Małe potwory - Jessica Lind - ebook
NOWOŚĆ

Małe potwory ebook

Jessica Lind

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czytają Jespera Juula, opieką nad synem dzielą się po równo, wiedzą, że „wszystkie emocje są okej”, a dziecko nie zawsze umie sobie z nimi radzić. Starannie urządzone mieszkanie odzwierciedla ich osobowość, stół łączy przy codziennych posiłkach, a jednak nieoczekiwane zdarzenie uruchamia w nich lawinę wątpliwości i wzajemnych oskarżeń, burząc idealny obraz własnej rodziny, jak również obnażając kruchość jej relacji z otoczeniem.

Kiedy na siedmioletniego Lucę pada podejrzenie o naganne zachowanie wobec koleżanki z klasy, jego tata nie daje wiary słowom nauczycielki, mama natomiast ulega przekonaniu, że „dziewczynki takich rzeczy nie zmyślają”. Wstrząsająca sytuacja każe im się zmierzyć z własną przeszłością oraz pytaniami, od których dotąd uciekali.

Jessica Lind prowadzi narrację w sposób filmowy, budując gęstą od napięcia atmosferę rodem z horroru psychologicznego, a zarazem dotykając kwestii bliskich nam wszystkim: pyta o granice zaufania do najbliższych, ale też do własnych uczuć i osądów, pisze o odpowiedzialności, poczuciu winy, traumach przenoszonych z pokolenia na pokolenie, o ideologizacji przekonań i społecznym ostracyzmie.

Czy dzieci bywają „małymi potworami”? Czy za ich destrukcyjne impulsy zawsze odpowiadają dorośli? Jak być wystarczającym rodzicem w czasach, gdy większe wspólnoty się rozpadły? Czy tajemnice rodzinne chronią nas przed bólem? Co mówić, a co zachować dla siebie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 247

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Kiedy zgubisz dziecko. Na przykład w markecie nie uważasz przez chwilę i dziecko chowa ci się gdzieś między makaronem a zupkami w proszku. Niby zwyczajna rzecz. Zdarza się. Potem jest wywoływane, odbierasz je, dajesz mu kolację, myjesz zęby i okrywasz. Ale jednak coś jest inaczej. Ogarnia cię nieprzyjemne wrażenie, jakbyś przyprowadziła do domu nie swoje dziecko.

Część I

1

Kiedy podjeżdżam samochodem, Jakob czeka już pod szkołą. Jego rower stoi oparty o barierkę. Przyjechałam z pracy, on z domu.

– Nic więcej nie wiem – odpowiadam, kiedy dopytuje, co powiedziała nauczycielka przez telefon, i uświadamiam sobie, jak bardzo jestem rozdrażniona.

Czuję jego dłoń na plecach i muszę się opanować. On chce dobrze. Ale od zawsze tak miałam: w razie wątpliwości lepiej mnie nie dotykać. Spotykamy się z panią Bohle pod pokojem nauczycielskim, idziemy za nią do pustej klasy. Stoliki są ustawione w kształcie litery U. Pani Bohle pokazuje, żebyśmy usiedli. Jakob się waha, krzesełka są w dziecięcym rozmiarze. Siadam na jednym ze stolików i krzyżuję ręce na piersi.

– Mówi, że to się zdarzyło nie pierwszy raz – kończy relację pani Bohle.

Siedzi za biurkiem nauczycielskim, a my naprzeciwko niej.

– Są jacyś świadkowie? – pytam.

– Świadkowie? – powtarza pani Bohle, marszcząc czoło.

– Czy ktoś ich przy tym widział.

Pani Bohle kręci głową.

– To było na długiej przerwie. Reszta dzieci przebywała na dziedzińcu. Tylko tych dwoje zostało w klasie.

– Czy to aby nie jest pani zadanie, żeby pilnować dzieci? – W moim głosie pobrzmiewa złość.

Pani Bohle spogląda na mnie.

– Właściwie nawet jeszcze nie wiemy, co tak naprawdę się stało. – Jakob próbuje załagodzić sytuację.

– Nie wierzą mi państwo? Dziewczynki nie mówią takich rzeczy ot tak – stwierdza pani Bohle.

– Nie, nie to chciałem…

– Jako szkoła traktujemy to zajście poważnie. Nawet jeśli w tym wieku różne eksperymenty i testowanie granic są czymś naturalnym.

– My również traktujemy to bardzo poważnie – odpowiada Jakob.

Pani Bohle bierze głęboki oddech.

– Czy nie było tak, że Luca zobaczył przypadkiem coś, co mógł źle zrozumieć? – pyta.

Czuję narastający we mnie sprzeciw.

– Zamykamy drzwi do sypialni, kiedy śpimy ze sobą – mówię oschle.

– Pia – szepcze Jakob.

– Czy zdarza się, że Lucas przebywa sam na sam z innymi dorosłymi? Na przykład z wujkiem albo jakimś sąsiadem?

– Nie – odpowiada Jakob.

– Z tobą przecież przebywa sam – rzucam. – Też jesteś facetem.

Jakob patrzy na mnie osłupiały.

– Czy moglibyśmy porozmawiać z dziećmi? – zwraca się do pani Bohle. – Z tą dziewczynką?

Ona zdecydowanie kręci głową. Już z nią rozmawiała, jedna z wychowawczyń ze świetlicy również. Wierzą jej. Oczywiście, że jej wierzą.

– A co mówi Luca? – pyta Jakob.

Już to widzę. Luca, który nic nie mówi. Zaciśnięte usta, już ich nie otworzy, są zamknięte na kłódkę, a kluczyk wyrzucony.

– Póki co nic nie powiedział – oznajmia pani Bohle i dodaje, że nie odczytuje jego milczenia jako przyznania się do winy, bo wie przecież, jaki on jest. Jej głos się rozjaśnia. Moduluje z tonacji moll do dur. Przez chwilę znowu jest miłą wychowawczynią Lucasa.

Mnie tym nie zwiedzie. Odchylam się do tyłu, nie odwzajemniając uśmiechu. Oskarżony ma prawo zachować milczenie.

Przyklękam i pozwalam Luce wbiec w moje otwarte ramiona, tak jak zawsze, kiedy go odbieram. Wkrótce będzie już na to za duży i zacznie się mnie wstydzić. Ale dzisiaj wpada w moje objęcia, a ja go łapię.

Kiedy rozmawialiśmy z nauczycielką, pilnowała go szkolna sekretarka. Wychodząc, kiwam jej głową.

Wsiadamy do auta. Jakob na tylne siedzenie, ja na miejsce obok kierowcy. Tylko Luca siedzi tam, gdzie zwykle. Dziwaczny obrazek, zupełnie jakby nasz Ford był samochodem bandytów, którzy po obrabowaniu banku czekają, aż wróci kierowca. My czekamy na kogoś, kto wie, dokąd teraz. Luca spuścił wzrok, skulił ramiona.

– To co tam się właściwie stało? – pytam.

Luca zaczyna przygryzać dolną wargę.

– No już, powiedz – mówię lekkim tonem, tak jak normalnie się do niego zwracam. Pobrzmiewa w tym jednak coś wymuszonego.

– Nic – odpowiada Luca prawie bezgłośnym szeptem.

– Gdyby to było nic, nie musielibyśmy cię odbierać. Pani Bohle powiedziała…

Jakob kładzie Luce dłoń na ramieniu. Ten gest ma w sobie coś pocieszającego. Denerwuje mnie to. Wszyscy powinniśmy być wściekli.

– Chodźmy może do Hammerparku – proponuje Jakob. – Spotkamy się na miejscu?

Kiwam głową. Wysiadamy. Jakob otwiera zapięcie przy rowerze. Jest jednym z tych, którzy zawsze przypinają swój rower. Dlatego nigdy mu go jeszcze nie ukradli. Pospiesznie wsiadam z powrotem na miejsce kierowcy, samochód to moja bezpieczna przestrzeń. Włączam silnik i ruszam.

– Jesteś zła, mamo?

– Jeszcze nie wiem.

Nasze spojrzenia spotykają się we wstecznym lusterku, sekundę przed tym, jak daję po hamulcach.

– Fuck!

Luca gwałtownie łapie powietrze. Pas mocno go przydusił. Prawie przejechałam na czerwonym.

Brodzimy w liściach, żółtych, czerwonych, pomarańczowych. Nasze buty znikają w nich całkowicie. Podnoszę wzrok, korony drzew nie wydają się przerzedzone. Są bujne, dumne i pełne barw. Do tego złote, jesienne światło i to charakterystyczne powietrze, jeszcze ciepłe, ale przepełnione zapowiedzią nadchodzącego chłodu. W słońcu chciałoby się zdjąć kurtkę, w cieniu włożyć czapkę. Przechodzimy obok stawu z kaczkami. Luca biegnie na plac zabaw. Wspina się na linową konstrukcję, która wygląda jak kula z pajęczyny, dociera aż na sam szczyt. Jakob i ja stajemy przy dużej piaskownicy z rękami w kieszeniach kurtek, milczymy. Dzisiejszy dzień jest absolutnie inny niż zwykle, Luca przestał już zgadywać, co jeszcze się wydarzy. Otrząsnął się ze zmartwienia, tylko co jakiś czas ogląda się niepewnie przez ramię.

– Niech to szlag – mówię szeptem, chociaż jesteśmy prawie całkiem sami na placu zabaw. Obok jest teren dla małych dzieci, siedzi tam więcej matek i jeden ojciec, ale tu, gdzie stoimy, nikogo nie ma.

Odwracam się w stronę Jakoba.

Przygryza dolną wargę. Kiedy tak robi, wygląda jak Luca. Jest mu przykro, bo wszyscy mówią, że Lucas to wykapana mama. Blond włosy, szare oczy, jasna karnacja. Ale wyraz twarzy, mimika – obaj mają takie same. Tyle że u Jakoba przygryzanie wargi zwykle coś zwiastuje. Coś nieprzyjemnego.

– Pani Bohle powiedziała, że dzieci nie robią takich rzeczy bez powodu.

Spogląda na mnie tak jakoś z dołu i nie mam pojęcia, jak mu się to udaje, skoro jest ode mnie wyższy.

– Co mogłoby być takim powodem? – pyta. Sugestia nauczycielki wyraźnie go zaniepokoiła.

Podnoszę dłoń w obronnym geście.

– Przecież nawet nie wiemy, czy to rzeczywiście tak wyglądało. Jakaś dziewczynka coś naopowiadała i teraz wszyscy są święcie oburzeni.

– Uważasz, że mogła to zmyślić?

Tak uważam. Jestem o tym przekonana.

Nagła myśl.

Czy naprawdę?

Przecież kobietom należy wierzyć – bez żadnych ale. Zbyt wiele z nich nie ma odwagi czegokolwiek powiedzieć ze strachu, że nikt im nie uwierzy. Dlatego trzeba zawsze wierzyć. Takie mam przekonanie. Myślę o małych paluszkach Lucasa, o tym, że jako niemowlak potrzebował całej dłoni, by objąć mój palec wskazujący.

– Musi nam powiedzieć, co się stało. Z jego perspektywy. Chcę to usłyszeć od niego – mówię.

Jakob wzdycha.

Kiedy Luca się czegoś przestraszy, milknie. Gdy go karcimy, kuli ramiona i spuszcza wzrok. Jak ślimak chowający się w skorupie. Nawet gdy zdarzy się nam niesłusznie go ukarać, nigdy się nie usprawiedliwia. Dlatego staliśmy się ostrożni.

– Czytałeś przecież Jespera Juula? – pytam.

Jakob parska śmiechem.

– To było wieki temu, Pia. Ale sama mówiłaś, że powinienem dać sobie spokój z poradnikami dla rodziców, bo zagłuszają twoją intuicję.

– Ale teraz moja intuicja milczy – odpowiadam.

Oboje spoglądamy na Lucę. Wisi na linach głową w dół, jak małpka. Jego blond włosy opadają swobodnie. Odkąd pojawił się na świecie, ciągle nachodzą mnie takie myśli: wyobrażam sobie, jak zasypia i nigdy więcej się nie budzi. Jak wózek stacza się na ruchliwą ulicę, bo nie docisnęłam hamulca. Jak Luca zapada na nieuleczalną chorobę. Wyobrażam sobie ten ból. Otępienie. Negację. Nieposkromione pragnienie, by cofnąć czas, no i rozpacz, bo to niemożliwe.

Wszędzie widzę zagrożenia, wyobrażam sobie, jak spada z tych drabinek i łamie kark, ale przeczekuję to uczucie i nie interweniuję.

Teraz wieczorami Luca zawsze chce się modlić. W tym celu musimy uklęknąć przy jego łóżku. Jakoba strasznie to denerwuje. Tłumaczę mu, że taka faza po pewnym czasie mija i że jeśli damy mu spokój i to zignorujemy, sam odpuści. Tak więc od kilku tygodni tylko ja uczestniczę w tym wieczornym rytuale. Dołączam do niego. Składam ręce. Dziś jednak nie zamykam oczu. Wargi Lucasa układają się w bezgłośne słowa.

– Mogę cię o coś spytać? – zagajam po tym, jak głośno zawołał „Amen!” i wgramolił się do łóżka. – Czy Bóg wie wszystko?

Luca spogląda na mnie.

– A może opowiadasz mu, co się wydarzyło, kiedy się modlisz?

– Wie wszystko – odpowiada Luca.

– To co ty mu mówisz?

– Tajemnica – szepcze, pełen uroczystej powagi.

Nagle czuję się tak strasznie zmęczona. Gaszę światło i wtulam nos w jego policzek. Znam go lepiej niż kogokolwiek innego. Ale im jest starszy, tym więcej przybywa godzin, które spędza beze mnie, i rzeczy, które beze mnie przeżywa. Tak właśnie musi być. Nie jest moją własnością. Należy do siebie. A jednak teraz chciałabym, żeby miał wbudowaną kamerę, tak jak niektóre z tych nowoczesnych samochodów, gdzie po wypadku można przewinąć nagranie i sprawdzić, kto ponosi winę.

Oddech Lucasa staje się miarowy, zasnął. Sięgam po telefon na szafce nocnej. Całe popołudnie przeszukiwałam internet. „Nietypowe zachowania u dzieci”, „seksualność dziecka”, „jak skłonić dziecko do rozmowy”. Od tych wszystkich stron i forów głowa mi dymi. Wchodzę na grupę klasową rodziców na WhatsAppie. Uspokajało mnie, że nie przychodziły stamtąd żadne powiadomienia. Teraz widzę dlaczego. Zostałam usunięta z grupy.

2

– No to nie – wrzeszczę do telefonu i rozłączam się bez pożegnania.

Jeszcze bardziej wścieka mnie to, że cała się trzęsę. I ta zaskoczona mina Jakoba. Nie słyszał, co mówiła Sophie, wie tylko, co mówiłam ja. Chętnie walnęłabym telefonem o podłogę, wyrzuciła go za okno, cisnęła we włączony telewizor. Jakob wyciszył dźwięk, kiedy przed chwilą weszłam zdenerwowana do pokoju, trzymając w górze telefon niczym dowód w sprawie. Sprawdzaliśmy – on także już nie jest na grupie rodziców. Do niego nie dociera, co to oznacza. Sądzi, że to nieporozumienie. Ale ja dobrze wiem. To znaczy, że o nas mówią, rodzice, za naszymi plecami, o Luce. Tak się to zaczyna. Jakob próbuje relatywizować sytuację, ale to nic nie daje. To on zaproponował, żeby zadzwonić do Sophie. Sophie jest matką Mattisa. Mattis jest najlepszym przyjacielem Lucasa. Ona samotnie go wychowuje i pochodzi z Niemiec. Podobają mi się jej berliński akcent i bezpośredni styl bycia, lubię z nią rozmawiać. Czasem, niezbyt często, ale zdarzało nam się prowadzić prawdziwą rozmowę, a nie tylko wymieniać się frazesami. Poza tym, ponieważ jest Niemką, nie do końca tutaj pasuje, do pozostałych, do rodziców. My też nie pasujemy. Jakobowi to nie przeszkadza i cieszy mnie to. Nikt tego otwarcie nie powiedział, ale oboje wiemy, że to przeze mnie. Jest coś, co odgradza mnie od innych.

Jakob chce wiedzieć, co powiedziała Sophie. Próbuję jak najdokładniej to oddać. Jak odebrała i że już po jej głosie poznałam, że musiała to zrobić przez pomyłkę, pewnie zobaczyła moje nazwisko na ekranie i na chwilę zapomniała o problemach w szkole. Jak próbowała zbagatelizować sprawę, ale potem przyznała, że na grupie piszą o Luce. „Ale nic złego, naprawdę – zapewniła. – Po prostu muszą sobie trochę ulżyć”. Nie chciała mi powiedzieć, którzy to rodzice i kim jest ta dziewczynka. Zamiast tego stwierdziła, że na takich czatach łatwo zrobić aferę ze wszystkiego. Poradziła mi zachować spokój i przeczekać. Jakże optymistycznie to brzmiało. Jak prosto. Chętnie bym jej uwierzyła, że nie musimy nic robić, że wszystko minie i nie pozostawi żadnego śladu. Potem jednak zapytała mnie, czy zarzuty wobec Luki są uzasadnione. Odpowiedziałam: oczywiście, że nie, i proszę, niech mi powie, co dokładnie piszą na grupie. Może być bez nazwisk. Zasłoniła się brakiem czasu. Poprosiłam o screeny. Zapytała mnie, co to da, a ja nie umiałam odpowiedzieć. Nagła cisza, nasze głosy tak blisko siebie, ciała w zupełnie innych pomieszczeniach. Gdy zaproponowałam, że zgarnę jutro Mattisa ze szkoły, nieudolnie się wykręciła, że niby w tym tygodniu nie za bardzo jej to pasuje, co tylko potwierdzało, że ta sprawa jednak coś zmienia i nie ma co się łudzić, że tak po prostu przejdzie, jak burza.

– Oni wszyscy guzik wiedzą! – podnoszę głos. – To siedmiolatki. Bawili się, wszyscy to robiliśmy. On jest dzieckiem, a nie pedofilem!

– Tak powiedziała Sophie?

– Sophie to pieprzony tchórz.

Jakob bierze mnie w objęcia. Przez moment jestem zaskoczona, ale potem czuję już tylko gorące łzy, które płyną mi po policzkach.

Kim jest ta dziewczynka? Zastanawiam się gorączkowo. Jakie dziewczynki są w klasie? Dwie Emmy, Lisa, Siri, Anna, Alena, Mila, Karolina, Emeshe – kto jeszcze? Luca bawi się raczej z chłopakami. Z Mattisem, Naelem, Oliverem i Finnem. Wkurza mnie, że tak po prostu, bez słowa, zostaliśmy wykluczeni z grupy. Że nikt nie ma odwagi zwrócić się bezpośrednio do nas. Zamiast tego wolą rozmawiać o nas między sobą. To nie tylko nie fair, to jest tchórzostwo.

3

Jakob przysuwa się do mnie. Leżymy w łóżku i nie możemy zasnąć. Teraz bierze mnie za rękę. Dopiero co była niezła awantura. Pociesza mnie, gdy płaczę, to u niego jak odruch. Pocałuje rozbite kolanko, znajdzie odpowiednie słowa, posłuży ramieniem, by dać oparcie. W takich chwilach całkowicie się wycofuje i oddaje roli pocieszyciela. Często już z tego korzystałam – na przykład, kiedy Luca rzucał się na podłogę w okresie tak zwanego buntu dwulatka, ogarnięty szałem, a moje nerwy były na granicy wytrzymałości, to właśnie Jakob klękał przy nim na podłodze, odpierał ciosy jego małych piąstek i powtarzał jak mantrę: „Wszystkie emocje są okej, wszystkie emocje są okej”. Kiedy on się tym zajmował, ja mogłam sobie zatkać uszy lub pójść do innego pokoju. A jednak. Mimo że Jakob nie oczekuje za to pochwał, denerwuje mnie to jego samozadowolenie. Jakob – niewzruszony jak głaz, a przy tym ciepły niczym przytulanka. Tyle że to jest po prostu nieszczere.

Kiedy wyswobodziłam się z jego objęć, a on uznał, że już mi lepiej, chciał rozmawiać. Nie powstrzymało go to, że ja nie chciałam. Opowiedział mi, jak on odebrał tę moją rozmowę przez telefon. Już na spotkaniu z panią Bohle byłam przecież wrogo nastawiona. Nie, tak tego nie ujął, powiedział: „niezbyt skłonna do współpracy” – takiego określenia użył. Uważa, że przesadzam. Ale ja wiem, jak to jest, gdy ludzie o kimś gadają. Wiem, jakie to może być niebezpieczne. Jeszcze bardziej jestem na niego zła, przeszkadza mi bliskość jego ciepłego ciała, a nawet jego zapach.

– Wszystko w porządku? – słyszę w ciemności pytanie Jakoba.

Kiwam głową, czego nie może zobaczyć, i mówię:

– Muszę do kibelka.

Stoję przed lustrem w łazience i przyglądam się swojej twarzy. Blada skóra, szare oczy. W mimice Lucasa widzę odbicie Jakoba. Innych dostrzegam, kiedy się nie rusza. Kiedy śpi. Mojego ojca. Moją matkę. Ale najczęściej Lindę. Od samego początku. Kiedy na mojej piersi położono malutkiego noworodka – dopiero co był w moim brzuchu – od razu pomyślałam: Linda.

Jakob uważa, że to brednie. Nie do końca rozumiem, co go tak denerwuje, kiedy porównuję Lucę do Lindy. Mówi, że sama wyglądam jak moja siostra i dlatego Luca nie jest podobny do niej, tylko do mnie. DNA rodzeństwa różni się od siebie mniej niż kod genetyczny rodziców i ich dzieci. To ma znaczenie, gdyby potrzebny był dawca organów, ale nie gwarantuje bliskości. Jakob rzadko dzwoni do swojej siostry, która mieszka w Tyrolu. Żyją podobnie, a jednak jest między nimi jakiś dystans.

W sypialni zapalam światło. Jakob osłania twarz rękami. Światło jest ostre i razi także mnie. Gaszę je z powrotem.

– Przepraszam – mówię. Mrok jest teraz dużo czarniejszy niż przedtem.

Słyszę jednak, jak Jakob siada.

– Nie mogę spać – stwierdza.

– Ja też nie.

– To co, może pogadamy?

Wczołguję się do niego pod kołdrę, siadam obok. Teraz jego ciało budzi ufność, nie żąda niczego, jest jak boja, której mogę się trzymać w ciemnościach.

4

Czuję pierwszą kroplę i spoglądam w górę na korony drzew. Poprzez parasol z liści widzę niebo, jest ciemne i zaciągnięte deszczowymi chmurami. Poszłyśmy do lasu, żeby się pobawić. Drzewa osłaniają nas, chronią przed deszczem. Las nas strzeże. Znamy go dobrze. Nie tracimy orientacji, nawet jeśli zboczymy ze ścieżki. Czasem jednak zdaje mi się, że jakieś dwa drzewa zamieniły się miejscami albo że pojawia się zakręt, który jak dla mnie powinien być zupełnie gdzie indziej. Las ma w sobie tajemnicę. Deszcz szybko się wzmaga. Grzmi, widać błyskawice. Zaskoczyła nas burza. Chwytamy się za ręce i biegniemy ile sił w nogach, tak jak tylko dzieci potrafią, z każdym odbiciem stopy od ziemi mogłybyśmy odfrunąć. Linda nie daje już rady, więc Romi bierze ją na barana, chociaż lepiące się do ciała mokre ubranie musi jej ciążyć tak samo jak mnie. Najmłodsza siostra jak małpka uwiesza się na średniej, ja jako najstarsza idę przodem, kieruję nami w strugach deszczu. Ale Romi też nie daje już rady. Zaczepia stopą o jakiś korzeń i upada. Tymczasem deszcz staje się tak intensywny, że liście nie mogą go już zatrzymać. Błysk. Dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa… Grzmot. Burza jest już bardzo blisko nas. Powtarzam sobie powiedzonko: „Dębów unikaj, buków szukaj”. Tylko że nie wiemy, jak wyglądają buki – poznajemy je wyłącznie po bukowych orzeszkach. Szukamy więc schronienia pod sosną, której gałęzie przy ziemi nie są tak gęste. Siedzimy koło siebie, dygocąc z zimna, bo przemokłyśmy do suchej nitki. Zerkam na Lindę i nie jestem pewna, czy po jej twarzy płyną łzy czy krople deszczu. Mówię jej, że nie musi się bać, tutaj nic nam się nie stanie, a ona na to, że przecież wie. A Romi pyta dlaczego i Linda odpowiada: „My trzy jak jedna”.

5

Budzę się i nie wiem, co się dzieje. Zupełnie jakby ktoś usunął mi grunt spod nóg. Sięgam po szklankę wody na szafce nocnej i upijam duży łyk. Telefon pokazuje mi, że jest szósta trzydzieści. Normalnie dzwoniłby teraz budzik, ale wspólnie zdecydowaliśmy, że Luca zostanie dziś w domu. Jakob nigdy nie daje lekcji gry na perkusji przed południem, a ja już wczoraj w nocy zawiadomiłam pana Eduarda, że przyjdę później. Mimo to wstaję. Prawa noga, potem lewa. Nie jestem przesądna, ale tego się trzymam od dzieciństwa. Takie drobiazgi. Niczemu nie służą, ale też nie szkodzą.

Przy drzwiach słyszę, jak Jakob przewraca się na drugi bok. To ja co rano odstawiam Lucę do szkoły w drodze do pracy. Lubię ten nasz czas sam na sam. Poranną ciszę w mieszkaniu. Opowiadamy sobie swoje sny, zajadając owsiankę jesienią, pudding chia wiosną. Luca tak samo jak ja lubi śnić. Można się w tym wprawiać, podobnie jak w zapamiętywaniu snów, opowiadając o nich. Nie wszystkie sny są piękne. Bywają też takie, z których człowiek budzi się zlany potem, a nawet we łzach. Mimo to pragnę właśnie takich, bo wywołują silne doznania, a zarazem nie mają konsekwencji. Z tego samego powodu zawsze lubiłam horrory.

Ostrożnie otwieram drzwi do pokoju Lucasa. Chcę rzucić okiem na moje śpiące dziecko. Jednak Luki nie ma w łóżku. Szybko podchodzę i odkrywam kołdrę. Mokra plama na prześcieradle.

Na sofie w dużym pokoju siedzi duch. Narzucił na siebie biały wełniany koc i ani drgnie. Tak jakbym nie miała szansy go zobaczyć, kiedy się nie rusza. Siadam obok. Próbuję podnieść koc, ale trzyma go mocno. A więc daję spokój i po prostu siedzę obok ducha. Słyszę jego oddech i nagle czuję, jak wsuwa swoją dłoń w moją. Ściskam tę dłoń i wtedy wpuszcza mnie do siebie. Światło przedostaje się przez mikroskopijne dziurki wełnianego splotu, tworząc na jego twarzy mozaikę. To nie jest po prostu namiot, to kryjówka. Pozwolił mi do niej wejść. Oczy Lucasa są wielkie i smutne. Znowu zrobił coś nie tak.

– Mamo – odzywa się, a ja puszczam koc, który trzymałam w górze, i otaczam go ramionami.

– To nic takiego – zapewniam i mam na myśli coś więcej niż tylko mokre prześcieradło. Nie wiem dlaczego, ale wierzę w to i czuję ulgę, która otula nas dwoje tak samo jak ten koc.

Zastanawiam się, czy teraz jest dobry moment.

W nocy ustaliliśmy z Jakobem, że pogadamy z nim po śniadaniu. Po śniadaniu, a nie teraz.

Omówiliśmy też, jak chcemy rozmawiać z Lucą: nie będziemy mu nic zarzucać. Nic nie zakładamy i niczego mu nie sugerujemy. Chcemy usłyszeć jego wersję. To, że dzieci wcześniej czy później odczuwają potrzebę poznania swojego ciała, jest elementem dorastania. Nie chcemy, żeby się wstydził. Naprawdę niepokojące jest jednak to, że podobno ją zmusił. Wytłumaczymy mu zatem, że seksualność i ciekawość to coś normalnego, ale wszystko to musi się opierać na zgodzie.

To tyle, jeśli chodzi o teorię.

Po śniadaniu wymieniam z Jakobem długie spojrzenie. Luca jest zajęty wybieraniem łyżką resztek płatków. Żadne z nas nie chce zacząć. Nasze oczy prowadzą cichą walkę. Aż w końcu Jakob się poddaje.

– No więc, kolego – zaczyna. A ja już czuję, że to nie brzmi dobrze. Nigdy nie mówi „kolego”. – Wiesz, że możesz nam wszystko powiedzieć.

Luca kiwa lekko głową, ale tylko jeszcze bardziej wbija wzrok w talerz.

– Pani Bohle już nam opowiedziała, co się stało.

– Raczej co myśli, że się stało. – Nie mogę się powstrzymać, żeby się nie wtrącić.

– To dlatego nie idę dziś do szkoły? – pyta cichutko Luca.

Spoglądamy na siebie z Jakobem.

– Nie, bardziej dlatego, żebyśmy mogli porozmawiać – odpowiadam. – Na spokojnie.

Tak łatwo byłoby powiedzieć, że dopiero jak zacznie mówić, będzie mógł wrócić do szkoły. Ale my takich metod nie stosujemy.

– Chcemy spędzić trochę czasu razem, jak rodzina. – Uśmiecham się i dolewam sobie kawy, tak po prostu, najzwyczajniej, jak potrafię. – No więc, co tam się naprawdę wydarzyło?

Kąciki ust Luki wędrują w dół.

– Boisz się, że na ciebie nakrzyczymy? – pyta Jakob.

– To nie żarty – odzywam się. – Musisz z nami porozmawiać, żebyśmy mogli… – „cię chronić” chcę powiedzieć, kończę jednak słowami: – sobie z tym poradzić.

Luca tylko siedzi i ani drgnie.

– Ty i… ta dziewczynka zostaliście na przerwie sami w klasie – próbuje od innej strony Jakob. – Co chcieliście robić? Chciałeś ją pocałować?

Wystarczyłoby tylko, żeby Luca podchwycił i pociągnął ten wątek. Nieważne, co by powiedział, wszystko byłoby lepsze niż ta cisza. Skąd mu to przyszło do głowy? To miał być żart czy kryje się za tym coś więcej? Nie możemy po prostu przyjąć tego, co mówią inni, ja potrzebuję jego wersji wydarzeń. Jakob uśmiecha się dzielnie, ale jego uśmiech odbija się od Luki jak od ściany. Nas dwoje naprzeciw dziecka, zupełnie jak przesłuchanie. Wiadomo, że to dla niego stres. Dlaczego nie pociągnęłam go za język wtedy, pod kocem?

– Ciekawość jest zupełnie normalna – próbuje znowu Jakob. – Dotykanie to coś pięknego.

Co on wygaduje?

– Nie każdy dotyk jest piękny – mówię. Przecież właśnie w tym rzecz!

Jakob odchrząkuje.

– Luca, chodzi mi o to, że nie można zmuszać nikogo do dotykania. Zawsze musisz najpierw zapytać. Obie strony muszą się na to zgodzić.

W skulonych ramionach Luki, w tej obronnej postawie kryje się również duma. Wiem to po sobie.

– Tylko pogarszasz sprawę, kiedy nic nie mówisz.

Broda Lucasa zaczyna drżeć.

– Zrobiłeś coś – mówi Jakob, a ich spojrzenia spotykają się ze sobą, obydwaj zaczynają na siebie patrzeć. Tak długo, aż drżenie Lucasa zamienia się w kiwnięcie głową.

6

Jestem sama w mieszkaniu. Jakob wyszedł z Lucą pograć w piłkę w małym parku za rogiem. Nie wyciągnęliśmy z niego nic więcej oprócz tego kiwnięcia. Czy tyle wystarczy, żeby uznać to za przyznanie się do winy? Z czasem zrobiłam się ostrożniejsza. Na placu zabaw jakieś dziecko koło Luki zaczyna płakać, a on mówi: „Ja nie chciałem”. Potem okazuje się, że tamten dzieciak nadepnął na pszczołę. Leżymy sobie razem w łóżku i całuję go w brzuszek, on odpowiada mi tym samym, jego miękkie wargi na mojej skórze, aż nagle czuję ugryzienie. Przestraszona, odsuwam się i wtedy dopiero zauważam, że przyblokowałam go łokciem. Odbieram Lucę z przedszkola, on mi mówi, że dyrektorka chce ze mną rozmawiać. Jego głos brzmi jakoś inaczej, niemal obco. Robi tak też, kiedy się bawi, każdy jego pluszak ma swój własny głos. Tego jednak jeszcze nie znam, jest urywany i porusza mnie do żywego. Biorę go za rękę, ale nie chce mi powiedzieć, o co chodzi. Kiedy słyszę od dyrektorki, że zepsuł zabawkę, czuję po prostu ulgę, że żadnemu dziecku nic się nie stało.

Wiem, że dzieci muszą się dopiero nauczyć, jak radzić sobie z emocjami. Wiem, że to normalne u małego dziecka, że ogarnia je czasem wściekłość lub wstyd i wtedy gryzie, bije czy drapie. One nie robią tego na złość, ale dlatego, że emocje, które je zalewają, są jak fale porywające ze sobą wszystko. Dlatego dawniej przedstawiałam Luce różne warianty: „Pęka balonik – czujesz się przez to smutny, zły, a może przestraszył cię hałas?”. Ma to podobno pomagać dziecku w uświadomieniu sobie i nazwaniu tego, co przeżywa, ale nigdy nie byłam do końca pewna, czy przypadkiem mu czegoś nie wmawiam albo czy nie zdecydował się na dane uczucie tylko po to, żeby mnie zadowolić.

Ciągle chodzą mi po głowie słowa Jakoba: „Zrobiłeś coś”. Lucas, to jego skinienie głową. Uczepiłam się tego obrazu, oglądam go z różnych stron. Jest jak odpowiedź na przeczucie, które noszę w sobie już od dawna. Tak jakbym liczyła się z tym, że wcześniej czy później coś się wydarzy. A teraz, kiedy nadszedł taki moment, okazuje się, że jednak jestem nieprzygotowana. Chyba że to mimo wszystko ta sama sytuacja co wtedy z pszczołą.

Dopijam zimną resztkę kawy. Wzdrygam się z obrzydzenia. Zbieram brudne filiżanki i zanoszę je do zlewu. Mokrą szmatką przecieram kuchenne blaty i stół. Meble w naszym mieszkaniu to starannie dobrane perełki z drugiej ręki, do tego linoleum w biało-czarną kratę na podłodze w kuchni. Całość przypomina trochę dom dla lalek, także przez niskie sufity w tym budynku z lat pięćdziesiątych. Kiedy się wprowadzaliśmy – ja w siódmym miesiącu ciąży – miało to być tylko tymczasowe rozwiązanie. To, że siedem i pół roku później nadal tu mieszkamy, to nie tylko kwestia pieniędzy, ale tego, że to kolorowe pudełko po butach przypadło nam do serca. Jakoś się urządziliśmy w tej tymczasowości, wstawiliśmy na przykład masywny turkusowy kredens w kwiaty – stary, rustykalny mebel, w którym natychmiast się zakochałam, chociaż jest zdecydowanie za duży jak na to mieszkanie. Dzisiaj trochę jakby za bardzo wystaje, a nasze biodra automatycznie go omijają, kiedy przechodzimy przez kuchnię do dużego pokoju. Chybotliwy wieszak w przedpokoju stoi pusty. Spaczonego okna w jadalni nigdy się nie otwiera. W tym mieszkaniu czuję się bardziej u siebie niż w wielkim domu pod lasem czy w komunie w Wiedniu. To jedyny dom, jaki zna Luca.

Kiedy chcę iść do łazienki, przypominam sobie o prześcieradle. Luca zmoczył łóżko. Może to dziwne, ale ten fakt działa na mnie uspokajająco. Bo nawet jeśli nie potrafi znaleźć słów, to jednak jakaś reakcja. Raz wsadziłam go do wanny. Byłam zestresowana, myślami zupełnie gdzie indziej. Dopiero kiedy chciałam mu umyć głowę, zorientowałam się, jak bardzo gorąca jest woda. Potem przez dziesięć dni nie chciał nosić skarpet. To nie był odosobniony przypadek. Z czasem coraz łatwiej przychodzi mi łączenie ze sobą przyczyn i skutków.

Idę więc do jego pokoju i ściągam prześcieradło, tak jak robiła to moja matka. Eleganckie, zamaszyste ruchy, ręce szeroko rozłożone, potrząsam poszewką, żeby nasunęła się na kołdrę; wygląda to zupełnie jak taniec z chustą. Romi też moczyła łóżko. Długo. Tak często, że matka kładła jej pod prześcieradłem ceratę, która szeleściła, kiedy Romi wierciła się w nocy. Słysząc to, wiedziałam, że nie śpi, ale nic nie mówiłam, bo nie chciałam, żeby przyszła do mnie i być może zmoczyła też moje łóżko. Parę razy tak się zdarzyło. To uczucie, kiedy mokre ciepło rozprzestrzenia się po udach i pupie. Ten zapach.

Spoglądam na prześcieradło w moich rękach. Obwąchuję je. Nic nie czuję. Nie widać żadnej plamy, ani choćby delikatnej, nierównej i żółtawej obwódki, także na materacu. Na szafce widzę pustą szklankę. Co wieczór stawiam ją tam napełnioną wodą w nadziei, że Luca będzie więcej pił.

Ustawiam pionowo materac, a kołdrę zabieram ze sobą i wieszam na balustradzie balkonu, żeby się przewietrzyła. Co w sumie nie jest potrzebne, bo wcale nie śmierdzi. Potem wreszcie się ubieram.

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Tytuł wydania oryginalnego: Kleine Monster

Język oryginału: niemiecki

Copyright © 2024 Hanser Berlin in Carl Hanser Verlag GmbH & Co. KG, München

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Filtry, 2026

Copyright © for the Polish translation by Magdalena Biśta, 2026

Wydanie I, Warszawa 2026

Opieka translatorska: Ryszard Turczyn

Opieka redakcyjna: Małgorzata Poździk / d2d.pl

Redakcja: Małgorzata Tabaszewska / d2d.pl

Korekty: d2d

Projekt okładki: Marta Konarzewska / konarzewska.pl

Projekt typograficzny, skład i redakcja techniczna: Robert Oleś / d2d.pl

The translation of this book was supported by the Foundation Vera und Volker Doppelfeld in cooperation with the Goethe-Institut’s Litrix programme

Wydawnictwo Filtry sp. z o.o.

ul. Filtrowa 61 m. 13

02-056 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwofiltry.pl

ISBN 978-83-68833-02-7