Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 143 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Nad zatoką w Sydney - Lindsay Armstrong

Australijski milioner Cameron Hillier nie zwykł chodzić na przyjęcia sam. Gdy w ostatniej chwili zawiodła go aktualna partnerka, bez wahania nakazał swojej asystentce Liz Montrose, by dotrzymała mu towarzystwa. Do tej pory prawie nie zauważał powściągliwej Liz, lecz elegancko ubrana przykuła jego uwagę. Jeszcze bardziej zaskoczyła go, gdy nagle uciekła z przyjęcia. Zaintrygowany, postanowił poznać sekrety Liz…

Opinie o ebooku Nad zatoką w Sydney - Lindsay Armstrong

Fragment ebooka Nad zatoką w Sydney - Lindsay Armstrong

Lindsay Armstrong

Nad zatoką w Sydney

Tłumaczenie: Karolina Krzelowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Panno Montrose – powiedział Cameron Hillier. – Gdzie, do diabła, podziewa się moja przyjaciółka?

Liz Montrose spojrzała pytająco.

– Nie mam pojęcia, panie Hillier. Skąd miałabym wiedzieć?

– Ponieważ tym się pani zajmuje, jest pani w końcu osobistą asystentką, nieprawdaż?

Liz zapatrzyła się w Cama Hilliera, jak go nazywano. Nie znała szefa zbyt dobrze. Pracowała na tym stanowisku półtora tygodnia i tylko dlatego że agencja, dla której pracowała, wysłała ją, by wypełnić lukę spowodowaną chorobą stałego asystenta. Przez ten krótki czas zdążyła odkryć, że jej pracodawca potrafi być trudny, wymagający i arogancki.

Cóż miała jednak zrobić w sprawie oczywistej nieobecności jego towarzyszki?

Rozejrzała się z lekką paniką. Znajdowali się w sekretariacie – królestwie Molly Swanson – która, niech jej Bóg błogosławi, gestykulując za plecami mężczyzny, wyciągała do niej słuchawkę.

– Uhm, zaraz sprawdzę – zapewniła szefa.

Wzruszywszy ramionami, wszedł z powrotem do gabinetu.

– Jak ona się nazywa? – wyszeptała do sekretarki, biorąc słuchawkę.

– Portia Pengelly.

Skrzywiła się, po czym zmarszczyła brwi.

– Ale chyba nie ta modelka i gwiazda telewizyjna?

Molly przytaknęła. W tej samej chwili ktoś odebrał.

– Panna Pengelly? – Otrzymawszy potwierdzenie, kontynuowała. – Panno Pengelly, dzwonię w imieniu pana Hilliera, pana Camerona Hilliera…

Dwie minuty później skończyła rozmowę z miną wyrażającą coś pomiędzy rozbawieniem a poczuciem porażki.

– I co? – dopytywała się koleżanka.

– Wolałaby towarzystwo zdradliwego węża! Jak mam mu coś takiego powiedzieć?

Przy Camie Hillierze nie należało poruszać lekkich tematów czy wdawać się w czcze pogawędki, co dano jej do zrozumienia, zanim jeszcze ujrzała go na oczy. Agencja pracy tymczasowej ostrzegła, że to niezwykle wpływowy biznesmen, raczej trudny we współpracy, więc jeśli Liz ma jakieś zastrzeżenia, nie powinna nawet myśleć o tym stanowisku. Ostrzegli ją również, że do zadań osobistej asystentki może należeć tuszowanie różnych spraw.

Dawała sobie wcześniej radę z rozmaitymi ważnymi biznesmenami; w zasadzie miała do tego talent, natomiast nigdy dotąd nie musiała żadnemu zakomunikować, że jego partnerka woli obcować z wężem…

Obecny pracodawca różnił się od pozostałych jeszcze czymś. Był młody – najwyżej po trzydziestce – o wyjątkowo wysportowanej sylwetce oraz – no cóż, usłyszała te słowa z ust jego księgowej: „W nieokreślony sposób seksowny jak diabli”.

Dlaczego w nieokreślony? – zastanawiała się wówczas. Jest wysoki, szczupły i smukły, z szerokimi ramionami. Gęste ciemne włosy okalają twarz nieszczególnie przystojną, to prawda, ale z przenikliwymi oczami w kolorze głębokiego ciemnego błękitu. Samym taksującym spojrzeniem mógł wywołać dreszcz biegnący po kręgosłupie.

Właściwie, ku jej irytacji, musiała przyznać, że uległa potężnemu męskiemu urokowi Cama Hilliera. Nie potrafiła też wymazać z pamięci krótkiego epizodu, kiedy uświadomiła sobie ten fakt…

Pewnego gorącego dnia szli obok siebie zatłoczonym chodnikiem w Sydney. Cel podróży znajdował się zaledwie dwie przecznice od biura. Obok huczał ruch uliczny, wysokie budynki CBD górowały nad jezdnią jak ściany kanionu, a chodnikiem przepływały tłumy ludzi. Nagle obcas utknął jej między płytami nierównej nawierzchni. Straciła równowagę i byłaby upadła, gdyby jej nie złapał, przytrzymując za ramiona, dopóki nie odzyskała równowagi.

– Dzię-dziękuję – wyjąkała.

– Wszystko dobrze? – Popatrzył na nią, unosząc brew.

– Oczywiście – skłamała, bo z pewnością nie czuła się dobrze. Nie wiadomo dlaczego, dotyk jego rąk głęboko ją poruszył, głęboko poruszyła ją jego bliskość, wysoki wzrost, szerokie ramiona, gęste ciemne włosy.

Przede wszystkim jednak ogłuszyły ją narastające doznania w jej ciele. Zachowała na szczęście przytomność umysłu – szybko spuściła wzrok, uniemożliwiając odczytanie swoich reakcji. Rumieniec, czy jakąkolwiek inną oznakę oszołomienia, uznałaby za upokarzającą. Opuścił ręce i poszli dalej.

Od tego dnia szczególnie uważała, żeby w obecności szefa nie potknąć się i nie zrobić niczego, co mogłoby znowu tak ją poruszyć. Jeśli coś zauważył, nie dał po sobie poznać. To z pewnością pomagało. Nie pomagał za to wewnętrzny głos dający do zrozumienia, że przez tego właśnie mężczyznę nie chce być traktowana jak robot.

Doznała szoku, gdy myśl ta ujrzała światło dzienne. Łudziła się, że znienawidziłaby go za postępowanie niezgodnie z układem pracodawca – pracownik. Dlaczego się w ogóle nad tym zastanawia?!

W końcu określiła to zdarzenie mianem „chwilowego zaćmienia umysłu”, choć nie potrafiła zmusić się do całkowitego wyrzucenia go z pamięci.

Ku jej zdziwieniu, biorąc pod uwagę sprzeczne uczucia, których padła ofiarą, oraz odkrywczy fakt, że wkurzający szef unosił w uśmiechu jeden kącik ust, pracowała dalej z typową dla siebie intuicją.

Teraz się nie uśmiechał. Uniósł wzrok znad przeglądanych dokumentów i popatrzył na nią ironicznie.

– Panna Pengelly… – zaczęła nerwowo. „Panna Pengelly żałuje”? Z ręką na sercu nie mogła tego powiedzieć. „Panna Pengelly przesyła pozdrowienia”? Portia z pewnością nie to miała na myśli! – Hm… ona nie przyjdzie. Chodzi o pannę Pengelly – dodała na wypadek, gdyby nie zrozumiał.

Skrzywił się i zaklął pod nosem.

– Tak po prostu? – rzucił w kierunku Liz.

– E… mniej więcej. – Poczuła ciepło na policzkach.

Przyglądał jej się badawczo, po czym na ustach zagościł mu ten krzywy uśmieszek i prawie natychmiast zniknął, zanim na dobre się rozpoczął.

– Rozumiem – powiedział z powagą. – Przykro mi, jeśli poczuła się pani zażenowana, ale rzecz w tym, że… musi ją pani zastąpić.

– Nie ma mowy! – wypaliła, zanim zdążyła się powstrzymać.

– Dlaczego nie? To tylko przyjęcie.

– No właśnie – zdenerwowała się. – Dlaczego nie może pan iść sam?

– Nie lubię chodzić sam na przyjęcia. Zwykle oblegają mnie kobiety. Portia – oświadczył z rozdrażnieniem – świetnie odpierała niechciane zaloty. Na jej widok panie… – wzruszył ramionami – dochodziły do wniosku, że rywalizacja jest zbyt duża.

Liz zamrugała.

– Była jedynie…?

Przerwała, wykonując ruch ręką, jakby chciała powiedzieć „wycofuję to”.

– Niech pan posłucha, panie Hillier – oznajmiła zamiast tego. – Gdyby na moim miejscu znajdował się pański osobisty asystent, ten, którego zastępuję, jego nie mógłby pan zabrać, żeby odstraszał… potencjalne kandydatki.

– Zgadza się – potwierdził. – Ale Roger potrafiłby mi kogoś znaleźć.

Zacisnęła usta. Panienkę do towarzystwa, pomyślała z niesmakiem.

– No cóż, tego też nie mogę zrobić – odparła cierpko. Uderzyło ją, że zaczyna się bronić. – I z pewnością nie posiadam… kompetencji Portii Pengelly do odpierania desantów.

Wstał i obszedł biurko.

– No, nie wiem. – Przysiadł na rogu i zaczął się jej przyglądać, zwracając uwagę na spięte z tyłu włosy i rogowe oprawki. – Masz bardzo jasną karnację, prawda? – mruknął.

– A co moja karnacja ma z tym wspólnego? – zapytała zgryźliwie. Przyglądając się swojej eleganckiej, ale z konieczności prostej kremowej sukience z lnu, dodała: – W każdym razie nie jestem ubrana na przyjęcie!

– Może być. Właściwie jasnoniebieskie oczy, blond włosy i poważny strój przydadzą ci nieco aury Królowej Śniegu, na swój sposób równie skutecznej jak sama Portia.

Poczuła, jak dosłownie dusi się z gniewu. Musiała wziąć kilka głębokich oddechów. Pragnienie, by go spoliczkować i wyjść, niemal natychmiast zostało powściągnięte przez myśl, że w ciągu miesiąca, który zgodziła się przepracować u jego boku, dość dużo zarobi. Poza tym opuszczenie biura – nie wspominając już o policzku – skutkowałoby umieszczeniem znaku zapytania, i to nawet znacznych rozmiarów, w agencyjnych dokumentach …

Czekał, obserwując ją uważnie.

Wymamrotała coś pod nosem, a potem głośno, acz chłodno oświadczyła:

– Pójdę. Jednak wyłącznie na zasadzie służbowej… I potrzebuję kilku minut na odświeżenie się.

To, co ujrzała wówczas w jego oczach – szelmowski błysk rozbawienia – nie poprawiło jej nastroju, ale Cam już wstał, mówiąc:

– Dziękuję, panno Montrose. Doceniam ten gest. Spotkamy się w holu za piętnaście minut.

Umyła twarz i ręce w łazience dla pracowników. Wciąż kipiał w niej gniew i nie tylko. Poważnie znieważona, miała olbrzymią ochotę zrewanżować się tym samym!

Zapatrzyła się w swoje odbicie. Celowo do pracy wybierała eleganckie, lecz proste stroje. Zwykle ubierała się inaczej, dzięki temu, że jej matka znakomicie szyła. Jej dzieło, krótka kremowa sukienka, w którą była dziś ubrana, miała do kompletu jedwabny żakiet. W dodatku podczas przerwy na lunch odebrała go z pralni. Teraz wisiał na drzwiach łazienki.

Wyjęła go z foliowego pokrowca i założyła. Prezentował się zachwycająco i nietuzinkowo.

Na widok zmiany, jaką ujrzała w lustrze, uśmiechnęła się lekko. Bardziej przypominała teraz bywalczynię przyjęć niż dziewczynę z biura. Cóż, prawie. Wciąż się wahając, ściągnęła żakiet i starannie go odwiesiła.

Po chwili powzięła decyzję. Sięgnęła do spinek i wyciągnęła je z włosów. Opadły jasną, równo ściętą kurtyną nieco powyżej ramion. Odnalazła w torebce szkła kontaktowe. Następnie wyjęła kosmetyczkę i zbadała jej zawartość – w ciągu dnia nakładała lekki makijaż, więc nie miała zbyt wiele możliwości, ale znalazła cień, tusz i błyszczyk.

Spryskała się perfumami, uczesała włosy, po czym potrząsnęła głową, żeby nadać im lekko rozwichrzony charakter. Ponownie nałożyła żakiet, zapinając go na ukryte haftki.

Ostatni raz przyjrzała się sobie. Czy przypomina Królową Śniegu? Gdyby tylko wiedziała…

Kiedy weszła do westybulu, Cam Hillier stał do niej tyłem, rozmawiając z Molly. Zauważył zdziwiony wyraz twarzy sekretarki zerkającej gdzieś obok i odwrócił się na pięcie.

Przez chwilę nie rozpoznał Liz. Powtórnie zmierzył ją wzrokiem i cicho zagwizdał. Taka reakcja niezmiernie by ją usatysfakcjonowała, gdyby nie jedna rzecz. Dokładnie zlustrował jej sylwetkę, zatrzymując się dłużej na nogach. Po chwili znowu popatrzył jej w oczy, w sposób, w jaki mężczyzna daje kobiecie do zrozumienia, że właśnie myśli, jak by to było pójść z nią do łóżka.

Ku jej irytacji to niedwuznaczne spojrzenie ponownie wznieciło znajome doznania: przyspieszony oddech, pobudzenie zmysłów, świadomość piękna jego wysokiej sylwetki. Jedynie dzięki resztkom urazy powstrzymała rumieniec. Zamiast tego dumnie uniosła podbródek.

– Rozumiem – powiedział poważnie. Wsadził ręce do kieszeni spodni zanim dorzucił równie poważnie, choć prawdopodobnie całkowicie nieszczerze. – Przepraszam, jeśli panią obraziłem. Nie wiedziałem, że może pani tak wyglądać – innymi słowy, zachwycająco. Nie miałem też pojęcia, że potrafi pani ni stąd, ni zowąd wyczarować ubranie haute couture. – Przez chwilę podziwiał żakiet – No dobrze, chodźmy.

Do miejsca, gdzie odbywało się przyjęcie, dotarli w rekordowym czasie, częściowo dzięki mocy i zwrotności samochodu, grafitowego astona martina, a częściowo dzięki umiejętnościom Cama Hilliera oraz znajomości bocznych uliczek, co pozwoliło na uniknięcie tłoku w godzinach szczytu.

Liz powstrzymała się od kurczowego ściskania podłokietnika ani nie okazała w jakikolwiek sposób zdenerwowania, lecz gdy dojechali i wyłączył silnik, zauważyła: – Sądzę, że minął się pan z powołaniem. Powinien pan jeździć w Formule 1.

– Jeździłem. W zmarnowanej młodości – odparł swobodnie. – Znudziło mi się.

– Cóż, nie nazwałabym tej jazdy nudną. Tu nie wolno parkować, prawda?

Samochód stał na podjeździe tuż obok rezydencji ukrytej za wysokim murem, oświetlonej jak choinka – z pewnością miejscu przyjęcia.

– To nie problem – mruknął.

– A co, jeśli właściciel zechce wjechać lub wyjechać? – zapytała.

– Właściciela nie ma.

Znowu przyjrzała się okolicy. Byli w Bellevue Hill, jednym z najbardziej luksusowych przedmieść Sydney. Za chwilę weźmie udział w szykownym spotkaniu towarzyskim. Oba fakty nie wywarły na niej najmniejszego wrażenia.

– No, dobrze. – Sięgnęła do klamki. – Miejmy to już za sobą.

– Jedną chwilę – powiedział oschle. – Przyznałem, że mogłem panią obrazić, i przeprosiłem. A pani, za sprawą zachwycającej metamorfozy, z pewnością śmiała się ostatnia. Czy ma pani zatem jakiś powód, żeby marszczyć czoło z taką dezaprobatą? Jak niania lub guwernantka?

Zaniemówiła, zaczerwieniwszy się lekko.

– Co dokładnie się pani nie podoba?

– Jeśli naprawdę chce pan wiedzieć…

– Chcę – zapewnił.

Otworzyła usta, ale zaraz przygryzła wargę.

– Nieważne. Nie do mnie należy oceniać. Już! – Otworzyła szeroko oczy, wyprostowała plecy, ściągając łopatki, i ostrożnie założyła włosy za uszy. Wykonała kilka ćwiczeń na mięśnie twarzy. W końcu zwróciła się w jego stronę. – I jak?

Przez dłuższą chwilę wpatrywał się nią bez wyrazu i stała się rzecz dziwna. W niewielkiej przestrzeni samochodu połączyła ich bynajmniej nie dezaprobata, a świadomość bliskości drugiej osoby. Liz ponownie dostrzegła szerokie ramiona rysujące się pod grafitową marynarką. Zauważyła niewielkie linie wokół ust, poważne spojrzenie ciemnoniebieskich oczu oraz sposób, w jaki się w nią wpatrywał… Rozbierał ją wzrokiem, co przyprawiało ją o gęsią skórkę. Ponieważ siedzieli tak blisko, zaczęła sobie wyobrażać obejmujące ją ramiona, miękkość włosów pod palcami, dotyk ust.

Odwróciła się gwałtownie. Bez słowa otworzył drzwi. Zrobiła to samo, wysiadając bez jego pomocy.

Chociaż zdawała sobie sprawę, że weźmie udział w eleganckim przyjęciu, po przekroczeniu progu zaparło jej dech w piersi. Szeroki korytarz wyłożony kamiennymi płytami prowadził na najwyższy z trzech tarasów, ze wspaniałym widokiem na zatokę w Sydney skąpaną w resztkach dziennego światła.

Natychmiast obok nich pojawił się kelner ubrany w smoking i białe rękawiczki, proponując szampana. Miała odmówić, ale Cam po prostu włożył jej kieliszek w dłoń. Gdy tylko to zrobił, dostrzegli panią domu – wysoką, atrakcyjną kobietę w długiej różowej sukni z szerokim pasem, kapiącą złotem i brylantami. W srebrzystych włosach połyskiwały różowe pasemka.

– Mój drogi Cam – wpadła w zachwyt, podchodząc do nich. – Myślałam, że już nie przyjdziesz! – Zwróciła się w stronę Liz i brwi podjechały jej w górę. – A to kto?

– Narelle, to jest Liz Montrose. Liz, przedstawiam ci Narelle Hastings.

– Bardzo mi miło – wymamrotała Liz, wyciągając rękę.

– Mnie również, moja droga, mnie również – odparła szybko Narelle, z wprawą mierząc ją wzrokiem. Zauważyła nie tylko jasną cerę, ale i stylowy ubiór. – Zatem zajęłaś miejsce Portii?

– W żadnym wypadku – sprostował Cam. – Portia zmieniła zdanie na mój temat, a ponieważ Liz zastępuje Rogera, który przebywa na chorobowym, wolałem zmusić ją do pójścia ze mną niż przyjść bez partnerki. I tyle.

– Kochanie – powiedziała do niego czule – mów, co chcesz, nie oczekuj jednak, bym uwierzyła ci na słowo. A ty, dziewczyno, jesteś zbyt śliczna jak na sekretarkę. Twój szef też jest niezły na swój własny sposób. I o to właśnie chodzi. A przy okazji – zwróciła się ponownie do Cama – jak tam Archie?

– Kłębek nerwów. Szczeniaki Wenonah przyjdą na świat lada dzień.

Narelle zachichotała.

– Pozdrów go ode mnie. O! Wybaczcie! Jeszcze kilku spóźnialskich. I nie zapomnij, Liz – rzuciła na odchodnym – życie nie składa się wyłącznie z pracy, hulaj więc z Camem, póki się da!

– Narelle bywa trochę ekscentryczna – stwierdził Cam, gdy się oddaliła.

– Tak czy inaczej, wiedziałam, że to zły pomysł – oświadczyła ponuro Liz.

Popatrzył na nią badawczo.

– Moim zdaniem nie ma się czym przejmować.

– Nie twoja reputacja może ucierpieć – odcięła się w końcu. – Swoją prawdopodobnie… – przerwała.

– Zrujnowałem lata temu? – zasugerował.

Skrzywiła się. Odwróciła wzrok, wyobrażając sobie poniewczasie czarne znaki zapytania w swoich dokumentach. „Nie doszło właściwie do wymiany ciosów z tymczasowym pracodawcą, ale panna Montrose znieważyła go, wątpiąc w jego reputację…”

– Co za niesamowite miejsce – odezwała się, przybierając lekki ton, i upiła szampana. – Czy to przyjęcie na cele dobroczynne?

Uniósł brwi ze zdziwienia na tę zmianę tematu, lecz po chwili na jego twarzy pojawiło się rozbawienie.

– Nie sądzę. Narelle nigdy nie potrzebuje wymówki, by urządzić przyjęcie. Jest czołową przedstawicielką miejscowej śmietanki towarzyskiej.

– Doprawdy… interesujące – zauważyła uprzejmie.

– Nie podoba ci się pomysł wydawania przyjęcia bez powodu?

– Tego nie powiedziałam. Jeśli cię stać… – umilkła i wzruszyła ramionami.

– Choć tego nie powiedziałaś, zapewne pomyślałaś. Swoją drogą, tak się składa, że Narelle to moja cioteczna babka.

Liz zrobiła ponurą minę. Upiła następny łyk szampana.

– Dziękuję.

Spojrzał na nią pytająco.

– Za wyjaśnienia. Ja… czasami mówię bez zastanowienia – przyznała. – Natomiast nigdy nie obraziłabym czyjejś ciotecznej babki.

Tym razem zamiast unieść kącik ust, wybuchnął śmiechem.

– Co w tym zabawnego?

– Nie jestem pewien. – Opanował się, lecz wciąż wyglądał na rozbawionego. – Potwierdzenie moich podejrzeń? Że potrafisz mówić bez ogródek. Albo fakt, że z jakiegoś powodu uważasz cioteczne babki za święte?

– Przyznaję, moje słowa zabrzmiały nieco dziwacznie, ale wiesz, o co mi chodzi. Ogólnie rzecz biorąc, nie lubię rozmawiać na tematy prywatne.

Przyjął to sceptycznie, postanowił jednak nie drążyć tematu.

– Narelle umie zadbać o siebie lepiej niż większość osób. Jakim cudem z taką łatwością radzisz sobie na stanowisku wymagającym wielkiej dyplomacji, mając problem z przesadną szczerością w wyrażaniu opinii?

– Tak, cóż, czasami sama się sobie dziwię – wyznała. – Chociaż mówiono mi, że stanowi to miłą odmianę. Oczywiście, staram się hamować.

– Aczkolwiek nie przy mnie? – zasugerował.

Wpatrzyła się w kieliszek. Po chwili upiła następny łyk.

– Szczerze mówiąc, panie Hillier, nigdy przedtem nie poproszono mnie o przekazanie wiadomości mówiącej, że… hm… przyjaciółka pracodawcy wolałaby obcować ze zdradliwym wężem niż znosić jego towarzystwo na przyjęciu.

Cicho zagwizdał.

– Musiało ją coś rozzłościć!

– Tak, ty. Potem stwierdziłeś, że nie możesz iść na przyjęcie sam, bo rzucą się na ciebie kobiety. Z tym miałam niejaką trudność…

– Chodzi o pieniądze – wtrącił.

– Czyżby? Powtarzając za twoją ciotką, nie oczekuj, bym uwierzyła ci na słowo – zapewniła z otwartą ironią, po czym prawie podskoczyła, gdy błysnął flesz. – Dodajmy do tego, że z dużą dozą prawdopodobieństwa od teraz będziemy przedstawiani jako para. Do tego wszystkiego dorzućmy śmiertelnie niebezpieczną jazdę bocznymi uliczkami Sydney. Dziwi cię, że nie potrafię utrzymać języka za zębami?

– Raczej nie – przyznał. – Chciałabyś niezwłocznie zrezygnować z pracy?

– Prawdę mówiąc, nie. Potrzebuję tych pieniędzy. Byłabym zobowiązana, gdybyśmy po prostu wrócili do stałych godzin pracy i codziennego obłędu, który wiąże się z moim stanowiskiem.

Przez chwilę zastanawiał się nad tym.

– Ile masz lat i jak dostałaś tę pracę? Mam na myśli pracę w agencji.

– Dwadzieścia cztery. Ukończyłam zarządzanie jako najlepsza w grupie, choć zapewne trudno w to uwierzyć.

Zmrużył oczy.

– Wierzę. Zdałem sobie sprawę, że masz głowę na karku, na samym początku naszych relacji. Relacji służbowych – dodał, bo wyglądała na gotową do podjęcia polemiki. – Widziałem, jak podchodzisz do problemów.

– Och? – Zaskoczył ją. – Jak to?

– Pamiętasz ofertę Fortune’a, tę niekompletną, dotyczącą wprowadzenia do obrotu owoców morza? Pierwszego dnia praktycznie rzuciłem ci ją na kolana i kazałem coś z tym zrobić.

Kiwnęła głową.

– Pamiętam – potwierdziła beznamiętnie.

Uśmiechnął się.

– Rzuciłem cię na głęboką wodę, żądając czegoś, co tak naprawdę nie należało do twoich obowiązków. Zauważyłem jednak, że ją przeglądasz, a potem usłyszałem, jak dzwonisz do Fortune’a i proponujesz poprawki. Zaimponowałaś mi.

Ponownie upiła szampana.

– Cóż, dziękuję.

– Molly poinformowała mnie, że uważasz się za speca od komputerów.

– Nie bardzo, ale lubię komputery – odparła.

– Nasuwa się pytanie, dlaczego pracujesz dorywczo, zamiast wyrabiać sobie pozycję zawodową – powiedział z zastanowieniem.

Odwróciła głowę. Kilka par zaczęło tańczyć i nagle poczuła trawiące ją pragnienie, żeby móc robić to, co chce: mieć partnera do tańca, do rozmów, do dzielenia się różnymi sprawami. Kogoś, dzięki komu jej brzemię byłoby lżejsze i użyłaby trochę życia. Tak dawno nie tańczyła, tak dawno nie pozwoliła włosom zaznać swobody, zapomniała, jak to jest…

Niczym przyciągnięty magnesem jej wzrok znów powędrował w kierunku towarzysza, napotykając pytające spojrzenie. Przez jedną niezwykłą chwilę sądziła, że poprosi ją do tańca. Wyobraziła sobie, jak wpada w jego ramiona i pozwala ciału płynąć w rytm muzyki.

Czy zgadł, w którą stronę podążają jej myśli? A jeśli tak, to w jaki sposób? Czy teraz, kiedy zobaczył w niej kobietę, a nie robota, powstała pomiędzy nimi więź, nie tylko na płaszczyźnie fizycznej, ale i psychicznej?

Przebiegł ją dreszcz niepokoju, więc odwróciła głowę. Nie chciała związku z mężczyzną, prawda? Nie chciała znów przez to przechodzić. Chyba zwariowała, pozwalając Camowi kpiną sprowokować się do pokazania, że nie można jej traktować jak biurowy mebel.

Próbując zerwać tę psychiczną więź, uczepiła się pierwszej rzeczy, jaka przyszła jej na myśl…

– Kim jest Archie?

– To mój siostrzeniec.

– Miłośnik zwierząt?

– Jak najbardziej.

Poczekała chwilę, jednak stało się jasne, że Cam nie ma już nic więcej do powiedzenia na temat swojego siostrzeńca. Wyprostowała się więc i rozejrzała po tłumie gości.

Nagle coś przykuło jej uwagę i ze zdumieniem wpatrzyła się w wysoką postać stojącą po drugiej stronie tarasu. Postać mężczyzny, który kiedyś był dla niej całym światem. Odwróciła się gwałtownie i wręczyła szefowi swój kieliszek.

– Wybacz – powiedziała pospiesznie – ale muszę… muszę iść do łazienki. – Odwróciła się na pięcie i zniknęła w głębi domu.

Nigdy nie potrafiła wyjaśnić, w jaki sposób udało jej się zgubić w rezydencji Narelle Hastings. Znalazła łazienkę i spędziła w niej bezużyteczne dziesięć minut, próbując się uspokoić. Była tak wytrącona z równowagi, że nie mogła zebrać myśli. Wyszła z łazienki zdecydowana dyskretnie opuścić dom, przyjęcie, Cama Hilliera, towarzystwo. Niemal wpadła na Narelle żegnającą kilku gości. Odwróciła się szybko, przeszła przez kilka pomieszczeń, aż znalazła się w kuchni, na szczęście pustej, choć prawdopodobnie nie na długo. Nieważne, wymknie się tylnymi drzwiami!

Tylne drzwi stanowiły obiecującą perspektywę – podwórze i wysoki mur z bramą. Świetnie! Tylko że, gdy do niej dotarła, okazała się zamknięta.

Nagle usłyszała głosy dochodzące z rezydencji. Zabrakło jej odwagi, by wrócić do kuchni. Przeanalizowała możliwości. Próba przedostania się przez mur wychodzący na ulicę nie miała sensu – na pewno by na kogoś wpadła. Sąsiedni dom natomiast, również ukryty za murem, to posiadłość, gdzie Cam zaparkował samochód, ta sama, której właściciel, według niego, wyjechał. Z pewnością ten mur stanowi lepszą opcję.

Zesztywniała na dźwięk otwieranych drzwi i ukryła się w cieniu. Pojawił się pomocnik kucharza, wyrzucił śmieci do zielonego pojemnika na kółkach i z łoskotem zamknął pokrywę. Nie zauważył jej, wrócił do środka, zatrzaskując drzwi. Użycie kosza na śmieci podsunęło jej pomysł.

Na moment zamknęła oczy, a po chwili popędziła do pojemnika, przytaszczyła go pod mur, zdjęła buty i przerzuciła na drugą stronę. Zarzuciła torebkę na ramię i podciągając sukienkę, weszła na pojemnik. Przejście od strony Narelle okazało się łatwe. Zejście po drugiej stronie nie było już takie proste. Musiała przytrzymać się krawędzi muru i odgadnąć, ile jej brakuje do ziemi.

Zaledwie jakieś trzydzieści centymetrów, lecz lądując straciła równowagę i upadła. Właśnie wstawała, oglądając podarte rajstopy i otarcie na kolanie, kiedy, przy dźwięku samochodowego silnika, brama podjazdu zaczęła się otwierać.

Wyprostowała się i utkwiła spojrzenie w parze reflektorów, czekając na nieuchronne. Długi, niski lśniący samochód przejechał ostrożnie przez bramę i stanął obok niej.

Szyba od strony kierowcy opuściła się bezdźwięcznie. Liz pochyliła głowę, a wtedy jej wzrok zderzył się ze wzrokiem mężczyzny za kierownicą. Wszystkie kawałki układanki wskoczyły na swoje miejsce…

– Och, rozumiem – powiedziała gorzko. – Ty jesteś właścicielem tej posiadłości. Dlatego wiedziałeś, że można bezpiecznie parkować na podjeździe!

– Szybko do tego doszłaś – zgodził się Cam Hillier z wnętrza grafitowego astona martina. – Ale co ty wyrabiasz, stanowi dla mnie zagadkę.

Tytuł oryginału: The Girl He Never Noticed

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2011

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2011 by Lindsay Armstrong

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2013, 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-3384-2

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.