza i pieniądze!

I wszystko szło tak jak zawsze. Wieczorny wywiad z elementami ucieczki, południowy filmik na tematy naukowe na YouTubie.

Pewnego dnia Artur znów wybrał się na łowy.

Wypatrzył kolejną ofiarę, do której od razu podążył z telefonem. Podchodził niemal do każdego, starał się tylko, żeby jego rozmówcy byli czyści i trzeźwi, bo gdyby uzyskał kiedyś wymarzoną odpowiedź negatywną, że nie, w kulistość Ziemi rozmówca nie wierzy (przecież taki ktoś wreszcie się trafi), to chciałby, żeby ten człowiek nie wyglądał na menela. Z menelami zawsze jest problem – każdy podejrzewa, że taki pijaczek powie wszystko, jeżeli mu się zapłaci, więc nie ma sensu brać go na poważnie. Poza tym wiadomo, menel to menel, wiarygodność zerowa, bo albo na kacu, albo pijany, albo delirka.

– Czy wierzy pan w to, że Ziemia jest kulą? – Cieciorek zbliżył się do kolejnego rozmówcy.

– A ty wierzysz w nieśmiertelność? Bo zaraz tak ci przypierdolę, że ten telefon znajdzie się w twoim mózgu! – krzyknął mężczyzna i spełniając swoją groźbę, przywalił Arturowi w telefon trzonkiem laski zakończonym srebrną kulą z kaczym dziobem.

Smartfon Cieciorka, co prawda, w jego mózgu nie wylądował (na szczęście), ale Artur miał odcisk jego obudowy na twarzy przez dobrych kilka dni, a kaczy dziób tak załatwił wyświetlacz, że trzeba go było wymienić na nowy.

– Agresja jest potwierdzeniem bezsilności! – zdążył jeszcze krzyknąć ranny Artur. – Ziemia jest płaska! – jęknął rozdzierająco i zemdlał.

Filmiki szły na żywo, a oglądalność tego konkretnego wystrzeliła w kosmos (ten sam, którego nie ma) – w końcu agresja to coś, co przyciąga. Twarzy rozmówcy nikt nie wypikselował, więc nie było problemu ze znalezieniem agresora, mimo że telefon został uszkodzony.

Zrobił się szumek, że Artur zaczepia, że jest nachalny i że zadaje dziwne pytania na tematy intymne, a może nawet i seksualne. Agresora pouczono, Artur dostał grzywnę za zachowania nieobyczajne w miejscu publicznym i na tym się skończyło.

Artur jednak zrezygnował z sond ulicznych, choć były interesujące. Zbyt często tracił telefon. Dwa razy urządzenie zostało utopione w kanalizacji, raz w szambie, raz przejechane przez hulajnogę, raz roztłuczone laską, trzy razy porwane i pogryzione przez psa. Nie mógł sobie pozwolić na tak częstą utratę narzędzia pracy.

Bo to była dla Artura praca.

Nawet na niej zarabiał, bo przecież jego wielbiciele wpłacali mu donejty, i to dużo, chodziło przecież o dobro nauki oraz walkę o prawdę.

Za każdym razem, kiedy Cieciorek został pobity, dostawał całkiem sporo pieniędzy, więc naprawdę poważnie się zastanawiał, czy za jakiś czas nie wrócić do sond, żeby podreperować swój budżet, ale nie przepadał za bólem, nie kochał ortopedów. No i zęby są kosztowne.

***

Emilia była załamana, i to tak na poważnie. Nie umiała sobie znaleźć miejsca, straciła radość życia. Końce świata, na które z takim utęsknieniem czekała, dotąd jawiły jej się jak pięknie zapakowane prezenty niespodzianki, na które warto było czekać. Rzeki krwi, ataki zombie, meteoryty walące o ziemię, wszystko, co wzbudzało jej zachwyt i nadzieję, wszystko to nagle przestało ją cieszyć.

Straciła cały sens życia.

Najpierw jednak wszyscy przejęli się ciążą Magdy, potem spadkiem po Zuzannie Piszcz, a dopiero na końcu zdrowiem psychicznym Emilii, a było czym się przejmować, bo Emilia, mimo że starała się zachowywać pozory, była w złym stanie psychicznym.

Miała już dość czekania, sprawdzania, denerwowania się i przygotowań. Koniec świata nie nadchodził z przerażającą intensywnością. Nic, ale to naprawdę nic go nie zapowiadało, nawet w internecie jakby zmniejszyła się liczba wiadomości na ten temat i to martwiło Emilię najbardziej.

– Ten pieprzony koniec świata chyba w życiu nie nadejdzie! – oświadczyła kiedyś przy kolacji i się rozpłakała. – Nie mam już siły! Co chwila niby coś ogłaszają, a potem co? Tylko złudne nadzieje i zawód za zawodem. Żadnych komet, żadnych kataklizmów, żadnych zniszczeń. I jak ja mam teraz żyć? – zawołała zbolałym głosem, czym wprawiła wszystkich w lekkie osłupienie.

Taka przemowa w zwykłym domu pewnie wzbudziłaby panikę i wzmożony popyt na numery telefonów do znajomych psychiatrów. Tu aż taka straszna nikomu się nie wydała, ale mimo wszystko wywołała trochę niepokoju.

Emilia krążyła i drążyła. Łaziła z kąta w kąt po domu i obejściu, uprawiając aktywność zastępczą w postaci głaskania racji żywnościowych, poklepywania puszek, wzdychania nad zasiekami, a nawet łkania nad grzybnymi grządkami.

– A ta nowa asteroida Bennu? – Emilia wróciła do tematu, nie przerywając dreptania. – Tak się ucieszyłam, że może spaść na Ziemię. Tak się ucieszyłam, a tu co? Oszusty jedne! Kłamią! Kłamią jak z nut! To ma być dopiero za sto pięćdziesiąt lat! Ja tyle nie mogę czekać!

Chodziła po swoim starannie zabezpieczonym obiekcie, domu, czyli bazie prawie kosmicznej, patrzyła z rozrzewnieniem na umocnienia i klęła na czym świat stoi, a w chwilę potem roniła łzy zawodu i wpadała w jeden ze swoich paskudniejszych nastrojów.

– To nieuczciwe! – skarżyła się wszystkim, choć nikt nie chciał jej słuchać, bo w swoich dążeniach do końca świata była naprawdę odosobniona, nawet pośród domowników i rodziny.

Domowników miała w tej chwili tylko pięcioro, to znaczy trzy koty, ich koniec świata nie obchodził zupełnie, psa Rafika, który miał zapasy starych butów do gryzienia, więc chyba też było mu wszystko jedno, i Magdę. Ta dotychczas na Emilijne (a może Emiliowe) końce świata patrzyła z przymrużeniem oka, ale zaszła w ciążę i odtąd świat był jej bardzo potrzebny, bo świat posiada niebo, a niebo nagle zaczęło jej się wydawać konieczne, żeby mogła go przychylać dziecku. Tak właśnie, przychylać, nie przychylić, raz to za mało.

Magda nawet w ciąży była osobą całkowicie normalną, co przecież nie zdarza się często, toteż brak końców świata, zwłaszcza teraz, bardzo jej się podobał, za to nastrój Emilii wcale.

Zazwyczaj pełna werwy, humoru i coraz to nowych pomysłów na przetrwanie końca świata oraz trwanie po nim Emilia straciła sens istnienia.

Magda ciotki zmieniać nie zamierzała, bo wiedziała, że to niewykonalne, ale martwiła się o nią bardzo. Ciotka za to nie mogła zrozumieć, dlaczego spotyka ją taka niesprawiedliwość.

– Meteoryty? Jasne, spadły, ale w Czelabińsku. Co mój dom ma w sobie takiego, że nie mogły tutaj? Co, gorszy jakiś? Sprawdzałam mapę spadków w Polsce i co? Wszędzie, dosłownie wszędzie są, ale oczywiście nie tu! Czy to sprawiedliwe? Nie interesują mnie powodzie, jakieś cholerne tąpnięcia i inne marne lokalne katastrofy. Interesuje mnie prawdziwy, porządny koniec świata. Żądam go natychmiast!

Była w tym żądaniu odosobniona nie tylko w rodzinie, w okolicy też.

– Za jakieś pięć miliardów lat Słońce zamieni się w czerwonego olbrzyma i pochłonie Ziemię – pocieszała ją Magda. – Wtedy będzie koniec na sto procent.

– Za pięć miliardów lat to Słońce może mnie w dupę pocałować! – warknęła Emilia, bo oczekiwanie na przyjemności to coś, co potrafi bardzo się dłużyć. – Chcę teraz. Już. Nie rozumiecie? Czuję, że moje życie jest do bani, zmarnowane, bezsensowne, nic niewarte… Jestem załamana! I co ja mam teraz zrobić? Nic już nie ma dla mnie sensu.

Emilia w takim stanie była naprawdę nie do zniesienia. Nie to, że jej nie współczuli, oczywiście, że każdy jej współczuł, ale był to ten rodzaj współczucia, jakie odczuwa – gdyż inaczej nie wypada – człowiek, który złamał rękę w trzech miejscach, w stosunku do tego, kto złamał paznokieć. No bo prawdę ­powiedziawszy, końca świata nikt nie potrzebował. Magda była w amoku ciążowym, niezdecydowana, czy ma się cieszyć, czy martwić, a Mikołaj wpadł w popłoch, cichutko się w nim zaszył i czekał na rozwój wydarzeń.

Z ciąży ucieszył się ogromnie, ale bardzo po męsku. Nagle zaczął wierzyć, że do niczego się nie nadaje, że nie zapewni dziecku bytu, ponieważ nie stać go nawet na łóżeczko za osiem tysięcy dolarów, które niemowlęciu nie było potrzebne i którego by nie kupił, bo to bez sensu, no ale faktycznie nie było go na nie stać. Panika drążyła go od rana do wieczora, rosła, kumulowała się i wybuchała na widok smoczków, misiów i wózków.

Amelia, matka Magdy, nie odzywała się do nikogo, w tym do własnej córki, z powodu nielegalnej ciąży, która zepsuje, a właściwie już zepsuła wszelkie plany ślubne.

Na wszelkie próby kontaktu ze strony Magdy odpowiadała matczynym fochem w stylu:

– Ja z tobą nie rozmawiam! Zmarnowałaś mi ślub! Zmarnowałaś najpiękniejszy dzień mojego życia!

To oczywiście córkę bardzo dziwiło.

– Ty chyba o czymś zapominasz! To miał być najpiękniejszy dzień mojego, nie twojego życia – odpowiadała zdroworozsądkowo Magda, ale jej argumenty odbijały się od ściany.

– Zobaczysz, jak będziesz miała córkę! – burczała wściekła Amelia, widząc, jak oddalają się srebrne limuzyny, biała (zżarta przez mole) suknia po prababci, tańce do rana i łzy szczęścia w nieszczęściu. Mikołaj zięciem wymarzonym nie był. I do tego ta ciąża!

Płci dziecka jeszcze nie znano.

Paweł, zrezygnowany, zajął się Simoną, a Simona na prośbę Malickiej, która nie miała już siły i chciała wyjechać do sanatorium, gdzie nie tolerowano psów, zajęła się jamniczką Luną.

Żadne z nich nie pragnęło, żeby akurat teraz świat się skończył, o ile jednak na dotychczasowe copiątkowe końce świata i skrzętne przygotowania Emilii wszyscy patrzyli przez palce i jakoś się nimi nie przejmowali, to teraz jej stan wszystkich zmartwił. Dotąd twarda jak skała i gotowa na każdą ewentualność Emilia rozmiękła i załamała się zupełnie.

Próbowali jej podsuwać jakieś ciekawe końce świata przepowiadane niegdyś przez mistyków, ale odrzucała je z pogardliwym prychnięciem, mimo że bardzo się starali.

– A królowa Makeda? Twierdzi, że nadejdzie czas wykańczającej pracy, ludzie będą tyrać przez cały tydzień i w święta, żeby przeżyć. Śluby będą zawierane między ludźmi tak młodymi, że będzie dużo rozwodów. Dojdzie do rozkwitu nauki, handlu i przemysłu, upadnie tradycja postów głodowych, latem spadnie śnieg, owady zeżrą liście z drzew, no i wojna wybije połowę ludzkości – wymieniała Magda, ale Emilia tylko machnęła ręką.

– Eee tam! To mnie nie interesuje!

– No, ale prawie wszystko się zgadza, to może znaczyć, że niedługo coś nadejdzie – pocieszała ją siostrzenica, niestety nie wywołało to nic prócz grymasu.

– I to ma być koniec świata?! To?! Marny, a i zapowiedź też taka sobie – burknęła Emilia. – A gdzie pożary i zgliszcza? Gdzie zombie? Wiesz, jak bardzo na nie liczyłam… Gdzie nuklearna zima? Poddaję się.

Emilia w tym stanie była nie do zniesienia.

Dodatkowo przyszły papiery ze Stanów Zjednoczonych, które załamały ją jeszcze bardziej.

– Spadek? Nie chcę żadnego pieprzonego spadku! – zawołała, rzucając wszystkie szpargały w kąt.

O tym, że Zuzanna Piszcz zapisała jej coś w testamencie, wiadomo było od dawna, ale Emilia na żadną schedę ochoty nie miała, więc postanowiła ignorować ten fakt, licząc, że wszystko samo jakoś się ułoży. Nic jej nie obchodziły dobra materialne, w każdym razie nie teraz.

Już nie.

Dawniej może tak, bo kiedyś byłaby wprost zachwycona, mogąc sobie kupić jakieś pakiety żywnościowe o trwałości trzydziestu lat albo może działko przeciwlotnicze (oczywiście niesprawne, ale sprawność pewnym rzeczom łatwo da się przewrócić). To miało sens, kiedy jeszcze czekała na zombie, zmutowane ptaki czy jakieś przypadkiem odrodzone pterodaktyle, które mogłyby się pojawić w wyniku wybuchu nuklearnego, ale teraz, kiedy zrezygnowała z oczekiwania na koniec świata, pieniądze nie były jej zupełnie do niczego potrzebne.

Nie wiedziałaby nawet, na co je wydać.

Z końcem świata była też związana inna bardzo istotna kwestia: ciąża Magdy. No bo jak tu tęsknić za armagedonem, kiedy dzieje się coś takiego? Nie, wcale nie był to problem jakiś wielce duchowy. Magda w ciąży Emilii nie przeszkadzała, sama ciąża w sumie też nie, dziecko całkiem dobrze da się wychować w post-apokaliptycznych warunkach, chodziło w sumie raczej o zagęszczenie. Bo jeżeli Magda i dziecko, to i Mikołaj, a jeżeli Mikołaj, to i jego matka, i matka Magdy, Amelia, i ojciec Magdy też… To by było nie do zniesienia.

I nie chodziło tylko o to, że baza okazałaby się za mała, a zapasy niewystarczające. Było jeszcze coś.

Emilia musiałaby się z nimi użerać na okrągło, ale to w sumie nic, ona musiałaby ich chronić! Ona jedna… To było ponad jej siły i jakoś tak przestało jej zależeć. Straciła radość… no, nie życia, ale apokaliptycznej zagłady.

***

Eliza Toporek żyła w matriksie. Nie był to ten jeden konkretny matrix, w którym sztuczna inteligencja trzymała nas w symulacji komputerowej po to, żeby z naszych ciał hodowanych gdzieś tam, w jakiejś różowej mazi, czerpać energię. Nie, jej matrix był trochę inny – wierzyła, że światowe rządy za pomocą filmów, programów fałszywie informacyjnych, deep fake’ów, reklam i w ogóle kłamstwa uwięziły ludzkość w kokonie iluzji i robią wszystko, żeby ta iluzja trwała. Kłamią, oszukują, zwodzą, opowiadają głupoty i w ogóle; wszystko, żeby człowiek myślał, że jest mu dobrze, podczas gdy naprawdę jest mu źle.

Ta niewiedza jest konieczna; zresztą poczucie, że coś jest dobre albo złe, jest tak względne, że wystarczy wmówić człowiekowi, że od margaryny się ślepnie, a ten bez mrugnięcia okiem przerzuci się na masło, wtedy powie mu się, że masło ma cholesterol i że należy zostać weganinem, i już, rezygnuje z masła, ale przecież to nawet zdrowo… Więc taki człowiek zrezygnuje z masła, potem z mięsa, potem z sera, potem z cukru i tak powoli, przekonany, że jest mu dobrze, umiera z głodu z uśmiechem na twarzy, opychając się trocinami. Przy czym mówimy tylko o pożywieniu, a przecież jest tyle innych dziedzin! Weźmy taką kulturę – tu jest pole do popisu! Nikt przecież nie będzie ludziom wmawiał, że kochają Chopina, bo to bez sensu i niebezpiecznie ociera się o kulturę wyższą, a ta, no, powiedzmy, nikomu się nie opłaca. Można za to wymusić na człowieku umiłowanie do disco polo, a to daje i konkretne efekty, i konkretne pieniądze. I taki człowiek nic już nie wie. Bo niby wydawało mu się, że to dno, że nie lubi, że nawet gardzi, a tu nogi same do rytmu mu skaczą, a Chopin jakiś taki mało taneczny.

I nie chodzi o to, że świat jest tylko ciągiem cyferek, ale o to, że świat nie jest taki, jaki nam się wydaje.

A te sztucznie kreowane potrzeby? Że nie dasz rady bez nowego odkurzacza i tyłka w stylu Kardashianek? Biustu w rozmiarze XXMountEverest i trzepaczki do jajek w kolorze écru, bo zielone są już passé?

A te pragnienia… Że na wakacje, że na plażę? No, jeszcze czego?! Żadne Teneryfy, żadne Egipty, o, tu, na podwórku siedzieć, to dopiero wczasy!

I to dotyczy wszystkiego. Weźmy choćby medycynę. Istnieje nieuzasadniona niczym wiara w to, że medycyna działa. A co potem? Nieświadomy człowiek idzie do szpitala, wraca, a gdy się zaloguje na konto pacjenta, okazuje się, że zmienił płeć.

I teraz jak? To on był nią czy nim? I gdzie go oszukali – w karcie pacjenta czy w życiu? Bycie Elizem jest nieco inne od bycia Elizą, ale skąd wiadomo, co jest prawdą?

I banki, które trzymają cyferki zamiast pieniędzy?

I reklamowanie majonezu, którego nie należy jeść, ale jeść trzeba, bo modny, i podpasek ze skrzydełkami, które nie latają?

Gdzie nie spojrzeć – iluzja.

Eliza nie wiedziała dokładnie, kto tym steruje. Nie wiedział tego zresztą jeszcze nikt na forach matrixowych; jedni uważali, że to pozaziemska cywilizacja hoduje nas jak ogórki na mizerię, inni, że to szaleni naukowcy, którzy co chwila wybuchają straszliwym śmiechem gdzieś poza kadrem istnienia, a wtedy na Ziemi słychać grzmoty i ktoś natychmiast spuszcza deszcz, żeby się nie wydało, albo jakaś sztuczna inteligencja po prostu bawi się układaniem ludzkich losów jak pani z dziekanatu pasjansem. A pasjans, wiadomo, nie zawsze wychodzi. Eliza upierała się przy światowych rządach, co nie zjednywało jej sympatyków, bo jednak jak już być oszukiwanym, to choć przez kogoś inteligentnego, a nie jakichś zwyrodniałych polityków.

Dopasowywała swoją teorię do siebie samej i nieźle jej to wychodziło. Wiedziała, że w matriksie istnieją błędy i że da się z niego jakoś wyjść. A jeżeli nie, to chociaż na nim skorzystać.

Naczelne hasło: „Ludzie, obudźcie się!”, choć bardzo propagowane, niewiele dawało, mimo że miało sens – albo go nie miało, zależy, z której strony na to spojrzeć.

Eliza po prostu umiała o siebie zadbać.

Bo co by było, gdyby ludzie naprawdę się obudzili? Oczywiście odkryliby prawdę. To jak zwykle skutkowałoby pewnymi nieprzyjemnościami, takimi jak nagłe zgony, zniknięcia i wyroki więzienia, a w ostateczności może nawet jakieś masakry. Może kolejny potop?… W końcu nie wiadomo, kto go spowodował. Ten zwykły katolicki to kara boska, wiadomo, ale przecież były i inne potopy, no i chodziły słuchy, że zniszczenie Herkulanum (cokolwiek to było) oraz kilku innych miast też nie było takie całkiem przypadkowe.

Dlatego Eliza trochę się ukrywała. Ona już się obudziła.

Filmów nie oglądała, wiedziała, jak rozpraszają umysł, programy informacyjne ignorowała, bo miała świadomość, że to wszystko to tylko kabaret, pokazówka, sranie w banie. Mówią jedno, a zrobią i tak coś innego. Deep fake’ów niestety jeszcze nie rozpoznawała, toteż uważała, że wszystko jest takim deep fakiem, włącznie z instrukcją obsługi szczotki klozetowej.

Iluzja została zaprzęgnięta do zbrodniczych planów polityków.

Za największą zbrodnię Eliza uważała wmówienie ludzkości, że istnieje coś takiego jak miłość.

Było jednak coś, co ją w tym temacie fascynowało.

I oczywiście był Artur Cieciorek.

Facet może trochę przesadzał z tą płaskością Ziemi, ale miał dużo racji. To znaczy w ogóle nie miał racji, Eliza już prędzej uwierzyłaby w origamiczną Ziemię płynącą przez kosmos na grzbietach zmutowanych stokrotek, ale jeżeli chodzi o całą resztę, to rację miał.

Z teoriami spiskowymi tak już jest. One się przyciągają, łączą, sklejają, zbliżają ludzi do siebie bardziej niż kolejka w Biedronce, bardziej niż wyprzedaż w Media Markt, a nawet bardziej niż seks. Bo kiedy ktoś choć trochę wejdzie w jedną z nich, to wszystkie inne zaczynają się wokół niego gromadzić jak dzieciaki koło pani w przedszkolu, wołając: „I ja, i ja i jeszcze ja…”, kiedy ta zapyta: „Kto chce kupę?”.

One – teorie, nie przedszkolanki (choć przedszkolanki, te najładniejsze, też) – wchodzą do głowy, burzą spokój, nie dają spać i sprawiają, że serca biją mocnej, umysły szaleją, a ręce rwą się do wielkich czynów albo choć rękoczynów.

To jest zresztą całkowicie normalne. Swój ciągnie do swego, prędzej dogadają się dwie zdradzane żony niż żona z kochanką.

Jeśli ktoś wierzy w to, że Słońce jest zaludnione przez jakieś ciepłolubne istoty, może też uwierzyć w to, że mrożone cytryny włożone do biustonosza likwidują czyraki odbytnicy nawet u mężczyzn. Podobno już zaprojektowano specjalne biustonosze. To jest kwestia pewnej podatności… gotowości umysłu na takie karkołomne pomysły.

***

Zuzanna Piszcz, kiedy jeszcze żyła, nienawidziła powieści romantycznych. To znaczy nie tak – ona najpierw je kochała, potem mocno się na nich zawiodła, a dopiero potem je znienawidziła. A wszystko przez ciotkę z Ameryki – bogate skąpiradło, które żyło na burgerach i podcięło Zuzannie romantyczne skrzydła. Burgerami też, bo trudno o romantyzm, kiedy się waży dwieście kilo. No, w każdym razie trudniej.

Zaczytująca się w romansach Zuzanna od dziecka wierzyła, że zawarte w nich schematy są nie tylko prawdą, ale także odpowiedzią na wszystkie życiowe problemy. Bierze taka jedna z drugą nieporadna dziewczyna paszport w garść (albo choć walizkę w rękę), wyjeżdża gdzieś daleko, zaczyna wszystko od nowa, życie wreszcie rezygnuje ze swojej ulubionej rozrywki, czyli rzucania jej kłód pod nogi, a wtedy ona układa sobie życie jak z bajki, i to dokładnie jak w bajce. I wszystko jest cudnie, słodko, długo i szczęśliwie.

Spotyka jakieś wielkie miłości, jawią jej się dworki całe w kwiatach, nadbałtyckie plaże i perły na szyi. Dworki mogły oczywiście być rezydencjami, plaże mogły być karaibskie, a zamiast pereł Zuzanna dopuszczała diamenty, ale z miłości, zdecydowanie wielkiej i prawdziwej, nie chciała zrezygnować.

Niestety u Zuzanny to nie zadziałało. Wyjazd do ciotki do Stanów coś jej oczywiście dał, ale były to w sumie jedynie zbędne kilogramy, a reszta ułożyła się, jak się ułożyła. Potem, zyskawszy jednak po śmierci ciotki pewne zasoby finansowe, Zuzanna kupiła dom w Polsce. Właściwie nie dom, a posiadłość, choć niektórzy mówili, że pałac.

Amerykańska zapobiegliwość sprawiła, że przed wylotem do Polski, pomna na częste katastrofy lotnicze, Zuzanna spisała testament i teraz ten testament leżał w kącie domu Emilii. No, może nie cały, ale kilka jego fragmentów z pewnością leżało i denerwowało wszystkich, w tym przede wszystkim Emilię, która o spadku nie chciała słyszeć za nic na świecie. Była nieszczęśliwa i zniechęcona.

– A czy ty wiesz, ile mogłabyś za to porcji survivalowych sobie kupić? Ile pakietów żywnościowych o trwałości na lata? Ile niezbędników? Filtrów? Masek? – kusiła ją Magda, licząc, że to jakoś ożywi ciotkę (to, czyli cała ta historia ze spadkiem), ale Emilia tylko prychała.

Akurat teraz nic jej nie obchodziło. Nic w tym stylu. Kiedyś, co prawda, marzyła o zakupie samochodu Dzik, takiego porządnie opancerzonego i wyposażonego w działka, ale teraz nawet to jej nie podniecało.

– To nie ma sensu! – odpowiedziała, wzruszając ramionami, co Magdę bardzo martwiło. – Przecież ten pieprzony koniec świata za cholerę nie nadejdzie! Co ja się będę szarpać? Szykować? Gówno z tego będzie i tyle. A ten spadek to po prostu jedno wielkie nieporozumienie! Po co mi to? I dlaczego zapisała to mnie?

Na to pytanie odpowiedź znała tylko testatorka, która od jakiegoś czasu była martwa. Emilia była jakąś daleką kuzynką zmarłej Zuzanny, tyle było wiadomo – poszukiwania w gąszczu gałęzi drzewa genealogicznego potwierdziły, że miały wspólną prababkę.

Emilia spadek mogła przyjąć albo też mogła go nie przyjmować, wiadomo. Jedyny problem stanowił tu właśnie sam spadek, bo strasznie trudno rezygnuje się z czegoś takiego, kiedy obok ciebie, a częściowo u ciebie gnieździ się prawie małżeństwo na dorobku oczekujące dziecka, które to małżeństwo naprawdę nie pogardziłoby ładnym domem dla maleństwa, świetną lokalizacją agencji detektywistycznej czy, powiedzmy, sporą sumką na rozruch i nową drogę życia.

Bo przecież to, że ty czegoś nie chcesz albo nie potrzebujesz, nie znaczy jeszcze, że komuś innemu by się nie przydało.

Emilia mogła posiadłość sprzedać, bez żadnych „ale”… Choć właściwie z jednym, małym, a jednak zasadniczym „ale”. Miała tam pojechać i spędzić trzy tygodnie w prowadzonym w posiadłości ośrodku, a potem mogła już zrobić, co zechce. Mogła też nie tracić czasu i sprzedać natychmiast, ale… tu był pewien szkopuł. Musiałaby wówczas przeznaczyć dwie trzecie uzyskanej sumy na Towarzystwo Płaskiej Ziemi.

A tego nie chciała.

– Ziemia jest okrągła! Nie chcę mieć z płaskoziemcami nic wspólnego. Jakbym im dała te pieniądze, to jeszcze by mnie gdzieś wymienili, może jako darczyńcę? Mowy nie ma! Wstyd jak stąd na Zanzibar! I wcale nie chodzi mi o pieniądze, ale o szacunek do samej siebie! Czegoś takiego po prostu nie mogłabym zrobić. Obciach na całą okolicę, a moi znajomi preppersi toby mnie na ulicy palcami wytykali.

Emilia w okolicy była jedynym preppersem, więc wytykanie jej nie groziło, to znaczy wytykanie przez preppersów, inni wytykali ją palcami od dawna z byle powodu i jakoś się tym nie przejmowała. Trzeba sobie jednak powiedzieć, że co innego być wytykanym z powodu hodowli (ponoć) halucynogennych grzybów, a co innego z powodu halucynacji, za takie bowiem uważała wszelkie pomysły płaskoziemców.

Musiała więc chyba wykonać postanowienie testamentu. W końcu trzy tygodnie to nie wieczność, wola testatora rzecz święta, nawet jeżeli testator jest kretynem, a poza tym i tak naprawdę było jej wszystko jedno. Tak bardzo wszystko jedno, że aż miewała katastroficzne myśli, co dotąd jej się nie zdarzało. To znaczy nie tak; zazwyczaj codziennie miała mnóstwo katastroficznych myśli, bo myślała tylko o kolejnych końcach świata i katastrofach, także tych nuklearnych, ale były to myśli przyjemne, pełne nadziei na makabrę. Teraz nic jej nie cieszyło.

Posiadłość, którą odziedziczyła, mogła też oczywiście zachować. Wyglądało na to, że przynosi ona nawet jakieś zyski. Tego akurat Emilia nie brała jednak pod uwagę z wielu względów, także praktycznych.

Nie nadawała się na posiadaczkę ziemską, nie miała pojęcia, jak wypełniać zeznania podatkowe, nie umiała egzekwować należności od ewentualnych najemców, a co gorsza, źle radziła sobie z ludzką bezczelnością.

A w posiadłości byli ludzie. Nie był to dom czy niezamieszkany pałac, ale jakiś kretyński ośrodek, który został założony bardzo dawno temu. Zuzanna kupiła go niejako wraz z budynkiem albo raczej kupiła zasiedlone budynki i teraz przekazała wszystko Emilii, która mogła to zostawić, jak jest, albo coś zmienić.

Tyle że o ile ściany, podłogi i trawniki i meble należały do Emilii, reszta należała do ośrodka.

Ośrodek nazywał się OAEUS, a był to skrót całej długiej nazwy.

– Ośrodek Aktywizacji Emocjonalno-Uczuciowej Seniorów „Jesienny Płomień” – przeczytała Magda.

– Czyli burdel dla staruszków? – zapytała Emilia, bo mimo że była załamana, to jednak nie przestała być sobą. – I co ja tam będę robić? Gzić się na zawołanie? Z obcymi facetami? Brrr.

– Nie no, zaraz burdel? Co ty? Ciociu?! – Magda aż podskoczyła z oburzenia. – Dlaczego burdel?

– Jak coś jest emocjonalno-uczuciowe, a do tego płomienne, to musi chodzić o seks! – odparła Emilia pewnym tonem. – Przecież to nie jest agencja matrymonialna, do cholery.

Działalność ośrodka została poddana skrupulatnemu badaniu, oczywiście przez internet, bo choć seks był dla Emilii o wiele mniej wstydliwy niż wiara w płaską Ziemię, to jednak nieco wstydliwy był.

Nie miała zamiaru spędzić nawet trzech minut, a co dopiero trzech tygodni, w przybytku temu procederowi poświęconym.

Okazało się jednak, że ośrodek nie miał nic wspólnego z seksem. Przynajmniej oficjalnie.

Zupełnie nic. On tylko aktywizował seniorów. Prowadził zajęcia z malowania, pisania i wszelkiej innej twórczości. Były to stacjonarne warsztaty wyjazdowe, przeznaczone głównie dla pań, choć i panowie czasami się trafiali. Stacjonarne i wyjazdowe, bo ochotnicy musieli przyjechać i zamieszkać w ośrodku na trzy tygodnie – tyle trwał turnus. Na tym turnusie ich życie uczuciowe i emocjonalne miało się zaktywizować, a sami uczestnicy wypocząć i nabrać wigoru oraz „zapłonąć” jesiennie.

Było to oczywiste „bla, bla, bla” nastawione na wyciąganie pieniędzy od ludzi, którym w głowach się poprzewracało od ich nadmiaru, ale trzeba sobie powiedzieć, że to żadna nowość. Każdy tak robi. Ośrodek wyróżniał się jedynie tym, że tu wyciągano pieniądze od zamożnych seniorów.

Stąd te wszystkie aluzje do jesieni. Chodziło oczywiście o jesień życia, która powinna być „aktywnie piękna i pięknie aktywna” jak zapowiadała strona internetowa.

Emilia przez całe życie była bardzo aktywna, choć nie zawsze pięknie, bo to, co robiła ze swoim domem, oraz to, co hodowała (grzyby rzadko podobne są do róż), w kategoriach piękna się nie mieściło. Nie nęciły jej falbanki, kokardki i koronki, ale w zasadzie profil ośrodka zyskał jej ostrożną aprobatę. Spędzenie tam trzech tygodni, i to w momencie, kiedy utraciła sens życia, nie wydało jej się czymś niewykonalnym.

Mogła się poświęcić, traktując to poświecenie jako jeszcze jedną kłodę rzuconą jej pod nogi z dezynwolturą przez wredny los, który, owszem, kłody – proszę bardzo, ale na (choćby niewielki) meteoryt to już wysilić się nie miał zamiaru.

Wiedziała, że będzie to nudne i bezsensowne, ale dla Magdy, jej przyszłości, no i dziecka była gotowa się do tego zmusić, a potem sprzedać to cholerstwo i dać dziewczynie pieniądze na rozruch działalności oraz spokojną przyszłość.

Emilia jakoś tak właściwie – czasowo, już i jeszcze – nie miała prawa jazdy. Oczywiście potrafiła prowadzić, i to doskonale. Bez problemu jeździła czołgiem, amfibią, a nawet trabantem, ale jeździła tak niebezpiecznie, że po prostu prawo jazdy traciła raz na jakiś czas i właśnie w tym momencie go nie posiadała. Od dawna. Przyczynił się do tego rajd ulicami miasteczka miniczołgiem zrobionym z motocykla i transportera. Było to niesprawiedliwe, bo nie rozwijał jakiejś strasznej szybkości i nie stanowił zagrożenia, dopóki lufa nie utknęła w budzie z hamburgerami i nie zabrała budy na przejażdżkę. Wraz ze sprzedawcą. Ten odrobinę się zdenerwował, wezwał policję i ogólnie zrobiło się ciężko. Nawet chcieli jej pojazd zarekwirować, a wszystko przez głupią lufę.

Brak prawa jazdy nie był wielkim problem, choć trochę też Emilię wkurzał. Nie powodowała wypadków, nikogo nie potrąciła, nie rozwalała latarni po pijaku, ale raz czy dwa policjanci widzieli jej drifty na zakrętach, manewry na skrzyżowaniach, zachowanie na podwójnej ciągłej albo zaciekłą walkę o miejsca parkingowe przed marketem. Oczywiście ze swoim sprzętem wygrywała, nie było innej opcji, ale oni od tego siwieli.

Nie mogła więc pojechać do ośrodka sama. Ktoś musiał ją odwieźć.

Duchołazy Górne, ulica Pajęczynowa. Adres był naprawdę ciekawy. Ulica Pajęczynowa…

– Może jeszcze trzynaście? – zapytała kąśliwie Emilia. – Albo sześćset sześćdziesiąt sześć? Wszystkiego się można spodziewać po takich dziwnych zrządzeniach losu.

Nie wierzyła w horoskopy ani w numerologię, nie miewała przeczuć, ale bardzo obawiała się złośliwości przedmiotów martwych i paskudnych zbiegów okoliczności.

– Nie no, ciociu, co ty taka przesądna? Normalnie nic z tych rzeczy. Tylko oczko, dwadzieścia jeden – odpowiedziała Magda.

– A, dwadzieścia jeden? Nawet nieźle! – odburknęła Emilia zadowolona.

Nie była i zarazem była przesadnie ostrożna. Jako osoba oczekująca końca świata zwracała uwagę na drobiazgi, wszelkie możliwe znaki czy anomalie, jak choćby ilość chmur na niebie (bo może coś gdzieś wybuchło i to nie chmury, a dym), kolor tego nieba (bo albo to słońce zachodzi, albo to może być łuna), gęstość listowia (bo może coś się dzieje pod ziemią, jakieś reakcje chemiczne, które sprawiają, że drzewa łysieją albo wręcz przeciwnie, wyglądają kwitnąco). przykładała dużą wagę do szczegółów. Teraz, kiedy koniec świata odszedł w niebyt i smutne zapomnienie, zaczęła skupiać się na nieco innych aspektach życia.

– Strasznie tego mało… – burknął Mikołaj, pakując dwie maleńkie walizki ciotki do samochodu.

Został oddelegowany do wywiezienia Emilii do ośrodka. Trzy tygodnie bez niej i jej marudzenia jawiły się jemu i Magdzie jako całkiem niezły wypoczynek, bo ciotka, kiedy jeszcze zajmowała się końcami świata, zawsze umiała znaleźć sobie coś do roboty i naprawdę pozytywnie podchodziła do życia oraz świata, teraz jednak, odkąd końce świata, mniej lub bardziej makabryczne, przestały ją inspirować, zrobiła się smutna, marudna i zrzędliwa.

Żeby nie powiedzieć upierdliwa.

Jakkolwiek dziwne to było, oczekiwanie na makabrę wprawiało ciotkę w świetny nastrój, a brak makabry, potoków krwi, łez i bebechów na horyzoncie wpływał na nią deprymująco.

Emilia wyjeżdżać nie miała ochoty, ale chciała to załatwić raz na zawsze i mieć spokój. Była zła na nieboszczkę za ten numer ze spadkiem, a już za płaskoziemców i trzy tygodnie w babskim horrorze, jak postrzegała ośrodek, sama by ją chętnie zabiła, ale cóż, było to niewykonalne, a pieniądze na agencję detektywistyczną Magdy, która miała ruszyć, jeszcze zanim dziecko pojawi się na świecie, były nie do pogardzenia.

Bo wszystko było już prawie gotowe do zapięcia na ostatni guzik, tylko ten guzik trzeba było kupić.

Niby Magda miała mieszkanie w Warszawie i z jego wynajmu mogła jakoś się utrzymać, Mikołaj miał swoje mieszkanie, ale dom to zawsze dom. Szkoda tylko, że w Duchołazach, które co prawda były niedaleko, ale jednak od miasteczka trochę oddalone, a Emilia chciała mieć Magdę blisko, zresztą praca Mikołaja…

W grę wchodziła tylko i wyłącznie sprzedaż.

Emilia zdawała sobie sprawę, dlaczego Zuzanna chciała ją zmusić do zamieszkania na te trzy tygodnie w ośrodku. Pewnie naiwnie wierzyła, że jak wszelkie bohaterki romansów i komedii romantycznych Emilia zobaczy, jak tam jest, zakocha się (może tylko w tym miejscu, niekoniecznie w przystojnym sąsiedzie zza płota, co to, to nie) i postanowi zostać w posiadłości na zawsze. Takie prawdopodobnie były zamiary i pobożne życzenia testatorki, która zza grobu usiłowała ingerować w życie spadkobierczyni.

Tak często bywa. Taki ktoś, kto zostawia komuś innemu spadek, może sobie pomyśleć, że skoro coś komuś daje, to ten ktoś powinien jednak jakoś na to coś zasłużyć. W ten sposób darczyńca może się trochę nad obdarowanym poznęcać zza grobu. Emilia czytała, że kiedyś w modzie było załatwianie w ten sposób małżeństw albo potomstwa. Na zasadzie: wyjdziesz za tego konkretnego faceta albo urodzisz dziewiętnaścioro dzieci, to spadek dostaniesz. Emilia wzdrygała się na samą myśl o czymś takim.

– Nic z tego! Po moim trupie! – mruknęła z satysfakcją. Miała mało romantyczną naturę i niczego w tym stylu nie brała pod uwagę.

No i Duchołazy Górne. Ta nazwa nie kojarzyła się ani dobrze, ani romantycznie.

– Jakieś duchy tam się objawiają? – zapytała Mikołaja, żeby droga im się nie dłużyła, a wiedziała z doświadczenia, że chłopak jest tak skrupulatny, że z pewnością wszystko dawno sprawdził.

– Tak mówią, ale to chyba tylko jakieś legendy czy coś w tym rodzaju. Zresztą takie opowieści zawsze są bardzo dalekie od prawdy – wyjaśnił uspokajająco, co wyszło dość nienaturalnie, jakby jednak coś było na rzeczy, bo gdyby nie było, to po prostu by się roześmiał, wzruszył ramionami albo popukał w czoło. Znała go już na tyle, żeby to wiedzieć.

– No, jakiś duch im tam łazi? Tak? Bo nazwa właśnie to sugeruje. I dlaczego łazi, a nie chodzi? No i kto? – drążyła Emilia, bo to dawało jej choć odrobinę rozrywki.

– Jakaś kobieta? Facet? Nie wiem – odpowiedział wymijająco, bo po wykluczeniu kobiety i mężczyzny wielkiego wyboru nie było. – O, jesteśmy na miejscu! – powiedział, wjeżdżając w otoczoną lasem dróżkę, na końcu której był bardzo ładny, duży podjazd i naprawdę ładny, duży dworek albo nawet dwór.

Nie był za bardzo odosobniony, bo za żywopłotami, które tę posesję ograniczały, widać było inne domy. Może nie takie same, bo żaden z nich nie miał kształtu dworu, były to raczej dobrze zamaskowane przeróbkami gierkowskie klocki, ale wyglądały przyjemnie i całkiem zamożnie.

A niektóre nawet bardzo.

***

Emilia, przyglądając się fasadzie, z zadowoleniem pomyślała, że to całkiem dobre miejsce na szyld agencji detektywistycznej. Takiej wziętej, zamożnej, dobrej i z tradycjami. Tradycji oczywiście kupić się nie da, ale tak wyglądający budynek mógł wiele sugerować, a to już coś. Bardzo dobre efekty można uzyskać półprawdami.

Pobyt opłaciła przez internet, bo nie zamierzała pojawiać się tam jako właścicielka, którą w pełni zresztą jeszcze nie była, ale jako uczestniczka turnusu. To wcale nie był głupi pomysł, jeżeli chciało się zobaczyć jakąś prawdę. Oczywiście wiadomo, prawda to pojęcie skomplikowane, ale inną pokazuje się klientom, a inną właścicielom. Zawsze tak jest. Jednym prezentuje się raj, drugim piekielną katastrofę, każdemu co innego zależnie od potrzeb. Często zamiennie zresztą. Emilia nie chciała, żeby pokazywano jej cokolwiek, wolała wszystko zobaczyć sama.

Traktowała ten spadek z taką samą podejrzliwością jak internetowe wiadomości od nigeryjskich prawników, którzy przekażą ci miliony, jeżeli do nich napiszesz, gdyż jesteś „ostatnią rodziną zmarłego przed śmiercią klienta”.

Nie podejrzewała przekrętu, ale wolała dmuchać na zimne. Przyjęcie spadku i sprzedaż budynku (bo tylko to brała pod uwagę) nie były uzależnione od tego, co się stanie z ośrodkiem, ani w ogóle z nim związane, ale skoro testatorce tak zależało na spędzeniu tu trzech tygodni, coś musiało być na rzeczy. Coś musiało się w tym kryć. Tajemnica? Przekręt? Oszustwo? Było to dziwne, bo jednak Emilii nie chciało się wierzyć, że ta prawie obca, choć z nią spokrewniona, nieżyjąca kobieta postanowiła ją aktywizować emocjonalnie i uczuciowo zza grobu. Aż taka naiwna to Emilia nie była.

Zresztą nie była jeszcze z tym wszystkim u prawnika i nie miała pewności, czy dziedziczy tylko ściany i ziemię, czy może coś jeszcze. Jedną z możliwości były na przykład długi, których dziedziczyć nie zamierzała, więc chciała zrobić wszystko, jak należy.

Mikołaj zatrzymał samochód przez dworkiem, wniósł walizki i zaraz odjechał. Podobno musiał natychmiast zająć się Magdą, bo bez ciotki czuła się samotna. Jasne! Kto by w to uwierzył? Magda była sama od piętnastu minut i już poczuła się samotna? Był to oczywiście pretekst, ale Emilia i tak nie miała do Mikołaja pretensji, choć została sama, wyobcowana, w nieznanym miejscu, a co za tym idzie, poczuła się dość paskudnie. Nawet bardziej niż dotychczas.

Świat jest zazwyczaj wredny i okrutny, ale o wiele łatwiej go znieść we własnym domu, na starych śmieciach, pośród bunkrów, grzybów i starych konserw niż pośród obcych ludzi w przybytku, który prezentował się zdecydowanie zbyt wytwornie jak na potrzeby i przyzwyczajenia Emilii. Królowała tu, co było widać na pierwszy rzut oka, elegancja nieco wymuszona, taka trochę za bardzo falbaniasta, od której Emilii robiło się niedobrze.

***

Ciąża to coś, co budzi prawdziwe przerażenie nawet w tych, którzy jej pragną. To oczywiste, świat się zmienia, życie się zmienia. Boją się jej przyszłe matki, niepewne własnych kompetencji, i przyszli ojcowie, pewni, że świat w postaci słodkiej, aczkolwiek osranej niemowlęcej pupci właśnie wali im się na głowy.

Przyszłe babcie doznają wstrząsu i galopującej zmarszczkozy, a przyszli dziadkowie artretyzmu, po czym rzucają się w wir zakupów, toteż dziecko, zanim się urodzi, posiada już sześć szybkowarów, hulajnogę i karnet do DKF-u.

Ciotki i wujkowie robią zapasy wódki, które potem wypijają na zdrowie i za zdrowie oraz na wszelki wypadek.

Szaleństwo ogarnia też znajomych. Koledzy przyszłego ojca z zafrasowanymi minami wróżą mu wieloletnią katorgę bez piwa, wypadów na ryby i oglądania telewizji, w zwałach zasranych pieluszek oraz zarzyganych śliniaczków, a koleżanki przyszłej mamy wyszukują w sieci co straszniejsze wieści porodowe, żeby jak najbardziej ją przestraszyć – w końcu to jedyna okazja, przy drugim dziecku już nie uwierzy.

Wszyscy dodatkowo traktują ją – tę przyszłą matkę – jak chorą albo ubezwłasnowolnioną, każdy przymus tłumacząc stwierdzeniami: „To dla dobra dziecka”, jeżeli to coś, czego matka nie lubi, bądź „To dobrze zrobi dziecku”, jeżeli nie znosi, a na przykład trzeba to zjeść.

Po bliższym przyjrzeniu się radom otoczenia Magda stwierdziła, że dziecku wszystko robi dobrze, chyba tylko poza zdrowym rozsądkiem.

Nie chciała być traktowana jak ciąża na dwóch nogach bez głowy. Chciała być traktowana jak kobieta, ewentualnie kobieta w ciąży, ale to oczywiście było nieosiągalne.

Mikołaj też przesadzał. Ostatnio nawet chciał pilnować jej pod prysznicem. Zaproponował też, że umyje jej plecy, o ile Magda zasłoni brzuch, bo on się boi, że zrobi krzywdę dziecku. Gąbką…

Najgłupsze było jednak to, że dziecko było wielkości niedużej fasolki i naprawdę nie wymagało całego tego szaleństwa, które zaczynało wokoło niego kwitnąć. Choć samo trochę dawało się Magdzie we znaki – nie wiadomo, czy bardziej fizycznie, czy psychicznie. W wieku dwóch miesięcy (tych jeszcze zaledwie ciążowych) objawiało się bardzo częstymi wizytami w łazience i wzmożonym apetytem na wędzony bekon z lodami malinowymi oraz przekonaniem Magdy, że sobie nie poradzi, że z czymś przesadzi albo czegoś nie dopilnuje i w konsekwencji zostanie obwołana złą matką.

***

W recepcji ośrodka Emilię przyjęto bez specjalnych ceregieli, choć ze zdziwionymi spojrzeniami, taksującymi jej dość zwyczajny strój w tym miejscu rzadko spotykany. Brak jedwabiu i koronek, niedobory w dziedzinie falbanek oraz buty bez kilkunastocentymetrowych obcasów – to wszystko bardzo rzucało się w oczy.

Zresztą Emilia nie miała też kilku podstawowych, a prawie wymaganych tu rzeczy: makijażu, szponiastych paznokci z diamencikami, torebki Vuittona, kapelusza, okularów przeciwsłonecznych Gucciego oraz różowej walizki w stylu piesek.

Dostała klucz do pokoju i rozpiskę zajęć, bo w ośrodku prowadzono zajęcia, które były niemalże obowiązkowe.

Recepcjonistka była umalowana zdecydowanie zbyt mocno, trochę ziewała i chyba miała ochotę pogadać, co Emilii nawet się spodobało.

– Ma pani okno na staw i lasek – wyjaśniła dziewczyna. – Ładny widok. A jakby nocą coś pani biegało i jęczało, niech pani nie zwraca uwagi, to nasza Malwina, ona tamtędy lata. Popatrzy pani, jak warkocz na Julię Tymoszenko, to Malwina.

– Malwina? – zapytała zdziwiona Emilia.

– No, jedna nasza. Taka tutejsza – odpowiedziała recepcjonistka i chyba chciała wdać się w dłuższą dyskusję, ale w pomieszczeniu zaczęli zbierać się pensjonariusze albo goście, bo zrobiło się trochę tłoczno, więc zrezygnowała.

Emilia z rozbawieniem pomyślała o warkoczu à la Tymoszenko. Mało kto teraz nosił tak długie włosy, żeby móc sobie taki zapleść, ale kto wie, mógł przecież zresztą być sztuczny…

Pokoik Emilii był niewielki i nawet miły, ale przyprawił lokatorkę o falbankowy ból głowy. Wszystko w nim było ozdobione falbankami. Także w łazience i w ubikacji królowały falbankowo-falbaniaste potwory – na desce klozetowej, pod deską, na umywalce, pod umywalką, była nimi ozdobiona nawet wanna. Wszystko było złocone, obsypane brokatem i tak kiczowate, że aż oczy łzawiły.

Nie był to ten rodzaj ozdób, które Emilia preferowała. Ba, ona ich wręcz nie tolerowała, bo żadna z tych falban i falbanek nie była w plamy moro.

Na dodatek wszystkie falbanki obszyto koronką.

To było straszne. Tyle materiału, który mógłby posłużyć do kamuflażu (o ile byłby w plamy moro albo w kolorach pustyni), zostało zmarnowane na głupoty.

Ponadto dostała pokój bez telewizora. Jak głosił regulamin, telewizja była tu zakazana, gdyż zabija marzenia i dusze.

Emilia natychmiast poczuła, że tu nie pasuje.

Nie chodziło o telewizję, której prawie nie oglądała, czy o biblioteczkę, w której znajdowały się same romanse, ale ogólnie o podejście do życia. Emilia – mimo braku końca świata – mocno stąpała po ziemi. Lubiła konkret i nie nadawała się na artystkę, a tu wszystko jakoś na tym się skupiało. Wszystko było ekstremalnie romantyczne, zwiewne, poetyckie i koszmarnie kiczowate.

Tak jakby ludzie próbowali tutaj nie tyle realizować, ile tworzyć sobie marzenia, a to tak nie działa.

Emilia przebrała się, umyła i przeszła do sali, w której miały być prowadzone jakieś zajęcia. Była nastawiona bardzo sceptycznie. Nie miała ochoty w niczym uczestniczyć, ale się do tego trochę zmusiła, wierząc, że w ten sposób coś zrozumie albo choć czegoś się dowie. Chciała uniknąć zasugerowania się tymi drobnymi przekłamaniami, których pełne są wszelkie foldery i ulotki. Te kuszą sloganami w stylu: „Basen, siłownia, sauna”, a potem okazuje się, że nawet nie jest to kłamstwo, bo basen jest do dyspozycji pod każdym łóżkiem, siłownia, owszem, też jest, ale tylko przetwarza energię w szopie za budynkiem, a sauna robi się w każdym pokoju, jak tylko zaświeci słońce, bo klima nie działa, a okna zostały zabite na cacy, żeby komary nie leciały. I nie ma się do czego przyczepić, bo kierownictwo ośrodka odpowiada tylko za własne słowa, a nie za twoje wyobrażenia.

Emilia nie wiedziała, jak takie zajęcia mają się odbywać, i prawdopodobnie gdyby chodziło o nią samą i o jej pobyt, taki, który miałby być przyjemnością albo choć wypoczynkiem, już dawno by uciekła. Potraktowała jednak to wszystko jako misję i poświęcenie. Wiadomo, robiła to przecież „dla dobra dziecka”. Emilia, mimo iż w zasadzie była rozsądna, bywała też nierozsądna, a dziecko miało być jej cioteczną wnuczką (wnuczka w wersji męskiej nie przewidywała), było więc bardzo ważne.

Kiedy weszła do sali, zobaczyła kilka osób siedzących przed arkuszami papieru umieszczonymi na niewielkich sztalugach. Skrzywiła się na sam ten widok. Stanęła w drzwiach i zupełnie nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Wejść, usiąść czy może stanąć i dygnąć?

Te kobiety ją onieśmielały. O wiele lepiej czułaby się w towarzystwie zombie, mutantów, a nawet zwykłych rzezimieszków – ich trochę znała, wiedziała, jak działają i jak ma się do nich odzywać, a tu normalnie nic, stała jak kołek i zapomniała języka w gębie. To zdecydowanie nie były jej klimaty.

Siedzące w pomieszczeniu panie były eleganckie, zwiewne, modne i zadbane, a pan (bo był tam też pan) bardzo elegancki. Była to elegancja raczej w stylu „lowelas podrywacz w podeszłym wieku”, ale jednak.

– Proszę państwa, oto nowa towarzyszka naszych romantycznych uniesień – przedstawiła ją instruktorka, która wyszła Emilii na spotkanie zza eleganckiego biurka.

– Jowita – przedstawiła się jedna z pań. – Jestem oczywiście kobietą, ha, ha – roześmiała się sztucznie. – Bo tak naprawdę Jowita to imię męskie od boga Jowisza. Rzymskiego boga, nie naszego, ale u nas dają kobietom – dodała, jakby mówiła do kogoś, kto raczej o mitologii nie słyszał.

Emilia jęknęła, ale tylko w duszy.

– Pani pozwoli, Rafaello jestem, to znaczy Rafael, a właściwie Rafał, ale to takie przyziemne, prawda? Moja matka naprawdę mogła się bardziej postarać, ale i tak dobrze, że nie nazwała mnie Zenon na przykład, prawda? – Jedyny mężczyzna podbiegł do niej w dziwacznych podskokach, wygłosił swoją tyradę, złapał ją za rękę, pocałował w nią i poprowadził do jednego z wolnych stanowisk. – A to jest Mortadella, tfu, przepraszam, Marcela, a tam siedzi Adela – zażartował, co bardzo nie spodobało się jednej z pań.

Pozostałe parsknęły śmiechem, choć żart nie był elegancki, no bo jednak mortadela elegancka nie jest. Gdyby tak pomylił to imię z kawiorem, może, albo choć szynką parmeńską, ale nie z mortadelą!

Emilię uczono, jeszcze kiedy była dzieckiem, że z imion i nazwisk nie należy żartować, ale wyraźnie w wyższych sferach ta zasada nie obowiązywała.

Bo to właśnie musiały być wyższe sfery – oczywiście te niższe wyższe, nie ludzie urodzeni z herbami na piersi i diamentowymi tiarami na głowach, ale tacy, którzy jako że byli zamożni, bardzo, ale to bardzo chcieli być kimś więcej niż byli, czyli po prostu KIMŚ. Tacy, którzy uważali, że falbanki załatwią wszystko, a eleganckie imię trochę zakamufluje jakieś pospolite nazwisko.

Pobyt w ośrodku zaczął się zajęciami z malarstwa. Emilia natychmiast je znienawidziła. Nie uważała, że sztuka ma sens; gdyby miało to czemuś służyć, to jasne, gdyby była na przykład przekonana, że malunek na ścianie domu uchroni ten dom przed katastrofą, wykrzesałaby z siebie wszystko, może nawet iskierkę talentu, i byłaby w stanie stworzyć naprawdę piękny fresk. Ale tylko wtedy.

Siedzenie przed arkuszem papieru i malowanie martwych natur uważała za bzdurę. Szkicowanie drzew też. I rysowanie innych bzdetów: ławek, kamyków, nieistniejących rzeźb, istniejących wierzb, jeziorka, a właściwie stawu i wszelkich innych romansowo-romantycznych koszmarków, które powinny zostać raczej odmalowane (bo się łuszczyły, co było widać przez okno), a nie namalowane.

Instruktorka, dziwaczna kobieta ubrana jak zjawa z daltonizmem (tak zresztą jak i pozostałe panie), wróciła za biurko.

Kursantki były w zaawansowanym wieku, ale umysłowo nie prezentowały się interesująco. Emilia zauważyła, że zachowywały się jak podlotki. Nuciły, śpiewały, chichotały i wzdychały.

„Jesienny Płomień” propagował wszystko, co artystyczne: poezję, której Emilia nie rozumiała, romantyczne spacery dookoła jeziorka, które powodowały u niej katar sienny, miały być też wieczorne opowieści o duchach, które ją śmieszyły. Czuła, że będzie źle.

– Dobrze, drogie panie, po obiedzie zajmiemy się rozwojem literackim! – Instruktorka zaklaskała w pulchne łapki.

Emilia aż się skurczyła. Poczuła się jak w przedszkolu.

Po obiedzie, na który przeszły do jadalni, składającym się z bardzo wykwintnych szparagów i innego modnego zielska, przyszła więc kolej na zajęcia z literatury.

Przeniosły się do kolejnego pomieszczenia.

Zostały usadzone ma krzesełkach przed pulpitami ustawionymi w kręgu. Na pulpitach stały laptopy.

– A teraz, drogie panie… – instruktorka zawiesiła głos, jakby miała ogłosić jakiś ekscytujący koniec świata (aż Emilii łza zakręciła się w oku) – a teraz napiszemy opowiadanie romantyczne.

Wszystkie kobiety aż jęknęły z zachwytu.

Emilia ze zgrozy.

Siedziała nad swoim laptopem i nie umiała wykrzesać z siebie ani słowa. Romantyzm ją przerażał. Było w nim coś infantylnego.

Na dodatek nie dość, że to coś bardzo osobistego, bo nie każdy to samo uważa za romantyczne, to jeszcze bywa przereklamowany. Jeden uważa, że seks na plaży jest romantyczny, drugi, że niehigieniczny. Trudno ludziom dogodzić. Kobiety zazwyczaj skupiają się na westchnieniach, łzach i wielkich wyznaniach; Emilia miała w tym zakresie poważne braki, a jednak należało się zmusić do tej twórczej szarpaniny, żeby coś z siebie wykrzesać.

– No, pani Emilio! – Instruktorka pochyliła się nad nią i zobaczywszy pusty ekran, pokręciła głową z dezaprobatą. – Proszę puścić wodze wyobraźni! Dać się pochłonąć ekstazie! No!

Emilia nie bardzo wiedziała, co ma pisać. O ekstazie nie było mowy.

Jednak zaczęła.

„Wielka, zmutowana roślina wyszła na żer” – napisała, stosując się do sugestii, żeby puściła wodze wyobraźni.

Instruktorka zmartwiała.

– Nie. Nie, nie! Nie tak! To miało być romantyczne! – powiedziała takim głosem, że Emilii prawie zachciało się płakać.

Nikt nie lubi być pouczany, a poza tym zmutowane rośliny są super.

Emilia postanowiła, że jakoś to zniesie. Zaciśnie zęby i przetrwa.

– Proszę wprowadzić jakąś romantyczną bohaterkę i od niej zacząć – podpowiedziała jej instruktorka.

Emilia niewiele się namyślała. Nie lubiła niczego wyrzucać, a wyrzucanie słów uważała za wielkie marnotrawstwo. Przez chwilę zastanawiała się, jak zadowolić prowadzącą, potem westchnęła i napisała:

„Wielka, zmutowana dziewczyna wyszła na żer”.

Instruktorka prawie zemdlała.

– Niech się pani nie martwi! – Emilia wzruszyła ramionami, usiłując jakoś ją udobruchać. – To tylko początek, seks będzie potem.

Instruktorce jednak zmutowana dziewczyna nie kojarzyła się najlepiej.

– I ona mu odgryzie głowę?! Naprawdę uważa pani, że to jest romantyczne?!

– Nie no… – Emilia usiłowała jakoś się tłumaczyć, ale nie bardzo wiedziała jak.

Pomysł z odgryzaniem głowy nawet jej się spodobał, ale nie rozumiała, czy instruktorka go akceptuje, czy wręcz przeciwnie. Innym problemem była sama akceptacja. Emilia uważała, że owszem, ten pomysł może nie jest romantyczny dla instruktorki, ale dla niej może być… Nie zamierzała dać się tu tresować.

– Ależ droga pani Emilio… – Instruktorka zorientowała się, że była zbyt obcesowa, więc zaczęła emanować taką ilością słodyczy, że Emilii zrobiło się niedobrze. – Proszę otworzyć swoje serce i powiedzieć, czego pani pragnie! Co stanowi sens pani życia? Na co pani najbardziej czeka?

– W sumie dotychczas najbardziej czekałam na jakiś fajny kataklizm, apokalipsę, ale teraz to chyba już tylko na kolację – powiedziała Emilia, nie rozumiejąc intencji rozmówczyni.

Jest spora grupa ludzi, którzy zamiast brać życie wprost, wszystko rozumieją pokrętnie. Instruktorka do takich właś­nie należała – wszędzie doszukiwała się aluzji, podtekstów i wieloznaczności.

– Apokalipsa? Apokalipsa… – zastanowiła się. – Co pani przez to rozumie? Jakiś duchowy kataklizm? Emocjonalne wyczerpanie? Może marazm? Wielki emocjonalny wstrząs?

– Nie, normalnie, chodzi mi o zwykłą apokalipsę. Wie pani, rzeki krwi, pożary, setki ofiar, ale w sumie meteoryty, wulkany też… Normalnie koniec świata.

Dwie panie jęknęły.

Instruktorka zdębiała.

– Rozumiem, że ma pani jakieś poważne zaburzenia. Jakieś fobie? Lęki? A może nawet choroby psychiczne? Ale o tym porozmawiamy jutro. Tak to jest, kiedy się coś zaniedba… Powinnam była w formularzu wpisowym dodać pytanie o choroby psychiczne, ale to takie nie na miejscu – westchnęła zrezygnowana, inne panie poszły za jej przykładem. – Czeka pani na koniec świata? Ale nie naprawdę? Nie chce pani, żeby świat się skończył?

– Oczywiście, że naprawdę! I tak, chcę! – warknęła Emilia, zamknęła laptop z rozmachem, wstała i wyszła.

I tak nie bardzo pasowała do tego towarzystwa. Mimo iż ubrała się dość zwyczajnie, w ogrodniczki moro i bluzkę w stokrotki, na tle koronek i falbanek wyglądała dziwacznie. To nie było jej środowisko naturalne.

Panie były zupełnie inne niż ona i nie wyglądały na przepełnione tolerancją. Było w nich dużo samozadowolenia i poczucia wyższości.

Trudno było się zresztą dziwić. Ludzie mocno stąpający po ziemi rzadko dają się skusić na takie wczasy czy turnusy jak „Jesienny Płomień”. Trzeba być bardzo zamożnym, poważnie znudzonym i trochę niespełna rozumu, żeby zainteresować się czymś podobnym.

Emilia wolałaby już swoje grządki grzybne czy sprzątanie piwnic. Umacnianie zasieków teraz, kiedy przestała już czekać na koniec świata i objawienie się zombie, nie miało większego sensu, ale i tak było mniej jałowe niż te zajęcia z literatury czy malarstwa.

Dodatkowo czuła się osamotniona.

Nikogo tu nie znała. Można by powiedzieć, że jeszcze nie znała, w końcu dopiero co przyjechała, ale to niewiele zmieniało. Nie liczyła, że kogokolwiek pozna, a jeżeli nawet, to raczej nie polubi. Wszystko było nowe, dziwne i naprawdę mało interesujące, a te trzy tygodnie jawiły się jej jak bardzo długie i straszliwie nudne pół roku.

Nie zamierzała dzwonić do Amelii, bo gdyby poskarżyła się jej na te warunki, siostra bliźniaczka zupełnie by tego nie zrozumiała. Jej to wszystko pasowałoby najbardziej w świecie. Była bardzo falbankowo-romantyczną osobą. Do Magdy ciotka nie chciała dzwonić, żeby jej nie martwić, w końcu dziewczyna w ciąży martwić się nie powinna.

Dlatego Emilia zaszyła się w swoim pokoju i nawet nie zeszła na kolację, czego potem bardzo żałowała.

Mimo wszystko postanowiła przetrwać.

No i chciało jej się płakać. W zasadzie nie była osobą z „oczami w mokrym miejscu”, ale doskwierały jej samotność i nuda.

Zresztą wszystko było jakieś dziwne. Noc, i to pierwsza, w takim miejscu bywa trudna. Ta była naprawdę paskudna.

Coś łaziło.

Emilia też nie zamierzała siedzieć w pokoju. Przeszła się dookoła domu, pomacała żywopłoty, obejrzała jeziorko, zajrzała na tyły posesji. Chciała sama się przekonać, jak jej spadek wygląda naprawdę. Wolała zrobić to wieczorem, dyskretnie, bo nie wiedziała, czy w ciągu dnia będzie miała trochę wolnego czasu, czy znów zostanie wciągnięta w bezsensowne działania artystyczne, które zapowiedziano w rozpisce. Najgorsze były chyba zajęcia ze śpiewu. Bała się nawet o nich pomyśleć.

Emilia nie śpiewała. Mruczała, nuciła, czasami pozwalała sobie na jakieś ciche „lalanie” pod nosem, ale starała się, żeby nikt tego nie słyszał. Śpiewać nie mogła, miała serce, wiedziała, że gdyby ktoś ją usłyszał, z pewnością doznałby straszliwego wstrząsu, a może nawet wyskoczył przez okno.

Spacer ją zadowolił i trochę uspokoił. Rzeczywiście wszystko było dość zadbane, choć tylko z wierzchu. Widać było, że dom wymaga remontu, mimo że jeszcze nieźle się trzyma, że staw czy – jak tu go nazywali – jeziorko należałoby trochę oczyścić, że żywopłoty powinny zostać przycięte, ale w sumie inspekcja wypadła całkiem pozytywnie.

***

– Szefowo, przyjdzie pani rozplątać panią Jowitę? Kwiat lotosu jej się zaklinował i sam nie daję rady! – Męski głos usłyszała nawet Emilia, bo wołanie było dość głośne.

– Już biegnę, panie Sebastianie – odpowiedziała instruktorka. – Już biegnę. Tyle razy mówiłam, żeby uważać! To nie… A teraz co? Masło brać?

– Nie no, olej wystarczy!

Sebastian Kumorek był trenerem osobistym – uwielbianym przez panie trenerem od wszystkiego, ale najbardziej od jogi, bo panie sądziły, że joga jest łatwa, a także elegancka i w wyższych sferach zdecydowanie obowiązkowa.

Panie chodziły na jego zajęcia grupowe organizowane w ośrodku, ale również kupowały u niego prywatne treningi. Nie dlatego, że były tak zdeterminowane, żeby poprawić swoją kondycję, ale dlatego, że Sebastian Kumorek był przystojny.

Miał włosy, był opalony, umięśniony i wysportowany. Prawdziwe bożyszcze kobiecych tłumów i obiekt nienawiści tłumów męskich.

Nie odmawiał. To było dobrze płatne zajęcie, ale panie starały się tak bardzo, że czasami przesadzały. Zaklinowanie się w jakiejś pozycji jogi zdarzało się często (raz jedna z pań tak bardzo, że coś jej w kręgosłupie chrupnęło i trzeba było zanieść ją do kręgarza), ale nie odpuszczały. Ba, nawet wykłócały się między sobą o minuty i godziny spędzone z trenerem, a jemu robiły sceny zazdrości.

Nie było to nic nowego, Sebastian nie raz i nie dwa spotykał się z takim zachowaniem, nie raz i nie dwa dostawał propozycje, niekiedy nawet matrymonialne, a łóżkowych tyle, że trudno było zliczyć. Potrafił z tego korzystać.

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Do zakopania jeden trup

Marlena Opierska, znana i zamożna pisarka, postanawia spędzić Boże Narodzenie w luksusowym ośrodku wypoczynkowym. Zabiera ze sobą najbliższych – męża, siostrę oraz współpracowników. Nie jest im jednak dane zakosztować magicznej świątecznej atmosfery. W wigilijną noc ekscentryczna kobieta zostaje odnaleziona martwa u stóp… to znaczy kopyt plastikowego renifera. Zakrwawiony nóż porzucony w saniach Mikołaja nie pozostawia wątpliwości, że było to morderstwo.

Kto zabił? Pracownicy pisarki, którzy nie dostali wolnego nawet w Boże Narodzenie? Niewierny mąż? Zazdrosna siostra? Miejscowy oszust matrymonialny? A może w zbrodni maczały palce siły nadprzyrodzone? W końcu w święta może się wydarzyć wszystko…