Złowić cień -  Andrzej Szczypiorski - ebook

Złowić cień ebook

Andrzej Szczypiorski

0,0

Opis

[PK]

Bohaterowie tej książki żyją, mają wyraźne kontury, głębie duchową. "Die Weltwoche", Zurich

Ta powieść pełna jest delikatnej poezji, przywodzi na myśl sceny i obrazy z Tomasza Manna. " Suddeutsche Zeitung", Monachium

Jest w tej powieści sens metafizyczny tak dojmujący i głęboki jak u Melville'a. "Newsday", Nowy Jork

Nie ma przesady w twierdzeniu, ze obok Kundery jest Szczypiorski najważniejszym pisarzem Wschodniej Europy. "Library Journal", Waszyngton

"Złowić cień" odgrywa szczególną rolę w twórczości Szczypiorskiego. Najpełniej ukazuje jego pisarstwo i humanizm... Jest w tej książce delikatność uczuć, piękno i głębia. Ukazuje świat już nie istniejący, a tak bardzo godny zapamietania..."The New York Times Book Review", Nowy Jork

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych. 

 ISBN 83-85954-06-6

Książka dostępna w zasobach:

Miejska Biblioteka Publiczna w Słupsku

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 175

Rok wydania: 1993

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Andrzej Szczypiorski

w

BIBLIOTECE DIOGENESA

Początek Noc. dzień i noc I ominęli Emaus Czas przeszły Msza za miasto Arras Za murami Sodomy

BIBLIOTEKA DIOGENESA

Ostatnio ukazały się:

Andrzej Szczypiorski: Noc, dzień i noc Andrzej Szczypiorski: I ominęli Emaus Andrzej Szczypiorski: Początek Andrzej Szczypiorski: Czas przeszły Andrzej Szczypiorski: Msza za miasto Arras Maria Chmielik: Mała Wiera Urs Widmer: Błękitny syfon Patrick Suskind: Kontrabasista

Złowić cień

Andrzej Szczypiorski

Złowić cień

Projekty obwoluty, okładki i stron tytułowych Piotr Sikorski

Na obwolucie wykorzystano fragment obrazu Władysława Podkowińskiego „Pejzaż — Chrzesne" 1892 ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie

© COPYRIGHT by Andrzej Szczypiorski 1976

Redaktor: Ewa Bosacka Korekta: Agnieszka Olejniczak

MBP Słupsk Filia nr 6

rj) i -> 0

6-31585

6-31585

6-31585

ISBN 83-85954-06-6

Kantor Wydawniczy SAWW, Poznań, ul. Ludmiły 56 Druk: Zakłady Graficzne w Poznaniu Poznań, ul. Wawrzyniaka 39 Zam. nr 71589/93

Obudzono go o szóstej. Za oknem świeciło słońce, śpiewały ptaki. Ranek był ciepły, zapowiadał się upalny dzień.

Gdy otworzył oczy — myśl, że oto nadszedł z dawna oczekiwany moment, kazała mu gwałtownie zacisnąć powieki. Bał się, że to jednak sen... Potem wyskoczył z łóżka, bosymi stopami klaskał po lśniącej, zaciągniętej woskiem posadzce. Mył się szybko, nagle każda chwila stała się cenna. Spojrzał w lustro nad umywalką i zdziwił się własnej bladości. Patrzyły na niego duże, piwne oczy ocienione gęstymi rzęsami. Czoło miał dość wysokie, nad nim ciemną, bujną czuprynę. Dawniej lubił wplatać w nią palce, powalane atramentem.

W łazience stał piec kąpielowy ceglastego koloru, smukły, przepasany metalową obręczą, wsparty o posadzkę dwiema niedźwiedzimi łapami. Powierzchnia pieca była gładka, chłodna — i chłopiec przywarł do niej policzkiem.

Potem śniadanie w rodzinnym gronie. Ojciec jadł milcząco, jak zwykle zajęty swymi tartinkami, które starannie smarował masłem, przyozdabiał wędliną, szczypiorkiem, niekiedy nawet rzeżuchą — a następnie zajadał ze smakiem, posługując się nożem i widelcem, co chłopca zwykło wprawiać w pełen zakłopotania podziw. Matka, jak zawsze nerwowa, z trudem narzucająca sobie cierpliwość i spokój, rozdygotana wewnętrzną energią, której nigdy nie umiała spożytkować — piła niechętnie herbatę, dziobała okruszyny bułki z konfiturą, przy czym jej język, różowy i wąski, pojawiał się nagle na wargach, co napawało chłopca lękiem.

Wszystko w pokoju jadalnym było lśniące i jakby nasiąknięte przez światło. Być może odniósł takie wrażenie, bo nigdy dotychczas nie jadali śniadania o tak wczesnej porze i nie przywykł do tej gwałtownej lawiny słońca wpływającej przez okna. Słońce leżało na posadzce i dywanie, prześwietlało kryształy w kredensie, a gdy położył dłoń na obrusie, poczuł nieznane ciepło wczesnych promieni.

O siódmej ojciec wstał od stołu, otarł wargi serwetką, zapalił cygaro i, trzymając je między zębami, podszedł do smukłego zegara w rogu pokoju. Otworzył szafkę i jął nakręcać mechanizm. Łańcuch zazgrzytał, złociste ciężarki uniosły się w górę. Odezwało się siedem uderzeń. Ojciec pociągnął cygaro i niebieskawy dym spowił jego głowę. Wtedy matka, jakby tknięta jakimś rozpaczliwym przeczuciem, zerwała się z krzesła, pogładziła czuprynę chłopca i wybiegła z jadalni. Słyszał stukanie jej obcasów w głębi mieszkania, potem wysoki, ptasi głos domagający się od pokojowej kapelusza oraz flakonu wody kolońskiej.

Kwadrans po siódmej wyruszyli z domu. Słońce mocno już przygrzewało, przed bramą kamienicy czekały dwie dorożki, bo mieli sporo bagażu. Asfalt jezdni — rozgrzany wczorajszym upałem i wychłodzony w ciągu nocy — pocętkowany był śladami kopyt i opon samochodowych. Pachniało smołą, suszą, nagrzanym kamieniem.

W pierwszej dorożce usadowili się rodzice, w drugiej zaś chłopiec ze służącą i resztą tobołów. Dozorca kamienicy, zwalisty, stary człowiek, żegnał ich ukłonem i uchyleniem kaszkietu.

Kopyta końskie klaskały na asfalcie, dorożki toczyły się szybko, bo ruch panował niewielki. Przejechali przez most, pod nimi płynęła rzeka, żółtawa, szeroka i płytka z powodu długotrwałych upałów. Środkiem rzeki ciągnęła się łacha piasku połączona z lądem kamienną groblą, na której chłopiec dojrzał sylwetki wędkarzy.

Przybyli na dworzec we właściwym czasie i mogli bez pośpiechu ulokować się w przedziale czekającego na odjazd pociągu. Pachniało kurzem i pożegnaniem. Matka powiedziała:

— Jakież te wagony są brudne.

— Są raczej smutne — odrzekł ojciec. Siadł przy oknie i starannie zapalał cygaro. Wtem na peronie zjawił się elegancki oficer. Gdy szedł, jego ostrogi podzwaniały. Zaglądał do przedziałów, zadzierając głowę. Ujrzawszy ojca, zatrzymał się i zasalutował. Ojciec opuścił szybę okienną, matka wydała radosny okrzyk, także wychyliła się z okna, podała oficerowi dłoń do pocałowania. Za oficerem zjawił się ordynans objuczony walizami. Ten ordynans stał później na korytarzu przez cały czas podróży...

— Witam, kawalerze — zawołał oficer, gdy wszedł do przedziału, zwracając się do chłopca. A potem dodał, już do rodziców:

— Jak ten czas leci. Krzyś zmężniał, zmienił się nie do poznania. Ile ty masz lat, Krzysiu?

— Piętnaście — odparł chłopak. Nie pamiętał oficera. Tak wiele osób przewijało się przez dom jego rodziców.

— Za kilka lat wezmę cię do swego pułku! — wykrzyknął oficer.

— Na całe szczęście on się nie nadaje do armii — powiedziała matka. — Jest taki kruchy...

— Jest silny i zdrów — powiedział ojciec.

— Co za absurd — powiedziała matka.

W przedziale było duszno mimo otwartych okien. Rozlokowali się jednak wygodnie, ojciec i chłopiec przy oknie, matka i oficer w głębi. Służąca siedziała milcząco przy drzwiach, a za drzwiami stał or-dynans i pocił się.

Wreszcie pociąg ruszył. Za oknami przesuwały się brzydkie, podmiejskie krajobrazy, jakieś szopy, ogródki działkowe, domki sczerniałe od sadzy, byle jak sklecone budy. Drożynami pomiędzy zabudową toczyły się furmanki zaprzężone w kosmate, chude koniki, a w cieniu przekwitłych bzów i akacji wylegiwały się psy. Potem miasto znikło i pociąg pędził wśród nisko położonych łąk, równych jak stół, zalanych letnim słońcem, pozbawionych cienia.

Ojciec i oficer mówili o sytuacji światowej. Ojciec rzekł:

— A jednak nie opuszcza mnie dojmujący niepokój...

— Proszę mi zaufać, doktorze — odparł oficer.

Naprawdę nie ma powodów do obaw. Hitler został osaczony.

— Nie wierzę Francuzom — rzekł ojciec — są tacy wygodni.

— Mamy sojusz z Anglią.

To prawda — rzekł ojciec — mamy sojusz z Anglią.

W jego głosie pobrzmiewało zmęczenie. Matka nacierała skronie wodą kolońską.

— Błagam panów, nie mówmy o wojnie — powiedziała. — Przeżyliśmy już dwie, to powinno wystarczyć naszemu pokoleniu.

Nagle, z niepokojem i czułością, spojrzała na chłopca.

— Krzysiu — rzekła — zgrzałeś się, złotko.

— Nie — odparł chłopiec.

Oficer drażnił go. Może dlatego, że nigdy — nawet w najmłodszych latach — nie chciał być oficerem. Takie istnienie wydawało mu się czymś niedokończonym. W swych dziecięcych zabawach bywał niekiedy naczelnym wodzem, niekiedy prostym żołnierzem w okopach, nigdy jednak oficerem, którego nie potrafił po prostu umiejscowić na polu bitwy. Oficer — była to dla niego osoba bez roli.

Pociąg zadudnił na wiadukcie, potem znów biegł pośród łąk. Chłopca męczyło pragnienie. Dorośli rozmawiali. Znów wynikł spór o wojnę — czy jest możliwa, czy też zgoła wykluczona. Chłopiec drzemał. Śnił mu się staw, łódka, on w łódce, zupełnie sam, o zmroku, w chwilę po zachodzie słońca. Śniło mu się, że jest szczęśliwy, ale wiedział, że to tylko sen. Bo na jawie nigdy nie odczuwał zupełnego szczęścia. Chyba w ciemności, po zgaszeniu lampy, tuż przed zaśnięciem, gdy jego myśli stygły w kompletnej izolacji od świata, gdy czuł się naprawdę sam, jedyny na całej planecie. Wtedy mówił do siebie, z głębokim przekonaniem, następujące słowa:

— Kocham cię, Boże. Kocham cię, mamo. Kocham cię, tato. Kocham cię, Berto.

Berta była to suka, która zdechła niedawno ze starości, towarzyszka jego dzieciństwa. Następnie zaś dodawał jeszcze:

— Kocham cię, babciu. Kocham cię, Krzysiu...

I odczuwał odrobinę wstydu, że sam siebie kocha. I właśnie wtedy doznawał wielkiego szczęścia. I zasypiał. Pogodzony, jak nigdy w ciągu dnia.

Pociąg zwalniał, słychać było głuche dudnienie podkładów, wreszcie wagony wtoczyły się na peron niewielkiej stacji. Rozległy się głosy sprzedawców słodyczy, wody sodowej, lodów, obwarzanków.

Chłopiec milczał. Wiedział, że nie pozwolą mu pić wody od dworcowego sprzedawcy. Matka chłopca wierzyła w mikroby. On nie wierzył w nic, poza Bogiem i miłością.

Rozmowa dorosłych przygasała, gęsty, ciężki upał kneblował usta. W przedziale zapadła cisza, pociąg ruszył w dalszą drogę — i znów stukały miarowo podkłady, a co pewien czas rozlegał się przenikliwy gwizd lokomotywy...

Najbardziej lubił niedzielne popołudnia, które — jak daleko sięgał pamięcią — spędzał w domu babki. Niekiedy zastanawiał się, cokolwiek leniwie, dlaczego jest tak przywiązany do tych cichych, samotnych godzin poobiednich. Obecność babki nie była mu potrzebna. Nawet z pewną radością przyjmował jej odejście w głąb ciemnego, trochę zapuszczonego mieszkania, gdzie oddawała się pracom, trochę śmiesznym, a trochę rozczulającym. Na białych, lnianych chustach haftowała kwiaty i fantastyczne ptaki mieniące się zdumiewającymi kolorami.

W tym czasie przesiadywał samotnie w obszernej jadalni.

Dom, w którym mieszkała babka, był stary, wilgotny i mroczny. Zajmowała mieszkanie na pierwszym piętrze oficyny oddzielonej od frontowej kamienicy ciemnym podwórzem pełnym gruchających gołębi. Ulica była śródmiejska, ale mało uczęszczana, rzadko pojawiali się tu przechodnie, jeszcze rzadziej pojazdy.

Pokój jadalny — inaczej niż w domu rodziców — wydawał mu się zawsze ciemny, chłodny, a przez to ogromny. Na ścianach wykładanych tapetami koloru dojrzałej wiśni — wisiały obrazy w ciężkich, złoconych ramach. Płótna były sczerniałe od starości, nie potrafił rozróżnić rysunku malowideł, poza jednym, które przedstawiało łódź na wzburzonym morzu. Pod chmurnym, niemal granatowym niebem przewalały się bałwany, a na fali płynęła łódź z wzdętymi żaglami. Widział sylwetki ludzi na jej pokładzie, ale nie mógł rozróżnić ich twarzy. To napawało go lękiem i nabożnym skupieniem. Nie chciałby być jednym z tych nieszczęśników wydanych na łup żywiołu — i myślał nieraz z rozczuleniem o ich niepewnym losie. Czy dopłynęli do przystani, gdzie czekały zatrwożone rodziny? Czy też poszli na dno, a wszelki słuch o nich zaginął?

Inne obrazy w jadalni nie zaprzątały tak bardzo jego myśli. Lubił jednak przyglądać się portretowi ślicznej panny o jasnych włosach i rumianych policzkach, odzianej w pąsową suknię i kapelusz ocieniający twarzyczkę. Wiedział, że był to dziewczęcy portret jednej z jego ciotek, imieniem Magdalena, miłej i kochanej cioci, osoby pulchnej, trochę nazbyt gadatliwej, która odwiedzając ich dom, obsypywała go zawsze pocałunkami i mnóstwem słodyczy... Bawił go wyraz oczu ciotki na portrecie — dziecinny i zarazem skupiony, jakiego nigdy nie dostrzegał w oczach tej dobrej, korpulentnej pani.

Lecz prawdę mówiąc — najchętniej siadywał nieruchomo na krześle, przy wielkim, dębowym stole, podpierał brodę dłońmi i oddawał się dziwacznym myślom. Zawsze był tym mile zaskoczony, niemal olśniony! Oto przez cały tydzień jego umysł zajęty był rozmaitymi sprawami dotyczącymi szkoły, kolegów, zabaw i rozrywek — aż tu nagle, w niedzielne popołudnie, w jadalni babki, stawał się całkiem innym chłopcem. Z utęsknieniem czekał na te chwile, które uważał za swoją tajemnicę...

Ach, jak pysznie mu się myślało przy tym wielkim, dębowym stole! Wszędzie panowała cisza, dzwoniąca w uszach, przetykana tylko niekiedy odległym stukiem kopyt końskich na ulicy, gruchaniem gołębi za oknem albo nagłym uderzeniem zegara wybijającego kwadranse. Wtedy był sam. I to uczucie samotności wydawało mu się piękne i bezcenne, choć doznawał też jakiegoś lęku. Spoglądał na wiśniowe ściany, na ciężkie, nieruchome meble, które wydawały mu się uśpionymi zwierzętami, na nieprzeniknione płótna w złoconych ramach. Brał do rąk stare karty pocztowe, których mnóstwo leżało na kredensie, i wpatrywał się w dziwne krajobrazy — nieznane góry i plaże nadmorskie, budynki stacji kolejowych albo hotele na zboczach zielonych pagórków, gdzie starannie wyrysowana strzałka wskazywała okno pokoju, w którym kiedyś przemieszkiwał nadawca karty. Był ciekaw, jak wyglądali owi ludzie, z czasów, gdy babka otrzymywała przesyłki ze świata. Bez trudu odnajdywał ich wizerunki. Pośród rupieci, nagromadzonych w szufladach kredensu, natykał się na kartonowe fotografie smukłych dam w ogromnych kapeluszach ozdobionych piórami oraz panów w obcisłych mundurach nie istniejących już armii. Odnajdywał tam także fotografie samochodów, śmiesznie prostokątnych, o których myślał, że nie były w stanie się poruszać. Obok tych dziwacznych machin dostrzegał panów w kaszkietach i wielkich rękawicach ze skórzanymi mankietami aż po łokcie, wąsatych, sztywno wyprostowanych albo opierających zgiętą w kolanie nogę na szerokim stopniu automobilu.

Bardzo lubił te chwile pozornej bezmyślności, kiedy obcował z niepojętą, odległą przeszłością, ze światem nieznanym, istniejącym bez niego i poza nim. Doznawał wtedy jakiegoś słodkiego uczucia i wiedział, że to właśnie myśl o przemijaniu jest mu tak droga. W takich chwilach — i tylko w owej jadalni, w niedzielne popołudnie, w mroku i ciszy pustego dnia lata — myślał także o Bogu. Zdawał się wyczuwać Jego obecność wokół siebie, choć nie był tego pewny. Dręczyła go myśl, co było jeszcze wcześniej, przed owymi panami w sztylpach i kamaszach, przed owymi damami o smukłych sylwetkach, zawsze osłaniającymi twarze parasolkami, aby się uchronić przed słońcem. I co było jeszcze wcześniej, tam gdzieś po drugiej stronie ciemnej powierzchni obrazów, na których już nic nie można było zobaczyć. A także dręczyła go myśl, co będzie później, za lat sto, dwieście albo dwieście tysięcy. Lecz gdy starał się zagłębić w tę czeluść czasu — doznawał zawrotu głowy, osaczał go lęk, szeroko otwierał oczy i już nie chciał dłużej myśleć...

Lubił też ogromnie to wszystko, co w niedzielę poprzedzało wizyty u babki. Być może właśnie owe przedpołudnia najbardziej przyciągały jego uwagę podczas całego tygodnia.

Sypiał w niedzielę dłużej niż co dzień, ale nigdy nie potrafił zrozumieć kolegów, którzy odnajdywali przyjemność w wylegiwaniu się niemal do południa. Już o dziewiątej był na ulicy. Przyglądał się niebu. Drażniło go zawsze, że jego niedziela, jego plany niedzielne — uzależnione są od potężnych sił, na. które nikt nie miał wpływu. Pogodne niebo przyjmował z ulgą i wdzięcznością. Chmury irytowały go, deszcz przygnębiał. Nie lubił deszczu, inaczej niż wielu jego rówieśników. Nie odnajdywał żadnej przyjemności w brodzeniu po kostki w kałużach albo wystawianiu twarzy na ulewę. Mokra koszulka przylegająca do ciała sprawiała mu przykrość. Lubił czystość, ciepło i łagodny wiatr.

Należał do tych dosyć licznych na świecie chłopców, którzy nie cenią zbyt wysoko uroków zimy. Często myślał o południowych krainach, gorących i prześwietlonych blaskiem słońca, gdzie suche wiatry poruszają liśćmi palm. Słyszał szum tych liści, który mu przypominał postukiwanie płatów blachy.

Lubił chodzić boso po nagrzanym piasku, co niestety dość rzadko mu się przytrafiało. Lubił też pot, spływający wąską, ciepłą strużką wzdłuż pleców, i suchość w gardle. Zima wydawała mu się zawsze czymś ciężkim, zdyszanym i sztywnym.

Więc radował się w niedzielny ranek, gdy niebo było czyste, a słońce świeciło pogodnie. Wtedy szedł na spotkanie z babką. Ludzie na ulicach byli odświętnie ubrani, poruszali się z pewnym dostojeństwem i spokojem, czego nigdy nie dostrzegał w cieniu dni powszednich. Dziewczynki miały kokardy we włosach i starannie zaplecione warkocze. Chłopcy paradowali w świeżo odprasowanych spodenkach i białych, czyściutkich koszulach. Na rogach ulic, tu i ówdzie, czekały na pasażerów dorożki. Lubił zapach tych postojów. Był to zapach odległy i nierzeczywisty, ten sam, który go otaczał, gdy czytał powieści o przygodach średniowiecznych rycerzy.

Konie parskały raźno, uprząż podzwaniała na ich grzbietach. Powietrze pachniało czymś kwaśnym, ostrym, był to zapach końskiego potu, starej skóry, owsa, moczu. Ilekroć przechodził w pobliżu postoju dorożek — zawsze myślał, że już czas najwyższy stać się człowiekiem dorosłym. Lecz zaraz potem — puszczał się biegiem, podskakiwał albo zaczynał fałszywie gwizdać wojennego marsza. Był to zawsze ten sam marsz, bo tylko jedną melodię zapamiętał i szczerze polubił. Był to marsz triumfalny z opery „Aida", kiedyś zasłyszany na płycie — ale uznał, że to jest jego marsz wojenny, melodia jego armii maszerującej na zwycięski bój. Bo oczywiście miał swoją armię i był jej naczelnym wodzem. Ale dość często odsyłał ją do koszar niepamięci, gdzie prowadziła cichy żywot, aby od czasu do czasu wynurzać się w jego wyobraźni, w coraz to innych uniformach, poddana nowemu regulaminowi i nowym dowódcom, których nazwiska wymyślał dość gorączkowo, niemal w ostatniej chwili przed bitwą.

Więc szedł na spotkanie z babką. Oczekiwała go na ławeczce, w pobliżu bramy parkowej. Zawsze była jednakowo ubrana, przynajmniej jemu tak się wydawało. Nosiła latem długie, ciemne suknie, popielate lub pąsowe, z cienkiego materiału, o którym mawiała, że nazywa się żorżeta. Kiedy się zbliżał, babka przesyłała mu uśmiech i wołała:

— Jak się masz, mój mały urwisie!

— Jak się masz, babciu — odpowiadał i całował ją w policzek.

Jej policzek był miękki, wiotki, pod wargami czuł delikatny meszek i zawsze go to zdumiewało. Babka pachniała ładnie, inaczej niż matka i ciotki, inaczej niż on sam. Było coś niewypowiedzianie delikatnego i lekkiego w tym zapachu, a zarazem jakaś dalekość, coś obcego i niemal odpychającego. Tak pachną liście wczesną jesienią lub kora drzew po deszczu, a także grzyby, gdy się je nieco ususzy.

Babka często mówiła, że on ma jej oczy.

— Masz moje oczy, urwisie — mówiła.

Więc niemal zawsze patrzał w jej oczy, aby z nich odczytać siebie. Podobały mu się oczy babki. Były duże, o zielonkawej tęczówce i bardzo ciemnej źrenicy, w której zawsze błyszczał płomyk wesołości.

Zrazu siadał na ławeczce obok babki i trwali przez jakiś czas w milczeniu. Na chodniku, przed nimi — płynął łagodnym nurtem ruch niedzielny. Przechadzali się dorośli, trochę napuszeni, jak indyki lub pawie, a z nimi dzieci, rozbiegane, skaczące, krzykliwe jak wróble.

Bardzo lubił swoją babkę. Może także z tego powodu, że — inaczej niż wszyscy dorośli — nigdy nie pytała go o postępy w szkole, o stopnie lub kolegów z klasy. Kiedyś zapytał, dlaczego nigdy nie usiłuje^ dowiedzieć się o tych sprawach. Pogładziła go po policzku wiotką dłonią i rzekła:

— Bo to jest twoje życie, urwisie, nie moje. Jeśli zechcesz, sam opowiesz...

Uznał, że babka jest bardzo mądra. Innym razem powiedział:

— Mogę ci opowiedzieć o szkole, ale to chyba będzie nudne...

— Chyba tak — odrzekła babka. — To nie jest ciekawe dla starej kobiety.

— A co jest ciekawe? — zapytał.

Roześmiała się cicho. Milczała chwilę. Wreszcie

rzekła!

— Tamta strona...

Spojrzał na przeciwległy chodnik, ale rychło pojął, że babka co innego ma na myśli.

Dotknął jej dłoni. Jakaś dziwna pustka wypełniała mu głowę.

— Jaka tamta strona? — spytał i poczuł suchość w gardle.

— Śmierć — odrzekła spokojnie babka. — Przecież wiesz, że istnieje śmierć.

— Wiem — potwierdził cicho.

— Nie myśl o tym — powiedziała babka. — Na to masz jeszcze czas. Dużo czasu...

Zamilkła, niezmiernie łagodnie ucałowała go we włosy i dodała:

— Ale mniej niż można sądzić... To wszystko biegnie tak szybko!

— Babciu — powiedział gwałtownie — nie chcę, żebyś umarła.

— Ja też nie chcę, mój mały urwisie — odparła i roześmiała się, niemal radośnie.

Potem, jak zawsze w pogodną niedzielę, poszli stromą i cichą uliczką, biegnącą wzdłuż parkowych sztachet, na mały placyk, gdzie się najmowało kucyki.

Miał swego ulubionego kucyka, na którym jeździł najchętniej. Było to zwierzę dość sędziwe, maści kasztanowej, o sentymentalnym spojrzeniu i leniwej wyobraźni.

Kiedy był jeszcze mały i nie chodził do szkoły, babcia wynajmowała na niedzielne przejażdżki suto wymoszczony wózeczek, do którego zaprzęgało się kuce. Ale gdy dorósł — jeździł wierzchem. Jeszcze przez kilka lat była to przyjemność pozorna, bo pan Edzio, właściciel kuców, prowadził zwierzę za uzdę, a chłopczyk nie miał nic do roboty poza utrzymywaniem się w siodle. Pan Edzio był gawędziarzem, zawsze opowiadał te same historyjki o swoich kucach, które były — jego zdaniem — niezwykle mądre, rozumiały mowę ludzką, a nawet potrafiły od czasu do czasu powiedzieć coś ciekawego swemu panu. Jednakże nigdy to się nie zdarzało w obecności ludzi obcych, lecz tylko w stajni pod miastem i z reguły po zachodzie słońca.

Początkowo wierzył w to wszystko, później jednak zrozumiał, że pan Edzio jest po prostu sympatycznym spryciarzem, który chce zabawić swych małych klientów. Po pewnym czasie pan Edzio zrezygnował z tych opowieści.

— Jesteś już duży — powiedział kiedyś — i nudzą cię moje bujdy.

Chłopiec usłyszał w głosie pana Edzia ton smutku i rozczarowania. Edzio był chudy, wysoki, palił marne papierosy i miał sztywne, ciemne włosy gładko przylegające do czaszki. Lubił swoje opowieści o kucach i żal mu było tracić słuchaczy tylko dlatego, że stawali się bardziej dorośli. Najchętniej więc witał u siebie małych chłopców, którzy jeszcze nie chodzili do szkoły. Ale dawnych klientów szanował, łączyła go z nimi pewna zażyłość.

Tak więc schodzili zwykle stromą uliczką na plac, gdzie witał ich pan Edzio i dawał kuca na godzinę.

Kasztanowa, leniwa klaczka nosiła imię Eliza. Witała chłopca z pewną dystyngowaną radością, podrzucając łbem, a jej miękkie, ruchliwe chrapy węszyły za kostkami cukru.

Gdy siadał w siodle — ruszała stępa pod górę, stromą uliczką, a wdrapawszy się na sam szczyt, zawracała radośnie — i puszczała się łagodnym truchcikiem w dół, na niewielki placyk. I tak, wahadłowym ruchem — raz powoli w górę, raz truchcikiem w dół — poruszali się przez godzinę. W tym czasie babka siedziała na ławeczce, w cieniu parasolki. Czasem zajadała czereśnie z dużej papierowej torby, czasem czytała gazetę. Za każdym razem, gdy obok niej przejeżdżał, podnosiła wzrok i wołała:

— Jesteś rotmistrzem ułanów, urwisie!

Nie czuł się tym zaszczycony. Bywał wtedy wodzem naczelnym, olimpijskim mistrzem hippiki, a nawet słynnym Sitting Bullem, niezwyciężonym wodzem Indian. Ale najczęściej bywał po prostu sobą. A kiedy skończył lat czternaście — znudziła mu się Eliza, stroma uliczka, pan Edzio i czereśnie babci. Coraz niechętniej schodził w dół wzdłuż sztachet parkowych, ale nie mówił tego wprost, bo wiedział, że sprawi przykrość babce. Rozumiał, że ta stara kobieta trudniej niż on znosi zmiany.

Po pewnym czasie babka zorientowała się, że wydoroślał. Zauważył, że posmutniała. Chodzili wtedy na spacer w innym kierunku, szeroką aleją parkową. U jej krańca był staw, na stawie pływały łabędzie, ludzie karmili je chlebem i serem. Nad stawem była cukiernia, siadali na tarasie przy stoliku z marmurowym blatem, na niewygodnych, ogrodowych krzesełkach, i babka piła herbatę, on zaś jadł lody albo krem z owocami. Godziny południa przechodziły obok nich w milczeniu i skwarze. Były to czasy, kiedy babka coraz intensywniej myślała o śmierci, a on o życiu. Stawali się sobie niepotrzebni, ale więziła ich przeszłość.

Zdarzało się, że chłopak — trawiony współczuciem i miłością — prosił babkę, by poszli, jak dawniej, stromą uliczką, do kucyków. Wydawała się tym zaskoczona i uradowana. Patrzyła na niego spod oka, a płomyk wesołości w jej źrenicy rozpalał się żywiej. Pan Edzio witał ich wylewnie, nawet Eliza strzygła uszami. Chłopiec klepał kuca po zmierzwionej sierści, rozmawiali chwilę z panem Edziem, a potem z wolna wracali pod górę. Były to gorzkie chwile dla obojga. Nie odczuwali już tego, co niegdyś...

Pewnej niedzieli, gdy wracali stromą uliczką pod górę, babka rzekła nagle:

— Powroty nigdy nie są udane, mój kochany...

Nie mówiła już wtedy „mój mały urwisie", lecz „mój kochany" — co przyjmował chętniej.

Owej niedzieli po raz ostatni byli na placu kuców. Później już nigdy nie widział Elizy.

Tak więc przez wiele lat — niedziele spędzi z babką, najprzód bawiąc się w piasku pod jej opieką, później ujeżdżając kuce, na koniec wreszcie w parkowej cukierni, przy marmurowym stoliku. Nieodmiennie przez całe lata, około drugiej po południu, szli do domu babki, owej mrocznej kamienicy w spokojnym, śródmiejskim zaułku. I nieodmiennie przez całe lata, jak daleko sięgał pamięcią, jedli we dwoje obiad w ciemnym pokoju, otoczeni malowidłami w złoconych ramach.

Obiady, które babka przyrządzała, miały smak nieporównany. Lubił zwłaszcza desery, bardzo wymyślne, złożone z owoców, biszkoptów, kremów, lodów i czekolady.

Babka miała osobę do posług, kobietę bardzo starą i małomówną, która zawsze wydawała się chłopcu niesympatyczna. Dlatego unikał babcinej kuchni, do której wchodził tylko powodowany koniecznością.

Po obiedzie zostawał zwykle sam w jadalni. Babka znikała w swym pokoju sypialnym, gdzie czekały już na nią kolorowe nici i skrawki napiętego w ramkach płótna. Pomocnica stukała w głębi mieszkania naczyniami, słychać było szum wody, odległy syk płomyków gazowych na kuchni, czasem kaszel babki pochylonej nad swymi haftami.

I tak przechodziły godziny popołudnia, milczące, ciepłe, żółtawe — dzięki przysłoniętym storom okiennym — co sprawiało, że chłopiec myślał o niedzielnej poobiedniej porze jak o kawałku bursztynu, który nagrzany słońcem leży na piasku plaży, gdzieś na samym krańcu świata.

I jak owad w bursztynie, tak nieruchoma i dawna była cała przeszłość w tym pokoju.