Złodziejka opowieści - Michaela Klevisová - ebook

Złodziejka opowieści ebook

Michaela Klevisová

4,1

Opis

Anna Walenta to główna scenarzystka najpopularniejszego czeskiego serialu telewizyjnego„Podwórze”. Dzięki pracowitości i ambicji odnosi duże sukcesy, lecz pod powłoką wielkomiejskiego blichtru skrywa sekrety, których nie wyjawia prawie nikomu.

 

Ester Czarna prowadzi pensjonat na peryferiach Pragi. Kiedy pewnego dnia odwiedza ją przyjaciółka Anna, w nocy zostaje popełnione morderstwo. Na jaw zaczynają wychodzić demony przeszłości oraz tajemnice teraźniejszości, a śledztwo prowadzi inspektor Bergman. Jak poradzi sobie w środowisku niekończącego się serialu telewizyjnego, w którym trwa nieustanna walka o władzę i wpływy? Czy mordercą okaże się gwiazda srebrnego ekranu, czy może prawda leży gdzie indziej?

 

Intryga bez nadmiaru brutalnych scen i z rozbudowaną psychologią postaci to znak firmowy Michaeli Klevisovej – królowej czeskiego kryminału, dwukrotnej zdobywczyni nagrody dla najlepszej powieści detektywistycznej!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 434

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Przyjdzie śmierć i będzie miała twoje oczy. Będzie tak, jak gdybyś porzuciła nałóg, jak gdybyś ujrzała w lustrze pojawienie się martwej twarzy, jak gdybyś słuchała zamkniętych warg. Niemi zstąpimy w topiel.

Cesare Pavese

PROLOG

Pamiętała dokładnie ten dzień sprzed osiemnastu lat, gdy jej życie zaczęło zmierzać w nieodpowiednim kierunku.

– Nie przesadzaj. To tylko seks – powiedziała Anna i powoli wypuściła dym. Spuściła wzrok za ramię Ester, a w jej źrenicach odbijało się migotanie płomieni. Kiedy weszły do restauracji, Anna wybrała miejsce z widokiem na kominek, a Ester chcąc nie chcąc musiała usiąść naprzeciw niej. Ogień parzył ją w plecy, a pod angorowym swetrem ściekały jej po żebrach strużki potu. – Tylko seks – powtórzyła Anna. – Tyle że we troje.

– Mnie się to wydaje dziwaczne. – Ester wykonała kolisty ruch kieliszkiem z winem. Wciąż nie chciało się jej wierzyć, że Anna naprawdę prosi ją o coś takiego, ale z każdą wypitą lampką to zdziwienie słabło. – Boję się.

– Ciągle się czegoś boisz. To się przełam, nie?

Czy to możliwe, że coś, co z początku człowieka przeraża, potem paradoksalnie go wyswobodzi? Ester niejasno przeczuwała, że jej życie mogłoby być dużo prostsze, gdyby tak często nie komplikowała go sobie zbytecznymi obawami. Chciałaby się trochę wyluzować, ale nie była pewna, czy to aby jest najlepszy moment.

– Dlaczego nie zamieścisz ogłoszenia?

– Nie potrzebuję ogłoszenia, skoro mam ciebie. Przecież z nikim nie chodzisz.

– A Marcelina? – zaproponowała Ester z nadzieją w głosie. – Spytaj Marcelinę. Też jest sama. Lubi próbować nowych rzeczy.

– Ale wygląda jak facet. – Anna się pochyliła, a jej perfumy połaskotały Ester w nosie. – Naprawdę nie możesz tego dla mnie zrobić? To tylko jeden wieczór.

Ester wypiła wino do dna. Żar zmusił ją, by spojrzała za siebie i sprawdziła, czy płomienie z kominka nie liżą jej po plecach. „Po prostu nie mogę – miała to już na końcu języka. – Nie chcę". Ale gdzie znajduje się granica między egoizmem a asertywnością? Najlepsza przyjaciółka prosi ją o pomoc. Otwiera się przed nią jak nigdy wcześniej. Czy to nie powinno raczej schlebiać niż przerażać?

– No dobra – westchnęła. – Wkurzasz mnie, ale dobra, niech będzie, jak chcesz. Jeden dzień.

Dużo gorsze dni miały dopiero nadejść.

ROZDZIAŁ 1

W basenie znów pływały zdechłe myszy.

Ciepły wiatr przynosił z lasu zapach żywicy, mierzwił powierzchnię wody, a przeszywane słońcem falki rzucały koronkowe cienie na turkusowe dno. Jak na ósmą rano było niezwykle gorąco. Na źdźbłach nieskoszonej trawy schły ostatnie krople rosy, błyszcząc to złociście, to tęczowo, w zależności od tego, pod jakim kątem spoglądała na nie Ester. „Wszyscy chcieliby rozpocząć taki dzień kąpielą w basenie – pomyślała – ale te ohydne mysie trupki psują ogrodową idyllę". Obejrzała się na dwie chatki z bali, które wynajmowała turystom. Obie miały zamknięte okienice i nie dobiegały z nich żadne głosy. Czy jest szansa, że goście jeszcze śpią? Żałowała, że wstała dziś tak późno. Powinna była uporać się z utopionymi gryzoniami o brzasku i bez świadków, tak jak już kilka razy wcześniej. Potem zawsze wrzucała do basenu tabletkę chloru, a zadowoleni goście mogli się kąpać.

Czego oczy nie widzą…

W pensjonat na słonecznym wzgórzu na południowych peryferiach Pragi Ester Czarna włożyła mnóstwo czasu i pieniędzy, swoich i pożyczonych. Przyjeżdżało tu dużo mniej gości, niż początkowo zakładała, prawdopodobnie z powodu kiepskiego połączenia z centrum Pragi, ale mimo to nie rozpaczała, bo pokochała to gospodarstwo z początku XX wieku, jakby był to jej dom rodzinny. Kiedy niespodziewanie została sama z dwójką małych dzieci, bez pracy i bez porządnego doświadczenia zawodowego, wymyśliła sobie pensjonat na granicy między dużym miastem i wsią. I choć nie była dobrą organizatorką, w końcu dopięła swego. Wzięła hipotekę, kupiła i wyremontowała dom za wsią Toczna, która niedawno została wchłonięta przez Pragę. Dzięki temu Ester mogła reklamować pensjonat jako „noclegi w Pradze" (stolica kończyła się jakieś trzysta metrów za jej płotem), a jednocześnie tuż za ogrodem zaczynał się las, z którego czasem wychodziły sarny, a na śniadanie mogła podawać gościom truskawki wyhodowane na własnych grządkach. Do gospodarstwa prowadził wiejski, połatany asfalt, a najbliższymi sąsiadami byli mieszkańcy dwóch starych budynków przy drodze w dolinie. Wprawdzie za wąskim pasem lasu mieszanego mnożyły się nowoczesne domki z bezgustownymi balkonikami, wykuszami i balustradami, a wiatr przynosił stamtąd huk młotów pneumatycznych i wycie cyrkularek, ale na szczęście gospodarstwo Ester wciąż otaczały pola i las. – Powinnaś kupić sąsiednie działki, zanim na nich też zaczną coś budować – radziła jej Anna. – Może kiedyś zbiłabyś na tym fortunę!

Sprawdziła nawet w Internecie, do kogo należą, ale Ester tylko się uśmiechała. Ledwo zarabia na jedzenie i na utrzymanie pensjonatu, a miałaby skupować sąsiednie pola? Kiedy zeszłej wiosny na horyzoncie wyrosła w kilka dni wysoka hala z prefabrykatów, Ester spanikowała. Czy Anna miała rację? Czy okolica zmieni się w plac budowy, a może nawet w dzielnicę przemysłową? Ester wsiadła do auta, pojechała zobaczyć tę halę z bliska i dowiedziała się, że jest to magazyn wózków widłowych i że obok stoją już fundamenty dwóch kolejnych blaszanych monstrów. Przepłakała cały wieczór, a nazajutrz napisała list do właściciela działek przed pensjonatem, którego adres Anna spisała jej z katastru. Czy sprzedałby swoje pola? Za ile?

Nawet nie odpowiedział.

Postanowiła więc, że nie będzie się przejmować tym, co buduje się na horyzoncie, a kiedy rozglądała się po ogrodzie, jej wzrok zawsze omijał kolorowe montowane bryły. W lecie chowały się trochę za jabłoniami rosnącymi wzdłuż jezdni, w zimie było gorzej. Ale Anna niedawno gdzieś wyczytała, że wkrótce zmieni się w Pradze plan zagospodarowania przestrzennego i wciąż wróżyła kolejne katastrofy. Pole obok gospodarstwa Ester zostanie podzielone na mniejsze działki budowlane, to więcej niż pewne! Potrafiła dramatyzować, przecież pracowała jako scenarzystka serialu telewizyjnego, więc barwnie opisywała rozkopaną ziemię, wycięty las i pięciopiętrowe bloki kilka metrów od ogrodu Ester, która wcale nie chciała tego słuchać. Nie lubiła denerwować się przez coś, na co i tak nie ma wpływu, a przyszłość nigdy zbytnio jej nie interesowała. Dlaczego miałoby ją martwić coś, co jeszcze nawet nie istnieje?

Teraz dużo bardziej przejmowała się myszami w basenie.

Martwe gryzonie pojawiały się w wodzie co dzień od tygodnia. Skąd się tam biorą? Ester spędzała w gospodarstwie trzecie lato i jeszcze nigdy nie musiała wyławiać utopionych myszy. Czyżby w tym roku za dużo się ich namnożyło? A może to przez te upały i suszę? Tak, pewnie przez suszę. Gryzonie czują wodę, idą do basenu, żeby się napić, ale wpadają do środka, nie potrafią wdrapać się po gładkim brzegu i toną. Chyba będzie trzeba zakrywać basen na noc jakąś siatką, ale jest on tak duży, że trudno będzie to zrobić. Może powinna raczej wypuścić wodę? Po raz pierwszy żałowała, że pragnęła nadać swojej willi tchnienie luksusu czymś tak niepraktycznym jak olbrzymi basen z podwodnymi światłami, cudownie lśniącymi w wieczornym mroku. Poświęcała mu godzinę pracy dziennie, bo nawet kiedy jeszcze nie musiała wyławiać myszy, na powierzchni co rano unosiło się mnóstwo ciem i chrabąszczy.

Ester wzruszyła ramionami, jeszcze raz spojrzała na bungalowy i ruszyła do szopy po siatkę na długim trzonku. Nie ma czasu do stracenia, musi pozbyć się myszy, zanim goście wyjdą na ogród.

Wyrzuciła gryzonie na pole, usunęła z basenu również utopione owady, wrzuciła tabletkę chloru i włączyła cyrkulację wody. Plusk niewielkich fal zachęcał do kąpieli, ale basen był tu przede wszystkim dla gości, a ponadto Ester w odróżnieniu od nich wiedziała, co w nim przed chwilą pływało.

A może ktoś wrzuca tam myszy celowo?

Ktoś, komu ona lub jej pensjonat leży na wątrobie? Ktoś, kto chce zniszczyć jej biznes, już i tak ledwo przędący. Ester od razu przyszło do głowy kilka osób z okolicy pragnących, by jej pensjonat Gospodarstwo przestał istnieć. Na przykład ta pani z Tocznej, jak też się ona nazywa, która wynajmuje poddasze swojego zatęchłego domku na skrzyżowaniu. Niedawno oskarżyła Ester w sklepie o to, że straciła przez nią wszystkich klientów i że prawdopodobnie będzie musiała zapomnieć o gościach i zgłosić się po zasiłek. Natomiast dwaj najbliżsi sąsiedzi Ester, mieszkańcy jednego z dwóch domków stojących niemal na krawędzi asfaltu ślepej uliczki, mieli wrażenie, że auta gości Ester przejeżdżają obok ich drzwi zbyt szybko. Złożyli nawet w tej sprawie skargę w urzędzie miasta. Tak jakby Ester mogła odpowiadać za zachowanie ludzi płacących jej za nocleg!

Ester zmarszczyła czoło. Czy to możliwe, że dziś w nocy ktoś kręcił się po jej ogrodzie? Wieczorem, gdy usypiała, obudził ją hałas ze strychu, i choć na pewno miały go na sumieniu kuny, w potylicę Ester wgryzł się strach.

Żałowała, że gdy zakładała pensjonat, nie wystarczyło jej pieniędzy na płot i porządną bramę. Nie należała do osób strachliwych, ale czasem niepokoiło ją to, że mieszka z dwojgiem małych dzieci na takim odludziu. Nabrała trochę dziwnego zwyczaju: przed snem zawsze chowała wszystkie ostre noże i nożyczki do szuflady i zamykała je na klucz. Dzięki temu czuła się w dużym pustym domu bezpieczniej… Może powinna przynajmniej kupić sobie psa. Chyba poprosi sąsiada Macieja o dobrą cenę na jedno ze szczeniąt, które urodziła miesiąc temu jego suczka bernardynka.

Ester uśmiechnęła się na myśl o Macieju. Chętnie znów by się z nim spotkała. Może włoży do koszyka świeżo upieczony domowy chleb i zaniesie mu go? Maciej Stranski zamieszkał za Toczną ostatniej zimy, wprowadził się do zaniedbanego domku przy drodze i z biegiem czasu zaprzyjaźnił się z Ester. Mówił o sobie niewiele: jest rozwiedziony, bezdzietny i przeprowadził się do Pragi, bo w domu na Morawach Południowych nic go już nie trzymało. Ester się dziwiła, że tak miły i przystojny mężczyzna jak on żyje samotnie, ale może to jego wybór, a nie los. Nie chciał rozmawiać o byłej żonie, a Ester to szanowała. Ona też zbytnio się Maciejowi nie zwierzała, choć chętnie przekształciłaby tę przyjaźń w bardziej intymny związek. Może powinna zaprosić go na kolację, skoro teraz jest tu wyjątkowo bez dzieci? Goście wyjadą, a nikt inny na razie się nie zapowiedział, więc prawdopodobnie czeka ją pustelniczy weekend… Rzadko się jej to zdarzało i już nie mogła się doczekać.

Po żwirowej dróżce, wzdłuż której rosły tuje, ruszyła od bungalowów z powrotem do gospodarstwa, skąd przez otwarte okno unosił się zapach świeżego chleba. Ester szybkim spojrzeniem na zegarek upewniła się, że śniadanie dla gości musi się piec jeszcze przynajmniej dziesięć minut, a potem usiadła wygodnie w półcieniu na drewnianej ławce pod orzechem. Córki zawiozła na tydzień do swojej matki, mają wrócić dopiero w niedzielę wieczorem. Kiedy ostatnio miała tyle czasu dla siebie? Zrzuciła pantofle i położyła bose stopy na kamiennej posadzce zdobionej plamkami światła i cienia. W koronie orzecha zaszumiał wiatr, uniósł poły bawełnianej sukienki, ale powietrze się nie ochłodziło. Gorący poranek przypominał Ester leniwe dni na Bali, gdzie przeżyła trzynaście lat. Jej tamtejszy dom miał w oknach zamiast szyb siatki przeciw owadom, bo gdyby odciąć dopływ świeżego powietrza choćby na godzinę, można byłoby się ugotować… Ester zamknęła oczy i przypomniała sobie pień drzewa rosnącego przez środek domu (przeszkadzał w budowie, ale ona i Yon nie ścięli go, tylko po prostu obudowali, a korona szumiała nad dachem), rzeźby Buddy w sypialni, szerokie łóżko pełne poduszek w jaskrawych kolorach oraz odległe fale oceanu. Na Bali została matką, choć w tym wieku już wcale na to nie liczyła. Pomimo iż wyjeżdżała tam niechętnie i pod wpływem okoliczności, okazało się, że jest tam szczęśliwa. Kiedy potem wróciła do Czech (znów niechętnie i pod wpływem okoliczności), przez jakiś czas towarzyszyło jej wrażenie, że najlepsze lata życia ma już za sobą, że teraźniejszość już zawsze będzie wyglądać gorzej niż przeszłość i że już nigdy nie będzie w stanie zapuścić nigdzie korzeni.

Była w błędzie!

Rozejrzała się po podwórzu zalanym słońcem, a na jej twarzy pojawił się uśmiech. Znów jest jej dobrze, znów czuje się jak w domu. Znów potrafi się zakochać… Przestraszona rzuciła szybkie spojrzenie na domek za łanem pszenicy, jakby jego mieszkaniec potrafił czytać w myślach na odległość. Wprawdzie Maciej jest równie samotny jak ona, ale to jeszcze nie powód, by uznawał ich znajomość za coś więcej niż przyjaźń. Pomimo iż odwiedzali się często i omawiali tysiące różnych spraw, nie powiedział jej jeszcze o sobie nic intymnego, tak jakby celowo trzymał ją na dystans albo jakby wstydził się swojej przeszłości. Nie, nie powinna robić sobie nadziei, że pozwoli się jej do siebie zbliżyć. I może to nawet dobrze, jej życie miłosne od zawsze było katastrofą, a każda kolejna namiętność będzie jedynie uwerturą kolejnego rozczarowania. Przecież chyba już się tego nauczyła!

Jeszcze zeszłej jesieni myślała, że w wieku czterdziestu lat wreszcie ma poukładane w głowie, że jej życie wreszcie przyjęło określony kierunek, z którego już nie zboczy. Będzie prowadzić pensjonat, wychowywać córki, piec domowy chleb, czyścić basen, projektować i szyć sukienki dla lalek, pisać dziennik i wysyłać długie e-maile Annie i Marcelinie. Nie chciała pozować na świętą, bynajmniej, po prostu niezłomnie postanowiła, że już nigdy się nie zakocha, bo miłość zawsze pozbawia ją własnej woli, zmienia ją w posłuszną kukiełkę i wyniszcza. Ester od zawsze czuła olbrzymie pragnienie pocieszania innych, wychodzenia im naprzeciw, współbrzmienia dusz. Szybko odkryła, że można łatwo zestroić się praktycznie z każdym: wystarczy odzwierciedlać jego nastroje, przyjąć jego poglądy i podzielać pragnienia. Była mistrzynią wczuwania się i już od dziecka potrafiła osiągać szczęście na wiele różnych sposobów, w zależności od tego, z kim, gdzie i jak akurat żyła. Kiedy się zakochiwała, stawała się lustrzanym odbiciem obiektu swoich westchnień. Nie udawała – ona naprawdę się zmieniała. Jeśli partner wspomniał, że nie lubi czerwonego koloru, ona od razu zaczynała czuć się w nim brzydko. Zdziwił się, że dodaje mleko do kawy? Od razu zaczęła uwielbiać czarną tak jak on. Kręcił nosem na książkę na jej szafce nocnej? Zastępowała ją dziełem jego ulubionego autora. Tyle że potem stwierdziła, iż mężczyźni wcale nie pragną współbrzmienia. Bo w przeciwnym razie, dlaczego najpierw wspierali ją w jej przystosowywaniu się, a potem porzucali dla jakiejś histerycznej, wymagającej, egoistycznej hetery? Postępowali tak wszyscy, z którymi się dotychczas związała, zatem wina musi leżeć po jej stronie. Czy ona potrafiłaby kochać mężczyznę, który pragnąłby harmonii? Chyba chciałaby, żeby wychodzili sobie z partnerem naprzeciw i spotykali się gdzieś pośrodku. Ale jeszcze nie spotkała mężczyzny, z którym byłoby to możliwe.

Ester boleśnie przeżywała rozstania, ale kiedy smutek mijał i osamotnienie pozwalało jej zaprzyjaźnić się ze sobą samą, zawsze ogarniał ją cudowny spokój. Dlaczego wszystkie kobiety szukają partnera, który „pozbawi je ciężaru samodzielnego życia", skoro ona najsilniejsza czuje się właśnie w pojedynkę? Już dawno doszła do wniosku, że byłoby jej lepiej, gdyby przechodziła przez życie jako solistka, ale niestety nie potrafiła zakazać sobie miłości, więc z gojącego rany spokoju zawsze wcześniej czy później wyrywał ją kolejny mężczyzna, któremu oddawała się bezwarunkowo. Czy tym razem będzie to Maciej?

Po rozstaniu z Yonem na Bali powrót do siebie samej był wyjątkowo trudny. Po dramatycznych kłótniach dusza Ester była jak zbombardowana. Prawie nie było do czego wracać. Lecz potem poczuła wdzięczność za to, że z braku lepszych możliwości zapragnęła mieć właśnie pensjonat. Z najgorszej depresji wyciągnęła ją przeprowadzka do zniszczonego gospodarstwa. Na jego kupno i drogi remont wykorzystała, oprócz hipoteki, również połowę pieniędzy za dom sprzedany na Bali. Kiedy wieczorem bliźniaczki spały, Ester zanurzała się w swoich dziennikach z dzieciństwa i młodości, przypominała sobie, jaka była kiedyś i co lubiła: projektowanie i szycie ubrań, czytanie książek podróżniczych, samotne wędrówki po lesie, czerwony kolor, kawę z mlekiem. Chociaż… czy wtedy wszystkie te upodobania i myśli naprawdę należały do niej? Czy nie przejęła ich na przykład od Anny?

Tak czy inaczej, wgląd do przeszłości dodawał jej teraz spokoju i wiary w siebie. Gratulowała sobie, że kiedyś dawno zaczęła pisać dzienniki. Zeszyty w twardej oprawie drzemały przez długie lata w pudle na strychu matki, a Ester po kryjomu dokładała do nich przy każdej wizycie wciąż nowe i nowe. Dopiero tu, w Gospodarstwie, miała je wreszcie przy sobie i mogła je przeglądać, kiedy tylko zapragnęła.

Nie przeszkadzałoby mi, gdybym już nigdy się nie zakochała – nagryzmoliła w zeszycie jesienią. Oczywiście nie twierdzę, że chciałabym żyć sama, ale przyjaźń lub związek z rozumu wydaje mi się lepszy niż miłość, bo miłość odbiera człowiekowi spokój i siłę.

Czy inni też tak mają?

Na przykład Anna potrafi się zakochać, nie rezygnując z ani odrobiny siebie. Oczywiście też marzy o współbrzmieniu, ale pod warunkiem, że to jej partner będzie współbrzmieć z nią, a nie ona z nim. Ester dobrze o tym wiedziała.

W każdym razie mam dość poszukiwania harmonii we dwoje – zapisała w kolejnej jesiennej notatce. Całkowicie wystarcza mi harmonia z samą sobą.

Tyle że potem nadeszła zima, a Ester na ślepej połatanej ulicy spotkała Macieja…

Owszem, znów wpadła po uszy. Kiedy mrużyła oczy, patrząc na koronę orzecha poprzetykaną promieniami słońca, uświadomiła sobie, że wbrew pogodzeniu się z samotnością nie zamierza bronić się przed uczuciami. Przecież ile jeszcze razy się zakocha?

Pod wpływem nagłego impulsu sięgnęła do kieszeni, wyciągnęła telefon i napisała wiadomość: „Cześć, Macieju, może chciałbyś przyjść w piątek o siódmej na kurczaka z kari? Będę w domu sama". Odwaga opuściła ją, kiedy wiadomość już mknęła poprzez eter do odbiorcy i nie dało się wycofać zaproszenia.

Potrząsnęła głową i żeby nie roztrząsać dalej w myślach tematu „mężczyźni", poszła wyciągnąć chleb z maszyny. Nie ma czasu na marzenia, goście muszą jeść.

Kiedy owijała bochenek ścierką, zadzwonił telefon. Maciej? Nie, Anna. Jej głos brzmiał pusto, jakby była przeziębiona lub zapłakana.

– Dzwoniła do ciebie Agata?

– Kiedy?

– Dziś, wczoraj… nie wiem! – Rzeczywiście, Anna była zapłakana. Co znów wymyśliła jej córka? Pokłóciły się? Nie byłby to pierwszy raz ani ostatni. – Nieważne. Odzywała się do ciebie?

– Nie. Coś się stało?

Anna wysmarkała się głośno.

– Uciekła. Od ponad tygodnia nie daje znaku życia.

– Uciekła z placówki?

– Tak! A skąd inąd, do cholery?

– Jak mogła uciec? – Ester zaczęła krzyczeć. – Dlaczego nie zadzwoniłaś do mnie wcześniej? Dlaczego uciekła? Czy szuka jej policja? Co się stało? – Ester miała na końcu języka wiele kolejnych pytań, ale połknęła je. „Nie panikuj – nakazała sobie w duchu. Powinnaś być dla niej oporą, a nie na nią ryczeć. Dzwoni do ciebie, bo potrzebuje pocieszenia, w przeciwnym razie pewnie w ogóle by się nie odezwała". Ich wieloletnia przyjaźń po prostu działała w ten sposób.

– Nie wiem, dlaczego uciekła. Wieczorem dziewczyny miały mieć bal przebierańców. Podobno się na niego szykowała. Wymyślała innym kostiumy. Przy obiedzie obiecała koleżance z pokoju, że po południu uszyje jej jakąś opaskę na czoło czy coś takiego. – Anna znów zaczęła płakać. – Potem wstała, zostawiła jedzenie na stole i powiedziała, że idzie do toalety. Od tej pory nikt jej nie widział!

– Jak mogła wyjść niezauważona z budynku?

– To nie więzienie, tylko placówka wychowawcza. Nie mają tam krat ani nic z tych rzeczy. Chyba nawet nie zamykają bramy. Można wyjść bez problemu. – Anna na chwilę zamilkła. – Tylko nie rozumiem, dlaczego zniknęła! I dlaczego nie przyjechała do domu? Gdzie jest? Przecież byłyśmy umówione, że całe wakacje spędzi u ciebie. Przecież do wakacji zostały tylko dwa tygodnie…

Jak pocieszyć kogoś, kto płacze w słuchawkę? Gdyby Ester siedziała obok Anny, objęłaby ją. Nie chciało się jej jednak mówić pustych frazesów, więc milczała i czekała, aż Anna się uspokoi.

A kto obejmie i pocieszy Ester?

Ester kochała siedemnastoletnią córkę swojej najlepszej przyjaciółki. Długo zapowiadało się na to, że pozostanie bezdzietna, więc zaspokajała instynkty macierzyńskie na Agacie. Wprawdzie mieszkała na Bali, ale przy każdej wizycie w Czechach spotykała się z Anną i Agatą. Nawet potem, kiedy miała już własną rodzinę, wciąż traktowała Agatę trochę jak swoje dziecko. Kiedy Ester otworzyła pensjonat, Agata nawet mieszkała u niej przez pół roku. Dojeżdżała stąd do liceum, bo Anna chciała trzymać ją z dala od pokus dużego miasta, ale na nic się to nie zdało. Dla Agaty, w odróżnieniu od turystów, kiepskie połączenie z centrum nie stanowiło problemu. W nocy wychodziła przez okno i łapała autostop. W taki sam sposób wracała nad ranem, przesiąknięta smrodem papierosów, z rozszerzonymi źrenicami… Ester w końcu się zbuntowała. Nie dało się pogodzić wychowywania nastoletniej narkomanki, choć kochanej, i dwóch sześcioletnich bliźniaczek. Zrobiła coś niespotykanego: ona, uległa i dostosowująca się do innych przyjaciółka, najwierniejsza z wiernych, zadzwoniła do Anny i powiedziała stanowcze NIE. Przez to jeszcze bardziej później bolało ją, że Agata, wbrew swojej inteligencji i surowemu wychowaniu, znalazła się wśród innych beznadziejnych przypadków w placówce wychowawczej dla dzieci i młodzieży. Czy Ester ponosi za to część odpowiedzialności?

– Jeśli jej nie zamkną, zniszczy się – oświadczyła wówczas Anna patetycznie. I dodała: – Ten koszmarny autodestrukcyjny charakter odziedziczyła po ojcu, niech mu ziemia lekką będzie. Powinnam była to przewidzieć.

Obie przyjaciółki sądziły, że placówka wychowawcza to dla Agaty ostatnia szansa i że ekstremalnie trudne dorastanie zostanie poskromione w surowych warunkach zakładu. Ale teraz Agata uciekła. Jest zaginiona. Gdzie się podziewa? Czy żyje?

Ester napłynęły łzy do oczu. W słuchawce panowała cisza. Może Annę oburzyło, że jej najlepsza przyjaciółka krzyczy na nią w takiej sytuacji, i rozłączyła się?

– Jesteś tam?

Anna się wysmarkała.

– A gdzie bym miała być, do cholery? Dlaczego, kurde, milczysz? Czyli ty nic nie wiesz? Nie pokazała się u ciebie?

– Nie. Przecież od razu bym do ciebie zadzwoniła. Myślisz, że ją tu ukrywam?

– Nie. Nie wiem, co myślę. Jasne.

– Czy policja jej szuka?

– Ogłosili jej zaginięcie. Ale wątpię, żeby aktywnie jej szukali. Wiesz, co mi powiedzieli? Że co roku poszukują ponad trzech tysięcy zaginionych dzieci i znajdują dziewięćdziesiąt osiem procent z nich. Bardzo mnie pocieszyli! A co z pozostałymi dwoma procentami? Gdzie są? – Ostatnie zdanie Anna wykrzyczała, a potem rozszlochała się głośno.

Ester na chwilę odsunęła słuchawkę od ucha.

– Mnie to naprawdę uspokaja. Dziewięćdziesiąt osiem procent to dość…

– Zamknij się! Nie znoszę, kiedy ktoś mnie pociesza.

Tak naprawdę bardzo potrzebowała pocieszenia i obie to wiedziały.

– Znajdą ją – powiedziała łagodnie Ester. – Albo sama wróci.

– Dziś podałam policji twoje nazwisko i adres. Pytali o miejsca, które Agata lubi, więc pomyślałam… Pewnie się do ciebie odezwą. Nie masz nic przeciwko temu?

– Oczywiście, że nie! – Ester dopiero teraz uświadomiła sobie, że coś tu nie gra. Dlaczego Anna nie skierowała policji do niej już pierwszego dnia? Mąż i rodzice Anny od dawna nie żyją, a Ester była ostatnimi laty drugą najważniejszą osobą w życiu Agaty, a przynajmniej taką miała nadzieję. – Powinnaś była zrobić to od razu, jak uciekła! Może by się tu rozejrzeli, Agata zna to miejsce, może kogoś tu poznała, nie wiadomo.

– No… jakoś… nie przyszło mi to do głowy.

Te słowa dotknęły Ester.

– A dlaczego dzwonisz do mnie dopiero dzisiaj? Dlaczego przez cały czas męczysz się z tym sama?

Denerwuję się przez utopione myszy w basenie, a tymczasem nie wiadomo, gdzie jest Agata. Może ją porwali. Może gdzieś o mnie myśli, w jakiejś piwnicy, z której nie potrafi uciec…

„Dość" – wyrzuciła sobie w duchu.

– Słyszysz, Anka! Dlaczego dzwonisz do mnie dopiero dzisiaj?

– Nie chciałam dokładać ci zmartwień. Myślałam, że jeśli Agata nagle by się u ciebie pojawiła, wydałoby ci się to podejrzane i sama dałabyś mi znać.

Nie brzmiało to przekonująco, a branie przesadnych względów na innych ludzi nie pasowało do Anny. Ester z powątpiewaniem wydęła wargi.

– Oczywiście, że bym to zrobiła. Ale i tak nie rozumiem, dlaczego przez cały tydzień nie dałaś mi…

– Wstydziłam się.

I znów ten złamany głos. Jakby wcale nie należał do Anny. Ester wzięła głęboki oddech (przede wszystkim spokojnie!).

– Aniu, nie masz się za co wstydzić. Starałaś się. To nie twoja wina, że Aga zbłądziła. – Naprawdę nie jej? – Posłuchaj, może przyjedziesz tu na weekend? Możesz nawet wziąć ze sobą Marcelinę. Wy dwie razem pracujecie i widujecie się cały czas, ale ja już prawie zapomniałam, jak ona wygląda. Co ty na to? Jestem sama, bez dzieci, i nie mam zamówionych żadnych gości. – Ester zrezygnowała z weekendowej nirwany. Wprawdzie zaprosiła Macieja na kolację, ale czy to teraz takie istotne? Jest potrzebna najlepszej przyjaciółce, więc wszystko inne musi poczekać.

– Właściwie zamierzałam pracować. – Anna się zamyśliła. – Ale w sumie mogę pracować z Marceliną też u ciebie, prawda? To widzimy się w piątek?

– Tak. – Ester pomyślała, że pomimo iż przyjadą w odwiedziny jej dwie najlepsze przyjaciółki, bynajmniej nie będzie to wesoły weekend. Chyba że do tego czasu policja odnajdzie Agatę. Albo sama wróci. Albo za chwilę pojawi się na podwórzu gospodarstwa, głodna i brudna, ale żywa… – To na razie, trzymam kciuki.

– Ester? Spieprzyłam to – szepnęła Anna.

– Co spieprzyłaś?

– Wychowanie Agaty. Życie Agaty. Wszystko. Zepsułam więcej, niż potrafiłabyś sobie wyobrazić.

ROZDZIAŁ 2

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
PROLOG
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15

Karta redakcyjna

Copyright © Michaela Klevisová, 2009

Copyright © for Polish edition by Stara Szkoła Sp. z o.o., 2020

All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, udostępnianie i rozpowszechnianie całości lub fragmentów bez pisemnej zgody wydawnictwa zabronione.

Książka została wydana dzięki wsparciu finansowemu Ministerstwa Kultury Republiki Czeskiej.

Tłumaczenie: Mirosław Śmigielski

Redakcja i korekta: Ewa Żak

Projekt okładki: Tomáš Cikán

Wydawca:

Stara Szkoła Sp. z o.o.

Rudno 16, 56-100 Wołów

[email protected]

www.stara-szkola.com

ISBN 978-83-66013-33-9

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek