Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Żona dla Australijczyka - Lindsay Armstrong

Bridget i Adam poznają się w dramatycznych okolicznościach, w górach szaleje burza. Cudem uchodzą z życiem. Wspólnie spędzona namiętna noc zbliża ich do siebie. Rankiem jednak on oświadcza, że nie będą się więcej spotykać. Wkrótce w prasie ukazują się informacje, które milioner Adam Beaumont w zaufaniu przekazał tylko Bridget. Rozgoryczony, odnajduje ją, by powiedzieć, co o niej myśli. Nie spodziewa się, jaka czeka go niespodzianka…

Opinie o ebooku Żona dla Australijczyka - Lindsay Armstrong

Fragment ebooka Żona dla Australijczyka - Lindsay Armstrong

Lindsay Armstrong

Żona dla Australijczyka

Tłumaczenie: Monika

ROZDZIAŁ PIERWSZY

To była straszliwa noc na Złotym Wybrzeżu. Z początku nic nie zapowiadało katastrofy. Gwałtowne, letnie burze nie należały tu wprawdzie do rzadkości, ale tym razem szaleństwo żywiołów zaskoczyło nawet meteorologów. Deszcz lał strumieniami. Porywy wiatru miotały samochodem Bridget Tully-Smith. Pracujące wycieraczki co chwilę przesłaniały wąską wstęgę krętej drogi pomiędzy górami.

Bridget spędziła wspaniały weekend na farmie u zaprzyjaźnionej rodziny w uroczym zakątku doliny Numinbah. Jej przyjaciółka hodowała lamy. Miała małe dziecko i kochającego męża.

W normalnych warunkach powrót zająłby godzinę, lecz Bridget zgubiła drogę wśród ciemności i ulewy. Nie wiadomo, kiedy zjechała na boczny trakt. Dotarła do betonowego mostu, przez który przelewała się wezbrana rzeka. W ostatniej chwili nacisnęła hamulec. Gdy rwąca kipiel uniosła tył auta, zdołała wyskoczyć na pobocze. Znalazła żwirowy kopczyk wspierający młode drzewo gumowe. Chwyciła się go kurczowo. Bezsilnie patrzyła, jak samochód staje dęba, opada na cztery koła i odpływa w nieznane w świetle własnych reflektorów.

– Nie do wiary! – wyszeptała do siebie.

Nagle wśród wycia wichru i szumu ulewy usłyszała warkot silnika. Z przeciwnej strony szybko nadjeżdżał samochód. Czyżby kierowca liczył, że zawrotna prędkość pozwoli mu pokonać wezbrany potok? Nawet jeśli miał napęd na cztery koła, nie było takiej szansy.

Niewiele myśląc, wybiegła na drogę, żeby go ostrzec. Skakała do góry i wymachiwała rękami w nadziei, że zauważy jej czerwoną bluzę w kratę.

Na próżno. Jechał zbyt szybko. Nawet nie próbował hamować. Gdy wjechał do wody, silny prąd uniósł tył auta, a później całe i zmył z mostu.

Bridget zasłoniła usta rękami. Przez otwarte okna spostrzegła główki dzieci. Dobiegł ją ich przejmujący krzyk. Potem samochód zniknął z pola widzenia. Porwała go rzeka.

Zaszlochała, ale szybko zmobilizowała wszystkie siły, by ocenić swoje możliwości. Praktycznie pozostała tylko jedna – dotrzeć do nich na piechotę. Telefon komórkowy zostawiła w aucie.

Nagle zza zakrętu wyjechał kolejny samochód. Na szczęście zdążył zahamować przed zalanym mostem.

– Dzięki Bogu – zawołała i ruszyła w jego stronę, brnąc przez pokłady błota, potykając się i ślizgając na rozmokłym gruncie.

Zanim dotarła do auta, wyskoczył z niego wysoki mężczyzna w kaloszach i płaszczu przeciwdeszczowym.

– Co pani tu robi? – zapytał.

Bridget z trudem chwytała oddech. Urywanymi zdaniami przedstawiła mu przebieg wydarzeń.

– Widziałam tam dzieci. Nie wygrają z żywiołem. Musimy wezwać pomoc – wydyszała jednym tchem. – Ma pan telefon? Mój został w samochodzie.

– Tak, ale... ale tu w górach nie ma zasięgu.

Bridget przetarła mokre oczy.

– To proszę mi pożyczyć samochód. Sprowadzę pomoc, a pan w tym czasie zobaczy, co można zrobić.

Mężczyzna pokręcił głową.

– Dlaczego mi pan odmawia?! – wykrzyczała w rozpaczy.

– Z trudem przejechałem, skały spadły na drogę kilka kilometrów stąd. Jest zawalona i zalana. Ledwie uszedłem z życiem. Nigdzie pani nie dojedzie – wyjaśnił. – Musimy dojść tam pieszo. Zrobię, co w mojej mocy.

Otworzył bagażnik starego land rovera. Wyciągnął z niego zwój liny, nóż w skórzanej pochwie, którą przytroczył do pasa, małą siekierkę i wodoodporną latarkę.

– Och, jak dobrze. Idę z panem.

– Wykluczone! Jeszcze tylko rozhisteryzowanej panienki mi brakuje! Poza tym mam tylko jeden płaszcz.

– Bardziej zmoknąć nie mogę. I proszę mi nie ubliżać. No, jazda, idziemy – dodała tonem, nieznoszącym sprzeciwu, prostując się. Przy wzroście metr pięćdziesiąt pięć nie robiła imponującego wrażenia, ale widocznie przekonał go zdecydowany ton głosu, bo już nie protestował.

Na próżno dali z siebie wszystko. Mozolne przedzieranie przez targane wichrem zarośla, błoto i wertepy zaowocowało jedynie siniakami, zadrapaniami i potwornym zmęczeniem. Na domiar złego Bridget pośliznęła się i zaczepiła paskiem od spodni o drut kolczasty starego ogrodzenia na skraju przełęczy. Szarpała z całych sił, ale nie zdołała się oswobodzić.

– Proszę je ściągnąć – doradził nieznajomy, oświetlając ją od tyłu latarką.

Szybko odwróciła głowę. Na widok nadchodzącej fali brudnej wody bez wahania wykonała polecenie. Choć wyskoczyła ze spodni tak szybko, jak mogła, nie zdołała umknąć przed falą. Gdyby nie błyskawiczny refleks towarzysza, zginęłaby w kipiących odmętach. Na szczęście w porę doskoczył do niej, omotał liną w talii i odciągnął we względnie bezpieczne miejsce.

– Dziękuję. Ocalił mi pan życie – wydyszała.

– Trzeba stąd uciekać, jak najwyżej. Idziemy – rozkazał.

Posłuchała. Brnęła przed siebie w górę, aż zabrakło jej tchu. W końcu przystanął i oświetlił ciemną czeluść pod skalnym nawisem, porośniętym krzakami.

– Wygląda na jaskinię – orzekł.

Weszli do środka. Bridget opadła na ziemię. Nie znosiła małych, ciemnych pomieszczeń, ale zdołała opanować lęk. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, jak żałośnie wygląda bez spodni. Na domiar złego podarta bluzka odsłaniała poszarpany, ubłocony stanik. Gdy podniosła wzrok, napotkała spojrzenie towarzysza. Klęczał na ziemi i patrzył na nią z błyskiem aprobaty w pięknych błękitnych oczach. Dopiero teraz dostrzegła ich kolor.

O mało nie jęknęła ze wstydu. W tym momencie nieznajomy nagle zaczął się rozbierać. Patrzyła, oniemiała z przerażenia, a potem z zachwytu, na szerokie ramiona i muskularny, opalony tors porośnięty czarnymi włoskami.

– Mam na imię Adam. – Jego głos sprowadził ją na ziemię. – Proszę zdjąć te strzępy i włożyć moją koszulę. Jest prawie sucha. – Z tymi słowy rzucił ją w jej kierunku.

Była wilgotna, pachniała potem i bawełną. Rękawy zwisały poniżej dłoni, ale ogrzała ją nieco, a co najważniejsze, przysłoniła jej nagość.

– Dziękuję. Ale czy pan nie zmarznie?

– Poradzę sobie – odparł, zakładając z powrotem kurtkę. – Nie przedstawi się pani?

– Bridget Smith. – Jak zwykle użyła tylko części znanego, dwuczłonowego nazwiska. – O Boże! Straciłam cały dobytek! – wykrzyknęła nagle. – Powódź zabrała mi samochód. Uciekałam w takim pośpiechu, że nie zdążyłam zatrzasnąć drzwi. Zostało tam wszystko: telefon, karty kredytowe, legitymacja ubezpieczeniowa.

– Można je odtworzyć, a konto zablokować. A samochód się odnajdzie, gdy wody opadną. Nie wiadomo tylko w jakim stanie.

Bridget zamilkła, choć jej nie uspokoił.

– Nie ma pani obrączki. Jest pani niezamężna?

Zachodziła w głowę, czemu o to pyta. Mimo miłej powierzchowności i atrakcyjnej sylwetki nic o nim nie wiedziała. Doszła do wniosku, że ostrożność nie zawadzi. Na wszelki wypadek lepiej zmyślić sobie męża. Wyciągnęła spod koszuli obrączkę na złotym łańcuszku.

– Pozory często mylą – odparła.

– Czemu nie nosi jej pani na palcu?

– Bo ostatnio schudłam i mi spada – odparła, przynajmniej raz zgodnie z prawdą.

– Ma pani dobrego męża? – drążył dalej Adam.

Ponieważ nie potrafiła ocenić, czy wypytuje ją tylko po to, żeby odwrócić uwagę od poniesionych strat, zapewniła żarliwie:

– Wspaniałego. Jest chyba nawet trochę wyższy od pana, świetnie zbudowany, przystojny i oczywiście bardzo mnie kocha – łgała jak z nut, zdziwiona, że kłamstwa, zaczerpnięte z jakiejś powieści, tak gładko przechodzą jej przez usta.

– Czeka na panią w domu?

– Oczywiście.

– Dobrze wiedzieć – skomentował z wyraźnym rozbawieniem, jakby jej nie dowierzał. – W takim razie, jeżeli pani nie wróci ani nie zadzwoni, zawiadomi o zaginięciu policję i służby ratownicze.

Brudne policzki Bridget zabarwił lekki rumieniec.

– Niekoniecznie. Wyjechał w delegację. Wróci dopiero jutro albo pojutrze – tłumaczyła nieskładnie.

Adam bacznie obserwował jej twarz pod zmierzwioną strzechą krótkich, miedzianych włosów. Niepewne spojrzenie zielonych oczu w brudnej buzi powiedziało mu, że kłamie. Ciekawiło go dlaczego. Odpowiedź przyszła sama: z ostrożności. Nic dziwnego, że nie zaufała obcemu. Rozsądna dziewczyna. Musi się postarać, żeby poczuła się przy nim bezpieczna w ciemnej jaskini, wśród szalejącego żywiołu.

– Ale proszę się nie martwić – dodała niespodziewanie, już znacznie spokojniej. – Przyjaciele, których odwiedziłam, na pewno sprawdzą, czy dotarłam do domu. Namawiali mnie, żebym została na noc, ale jutro wcześnie zaczynam pracę. Gdy nie odbiorę telefonu, na pewno kogoś zawiadomią.

– Świetnie. – Adam wzruszył ramionami i wstał. – Pójdę na rekonesans. Jeśli przybyło wody, musimy wejść jeszcze wyżej.

Po chwili wrócił z dobrą wiadomością:

– Przybywa, ale niezbyt szybko. To znak, że wkrótce zacznie opadać. Możemy chwilę odpocząć.

Bridget odetchnęła z ulgą, ale jej radość nie trwała długo. Wkrótce potem obalone drzewo z hukiem zawaliło wyjście z jaskini.

– Jesteśmy uwięzieni – wyszeptała z przerażeniem. – Ta maleńka siekierka i nóż na niewiele się zdadzą.

– Bez obawy. Zobaczy pani, co potrafię.

– Jest pan drwalem? Takim jak ci, którzy prezentują swe umiejętności na wiejskich festynach?

Adam zrobił wielkie oczy, jakby go zaskoczyła, ale po chwili zamigotały w nich wesołe iskierki.

– A wyglądam na drwala? – spytał z figlarnym uśmiechem.

– Trudno powiedzieć. Może pan być kimkolwiek. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie chciałam pana obrazić – paplała nieskładnie. – Chyba będzie lepiej, jak zamilknę.

– Rzeczywiście, szkoda energii na gadanie, zważywszy na to, że nie wiadomo, co nas czeka. Ale pan Smith może się nie obawiać. Wróci pani do niego cała i zdrowa.

– Dziękuję – powiedziała cicho, lecz popatrzyła na niego pytająco, jakby podejrzewała, że z niej kpi.

Przez chwilę czekał na ripostę, ona jednak spuściła oczy i opuściła ręce na kolana.

Rozbawiła go, ale szybko przypomniał sobie, że czeka go ciężka praca.

Przez następną godzinę ciął, rąbał, odciągał za pomocą liny lub wypychał na zewnątrz konary i głazy, póki nie utorował drogi ucieczki z pułapki.

– Niesamowite! Jak pan tego dokonał? – wykrzyknęła Bridget, gdy pień stoczył się po zboczu.

– Sposobem. Zawsze trzeba szukać sposobu wyjścia z każdej sytuacji.

– Zapamiętam to sobie. Też muszę się tego nauczyć.

Adam podszedł do wyjścia i skierował snop światła na zewnątrz. Widok nie był pocieszający.

– Niestety wody nadal przybywa, Bridget – stwierdził po chwili obserwacji. – Trzeba uciekać jak najszybciej. Obwiąż linę wokół talii, żebyśmy się nie zgubili. Ja wyjdę pierwszy. Gotowa?

Skinęła głową.

Mozolna wspinaczka stromym zboczem wśród skał i po błocie trwała w jej odczuciu całe wieki. Raz musiała przystanąć, bo coś ukłuło ją w bok, raz upadła. Tylko dzięki linie nie stoczyła się w przepaść.

Na szczęście stała koło niego, gdy dostrzegła w świetle latarki ogromny głaz, którego nie zauważył. Chwiał się nad ich głowami. Doskoczyła do Adama z przejmującym krzykiem i pchnęła tak mocno, że stracił równowagę. Ledwie zdążyli upaść na ziemię, głaz przetoczył się w dół przez miejsce, w którym przed chwilą stali.

Kiedy pomyślała, że nie da już rady zrobić ani kroku więcej, dotarli na niewielki płaskowyż. W świetle latarki dojrzeli jakąś szopę po przeciwnej stronie polany u stóp zbocza.

– Dzięki Bogu! – wydyszała, ale z wyczerpania opadła bezwładnie na kolana. – Potrzebuję tylko chwili przerwy. Zaraz wstanę – zapewniła towarzysza.

Podszedł bliżej, stanął nad nią i oświetlił ją latarką. Bridget nie potrafiła nic odczytać z jego twarzy. Zresztą nawet nie próbowała. Nie myślała już, tylko tępo wykonywała polecenia.

– Trzymaj – rozkazał, wręczając jej latarkę. Następnie wziął ją na ręce i ruszył dalej.

– Co robisz? – wykrztusiła z bezgranicznym zdumieniem.

– Uratowałaś mi życie. Przynajmniej tyle mogę dla ciebie zrobić. Ty tylko oświetlaj drogę.

Zaprzestała protestów. Czuła się bezpieczna w jego silnych ramionach. Zresztą wątpiła, czy zdołałaby pokonać pozostałą odległość na własnych nogach.

W końcu dotarli do szopy. Adam postawił ją na ziemi.

– Zamknięta – zauważył. – Ale zważywszy na okoliczności, nie mam oporów, żeby się włamać. Przecież nie zamierzamy niczego ukraść – dodał, po czym jednym mocnym uderzeniem siekiery rozłupał kłódkę.

– Jasne. Zawsze można wynagrodzić właścicielom szkody – przytaknęła.

Po wkroczeniu do środka wydała okrzyk radości. Na widok wyposażenia zmęczenie ustąpiło. W starej, lecz wyjątkowo solidnej stodole po jednej stronie składowano bele słomy, po drugiej zaś ustawiono podwójne łoże. Na hakach wisiało kilka lamp parafinowych. Na odwróconej skrzynce po herbacie stał czajnik, prymus, kilka wyszczerbionych kubków i puszka z herbatą. Na wieszakach zawieszona była końska uprząż, a przez barierkę – trzy cienkie ręczniki i dwie jasne derki.

Znaleźli też piec na drewno z kominem. W palenisku ułożono papier i szczapy.

– Jak w Hiltonie! – wykrzyknął Adam, żeby przekrzyczeć deszcz bębniący o szyby.

Bridget zachichotała, ale już po chwili załkała.

– Te dzieci...

– Zrobiliśmy co w naszej mocy. Cud, że sami nie utonęliśmy. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że wyjdą cało z katastrofy.

– Może poszukajmy jakiejś drogi, żeby stąd wyjść i wezwać pomoc.

– Nie wiemy, gdzie jesteśmy. Zabłądzimy w nocy. Musimy czekać do rana. Z pewnością śmigłowce zaczną patrolować teren po powodzi. Może nas zauważą. A teraz posłuchaj. Pójdę poszukać jakiegoś domu, a ty rozbierz się i umyj przy zbiorniku na deszczówkę. Nie masz żadnych poważniejszych obrażeń?

– Nie. Tylko zadrapania i stłuczenia.

– Zimna woda złagodzi ból.

– Ale...

– Żadnych protestów. To rozkaz.

– Nie mam co na siebie włożyć.

– Zawiń się w końską derkę. Ale najpierw rozpalę ogień.

Wkrótce zapłonął nie tylko ogień, ale i wszystkie trzy lampy.

– Wracaj szybko. Nie mam ochoty zostawać tu sama. I oczywiście obawiam się o twoje bezpieczeństwo – dodała pospiesznie.

– Bez obawy. Nie odejdę daleko, bo mi latarka zgaśnie. – Pogładził ją lekko po policzku. – Ty też uważaj na siebie – dodał z uśmiechem.

Odprowadziła go wzrokiem. Najchętniej wybiegłaby za nim na deszcz, ale nie starczyłoby jej siły na kolejny marsz.

Gdy została sama, przemyślała jego propozycję. Uznała ją za sensowną, jako że błoto oblepiło ją od stóp do głów, łącznie z jego koszulą. Jednak perspektywa owinięcia się w derkę napawała ją odrazą.

Na wszelki wypadek zajrzała pod poduszkę. Znalazła pod nią żółtą piżamę w niebieskie misie. Pod drugą leżały męskie spodenki i biały podkoszulek. Podziękowała w duchu niebiosom, że jej wysłuchały, po czym wyszła na zewnątrz, wziąć kąpiel.

Zabrała ze sobą lampę. W jej świetle dostrzegła wielkie drzewo gumowe i jakieś kamienne ruiny. Znalazła hak na ścianie stodoły, żeby powiesić lampę, a obok beczki – wiadro, mydło i szczoteczkę. Czyżby ktoś prócz niej się tu kąpał? Zbiornik miał kran, więc mógł nalać wody nie tylko wtedy, gdy się przelewała.

Ponieważ zmarzła, nie łamała sobie zbyt długo głowy nad obyczajami gospodarzy. Wbiegła do stodoły po ścieżce z cementu, wytarła się przy ogniu i włożyła piżamę.

– Przepraszam, kupię ci nową – obiecała nieznanej właścicielce.

Potem popatrzyła łakomym wzrokiem na prymus. Marzyła o herbacie. Adam wrócił w chwili, gdy piła ją z wyszczerbionego kubka.

– Zaparzyłam herbaty. Nalać ci? Odkryłeś coś?

– Niewiele. – Po tych słowach zamilkł, obejrzał piżamę w niebieskie misie. – Skąd ją wzięłaś?

Wyjaśniła mu, gdzie ją znalazła. Pokazała mu też męskie spodenki i podkoszulek.

– Chyba ktoś tu mieszka od czasu do czasu. – Zalała wrzątkiem torebkę ekspresowej herbaty w drugim kubku i wręczyła Adamowi.

– Myślę, że tak. Nie stoi tu w pobliżu żaden dom, ale zobaczyłem fundamenty. Pewnie właściciele mieszkają tu, kiedy pracują przy budowie. Podjazd prowadzi do drogi, obecnie tonącej w błocie, z zamkniętą bramą na końcu.

– Może hodują tu konie.

– Miejmy nadzieję. Jeżeli tak, muszą do nich zajrzeć. – Odstawił kubek i przyjrzał się jej czystej, błyszczącej twarzy.

– Widzę, że posłuchałaś mojej rady.

– Mówiłeś, że to rozkaz. Trochę zmarzłam, ale przeżyłam. Teraz twoja kolej.

Gdy zamknął za sobą drzwi, wyobraziła sobie jego wspaniałą sylwetkę bez ubrania, lśniącą w strugach wody. Zaczerwieniła się jak uczennica, przyłapana na zdrożnych myślach. Cóż, w wieku dwudziestu trzech lat miała prawo czuć pociąg do przystojnego mężczyzny. Doświadczenie nauczyło ją jednak, czym to grozi. Rozsądek nakazywał nie zawracać sobie nim głowy.

Jednak gdy wrócił w samym ręczniku, nie mogła od niego oderwać wzroku. Krew zaczęła jej szybciej krążyć w żyłach. Zakazała sobie niestosownych myśli.

Mniej więcej godzinę później, tuż przed północą, rozszalała się kolejna burza. Adam i Bridget leżeli obok siebie w podwójnym łożu, gdy grom zahuczał nad głowami. Obudził Bridget, która z cichym łkaniem przysunęła się do Adama. Otoczył ją ramionami, ale wciąż szlochała, cała roztrzęsiona. Na próżno usiłował ją uspokoić, że nic im nie grozi.

– Wiem, ale za dużo dzisiaj na nas spadło. Poza tym wciąż myślę o tych dzieciach porwanych przez wodę...

– Zaczekaj, niedługo wrócę, tylko dołożę drew do pieca.

Rzeczywiście, kilka minut później ułożył wysoko poduszki i ponownie leciutko ją przytulił.

– Opowiedz mi coś o sobie – poprosił. – Czym się zajmujesz, gdzie mieszkasz, kim są twoi rodzice?

Wzdrygnęła się, gdy uderzył kolejny piorun, ale usłuchała:

– Urodziłam się w Brisbane. Pracuję w telewizyjnych wiadomościach. Na razie jako goniec, ale mam nadzieję na awans. Tata zginął w wypadku kilka lat temu. Mama ponownie wyszła za mąż. Zrobiłam licencjat z dziennikarstwa na uniwersytecie w Queensland. Tata był dziennikarzem. Chyba odziedziczyłam po nim tę pasję. – Przerwała, niepewna, czy naprawdę z tego powodu poszła w jego ślady, czy raczej dlatego, że bardzo go podziwiała.

Czasami pragnęła robić coś innego, ale nie bardzo wiedziała co.

– A mąż? – przerwał milczenie Adam, bacznie obserwując jej twarz.

– Nie istnieje. Obrączka należy do mamy. Ale ponieważ cię nie znałam, zmyśliłam go na wszelki wypadek, dla bezpieczeństwa.

– Tak też podejrzewałem.

– Na jakiej podstawie?

– Twoje oczy nie kłamią. A opowieść robiła wrażenie wyssanej z palca.

Zarumieniła się lekko. Adam delikatnie przesunął palcami po jej policzku.

– Masz chłopaka?

Nie wiadomo, dlaczego pod wpływem nastroju chwili opowiedziała mu to, czego nigdy nikomu nie mówiła. O swej pierwszej, zawiedzionej miłości w wieku dwudziestu jeden lat:

– Kiedy oddałam mu całą siebie, stał się zaborczy. Równocześnie wciąż mnie krytykował, prawdopodobnie dlatego, że nie dawałam mu satysfakcji... w łóżku – dodała z zażenowaniem. – Kochałam się z nim bez przekonania, bo wolałabym zaczekać przynajmniej do zaręczyn. Kiedy zmienił nastawienie, przestał mi się podobać mimo fizycznej atrakcyjności i uroku osobistego. Zostawiłam go. Zaskoczyło mnie, że ciężko przeżył rozstanie. Dlatego później nie próbowałam szukać szczęścia w miłości... sama nie wiem, po co ci to wszystko mówię – zakończyła z rumieńcem zażenowania na policzkach.

– Być może musiałaś to z siebie wyrzucić – odparł, gładząc ją po włosach. – Albo ta niezwykła noc sprzyja zwierzeniom.

Nie tylko, pomyślała Bridget. Mimo że nadal prawie nie znała Adama, zaufała mu. Dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Działał na nią kojąco, tak że zapragnęła go lepiej poznać. Podobało jej się w nim wszystko: ręce, wesołe iskierki w oczach, niesforny kosmyk opadający na czoło.

– Wszyscy popełniamy błędy, dokonujemy pochopnych ocen – skomentował ze zrozumieniem. – Błądzenie jest rzeczą ludzką. Może z kimś innym odnalazłabyś szczęście. Ale to nie cała prawda o tobie. Powiedz, co cię interesuje, co wzrusza?

– Jestem zupełnie zwyczajną osobą. Opanowałam kilka umiejętności, ale żadna nie otwiera mi drzwi do wielkiej kariery. Mam nadzieję, że dopiero odkryję w sobie jakiś talent. Maluję, głównie kwiaty i pejzaże, gram na pianinie. Kiedyś chciałam zostać architektem krajobrazu. Moi rodzice mieli kilka akrów ziemi. Chętnie pracowałam w ogrodzie. Poza tym uwielbiam jeździć konno. Obecnie nie mam konia, ale w dzieciństwie dostałam parę kucyków. Teraz pracuję społecznie w szkółce jeździeckiej dla dzieci niepełnosprawnych. Nieźle sobie z nimi radzę. Lubię też gotować, czytać, sprzątać... no i jeszcze śpiewam – dodała po chwili namysłu.

– Zawodowo?

– Nie. Również amatorsko.

– Zaśpiewaj mi coś.

Zaśpiewała kilka wersów Memory z musicaluCats, słodkim, dźwięcznym sopranem.

– Nie brak ci ogłady – skomentował Adam. – W dawnych czasach uznano by cię za doskonały materiał na żonę i matkę.

– To nie brzmi zachęcająco. Podobnie oceniła mnie moja nauczycielka: „Prochu to ty nie wymyślisz, ale miła z ciebie dziewczyna”. Czyli nieciekawa.

– Moim zdaniem to pozytywna ocena. Ja też uważam cię za miłą osobę – dodał z ciepłym uśmiechem i pocałował ją w czoło.

– Pokazałam jej, że jednak coś umiem, kiedy przyjęli mnie na uniwersytet. Kilka przedmiotów zaliczyłam z wyróżnieniem – dodała z satysfakcją. – A teraz ty opowiedz mi o sobie. Ile masz lat? Skąd pochodzisz? Co robisz?

– Trzydzieści jeden. A ty? Dwadzieścia dwa?

– Nie. Dwadzieścia trzy.