Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
1167 osób interesuje się tą książką
Jak to się w ogóle stało, że za ciebie wyszłam, Cal?
Cove Wilder jest całkiem zadowolona ze swojego życia. Mieszka w San Francisco z psem Furdinandem, pracuje jako krawcowa, po godzinach szyje ciuszki dla córeczki swojej przyjaciółki Astry, a gdy wstaje od maszyny, pozwala sobie na odrobinę szaleństwa - skok ze spadochronem czy trekking w Andach. Żyje chwilą, głęboko wierząc w to, że każdy problem prędzej czy później sam się rozwiąże. Niestety, jeden z nich wraca do Cove jak bumerang i jakoś nie chce zniknąć: jej przypadkowy mąż, Calloway Shaw.
Calloway, sztywny księgowy w garniturze szytym na miarę, zupełnie nie jest w typie Cove, która woli raczej przymierających głodem artystów. Tych dwoje poznało się dwa lata wcześniej w Las Vegas podczas imprezy zaręczynowej brata Callowaya. Pobrali się po kilku drinkach i wylądowali w jednym pokoju hotelowym, a potem... świeżo upieczona pani Shaw uciekła i odtąd nie widziała się z mężem. Nawet o nim nie myślała.
Teraz Cal wraca, by zawrzeć układ z żoną: zgodzi się na rozwód, jeśli Cove pojedzie z nim na ślub brata do Anchorage na Alasce.
I żadne z nich nie bierze pod uwagę, że ten prosty plan mogą skomplikować uczucia.
Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 589
Ludka Skrzydlewska
Regret Me Not
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.
Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.
Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.
Redaktor prowadzący: Justyna Wydra
Projekt okładki: Justyna Knapik
Zdjęcie na okładce wykorzystano za zgodą Shutterstock.
Helion S.A.
ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice
tel. 32 230 98 63
e-mail: [email protected]
WWW: editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)
Drogi Czytelniku!
Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres
editio.pl/user/opinie/remeno_ebook
Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.
ISBN: 978-83-289-3901-1
Copyright © Helion S.A. 2026
Kocham moją przyjaciółkę, ale jej ślub jest dla mnie ogromnym wyzwaniem.
Nawet nie chodzi o to, że kiedy tylko Astra dostała pierścionek, zmieniła się w bridezillę czy coś, bo nic z tych rzeczy. Nadal jest tą słodką, kochaną dziewczyną, którą interesują wyłącznie jej przyszły mąż i ich dziecko, i nic innego. Mogłaby wziąć ślub we własnym salonie, a w ramach wesela udać się do sypialni i zamknąć tam z Thane’em, o ile ja zajęłabym się małą Des i zajrzała od czasu do czasu do ich kury, Hen Solo.
Tak, Astra ma kurę, ale to moja wina.
Nie chodzi też o to, że muszę w związku z nim podejmować jakieś specjalne akcje, bo właściwie nie zostawiła niczego na mojej głowie. Jasne, pomagałam jej wybierać fryzurę i strój dla Destiny, jej córki, kaligrafowałam też nazwiska na zaproszeniach, bo mam dużo pewniejszą rękę od Astry, która pisze głównie na komputerze, ale to wszystko to nic takiego. To były naprawdę przyjemne zajęcia. Większością skomplikowanych rzeczy – takich jak sala, catering, muzyka czy kwiaty – zajęły się profesjonalna firma oraz wedding planerka, którą Thane znalazł dla Astry specjalnie po to, żeby jego przyszła żona nie musiała się tym martwić.
Nie muszę chyba dodawać, że pokrył również wszystkie koszty.
Nie, ślub Astry okazuje się dla mnie trudny z zupełnie innego powodu.
Jest idealny. Nie potrafię tego inaczej określić, gdy jako jej druhna stoję przy niej z bukietem kwiatów, uśmiechając się sztucznie. Moja nieprzytomnie szczęśliwa przyjaciółka bierze właśnie ślub z facetem, którego kocha, przyrzeka mu miłość i wierność, jej mama trzyma na rękach ich malutką córkę, a Hen Solo gdzieś tu się plącze z obrączkami.
Mam nadzieję, że znajdą kurę na czas.
Wszystko to dokumentuje fotograf, skrzypaczka gra w tle, otaczają ich bliscy, rodzina i przyjaciele. Wszystko to jest perfekcyjne.
A ja zazdroszczę Astrze.
Nie tego, że znalazła faceta, z którym chce spędzić resztę życia, chociaż jasne, że ja też bym chciała. Nie czuję jednak parcia, by stało się to już, zaraz, bo mam jeszcze w życiu dużo do przetestowania i sprawdzenia, zanim się ustatkuję.
Zazdroszczę jej, bo mój własny ślub w niczym nie przypominał tego.
Nie zachowałam z niego dobrych wspomnień. Właściwie to nie mam żadnych. Nie wiem, w jakich dokładnie okolicznościach wyszłam za mąż za tego nadętego sztywniaka w garniturze, ale tak się stało, i nie pamiętam z całego wydarzenia niczego poza spacerem wstydu rano z pokoju hotelowego. Z pewnością na moim ślubie nie było skrzypaczki, fotografa, rodziny, a już na pewno nie było tego głębokiego porozumienia dwojga ludzi, szczęśliwych, że wreszcie się odnaleźli i obiecują sobie spędzić ze sobą resztę życia.
Wolałabym pamiętać z mojego ślubu cokolwiek poza poranną pobudką w łóżku z facetem, którego właściwie nie znam, i znalezieniem certyfikatu małżeństwa wraz z tandetną złotą obrączką.
Wzięłam ślub po pijaku w Vegas, na litość boską. Czy może być coś bardziej żałosnego?
Na co dzień o tym nie myślę, bo cała ta sytuacja miała miejsce już dwa lata temu i od tego czasu nie widziałam mojego męża ani razu. Wyszukałam go w internecie wkrótce po zawarciu związku małżeńskiego, więc wiem, że mieszka i pracuje w Los Angeles, ale nawet gdyby nie żył sześć godzin jazdy samochodem ode mnie, nie miałabym ochoty go oglądać. On najwidoczniej czuje tak samo, skoro nigdy nie szukał ze mną kontaktu. Zazwyczaj po prostu udaję, że wcale nie jestem mężatką, i żyję tak, jakby tamtej nocy w Vegas nigdy nie było, bo właśnie taką jestem osobą. Ignoruję problemy, udając, że nie istnieją, aż w końcu same się rozwiązują.
To taktyka, która do tej pory działała, i żywię przekonanie, że teraz będzie tak samo.
Gdy Astra i Thane wreszcie biorą ślub, wszyscy rzucamy się z gratulacjami, a potem przenosimy do sali weselnej, gdzie dostaję miejsce obok Astry. Korzystam z tego, jak tylko mogę, bo już ostatnio moja ulubiona przyjaciółka miała dla mnie mniej czasu z małym dzieckiem i swoim nowym facetem. Teraz będzie tylko gorzej.
– Nie miałaś przyjść z Brodym? – pyta w pewnym momencie Astra.
Wzruszam ramionami.
– Zastanawiałam się, czy go zaprosić, ale ostatecznie uznałam, że to zbyt przelotna znajomość jak na tak poważną uroczystość – wyjaśniam. – Kiedy dowiedział się, że idę sama, i o to zapytał, powiedziałam mu to wprost, a on się obraził. Więc w zasadzie… miałam rację.
Astra się śmieje, a jej piwne oczy błyszczą szczęściem.
– Mogłaś przynajmniej wziąć Furdinanda. – Ma na myśli mojego psa rasy żadnej, jedynego faceta, dla którego byłabym gotowa zrobić wszystko.
– Obawiam się, że gdyby tu był, Hen Solo mogłaby tego nie przeżyć – zauważam z rozbawieniem. – A zanim skończy w rosole, musiała wam jeszcze dostarczyć obrączki.
– Przestań gadać, że moja kura skończy w rosole! – fuka Astra, na co się śmieję i obejmuję ją mocno.
Moja przyjaciółka wygląda pięknie w jedwabnej sukni ślubnej, której szycie zajęło mi wiele nieprzespanych nocy. To był mój prezent ślubny dla niej, co jej absolutnie zapatrzony w nią mąż całkowicie zaaprobował. Właściwie sam dostarczył mi materiał.
Thane to dobry facet, nawet jeśli momentami chciałam mu przyłożyć za to, jak traktował Astrę. Ona też miała swoje za uszami, za co czasami chętnie przyłożyłabym i jej. Na szczęście finalnie się dogadali i teraz tworzą tak udaną rodzinkę, że aż zęby bolą od tej słodyczy. Wprawdzie straciłam przez to współlokatorkę, ale cieszę się szczęściem Astry. Zasłużyła na wszystko, co najlepsze, po tym, jak potraktował ją ten gnojek, jej były narzeczony.
No i mam wreszcie wolną kanapę w salonie.
Kilka osób wygłasza toasty, w tym ja, i ludzie śmieją się po moich słowach nawet kilkukrotnie, co oznacza, że chyba nie mogę być w tym zła. Potem Astra i Thane ruszają do tańca, a za nimi cała reszta gości, ja także, a że jestem bezpańska, co chwila inny gość weselny bierze mnie w obroty. Nie mam nic przeciwko – lubię się dobrze bawić, a taniec zalicza się do moich ulubionych rozrywek.
Chociaż przyjęcie odbywa się w październiku na świeżym powietrzu, nawet po zapadnięciu zmroku jest ciepło i przyjemnie. W końcu to San Francisco, tutaj zawsze jest ciepło, co w zupełności odpowiada mojej ciepłolubnej naturze. Wokół ustawionych pod namiotami stołów porozwieszane są dające łagodny blask lampy, co dodaje całemu miejscu nieco magicznej atmosfery.
Nie wiem, jak długo szaleję na parkiecie, ale w końcu czuję potrzebę, żeby trochę odpocząć, wymawiam się więc kolejnemu partnerowi i uciekam do środka budynku, przy którym odbywa się wesele. Poza dużą salą, kuchnią, recepcją i wieloma innymi pomieszczeniami znajdują się tam również toalety, do których właśnie się kieruję.
Już w środku uważnie sprawdzam swój wygląd w lustrze. Mniej chodzi mi o makijaż, a bardziej o stan sukienki, którą sama dla siebie uszyłam. Jest wykonana z cudownego, mieniącego się, złotego materiału, który kolorystycznie doskonale pasuje do mojej cery i włosów. Jak zwykle latem opaliłam się na złotobrązowy kolor, a moje naturalnie ciemnoblond włosy nieco zjaśniały od słońca, więc jestem wyjątkowo zadowolona ze swojego wyglądu. Zwłaszcza że sukienka na jedno ramię, długa do ziemi, ale z rozcięciem na udzie i marszczeniem z boku talii, pięknie podkreśla moje kształty.
Najchętniej uszyłabym dla siebie coś bardziej ekstrawaganckiego, ale uznałam, że ślub Astry nie jest do tego odpowiednią okazją. Nie chciałam przyćmiewać dzisiaj panny młodej swoim wyglądem.
Jestem nieco wcięta, ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Nie widzę nic złego w wypiciu alkoholu na ślubie najlepszej przyjaciółki, skoro świętuję w ten sposób jej szczęście.
Jest mi dobrze z moim życiem. Mam pracę, którą uwielbiam – nawet jeśli moja szefowa to wrzód na tyłku – kochanego psa, mnóstwo wspaniałych znajomych i fajne mieszkanie. Czego można chcieć więcej?
Może nigdy nie miałam dużej rodziny i zawsze czułam się trochę tak, jakbym nigdzie nie przynależała, ale i tak prowadzę udane życie. Na co dzień bardziej cieszę się z tego, co mam, tylko w takie dni jak dzisiaj, gdy widzę, jak ojciec Astry prowadził ją do ołtarza, włącza mi się jakiś dziwny nastrój.
Mnie nikt nigdy nie poprowadzi do ołtarza.
Jeśli w ogóle kiedykolwiek zechcę wziąć ślub na poważnie, a nie po pijaku w Vegas, czego nawet nie pamiętam.
W końcu biorę się w garść i wychodzę z toalety, by ruszyć z powrotem w kierunku znajdujących się na zewnątrz namiotów. Chowam komórkę do torebki, a kiedy zauważam, że na recepcji pracująca w obiekcie kobieta dyskutuje z jakimś stojącym do mnie tyłem mężczyzną, wzdycham i ruszam w tamtą stronę.
Chętnie pomagam podczas tego wieczoru Astrze i Thane’owi, w czym tylko potrzeba. Wprawdzie ich wedding plannerka się tutaj kręci, ale nie zawsze może być tam, gdzie akurat pojawia się jakiś problem. Chcę, żeby ten wieczór był dla nich możliwie udany i beztroski, dlatego gdy widzę zniecierpliwioną minę recepcjonistki, od razu wiem, że coś jest nie tak i że powinnam przejąć tego faceta, zanim problem eskaluje. Przypuszczam, że to któryś z gości nawalił się za bardzo i sprawia kłopoty – a z takimi ludźmi potrafię sobie poradzić jak nikt. Sądząc po jego ubiorze – widzę tylko plecy, więc jestem w stanie stwierdzić, że jest wysoki i dobrze zbudowany, a także że ma na sobie dobrze skrojony, drogi garnitur świetnej jakości – to jeden z dobrze sytuowanych znajomych Thane’a.
Porozumiewam się wzrokiem z recepcjonistką i uśmiecham, kiwając głową. Wzdycha z ulgą, wyraźnie mnie rozpoznając, po czym mówi:
– Właśnie tłumaczę panu, że trwa impreza zamknięta i nie mogę wpuścić go do środka. Upiera się, że musi się zobaczyć z jednym z gości.
Aha. Czyli jednak nie był zaproszony na wesele.
– Cóż – odpowiadam z udawaną swobodą – to będzie musiało poczekać do końca wesela. Chyba że powie pan, o kogo chodzi, mogę dyskretnie poszukać tej osoby i zapytać, czy się z panem spotka.
Facet się odwraca, a uśmiech zamiera mi na ustach. Przez głowę przemyka mi, że wiem, co zaraz usłyszę.
– Właściwie chodzi mi o ciebie, Cove – oznajmia tym głębokim, stanowczym tonem, który akurat zapamiętałam bardzo dobrze. – Więc to się nawet dobrze składa, że właśnie ty tu jesteś.
Przez chwilę gapię się na niego bez słowa, niezdolna do wykrztuszenia choćby jednego zdania. Tyle co myślałam o nim w czasie ślubu Astry – a teraz jest tutaj.
Skąd się wziął?
Ściągnęłam go myślami czy jak?
Czuję gorąco wypełzające mi na policzki i jestem wdzięczna genom, że mam na tyle ciemną karnację, by nie rumienić się od byle czego. Bo przecież wcale nie mam powodu. To tylko obcy facet, który przypadkiem został ze mną związany przysięgą małżeńską. To w ogóle nie ma znaczenia.
Problem w tym, że ten facet wygląda tak, że trudno przejść obok niego obojętnie.
Pamiętam wieczór, kiedy się poznaliśmy. Moi znajomi zorganizowali spontaniczny wypad do Vegas, a ja zabrałam się z nimi, jak zawsze żądna przygód i nowych wyzwań. Spotkałam go w barze, gdzie świętował akurat zaręczyny brata czy coś takiego. Przez cały wieczór był sztywny i wyglądał, jakby czuł się tam nie na miejscu, a potem pokłócił się ze mną o jakieś bzdury. Sporo piłam, bo on stawiał, sobie też nie żałując. Chyba chciał się w ten sposób poczuć pewniej w tym miejscu, do którego wyraźnie nie pasował w swoim szytym na miarę garniturze, ale zamiast tego…
Skończyłam z nim w jednym łóżku i obudziłam się rano z obrączką na palcu.
Zostawiłam ją w tamtym pokoju hotelowym, ale chociaż Calloway Shaw jest moim sekretem, o którym przez ostatnie dwa lata starałam się nie myśleć, raczej mi się to nie udawało. Trudno przejść obojętnie obok takiego faceta, nawet jeśli to tylko sztywniak w garniaku.
Problem w tym, że Calloway Shaw to najbardziej atrakcyjny facet, jakiego w życiu widziałam. Obiektywnie jest pewnie równie przystojny co Thane, ale subiektywnie z jakiegoś powodu zawsze na mnie działał. Nie potrafię tego wyjaśnić, bo mój typ generalnie jest zupełnie inny – wolę przymierających głodem artystów z długimi włosami i rozmarzonymi spojrzeniami. Księgowy z kijem w dupie pokroju Callowaya naprawdę do mnie nie pasuje. Jednak z jakiegoś powodu już tamtego wieczoru w Vegas, gdy się z nim kłóciłam, uważałam to za najbardziej ekscytujące wydarzenie w ostatnim czasie.
Chociaż głupota ze ślubem po pijaku chyba to przebiła.
Calloway ma ciemnobrązowe, miękkie włosy, które łagodnymi falami opadają mu na czoło. Muśnięta słońcem skóra, podobnie jak jego potężna postura, zupełnie nie sugerują, że ten facet większość czasu spędza za biurkiem. Jest wysoki i dobrze zbudowany, ale jego ciało składa się niemalże wyłącznie z mięśni. Wiem, bo tamtego ranka, zanim uciekłam z pokoju hotelowego, zajrzałam pod kołdrę.
Wprawdzie spał w bokserkach, ale nie miał na sobie żadnej koszulki. Dobrze zapamiętałam ten widok.
Jego orzechowe oczy w oprawie długich, czarnych rzęs wpatrują się we mnie twardo, bez odrobiny ciepła. Mam mętlik w głowie, bo pomijając fakt, że jest chyba jeszcze bardziej atrakcyjny niż dwa lata temu, a moje ciało zdaje się z jakiegoś niezrozumiałego powodu do niego lgnąć, to jeszcze nie rozumiem, co on tutaj robi. Dlaczego pojawił się właśnie teraz i to w dodatku na ślubie mojej przyjaciółki? Skąd wiedział, że mnie tu znajdzie?
– Muszę z tobą porozmawiać – odzywa się tym głębokim, gładkim głosem, robiąc krok w moim kierunku. – Znajdziesz dla mnie chwilę, Cove?
Jezu. Dlaczego dostaję ciarek, kiedy wypowiada moje imię w ten sposób?
Nerwowym gestem zakładam ramiona na piersi. Calloway nie spuszcza wzroku z mojej twarzy, a ja czuję się pod tym spojrzeniem bardzo nieswojo.
– Jestem jakby trochę zajęta – odpowiadam stanowczo. – Skąd się tutaj wziąłeś?
– To chyba nie twój ślub, prawda? – pyta drwiąco, ignorując moje słowa. – Nie wyglądasz na typ bigamistki.
– A wyglądam ci na pannę młodą? – prycham ze złością. – Czego chcesz, Cal?
Gryzę się w język, zanim dodam: „Dostarczyć mi papiery rozwodowe?”. On unosi dłonie w geście poddania, a przez jego przystojną twarz o regularnych rysach przemyka grymas niezadowolenia.
Niewiele o nim wiem, ale tamtego wieczoru od razu się przyznał, że nie lubi zdrobnień imion. W ogóle. Nic więc dziwnego, że wkurza go, kiedy mówię do niego „Cal”.
– Zamierzasz rozmawiać przy świadkach? – pyta, strzelając wzrokiem w stronę wyraźnie zainteresowanej recepcjonistki.
– Nie zamierzam w ogóle z tobą rozmawiać – zapewniam. – Jestem zajęta. Nie powinieneś mnie tutaj nachodzić. Jeśli chcesz, zostawię ci numer telefonu, umówimy się na spokojnie na rozmowę.
– I twierdzisz, że się na niej pojawisz?
Co za dupek.
– Jeśli tak, to dasz mi dzisiaj spokój?
Słyszę za sobą kroki i odwracam głowę, by zobaczyć idącego w naszą stronę Thane’a. Jeśli ktoś może przeciwstawić się mojemu sekretnemu mężowi, to właśnie nowo poślubiony mąż Astry; obawiam się jednak, że moja relacja z Callowayem wyjdzie przy okazji na jaw. Tylko że Thane prawdopodobnie i tak zostawiłby dla siebie wszystko, czego by się tu dowiedział. Znam go wystarczająco dobrze, by to wiedzieć.
– Wszystko w porządku, Cove? – Staje obok mnie i łagodnie muska moje plecy dłonią. Wiem, że chce mi tylko dodać otuchy, bo zauważył, że coś jest nie tak, ale nie podoba mi się sposób, w jaki Calloway podąża wzrokiem za tym gestem. – Potrzebujesz tu pomocy?
– Nie, dzięki – zapewniam. – Możesz wracać do gości, poradzę sobie.
Thane nie rusza się z miejsca, jakby zamierzał przeczekać nieproszonego gościa, a wyraźnie wyprowadzony z równowagi Calloway krzywi się, po czym wyciąga portfel. Z niego wyjmuje wizytówkę, którą mi podaje.
– Zadzwoń do mnie, Cove – cedzi przez zęby. – Będę czekał na kontakt, żeby porozmawiać z tobą… w bardziej sprzyjających okolicznościach.
Posyła Thane’owi ostatnie, wyraźnie nieżyczliwe spojrzenie, po czym odwraca się i odchodzi.
Dopiero wtedy wypuszczam z płuc wstrzymywane powietrze, orientując się, że od dłuższej chwili ledwo oddychałam. Jestem całkowicie wyprowadzona z równowagi tym spotkaniem i nie wiem, co robić. Może rzeczywiście powinnam się spotkać z Callowayem i załatwić ten temat raz na zawsze. Wziąć rozwód, by każde z nas rozeszło się w swoją stronę.
– Na pewno wszystko w porządku? – pyta Thane, cofając się o krok.
Posyłam mu pełen napięcia uśmiech.
– Tak, jasne – zapewniam z udawaną swobodą. – Poważnie, możesz wracać do swojej żony. Ale dzięki za pomoc.
Thane przez chwilę przygląda mi się uważnie, a potem kiwa głową i odwraca się, by odejść.
Zostaję sama.
Ale wcale nie czuję się z tym dobrze, bo mam poczucie, że te problemy, które zawsze zostawiam samopas, żeby się rozwiązały bez mojego udziału, właśnie mnie dopadły.
Następnego ranka budzę się ze wspomnieniem beznamiętnej twarzy Callowaya pod powiekami.
Zerkam na szafkę nocną, gdzie zostawiłam jego wizytówkę. Jest prosta i biała z czarnym napisem, ale nawet nie spojrzałam na podane na niej cyfry, bo nie byłam gotowa. Nadal nie jestem. Chciałabym znowu udawać, że ten problem nie istnieje, ale nie wiem, czy to będzie dłużej możliwe.
Powinnam po prostu zadzwonić i stawić temu czoła, ale to takie nie w moim stylu. Uciekanie przed problemami znacznie bardziej do mnie pasuje.
Wzdycham, przekręcając się na plecy, i wgapiam się w popękany sufit nade mną. Chciałabym porozmawiać o tym z Astrą i zapytać ją o zdanie, ale wkrótce po interwencji Thane’a wyszli z wesela i są obecnie w drodze na Fidżi albo już tam dotarli. Nie będę jej zawracać głowy podczas jej podróży poślubnej – tym bardziej że ona nawet zostawiła Hen Solo pod opieką matki, bym miała spokój – a z nikim innym nie jestem na tyle blisko, by się tak zwierzać. Mam sporo znajomych, ale tylko Astrę uważam za przyjaciółkę, której jestem gotowa powiedzieć niemalże wszystko.
Furdinand wskakuje na łóżko i skamle, przesuwając mokrym nosem po moim policzku. Śmieję się i czochram go, pozwalając mu się lizać po twarzy.
– Tak, tobie też mogę powiedzieć wszystko – zapewniam. – Ale po spacerze. Na razie wyprowadzimy cię i nakarmimy, dobrze?
To pozwala mi na chwilę odciągnąć myśli od Callowaya i sposobu, w jaki domagał się rozmowy ze mną. Zazwyczaj nie boję się konfrontacji, kiedy więc się ubieram i przygotowuję na nadchodzący dzień – na szczęście jest niedziela i nie muszę iść do pracy – dochodzę do wniosku, że naprawdę się z nim skontaktuję i wreszcie zakończę tę relację. O ile to, co między nami jest, można w ogóle nazwać relacją.
To brzmi jak dobry plan.
Wkładam różowo-żółtą koszulkę i obcięte ogrodniczki z dziurami, a na głowę wsuwam fioletową czapkę z daszkiem, bo nie chce mi się myć włosów, po czym wychodzę z mieszkania z psem na smyczy. Furdinand skacze, szczeka i merda ogonem, szczęśliwy, że idziemy na spacer, a ja chowam do kieszeni klucze i telefon, a potem zbiegam z moim czworonogiem po schodach.
Niedzielny poranek w South of Market jest zaskakująco spokojny. Wychodzę na zewnątrz, gdzie mimo wczesnej godziny i pory roku jest już bardzo ciepło, i grzeję się przez chwilę w promieniach słońca, które uwielbiam. Potem ruszam z Furdinandem przed siebie, kierując się powoli do parku i w następnej kolejności do mojej ulubionej kawiarenki.
Po drodze wyciągam komórkę, wpisuję do niej numer z wizytówki, po czym wysyłam wiadomość.
✉ Ja: Dobra, mogę się z tobą spotkać. Podaj czas i miejsce.
Calloway z pewnością nawet nie ma mojego numeru, a mimo to odpisuje niemalże od razu i nie ma wątpliwości, z kim pisze. Pewnie jestem jedyną laską w jego życiu, którą naszedł na weselu, chcąc zmusić ją do spotkania.
✉ Shaw: Jestem dostępny nawet teraz. Mogę do ciebie wpaść?
Jasne. Po moim trupie.
Przespałam dzisiaj jakieś cztery godziny, trochę ćmi mnie głowa i mam wątpliwości, czy jestem gotowa na tę rozmowę, ale poradzę sobie, jeśli tylko odbędę ją na neutralnym gruncie. Wzdycham, zatrzymując się, gdy Furdinand zaczyna obwąchiwać jedno z drzew w parku.
✉ Ja: Za kwadrans będę w Four Barrel Coffee na 375 Valencia Street.
✉ Calloway Shaw: Przyjadę. Poczekaj na mnie.
Świetnie.
Z jakiegoś powodu zaczyna mnie mdlić, kiedy myślę o spotkaniu z Callowayem. Chociaż w zasadzie nie powinno, przecież to nic takiego: ustalimy szczegóły rozwodu i tyle. Calloway na pewno nie będzie chciał ode mnie niczego więcej.
Prawda?
Idąc powoli z Furdinandem w stronę kawiarenki, zastanawiam się, czy mógłby istnieć jakikolwiek inny powód, dla którego Calloway mógłby się chcieć ze mną spotkać po dwóch latach milczenia. Musi chodzić o rozwód, nie? Pewnie ma inną kobietę, z którą chciałby stworzyć rodzinę, tak jak Thane z Astrą, i potrzebuje do tego być wolny.
Naprawdę nie widzę innego rozwiązania, choć z niejasnych przyczyn mnie to boli.
Nawet nie chodzi o to, że zależy mi na moim mężu, bo oczywiście, że mi nie zależy. Po prostu odnoszę wrażenie, że ostatnio wszyscy wokół mnie łączą się w pary i tylko ja zostaję sama jak palec.
Jak zwykle. Niby mam dużo znajomych, ale mało kogo naprawdę bliskiego.
W końcu docieram do kawiarni, w której mnie i Furdinanda wszyscy dobrze już znają. Uśmiechem witam się z baristą, Jakiem, u którego jak zwykle zamawiam karmelowe latte, a potem proszę o miskę z wodą dla psa.
– Siądziecie w środku czy na zewnątrz? – pyta Jake, obdarzając mnie uroczym uśmiechem. – Przyniosę wam kawę i wodę do stolika.
– Dzięki, Jake. Myślę, że Furdinand bardziej się ucieszy ze stolika na zewnątrz.
– Nie chcielibyśmy zawieść twojego futrzaka. – Mruga do mnie. – To razem będzie…
– Ja zapłacę – słyszę nagle za sobą ten znajomy, głęboki, gładki głos.
Przytrzymuję się blatu, z trudem utrzymując na twarzy uprzejmy uśmiech. Czuję obecność tego faceta, jeszcze zanim pojawia się obok, opierając przedramię na ladzie tuż obok moich dłoni. Nie patrzę na niego, ale na Jake’a, którego uśmiech nagle blednie i który prostuje się, jakby odkrył, że przełożony przyłapał go na nieregulaminowej przerwie podczas pracy.
– Nie musisz – zapewniam z irytacją.
Ten drań Calloway ma czelność pochylić się w moją stronę, aż ustami niemalże muska mój policzek. Czuję jego miętowy oddech i ziemisty zapach wody kolońskiej kojarzący mi się z sosną i skórą. Wstrzymuję powietrze w płucach, bo może lepiej, żebym nie wdychała tej mieszanki zbyt długo.
– Ale chcę – zapewnia miękko, drugą dłoń kładąc na moim lewym przedramieniu, aż niemalże zamyka mnie w swoich objęciach. – Nie będziesz za siebie płacić, kiedy się ze mną spotykasz, kochanie. Dla mnie americano – dodaje, kierując ostatnie słowa do zbaraniałego Jake’a.
Przychodzę do tej kawiarni wystarczająco długo, by barista wiedział, z kim zazwyczaj się spotykam i jaki preferuję typ faceta. Z pewnością od razu zauważa, że Calloway pasuje do mnie jak pięść do nosa, ale na szczęście nie odzywa się ani słowem, tylko przyjmuje zamówienie i kasuje należność. Pozwalam Callowayowi zapłacić, czując satysfakcję, gdy w pewnym momencie zaintrygowany nowym znajomym Furdinand skacze mu na nogi, aż mężczyzna musi gwałtownie się cofnąć.
Przy okazji mnie puszcza, a ja szybko korzystam z okazji, żeby uciec.
– Poczekam na ciebie przy stoliku na zewnątrz, kochanie – cedzę.
Calloway ogląda się na mnie z roztargnieniem.
– Wolałbym…
Nie słyszę jednak, co by wolał, bo już odwracam się na pięcie i odchodzę, ciągnąc za sobą Furdinanda, który chętnie zapoznałby się bliżej z nowym przyjacielem. Psi zdrajca.
Siadam przy najbardziej oddalonym od wejścia stoliku i czekam na Callowaya, głaszcząc Furdinanda i karmiąc go kilkoma smaczkami. Mam nadzieję, że w ten sposób przypomni sobie, kto jest jego ulubionym człowiekiem, ale niestety kiedy tylko Calloway wychodzi z kawiarni, Furdinand się ożywia i zaczyna merdać ogonem.
Świetnie. Za chwilę stracę też bezwarunkową psią miłość.
Ukradkiem przyglądam się dążącemu do mnie mężczyźnie, nie bardzo wiedząc, co o nim właściwie myśleć. Podczas gdy ja jestem ubrana totalnie na luzie, on znowu ma na sobie szyty na miarę garnitur. Nawet z odległości widzę, że materiał jest naprawdę dobry, aż mam ochotę go wymacać (serio tylko dlatego). Nie rozumiem, po co mu taki ubiór w niedzielę, ale może Calloway jest pracoholikiem albo po prostu garnitur do niego przyrósł i typ już nie potrafi go zdjąć.
Niestety od wczoraj nie przestał jednak być przystojny, co zauważają wszystkie mijające go ulicą kobiety. Jest w nim jakiś szorstki, surowy urok, który nie pasuje mi do księgowego z Los Angeles, ale może pozory mylą. Calloway na pewno ma w sobie dużo stanowczości i potrafi oznaczyć teren w sposób, który wcale mi się nie podoba.
– Twój barista za chwilę poda nam kawę – mówi z przekąsem, swobodnie siadając przy stoliku naprzeciwko mnie. – Oraz wodę dla twojego… psa. Nie wiedziałem, że masz psa.
Spogląda z dystansem na Furdinanda i wydaje mi się, że dyskretnie otrzepuje też spodnie. Z jakiegoś powodu mnie to bawi.
– Od niecałych dwóch lat – wyznaję. – Uratowałam go ze schroniska.
– Cóż, jest naprawdę… uroczy – wydusza z siebie Calloway, jakby tak naprawdę zamierzał powiedzieć coś zupełnie innego. Furdinand siedzi grzecznie przy mojej nodze, dysząc i merdając na niego ogonem. – Cove, chciałem…
Urywa, kiedy z kawiarni wychodzi Jake z tacą z naszymi kawami w jednej ręce, a miską z wodą dla Furdinanda w drugiej. Dziękuję mu kolejnym uśmiechem, a Calloway pogania go mruknięciem, dzięki czemu po chwili znowu zostajemy sami.
Nie daję mu jednak dojść do słowa, tylko sama przejmuję inicjatywę.
– Okej, to może załatwmy to i miejmy już za sobą – proponuję bez ogródek. – Rozwód bez orzekania o winie. Co ty na to? Na pewno szybko to ogarniemy.
Calloway marszczy brwi, upijając łyk swojej kawy.
– Rozwód bez orzekania o winie? Tego właśnie chcesz?
– A nie po to mnie odnalazłeś? – dziwię się. – Zajęło ci to wprawdzie sporo czasu, ale…
– Przez cały czas dokładnie wiedziałem, gdzie się znajdujesz, Cove – przerywa mi stanowczo. – Uwierz mi, ani na chwilę nie spuściłem cię z oka.
Ups.
Co to właściwie ma znaczyć?
– Tak czy inaczej – podejmuję, szybko biorąc się w garść – pewnie dlatego pojawiłeś się dopiero teraz, bo chcesz rozwodu, tak?
Calloway przygląda mi się chłodno, z namysłem.
– Wygląda na to, że ty go chcesz. Mam rację?
– Sama nie wiem. – Wzruszam ramionami. – Mam gdzieś ten papierek, jeśli mam być szczera. W niczym nie zmienił mojego życia i dotychczasowy stan całkiem mi odpowiada. Kiedyś jednak musimy rozwiązać tę kwestię i może to odpowiedni moment, skoro już się pojawiłeś. Tak będzie chyba… wygodniej dla nas obojga, nie?
Na chwilę przy stoliku zapada cisza. Calloway nie odpowiada, cały czas nie spuszczając ze mnie wzroku, z czym czuję się dziwnie niepewnie. Wtedy, w Vegas, było podobnie. Wyczułam na sobie jego spojrzenie z drugiego końca sali i poprosiłam kelnera o zaniesienie mu ode mnie drinka.
Potem Cal do mnie przyszedł i zaczęliśmy rozmawiać… i pić.
A potem po pijaku jakimś cudem zawarłam związek małżeński, czego nie pamiętam, i trafiłam do jednego łóżka w apartamencie z moim mężem, czego również nie pamiętam.
Nie wiem nawet, czy mnie przeleciał tej nocy. Sądząc po tym, że rano miał na sobie bokserki, wątpię, ale nigdy nie byłam tak do końca pewna. A byłoby szkoda, gdyby to zrobił, a ja bym nie pamiętała.
– Nie przyszedłem do ciebie, żeby proponować ci rozwód – odpowiada po dłuższej chwili milczenia. – Ale jeśli chcesz, możemy to ogarnąć, jeśli w zamian… coś dla mnie zrobisz.
Posyłam mu nieufne spojrzenie.
– „Coś dla ciebie zrobię”?
– Ja nie… – Calloway wznosi oczy do nieba i wzdycha. – Słuchaj, mój brat bierze ślub w ostatni weekend października. Obiecałem, że przyjadę na niego z żoną, i chcę wziąć właśnie ciebie.
Przez chwilę przyglądam mu się bez słowa, oczekując, że zaraz parsknie śmiechem i zapewni, że mnie wkręcił. Calloway jednak nic takiego nie robi; jest spokojny, pewny siebie i poważny jak zwykle. Przecież facet bez poczucia humoru nie wkręcałby mnie w tak głupi sposób, prawda?
– Właśnie mnie? – powtarzam z niedowierzaniem. – Dlaczego akurat mnie?
– Bo jesteś, no wiesz, moją żoną? – odpowiada z przekąsem.
Przewracam oczami.
– I totalnie cię nie znam oraz nie widziałam cię od dwóch lat – dopowiadam uprzejmie. – Na pewno masz jakąś lepszą kandydatkę. Kogoś, z kim się spotykasz.
– Spotykam? – powtarza zdziwiony.
Jezu, rozmowa z nim jest naprawdę trudna.
– Tak, wiesz, to taki stan, kiedy chodzisz z kobietą na randki i zapraszasz ją w różne miejsca – wyjaśniam mu z przekąsem. – Ja nigdy nie byłam tą dziewczyną. Więc naprawdę będzie lepiej, jeśli zabierzesz na ślub brata kogoś, kogo znasz i lubisz, a nie akurat mnie.
Calloway wzdycha i mocniej opiera się o tył krzesła. Widzę na jego twarzy rezygnację, kiedy odpowiada:
– Dobra, to trochę kontekstu. Moi rodzice od dawna oczekują, że się ustatkuję, zwłaszcza że mam już trzydzieści siedem lat. Kiedy mój o dekadę młodszy brat zaręczył się dwa lata temu, naciski z ich strony tylko wzrosły, więc na odczepnego powiedziałem, że mam żonę. Koniecznie chcieli cię poznać, ale wiedzą, jaki jestem skryty i jak niechętnie dzielę się moim życiem prywatnym z innymi, więc po paru próbach odpuścili. Ponieważ jednak zwodzę ich tak długo, powoli dochodzą do wniosku, że chyba wymyśliłem sobie tę żonę. Dlatego potrzebuję ciebie. Podałem im twoje imię i kilka szczegółów na twój temat. Wysłałem im nawet nasze zdjęcie. Mogą się spodziewać tylko ciebie, a kategorycznie kazali mi nie pokazywać się na ślubie brata bez żony. Więc… dlatego jestem tutaj. Jedź ze mną na ślub Maxa, a dam ci rozwód, Cove.
Tym razem to ja milczę przez chwilę, przetwarzając jego słowa. Wygląda na to, że historia ze ślubem była mu bardzo na rękę. Czy to dlatego nigdy nie wystąpił o rozwód? Odpowiadało mu, że miał alibi przed swoją rodziną?
I co zamierza zrobić później?
– I co wtedy powiesz swoim rodzicom? – drążę.
– Że się pokłóciliśmy i nie mogliśmy dojść do porozumienia. – Calloway odsuwa nogę, kiedy Furdinand próbuje powąchać jego kolano. – Coś wymyślę. Powiem, że ty chcesz mieć dzieci, a ja nie, i dlatego się rozstaliśmy. Albo coś. Proszę, Cove. Rodzice zaprosili nas do siebie na tydzień, żeby cię lepiej poznać. Potraktuj to jak wakacje i jedź ze mną, a po powrocie dam ci rozwód, obiecuję.
To wszystko wydaje mi się strasznie dziwne i podejrzane. Facet pojawia się po dwóch latach nieobecności i prosi o coś takiego? Przecież nawet nie wie, czy nie jestem seryjną zabójczynią, która zamorduje go we śnie!
– Nie będę mogła wziąć wolnego w pracy na tydzień – protestuję, choć wydaje mi się, że nie powinnam się chwytać takich argumentów, żeby odmówić. – Nie puszczą mnie.
– Nie masz żadnych dni wolnych? – dziwi się, a kiedy się krzywię, dodaje: – Muszą ci ich udzielić, Cove. Na pewno zrozumieją, kiedy dobrze to uargumentujesz.
Wcale nie mam na to ochoty. Ani trochę. W pewnym momencie jednak budzi się we mnie ta druga, prawdziwa Cove – ta, która w towarzystwie męża nie zachowuje się zachowawczo i nie jest wycofana. Ta Cove podpowiada mi, że to może być dobra zabawa. Że to całkiem ciekawe, bo mogłabym się sprawdzić w umiejętnościach aktorskich i zwyczajnie mieć z tego frajdę.
Ostatecznie wymyślałam już gorsze rzeczy, nie?
– Powiedzmy, że mogłabym to rozważyć – mówię w końcu ostrożnie. – Gdzie odbędzie się ten ślub? Tutaj, w San Francisco?
Calloway kręci głową, a po jego minie już widzę, że mam przerąbane.
– W moim rodzinnym mieście – wyjaśnia. – W Anchorage. Na Alasce.
Och.
Po prostu świetnie.
Jestem ciepłolubną dziewczyną.
Serio. Całe życie spędziłam w Kalifornii i nawet nie posiadam kurtki zimowej. Podobnie jak zimowych butów. Śnieg na żywo widziałam tylko raz czy dwa razy w życiu, w górach, dawno temu.
Kiedy więc Calloway mówi, że jego rodzinne miasto to Anchorage, w pierwszej chwili reaguję śmiechem i wyparciem. Nie chce mi się w to wierzyć, ale on z jakiegoś powodu wydaje się urażony moją reakcją.
– Dlaczego cię to to tak bawi? – pyta.
Z niedowierzaniem kręcę głową.
– Nie wyglądasz na faceta, który pochodzi z Alaski – stwierdzam z rozbawieniem.
Jeśli to możliwe, jeszcze bardziej się po tych słowach nabzdycza.
– Tak? A niby jak, twoim zdaniem, wyglądam?
Zamyślam się, przez chwilę mu się przyglądając. Nadal liczę, że tylko sobie żartuje i za chwilę powie mi, że to wesele odbywa się jednak w Los Angeles, jednak on cały czas wyczekująco milczy.
Ale w końcu jest październik, tak? Na pewno wystarczy, jeśli wezmę trampki i jakiś grubszy sweter. O tej porze roku w Anchorage pogoda nie może być aż tak zła.
– Wyglądasz, jakbyś się urodził w garniturze – odpowiadam w końcu zgodnie z prawdą. – Wątpię, żeby w Anchorage mieszkało wiele osób noszących szyte na miarę garnitury jak ty.
– Skąd wiesz, że są szyte na miarę? – Calloway uśmiecha się krzywo.
Przewracam oczami.
– Bo jestem krawcową? Potrafię rozpoznać dobry materiał i porządne szycie, gdy je widzę.
Przez chwilę znowu panuje między nami cisza. Calloway taksuje mnie spojrzeniem, jakby próbował dojść, czy ciuchy, które mam na sobie, też sama uszyłam. Bez przesady. Gdybym miała to robić, nie znajdowałabym czasu na nic innego.
Lubię szyć i chętnie robię to w wolnym czasie. Mam sypialnię zawaloną materiałami i niedokończonymi projektami, a mała Destiny chodzi głównie w rzeczach ode mnie. Na cokolwiek więcej brakuje mi jednak czasu.
– Gwoli wyjaśnienia – odzywa się po chwili – urodziłem się w San Francisco, ale wychowałem w Anchorage, a potem przeprowadziłem się na studia do Los Angeles i od tamtej pory właśnie tam mieszkam. Mój brat został jednak w rodzinnym domu i tam będzie brał ślub. Poza tym wciąż mieszkają tam moi rodzice, wujkowie, ciotki, kuzyni i reszta rodzeństwa.
Och.
Wygląda na to, że Calloway ma dużą rodzinę.
Właściwie mu tego zazdroszczę. Sama mam sporo znajomych, ale nikogo naprawdę bliskiego poza Astrą, z którą też nie łączą mnie więzy krwi. Moi rodzice zginęli, gdy byłam mała, a wychowywała mnie samotna babcia, która również zmarła zaraz po tym, jak osiągnęłam pełnoletniość. Zostawiła mi trochę pieniędzy, dzięki którym byłam w stanie pójść na studia i urządzić się w życiu, ale bez niej nie został mi nikt z rodziny. Nie wiem, jak to jest mieć tyle jej członków, by stało się to uciążliwe.
Świadomość, że mogłabym choć przez chwilę udawać, że jestem częścią takiej dużej rodziny, sprawia, że tym bardziej chcę się zgodzić na całą tę maskaradę. To byłoby dla mnie zupełnie nowe doświadczenie i jeśli nie zrobię tego teraz, prawdopodobnie nie będę mieć drugiej takiej okazji.
– Ja… nie wiem, czy to jest dobry pomysł. – Kiedy raz stanę się częścią takiej dużej wspólnoty, może mi być trudno wrócić do mojego życia, ale tego nie zamierzam mu mówić. – Powinieneś zabrać kogoś, z kim faktycznie się spotykasz.
Calloway posyła mi pełne niedowierzania spojrzenie.
– Ja z nikim się nie spotykam, Cove – odpowiada z niesmakiem. – Jestem żonaty. Może ty nie traktujesz tego poważnie, ale ja tak.
Zaraz… co?
On chce mi wmówić, że nie był z nikim przez ostatnie dwa lata, bo wziął ze mną ślub? Przecież to niedorzeczne.
Dobra, prawnie jesteśmy ze sobą związani węzłem małżeńskim, ale przecież tak naprawdę nic nas nie łączy. Bycie z innymi osobami nawet nie byłoby zdradą. Przynajmniej ja tak do tej pory myślałam.
Chyba lepiej, żeby nie wiedział, z iloma facetami spotykałam się przez te dwa lata.
No dobra, nie było ich aż tylu… Tylko kilku. I z nikim nie byłam na poważnie, bo nie szukam takiego związku. Ale na pewno w tym czasie nie uznałam, że nie mogę się z nikim spotykać, bo jestem żoną Callowaya.
I nie uwierzę, że on w taki sposób żył przez te dwa lata.
– Jasne – prycham. – Naprawdę nie musisz…
– Powiedziałem ci już, że pokazałem rodzinie twoje zdjęcie – przerywa mi obcesowo. – Mówiłem serio, Cove. Byłaś idealną przykrywką dla niechętnego do stałego związku faceta, a teraz chcę, żebyś pomogła mi utrzymać tę fasadę. Jedź ze mną do Anchorage, a po powrocie dam ci rozwód. Proszę.
To ostatnie słowo zdaje mu się z trudem przejść przez gardło.
Syrena alarmowa w mojej głowie ostrzega mnie przed kłopotami, ale jak zwykle radośnie ją ignoruję. Wyła tak samo, kiedy tamtej nocy w Vegas piłam z Callowayem shoty, i teraz znowu się odzywa, a ja znowu zamierzam postępować wbrew niej. Po prostu dlatego, że to brzmi jak dobra zabawa.
Nie zamierzam jednak tak od razu mówić mu, że właściwie już zdecydowałam.
– No nie wiem – bąkam. – Musiałabym zabrać Furdinanda.
– Furdinanda? – powtarza ze zdziwieniem Calloway.
Wskazuję mu leżącego u moich nóg psa, jakby zdążył już o nim zapomnieć. Furdinand znowu zaczyna merdać ogonem, gdy tylko dwie osoby zwracają na niego uwagę, i liże mnie po ręce, kiedy się pochylam, żeby go pogłaskać. Posyłam Callowayowi znaczące spojrzenie. Oznacza „Nigdzie się nie ruszam bez mojego psa”, ale on chyba nie interpretuje go właściwie, bo pyta:
– Nie możesz go u kogoś zostawić?
Nie.
– Jedyną osobą, której powierzyłabym mojego psa, jest moja przyjaciółka Astra, a ona obecnie świętuje swój miesiąc miodowy i nie zamierzam jej przeszkadzać – informuję go cierpko. – Swoją drogą, to na jej wesele usiłowałeś wczoraj wejść. Przypomnij mi, skąd wiedziałeś, że tam będę?
Calloway tak bardzo unika odpowiedzi na to pytanie, że od razu się domyślam, że w jakiś sposób byłaby dla niego niewygodna.
– W porządku, możemy zabrać ze sobą twojego psa – kapituluje. – Moja rodzina bardzo lubi zwierzęta, nie będą mieli nic przeciwko. Poleci w luku bagażowym.
– No na pewno nie – protestuję ostro. – Poleci z nami na pokładzie samolotu albo nici z całej wyprawy.
Ciekawi mnie jego reakcja, bo znam ogólne zasady przewozu zwierząt w samolotach. Większość przewoźników dopuszcza przelot w kabinie pasażerskiej jedynie psów do około siedemnastu funtów wagi. Furdinand, choć nie należy do ogromnych, waży jakieś dwa razy więcej. Zobaczymy więc, jak bardzo Callowayowi zależy na mojej obecności w Anchorage.
– Obawiam się, że to nie będzie możliwe – odpowiada takim tonem, jakby rozmawiał z dzieckiem.
Wzruszam ramionami.
– Widzę, że muszę się powtórzyć: Furdinand poleci z nami na pokładzie albo żadne z nas nie wsiądzie do samolotu. Nie będę narażać mojego psa na stres lotu w luku bagażowym, beze mnie obok niego. Albo, jeśli chcesz, możemy pojechać autem.
Na samą myśl o tak długiej podróży samochodem robi mi się niedobrze, ale jestem gotowa na wszystko, gdy chodzi o dobro mojego psa. Furdinand lubi podróże samochodem i pewnie nie miałby nic przeciwko.
Za to sądząc po minie Callowaya, on by miał.
– Ponad trzy tysiące mil w samochodzie? Po moim trupie – prycha. – Bądź rozsądna, Cove, proszę. Luk bagażowy to najlepsze rozwiązanie.
– Albo zgodzisz się na moje warunki, albo to ciebie zamknę w luku bagażowym – informuję go uprzejmie, po czym dopijam moją kawę. Wstaję od stolika, a Furdinand natychmiast się podnosi i zaczyna kręcić wokół moich nóg. – Daj mi znać, jak to przemyślisz. Cześć.
Ruszam w drogę powrotną do mojego mieszkania, a po chwili słyszę za sobą przekleństwo i przybliżające się kroki. Calloway zrównuje się ze mną i odsuwa odrobinę, kiedy Furdinand wyciąga w jego stronę nos i zaczyna go z ciekawością obwąchiwać. Wygląda na to, że mój mąż nie lubi psów.
To prawdziwa czerwona flaga.
– Dobra, okej – kapituluje, a ja uśmiecham się pod nosem. – Zrobię, co w mojej mocy, żeby twój pies leciał z nami w kabinie. Obiecuję. Czy teraz się zgodzisz? A może masz jeszcze jakieś warunki? Papuga w samolocie albo szynszyla?
Zatrzymuję się w pół kroku na chodniku, po czym zadzieram głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.
To dla mnie dosyć nowa, a przez to niekomfortowa sytuacja, bo należę raczej do smukłych dziewczyn, które na randki z facetami zakładają płaskie buty w obawie, że będą wyższe od swoich partnerów. Przy Callowayu jednak nie muszę tego robić. On i tak jest ode mnie wystarczająco dużo wyższy, żebym musiała spoglądać w górę, chcąc mu patrzeć w oczy. Sama nie wiem, co o tym myśleć.
Robię zamyśloną minę.
– Szynszyla to nie byłby taki głupi pomysł – odpowiadam z namysłem. – Myślisz, że polubiłaby się z Furdinandem?
Calloway robi przerażoną minę, jakby sądził, że naprawdę mogłabym sprawić sobie szynszylę, a ja w tym czasie ruszam w dalszą drogę z powrotem przez park do domu. Dogania mnie po kilku krokach i zrównuje się ze mną tempem.
– Musimy wylecieć dziewiętnastego – informuje mnie spokojnie. – Ślub i wesele odbędą się tydzień później, dwudziestego szóstego. Zatrzymamy się w moim domu rodzinnym i przez cały wyjazd będziemy udawać przykładne małżeństwo, a po powrocie do Kalifornii się rozwiedziemy. W porządku?
Przecież ten facet nie da mi spokoju, dopóki się nie zgodzę.
– Spoko, o ile Furdinand poleci z nami – odpowiadam nonszalancko. – Chcę też wcześniej dowiedzieć się więcej o twojej rodzinie i wymyślić jakąś historyjkę o naszych dwóch spędzonych wspólnie latach.
– Pewnie. – Calloway wymija mnie i zatrzymuje się, zagradzając mi drogę, gdy już wchodzimy do parku. Furdinand drepcze niecierpliwie wokół nas, aż jego smycz plącze się między naszymi nogami. – Ale ja też mam jeden warunek. Założysz teraz to i nie zdejmiesz, dopóki nie złożymy pozwu o rozwód.
Ku mojemu zdumieniu z kieszeni garniturowych spodni wyciąga jubilerskie pudełeczko, w którym znajdują się… dwie dopasowane do siebie obrączki.
Mimowolnie rozchylam w zdziwieniu usta, a moje serce nieco przyspiesza swój bieg. To nie są byle jakie obrączki. Wyglądają bardzo vintage, są wykonane z różowego złota i mają delikatny kwiatowy wzór. Męska jest masywniejsza, ale dalej oldschoolowa. Są po prostu…
Czaderskie.
Nie sądziłam, że ktoś taki jak Calloway Shaw mógłby dla siebie wybrać obrączkę z różowego złota. Za to do mnie pasuje zaskakująco mocno. On jednak bez skrępowania chwyta męską obrączkę, zakłada sobie na odpowiedni palec, po czym wyciąga także damską i patrzy na mnie pytająco. Dopiero po chwili orientuję się, że drugą dłoń trzyma zwróconą w moją stronę, jakby oczekiwał, że podam mu własną.
On chce mnie wziąć za rękę.
Żeby włożyć mi obrączkę, to oczywiste, ale z jakiegoś powodu i tak uważam ten gest za dziwnie intymny. Może nie powinno mnie to dziwić, w końcu oficjalnie od dwóch lat jestem żoną tego faceta, ale tylko na papierze. Tak naprawdę przecież wcale go nie znam, poza tym, co oczywiste: że jest sztywnym jak kij od szczotki garniakiem, który prawdopodobnie nie wie, jak się bawić.
Serio, totalnie nie mój typ faceta.
– Cove? – ponagla mnie łagodnie, kiedy nadal gapię się na niego bezmyślnie. – Twoja dłoń, proszę.
– Nie przypominam sobie, żebyś prosił mnie o rękę – żartuję.
Uśmiecha się krzywo, lewym kącikiem ust bardziej.
– Cóż, widocznie byłaś bardziej pijana, niż sądziłem – mruczy, po czym sam sięga w końcu po moją dłoń. – Miejmy to już za sobą.
Och… no tak. On zapewne też nie chce spędzić w moim towarzystwie więcej czasu niż to konieczne. Być może powinien już wracać do Los Angeles, a ja mu to utrudniam.
Gapię się na niego przez cały czas, gdy wsuwa mi na palec obrączkę. Oczywiście pasuje idealnie, bo jak mogłoby być inaczej. Dopiero po chwili przypominam sobie, że zostawiłam mu przecież tę tandetną obrączkę w Vegas, która była dopasowana do mojego rozmiaru. Pewnie na jej podstawie kupił to cudo, które obecnie mam na palcu.
Obrączka jest naprawdę piękna, jakby przeniesiona w czasie o sto lat wprzód. Nie mogę przestać się na nią gapić, dlatego umyka mi kolejna wypowiedź Callowaya.
– …co?
– Mówiłem, że powinnaś popracować nad pokerową twarzą – powtarza cierpko. – Jeśli moja rodzina zobaczy cię w takim stanie, w życiu nie uwierzy, że jesteśmy szczęśliwym małżeństwem.
Ale… przecież to była moja dobra mina.
Prawda?
– Ja…
Sama nie wiem, co odpowiedzieć, ale na szczęście Calloway nie daje mi dojść do słowa.
– Prześlę ci mailowo szczegóły wylotu i plan podróży – zapewnia. – Przygotuję też trochę informacji o mnie i o mojej rodzinie. Ty powinnaś zrobić to samo. Zapoznamy się z tym, zanim dolecimy na miejsce.
W roztargnieniu kiwam głową, skupiając się raczej na tym, dlaczego z jakiegoś powodu ta obrączka parzy mnie w palec. Dopiero po chwili, z pewnym opóźnieniem, dociera do mnie, na co się właściwie zgodziłam.
Lecę na Alaskę. Na ślub faceta, którego w ogóle nie znam, a który jest bratem mojego męża, którego też w ogóle nie znam.
Robiłam już w życiu różne głupie rzeczy, ale ta znajduje się na samym szczycie listy.
– Rozchmurz się, Cove. – Calloway mruga do mnie w końcu, wyraźnie rozbawiony moim stanem. – Wszystko będzie dobrze. Poradzimy sobie.
Potem próbuje zrobić krok wstecz, ale wtedy zahacza nogami o smycz Furdinanda, który jeszcze nerwowo nią szarpie, niemalże przewracając Callowaya. Piszczę, gdy mój pies uderza mnie w łydki i lecę prosto na mężczyznę przede mną, w ostatniej chwili amortyzując upadek dłońmi, które kładę mu na klatce piersiowej. Nie udaje mi się jednak powstrzymać gruchnięcia go głową prosto w szczękę.
Calloway łapie mnie odruchowo i przyciąga do siebie bliżej, próbując ustabilizować nas oboje. Już po chwili znajdujemy się w swoich objęciach, a on jedną dłonią rozciera sobie bolącą widocznie szczękę. Robię pełną skruchy minę.
– Przepraszam…
– To nie twoja wina, tylko tego bandyty – mruczy Calloway. Jego dłoń na moich plecach zdaje się przepalać mi ubrania na wylot, tak gorąca mi się wydaje. – Wszystko w porządku?
Pospiesznie potakuję, po czym w końcu się odsuwam i wyplątuję ze smyczy Furdinanda, przez cały ten czas jednak ta sytuacja nie może mi wyjść z głowy.
Dlaczego moje ciało tak mocno reaguje na dotyk tego mężczyzny?
Następne dni upływają mi jak we śnie. Niby zachowuję się tak jak zawsze, a jednak spotkanie z Callowayem ciągle nie może mi wyjść z głowy. Udaje mi się załatwić wolne w pracy – to chyba jakieś święto narodowe – i nie oszaleć z powodu tego, co czeka mnie już niedługo, a to już coś.
Nadal nie mówię o niczym Astrze, żeby nie psuć jej miesiąca miodowego. Oznacza to jednak, że nie mam się komu wygadać i kogo poprosić o radę, bo nawet gdy pod koniec tygodnia wychodzę ze znajomymi do baru, nie odważam się nikomu o niczym powiedzieć.
Spotykam się z Jackie i Alyssą, moimi znajomymi z kursu florystycznego, oraz ich chłopakami – Mikiem i Andrew, a także dwoma znajomymi tych ostatnich. Kurs florystyczny zaczęłam i rzuciłam już ponad rok temu, ale znajomości z dziewczynami stamtąd mi zostały i tyle w zasadzie mi wystarczy.
– Co to za pierścionek, Cove? – piszczy w pewnym momencie Alyssa, wskazując na moją obrączkę z różowego złota. Siedzimy akurat przy stoliku i pijemy drinki, ale kiedy tylko ona zaczyna ten temat, wszystkie rozmowy natychmiast cichną. – Jezu. Nie mów, że…
– Tak. Wyszłam za mąż – oznajmiam z kamienną twarzą.
Dziewczyny parskają śmiechem, a towarzyszący nam faceci patrzą po sobie z konsternacją. Chyba nikt mi nie wierzy.
– Jasne – prycha Jackie, ciemnoskóra smukła dziewczyna z afro na głowie. – Ty i małżeństwo. Nie oszukasz nas.
– Nie wiem, o co wam chodzi – oponuję spokojnie. – To nawet nie jest moje pierwsze małżeństwo.
– Co takiego?! – krzyczą dziewczyny zgodnie.
Obojętnie wzruszam ramionami.
– Pierwszy raz wyszłam za mąż jeszcze w trakcie studiów – wyjaśniam im. – Z perspektywy czasu nie wiem, co mi się podobało w tym facecie, bo był kontrolujący i chciał, żebym zostawiła naukę, pozwoliła, by mnie utrzymywał, i rodziła mu dzieci… A, tak, pamiętam, był naprawdę dobry w łóżku. Jett, jedyny facet, przy którym potrafiłam dostać kilku orgazmów z rzędu. Byliśmy małżeństwem jakieś dwa tygodnie.
– Teraz już na pewno wiemy, że zmyślasz – stwierdza z rozbawieniem Jackie. – Twój facet miał niby na imię Jett? To niemożliwe.
– Raczej niemożliwe jest to, że miała kilka orgazmów z rzędu – mamrocze jej chłopak Mike.
Śmieję się, ale nie odpowiadam, bo nie zamierzam potwierdzać ani dementować ich domysłów. Prawda jest taka, że rzeczywiście w wieku dwudziestu lat wyszłam za mąż za Jetta, który tak naprawdę miał na imię inaczej, ale nikt nawet nie pamiętał jak. Byłam zaślepiona seksem i szukałam bliskości, której ten facet nie mógł mi dać. Cały ten związek rozpadł się równie szybko, jak się zaczął, i nie wiedział o nim nikt poza Astrą.
A ona, trzeba jej to przyznać, próbowała mnie wtedy odwieść od tego pomysłu. Sama oczywiście wiedziałam lepiej.
Moja słodka, kochana, rozsądna Astra. Ona zawsze próbowała mnie trzymać w ryzach.
– No dobra, a ten obecny rzekomy mąż? – dopytuje Alyssa, wskazując brodą na moją obrączkę.
Obojętnie wzruszam ramionami.
– Jakiś typek, którego poznałam w Vegas.
– W Vegas? – powtarza z niedowierzaniem Andrew. – A niby kiedy byłaś w Vegas, Cove?
– Dwa lata temu – odpowiadam, po czym zaczynam chichotać na widok ich min.
Mówię im o tym bez żadnych oporów, bo wiem, że i tak mi nie uwierzą. Jestem znana z tego, że często robię różne głupie rzeczy, więc nawet teraz dziewczyny nie są pewne, czy moja historia o pierwszym mężu była prawdziwa, nie mówiąc już o drugim. Chcę się po prostu komuś wygadać, więc przychodzi mi to łatwo, kiedy mogę to obrócić w żart.
– Okej, niech ci będzie – stwierdza Alyssa sceptycznie. – I jaki on jest?
– To finansista z Los Angeles piastujący wysokie stanowisko w jednej z tamtejszych firm – odpowiadam bez mrugnięcia okiem, chociaż tak naprawdę wcale nie jestem tego pewna. Bardzo mało wiem o Callowayu. – Nosi szyte na miarę garnitury i ma rodzinę w Anchorage. Właściwie to jadę do nich w przyszłym tygodniu na ślub jego brata.
Dziewczyny zgodnie wybuchają śmiechem. Przyglądam im się z rosnącym rozbawieniem.
– Finansista, jasne – wykrztusza z siebie Jackie. – Wyszłaś za księgowego? Uważaj, bo uwierzę.
– Mogłaś przynajmniej wymyślić sobie jakiegoś muzyka – dodaje Alyssa. – To byłoby znacznie bardziej w twoim stylu. Przecież nikt nie uwierzy, że wybrałabyś takiego nudziarza. Bo jest nudziarzem, nie?
Wzruszam ramionami. A skąd ja to właściwie mogę wiedzieć?
Sądząc po tym, jak kiepsko bawił się wtedy w tamtym barze w Vegas, nie jest entuzjastą takiej rozrywki. Nie ma w tym jednak nic złego i nie oznacza od razu, że jest nudziarzem. Może w wolnych chwilach jeździ po świecie i skacze ze spadochronem?
Kiedy jednak przypominam sobie zachowania Callowaya w moim towarzystwie, zaczynam wątpić w taką możliwość. On raczej wygląda na faceta, który większość życia spędza w pracy, a potem wraca do pustego penthouse’u.
– Na pewno jest nudziarzem – prycha Jackie. – Nikt, kto pracuje w finansach, nie może być ciekawym mężczyzną. Cove znowu wymyśla i liczy, że nabierzemy się na jej historyjki.
Uśmiecham się do nich, ale nie odpowiadam, bo jest mi wygodnie z tym, że mi nie wierzą. Dziewczyny śmieją się ze mnie jeszcze przez chwilę, chłopaki też do nich dołączają, ale w końcu się wyłączam, bo w wejściu do baru dostrzegam znajomy garnitur.
Przez chwilę wydaje mi się jeszcze, że się mylę, ale wystarcza mi minuta, żebym się zorientowała, że to naprawdę on. Ponuro wyglądający, ubrany w kolejny szyty na miarę garnitur Calloway wchodzi do zatłoczonego baru, rozgląda się dookoła, po czym kieruje w stronę baru.
Zastygam, hipnotycznie w niego wpatrzona. Czy to przypadek, że znalazł się właśnie tutaj? Wcześniej wiedział także, że byłam na weselu Astry, i nie wyjaśnił mi skąd, a teraz to. Czy ten facet mnie… śledzi?
Nie. Niemożliwe. To byłoby całkowicie niedorzeczne, prawda?
W końcu, jakby ściągnięty moim spojrzeniem, Calloway patrzy prosto na mnie, a jego orzechowe oczy rozbłyskują, łapiąc w pułapkę moje. Mężczyzna zmienia kierunek i rusza w naszą stronę, przepychając się między ludźmi, a ja zaczynam panikować.
Przecież tylko żartowałam. Nie zakładałam, że moi znajomi kiedykolwiek poznają mężczyznę, który naprawdę jest moim mężem!
– Chyba powinnam… – mamroczę, ale zanim uda mi się podnieść z krzesła, przy naszym stoliku pojawia się już Calloway, który mówi:
– Dobry wieczór. Cove, czy mogę z tobą porozmawiać?
Wszyscy moi znajomi patrzą pytająco najpierw na niego, a potem na mnie. Przez moją twarz przebiega grymas irytacji.
– Nie masz telefonu, żeby zadzwonić, Calloway?
Mój mąż podnosi jedną brew, wsuwając dłonie do kieszeni garniturowych spodni.
– Wolałem to załatwić osobiście.
– Teraz, tutaj? – dopytuję z niedowierzaniem. – Skąd w ogóle wiedziałeś, że tu jestem?
Otwiera usta, żeby odpowiedzieć, ale zanim zdąży to zrobić, wtrącają się moi znajomi.
– Przedstawisz nas, Cove?
– Calloway Shaw – odzywa się mężczyzna, zanim mnie się uda. – Jestem mężem Cove.
Och… no dobra. Nie sądziłam, że tak wprost się do tego przyzna.
Dziewczyny patrzą na mnie zbaraniałe, a reszta moich znajomych parska śmiechem. Calloway marszczy brwi, jakby nie rozumiał powodów rozbawienia przy stoliku, a ja mam ochotę się pod nim ukryć, aż wszyscy sobie stąd pójdą. Czuję, że pieką mnie uszy.
– Ej, poważnie? – pyta w końcu Jackie. – Nie robiłaś sobie z nas jaj?
– Nie, nie robiłam – odpowiadam przez zęby. – A teraz przepraszam was, wyjdę na chwilę porozmawiać z Calem.
Calloway się krzywi – zapewne znowu nie podoba mu się to zdrobnienie – ale nic sobie z tego nie robię, tylko wstaję od stolika, wymijam wszystkich znajomych, żeby dotrzeć do mojego męża, po czym chwytam go za rękę i wyprowadzam z baru.
Na zewnątrz jest równie ciepło, ale nieco bardziej rześko – dociera do nas bryza znad zatoki i nie panuje tu aż taka duchota. Oddalam się nieco od wejścia do baru, żeby dobiegające stamtąd głosy i muzyka nieco ucichły, po czym opieram się o ścianę budynku, zakładam ramiona na piersi i patrzę na Callowaya pytająco.
– Śledzisz mnie czy co?
On staje tuż przede mną, oddzielając mnie od ulicy i idących chodnikiem ludzi.
– Już mówiłem, że zawsze wiem, gdzie jesteś – przypomina mi lekko. – Czy któryś z tych gości, z którymi tu dzisiaj jesteś, jest jednym z tych, z którymi się spotykasz?
Nie umyka mi jego kąśliwy ton. Nie podoba mi się, ale postanawiam go przemilczeć.
– Nie – odpowiadam cierpko. – To partnerzy moich przyjaciółek i ich znajomi.
– A ten, który wstawił się za tobą na weselu w sobotę? – dopytuje z wyraźną irytacją. – Byłaś tam z nim?
– Zawsze wiesz, gdzie jestem, ale tego już nie? – dziwię się. – To był pan młody, Cal. Mąż mojej przyjaciółki Astry. Co ci odbiło?
Widzę, jak jego szczęka się zaciska, a mięsień w policzku drży. Trochę mnie to bawi, a trochę denerwuje, i nie wiem, które uczucie we mnie przeważa. Z jakiegoś powodu wkurzamy się wzajemnie za każdym razem, gdy się widzimy. To chyba kwestia aż tak dużego niedopasowania.
Nawet wizualnie do siebie nie pasujemy. On znowu jest ubrany na czarno-biało, jakby to były jedyne kolory, jakie zna, a ja mam na sobie krótką, obcisłą, pomarańczowo-fioletową neonową sukienkę. Uważam, że jest świetna, ale po sposobie, w jaki Calloway lustruje mnie spojrzeniem, zaczynam w to wątpić.
Chociaż w zasadzie wcale nie powinnam. Zawsze czułam się dosyć pewnie, jeśli chodzi o mój wygląd i styl. Dlaczego więc przy stonowanym, opanowanym Callowayu nagle zaczynam w siebie wątpić?
Mój mąż wzdycha i przeczesuje włosy palcami, wyraźnie próbując się uspokoić. Zafascynowana podążam spojrzeniem za jego dłonią, stwierdzając, że ten facet wygląda dużo bardziej interesująco, kiedy ma chociaż nieco zmierzwione włosy. Trochę mniej jak sztywniak, którym najwyraźniej na co dzień jest.
– Chciałem się z tobą zobaczyć, żeby ci powiedzieć, że to załatwiłem – mówi.
Marszczę brwi.
– Niby co?
– Przewóz twojego psa samolotem – wyjaśnia niecierpliwie. – To był twój warunek, tak? Chciałaś lecieć do Anchorage z Furdinandem. W porządku. Załatwiłem to. Polecimy razem w kabinie pasażerskiej.
Wcale nie brzmi tak, jakby się chwalił – chociaż uważam to za sukces – a raczej tak, jakby po prostu stwierdzał fakt. Przekazywał informacje. Dziwne, że nie czuje się bardziej dumny, że udało mu się to osiągnąć.
– To… super – bąkam. – Twoja rodzina nie będzie miała nic przeciwko psu, tak?
Chyba mi już o tym mówił, ale czuję, że mimo wszystko powinnam o to zapytać.
– Sami mają swojego psa. Kolejny nie będzie im przeszkadzał – zapewnia Calloway. – Wyślę ci maila z najważniejszymi informacjami na ich temat. Chciałbym, żebyś go przeczytała i nauczyła się przynajmniej części, zanim wylecimy.
Kiwam głową, bo to zrozumiałe, męczy mnie jednak co innego.
– A… co z resztą?
– Z jaką resztą? – Posyła mi pełne niezrozumienia spojrzenie.
– Jak niby zamierzasz przekonać twoją rodzinę, że jesteśmy ze sobą blisko? – pytam niecierpliwie. – Przecież my do siebie w ogóle nie pasujemy.
Znowu widzę ten błysk w jego orzechowych oczach.
– A ja myślę, że nie jest tak źle, Cove.
Z jakiegoś powodu te słowa sprawiają, że serce podskakuje mi aż do przełyku.
– Gówno prawda – prycham jednak. – Nawet na pierwszy rzut oka widać, jak bardzo się od siebie różnimy, a w dodatku nie ma między nami żadnej bliskości. Przecież twoja rodzina natychmiast to ogarnie.
Calloway zbliża się o krok, zawisając tuż nade mną. Wstrzymuję oddech, gdy znowu dociera do mnie jego znajomy zapach, od którego z jakiegoś powodu kręci mi się w głowie. Zamieram, kiedy łagodnie kładzie dłoń na moim biodrze, przyciągając mnie do siebie lekko. Mam wrażenie, że skóra mrowi mnie w każdym miejscu, którego dotyka.
– Więc musimy nad tym popracować – mamrocze. – Nad bliskością. Jestem pewien, że dobrze nam pójdzie, jeśli tylko trochę poćwiczymy.
Zaraz… co? Poćwiczymy?
– Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł – odpowiadam pospiesznie.
Calloway podnosi brew.
– Naprawdę? – dziwi się. – Czyli co, jestem gorszy od facetów, z którymi się spotykasz, Cove?
Dlaczego on za każdym razem w taki sposób akcentuje to słowo?
– Po prostu nie jesteś w moim typie – odpowiadam przez zęby. – I myślę, że ja nie jestem w twoim.
Calloway posyła mi oszczędny, krzywy uśmiech.
– Nie masz pojęcia o moim typie, kochanie.
Och… no dobrze.
Na szczęście w kolejnej chwili Calloway puszcza mnie i się odsuwa, bo inaczej pewnie udusiłabym się od zbyt długo wstrzymywanego oddechu. Z powrotem wsuwa dłonie do kieszeni spodni i jest w tym ruchu tyle nonszalanckiego uroku, że moje serce znowu zaczyna szybciej bić.
On naprawdę nie jest w moim typie. Więc dlaczego, do diabła, moje ciało tak na niego reaguje?
– Zapoznaj się, proszę, z informacjami, które ci wyślę – powtarza, jeszcze bardziej się cofając. – I pamiętaj, że nosisz teraz obrączkę ode mnie.
Chyba zamierza odejść, więc z jakiegoś irracjonalnego powodu próbuję go zatrzymać.
– Dlaczego właściwie nie zadzwoniłeś, zamiast stalkować mnie po mieście, Cal?
Znowu uśmiecha się przelotnie.
– Może po prostu wolałem ci o tym wszystkim powiedzieć osobiście, skarbie.
Przewracam oczami.
– A dlaczego jesteś tutaj, a nie w Los Angeles?
– Prowadzę interesy w różnych miastach – odpowiada wymijająco. – Dobranoc, Cove. Wezwij taksówkę, kiedy będziesz chciała wracać do domu. Nie idź pieszo, proszę.
Po tych słowach odwraca się i odchodzi, a ja zostaję przed wejściem do baru sama.
Problem w tym, że zupełnie nie mam już ochoty tam wracać.
Nawet nie ze względu na nieuchronne pytania moich znajomych, bo z tym bym sobie poradziła. Słowa i zachowanie Callowaya sprawiły jednak, że w mojej głowie panuje teraz mętlik i potrzebuję czasu, żeby sobie z tym poradzić.
Właśnie dlatego zamiast do baru, wracam do domu.
– Wszystko będzie dobrze, Furdinandzie. Obiecuję. Zobaczysz, spodoba ci się latanie samolotem.
Chociaż powtarzam to mojemu psu przez ostatnie dni, nadal to ja jestem bardziej przejęta i zdenerwowana całą tą wyprawą niż on. Furdinand jest raczej podekscytowany, kiedy kończę pakować walizkę, zapinam ją i przygotowuję nas do wyjścia.
Przez ostatnie dni kontaktowałam się z Callowayem tylko mailowo. Informowaliśmy się nawzajem o różnych drobiazgach związanych z nami i naszymi bliskimi; on dodatkowo przekazał mi instrukcje dotyczące dotarcia na lotnisko. Obiecał, że podstawi po mnie samochód, ale spotkamy się dopiero na hali wylotów, bo on specjalnie przylatuje do San Francisco z Los Angeles, żeby lecieć ze mną do Anchorage, i ma mało czasu na przesiadkę. Naprawdę liczę, że się tam jakoś znajdziemy.
W końcu biorę podekscytowanego Furdinanda na smycz, chwytam za rączkę walizki i wychodzę z mieszkania. Zejście po schodach – winda znowu nie działa, co zdarza jej się regularnie co kilka tygodni – zajmuje mi zdecydowanie więcej czasu, niż powinno, bo muszę uważać nie tylko na psa, lecz także na mój ciężki bagaż, i kiedy wreszcie docieram na parter, jestem już zmęczona i spocona. Oddychając szybko, popycham drzwi wejściowe i wychodzę na ruchliwą ulicę.
O tej porze dnia i roku w San Francisco jest bardzo przyjemnie. Temperatura wynosi obecnie jakieś siedemdziesiąt stopni, przez co zaczyna mi być trochę zbyt ciepło, bo włożyłam poskładane z różnych łat dżinsu spodnie i krótką bluzkę z długim rękawem. W plecaku, który niosę na ramieniu, upchnęłam jeszcze lekką jesienną kurtkę, ale nie odważyłam się jej na razie włożyć. Razem z trampkami musi mi wystarczyć w Anchorage, bo dosłownie nie mam w swojej szafie nic cieplejszego.
Samochód czeka przed wejściem. Waham się, czy to rzeczywiście po mnie, ale kiedy tylko wychodzę, zza kierownicy wysiada facet w średnim wieku i uśmiecha się do mnie zachęcająco.
– Pani Shaw? – pyta.
Dostaję chyba tymczasowego udaru mózgu, bo przez chwilę nie rozumiem, co do mnie mówi. Potem zaczynam się śmiać jak ostatnia wariatka. Kierowca patrzy na mnie tak, jakby też miał wątpliwości, czy wszystko ze mną w porządku.
– To pani, prawda? – dodaje, zerkając na Furdinanda. – Mam zawieźć panią ze zwierzakiem na lotnisko.
– Tak, to ja. – Podchodzę, żeby podać mu rękę. – Cove Wilder. Nie noszę nazwiska mojego… męża.
