Tamtej nocy w Vegas - Karolina Żynda - ebook
NOWOŚĆ

Tamtej nocy w Vegas ebook

Karolina Żynda

4,7

979 osób interesuje się tą książką

Opis

Romans biurowy z motywami układu i hate to love!

 

To miała być rutynowa podróż służbowa – kilka spotkań i szybki powrót do Nowego Jorku. Tymczasem Winnie Miller szybko odkrywa, że Vegas ma swoje zasady, a jedną z nich jest brak zasad. Po jednej niefortunnej rozgrywce w karty, zakrapianej sporą ilością alkoholu, kobieta budzi się z obrączką na palcu… w jednym łóżku z szefem, którym szczerze gardzi.

 

Trzeba to odkręcić, prawda?

Cóż, z Kennethem Winslowem nic nie może być tak proste. Mężczyzna nie ma zamiaru się rozwodzić, bo to z pozoru przypadkowe małżeństwo to jego pomysł i sposób na zachowanie rodzinnej fortuny. Niesławny kobieciarz nakłania Winnie, by grała przed jego krewnymi przykładną żonę, dopóki nie zyska pełni kontroli nad biznesem.

 

Zmuszeni grać rolę szczęśliwych małżonków, zaczynają odkrywać, że największym wyzwaniem nie jest przekonywanie o swoim uczuciu innych, ale radzenie sobie ze sobą nawzajem. W końcu czasami to, co wygląda na pomyłkę, może okazać się wygraną życia.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. 

Opis pochodzi od Wydawcy.

 

 

                                            

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 730

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (7 ocen)
6
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Gosia8331

Nie oderwiesz się od lektury

polecam
00
julkaoksiazkach

Nie oderwiesz się od lektury

polecam! świetny romans biurowy!
00
Aga_Magdabook

Nie oderwiesz się od lektury

Jedna noc, a może całe życie 💜 Cudowna historia.
00
Choco1234

Nie oderwiesz się od lektury

Ach te historie małżeńskie 🤣🤣🤣🤣
00



Copyright © for the text by Karolina Żynda

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Alicja Chybińska

Korekta: Joanna Błakita, Martyna Janc, Emilia Ziarnik

Skład i łamanie: Paulina Romanek

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

Ilustracja na okładce: Aleksandra Monasterska

ISBN 978-83-8418-703-6 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Fragment

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Rozdział 1

Nie wszystko złoto, co się świeci

Ból.

To pierwsze, co poczułam, gdy świadomość brutalnie wyciągnęła mnie z głębokiego snu. Nie taki zwyczajny, znośny, ale ten pulsujący, rozsadzający czaszkę rodzaj cierpienia, jakby banda miniaturowych robotników budowlanych rozpoczęła remont za moimi oczami, z radosnym zapałem używając młotów pneumatycznych do kruszenia kości. Jęknęłam, przyciskając palce do skroni, jakbym w ten sposób mogła utrzymać mózg na miejscu, przerażona wizją, że właśnie zamienia się w papkę.

Cokolwiek zrobiłam poprzedniej nocy, teraz płaciłam za to z nawiązką.

Zmusiłam się do otworzenia oczu i natychmiast tego pożałowałam. Światło słoneczne, nienaturalnie jasne i porażające, zaatakowało mnie tysiącem miniaturowych igieł. Zacisnęłam powieki, policzyłam do trzech i spróbowałam ponownie, z minimalnie lepszym skutkiem.

Sufit nad głową wydał mi się dziwnie obcy.

No tak, byłam w hotelu, nie w swoim mikropokoju na Manhattanie.

Ale wciąż coś mi nie pasowało.

Zauważyłam nieskazitelnie przezroczysty, kryształowy żyrandol. Na pewno nie wisiał tu wczoraj. Wydawał się zbyt drogi i ekstrawagancki jak na zwykły pokój średniej klasy, w którym się zatrzymałam.

Gdzie, do cholery, wylądowałam?

Zignorowałam protesty własnego ciała, unosząc się na łokciach, mimo że otoczenie zachwiało się niepokojąco, zanim powróciło na swoje miejsce. Jedwabna pościel ślizgała się po mojej skórze. W gardle mi zaschło, jakbym płukała je piaskiem, a żołądek skręcał się boleśnie, grożąc wyrzuceniem całej zawartości na zewnątrz.

Zamrugałam.

Chryste, jak mnie boli głowa! Litości! Co ja wczoraj robiłam? Waliłam nią w ścianę? Cóż, po dniu spędzonym w towarzystwie mojego dupkowatego szefa to nie była zbyt nieprawdopodobna opcja.

Gdy mój wzrok się wyostrzył, kompletnie oniemiała rozejrzałam się po przestronnym pomieszczeniu. Okna od podłogi po sufit ukazywały panoramę Las Vegas. Patrząc na ten widok, doszłam do wniosku, że znajduję się zdecydowanie wyżej niż wcześniej, może na samym szczycie budynku, choć na pewno w tym samym hotelu. W pokoju pozostającym ucieleśnieniem przesady. Podłogę wyścielał puszysty dywan, a przestrzeń wypełniały meble rodem z magazynów wnętrzarskich. Na wprost dopatrzyłam się otwartych drzwi ukazujących wnętrze łazienki wyłożonej marmurowymi kaflami i okazałą wannę ze złotym kranem wyrastającym z podłogi.

– Okej, nie jest źle – wymamrotałam zdartym głosem.

Pamięć oferowała tylko urywane fragmenty. Rozmazane obrazy nie chciały się złożyć w żadną logiczną całość. Spotkania z partnerami. Kenneth, którego humor pogarszał się z każdą godziną. Nasze coraz bardziej napięte interakcje. A potem… Powrót do hotelu? Bar z niebieskim oświetleniem? Karty? Wspomnienia umykały mi jak piasek przesypujący się przez palce.

Sięgnęłam do stolika nocnego, mając nadzieję znaleźć szklankę lub butelkę wody, gdy materac lekko się zapadł, i to wcale nie z mojego powodu.

Zamarłam.

Serce zaczęło walić mi niczym młotem, gdy nagle brutalnie sobie uświadomiłam, że nie jestem sama. Oczywiście, że nie, przecież znajdowałam się w obcym pokoju, musiałam z kimś tutaj przyjść, ale moja głowa działała obecnie zbyt wolno, żeby skutecznie połączyć kropki.

Powoli się obróciłam.

Z płuc uszło mi powietrze.

Spodziewałam się każdego. Jakiegoś przypadkowego biznesmena, którego wyhaczyłam w barze. Gwiazdy popu. Ba, samego prezydenta.

Ale nigdy, nawet w najbardziej poronionych fantazjach, nie przewidziałabym, że obudzę się całkowicie skacowana u boku Kennetha, cholernego, Winslowa.

A jednak to właśnie on leżał kawałek dalej, z jednym ramieniem wsuniętym pod poduszkę, a drugim przerzuconym przez brzuch. Kasztanowe włosy miał potargane, opadały mu na czoło, łagodząc odrobinę ostre rysy twarzy. Rzęsy, nieprzyzwoicie długie jak na faceta, rzucały cienie na policzki. Prześcieradło zsunęło się do jego bioder, odsłaniając umięśniony tors, wyglądający, jakby stworzono go do reklam Calvina Kleina. Zresztą chyba kiedyś w jednej wystąpił.

Nigdy nie widziałam go w takiej odsłonie, Kenneth zawsze wyglądał jak spod igły, ale to bez wątpienia był on. Wszędzie poznałabym tę kanciastą linię żuchwy, lekko zgarbiony nos i pełne usta z ostro wyciosanym łukiem kupidyna.

Nie, to niemożliwe. Może miałam halucynacje? Albo śniłam?

Tak, to musiał być sen.

Pulsowanie w głowie z drwiną przypomniało, że to jedynie pobożne życzenia.

Złapałam jedwabne prześcieradło i przyciskając je do piersi, wyłapałam kolejny wstrząsający fakt. Materiał bez żadnych przeszkód ślizgał się po mojej skórze. Spojrzałam w dół, odchyliwszy go odrobinę. Miałam na sobie tylko bieliznę.

– Nie, nie, nie – wyszeptałam, panika dławiła mnie w gardle.

Czy my…? Nie mogliśmy… Ale jak inaczej…?

Dowody okazały się miażdżące. Leżeliśmy w jednym łóżku, prawie nadzy – naprawdę, z całego serca miałam nadzieję, że Kenneth miał na sobie chociaż bokserki – po pijackiej nocy, której skutki czułam w każdej komórce ciała. Mogłam sobie wmawiać, że dwa plus dwa to pięć, ale ta wielka, rażąca czwórka i tak majaczyła mi przed oczami, bezczelnie sugerując, że najgorszy możliwy scenariusz właśnie się spełnił.

Prawdopodobnie przespałam się z największym demonem zasiedlającym Nowy Jork. Człowiekiem gardzącym mną, i to z wzajemnością. Mężczyzną, którego pragnęłam zrzucić ze szczytu Winslow Tower więcej niż raz.

Jak to się mogło wydarzyć?

Wpatrywałam się w jego śpiącą twarz, szukając odpowiedzi. W tym bezbronnym bezruchu wyglądał inaczej. Młodziej i delikatniej. Brakowało charakterystycznego napięcia, choć to wydawało się na stałe przytwierdzone do miejsca między jego brwiami.

Ból przeszył mnie na nowo i znów przycisnęłam palce do skroni. Musiałam się ostro sponiewierać, i to nie jakimś banalnym słodkim drinkiem. Wypity alkohol musiał być mocny, wystarczająco, żeby wymazać całe godziny.

Ostatnie, co pamiętałam wyraźnie, to powrót do hotelu. Byłam wyczerpana fizycznie i emocjonalnie po dniu spędzonym na wysłuchiwaniu kąśliwych uwag Kennetha, ale nie chciałam się kłaść. Chciałam odreagować, więc odświeżyłam makijaż i włożyłam czarną obcisłą kieckę, a potem zjechałam windą na parter i poszłam do baru, gdzie…

Tutaj wszystko się urywało.

Pusta kartka.

Musiałam wyjść z tego łóżka. Potrzebowałam wody, ubrań i potrójnej dawki aspiryny. Ale przede wszystkim należało stąd zniknąć, zanim Kenneth się obudzi. Może jemu także urwał się film i cała ta noc zostanie moim wstydliwym sekretem.

Zaczęłam powoli przesuwać się w stronę krawędzi materaca, wstrzymując oddech ze strachu, że najmniejszy szelest go obudzi.

Może naprawdę nic nie pamiętał? A może… może nic się nie wydarzyło? Może znalazł mnie przypadkiem, może zgubiłam klucz, a on w nagłym i skrajnie nieprawdopodobnym akcie uprzejmości zabrał mnie do siebie i jakoś tak wyszło, że spaliśmy obok? To się przecież zdarza, prawda? No bo kto, raz czy dwa, nie zabłądził przypadkiem do łóżka własnego szefa?

Z trudem torowałam sobie drogę ucieczki. Każdy ruch powodował kolejną falę mdłości. Czułam się tak, jakbym stąpała po polu minowym w ołowianych butach i z orkiestrą w czaszce. Jedwabne prześcieradła szeleściły, gdy się poruszałam, a ja zastygałam co chwilę, pewna, że to wystarczy, żeby go obudzić.

Wstanie z łóżka okazało się osobnym rodzajem tortury. Pokój zakołysał się jak pokład statku na wzburzonym morzu, a ja musiałam oprzeć dłoń o ścianę, żeby złapać równowagę. W ustach miałam watę, a język wysechł mi na wiór.

Rzuciłam okiem na Kennetha, wciąż śpiącego i niesprawiedliwie przystojnego. Wszechświat serio nie miał litości. Ja wyglądam jak śmierć na chorągwi, a on jak z porannej sesji do katalogu luksusowej mody męskiej. Nie musiałam na siebie patrzeć, żeby wiedzieć, jak tragicznie się prezentuję. Miałam tak wielkie kołtuny we włosach, że czułam je bez dotykania. Patrząc na to, w jakim byłam stanie, bez problemu mogłam sobie wyobrazić swoje cienie pod oczami, bladą skórę i przekrwione oczy. Wiedziałam, jak wyglądam po pijackiej nocy, i nie był to przyjemny widok.

Kolejne przebłyski zalały mój biedny, rozpadający się mózg. Kenneth siedzący przy barze z tym swoim irytująco kpiącym uśmieszkiem. Jego dłoń na moich plecach, gdy szliśmy przez bar. Palący smak tequili. Jego chrapliwy śmiech wywołujący dreszcze.

Jego śmiech?! To niemożliwe. Kenneth Winslow nie śmiał się z moich żartów. Najwyżej unosił brwi albo patrzył z politowaniem. A jednak to wspomnienie wydawało się prawdziwe. Lekko wygięta do tyłu szyja, a oczy przymknięte ze śmiechu.

Pokręciłam głową i natychmiast pożałowałam, gdy ból przeszył mi czaszkę. Gdziekolwiek zabłądziłam poprzedniego wieczoru, musiałam wrócić do siebie. Natychmiast.

Rozejrzałam się za swoją sukienką, ale nigdzie jej nie dostrzegłam.

Odgarnęłam włosy z twarzy, krzywiąc się, gdy przykleiły się do szyi i czoła.

Coś zimnego musnęło mój policzek, gdy poruszyłam dłonią.

Coś obcego.

Zesztywniałam, kiedy poczułam nieznajomy ciężar na palcu. Nie nosiłam pierścionków, w ogóle nie przepadałam za biżuterią.

Powoli, z rosnącym przerażeniem, uniosłam lewą rękę.

Na moim serdecznym palcu połyskiwała złota obrączka. Dość prosta, ale elegancka. W blasku poranka wyglądała jak dowód zbrodni.

Wpatrywałam się w nią jak w jakiś niezidentyfikowany przedmiot o tajemniczym zastosowaniu. To z pewnością żart. Albo jakiś pokręcony koszmar wynikający ze stresu, za małej ilości snu i zbyt wielu romansów czytanych w metrze.

Przekręciłam obrączkę, licząc, że zniknie, że się rozpłynie jak kiepsko skonstruowany hologram. Ale nie. Trzymała się palca perfekcyjnie.

To nie mogło znaczyć tego, co myślałam.

Przecież pamiętałabym, gdybym wyszła za mąż. A już na pewno pamiętałabym, że wyszłam za mąż za własnego szefa, którego nie znosiłam tak bardzo, jak tylko można nie znosić drugiego człowieka. Takich rzeczy się nie zapomina! Nawet morze alkoholu nie usprawiedliwia tego rodzaju katastrofy.

Zimny pot oblał mi kark, a panika uderzyła z pełną mocą, sprawiając, że znów się zachwiałam.

– To się nie dzieje – szepnęłam, obracając pierścionek jeszcze raz.

Zsunął się z łatwością, a ja uniosłam go do światła. W środku umieszczono grawer. Malutkie litery, wyżłobione w złocie: K&W 15/10.

Wczorajsza data.

Kolana ugięły się pode mną i opadłam na brzeg łóżka, zapominając, że miałam nie budzić Kennetha. Pokój znów zawirował, ale tym razem nie przez kaca, tylko przez to, co właśnie odkryłam.

– Oddychaj – wyszeptałam do siebie i głęboko wciągnęłam powietrze. – Musi istnieć jakieś wyjaśnienie. Cokolwiek, byle nie to, że związałaś się prawnie z ludzkim uosobieniem korporacyjnego diabła.

Wspomnienia zaczęły jednak wracać. Rozmazane, ale coraz bardziej niepokojące. Twarz Kennetha, czerwona z emocji. Jego słowa: „Czasem los sprzyja najlepszym, Winnifred”. Mój własny głos: „Dobra, zakład to zakład!”. Kaplica pełna neonów. Jego dłonie na mojej talii.

Przełknęłam ślinę, a raczej jakieś jej żałosne resztki wyprodukowane w moich suchych ustach.

Było źle. Naprawdę źle. Tragicznie.

Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach, a serce waliło jak oszalałe. Przeniosłam wzrok na jego lewą rękę, niedbale spoczywającą na poduszce.

Od razu zauważyłam błysk złota. Tkwiła tam, na jego palcu. Złota bliźniacza obrączka.

Zabrakło mi powietrza. Cała nadzieja, że to tylko pomyłka, jakiś szalony wymysł mojego umysłu, prysła jak bańka mydlana.

– To się nie dzieje…

Bo nie mogło. Nie mnie. Nie z nim.

Rozejrzałam się gorączkowo po pokoju, szukając czegokolwiek, co mogłoby zaprzeczyć tej chorej wersji wydarzeń. Zamiast tego zatrzymałam wzrok na czymś jeszcze gorszym. Oficjalnie wyglądającym dokumencie leżącym na stoliku obok Kennetha, częściowo przykrytym telefonem. Białej kartce ze złotą ozdobną ramką.

Wstałam i obeszłam łóżko, wciąż naiwnie licząc, że wszystko, co się właśnie dzieje, okaże się kiepskim żartem. Misternie skonstruowaną iluzją, będącą zemstą za mój brak profesjonalizmu, co on tak lubił mi wytykać. Oczami wyobraźni widziałam, jak podnosi się i krzyczy, że mnie wkręcił, jak żartowniś stojący za ukrytą kamerą.

Oczywiście nic takiego się nie stało.

Żadne bóstwo nie wysłuchało moich modlitw.

Na drżących nogach dotarłam do stolika i sięgnęłam po krzykliwie wyglądającą kartkę, jakimś cudem utrzymałam ją między trzęsącymi się palcami. Wielkie ozdobne litery głosiły: Certyfikat małżeństwa, a poniżej znajdowała się pieczęć hrabstwa Clark w Nevadzie. Nie to jednak najbardziej przykuło moją uwagę. Zrobiły to dwa podpisy, czarno na białym: Kenneth Alexander Winslow i Winnifred Elizabeth Miller.

Mój został złożony nieczytelnie i lekko krzywo, ale nie dało się go pomylić z niczym innym. Nawet dostrzegłam podpis świadka. Kogoś o personaliach Starlight Jones z kaplicy Everlasting Love Wedding Chapel.

Przestałam oddychać. Przez krótką chwilę zdawało mi się, że wszystkie moje organy wysiadły i odmówiły współpracy.

Trzymałam w rękach legalny dokument. Oficjalny.

Żołądek zawiązał mi się w supeł. Niewiele brakowało, bym zwymiotowała prosto na jedwabną pościel. Zakryłam dłonią usta, niewyraźnie wyduszając przekleństwo. Oczy miałam okrągłe jak monety, gdy zerkałam w dół.

Właśnie ten moment Kenneth wybrał, by unieść powieki. Wstrzymałam oddech, jakbym próbowała zatrzymać czas samą siłą woli.

Niestety nie posiadałam takiej umiejętności.

Mój szef spojrzał prosto na mnie. Jego tęczówki miały kolor bursztynu, głęboki i ciepły jak whiskey z lodem, z drobnymi złotymi refleksami łapiącymi poranne światło. Wydały mi się zachwycające i… zaskakująco przytomne. Trzeźwe. Nie wyglądał, jakby właśnie wstał z martwych po nocy spędzonej w piekle, w przeciwieństwie do mnie. Zero przekrwionych białek, zero zamglonego spojrzenia. I co gorsza, ani śladu zaskoczenia na mój widok.

Prześlizgnął się wzrokiem z mojej twarzy na dokument, który wciąż trzymałam w dłoniach. Przez kilka sekund nie powiedział ani słowa. Ja też nie.

Czekałam, aż wytknie mi, że to moja wina. Że go uwiodłam. Że go wrobiłam. Przecież to on był dziedzicem fortuny z Manhattanu. Przypadkowe małżeństwo mogło okazać się dla niego katastrofalne. Plotki, krzykliwe nagłówki w prasie, zrabowanie majątku. Wątpiłam, by w pijackim szale jedno z nas pomyślało o intercyzie.

Chociaż z drugiej strony on wcale nie wyglądał, jakby wczoraj zaszalał…

To jednak nie miało znaczenia. Fakty prezentowały się tak, że w tej całej sytuacji najwięcej tracił on, pomijając już skomplikowaną naturę naszych stosunków.

Ale złość nie nadeszła.

Zamiast tego… uniósł kącik ust. Jakby go to bawiło.

Przeciągnął się leniwie jak cholerny kot po drzemce. Ten ruch sprawił, że prześcieradło zsunęło się jeszcze niżej, odsłaniając kusząco wycięte w kształcie litery V mięśnie, na co natychmiast odwróciłam wzrok, czując, że twarz mi płonie mimo całego tego chaosu.

– Dzień dobry, żono – powiedział, miał lekko zachrypnięty głos, ale całkowicie spokojny.

Otworzyłam usta, nie wydobył się z nich jednak żaden dźwięk.

Po raz pierwszy, odkąd zaczęłam pracę dla Kennetha Winslowa, kompletnie, absolutnie i totalnie oniemiałam.

Rozdział 2

Witamy w Vegas

Kilkanaście godzin wcześniej…

Nie znosiłam Kennetha Winslowa. Ta myśl uderzyła mnie z całą mocą, gdy siedziałam obok niego w eleganckiej sali konferencyjnej w Las Vegas, z długopisem zawieszonym nad notesem, gotowa zapisać każdą, nawet najbardziej nieistotną rzecz, którą on z pewnością uznałby za ważną.

Nie znosiłam jego perfekcyjnie skrojonego garnituru, kosztującego pewnie więcej niż mój miesięczny czynsz. Nie znosiłam tego, jak nawet bez słów dominował całe pomieszczenie. Ale najbardziej? Najbardziej nie znosiłam faktu, że mimo swojej reputacji playboya i kiepskiego traktowania dziadka był cholernie dobry w tym, co robił, i doskonale o tym wiedział.

Kiedy zajmował stanowisko po starszym Winslowie, wszyscy, ze mną na czele, zakładali, że polegnie. Natomiast stało się coś zupełnie odwrotnego. Pod jego skrzydłami firma rozwijała się jak nigdy wcześniej. Mimo to Kenneth z jakiegoś powodu wciąż nie zyskał pełni władzy. Wciąż pozostawał jedynie zastępstwem. Jego dziadek nie przeszedł całkowicie na emeryturę i ciągle w jakiś sposób go kontrolował. Nie żeby można było się temu dziwić, przecież wnuk mężczyzny tyle razy zawodził w przeszłości i przynosił rodzinie wstyd. Kenneth rządził firmą, ale wciąż znajdował się na smyczy. Niestety to nie zmieniało mojej sytuacji i tego, że gość wraz z nowym stanowiskiem odziedziczył także mnie.

Boże, jak bardzo tęskniłam za czasami, gdy pracowałam dla Antona, a nie Kennetha Winslowa. Anton miał nienaganne maniery i wielkie serce. Każde jego polecenie brzmiało jak prośba, a każdy sukces zespołu świętował jak osobistą wygraną. Kenneth? Cóż, on był inny. Chłodny, zdystansowany, zawsze z tym samym grymasem niezadowolenia, jakby świat był mu coś winien.

Wszędzie, gdzie się nie pojawił, czuł się jak u siebie. Nie inaczej stało się tutaj, w filii Winslow Financial Group w Vegas.

Sala konferencyjna, w której siedzieliśmy, aż ociekała bogactwem. Stół wykonany z polerowanego mahoniu, szklana ściana okien z widokiem na Las Vegas Strip i fotele tak wygodne, że aż prosiły, by podpisać każdy podłożony pod nos kontrakt.

Winslow Financial Group to nie zwykła firma doradztwa finansowego. To Rolls Royce wśród doradców inwestycyjnych, obsługiwali wyłącznie klientów z kontami pełnymi zer, których liczba przekraczała moje pojmowanie. Zarządzali portfelami wartymi miliardy, przeprowadzali fuzje zmieniające kształt całych branż i oferowali strategie podatkowe tak sprytne, że niemal zakrawały na magię. Pan Winslow zbudował to wszystko od zera, opierając na staroświeckich wartościach, co jakimś cudem sprawiało, że rekiny z Wall Street darzyły go szacunkiem.

Kenneth miał odziedziczyć po dziadku całe imperium, ale tylko pod warunkiem że udowodni, iż nie jest jedynie bohaterem skandalicznych nagłówków w kolorowych magazynach. Jego przeszłość przypominała mozaikę chaotycznych wyborów, pełną trudnych do zmycia plam. Jego życie w Los Angeles było jednym wielkim pasmem imprez, romansów i lekkomyślności, zdającym się nie mieć końca.

Pozostawał stałym bywalcem najgorętszych klubów na Sunset Strip, gdzie szampan lał się strumieniami, a flesze paparazzi błyskały na każdym kroku. Jego związki z modelkami i wschodzącymi aktorkami były równie ulotne, jak efektowne. Każdy miesiąc przynosił mu nową towarzyszkę, każdą następną bardziej olśniewającą od poprzedniej. Plotkarskie portale rozpisywały się o jego burzliwych romansach, od krótkiej, ale głośnej przygody z gwiazdą reality show po związek z aktorką, która później zdobyła nominację do Oscara. Kenneth nie stronił od skandali. Raz złapano go, gdy prowadził sportowy samochód po pijaku, co niemal kosztowało go prawo jazdy, a innym razem wideo z jego szalonej imprezy na jachcie obiegło internet, wywołując falę krytyki.

Jego życie w LA wypełniał chaos i nikt nie sądził, że wróci do Nowego Jorku, zwłaszcza po tym, jak wystąpił w dwóch dość głośnych filmach. Każdy myślał, że woli życie celebryty. A jednak siedział tu dziś ze mną w szytym na miarę garniturze i z powagą na twarzy, niewspółgrającą ze wszystkim, kim kiedyś był.

– Jak widać w naszych prognozach – mówił Marco DeLuca, przedstawiciel oddziału w mieście grzechu, gestykulując w stronę ekranu – rozszerzenie działu inwestycji wysokiego ryzyka specjalnie dla klientów z Vegas może zwiększyć przychody regionalne o dwadzieścia siedem procent w ciągu pierwszego roku.

Wystarczyło kilka minut w towarzystwie Marca, by zrozumieć, że pewność siebie to nie tylko jego cecha, ale też niemal aura nieblaknąca nawet w towarzystwie kogoś pokroju Kennetha. Jego muśnięta słońcem oliwkowa skóra zdawała się promienieć w ciepłym świetle pomieszczenia, a perfekcyjnie przystrzyżony zarost podkreślał ostre rysy twarzy, nadając mu wygląd człowieka, który wie, czego chce. Gdy się uśmiechał, w kącikach jego oczu pojawiały się delikatne zmarszczki. Jedwabny krawat w głębokim odcieniu burgunda idealnie współgrał z poszetką. Siedział rozparty w fotelu, z jedną ręką nonszalancko opartą o podłokietnik, a drugą poprawiał mankiet koszuli.

Złapałam się na tym, że zbyt długo się w niego wpatrywałam, i szybko wróciłam wzrokiem do notatek, czując lekkie zakłopotanie. Zbyt długo nie spotykałam się z żadnym mężczyzną.

Skup się, Winnie!

– Te liczby zakładają nierealny współczynnik konwersji – wtrącił Kenneth, nawet nie podnosząc wzroku znad raportu. Jego głos miał ten charakterystyczny nowojorski chłód, zdolny sprawić, że pustynne słońce za oknem wydawało się odległym wspomnieniem. – Pomijacie też nadchodzące zmiany w regulacjach prawnych w kolejnym kwartale.

Uśmiech Marca przygasł.

– Uwzględniliśmy ostrożne założenia…

– Ostrożne? – Winslow prychnął, w końcu podnosząc wzrok. – Zakładacie wzrost liczby klientów większy niż w naszym nowojorskim oddziale w jego najlepszym kwartale. W mieście, gdzie lojalność trwa tyle, ile jedna szczęśliwa passa. – Zatrzasnął raport. – Poprawić i przesłać ponownie. Następny punkt.

Marco napiął mięśnie szczęk, a palcami bezwiednie zabębnił o udo. To był jedyny sygnał sugerujący, że jego pewna pozycja została lekko podburzona.

Znałam ten schemat. Kenneth rozkładał propozycje na czynniki pierwsze z chirurgiczną precyzją, zostawiając nawet najbardziej pewnych siebie prezentujących w rozsypce. Marcowi nie pójdzie z nim łatwo. Zdjęcie Winslowa powinno znajdować się w słowniku obok słowa bezkompromisowy.

– Właściwie… – podjął DeLuca, szybko odzyskując rezon. – chętnie zderzyłbym się z trzecią opinią. Co pani o tym sądzi?

W pomieszczeniu zapadła cisza. Zamarłam z długopisem zawieszonym w powietrzu. Czy ja dobrze usłyszałam? Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że patrzy prosto na mnie. Kenneth zesztywniał.

– Słucham? – wydusiłam głosem o kilka tonów za wysokim.

Byłam bardzo elokwentna. Tak bardzo, że zapragnęłam sama sobie dać w twarz.

– Robi pani notatki – wskazał głową na mój zeszyt – i zauważyłem, że uniosła pani brew przy jednej z prognoz. Chciałbym poznać pani opinię.

Wyraz twarzy Winslowa stężał tak bardzo, że mógłby zmrozić pustynię.

– Panna Miller jest tutaj jako moja asystentka, nie konsultantka.

Ale Marco nie odrywał ode mnie wzroku, uśmiechając się zachęcająco.

– Ktoś o świeżym spojrzeniu czasem dostrzega to, co umyka specjalistom.

Cóż, cholera.

Serce waliło mi jak oszalałe. To zdecydowanie wykraczało poza moje kompetencje. Spojrzałam na Kennetha, jego zaciśnięte zęby i zmrużone oczy jasno dawały mi do zrozumienia, że powinnam się wycofać. Ale coś we mnie się zbuntowało. Może to fakt, że przez rok nie usłyszałam od niego ani jednego miłego słowa i chciałam chociaż raz poczuć się doceniona i zauważona, nawet jeśli potem przyjdzie mi za to zapłacić.

– Uważam – zaczęłam powoli, odchrząknąwszy – że wasze prognozy dotyczące pozyskiwania klientów są ambitne, ale nie nierealne. – Przekartkowałam notatki. – Problem nie leży w liczbie klientów, tylko w czasie. Gdybyście wydłużyli prognozę z dwunastu do osiemnastu miesięcy i skupili się na napływie dyrektorów z branży technologicznej, moglibyście uzasadnić te liczby, odpowiadając na obawy pana Winslowa dotyczące zmian regulacyjnych.

Oczy Marca rozbłysły.

– Właśnie o tym myślałem. Migracja branży tech kompletnie zmienia profil klienta w Vegas.

Poczułam, jak fala dumy rozgrzewa mi policzki. Zaraz potem przyszło lodowate uderzenie świadomości, że Kenneth się we mnie wpatruje. Gdy odważyłam się na niego spojrzeć, jego twarz była nieczytelna, ale mięsień na szczęce drgał pod skórą.

– Ciekawe spostrzeżenie – przyznał w końcu tonem pozbawionym emocji, ale ze wzrokiem ostrym jak brzytwa. – Weźmiemy to pod uwagę. – Odwrócił się z powrotem do Marca. – Kontynuujmy.

DeLuca skinął głową, ale rzucił mi jeszcze uśmiech pełen uznania, trwający o ułamek sekundy za długo.

– Dobry wybór, panie Winslow.

Zsunęłam się lekko w fotelu, uwięziona między aprobatą jednego a niezadowoleniem drugiego. Powinnam była trzymać język za zębami i grać swoją rolę niewidzialnej asystentki, która nalewa wodę, notuje i nie ma własnego zdania. Ale ta maleńka iskra satysfakcji z tego, że ktoś wreszcie mnie wysłuchał… wydała się niemal tego warta.

Prawie.

Brutalna rzeczywistość majaczyła mi na granicy umysłu, przypominając, że tylko do tego się nadawałam. Gdyby nie dobroduszność szefa, nigdy nie znalazłabym tak dobrej pracy.

Po skończonym spotkaniu zgarnęłam papiery w schludny stosik. Kenneth już wstał, zapiął marynarkę jednym płynnym ruchem palców. Ten gest wyszedł mu tak naturalnie i z pełnią gracji, że podejrzewałam, iż ćwiczył go przed lustrem. Na twarzy znów miał swoją klasyczną maskę znudzonej wyższości, ale napięcie wokół oczu zdradzało lekkie poirytowanie.

Stał wyprostowany, wysoki, z aurą władczości zdającą się wypełniać przestrzeń wokół niego. Jego ciemnobrązowe włosy, jak zawsze nienagannie ułożone, połyskiwały w świetle, podkreślając ostre rysy twarzy. Oczy w kolorze dojrzałej whisky lśniły intensywnością zdolną przykuć uwagę i sprawić, że rozmówca czuł się niemal obnażony pod ich spojrzeniem. Pełne usta i wyrazisty nos nadawały jego twarzy niemal arystokratyczny charakter, a dobrze zbudowana sylwetka, podkreślona idealnie skrojonym garniturem w głębokim odcieniu granatu, emanowała wyrafinowaniem.

Każdy detal jego wyglądu, od starannie zawiązanego krawata po lśniące spinki do mankietów, zdawał się krzyczeć o statusie i dbałości o szczegóły.

Szybko oderwałam od niego wzrok.

– Dziękuję za poświęcony czas, panie Winslow – odezwał się Marco, wyciągając rękę. – Poprawione prognozy prześlę do końca tygodnia.

Kenneth skinął krótko głową i odwzajemnił uścisk tak szybki, że ledwo dało się go uznać za kontakt fizyczny.

– Czekam.

Szłam za nim, starając się dotrzymać mu kroku, stukając obcasami o marmurową podłogę. Korytarz był długi, wyłożony zdjęciami znanych punktów Vegas przeplatanych z abstrakcyjną sztuką.

– Panno Miller.

Odwróciłam się i zobaczyłam, iż Marco dogania nas z uśmiechem tak swobodnym, że aż kontrastującym z wiecznym grymasem Winslowa.

– Chciałem tylko powiedzieć, że jestem pod wrażeniem pani analizy – przyznał, zrównując się ze mną krokiem. – Rzadko spotyka się taki poziom wnikliwości u przypadkowych asystentek.

– Och, ale ja nic takiego nie zrobiłam, to tylko luźna opinia, nic więcej – odpowiedziałam, odbierając obecność Kennetha przed nami niczym burzową chmurę.

– Cóż, jeśli kiedyś nowojorskie zimy staną się zbyt uciążliwe – dodał DeLuca, wyciągając wizytówkę. – Mamy kilka wolnych stanowisk tutaj, w Vegas. Coś mi mówi, że byłaby pani wartością dodaną dla każdego działu. Czasem zmiana scenerii to dokładnie to, czego kariera potrzebuje. Poza tym w listopadzie mamy dwadzieścia cztery stopnie. – Jego uśmiech się poszerzył.

Wzięłam wizytówkę, nie wiedząc, co innego zrobić. Mężczyzna z przodu wyprostował się jak struna, jego ramiona się napięły, naciągając sztywny materiał marynarki.

– To bardzo miłe, ale…

– Mamy napięty grafik, panno Miller – przerwał mi Kenneth, nie odwracając się, ale jego ton ciął jak nóż.

– Oczywiście – powiedział Marco z zupełnym spokojem. – Życzę udanego pobytu w Vegas, wam obojgu. – Puścił do mnie oczko balansujące na granicy przyzwoitości i skręcił w boczny korytarz.

Przyspieszyłam, żeby dogonić Kennetha, chowając wizytówkę Marca do kieszeni. Napięcie bijące od mojego szefa wydawało się niemal namacalne, jak rozgrzane powietrze nad asfaltem.

Wyszliśmy przez szklane drzwi prosto w południowe słońce Vegas. Gorące, suche powietrze uderzyło we mnie jak ściana. Beton pod stopami pulsował ciepłem, a ja zmrużyłam oczy, szukając w torebce okularów przeciwsłonecznych.

Kenneth się zatrzymał. Tak nagle, że prawie wpadłam mu na plecy. Odwrócił się i złapał mnie za ramię tuż nad łokciem, nie mocno, ale wystarczająco stanowczo, bym nie mogła łatwo się wyrwać.

– Co to, do cholery, miało być? – zapytał cicho kontrolowanym tonem, ale z wyraźnym napięciem, którego wcześniej u niego nie słyszałam.

– A tak konkretnie? – rzuciłam, chociaż doskonale wiedziałam, o co chodzi.

– Flirtowanie w czasie mojego spotkania. – Zwęził oczy. – Nie zabrałem cię do Vegas, żebyś podkopywała mój autorytet i szukała nowej pracy.

Otworzyłam usta, oniemiała z oburzenia. Jak on śmiał? Flirtowanie? Ja? To niedorzeczne! Przez całe zebranie siedziałam u jego boku wiernie jak cień, wykonując swoje obowiązki. Odpowiedziałam na jedno pytanie Marca. Jedno! I to tylko dlatego, że się do mnie zwrócił, a ja nie chciałam wyjść na niekompetentną. Czy to naprawdę wystarczyło, by Winslow uznał, że podkopuję jego autorytet? Jego ego naprawdę okazało się większe niż całe rozpalone słońcem Vegas.

Zalał mnie rumieniec niemający nic wspólnego z upałem.

– Flirtowanie? Serio? Odpowiedziałam na pytanie dotyczące strategii biznesowej.

– Płacę ci za profesjonalizm – odbił, nadal nie puszczając mojej ręki.

– I jestem profesjonalna! – parsknęłam, wyrywając ramię. – Zdecydowanie bardziej niż ty w tej chwili.

Grupa turystów spojrzała w naszą stronę, więc wciągnęłam powietrze i próbowałam opanować złość.

Kenneth uniósł brew i wygiął usta w coś pomiędzy szyderczym uśmieszkiem a grymasem.

– Tak sądzisz?

W tych dwóch słowach pobrzmiewała wyraźna prowokacja.

Zadarłam podbródek.

– Właśnie tak sądzę.

Zrobił krok, zbliżając się do mnie zdecydowanie bardziej, niż wypada. Z premedytacją naruszył moją przestrzeń osobistą. Zamarłam, nagle świadoma jego wzrostu, zapachu drogiej wody kolońskiej i spojrzenia bursztynowych oczu wbitego prosto we mnie.

– Skoro tak, to powinnaś o wiele bardziej dbać o swoją prezencję, Winnifred.

Drgnęłam, gdy użył mojego pełnego imienia. Jak ja nie znosiłam, kiedy to robił! Zawsze używał go wobec mnie jak broni, doskonale zdając sobie sprawę, jak bardzo go nienawidzę.

Tak się tym rozeźliłam, że nie dotarł do mnie sens jego słów, nim nie wyciągnął ręki w stronę mojej klatki piersiowej. Gęsia skórka zalała mi ciało, a mięśnie zesztywniały, kiedy palcami dotknął białego materiału koszuli.

Z chirurgiczną precyzją zapiął guzik.

Mój. Rozpięty. Guzik.

O, ja piepr…

Mój rozpięty guzik, który, jak się okazuje, odsłaniał dekolt i kawałek koronkowego stanika przez całe spotkanie, nawet w chwili kiedy wypowiadałam się na temat strategii finansowej. Porządnie go odsłaniał. Byłam dziewczyną mającą dość spory biust.

Zabijcie mnie. Po prostu niech mnie coś teraz porwie. Niech niebo się rozstąpi i wypluje z siebie czterech jeźdźców apokalipsy. Mogą być też kosmici. Wszystko jedno, byle ten koszmar się skończył.

Policzki mi płonęły.

Odsunęłam się, osłaniając klatkę piersiową ramionami i czerwieniąc się jak neonowy napis CASINO po drugiej stronie ulicy.

– Prze… przepraszam – wydukałam, patrząc na swoje buty. – Nie zauważyłam.

Twarz Kennetha pozostała nieczytelna, ale jego oczy… Coś się w nich zmieniło. Złość ustąpiła miejsca czemuś trudnemu do nazwania.

– Sprawdzaj swój wygląd przed spotkaniami – polecił cicho, tym razem niemal łagodnie. – Zwłaszcza w towarzystwie takich osób jak Marco DeLuca.

Kiwnęłam głową, niezdolna do wyduszenia ani słowa, kiedy odwrócił się i ruszył w stronę czekającego samochodu. Kierowca stał przy krawężniku, silnik cicho mruczał, a przyciemniane szyby odbijały jaskrawe światła kasyn, mimo że wciąż było jasno.

Powłóczyłam nogami ze wzrokiem wbitym w chodnik, kurczowo trzymając się resztek godności po incydencie z guzikiem. Kenneth dotarł do auta pierwszy, a potem, ku mojemu zdumieniu, otworzył mi drzwi.

Przystanęłam, lekko oniemiała.

– Zamierzasz stać tam cały dzień? – zapytał z typową dla siebie drwiną.

Jakiekolwiek miększe nuty w jego głosie słyszałam przed chwilą, to teraz zniknęły.

– Przepraszam – mruknęłam, przeciskając się obok niego do środka.

Zapadłam się w skórzane siedzenie, a ono okazało się przyjemnie chłodne. Wygładziłam spódnicę i natychmiast sprawdziłam, czy wszystkie guziki mojej bluzki znajdują się na swoim miejscu.

Tak.

Wszystkie zapięte.

Chwała Bogu.

Nie mogłam uwierzyć, że spędziłam całe spotkanie z połową cycków na wierzchu. Co za upokorzenie.

Kenneth wsiadł obok mnie, zostawiając pomiędzy nami odpowiednią, formalną odległość. Podał kierowcy adres, pod którym mieliśmy kolejne spotkanie, a potem się oparł, nie mówiąc ani słowa.

– Nie rozważaj tego – powiedział nagle, patrząc przed siebie.

– Czego? – zapytałam, choć znałam odpowiedź.

– Przeprowadzki do Vegas. – Napiął mięśnie szczęk w grymasie dezaprobaty. – To gówniane miasto – kontynuował. – Ludzie przyjeżdżają tu, myśląc, że się odrodzą, ale to miejsce tylko ich wykańcza.

Zamrugałam zaskoczona tą nagłą i lekko autorytarnie brzmiącą poradą.

– Myślę, że to nie twoja sprawa, chociaż wcale…

…nie zamierzałam.

Te słowa utknęły mi gdzieś w gardle, gdy brutalnie mi przerwał.

– DeLuca cię podrywał, nie rekrutował – rzucił ostro. – Wiem, jaka to różnica.

No pewnie, że wiesz, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos.

Odwróciłam się do okna i pozwoliłam, by między nami zapadła cisza.

Las Vegas przesuwało się za szybą w absurdalnym kalejdoskopie. Miniaturowa Wieża Eiffla obok egipskiej piramidy, kanały weneckie na środku pustyni i średniowieczne zamki z neonowymi szyldami. Za nimi, w oddali, piętrzyły się jałowe, kamieniste góry, jak brutalne przypomnienie, że ta przesycona nadmiarem oaza istniała pośrodku jednego z najbardziej niegościnnych terenów na kontynencie.

Zaczęłam się zastanawiać, czy w jakiejś absurdalnej wersji rzeczywistości znalazłabym tu swoje miejsce. Oferta Marca zasiała we mnie ziarno z napisem: „Co by było gdyby”, niezależnie od tego, czy naznaczał ją flirt, czy nie. Panowało tu ciepło. Mieszkania kosztowały mniej. I co najważniejsze, to miejsce leżało daleko od wszystkiego, co czekało na mnie w Nowym Jorku.

Pewne aspekty mojego życia sprawiały, że miałam ochotę z marszu się spakować i skorzystać z okazji, nawet jeśli załatwiły mi ją piersi na widoku. Te same aspekty równocześnie kategorycznie uniemożliwiały mi jakąkolwiek przeprowadzkę.

Samochód zatrzymał się na czerwonym świetle, a ja spojrzałam przez szybę. Dziewczyna w moim wieku stała na przystanku autobusowym, ocierając pot z czoła. Miała na sobie strój koktajlowej kelnerki i wyglądała na wycieńczoną, mimo że dopiero dochodziło południe. Zastanawiałam się, czy też przyjechała do Vegas z nadzieją na odrodzenie tylko po to, żeby skończyć wykończona do cna, jak mówił Kenneth.

Może miał rację. Może marzenie o ucieczce to tylko mrzonka.

Westchnęłam, czując ciężar, który zostawiłam tysiące mil stąd. On wciąż tkwił we mnie niczym fantomowa kończyna.

Czekały nas jeszcze trzy spotkania.

Tylko tyle, a potem wolność. Może wieczorem pójdę się rozerwać, odreagować? Kto wie, może spotkam kogoś jak Marco, kto na chwilę oderwie mnie od szarej codzienności.

Tak, to brzmiało jak plan.

Rozdział 3

Przed niektórymi rzeczami nie da się uciec

Wielkie lobby Bellagio rozciągało się przed nami niczym kosztowna ekspozycja muzealna poświęcona przesadzie. Wypolerowana posadzka lśniła w miękkim świetle, odbijając sylwetki gości ubranych w designerskie stroje, wyglądających równie elegancko jak samo wnętrze. W powietrzu unosiła się delikatna melodia fortepianu, która sprawiała, że przestrzeń wydawała się jednocześnie wytworna i dziwnie oderwana od rzeczywistości.

Szłam za podążającym pewnym krokiem Kennethem, choć zwolniłam na moment, gdy zerknęłam na telefon i zobaczyłam to, czego bałam się cały dzień: dwanaście nieodebranych połączeń od mamy.

Cholera.

Wcześniej czułam wibracje, ale nie mogłam wtedy odebrać, a potem całkiem wyleciało mi to z głowy.

– Nadążaj, Miller. Wiem, że masz krótsze nogi, ale chyba jesteś w stanie utrzymać normalne tempo – rzucił Winslow, nawet nie zerkając przez ramię.

– Przepraszam, nie wszyscy mamy geny żyrafy – mruknęłam, przyspieszając kroku mimo bólu stóp po wielu godzinach w szpilkach.

Kciuk zawisł mi nad paskiem z powiadomieniem, a znajomy supeł ścisnął żołądek. Dwanaście telefonów nie mogło oznaczać nic dobrego.

– Myślałem o Harringtonach – ciągnął Kenneth, całkiem nieświadomy mojego rozkojarzenia. – Prognozy Marca mogą mieć sens, jeśli dostosujemy harmonogram tak, jak sugerowałaś.

Czy to… komplement? Od Kennetha Winslowa? Omal się nie potknęłam z wrażenia, ale w porę złapałam równowagę. Połączenia od mamy wymagały jednak pilniejszej uwagi niż ta rzadka chwila zawodowego uznania.

– Słuchasz mnie, Miller?

– Hmm? Tak. Harringtonowie. Zmiany w harmonogramie. Bardzo ekscytujące – odparłam automatycznie, w ukryciu otwierając aplikację bankową w telefonie. Działałam właściwie na autopilocie. Wpisać liczbę, na jaką mogę sobie pozwolić, i zrobić przelew, zanim sytuacja wymknie się spod kontroli.

Winslow parsknął.

– Twój entuzjazm powala.

– Prawdziwy zachwyt rezerwuję na czas wolny. W godzinach pracy oferuję ten zawodowy, bardziej stonowany, ale równie szczery – oznajmiłam, wpatrując się w ekran i potwierdzając przelew trzystu dolarów.

I tak zniknął mój fundusz na jesienne zakupy związane z czymkolwiek innym niż przetrwanie.

Odwrócił się do mnie, idąc tyłem z irytującą swobodą, której ktoś jego gabarytów nie miał prawa prezentować.

– A skoro mowa o czasie po pracy, to co masz w planach na wieczór? Zamierzasz skorzystać z uroków Vegas? A może Marco DeLuca zostawił ci swój numer?

Na wspomnienie tamtego faceta poczułam, że policzki mi płoną, bo przypomniałam sobie incydent z guzikiem. Ta, wolałam się z nim już nigdy więcej nie widzieć, mimo że rzeczywiście na wręczonej mi wizytówce znajdował się jego numer telefonu. Prywatnego. Dopisany długopisem.

Uniosłam brew, wciąż mocno ściskając smartfon.

– Dlaczego pan pyta, panie Winslow? Dostanę naganę za nieprofesjonalne zachowanie, jeśli się z nim zobaczę?

Mięsień w jego szczęce drgnął.

– Po prostu próbuję podtrzymać rozmowę, droga Winnifred, choć twoja defensywność została zauważona.

Zgrzytnęłam zębami.

Nie nazywaj mnie Winnifred!, chciałam wrzasnąć. Ale zmusiłam się do uśmiechu nieidącego w parze z moimi zwężonymi oczami i wycedziłam:

– Prosiłam, żeby nazywał mnie pan Winnie albo Miller. Wszyscy właśnie tak do mnie mówią.

– Czy ja ci wyglądam na kogoś, kto jest jak wszyscy?

Stanęliśmy przed windą. Kenneth ją przywołał, a gdy się zorientował, że nie zamierzam odpowiadać na jego nonszalancką zaczepkę, wrócił do tematu pracy.

– Jutrzejsze spotkanie z Brightonami będzie proste. Przygotuj standardowy przegląd finansów, ale podkreśl ich inwestycje w odnawialne źródła energii.

Telefon znowu zawibrował, jednak krótko i jeden raz, co sugerowało, że otrzymałam SMS. To musiało znaczyć, że dostała pieniądze, bo w innym wypadku znów by się dobijała albo wysłała kilka wiadomości z rzędu w towarzyszącym jej szale.

– …i podkreśl prognozy na trzeci kwartał – ciągnął.

Skinęłam głową, słuchając go tylko w połowie.

Winda przyjechała, obwieszczając to cichym dzwonkiem, więc weszliśmy do środka. Kenneth nacisnął guzik mojego piętra, potem swojego, nawet nie pytając. Byłam trochę zaskoczona, że pamiętał mój numer pokoju.

– Spotkanie z Brightonami zaczyna się o jedenastej, więc potrzebuję materiałów na dziesiątą – kontynuował, opierając się o ścianę naprzeciwko mnie. Winda cicho szumiała, tworząc bańkę niezręcznej bliskości, a głos Winslowa wydawał się głębszy i głośniejszy w tej metalowej puszce. – To daje ci sporo czasu, żeby dojść do siebie po wszelkich zaplanowanych na dziś vegasowych szaleństwach.

Wymusiłam uśmiech.

– Kto powiedział, że planuję jakiekolwiek szaleństwa?

– Jesteś w mieście grzechu. To praktycznie obowiązek. – Zmrużył lekko oczy. – Nawet stateczne asystentki muszą czasem się wyluzować.

Telefon zawibrował po raz drugi, a ja przygryzłam policzek. Spociły mi się też ręce.

Kenneth zamilkł, a ja zauważyłam, że przygląda mi się z niespodziewaną uwagą. Cisza przeciągała się między nami, przerywana tylko elektronicznymi sygnałami windy, gdy mijaliśmy kolejne piętra.

– Wszystko w porządku? – zapytał w końcu, pozbawionym zwyczajnej ostrości tonem.

– Doceniam troskę, ale jest zbędna – skomentowałam, niepewna, jak się czuć z tym nagłym zainteresowaniem. – Po prostu jestem zmęczona po całym dniu obserwowania, jak zastraszasz analityków finansowych. To wyczerpujące.

Winda zatrzymała się na moim piętrze, drzwi rozsunęły się z cichym szumem.

Wysiadłam.

– Dziesiąta rano. Materiały dla Brightonów. Zapamiętane – rzuciłam na pożegnanie.

Odchodząc, kątem oka dostrzegłam jego odbicie w lśniących drzwiach, zmarszczone brwi i lekko rozchylone usta, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. Przez krótką chwilę wyglądał prawie jak człowiek.

Drzwi się zamknęły, zostawiając mnie samą. Ruszyłam korytarzem, a moje kroki głucho odbijały się od wykładziny. Przytłumione światło lamp rzucało miękkie cienie na ściany, a z zamkniętych pokoi dobiegały stłumione rozmowy. Z westchnieniem otworzyłam drzwi do swojej sypialni.

Od razu zrzuciłam szpilki, posyłając je na dywan z większą siłą, niż to konieczne. Jedna uderzyła w komodę, a druga zniknęła pod łóżkiem niczym spłoszone zwierzę. Błoga ulga bosych stóp na miękkim dywanie wyrwała mi z gardła jęk, który w każdej innej sytuacji byłby całkowicie nie na miejscu. Opadłam na brzeg ogromnego łóżka king-size, lekko podskakując, gdy materac przyjął mój ciężar, i wbiłam wzrok w odblokowany ekran telefonu. Ostatnia wiadomość od mamy brzmiała:

Dzięki za przelew, kochanie! Baw się dobrze na wycieczce!

Wycieczce. Zachowywała się, jakbym pojechała na urlop, ale w sumie nie powinno mnie to dziwić, nigdy nie traktowała mojej pracy poważnie, a połowy tego, co jej o sobie opowiadałam, i tak nie słuchała. Nazwała mnie kochaniem. Zawsze byłam kochaną córką, godną pochwały, kiedy przelewałam jej pieniądze. Nagle rozpalała w sobie całe ciepło, którego zwykle jej brakowało. Ale to zawsze mijało i wracał chłód. Trzysta dolarów kupowało mi matczyną czułość na mniej więcej siedemdziesiąt dwie godziny, jeśli wcześniejsze schematy miały się powtórzyć. Później o mnie zapominała albo, jeśli miała zły humor, przypominała mi, jak bardzo zniszczyłam jej życie, lub po prostu raczyła mnie kąśliwymi uwagami, gdy nie chciało jej się wracać do przeszłości.

Przewróciłam się na plecy, rozkładając szeroko ramiona. Telefon wypadł mi z dłoni i wylądował na kołdrze. Klimatyzacja cicho szumiała, rozprowadzając chłodne powietrze po mojej rozgrzanej skórze. Zamknęłam oczy, próbując odgonić wspomnienie zawsze wracające do mnie w takich chwilach, ostrzegające o tym, co może się wydarzyć, jeśli nie będę miała jej co dać. Tak właśnie się stało w moje dwudzieste pierwsze urodziny, kiedy nie mogłam wysłać pieniędzy, bo wszystko wydałam na kaucję i pierwszy czynsz za nowe mieszkanie.

– Nie rozumiem, dlaczego nie możesz pomóc własnej matce – bełkotała wtedy do telefonu, a w tle brzęczały kostki lodu w czymś, co na pewno nie było wodą. – Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłam.

– Mamo, naprawdę ich nie mam. Przez dwa tygodnie zamierzam jeść tylko ramen.

– No cóż, powiem właścicielowi, że moja córka uważa nowe mieszkanie za ważniejsze niż utrzymanie matki z dala od ulicy.

W końcu skorzystałam z karty kredytowej. Spłacenie jej zajęło mi sześć miesięcy.

Telefon znowu zawibrował.

Kolejny SMS:

Może mogłabyś wysłać trochę więcej w przyszłym tygodniu? Mam do zapłaty rachunek za prąd.

Przycisnęłam dłonie do oczu, aż zobaczyłam mroczki. Najgorsze nie wydawały się manipulacje ani niekończące się prośby. Najgorsze było to, że pod warstwą żalu i złości wciąż ją kochałam. Wciąż się martwiłam, że siedzi sama w tamtym obskurnym mieszkaniu, popijając tanie wino do snu, odkąd ojciec wyszedł i nigdy nie wrócił. Wciąż pamiętałam ją sprzed uzależnienia, jak zaplatała mi warkocze do szkoły i fałszowała do piosenek lecących w radiu. Nigdy mnie nie chciała, ale przy nim, gdy czuła się szczęśliwa, była w stanie chociaż udawać.

Nienawidziłam tego, że nie potrafiłam się odciąć. Że nie umiałam powiedzieć „nie” i naprawdę się tego trzymać.

Usiadłam gwałtownie. Ten tok myślenia nikomu nie pomagał, a już na pewno nie mnie. Potrzebowałam, żeby te myśli przestały krążyć jak sępy nad padliną mojej samooceny.

Pokój nagle wydał mi się zbyt cichy. Beżowe ściany i bezosobowe obrazy przytłaczały, przypominając o wszystkich tymczasowych miejscach, w których mieszkałam.

Wstałam i poszłam do łazienki, gdzie zapaliłam światła wokół ogromnego lustra. W odbiciu zobaczyłam znajomą twarz wpatrującą się we mnie z krytyczną miną. Moja fryzura była w rozsypce, czarne kosmyki sterczały w każdą stronę po tym, jak cały dzień przeczesywałam je palcami podczas spotkań. Pod oczami miałam cienie, a szminka starła się już dawno temu. Tak, wyglądałam jak obraz nędzy i rozpaczy. Należało to jak najszybciej zmienić.

Ochlapałam twarz zimną wodą, pozwalając jej zmyć stres dnia wraz z resztkami makijażu. Potem sięgnęłam do kosmetyczki po cały arsenał spakowanych produktów. Dwadzieścia minut później przydymiony cień i świeża warstwa tuszu zmieniły moje zmęczone oczy w coś bardziej tajemniczego niż wycieńczonego. Głęboka burgundowa szminka sprawiła, że blada cera wydawała się bardziej porcelanowa. Ułożyłam włosy w kontrolowany nieład wyglądający jak zamierzony, a nie przypadkowy.

Musiałam się jeszcze tylko przebrać. Zsunęłam z ramion bluzkę, krzywiąc się na wspomnienie, jak palce Kennetha musnęły moją skórę, gdy zapinał ten zdradziecki guzik. Na samą myśl przeszedł mnie dreszcz. Ten człowiek był nieznośny, arogancki i zdecydowanie zbyt pewny siebie.

Odłożyłam materiał na krzesło. Szybko dołączyła do niego ołówkowa spódnica, a ja stanęłam w samej bieliźnie, przeglądając ograniczone opcje w walizce. Między biurowymi koszulami i spodniami kryła się jedyna fanaberia, na jaką sobie pozwoliłam – mała czarna kupiona na wyprzedaży. Jeszcze ani razu nie miałam jej na sobie. Zabrałam ją właśnie na taką okazję. Wsunęłam ją przez głowę, a chłodna tkanina ześlizgnęła się po skórze, opinając się we wszystkich odpowiednich miejscach.

Wsunęłam stopy w szpilki, krzywiąc się lekko, gdy buty znów zaczęły uwierać, ale doceniałam, jak dopełniały całość. Dyskomfort stanowił niewielką cenę za to, by przez kilka godzin poczuć się pewniej.

Sięgnęłam po kopertówkę i kartę do pokoju. Odłożyłam telefon ekranem do dołu na komodę i wyszłam, zostawiając za sobą wszystkie problemy.

Winda cicho buczała, gdy wjeżdżała na piętro, które w całości zajmował bar, a lustrzane ściany zwielokrotniały moje odbicie. Każde mijane piętro przybliżało mnie do słodkiego zapomnienia. Wybrałam hotelowy bar zamiast wychodzenia na miasto częściowo dlatego, że po cyfrowym napadzie mamy środki miałam mocno ograniczone, a częściowo dlatego, że brakło mi odwagi, by zmierzyć się w pojedynkę z tym onieśmielającym miastem.

Drzwi się rozsunęły, a we mnie uderzyła fala dźwięków. Kieliszki brzęczały, bas dudnił, a przez to wszystko przebijały się śmiechy gości.

Weszłam w kontrolowany chaos baru, otulona koktajlem hałasu i zapachu perfum wymieszanych z alkoholem. Światło zostało przygaszone, z niebieskimi i fioletowymi akcentami, rozmywającymi niedoskonałości i tworzącymi iluzję oderwania od świata. Z sufitu zwisały kryształowe żyrandole, a ich blask, odbijając się w szklanych elementach, rzucał tęczowe refleksy na ściany.

Przy wysokich stolikach tłoczyli się biznesmeni z poluzowanymi krawatami, coraz głośniejsi z każdą następną kolejką. W rogu grupa kobiet świętowała może wieczór panieński, a może po prostu babski wypad, stukając się kieliszkami z szotami. Jakaś para pochylała się nad małym stolikiem, niemal muskając się ustami w trakcie rozmowy.

Przemknęłam między ludźmi, omijając kelnera balansującego tacą martini, i skierowałam się ku długiemu, zakrzywionemu barowi w centrum sali. Barmani poruszali się z wprawą, mieszając drinki i nalewając wino teatralnymi gestami, które może i były zbędne, ale przyciągały uwagę. Jeden z nich obrócił butelkę za plecami, po czym idealnie odmierzył porcję, czym zyskał brawa od obserwatorów.

Wypatrzyłam wolne miejsce na samym końcu, trochę na uboczu, ale z dobrym widokiem zarówno na bar, jak i mały parkiet, już zajęty przez kilku odważnych tancerzy.

Idealnie.

Usiadłam, czując chłód skórzanego siedziska na odkrytych udach, gdzie sukienka podjechała lekko do góry.

Barman, młody mężczyzna z przyciętą brodą i tatuażami wystającymi spod podwiniętych rękawów koszuli, spojrzał na mnie pytająco.

– Co podać?

– Coś wystarczająco mocnego, żeby zapomnieć o dzisiejszym dniu, ale nie na tyle, bym jutro tego żałowała – odparłam, pochylając się, by przekrzyczeć muzykę.

Uśmiechnął się.

– Mam coś idealnego.

Podczas gdy on przygotowywał drinka, ja rozejrzałam się po sali. Siwowłosy mężczyzna w drogim garniturze zagadywał o połowę młodszą dziewczynę. Na drugim końcu baru samotna kobieta co chwilę zerkała na zegarek, jakby czekała na kogoś, kto może wcale nie przyjdzie.

– Old Fashioned z twistem – oznajmił barman, podsuwając mi szklankę bursztynowego płynu z dekoracją ze skórki pomarańczy. – Daj znać, czy pomogło.

Uśmiechnęłam się z wdzięcznością i upiłam łyk. Whisky przyjemnie paliła w gardło, zostawiając na języku nuty gorzkich ziół i cukru. Zaczęłam się powoli rozluźniać.

Właśnie brałam kolejny łyk, delektując się ciepłem rozlewającym się w klatce piersiowej, gdy obok pojawiła się znajoma sylwetka. Wysoka i przytłaczająca jak sekwoja. Nie musiałam nawet podnosić wzroku, żeby wiedzieć, kto to. Wystarczył zapach drogiej wody kolońskiej i ten nagły ucisk w żołądku, który często mi towarzyszył w jego obecności. Z nerwów, oczywiście.

Kenneth Winslow.

Wszechświat najwyraźniej uznał, że jeszcze nie dość się dzisiaj nacierpiałam.

Odwróciłam się powoli, zaciskając palce na szklance. Garnitur i jedwabny krawat zniknęły. Miał na sobie ciemne dżinsy, leżące na nim aż za dobrze, i grafitową koszulę z podwiniętymi rękawami, odsłaniającymi opalone przedramiona. Włosy miał lekko potargane, jakby przeczesał je palcami po zmyciu ton kosmetyku, trzymającego jego kosmyki w ryzach w godzinach pracy.

Wyglądał… inaczej. Mniej jak mój sztywny szef, a bardziej jak ktoś, kto mógłby pojawić się w fantazjach, do których nigdy bym się nie przyznała.

– Wolne? – zapytał i zsunął się na sąsiedni stołek, zanim zdążyłam odpowiedzieć.

Zacisnęłam zęby.

– Niestety – odparłam i upiłam kolejny łyk, żeby ukryć reakcję na wersję Kennetha po godzinach.

Parsknął śmiechem. Kiedy się tak śmiał, co zdarzało się rzadko, w kącikach oczu pojawiały mu się drobne zmarszczki i łagodziły jego naturalnie ostre rysy. To stawało się dezorientujące, jakby marmurowy posąg nagle obudził się do życia.

– Barman! – zawołał i od razu przykuł jego uwagę mimo tłumu. – Macallan, osiemnastoletni, czysty. I jeszcze jeden taki, jaki ma pani.

Unosząc brew, rzuciłam:

– Odważnie tak z góry zakładać, że chcę z tobą pić.

– Potraktuj to jako gałązkę oliwną.

Parsknęłam.

– W twoim przypadku spodziewam się raczej konia trojańskiego.

Złapał się za pierś, jakby go zapiekła, po czym syknął:

– Auć!

Mężczyzna postawił przed nami drinki, a Kenneth uniósł swój w geście toastu. Bursztynowy płyn błyszczał w świetle jak miód. Niechętnie stuknęłam szklanką o jego, nasze palce na moment się musnęły. Mała iskra przeskoczyła między nami, sprawiając, że lekko się cofnęłam.

Winslow pochylił się bliżej, ramieniem niemal dotykał mojego. Wyraźniej czułam zapach jego perfum. Mimowolnie zerknęłam na rozpięty kołnierzyk koszuli, pod którym ujrzałam zagłębienie obojczyka i fragment klatki piersiowej.

– Przyszłaś tu podrywać samotnych mężczyzn, Winnifred? – zapytał mimochodem.

– Być może.

– Kiepsko – skwitował, rozglądając się pospiesznie po sali. – Nie ma tu prawie nikogo, kim warto się zainteresować.

Patrzyłam na niego jak na przybysza z innej planety. Po raz pierwszy zachowywał się w moim towarzystwie tak swobodnie. Żartował sobie.

Wzięłam kolejny łyk drinka, bo co tu się, do cholery, działo?

Ogień rozlał się po moim gardle, po czym odstawiłam szklankę, krzywiąc się lekko.

– Przestań, jesteś podejrzanie miły. To nienaturalne.

Zaśmiał się chrapliwie.

Kurde, ten dźwięk… Nagle zrobiło mi się jakoś cieplej.

– Może po prostu mam dobry humor.

Pokiwałam głową.

– Ta, akurat.

– Och, moja droga Winnifred, nie krzyw się tak. Wiem, że nigdy nie masz mnie dość.

Coś drgnęło w moim brzuchu. Irytacja, wmawiałam sobie. Tylko irytacja zmieszana z alkoholem wypitym na pusty żołądek. Na pewno.

Gorąco uderzało w moje policzki, on tymczasem rozsiadł się wygodniej i wyraźnie zadowolony z siebie, pociągnął spory łyk whisky.

Sączyłam drinka, obserwując Kennetha znad krawędzi szklanki, z oczami zwężonymi z podejrzliwości.

Nic w tym wieczorze nie wydawało się normalne. Absolutnie nic. Ani jego swobodna postawa, ani fakt, że tak nagle się do mnie dosiadł, jakbyśmy byli dwójką dobrych znajomych, a nie asystentką i szefem, którzy ledwo się tolerowali.

Przygaszone światło baru rzucało cienie na jego twarz. Dziwne było widzieć go tak rozluźnionego, prawie… ludzkiego. Jeszcze dziwniejsze, że nie czułam wobec tego faceta aż takiej niechęci jak zwykle. Alkohol przyjemnie rozgrzewał mi żyły, stępiając ostre krawędzie zwyczajowej irytacji. Nie całkowicie, rzecz jasna. Wystarczająco jednak, żeby zatrzymać mnie w miejscu.

Zakręciłam nadgarstkiem, aż alkohol w mojej szklance zawirował jak minicyklon.

– Nie masz nic lepszego do roboty w wolny wieczór w Las Vegas niż siedzenie ze swoją asystentką? – zapytałam, bo naprawdę nie rozumiałam, co on tu robił.

To Kenneth Winslow. Jeden z najbogatszych mężczyzn w kraju. Wystarczyło jedno jego słowo, a większość, a o ile nie wszystkie, kobiety w Vegas padłyby mu do stóp. Wszystkie kluby, nieważne, jak ekskluzywne, wypełnione bogaczami jego pokroju stały przed nim otworem. Z pewnością wystarczyłoby pojedyncze jego skinienie, by znalazł sobie towarzystwo, bez znaczenia jakiego rodzaju.

Tymczasem on tkwił tutaj. Ze mną.

– Winnifred, zaskakujesz mnie! Próbujesz namówić do złego?

Zgrzytnęłam zębami, gdy znów nazwał mnie pełnym imieniem, całkowicie ignorując moje prośby.

– Ty się przyczepiłeś, a nie na odwrót.

Wykrzywił usta.

– Zaczynam myśleć, że mnie nie lubisz, a to przecież całkowicie absurdalne.

Skwitowałam to jedynie znaczącym spojrzeniem, po czym upiłam kolejny łyk słodko palącego drinka. Zapatrzyłam się w przestrzeń, licząc na to, że Kenneth zrozumie aluzję, w końcu się znudzi i sobie pójdzie. Błądziłam wzrokiem po zatłoczonym wnętrzu baru, gdzie migoczące światła odbijały się w lustrzanych ścianach, tworząc kalejdoskop kolorów. W rogu sali grupka ludzi głośno się śmiała, unosząc kieliszki w toaście, a kelnerka z tacą pełną trunków lawirowała między stolikami z wprawą tancerki.

– Byłaś kiedyś w kasynie? – zagadnął nagle, zakręcając bursztynowym płynem w szklance. Lód zabrzęczał cicho o szkło.

– Nie.

Na jego ustach pojawił się ten irytujący półuśmiech.

– Szkoda, można się tam nieźle zabawić.

Prychnęłam, nie mogąc się powstrzymać.

– Nic dziwnego, że akurat ty uważasz to za zabawę.

– To znaczy?

Uniosłam brew, mierząc go spojrzeniem znad brzegu szklanki.

– To znaczy, że nie każdy lubi życie na krawędzi, panie Winslow – odpowiedziałam, umiejętnie kryjąc krytykę w głosie, nie omieszkałam jednak rzucić mu znaczącego spojrzenia.

Echo naszego pierwszego spotkania, tego, które naznaczyło naszą znajomość na zawsze, zawisło nad nami niczym mgła.

Rozdział 4

Dzień, w którym poznałam Kennetha Winslowa

Dwa lata wcześniej…

Park Avenue tętniła życiem, gdy lawirowałam między przechodniami z dwoma kubkami kawy na wynos, starając się dotrzeć do biura w jednym kawałku. To, oczywiście, wcale nie przeszkadzało mi w rozmowie z przyjaciółką. Multitasking opanowałam do perfekcji. Dwa lata w Winslow Financial Group nauczyły mnie przetrwania w miejskiej dżungli, gdzie każdy krok stanowił wyzwanie, a każdy błąd mógł kosztować cię więcej niż nowy skrojony na miarę garnitur.

– Totalne urwanie głowy – marudziłam, rozmawiając z Blaire przez słuchawkę wciśniętą w ucho. – Normalnie masakra. Wszyscy są dziś rozproszeni, przez co w biurze, które swoją drogą aż huczy od plotek, panuje prawdziwy chaos. Myślałam, że to ja bywam roztrzepana, ale to przerasta nawet mnie.

Nie miałam najlepszego dnia.

Michael zapomniał dostarczyć teczkę z ważnymi papierami, więc teraz przewracał zawartość szuflad i klął pod nosem, nie mogąc niczego znaleźć, mimo że miałam donieść dokumenty na biurko pana Winslowa z samego rana. Jessica ganiała między kuchnią a salą konferencyjną, próbując załatwić catering na dzisiejsze spotkanie szefa, a ponoć zamówienie zostało źle zrozumiane przez firmę dostawczą. Tymczasem Sylvia z PR wydała już trzecie oświadczenie o profesjonalnym zachowaniu i teraz chodziła po open space, uciszając wszelkie rozmowy mogące zabrzmieć niewłaściwie.

Do tego cały tabun kobiet co chwila chadzał do toalety poprawić makijaż, żeby prezentować się jak najlepiej na przybycie naszego gościa. Każda liczyła, że zwróci na siebie jego uwagę.

Cyrk na kółkach.

Blaire parsknęła śmiechem.

– Należało się tego spodziewać. Odwiedza was w końcu Kenneth Winslow.

– Ta, wnuk szefa.

– I facet, który trafił kiedyś do topki najseksowniejszych mężczyzn w kraju.

Marcowe słońce właśnie wychyliło się zza chmur, delikatnie ocieplając chłodny poranek i oświetlając mi drogę do biura. Tłum na Park Avenue powoli się rozrzedzał. Kobiety w eleganckich płaszczach przemykały obok z torbami pełnymi dokumentów, a mężczyźni w garniturach sprawiali wrażenie, jakby każda sekunda spóźnienia pozostawała kwestią życia lub śmierci. Minęłam starszego mężczyznę z gazetą w ręku, który przystanął przy rogu, by przeczytać nagłówki, oraz dziewczynę w jasnym płaszczu, desperacko próbującą zatrzymać taksówkę.

Wysokie, szklane budynki odbijały południowe światło, a w witrynach mijanych kawiarni widziałam ludzi trzymających filiżanki pełne parującego espresso.

– Nadal nie rozumiem, za co – mruknęłam. – Jest biznesmenem, a nie celebrytą.

Kenneth Winslow, najstarszy z wnucząt Antona Winslowa, od kilku lat prowadził filię rodzinnej firmy w Los Angeles. Często pojawiał się w mediach, raz jako gość na galach charytatywnych, innym razem w otoczeniu gwiazd na premierach filmowych. Fotografie, na których uśmiechał się obok sławnych aktorek, modelek czy piosenkarek, były stałym punktem programów plotkarskich. Ale to nie jego biznesowe sukcesy czy działalność dobroczynna przyciągały uwagę. Największy rozgłos przyniosła mu reputacja naczelnego kobieciarza, zmieniającego partnerki szybciej, niż paparazzi robili zdjęcia.

Mimo całego tego zamieszania wokół jego osoby nie potrafiłam zrozumieć, skąd ten zachwyt. Przecież w głębi duszy pozostawał tylko kolejnym facetem z bogatej rodziny, żyjącym w blasku sławy, jaką zapewniało mu nazwisko Winslow. W dodatku takim hulaszczym stylem życia przynosił wstyd dziadkowi, a ten był naprawdę porządnym człowiekiem. Wiele mu zawdzięczałam.

– Biznesmenem masowo spotykającym się z celebrytkami – poprawiła mnie Blaire, wyraźnie rozbawiona. – Do tego jest przystojny jak diabli i ma kasy jak lodu. Nie dziw się, że ludzi tak to nakręca. Większość chce z nim być albo nim być.

– Nim być? To czarna owca i w końcu wraca do trzódki. Jeszcze niedawno cały internet huczał, kiedy na jachcie rozbił butelkę szampana o głowę jakiegoś modela… Nie sądzę, żeby to był dobry wzór do naśladowania.

– Kto nie kocha łobuzów?

Przewróciłam oczami.

Wysoki, szklany budynek Winslow Financial Group wyrósł przede mną, jakby chciał mnie pochłonąć. Dziesiątki pięter odbijały promienie, nadając fasadzie niemal oślepiający blask. Obrotowe drzwi na dole kręciły się nieprzerwanie, wciągając w swoje wnętrze kolejne osoby.

– Ja – powiedziałam pewnie. – Jestem wręcz przekonana, że Kenneth Winslow okaże się jedną wielką arogancką katastrofą. Playboy, Blaire. Tyle widzę.

Przyjaciółka parsknęła śmiechem, a w moich uszach zabrzmiało to jak kpina.

– Przyznaj, że gdybyś miała okazję, też byś na niego poleciała. Nie można odmówić mu uroku. Ma dołeczki, Winnie. Dołeczki – podkreśliła.

– Pewnie w pakiecie z chorobami wenerycznymi.

– Kiedy stałaś się tak uprzedzona?

Zwykle nie byłam tak surowa. Naprawdę. Ale głęboko gardziłam ludźmi stawiającymi zabawę ponad rodzinę, a Kenneth wydawał się uosobieniem tego podejścia. Wiedziałam to, bo pan Winslow nie raz, choć niechcący, zdradził swoje rozczarowanie wnukiem. Jak wtedy, gdy poprosił mnie o wysłanie mu kartki na święta, a potem codziennie przez kilka tygodni pytał, czy przyszła odpowiedź. Albo kiedy cicho i ze smutkiem w głosie dopytywał, czy Kenneth potwierdził obecność na jego siedemdziesiątych urodzinach.

Za każdym razem, gdy musiałam powiedzieć „nie,” łamało mi się serce.

Jeszcze te nagłówki w mediach, zdjęcia tego faceta otoczonego gwiazdami, modelkami, i zawsze z tym aroganckim uśmiechem. To wszystko tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest do cna zepsuty. Moja opinia o nim została ugruntowana na długo, zanim w ogóle miałam okazję go spotkać.

Może to uprzedzenie. A może projekcja, bo sama nie miałam żadnej rodziny i nie rozumiałam, jak można odwracać się od własnej, która jawnie się o ciebie troszczy.

– Nie jestem uprzedzona – powiedziałam mimo swoich przemyśleń. – Po prostu mówię, co myślę.

– Robisz się zbyt…

– Poczekaj chwilę – przerwałam jej, zbliżając się do wejścia.

Musiałam sięgnąć po telefon, żeby za chwilę się pożegnać i rozłączyć.

Przystanęłam.

Wtedy to się stało. Mocne uderzenie w plecy sprawiło, że straciłam równowagę. Ktoś wpadł na mnie z taką siłą, że poczułam, jak przesuwam się o krok do przodu, a kubki w mojej dłoni zaczynają lecieć w dół.

– Nie, nie, nie! – zawołałam, próbując je złapać, ale okazało się, że już za późno.

Papierowe naczynia uderzyły o ziemię, a kawa rozbryzgnęła się w każdą stronę. Część wylądowała na moich butach, a reszta… na koszuli. Ciepła ciecz rozlała się po materiale, pozostawiając wielkie, ciemne plamy.

Parujące krople spływały po mojej skórze, a zapach kawy uderzył mnie w nos. Stałam przez kilka sekund w kompletnym osłupieniu, a potem obudziła się frustracja.

– Serio?! – Odwróciłam się gwałtownie, żeby zobaczyć winowajcę.

Opadła mi szczęka.

O cholercia.

O kurwa.

Ja pieprzę.

Miałam przed sobą wykrzywioną ze złości twarz Kennetha Winslowa.

Zapomniałam o rozlanej kawie. Jak długo za mną szedł? Jak wiele słyszał?

– Gdybyś tak nie zajmowała się plotkami, może nie okazałabyś się taką niezdarą – oznajmił zjadliwie. – Ale dobrze wiedzieć, że reputacja mnie wyprzedza.

Miałam swoją odpowiedź.

Po południu dowiedziałam się, że ten dupek zjawił się w firmie, bo ma zająć miejsce dziadka, który planuje przejść na emeryturę. Pan Winslow zastrzegł jednak, żebym nie martwiła się pracą, bo nie zamierza mnie zwalniać. Jego wnuk miał mnie odziedziczyć jako asystentkę wraz z posadą.

Rozdział 5

Nigdy nie zakładaj się w mieście grzechu

Otrząsnęłam się ze wspomnienia tamtego fatalnego dnia. Już wtedy przeczuwałam, że współpraca z tym człowiekiem nie okaże się łatwa. Wszystko zaczęło się od tego, że podsłuchał kilka gorzkich słów, które wypowiedziałam na jego temat. Od tamtej pory patrzył na mnie tak intensywnie, jakby chciał, bym zniknęła pod ciężarem jego spojrzenia. Posadę zachowałam tylko dzięki panu Antonowi, ale się nie łudziłam, Kenneth pozbędzie się mnie, gdy tylko zdobędzie pełną, nieodwołalną władzę nad firmą. Lubił się ze mną droczyć, czułam jednak, że wciąż chowa urazę.

Przyglądał mi się tymi swoimi oczami koloru whiskey, jakby znał jakiś sekret, o którym nie miałam pojęcia. Spodziewałam się, że się obruszy, ale zamiast tego pochylił się mocniej, a przedramieniem musnął moje spoczywające na blacie. Ten kontakt wywołał we mnie niechciany dreszcz.

– Myślisz, że mnie znasz, co?

– Pracujemy razem już prawie dwa lata, udało mi się wyciągnąć jakieś wnioski – skwitowałam sucho.

Napiął mięśnie szczęk, a pod skórą coś drgnęło. Przez moment sądziłam, że w końcu sobie pójdzie, że zachowałam się dość obcesowo i szorstko, by go skutecznie odstraszyć, ale nie. On tylko skinął na barmana.

– Jeszcze po jednym – rzucił, po czym wrócił wzrokiem do moich oczu.

Barman z wprawą postawił przed nami świeże drinki i zgarnął puste szklanki. Kenneth uniósł naczynie, lekko przechylając go w moją stronę w milczącym toaście. Zawahałam się, ale po chwili wzięłam swój i stuknęłam nim o jego, a szkło zadźwięczało cicho.

Wychyliłam drinka jednym haustem. Alkohol zapiekł mnie w gardle. Kenneth zatrzymał spojrzenie na mojej szyi, a potem zsunął je na usta, gdy otarłam je wierzchem ręki, zanim odstawiłam pustą szklankę.

– Wow – rzucił, unosząc brwi z lekkim rozbawieniem. – Jak tak dalej pójdzie, jutro będę musiał radzić sobie bez asystentki.

Wykrzywiłam wargi w półuśmiechu.

– Spokojnie, twoja asystentka właśnie się zbiera. Raport dla Harringtona sam się nie napisze.

To tylko wymówka. Prawda wyglądała prościej: musiałam stąd zniknąć. Siedzenie z nim przy barze, picie, wymiana spojrzeń, to wszystko prowadziło donikąd, a moja intuicja wrzeszczała, że każda kolejna minuta w jego towarzystwie to proszenie się o kłopoty. Kenneth przypominał rekina krążącego wokół ofiary, a ja byłam zwykłą płotką, która przypadkiem znalazła się na jego radarze, gdy akurat się nudził. Nie zamierzałam stać się jego chwilową rozrywką.

Nie. Nazywałam się Winnie Miller i trzymałam się z dala od mężczyzn mających nad głową wielki neonowy napis KŁOPOTY. A Kenneth miał nad sobą takie ostrzeżenie. Wielkie, pulsujące, widoczne z mili.

– Czekaj, już wychodzisz? – zapytał, marszcząc brwi.

– Tak, chciałam tylko wpaść na drinka lub dwa, żeby się rozluźnić. W towarzystwie szefa to trochę trudne. Nie da się zapomnieć o pracy, gdy ma się ją przed sobą – wyjaśniłam, zsuwając się ze stołka.

– Już dawno po godzinach, więc teraz nie jestem twoim szefem. Traktuj mnie jak zwykłego gościa w barze.

Jego słowa ledwo do mnie dotarły. Gdy moje stopy dotknęły podłogi, ta niespodziewanie się zachwiała, a ja zdałam sobie sprawę, że jestem bardziej wstawiona, niż mi się wydawało. Nagle zaczęłam mieć wrażenie, że znajduję się na pokładzie statku mknącego przez wyjątkowo burzliwe fale. Gorąco uderzyło w moje policzki, a kontury otaczającego świata zaczęły się rozmazywać, jakbym patrzyła na otoczenie przez zaparowaną szybę.

Cholera, nie sądziłam, że trzy małe drinki aż tak we mnie uderzą.

Złapałam się blatu, walcząc z tym przejmującym uczuciem, które słabło z każdą chwilą. Zamrugałam, na nowo osadzając się w rzeczywistości. Nie było tak źle.

– Wszystko w porządku?

Kenneth wyrósł przede mną jak drzewo, a ja pozostawałam tak oszołomiona, że nawet nie zauważyłam, kiedy się poruszył. Jego dłoń spoczęła na moim ramieniu, na co drgnęłam, jakby moje ciało przeszedł prąd.

Odzyskałam ostrość widzenia.

– Oczywiście, po prostu za szybko wstałam – wymamrotałam.

Czemu on znajdował się tak blisko?

Zapach jego wody kolońskiej drażnił moje nozdrza, a ciepło promieniujące od umięśnionej sylwetki robiło coś dziwnego z moim ciałem, nagle pokrywającym się gęsią skórką. Pochylał lekko głowę w dół, ku mnie, bo sięgałam mu tylko do piersi i to był jedyny sposób, by mógł wlepić ten zaskakująco zatroskany wzrok w moją twarz. Niesforne pasma włosów opadały mu na oczy, aż prosząc, bym uniosła palce i je zmierzwiła, żeby wróciły posłusznie na swoje miejsce.