Cenna kolekcja - Lindsay Armstrong - ebook
Opis

Milioner Damien Wyatt szuka konserwatora zabytków, który zająłby się kolekcją obrazów jego zmarłej matki. Przyjaciel poleca mu Harriet Livingstone. Damien przypomina sobie, że osoba o tym nazwisku miesiąc temu spowodowała wypadek i uszkodziła jego drogi samochód. Zdecydowanie nie chce z nią pracować. A jednak gdy Harriet przychodzi na rozmowę, zaczyna ją postrzegać jako fascynującą kobietę…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 144

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Lindsay Armstrong

Cenna kolekcja

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Damien Wyatt siedział w fotelu z nogami na biurku w swoim gabinecie na piętrze. Miał na sobie dżinsy, koszulę khaki i buty pustynne. Potargane ciemne włosy i cień zarostu na brodzie tylko dodawały mu uroku. Przez otwarte okna dolatywał zapach róż kwitnących w ogrodzie poniżej. Pachniał też jaśmin pnący się po ścianie domu. Za ogrodem rozciągała się plaża nad błękitną, zapraszającą zatoczką. Fale szumiały, w powietrzu unosiła się słona zawiesina.

– Chwilę – powiedział, marszcząc czoło. – Czy to możliwe, że mówisz o Harriet Livingstone? Bo jeżeli tak, to zapomnij o wszystkim, Arturze.

Artur Tindall był koneserem sztuki znanym z zamiłowania do barwnych strojów. Dziś miał na sobie dżinsy, żółtą kamizelkę w czarne słonie i rdzawoczerwoną koszulę. Usłyszawszy pytanie, speszył się wyraźnie.

– Znasz ją?

– Tak sądzę. No, chyba że są dwie osoby o tym imieniu i nazwisku.

– To możliwe.

– Mam nadzieję – zakończył spekulacje Damien. – Opowiedz mi coś o tej swojej Harriet. Nie jest czasem wysoka, szczupła, z burzą włosów i niekonwencjonalnym gustem w ubiorze? – To mówiąc, uniósł kpiąco brew.

Artur sprawiał wrażenie ogłuszonego.

– Owszem, jest wysoka – powiedział wolno. – Jest też szczupła… a co do ubrania, to niespecjalnie pamiętam.

– Czy ty ją w ogóle poznałeś? – dociekał Damien tak samo kpiąco.

– Oczywiście – odparł Artur urażonym tonem, a potem nagle się rozpromienił. – Jedyne co pamiętam to naprawdę długie nogi.

– Bocian też tak ma – zauważył Damien. – Moja Harriet Livingstone też ma długie nogi, ale co do kształtu niewiele mogę powiedzieć. Kiedy ją poznałem, była w długiej batikowej spódnicy.

Artur zapatrzył się w dal, jakby usiłując sobie coś takiego wyobrazić, a potem znów się rozpromienił.

– Okulary! Nosi duże okrągłe okulary w czerwonych oprawkach. I sprawia wrażenie lekko nieobecnej, jakby myślała o sprawach wyższych. – Skrzywił się z dezaprobatą.

Damien uśmiechnął się sceptycznie.

– Jeżeli to ta sama dziewczyna, to wjechała w mojego astona jakieś dwa miesiące temu. Miała duże okrągłe okulary w czerwonych oprawkach.

– Ach! To ona uszkodziła ci astona? – Artur omal się nie zakrztusił.

Damien popatrzył na niego kpiąco.

– Miała tylko jakieś trzeciorzędne obowiązkowe ubezpieczenie, a temu czołgowi, którym jechała, praktycznie nic się nie stało.

– Czołgowi?

– Równie dobrze mógłby nim być. Jakaś solidna terenówka z napędem na cztery koła.

Tym razem Artur skrzywił się okropnie.

– Jak to się stało?

– Skręciła gwałtownie, żeby ominąć psa, a potem nie zdążyła wyrównać, aż było już za późno. – Zabębnił palcami o biurko.

– Ktoś ucierpiał?

– Pies uciekł do właściciela, nawet niedraśnięty. Ona stłukła tylko okulary.

Zamilkł, przypominając sobie zamieszanie po wypadku i to, co, o dziwo, najbardziej utkwiło mu w pamięci, a mianowicie niezwykłe, błękitne oczy dziewczyny.

– W sumie amnestia.

– To nie wszystko – zauważył Damien kwaśno. – Złamałem obojczyk, a reperacja samochodu kosztowała majątek.

Artur powstrzymał się przed uwagą, że ten „majątek” musiał być kroplą w morzu ogromnej fortuny przyjaciela.

– Dlatego też, Arturze – kontynuował Damien z niesłabnącym sarkazmem – jeżeli to ta sama dziewczyna, sam rozumiesz, dlaczego nie mogę jej zatrudnić.

Zdjął nogi z biurka i usiadł prosto.

Artur mógłby przysiąc, że dostrzega w oczach przyjaciela zimną determinację, a nawet mroczny cień, mimo to był zdecydowany nie poddać się bez walki. Cóż, obiecał przecież Penny, swojej młodej i bardzo upartej żonie, że załatwi pracę u Wyatta dla jej serdecznej przyjaciółki, Harriet Livingstone. Wiele wskazywało jednak na to, że mówili z Damieniem o tej samej dziewczynie.

Przesunął krzesło tak, by siedzieć naprzeciw Damiena.

– Posłuchaj – powiedział z naciskiem. – Nawet jeżeli to ta sama dziewczyna, a nie wiemy tego na pewno, najważniejsze, że jest naprawdę dobra. Kolekcja twojej matki nie mogłaby się znaleźć w lepszych rękach. Wierz mi. Pracowała w jednym z najbardziej prestiżowych domów aukcyjnych w kraju. – Podkreślał swoje słowa przewracaniem oczami i okrągłymi gestami rąk. – To córka znanego konserwatora obrazów i ma znakomite referencje.

– Dopiero co twierdziłeś, że jest roztargniona. – Damien mówił zniecierpliwionym tonem. – No i wjechała na mnie!

– Może i jest roztargniona w innych sprawach – upierał się Artur – ale nie w pracy. Zna się nie tylko na malarstwie, ale też na porcelanie, ceramice, gobelinach, miniaturach, dosłownie na wszystkim. I ma doświadczenie w katalogowaniu.

– Zupełnie jak w objazdowej akcji reklamowej – zauważył Damien cierpko.

– Wcale nie. Po prostu jest jedyną osobą, która na pewno zna się na drobiazgach zbieranych przez twoją matkę. Jedyną, która potrafi ocenić ich wartość, stwierdzić, czy potrzebują konserwacji. I będzie wiedziała, komu ją powierzyć…

Damien podniósł dłoń.

– Arturze, rozumiem cię, ale…

– Jasne. – Artur usiadł, ale minę miał bardzo autorytatywną. – Jeżeli to ta sama dziewczyna, najprawdopodobniej wcale nie będzie chciała pracować u ciebie.

– Niby dlaczego?

Artur wzruszył ramionami i skrzyżował je na swojej czarno-żółtej kamizelce.

– Przypuszczam, że po tym wypadku potraktowałeś ją dosyć ostro.

Damien potarł dłonią zarost.

– Tylko zapytałem, czy znalazła prawo jazdy w paczce płatków śniadaniowych.

– Cóż, wiem, że stać cię na coś gorszego. To naprawdę wszystko?

Damien wzruszył ramionami.

– No, może dodałem jeszcze kilka epitetów… wiesz, jak to w afekcie. W końcu miałem rozwalony samochód, o obojczyku nie wspominając.

– Kobieta niekoniecznie postrzega takie sprawy podobnie do nas. Mam na myśli samochód… – Artur machnął dłonią. – Rozbicie najpiękniejszego nawet samochodu może nie dotknąć jej tak jak mężczyzny.

Damien przygryzł wargę, wzruszył ramionami i odebrał dzwoniący telefon.

Artur wstał i podszedł do okna. Widok był przepiękny, ale też Heathcote, posiadłość rodzinna Wyatta, była imponująca pod wieloma względami. Z powodzeniem hodowano tu bydło i uprawiano orzeszki makadamia, ale fortunę zbudowano na sprzedaży urządzeń początkowo rolniczych, a obecnie wydobywczych. Wszystko zaczęło się od traktora, który ojciec Damiena zaprojektował i zbudował, ale to Damien potroił majątek, inwestując w maszyny wydobywcze, których używano obecnie w całej Australii.

Artur poznał go w związku z zainteresowaniem jego ojca sztuką. Razem zgromadzili naprawdę pokaźną kolekcję. Siedem lat później oboje rodzice Damiena zginęli na morzu wskutek wywrotki jachtu. Naturalną koleją rzeczy kolekcję odziedziczył ich syn.

I dopiero wtedy, ku ogólnemu zaskoczeniu, wyszedł na światło dzienne zbiór cennych przedmiotów zgromadzonych przez jego matkę, a jakimś cudem niezauważony przez resztę rodziny. Okazał się nieprawdopodobnie różnorodny. Podjęcie decyzji o jego uporządkowaniu zajęło Damienowi dobrych kilka lat. Początkowo zamierzał te rzeczy zapakować i rozesłać do wyceny. Ostatecznie, za namową ciotki zdecydował, że zbiór jednak nie opuści Heathcote. W związku tym Artur miał znaleźć kogoś, kto wykona całą tę mrówczą pracę na miejscu. Sprawa niełatwa, zwłaszcza że Heathcote było dosyć oddalone od głównych miast.

Dlatego kiedy na horyzoncie pojawiła się Harriet Livingstone, potraktował ją jak dar niebios…

Artur porzucił widok za oknem i przypatrywał się Damienowi, który, odwrócony do niego półprofilem, wciąż rozmawiał przez telefon. Ledwo o rok przekroczywszy trzydziestkę, był gibki, smukły i doskonale umięśniony. Miał dobrze ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, szerokie ramiona i niezwykłą swobodę w obcowaniu z ludźmi. Czego tylko tknął, zamieniało się w złoto. Para bystrych ciemnych oczu lśniła żywą inteligencją. Jak to zgrabnie ujęła żona Artura, Penny, choć nie można było w jego przypadku mówić o klasycznej urodzie, z pewnością był bardzo atrakcyjny i męski. Gęste ciemne włosy i błyskotliwy intelekt dopełniały obrazu. Poza tym potrafił być naprawdę cięty, czego doświadczyła biedna Harriet Livingstone.

Dlaczego więc w ogóle brała pod uwagę możliwość pracy u niego? Miał dziwne przekonanie, że obaj mówili o tej samej dziewczynie. Musiała zdawać sobie sprawę, o kogo chodzi, na pewno też miała przykre wspomnienia z wypadku.

Poza tym, skąd przekonanie, że dostanie tę pracę po tym, jak swoim podobnym do czołgu wehikułem uszkodziła kosztownego astona martina i obojczyk jego właściciela?

Dlaczego po tym wszystkim dążyła do ponownego spotkania? Czyżby miała w stosunku do niego jakieś plany? A może zamierzała uszczknąć co nieco z jego cennej kolekcji?

– Halo!

Artur pospiesznie wrócił do rzeczywistości. Damien skończył już rozmowę i patrzył na niego wyczekująco.

– Przepraszam – powiedział i znów zajął swoje miejsce.

– Jak się ma Penny?

Artur zawahał się. Pomimo że Damien był zawsze uprzedzająco grzeczny w stosunku do jego żony, Artur miał nieodparte wrażenie, że tak naprawdę przyjaciel nigdy jej nie zaakceptował.

A może po prostu traktował jego małżeństwo po latach nurzania się w rozkoszach kawalerstwa ze zdrową dawką cynizmu? Artur dobiegał już pięćdziesiątki i był od Penny o dwadzieścia lat starszy. Jednak przyjaciel nie powinien okazywać dezaprobaty, tym bardziej że sam miał za sobą wyjątkowo nieudane małżeństwo.

– O czym tak rozmyślasz? – spytał Damien, po raz kolejny ściągając przyjaciela na ziemię.

– Nic, nic – zapewnił pospiesznie.

– Przecież widzę, że błądzisz myślami gdzieś daleko. Z Penny naprawdę wszystko w porządku?

– W porządku – zapewnił Artur i zdecydował się w jednej chwili. – Posłuchaj… zmieniłem zdanie co do Harriet Livngstone. Chyba jednak nie jest odpowiednią osobą do tej pracy. Daj mi jeszcze kilka dni, a znajdę kogoś innego.

Damien popatrzył na niego ze zdumieniem.

– Dosyć zaskakująca zmiana frontu.

– Cóż… ślepy by zauważył, że wy dwoje zupełnie do siebie nie pasujecie… – Artur znacząco zawiesił głos.

Damien poprawił się w fotelu.

– Czyżbyś opisując jej zalety, trochę przesadził?

– Wcale nie! I nie mam pojęcia, gdzie znajdę kogoś równie dobrego.

Damien podrapał się po nieogolonej brodzie.

– Porozmawiam z nią.

– No wiesz! – Artur nie kryl oburzenia. – Nie możesz tak zmieniać zdania.

– Jeszcze przed chwilą tego właśnie ode mnie oczekiwałeś.

– Kiedy?

– Powiedziałeś, że jestem ostatnią osobą dla ziemi, dla której ona chciałaby pracować. Miałeś nadzieję, że choćby przez przekorę zmienię zdanie. I tak się stało. Przyprowadź ją tutaj jutro po południu.

– Posłuchaj… – Artur wstał. – Nie mogę ci zagwarantować, że ta dziewczyna…

– Chcesz powiedzieć, że ten barwny opis jej wyjątkowych walorów był mocno przesadzony? – Damien kpiąco uniósł brew.

– Nie – zaprzeczył Artur. – Sprawdziłem jej referencje. Wszystko się zgadza, ale…

– Po prostu ją tu przyprowadź. – W głosie Damiena pobrzmiewało znużenie. – Jutro.

Artur wyszedł, a Damien stał jeszcze przez chwilę, zaskoczony własnym postępowaniem. Nie znajdował innego wyjaśnienia niż to, że został w jakiś sposób podpuszczony, choć nie tak, jak chciał tego Artur.

Może powodowała nim ciekawość? Dlaczego Harriet Livingstone miałaby chcieć mieć z nim do czynienia po tym, jak ją potraktował? Czyżby chciała mu się zrewanżować?

Bo co innego mogło go skłonić do takiego właśnie zachowania? Nuda? Z pewnością nie. Swoimi zajęciami mógłby obarczyć sześciu ludzi, w perspektywie kilku dni miał morską podróż, a jednak…

Zmarszczył brwi i zapatrzył się w dal. Oczywiście istniała możliwość, że to jednak nie ta sama dziewczyna…

O trzeciej następnego popołudnia Harriet Livingstone i Artur Tindall zostali wprowadzeni do holu Heathcote przez wysoką kościstą kobietę o krótko obciętych siwych włosach. Artur nazywał ją Isabel i ucałował na przywitanie w policzek, ale nie przedstawił jej Harriet. Sprawiał wrażenie zmartwionego i roztargnionego.

Damien Wyatt wszedł do holu innymi drzwiami w towarzystwie dużego psa. Rzucił okulary słoneczne na pobliski stolik i powiedział coś do psa, młodego rasowego wilczura, który usiadł posłusznie, nie tracąc jednak czujności.

Damien, obrzuciwszy Harriet uważnym spojrzeniem, mrugnął do Artura porozumiewawczo. Ta sama dziewczyna.

– Znów się spotykamy, panno Livingstone – zwrócił się do niej. – Prawie udało mi się przekonać samego siebie, że gdyby to była pani, nie przyszłaby pani tutaj.

Harriet odkaszlnęła.

– Witam, panie Wyatt – zaszemrała.

Damien zwrócił pytające spojrzenie na Artura, ale skoro ten nie zareagował, poświęcił całą uwagę dziewczynie.

Dziś zamiast batikowej spódnicy miała na sobie elegancką, granatową lnianą sukienkę. Nie za krótką, nie za długą, nie za obcisłą, za to podkreślającą ładnie barwę niebieskich oczu. Lśniące, skórzane granatowe czółenka na niewielkim obcasiku dorównywały elegancją sukience. Uśmiechnął się lekko. Zapewne unikała wysokich obcasów. Zastanowił się przez chwilę, jakie to uczucie dla dziewczyny być równie wysoką, czy nawet wyższą od większości mężczyzn, których spotykała w życiu. On jednak był od niej wyższy.

Przeniósł wzrok na jej włosy. Długie do ramion, jasne, falujące, starannie związane czarną wstążką, tym razem nie przypominały poprzedniej szopy. Makijaż był niemal niewidoczny, całość klasyczna, ponadczasowa, stonowana – z łatwością mógł ją sobie wyobrazić w jakimś szacownym muzeum lub na aukcji dzieł sztuki.

Teraz jednak nie była już tak przeraźliwie chuda jak w dniu wypadku. Szczupła tak, ale nie chuda. I nic nie mogło ukryć jej bardzo widocznego napięcia.

– Doskonale – powiedział. – Miałeś rację, Arturze, przejdźmy jednak do rzeczy. Przygotowaliśmy kilka przedmiotów z kolekcji mojej matki w jadalni. Proszę je obejrzeć i wyrazić swoją opinię.

Ruszył przodem, a pies podążył za nim, przystając jednak, by spojrzeć na Harriet z niemal ludzkim zaciekawieniem. Harriet odwzajemniła jego spojrzenie i jej napięcie wyraźnie zelżało.

Damien zauważył to kątem oka i znów zrobił coś zaskakującego dla samego siebie.

– Bardzo przepraszam – powiedział – zapomniałem pani przedstawić Tottie. Jej właściwe imię jest okropnie skomplikowane. Mam wrażenie, że lubi pani psy?

Harriet podała Tottie rękę do obwąchania.

– Tak. To jeden z powodów, dla których na pana wjechałam. Na myśl, że uderzyłam tamtego psa, kompletnie zesztywniałam.

Artur cmoknął ze zniecierpliwieniem. Damien zamrugał.

– To byłoby, jak sądzę, dużo gorsze niż zabicie mnie?

Harriett pozwoliła Tottie polizać się po ręku.

– Oczywiście, że nie – odpowiedziała spokojnie. – Wszystko stało się tak szybko, że nie miałam czasu pomyśleć.

– Lepiej dajmy już temu spokój – burknął.

– Jeżeli zmienił pan zdanie, zrozumiem – odparła Harriet uprzejmie, jednak mężczyznom nie umknął buntowniczy błysk w jej oku.

Naprawdę go nie lubi, pomyślał Artur. Dlaczego więc zdecydowała się na to spotkanie? Tymczasem słowa Damiena okazały się jeszcze bardziej zaskakujące.

– Przeciwnie. Po tym co usłyszałem o pani od Artura, czekam z niecierpliwością, by zobaczyć panią w akcji. Idziemy?

Nie czekając na odpowiedź, pomaszerował do jadalni z dumną Tottie u boku.

Harriet z westchnieniem odłożyła przepiękne, jadeitowe drzewko brzoskwiniowe na stół i zerknęła na resztę rozłożonych tam drobiazgów.

– Wszystkie są niezwykłe. Pana matka miała wyjątkowy gust. I znała się na rzeczy.

Zdjęła okulary w czerwonych oprawkach.

Damien, z ramionami skrzyżowanymi na piersi, opierał się o kominek. Nie skomentował jej wypowiedzi dotyczącej jego matki, tylko zapytał:

– To nowa para. Czy oddała je pani do reperacji? – Ruchem głowy wskazał leżące na stole okulary.

Tylko przez chwilę sprawiała wrażenie zdezorientowanej.

– Och – odparła. – Stłukły się tylko szkła, więc je po prostu wymieniłam.

– Czerwone okulary. – Przesunął po niej spojrzeniem. – Niezbyt pasują do pani dzisiejszego eleganckiego stroju.

Uśmiechnęła się lekko.

– Dzięki tym czerwonym oprawkom łatwiej mi je znaleźć.

Przez moment myślała, że on też się uśmiechnie, ale tak się nie stało, więc odwróciła wzrok.

– Jak zamierza je pani skatalogować? – zapytał po chwili. – To nawet nie jest jedna dziesiąta kolekcji.

– Sfotografuję je i zrobię wstępny spis, a potem podzielę je na kategorie i opiszę dokładniej, biorąc pod uwagę stan, wszystko, czego udało mi się o danym przedmiocie dowiedzieć, jakich działań wymaga. Jeżeli pańska matka miała jakieś dotyczące ich notatki, chciałabym je zobaczyć.

– Jak długo potrwałoby to wszystko?

– Trudno powiedzieć, kiedy nie znam rozmiarów kolekcji – odparła, wzruszając ramionami.

– Liczyłbym ten czas w miesiącach – wyraził przypuszczenie Artur.

– Wie pani, że ta praca wiąże się z koniecznością zamieszkania na miejscu? – spytał Damien. – Ze względu na znaczne oddalenie od miasta.

– Tak, Artur wszystko mi wyjaśnił. Wiem, że dawne zabudowania gospodarskie zostały zamienione w pracownię i że jest tam również mieszkanie. Ale… – zawahała się na moment. – Weekendy będą wolne, prawda?

– Czyżby Artur o tym nie wspomniał?

– Owszem, ale wolałam sprawdzić dwa razy.

– Pewnie chodzi o chłopaka – domyślił się Damien, nie czekając na jej wyjaśnienie. – Jeżeli ma pani przez cały czas za nim tęsknić…

– Nic z tych rzeczy – ucięła stanowczo.

– Nie będzie pani tęsknić czy nie ma do kogo? – zaciekawił się.

Artur zakaszlał.

– Posłuchaj, naprawdę nie sądzę… – zaczął, ale Harriet nie pozwoliła mu dokończyć.

– Daj spokój, Arturze, wszystko w porządku. – Po czym zwróciła się do Damiena: – Proszę mi pozwolić wyjaśnić: nie mam narzeczonego, męża, kochanka, słowem nikogo, kto mógłby mnie odrywać od pracy.

– Proszę, proszę – przeciągnął w odpowiedzi. – Wzór nie tylko w pracy, ale i w życiu prywatnym.

Patrzyła na niego przez chwilę bez słowa, a potem odwróciła się, lekko wzruszając ramionami, jakby był dziwnym, niezrozumiałym dla normalnych ludzi stworem.

Damianem targnęły złe emocje. Za kogo ona się uważa? Nie dość, że uszkodziła mu samochód, nie wspominając o obojczyku, to jeszcze teraz…

Buntownicze myśli przerwała mu Isabel, pukając do drzwi i proponując popołudniową herbatę.

Artur zerknął na zegarek.

– Serdeczne dzięki, ale chyba nie zdążę. Obiecałem Penny wrócić na czwartą. A ty? – zwrócił się do dziewczyny.

Harriet zawahała się i popatrzyła na Damiena. A on powiedział coś, czego sam się po sobie nie spodziewał.

– Jeżeli ma pani ochotę na herbatę, panno Livingstone, proszę zostać. – Dokończymy naszą rozmowę.

Po chwili wahania podziękowała mu spokojnie.

Isabel wyszła, a Artur wdał się w zawiłe wyjaśnienia, dlaczego musi wracać do domu, jednocześnie jednak można było wyczuć, że nie ma ochoty opuszczać dalszego ciągu słownego pojedynku, którego był świadkiem. W końcu jednak wyszedł. Isabel przyniosła herbatę i tym razem Damien przedstawił ją Harriet jako swoją ciotkę i zaprosił, by się do nich przyłączyła.

– Niestety nie mogę. Mam masę pracy – usprawiedliwiła się, stawiając tacę na stoliku.

Harriet pokiwała głową i za Isabel zamknęły się drzwi.

– Nikt inny raczej nam nie przeszkodzi – powiedział Damien. – Usiądźmy i wypijmy.

Harriet usadowiła się wygodnie i sięgnęła po dzbanek.

– Mamy tylko jedną filiżankę…

– Ja nie pijam herbaty – oświadczył. – Proszę sobie nalać i kontynuujmy.

Dzbanek był ciężki i kilka kropel spadło na nieskazitelną biel serwetki. Damien zaklął pod nosem i pospiesznie usiadł obok niej.

– Proszę mi powiedzieć, dlaczego pani to robi?

Z łatwością podniósł dzbanek i napełnił jej filiżankę, nie rozlewając ani kropli. Potem wskazał na mleko i cukier, ale podziękowała. Herbatników także nie chciała.

– Mogę za nie ręczyć – powiedział. – Pieczone przez naszego kucharza.

– Jednak dziękuję. Nie przepadam za słodkim.

– Wygląda pani, a właściwie nie wygląda tak bardzo szczupło jak wtedy…

Uśmiechnęła się lekko.

– Straciłam wtedy trochę wagi, ale właściwie zawsze byłam szczupła.

– Przepraszam – mruknął. – Nie powinienem… Ale proszę mi powiedzieć, dlaczego pani to robi.

W milczeniu obserwowała parę unoszącą się znad filiżanki.

– Z pewnością nie zapomniała pani tego, co wtedy powiedziałem – kontynuował. – Przez większość czasu tutaj była pani okropnie spięta, rozluźniając się tylko w kontakcie z moim psem i przeglądając zbiór mojej matki.

Popatrzył na Tottie, która wstała i ułożyła się ponownie u stóp dziewczyny.

Harriet rzuciła mu krótkie spojrzenie. W dżinsach, wysokich butach i koszuli khaki, z tymi gęstymi czarnymi włosami i niebieskawym cieniem zarostu wyglądał zupełnie inaczej niż wtedy, kiedy w niego wjechała.

Na wspomnienie wypadku przeszedł ją dreszcz. Był wtedy wściekły w ten specyficznie spokojnie jadowity sposób.

– Niechże się pani odezwie – zażądał.

Upiła herbaty i odetchnęła głęboko.

– Bardzo potrzebuję pracy.

– Zdaniem Artura ma pani bardzo wysokie kwalifikacje. Dlaczego chce pani pracować akurat u mnie? Z dala od miasta? Nawet jeżeli nie będzie pani za nikim tęsknić,

– To akurat… – zawahała się na chwilę. – To mi odpowiada.

– Dlaczego?

Nie odpowiedziała i milczenie zaczęło się przedłużać. W końcu to on przerwał je niecierpliwie:

– Oj, Harriet…

– Skoro rzeczywiście jestem taka dobra, chcę dostać tę pracę.

– Jesteś dobra, ale muszę wiedzieć coś więcej.

– Taka praca nieczęsto się trafia. A ta jest wprost wymarzona dla mnie.

– Dlaczego?

Westchnęła.

– Mój brat doznał poważnych obrażeń w wypadku surfingowym. Jest w ośrodku rehabilitacyjnym tu niedaleko. Musi się od nowa nauczyć chodzić. Dlatego uznałam tę pracę za spełnienie wszystkich moich modłów. Poza tym, że… – urwała gwałtownie.

– Że to ja jestem pracodawcą? – dokończył za nią.

W odpowiedzi tylko odwróciła wzrok.

– Jednak się zdecydowałaś? – To było stwierdzenie nie zapytanie.

– Tak.

– Zapewne dlatego chciałaś się upewnić, że weekendy będą wolne. Żeby móc odwiedzać brata. Mogłaś mi od razu o tym powiedzieć – dodał z nutą zniecierpliwienia.

Wzruszyła ramionami.

– Odkąd dowiedziałam się o tej możliwości, byłam kłębkiem nerwów. Wszystko wygląda idealnie, ale… – Znów wzruszyła ramionami. – Szczerze mówiąc, jest pan ostatnią osobą, której chciałabym coś zawdzięczać.

– Cóż… Potrzebujesz pieniędzy?

– Owszem. To prywatny ośrodek i ma doskonałą opinię, ale ubezpieczenie mojego brata nie pokrywa kosztów. A bardzo chciałbym być blisko Bretta w tym trudnym dla niego okresie.

Sprawa właściwie była przesądzona. Już wtedy, przed dwoma miesiącami zrobiła na nim wystarczająco duże wrażenie i chętnie znów ją zobaczył. Co więcej, teraz podobała mu się jeszcze bardziej, choć podejrzewał, że to musiało prowadzić donikąd.

Ale nie mógł się już wycofać. Choćby ze zwykłej przyzwoitości. A zanim podda się głębszej fascynacji, zawsze może pomyśleć o swoim rozbitym samochodzie…

– Cóż, masz tę pracę, skoro tak ci na niej zależy – wyrzucił z siebie. – Chcesz najpierw zobaczyć pracownię i mieszkanie?

Z trudem hamowała się, żeby nie wybuchnąć.

– Nie oczekuję współczucia – powiedziała. – Zamknięcie jednych drzwi przeważnie oznacza otwarcie innych.

– Powinnaś wiedzieć – powiedział chłodno – że nie lubię, kiedy mi się mówi, co powinienem czuć, więc wyjaśnijmy to od razu. Nie tylko ci współczuję, bo tak zareagowałoby w tych okolicznościach wiele osób, ale i czuję się winny z powodu tego, co powiedziałem po wypadku.

– Och…

– Kontynuujmy, jeśli można. Nawet nie spróbowałaś herbaty – dodał nagle.

– Jakoś nie mam ochoty.

Wstała tak gwałtownie, że potknęła się o Tottie i byłaby upadła, gdyby jej nie złapał.

Oboje byli zmieszani, kiedy wyplątywał ją z psa i stolika do kawy, a potem okazało się, że tkwi pośrodku pokoju w jego ramionach.

– Czy to jakaś wrodzona skłonność do wypadków? – spytał kpiąco.

Spróbowała się uwolnić z jego objęć, ale choć trzymał ją raczej lekko, to najwyraźniej nie zamierzał puścić.

– Mam dwie lewe ręce – wyjaśniła z zażenowaniem.

– A co to takiego?

– Określenie mojego ojca na kiepską koordynację ruchów.

– Więc jednak skłonność do wypadków.

– Można to tak nazwać – odparła, wzruszając ramionami. – Proszę mnie puścić.

– Zaraz – odparł z iskierkami rozbawienia w oczach. – Jeszcze nigdy nie trzymałem w objęciach tak wysokiej dziewczyny i nawet mi się to podoba.

Nie zdążyła zaprotestować, bo zamknął jej usta pocałunkiem.

Zaskoczenie zupełnie odebrało jej zdolność oporu i kiedy w końcu podniósł głowę, mogła tylko oddychać ciężko i wpatrywać się w niego bez słowa.

– Mmm. – Przesunął dłońmi po jej plecach. – Całkiem niesłusznie sądziłem, że jesteś chuda.

– To… – zaczęła, ale nie była w stanie dokończyć.

– Szaleństwo? – podsunął uprzejmie.

Zgodziła się bez protestów.

– Cóż, chyba tak. Z drugiej strony, doświadczyliśmy tak szerokiej gamy emocji…

– I co z tym zrobimy? – wtrąciła, zdesperowana.

– Byliśmy na siebie źli – kontynuował.

– Okropnie źli – podkreśliła.

– Owszem. A teraz widzę tylko, że masz zachwycające oczy.

– Ja…

– A ta skóra… – Przeniósł dłonie na jej ramiona i pogładził je z lubością. – Tak cudownie gładka, wprost aksamitna… a co do nóg, na twoim miejscu nie nosiłbym tych długich spódnic. To przestępstwo ukrywać tak wspaniałe nogi.

– Panie Wyatt – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Proszę mnie puścić i dać sobie spokój z tymi komentarzami.

– Jeszcze minutkę. Artur miał rację, twierdząc, że sprawiasz wrażenie istoty uważającej się za wyższą.

Zamiast zacząć mu się wyrywać, zastygła jak zaczarowana.

– To znaczy?

– Na przykład wcześniej, w holu, spojrzałaś na mnie tak, jakbym się właśnie wyczołgał z jakiejś nory.

– Wcale nie!

– Cóż, może robisz to nieświadomie. Artur powiedział właściwie, że sprawiasz wrażenie osoby, której umysł błądzi w sferach idealnych.

– A cóż to ma znaczyć?

Opuścił ramiona i cofnął się o pół kroku, ale ona nawet nie drgnęła.

– Że jesteś ponad zmagania zwykłych śmiertelników? – bąknął, wzruszając ramionami. – Ponad przyjemności życia i miłości, o mężczyznach nie wspominając? Podobno nikt cię nie interesuje. Ciekawe, dlaczego?

Rzadko traciła panowanie nad sobą, jeżeli jednak już do tego doszło, konsekwencje bywały katastrofalne. Zazwyczaj dlatego, że była dość wysoka, by działać skutecznie. Teraz jednym krokiem skróciła dystans do mężczyzny i wymierzyła mu policzek.

– Marzyłam o tym – sapnęła z satysfakcją. – A co do bycia ponad wszystko, to chyba właśnie ty uważasz siebie za Bóg wie co!

Wzruszył ramionami i nagle znów chwycił ją w objęcia i zaczął całować. Tym razem jednak miał w tym określony cel. To miała być potyczka między przeciwnikami, prowadząca jednak w końcu do zgody.

– Dość już złych emocji między nami – powiedział, kiedy w końcu podniósł głowę.

– To znaczy?

– Czas ruszyć do przodu. Od początku nie chciałem cię zranić, ale los tak to wszystko poprowadził.

Przyciągnął ją bliżej, a jego natarczywe dłonie budziły w niej ekstatyczne dreszcze.

Potem ujął jej twarz w obie dłonie i przez długą chwilę patrzyli sobie prosto w oczy. Harriet z lubością wchłaniała niezwykły i podniecający zapach prawdziwego mężczyzny. Kiedy tak pożerał ją wzrokiem, a jego dłonie wędrowały po jej ciele, zaczęła zmieniać o nim zdanie. Być może pod tą drażliwą, skłonną do irytacji powłoką krył się wprawny i doświadczony kochanek?

Było w nim coś tak pociągającego, że kiedy znów zaczął ją całować, wbrew sobie poczuła, że oddaje mu pocałunki.

Oderwali się od siebie tylko na krótko, by złapać oddech, którego zabrakło obojgu. Damien rozwiązał wstążkę podtrzymującą jej włosy i wsunął w nie palce. Ona objęła go ramionami, wyczuwając siłę mięśni pomimo pozornej smukłości.

Na ziemię sprowadziło ich dopiero otwarcie drzwi jadalni i zawadiackie gwizdnięcie. Damien nie zdradził najmniejszych oznak zmieszania. Puścił Harriet i starannie poprawił kołnierzyk jej sukienki, a dopiero potem zwrócił się do przybysza.

– Charlie, poznaj Harriet Livingstone. – Położył jej dłonie na ramionach. – Harriet, to mój brat, Charles Walker Wyatt.

Harriet spróbowała choć trochę przygładzić włosy, zanim odwróciła się do Charlesa. Był niższy od brata i wyglądał na kilka lat młodszego.

– No wiesz! – wykrzyknął. – Nigdy bym się nie spodziewał, że właśnie tu będziesz się całował z dziewczyną, której nigdy w życiu nie widziałem. To jakieś szaleństwo – mówił podchodząc bliżej. – Proszę mi wybaczyć to określenie – zwrócił się do Harriet. – Jednak…

– Charlie. – Ton Damiena brzmiał ostrzegawczo.

– Damien? – Wzrok młodszego mężczyzny wyrażał czystą niewinność. – Po prostu wyznacz granice, a ja spróbuję ich nie przekraczać.

– Gdybyś chciał zachować się grzecznie, wyszedłbyś i zamknął za sobą drzwi.

Najwyraźniej nie był tak całkiem niewzruszony wtargnięciem brata, jak się początkowo wydawało.

– Ach. – Charlie podrapał się po brodzie. – Może i tak, ale i ja chętnie poznałbym pannę Harriet Livingstone. – Popatrzył na nią z uwielbieniem.

– Kiepski pomysł – ocenił Damien. – Lepiej po prostu wyjdź.

Najwyraźniej coś w końcu dotarło i do Charlesa Walkera Wyatta, bo pozdrowił ich krótkim skinieniem głowy i odwrócił się po żołniersku.

– Wedle rozkazu, sir.

Damien czekał, aż drzwi zamkną się za nim i dopiero wtedy odwrócił się do Harriet.

– Wiesz co? – powiedział z goryczą. – Kompletnie nie rozumiem, dlaczego każde nasze spotkanie musi przemienić się w szopkę.

Nie potrafiła ukryć zażenowania.

– Myślę, że powinnam już pójść. Nie mogłabym tu pracować.

– Pójść? – Damien nie wierzył własnym uszom. – Jak można tak się całować, a potem tak po prostu odejść?

Tytuł oryginału: An Exception to His Rule

Pierwsze wydanie: Mills & Boon Limited, 2014

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Łucja Dubrawska-Anczarska

© 2014 by Lindsay Armstrong

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2015

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-1862-7

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com