Zima koloru turkusu - Carina Bartsch - ebook + książka
BESTSELLER

Zima koloru turkusu ebook

Carina Bartsch

4,4

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Druga część cyklu o Emely i Elyasie, parze studiujących w Berlinie dwudziestoparolatków, którzy – choć prowadzą usiane towarzyskimi i rodzinnymi przygodami życie – tęsknią za prawdziwą miłością.

Emely jest kompletnie zdezorientowana. Dlaczego Elyas, mężczyzna o turkusowych oczach, zniknął właśnie wtedy, gdy zdecydowała się mu zaufać? Na szczęście wciąż może liczyć na swojego tajemniczego, internetowego wielbiciela... Ale czy w końcu dojdzie do ich spotkania?  Ciąg dalszy akademickiego romansu o tym, czy warto dawać drugą szansę trudnej miłości. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 469

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
ESzK69

Nie oderwiesz się od lektury

Kontynuacja „Lata koloru wiśni”. Tym razem autorka skupia się bardziej na uczuciach Emely i Elyasa, ich przemyśleniach, watpliwościach - a więc jest poważniej. Chociaż nie powiem, był jeden moment w książce, w którym płakałam ze śmiechu...:) W tej części również pojawiają się ciekawi bohaterowie drugoplanowi. Na uwagę zasługuje Karsten-tata Emely: dobry, mądry, spostrzegawczy człowiek, w którym córka zauważa prawdziwego przyjaciela. Bardzo fajna młodzieżówka. Zdecydowanie polecam.
20

Popularność




Tytuł oryginału TÜRKISGRÜNER WINTER

Copyright © 2012 by Carina Bartsch Copyright © 2015 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Polskie wydanie opublikowano we współpracy z Agencją Literacką Ekstensa, www.ekstensa.com i erzähl:perspektive Literary Agency M. & K. Gröner GbR, www.erzaehlperspektive.de

Projekt graficzny okładki Ewa Beniak-Haremska

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-8008-145-1

Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań tel. 61 827 08 [email protected]

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Rozdział 1

Inspektor Zima

Od tygodnia nic. Zupełnie nic.

Żadnych prowokacyjnych SMS-ów, żadnych nocnych telefonów, żadnych odwiedzin w stylu „Znalazłem głupi powód, żeby do ciebie zajrzeć” – nic!

Naprawdę kompletnie nic!

W tym tygodniu trzykrotnie odwiedziłam Alex i dwukrotnie widziałam zaparkowanego przed wejściem do kamienicy mustanga. Musiał być w domu. Gdyby jednak ktoś pomyślał, że wyjrzał ze swojego pokoju, choćby po to, żeby powiedzieć „cześć” – nie, nic takiego się nie wydarzyło. Można by uznać, że nadchodzi wojna atomowa, więc schował się niczym w bunkrze za zamkniętymi drzwiami i nie wyściubił zza nich nosa. Raz nawet zaśmiałam się głośniej niż zwykle, żeby zasygnalizować mu moją obecność. Bez powodzenia. Przez kilka ostatnich miesięcy nie mogłam się od niego opędzić, a teraz – nic!

Co się stało? Czyżby stracił zainteresowanie? Czyżby zauważył, że się w nim zakochałam i że osiągnął swój cel? To byłoby jednak z jego strony dość niemądre, bo ostatecznie niewiele brakowało, a w końcu dostałby to, czego zawsze pragnął – seks.

To po prostu nie miało sensu.

Przemogłam się i pocałowałam go w policzek, a on zniknął bez wyjaśnienia. Czy to właśnie teraz nie powinno zacząć mu się spieszyć?

Te pytania od zmierzchu do świtu nie dawały mi spokoju. O niczym innym nie mogłam myśleć. Mniej więcej pięćdziesiąt razy dziennie chwytałam komórkę tylko po to, by pięćdziesiąt razy wymazać wpisany tekst.

– Czy możemy prosić o jeszcze jedną colę? – zawołał klient.

Podskoczyłam z przestrachem.

– Jasne, już się robi – odpowiedziałam i wyjęłam dłonie ze zlewu. Szklankę, którą skończyłam myć, odstawiłam do wyschnięcia.

Nicolas zmarszczył czoło.

– Czy ta szklanka nie miała kiedyś napisu?

Popatrzyłam i zdębiałam. Najwyraźniej odrobinę za mocno ją wyszorowałam, myśląc o Elyasie…

– To wszystko przez tę tanią chińską farbę – powiedziałam, spuściłam wzrok i zabrałam się do nalewania coli.

Dzisiaj miała się odbyć impreza z okazji Halloween, na którą zaprosiła mnie Sophie. Niestety, nikt z moich kolegów z pracy nie miał ochoty mnie zastąpić, więc zamiast dopieszczać wymyślny kostium, stałam za barem w Purpurowym Króliku. Była to jedna z nielicznych knajp, których wystrój nie przypominał dziś krypty, co wyraźnie odbiło się na liczbie gości. W zwyczajnych okolicznościach impreza niespecjalnie by mnie interesowała, ale niezrozumiałe zachowanie Elyasa zmieniało postać rzeczy. Na pewno się na nią wybierał.

Jedyną osobą, której udawało się jakoś odciągnąć moje myśli od pana Głupka, był Luca. Niestety, on również od kilku dni nie dawał znaku życia. Od niedzieli jego wiadomości były coraz krótsze, a od wtorku moja skrzynka pocztowa zionęła pustką. Napisał, że ma nerwowy czas i mnóstwo pracy. I ja miałam w to uwierzyć? Wcześniej zawsze znajdował chwilę, żeby się do mnie odezwać.

A może przestraszyła go prośba o przyspieszenie spotkania? Prawdę mówiąc, nawet na nią nie zareagował. Napisał tylko, że porozmawiamy o tym innym razem.

Jeśli to właśnie z tym miał problem, dlaczego po prostu mi tego nie zdradził?

Wrzuciłam ścierkę do zlewu. Cholera, co im się nagle stało?! Czyżby wreszcie zrozumieli, że nie jestem nikim wyjątkowym? Jeśli tak, to wybrali sobie na to dziwny moment – cholernie dziwny, mówiąc ściślej. Dlaczego nie przyszło im to do głowy pięć miesięcy wcześniej?

Westchnęłam i wytarłam opryskane wodą czoło.

– Cześć, skarbie – zaświergotał znany mi głos.

Eva. „Skarbie” na szczęście nie dotyczyło mnie, w przeciwnym razie to ja miałabym teraz w ustach jej język. To czułe określenie adresowane było do Nicolasa, który najwyraźniej dużo bardziej cieszył się z takiego powitania.

– Tu się kompletnie nic nie dzieje – oceniła Eva.

Moje modlitwy zostały wysłuchane, a publiczna wymiana płynów ustrojowych dobiegła końca.

– Robimy tu za coś w rodzaju atrapy – odpowiedziałam.

Usiadła na stołku barowym naprzeciwko mnie.

– Dlaczego nie idziesz na imprezę?

Czy wspomniałam już, że Eva i Alex bardzo dobrze się dogadywały? Miały takie samo hobby: ciągnąć Emely za sobą tam, dokąd Emely wcale nie chce iść.

– Nie mogę zostawić Nicolasa samego.

– Jak długo trwa twoja zmiana?

Rzuciłam okiem na zegar.

– Jeszcze dwie godziny, a co?

– I tak zamierzałam tu zostać. Mogę cię zastąpić – powiedziała.

– Ty? O ile wiem, nigdy nie pracowałaś za barem.

– I co z tego? Przecież to nie jest trudne. Umiem stać i dobrze wyglądać.

– Nie mam co do tego wątpliwości. To miłe, Eva, ale ja nie wiem, czy na pewno chcę iść na tę imprezę.

Westchnęła.

– Gdyby życie toczyło się tak, jak sobie życzysz, jeszcze siedziałabyś w brzuchu twojej matki.

– Teraz, kiedy wiem, jak wygląda świat na zewnątrz, sądzę, że byłaby to całkiem mądra decyzja! – Uniosłam podbródek, ona natomiast wzruszyła ramionami i spojrzała na mnie wzrokiem w stylu „I co ja mam z tobą zrobić?”. Nienawidziłam, kiedy to robiła. Nic, zupełnie nic nie miała ze mną robić.

– Nie nastawiaj się tak. Na takich imprezach zwykle roi się od przystojniaków!

Naprawdę się od nich roi? Znałam tylko jednego, ale to w zupełności mi wystarczyło. Właśnie jego spotkałabym, gdybym wybrała się na imprezę. Czy tego chciałam? Głupie pytanie – oczywiście, że tak. Właściwie zadane brzmiało: Czy powinnam to robić?

– Możliwe – odparłam. – Ale nawet jeśli podasz mi jeszcze dwadzieścia przekonujących argumentów, ostatecznie polegniesz na informacji, że nie mam przebrania.

– Co z tego?! Przecież nie lubisz kostiumów.

– Oczywiście, że ich nie lubię, ale będę jedyną nieprzebraną osobą na tej imprezie.

– Od kiedy masz problem z odróżnianiem się od innych? – Eva zaśmiała się i krytycznym spojrzeniem omiotła mój strój.

– Mimo wszystko nie jestem pewna, czy to dobry pomysł – wymamrotałam.

– Możesz się nad tym spokojnie zastanowić – wtrącił się Nicolas. – Bo nieważne, czy tam pójdziesz, czy nie, tutaj nie będziesz już potrzebna. Kiedy wyjdą ostatni goście, zamknę knajpę. Dzisiaj i tak nikt już nie przyjdzie.

Pomyślałam o stosie książek, który czekał na mnie w domu.

– Jesteś pewien? – zapytałam.

– Tak. Jeśli coś się zmieni, moja myszka na pewno sobie poradzi, prawda? – Mrugnął do Evy.

Wzruszyłam ramionami.

– OK, skoro tak mówisz. Na pewno będę twoją dłużniczką.

– Niepotrzebnie – powiedział. – Miłego wieczoru, Emely.

Podziękowałam mu i wytarłam mokre dłonie w ręcznik. Dwadzieścia minut później dotarłam do swojego pokoju, zdjęłam z ramienia torbę-listonoszkę, wyjęłam komórkę i opadłam na łóżko. Spojrzenie na wyświetlacz podziałało na mnie trzeźwiąco, więc z westchnieniem rzuciłam urządzenie na poduszkę.

Dlaczego, do cholery, nikt do mnie nie pisał?! Czy stało się coś, o czym nie wiedziałam? To wszystko wydawało mi się bardzo dziwne.

Co on wyczyniał?

Prawdopodobnie właśnie podrywał inną, o wiele ładniejszą kobietę, z którą chciał spędzić noc. Taką, która nie zachowywała się tak, jak ja.

Jęknęłam z niezadowoleniem.

A może jednak powinnam pójść na tę imprezę? Tylko po to, żeby go zobaczyć? Teraz przynajmniej miałam okazję…

Nie! Powinnam się cieszyć, że się nie odzywa. W końcu właśnie tego chciałam. Powinnam być mu wdzięczna, ponieważ w ten sposób pośrednio uratował mi życie. Właśnie! Decyzja zapadła, na pewno nie pójdę na tę imprezę!

A może jednak powinnam?

Nie! Koniec. Kropka.

Dziesięć minut później grzebałam w szafie w poszukiwaniu ciuchów, które nadawałyby się na wyjście. Przewracałam i przewracałam, ale nic odpowiedniego nie chciało wpaść mi w ręce. Jeśli nie miało to być przebranie, dobrze byłoby znaleźć coś choćby zbliżonego do kostiumu. Szukałam dalej, a obok rósł stos ubrań – nawet nie wiedziałam, że je mam. Byłam już bliska całkowitego zagrzebania się w szafie, kiedy pod jednym ze stosów dostrzegłam biały T-shirt. Wyciągnęłam go, rozłożyłam i przypomniałam sobie, że trzy, cztery lata wcześniej dostałam go w prezencie od Alex. Miał taliowany krój, a pod okrągłym dekoltem widniało hasło zapisane literami rodem z horrorów: „Bite me”. Przyglądałam mu się przez chwilę. Wcześniej nie nadarzyła się okazja, żeby go włożyć, ale na imprezę z okazji Halloween była to najlepsza propozycja, jaką miała do zaoferowania moja szafa. Skinęłam głową, wygładziłam T-shirt na tułowiu, wybrałam do niego ciemnoniebieskie dżinsy i białe trampki.

Moje odbicie w lustrze nieczęsto mnie zaskakiwało, ale dziś właśnie się to wydarzyło – wyglądałam jeszcze głupiej, niż się spodziewałam. Gdyby projektant tego T-shirtu mógł mnie zobaczyć, z pewnością przewróciłby się w grobie. „Ale co mi tam” – pomyślałam. Dlaczego mam się przejmować projektantem, który zaćpał się na śmierć? Wzruszyłam ramionami, ruszyłam do łazienki, przeczesałam włosy, nabrałam głęboko powietrza i wyszłam z pokoju.

Impreza odbywała się na drugim końcu miasta, w domu rodziców Sophie. Trzy razy musiałam zmieniać autobus. Wydawało mi się, że podróż trwa całą wieczność. Kiedy dotarłam na miejsce, było już po jedenastej.

Przed dużym, jasnym domem z przeszklonym frontem kłębił się tłum przebranych ludzi, a dobiegającą ze środka głośną muzykę słychać było na ulicy. Freddy Krüger, Michael Myers, Jason Voorhees i zombie z piłami łańcuchowymi – pełen wachlarz postaci w o wiele bardziej towarzyskich nastrojach niż te, w których występowali w swoich macierzystych horrorach.

A więc tak Sophie wyobrażała sobie małą imprezę? Zmarszczyłam czoło.

Prawie nikt nie zwrócił na mnie uwagi, a ja z mokrymi od potu dłońmi wyminęłam tłum i ruszyłam w stronę otwartych drzwi wejściowych. Byłam już blisko celu, kiedy wpadła na mnie jakaś dziewczyna.

– Sorry – rzuciła.

– Nie ma problemu – odpowiedziałam, ale ona była już trzy metry dalej i nawet się nie odwróciła.

W napięciu ruszyłam w stronę źródła muzyki. Z każdym krokiem wzmacniało się moje przeczucie, że to tylko mały przedsmak scenariusza, który czekał mnie w środku. Miałam rację. Bogowie najwyraźniej zebrali się i postanowili na ten wieczór przenieść piekło do domu Sophie.

Przecisnęłam się obok wymazanego krwią gościa i wylądowałam w salonie. Zaczęłam się rozglądać w poszukiwaniu Alex. Nie mogłam jej dostrzec w tłumie potworów, które tańczyły, stały w małych grupach lub mimo głośnej muzyki próbowały prowadzić rozmowę. Cofnęłam się o krok i przez przypadek potrąciłam chłopaka, który prawie oblał sobie T-shirt piwem.

– Och! – jęknęłam z rozszerzonymi z przerażenia oczami. – Przepraszam.

Spojrzał na mnie dziwnym wzrokiem i odwrócił się do swoich znajomych. Z lekko zaczerwienionymi policzkami przedzierałam się dalej w kierunku ściany.

Ograniczenie szkodliwości – tak nazwałabym ten manewr. Dla dobra gości i mojej odpowiedzialności cywilnej lepiej było, kiedy ludzie otaczali mnie tylko z jednej strony. W efekcie wpadłam w kłębowisko sztucznych pajęczych sieci, które wplątały się w moje włosy. Musiałam je pojedynczo wyjmować. Super.

Po kilku chwilach znalazłam się w kolejnym pokoju – czymś w rodzaju niewymiarowej jadalni, w której gęstość tłumu nieco zelżała. Moje spojrzenie prześlizgiwało się po twarzach z tym samym skutkiem – żadnej z nich nie znałam. Z głośników dudniła piosenka Davida Draimana Forsaken i spowijała mrocznymi dźwiękami już dostatecznie nieprzyjazne otoczenie.

Zatrzymałam się na środku jadalni i właśnie zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie pomyliłam numeru domu, kiedy nagle moje spojrzenie spoczęło na kimś znajomym.

Był tam. Jak posąg stał w drzwiach prowadzących do kolejnego pokoju i patrzył w moją stronę. Dostrzegł mnie, zanim ja dostrzegłam jego.

Poczułam, jak krew uderza do moich tętnic i że mocno bije mi serce.

Elyas.

Był blady. Pod jego oczami widniały ciemne sińce, które wywołały u mnie gęsią skórkę. Moje spojrzenie powędrowało w stronę jego nóg, zatrzymało się na wytartych dżinsach z czarnym paskiem. Na szczupłym tułowiu miał czarny T-shirt, z którego spoglądała na mnie obnażająca zęby wampirzyca.

Na wierzch włożył rozpięty, czarny, sięgający kolan skórzany płaszcz.

Dopiero teraz zorientowałam się, że mam otwarte usta. Zamykając je, spojrzałam ponownie na jego twarz i zobaczyłam, że wzrok Elyasa z dziwnym błyskiem skierowany jest na mój T-shirt. Opuścił lekko głowę, zlustrował mnie od stóp do głów i uniósł jeden z kącików ust. Ten jednostronny uśmiech każdej nocy spędzał mi sen z powiek. Uśmiech rósł, a w moją stronę błysnął biały, zaostrzony ząb i potwierdził najgorsze przypuszczenia.

Wampir. Elyas przebrał się za wampira.

Nadrukowane na T-shircie słowa paliły mi skórę. Czułam, jak ciepło stamtąd wznosi się w kierunku moich policzków.

Elyas spojrzał mi w oczy i zorientowałam się, że czytam w jego myślach. Otaczający nas tłum z każdą sekundą schodził na dalszy plan, hałas cichł, aż Elyas i ja zostaliśmy jedynymi gośćmi na imprezie.

W tej samej chwili nabrałam pewności, że tego wieczora Elyas nie przepuści okazji, żeby podążyć za sugestią wydrukowaną na moim T-shircie. I tak samo wyraźnie uświadomiłam sobie, że nie będę się przed tym bronić.

Liczyłam sekundy do momentu, kiedy odsunie się od progu i pójdzie w moim kierunku. Ale on wciąż tam stał. Nie ruszał się z miejsca.

Oderwał ode mnie wzrok i przez długą chwilę patrzył w ziemię. Potem uniósł dłoń i pomachał do mnie. Zanim zdążyłam zmarszczyć czoło, odwrócił się i zniknął w tłumie.

Stałam jak zrośnięta z podłogą i gapiłam się za nim. Co on wyprawiał? Dlaczego sobie poszedł? Czułam się tak, jakby ktoś przyłożył mi w głowę wielką deską. Powoli przestawałam cokolwiek rozumieć.

– Emely? – Nagle usłyszałam za plecami czyjś głos.

Zamrugałam i odwróciłam się. Przede mną stała Alex w białej sukience do połowy uda i z przypiętymi do pleców skrzydłami z miękkich piór. Nad głową mojej przyjaciółki unosiła się aureola, która huśtała się z każdym jej krokiem.

– Myślałam, że musisz być w pracy – powiedziała.

Moje wyjaśnienie najwyraźniej jednak niespecjalnie ją interesowało, bo nie czekając na nie, rzuciła mi się na szyję i przycisnęła mnie mocno do siebie.

– Tak się cieszę, że dałaś radę przyjść.

Za jej plecami pojawił się Sebastian. Skinęłam mu głową.

– Cześć – powiedział.

Jego spojrzenie spoczęło na moim T-shircie, a twarz rozjaśnił mu uśmiech.

– O co chodzi? – zapytałam.

– Nic, nic – odparł Sebastian. – Poczekaj, aż zobaczysz Elyasa.

– Już go widziałam.

– Już się widzieliście? – zapytał. – Nie widzę śladów ugryzienia.

Zmusiłam się do uśmiechu.

– Bo ich nie ma – powiedziałam. – Elyas najwyraźniej dał za wygraną.

Sebastian spojrzał na mnie z niedowierzeniem.

– Co takiego? Elyas zrezygnował? – Zaśmiał się. – To niemożliwe.

– Wszystko na to wskazuje. Najpierw przestał się do mnie odzywać, a teraz… teraz nawet schodzi mi z drogi.

Sebastian przekrzywił głowę.

– Czy my na pewno mówimy o tej samej osobie?

Przytaknęłam.

– Schodzi ci z drogi? – zapytał. – Nie rozumiem, dlaczego miałby to robić. W zeszłym tygodniu prawie go nie widziałem, ale po wyjeździe pod namioty wszystko było po staremu. – Wzruszył ramionami. – Cokolwiek się z nim dzieje, nie ciesz się za szybko, Emely. Elyas z pewnością nie rezygnuje tak po prostu.

– Ja też w to nie wierzę. Denerwowanie ciebie sprawia mu zdecydowanie za dużo radości – powiedziała Alex. – Ale skoro już widziałaś Elyasa, to co myślisz o jego przebraniu? – Przebierała stopami w miejscu.

– Ach, to ty je wymyśliłaś?

– Sebastian, który nie umie się bawić, nie chciał się przebrać – powiedziała i rzuciła swojemu chłopakowi spojrzenie z ukosa. – Zajęłam się więc Elyasem. No powiedz wreszcie, jak ci się podoba? Idealny wampir, prawda? Nawet ja dałabym mu się ugryźć – zachichotała.

Idealny wampir… Lepiej bym tego nie ujęła. Edward Cullen, ten cienias, mógł się przy nim schować.

– Ile valium musiałaś w niego wpakować, żeby się oddał w twoje ręce?

Uśmiechnęła się.

– Trzy do czterech. Nie trzymaj mnie już w napięciu i powiedz coś!

Westchnęłam.

– Wampir idealny.

– Wiedziałam! – Alex klasnęła w dłonie, a ten ruch wprawił w wibracje aureolę nad jej głową. – Jestem największym talentem modowym, jaki kiedykolwiek nosiła ta ziemia!

Przewróciłam oczami.

– No jasne.

Alex nie usłyszała tego lub nie chciała usłyszeć.

– Co robimy? Szukamy pozostałych? – zapytał Sebastian. – Andy zagwiżdże z zachwytu, kiedy zobaczy twój T-shirt.

Oczywiście, jeśli ktoś mógł uznać zgodność naszych strojów za zabawną, to na pewno Andy. Ale dlaczego zachwycali się tym wszyscy poza Elyasem? Opuściłam głowę i zaczęłam się przygotowywać na kolejne docinki. Drogi losie, serdeczne dzięki.

Przeszliśmy do kolejnego pomieszczenia. Tak jak przewidywał Sebastian, Andy miał ogromny problem z opanowaniem narastającego napadu śmiechu. Zareagowałam westchnieniem, stanęłam nieco z boku, rozejrzałam się nieobecnym wzrokiem i bez zainteresowania przysłuchiwałam się rozmowie. Moja uwaga uaktywniła się, kiedy po chwili zobaczyłam wchodzącego do pokoju Elyasa. Zatrzymał się kilka metrów od nas, przywitał się ze znajomym i zaczął z nim rozmawiać. Nie sprawiał wrażenia, jakby zmierzał w naszą stronę, chociaż doskonale nas widział.

Mocno zagryzłam zęby. Moja frustracja osiągnęła taki poziom, że najchętniej podeszłabym do niego i zrobiła mu scenę. Co on sobie wyobrażał? Najpierw miesiącami doprowadza mnie do szaleństwa, a potem z dnia na dzień przestaje się mną interesować?

Bezczelność.

– Gdzie znajdę coś do picia? – zapytałam Andy’ego.

– W kuchni. Prosto korytarzem i na końcu w prawo.

– Dziękuję – powiedziałam, odwróciłam się i ruszyłam na poszukiwania.

Nie udało mi się znaleźć kuchni w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, ale dotarłam do barku z kuchenką, zlewem i lodówką. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Stało tu przynajmniej dwa razy więcej rodzajów alkoholu niż w przeciętnej knajpie.

Klepnęłam w ramię jakiegoś mężczyznę.

– Mogę? – zapytałam.

Wykonał krok do tyłu, odsłaniając dostęp do papierowych kubków.

– Dziękuję – powiedziałam, chwyciłam jeden z nich i zaczęłam się zastanawiać, czym go napełnić. Kiedy mój wzrok padł na butelkę wódki, decyzja została podjęta. Wlałam do kubka spory łyk alkoholu i uzupełniłam napój sokiem wiśniowym. Spróbowałam, a następnie – po krótkim namyśle – dolałam jeszcze trochę wódki.

Swoim wzrostem Andy bardzo mi ułatwił ponowne odnalezienie grupy. Ledwie zdążyłam zająć poprzednią pozycję, moje spojrzenie natychmiast powędrowało do miejsca, w którym ostatnio widziałam Elyasa. Nie było go tam. Obejrzałam się i ku mojemu zdumieniu dostrzegłam go niedaleko, przy Sophie. Biorąc solidny łyk z kubka, głośnym chrząknięciem zameldowałam się obok Andy’ego.

– Emely – powiedział. – Jesteś już.

Kiedy wypowiedział moje imię, Elyas na ułamek sekundy odwrócił się w naszą stronę, ale potem przeniósł wzrok z powrotem na Sophie. Wszystko we mnie zawrzało.

Andy, na którego twarzy wciąż widniał szeroki uśmiech, położył dłoń na moim ramieniu i pociągnął mnie za sobą kilka kroków. Zatrzymał się przed Sophie i Elyasem.

– No i co, Elyas? Co powiesz na strój Emely?

„No właśnie, do diabła, co powiesz na mój strój?”

Pytanie przepadło jednak tak szybko, jak wybrzmiało. Wszystko z powodu wzroku, jakim spojrzał na mnie Elyas. Zupełnie innego niż zwykle. Bez błysku w oczach, bez tej niepodważalnej pewności siebie, którą posiadał tylko on. Jego wzrok był matowy jak wypłowiała fotografia.

– A co mam powiedzieć… – wymamrotał i wzruszył ramionami. – Wygląda przepięknie. Jak zawsze.

Mój żołądek zwinął się w kłębek. Tak często mi to powtarzał. Tym razem zabrzmiało to jednak tak, jak gdyby mówił o kimś, o kim zachował tylko blade wspomnienie z przeszłości.

– A teraz wybaczcie mi – kontynuował. – Spotkałem starego znajomego.

Dopowiedział to zdanie do końca, odwrócił się do nas plecami i zniknął. Stałam jak wryta i patrzyłam za nim.

Po krótkiej chwili ciszy Andy postanowił zadać pytanie:

– Macie ciche dni?

– Nie mam pojęcia – odpowiedziałam z opóźnieniem. – A może on przeszedł na wegetarianizm?

Dwa kubki wódki z sokiem wiśniowym później mój nastrój wciąż nie uległ poprawie. Mogłam odpuścić tę sprawę z Elyasem. Ale za każdym razem, kiedy chwytałam się tej myśli, czułam się tak, jakby mały karateka boksował od wewnątrz mój żołądek. Nienawidziłam tego małego łobuza. Był uparty i nierozsądny. Tak, nierozsądny. Wielokrotnie mu o tym mówiłam, nie zwracał na to jednak najmniejszej uwagi, ponieważ posiadał jeszcze jedną cechę – był głuchy jak pień. A w połączeniu z alkoholem wyzwalał u mnie coś, co zwykle nie istniało: odwagę.

Resztę drinka wypiłam za jednym razem i uznałam, że wycieczka po dolewkę jest optymalną okazją, by rozejrzeć się za Elyasem. Przeprosiłam wszystkich na chwilę i ruszyłam w stronę kuchni. Im bardziej jednak wytężałam za nim wzrok – do diabła, naprawdę wytężałam – tym bardziej nie mogłam go dostrzec.

Weszłam do kuchni, napełniłam kubek i pociągnęłam pierwszy duży łyk wódki z sokiem wiśniowym. Czy naprawdę powinnam już porzucić poszukiwania? Mały karateka wymierzył mi solidny cios. Postanowiłam wybrać się na krótką, niezobowiązującą wycieczkę po domu.

Impreza toczyła się w najlepsze. Jedyne, co uległo zmianie, to wyraźne puszczenie hamulców. Musiałam się więc przecisnąć obok więźnia-uciekiniera, którego dłonie spoczywały pod sukienką pewnej pielęgniarki. Przyglądając się tej więziennej rewizji osobistej, przypomniałam sobie o utalentowanych dłoniach, które wędrowały po moim ciele, i znów musiałam pomyśleć o Elyasie. Gdzie on się podziewał? Przejrzałam wszystkie pomieszczenia w domu i doszłam do ostatecznego przekonania, że nie ma w nich śladu po Elyasie.

Gdyby nie graniczyło to z paranoją, pomyślałabym, że Elyas nie chciał zostać przeze mnie odnaleziony. A może poszedł już do domu?

Cicho mrucząc z niezadowolenia, ruszyłam w drogę powrotną, trzymając się ostatniej nadziei, że Elyas być może zdążył w tym czasie wrócić do swoich przyjaciół. Przemykając przez kuchnię, omiotłam ją pobieżnym spojrzeniem i zdrętwiałam. Elyas. Nagle się pojawił. Oparty o ścianę obok lodówki rozmawiał z jakąś brunetką.

Z oczami wielkimi jak piłeczki do gry w golfa ruszyłam przed siebie i zatrzymałam się dopiero za drzwiami. Z tyłu ta dziewczyna wyglądała jak Jessica, ale to z pewnością nie była ona. Zajrzałam do mojego kubka, który był już tylko w połowie pełen, i zakołysałam znajdującym się w nim płynem. Po krótkim zastanowieniu przelałam jego zawartość do pierwszej lepszej doniczki, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam do kuchni.

Byłam pełna woli działania, przynajmniej do momentu, kiedy przekroczyłam próg pomieszczenia i zobaczyłam Elyasa. Natychmiast opuściłam głowę i zaczęłam zachowywać się tak, jakbym go nie widziała. Maszerowałam w stronę butelek. Tam odwróciłam się do Elyasa plecami i oddałam się intensywnemu przeklinaniu własnego cholernego tchórzostwa.

„Oddychaj głęboko”. Po chwili podjęłam próbę uspokojenia się. Dziewczyna, z którą rozmawiał, okazała się jednak Jessicą. Nie było więc powodu do zmartwień. Ale czy on w ogóle mnie widział? Na pewno. Przeszłam przecież bezpośrednio obok niego.

Stałam przy barze i wędrowałam wzrokiem po butelkach, udając, że nie mogę się zdecydować, czego chcę się napić. W rzeczywistości grałam na czas. Czas, który on mógłby wykorzystać, żeby do mnie podejść.

Przeciągnęłam ten proces na całe pięć minut, ale on nie podszedł. Dlaczego, do diabła, nie podszedł?!

Sfrustrowana chwyciłam butelkę wódki i pozostałam wierna drinkowi, który piłam cały wieczór. Skosztowałam, a w tym czasie rozum, który nieustannie powtarzał mi, że moje zachowanie jest żałosne, zaczął zdobywać przewagę. Musiałam po prostu porozmawiać z Elyasem i dowiedzieć się, na czym polegał problem. Tak jest! Z zaciętym wyrazem twarzy odwróciłam się i zobaczyłam puste miejsce obok lodówki.

Elyas i Jessica zniknęli.

Zdębiałam. Powoli przestawałam wierzyć w zbiegi okoliczności.

Minęło kilka minut, zanim ruszyłam z powrotem do salonu. Stanęłam obok pozostałych i w duchu ochrzciłam mały, biały, papierowy kubek moim nowym najlepszym przyjacielem.

To działało. Odwaga, która zrobiła sobie przerwę i tylko w pływaczkach, z kąpielową kaczką pod pachą ruszyła w krótki rajd po Berlinie, właśnie powróciła. Od dłuższego czasu niczym przyczajony gepard obserwowałam drzwi prowadzące na korytarz i czekałam na odpowiedni moment. Tym razem się do niego odezwę. Tym cholernym razem się do niego odezwę!

Trochę to trwało, jednak moja cierpliwość została wynagrodzona. Elyas wszedł do pokoju. Nabrałam powietrza, zacisnęłam dłonie w pięści i ruszyłam za nim. Łatwiej było to jednak postanowić, niż wykonać. Najpierw musiałam się odnaleźć w tłoku. To było spore wyzwanie. W końcu zdradziły go jego cynamonowe włosy. Nie spuszczając oka z celu, coraz bardziej się do niego zbliżałam. Kiedy byłam już o dwie, trzy długości ramienia od niego, z prawej strony wyłonił się ciemnowłosy chłopak, który przejął Elyasa i w powitalnym geście poklepał go po ramieniu.

– Co tam, Schwarz? Gdzie zgubiłeś swój lejek do piwa?

– Bardzo śmieszne – usłyszałam jego głos.

Z rozszerzonymi oczami stanęłam jak wryta. Elyas spojrzał w moim kierunku, więc szybko wbiłam wzrok w ziemię. I potykając się, jak wariatka ruszyłam przed siebie.

Głupia. Tchórz. Emely! Zatrzymałam się, trzy razy kopnęłam się w tyłek i miałam ochotę zapaść się pod ziemię.

Godzinę później oparta o ścianę w korytarzu myślałam o sobie w kategoriach Colombo. Już czterokrotnie ruszałam w pościg za Elyasem po domu. Czterokrotnie! To było tak bardzo nie w moim stylu, że nie mieściło mi się w głowie.

Dwa na te cztery razy nagle zniknął, jakby rozpłynął się w powietrzu. Dom był wprawdzie duży, ale nie aż tak. Nie miałam pojęcia, jak mu się to udało.

Podczas ostatniego pościgu udało mi się podejść do niego najbliżej tego wieczora. Wystarczyło tylko wyciągnąć rękę, żeby go dotknąć. Weszłam w obszar jego zapachu. Moja głowa pracowała na najwyższych obrotach w poszukiwaniu słów, z którymi mogłabym się przy nim zatrzymać. Niestety – zawiodła, więc za nic w świecie nie mogłam się przemóc, żeby wykonać ten ostatni, brakujący krok.

Wtedy nagle, zupełnie niespodziewanie, zatrzymał się i odwrócił w moją stronę. Spojrzał na mnie, a ja – zamieniona w karpia – przez kilka sekund odwzajemniałam jego spojrzenie, a potem opuściłam głowę i na ślepo skręciłam do kuchni.

Ten halloweenowy wieczór niewątpliwie miał przejść do historii jako wieczór, kiedy odkryłam nowe oblicze autonienawiści.

Nadzieja, że Elyas nie zauważył mojego pościgu, dawno temu umarła. Nie tylko dlatego, że dla tak niezdarnej osoby jak ja dyskretna obserwacja graniczyła z niemożliwością. Z nieznanych przyczyn ściągnęłam na siebie niechęć całego doniczkowego imperium. Doniczki rzędami ustawiały się na mojej drodze. Ostatniej z nich miałam do zawdzięczenia to, że o mały włos nie upadłam na twarz na oczach tłumu ludzi. Głośny hałas przyciągnął nawet uwagę Elyasa. Nie zdążyłam się upewnić, czy mnie widział, ponieważ nigdy w życiu tak szybko nie wzięłam nóg za pas.

– Masz na myśli mnie?

Uniosłam głowę i spojrzałam prosto w twarz rudowłosego chłopaka.

Oceniłam jego wiek na szesnaście, siedemnaście lat. Czy o tej porze od dawna nie powinien już leżeć w łóżku?

– Że co? Dlaczego miałabym mieć ciebie na myśli? – zapytałam.

– Twój T-shirt – powiedział.

Przewróciłam oczami. Ten cholerny T-shirt. Nie, z pewnością nie miałam go na myśli, a może pod spodem widniał napis: „Włosy na jajach nie są obowiązkowe”?

– Nie do końca – wymamrotałam i wyjrzałam za jego plecy w poszukiwaniu Elyasa.

– Tę zaczepkę słyszysz już pewnie cały wieczór, prawda? – Z piwem w dłoni i uśmiechem na ustach oparł się o ścianę obok mnie.

– Nie, na szczęście jesteś pierwszy – odpowiedziałam, próbując nie brzmieć nawet w połowie tak niesympatycznie, jak miałam na to ochotę. Ostatecznie to nie była jego wina, że miałam grobowy nastrój.

– Naprawdę? – zapytał. – Trudno mi w to uwierzyć. Najwyraźniej inni nie mają odwagi cię zagadnąć.

Ach tak, więc miałam do czynienia z panem Odważnym.

Zdusiłam ziewnięcie i już chciałam odpowiedzieć podenerwowanym „zapewne”, kiedy w korytarzu pojawił się Elyas, który zmierzał prosto w moją stronę. Chociaż… Właściwie raczej sprawiał wrażenie, jakby chciał mnie wyminąć.

Wstrzymując powietrze, spojrzałam na niego ostrożnie. Ku mojemu zdumieniu, odwzajemnił spojrzenie. Turkusowe oczy…

„Proszę, zatrzymaj się! Proszę, zatrzymaj się!”

Ale on nawet o tym nie pomyślał. Oderwał ode mnie wzrok, omiótł nim pobieżnie mojego nieletniego znajomego i po chwili już go przy nas nie było.

Zamroczona jego nagłym pojawieniem się i faktem, że znów mnie zignorował, przez kilka sekund patrzyłam w stronę, gdzie zniknął. Potem wypiłam ostatni łyk wódki z sokiem wiśniowym, zgniotłam kubek w pięści i pomyślałam: „Teraz albo nigdy!”.

– Sorry, miło się z tobą rozmawiało, ale muszę już iść – powiedziałam do stojącego obok chłopaka, odwróciłam się na pięcie i podjęłam pościg.

Śledzenie Elyasa wymagało niezłego tempa, co w moim rozemocjonowanym stanie wiązało się z koniecznością wytężonej koncentracji. Było to dość męczące, ale opłacało się. Bez większych kataklizmów udało mi się systematycznie zmniejszać dzielący nas dystans. Tym razem go zaczepię. Niech się dzieje, co chce! Dziś wieczorem z pewnością dość się już skompromitowałam. Co ja mówię: dziś wieczorem? Raczej na resztę mojego życia.

Jak nazywa się takich ludzi jak ja? Stalkerami? Tak, wydawało mi się, że to adekwatne określenie. Matko, wyglądało na to, że Elyas i ja jesteśmy do siebie dużo bardziej podobni, niż przez długi czas chciałam przyznać. Moglibyśmy założyć własną organizację terrorystyczną. „Elyas” – zawołam teraz po prostu „Elyas”, rozkazałam sobie, a potem się zatrzymam i porozmawiamy. Właśnie tak.

Teoria, jak dotąd, działała całkiem nieźle. Jej wdrożenie, niestety, trochę kulało.

„Dość tego” – pomyślałam i zdecydowanym haustem nabrałam powietrza. Kiedy już otwierałam usta, by w końcu wypowiedzieć jego imię, Elyas skręcił do pokoju i zamknął za sobą drzwi. Z literą „e” na wargach zamknęłam usta. Przeszłam kilka ostatnich kroków i zatrzymałam się przed progiem. Mój wzrok padł na napis na drzwiach. WC dla gości.

Poczułam, jak puszcza napięcie w mięśniach mojej twarzy.

Ścigałam Elyasa w drodze do toalety. Ścigałam. Elyasa. W. Drodze. Do. Toalety.

Boże, nie byłam stalkerem. Byłam cholerną psychopatką!

Robiąc poważną konkurencję cyklonowi, ruszyłam z powrotem do salonu i modliłam się, nie, ja błagałam, by okazało się, że Elyas mnie nie widział.

Sfrustrowana do szpiku kości zatrzymałam się, a po chwili dołączyła do mnie Alex. Kątem ucha słuchałam jej marudnego monologu o parze butów, w poszukiwaniu której na darmo przeszła przez wszystkie sklepy obuwnicze w Berlinie.

– I wiesz, przy wszystkich innych butach powiedziałabym: OK, trudno. Ale nie w tym przypadku. One są piękne, Emely. Czy wiesz, jakie one są piękne?

Potrząsnęłam głową.

– Są czarno-bladoróżowe, a z tyłu, na pięcie, mają paseczek. Najsłodszy paseczek, jaki kiedykolwiek widziałaś. A z przodu, na czubku…

Dalej nie słuchałam. Do pokoju wszedł Elyas. Zachowując kilka metrów dystansu, przeszedł obok nas i stanął po przeciwnej stronie, przy sprzęcie grającym. Opierając się plecami o ścianę, przyglądał się tańczącym potworom.

Przez dziesięć minut ukradkowo zerkałam w jego stronę. Niestety, kilka razy mnie na tym przyłapał. Wewnętrznie byłam rozdygotana jak aureola Alex, która wciąż huśtała się w tę i z powrotem.

Czy powinnam do niego podejść? Okolice sprzętu muzycznego z pewnością nie były najlepszym miejscem na rozmowę.

Nie, mądrzej byłoby poczekać na właściwy moment. Ale jak on miałby wyglądać? Nie miałam pojęcia, ale byłam pewna, że rozpoznam go, kiedy się nadarzy. Chwilę później Elyas oderwał się od ściany i ruszył w stronę wyjścia na taras. Z mojego punktu obserwacyjnego nie dostrzegłam nikogo na zewnątrz. Czekała tam tylko ciemność. Elyas zanurkował w nią i zniknął mi z oczu.

Nadeszła ostatnia próba tego wieczoru. Wypiłam duży łyk wódki z sokiem i wcisnęłam kubek w dłoń Alex.

– Wybacz, ale muszę wyjść na chwilę na świeże powietrze – powiedziałam.

– Źle się czujesz? – Przyjrzała się mi badawczo.

Czy można powiedzieć, że odchodzenie od zmysłów oznacza złe samopoczucie? Prawdopodobnie tak.

– Nie martw się – odpowiedziałam. – Trochę za dużo wypiłam, a w środku jest duszno.

– OK – odparła i wzruszyła ramionami. – To ja pójdę poszukać Sebastiana.

Patrzyłam na nią, aż wyszła z pokoju, a potem zamknęłam oczy, by jeszcze raz posłuchać wewnętrznego głosu. Jeśli tym razem znów się nie uda, pójdę do domu i ostatecznie wybiję sobie Elyasa z głowy. Potwierdziłam tę decyzję zdecydowanym kiwnięciem głową, nabrałam głęboko powietrza i wyszłam na taras. Ledwo zrobiłam pierwszy krok, owiała mnie chłodna bryza. Chwyciłam się za przedramiona, obejrzałam i zaczęłam ostrożnie stawiać nogę za nogą. Rozmowy cichły, a ja dotarłam do końca tarasu. Po Elyasie nie było tu śladu.

A może poszedł do ogrodu? Zatrzymałam się przy schodach i próbowałam dostrzec cokolwiek w ciemności. Światła domu sprawiały, że na tarasie panował półmrok. Silniej splotłam ramiona. „Gdzie on się do diabła podział? Przecież nie można tak po prostu rozpłynąć się w powietrzu…”.

– Dlaczego mnie śledzisz?

Położyłam dłoń na piersi, wydobyłam z siebie głośny krzyk i odwróciłam się.

Elyas opierał się ramieniem o ścianę domu, niedaleko drzwi tarasowych, i patrzył z zainteresowaniem w moją stronę. Cholera, dlaczego go nie zauważyłam?!

– Ja? – zapytałam z zaczerwienionymi policzkami. – Jak… jak… jak… wpadłeś na pomysł, że cię śledzę?

„Świetnie, Emely, jeszcze pogarszasz sytuację, znakomity pomysł!”

– Emely – powiedział spokojniejszym tonem. – Pobiegłaś za mną nawet do toalety.

„Cholera!” Czułam, że robię się czerwona jak burak i marzyłam o tym, żeby jednocześnie rozpłynąć się w powietrzu i zapaść się pod ziemię.

– No dobrze… może rzeczywiście przez chwilę cię ścigałam… wcześniej – powiedziałam.

– Przez chwilę? – Uniósł brew. – Biegasz za mną przez cały wieczór.

Jego jedwabiście miękki, a jednocześnie surowy głos powoli uświadamiał mi, że Elyas przez cały czas zdawał sobie sprawę z mojej pogoni. Dłonie miałam już mokre.

– Więc dlaczego to robisz?

Być może powodem był alkohol, być może wielka góra frustracji, która narosła we mnie przez ostatni tydzień – nie wiedziałam, ale w jednej chwili wszystko we mnie pękło.

– OK, Elyas, ja po prostu tego nie rozumiem. W tym tygodniu trzykrotnie odwiedziłam Alex i przynajmniej dwa razy z tych trzech ty byłeś w domu. Ale gdzie? W swoim pokoju! W swoim pokoju, Elyas! Żadnego: „Przez przypadek chce mi się właśnie pić, widzę, że Emely i Alex siedzą w salonie, więc zaraz bez pytania do nich dołączę” – nie! Nie wyściubiłeś stamtąd czubka nosa! To jeszcze nie wszystko! – ciągnęłam. – Od miesięcy każdego cholernego dnia piszesz do mnie SMS-y albo najbezczelniej w świecie dzwonisz. A w tym tygodniu – nic! Kompletnie nic! – Zamachałam rękami. – A dzisiaj? Elyas, przebrałeś się za wampira, a ja mam na sobie T-shirt z pieprzonym napisem „Bite me”! Rozumiesz? Ty – wampir, ja – Bite me! – Kilkakrotnie przeciągnęłam palcami po literach na T-shircie. – Czy w związku z tym nie przyszły ci do głowy setki zaczepnych i głupich komentarzy o tym, jak moja szyja pokrywa się setkami ugryzień? Elyas – zwróciłam się do niego ze zwątpieniem w głosie. – Jeśli bierzesz narkotyki, znajdziemy jakieś rozwiązanie!

Spojrzał na mnie ze zbolałym uśmiechem, który w ogóle nie pasował do mojego wzburzonego nastroju.

– Emely – powiedział po chwili. – Wpadłaś może na pomysł, że czekałem, aż ty się do mnie odezwiesz?

Nadszedł ten osławiony moment, w którym nagle poczułam, że tracę cały wiatr w żaglach. Brakowało tylko dźwięku syreny alarmowej. Wlepiłam w niego wzrok.

– Emely, na litość boską – mówił dalej. – Przecież ja nie chcę cię denerwować.

Zrobiłam sceptyczną minę. On również wyglądał, jakby zdawał sobie sprawę, że te słowa zabrzmiały ironicznie.

– No dobrze, oczywiście, że chcę cię denerwować – powiedział. – Ale przecież nie na serio.

Elyas mówił samymi zagadkami.

– Czy mogę zapytać, skąd się wzięła ta radykalna zmiana frontu? Chodzi mi o to, że jeszcze w weekend przez cały czas deptałeś mi po piętach, a potem z dnia na dzień podjąłeś decyzję, by po pięciu miesiącach przestać mnie denerwować? Czy coś przegapiłam?

Elyas westchnął, przez chwilę patrzył na swoje stopy.

– Wiesz – zaczął cicho. – Naprawdę podobał mi się wyjazd pod namiot. Ale kiedy pomyślę o tym, że dla ciebie było to straszne przeżycie, mój żołądek wywraca fikołka.

Zmarszczyłam czoło.

– Jak… jak wpadłeś na to, że mi się tam nie podobało?

Usłyszałam, jak wypuszcza powietrze, a jego spojrzenie niespokojnie wędrowało pomiędzy mną a podłogą.

– To tylko takie przeczucie – powiedział w końcu i wzruszył ramionami.

O co chodziło? Sądziłam, że kiedy z nim porozmawiam, zrozumiem więcej, ale wszystko, co dotąd wydarzyło się podczas tej rozmowy, przysparzało mi nowych znaków zapytania. To zwyczajnie nie miało sensu.

– Powiedz, Elyas, czy to jakiś nowy wybieg?

Elyas zlustrował mnie spojrzeniem, jak gdyby chciał się upewnić, że mówię serio. A ponieważ wyraz mojej twarzy musiał na to wskazywać, parsknął z pogardą.

– Daj spokój – powiedział i oderwał się od ściany, by wejść do środka.

A teraz chciał mnie tu zostawić? Z tysiącem pytań? Nie ma mowy!

– Poczekaj, do cholery! – Szybkim krokiem ruszyłam za nim i mocno chwyciłam go za ramię. Zatrzymał się i spojrzał na moją dłoń, którą silnie zacisnęłam na jego łokciu. Powoli uniósł wzrok na moją twarz. – Przecież pod namiotami wcale nie było strasznie – powiedziałam i rozluźniłam uścisk na przedramieniu Elyasa.

– Nie? – Elyas był najwyraźniej zirytowany.

– Nie! Jak na to wpadłeś? Nie mam najmniejszego pojęcia, co się z tobą dzieje! Ten nowy Elyas mnie przeraża! – powiedziałam i przeczesałam dłonią włosy. – Czy nie możesz… nie możesz… nie możesz być po prostu starym Elyasem?

Czy ja naprawdę to powiedziałam?

O Boże, pełna niedowierzania mina Elyasa jasno o tym świadczyła.

O nie…

Halo? Bardzo chętnie skorzystałabym teraz z opcji rozpływania się w powietrzu.

Trzy, dwa, jeden, TERAZ!

Cholera!

Elyas przekrzywił głowę i uniósł brwi.

– Czy ty właśnie powiedziałaś, że mam znowu być starym Elyasem?

– Ja? – zaśmiałam się histerycznie i machnęłam ręką. – Nie, naprawdę nie. Nie, to kompletne nieporozumienie! Powiedziałam… powiedziałam, że jutro ma być zimno!

W jednej chwili oczy Elyasa zaczęły lśnić, a na jego wargach pojawił się wyzywający i tak dobrze mi znany uśmiech.

O tak, on wrócił. Niedobrze. Bardzo niedobrze… „Pomocy!”

– Wiesz, jeśli się dobrze zastanowię… – zaczął i wykonał niebezpieczny krok w moją stronę. – Chętnie wróciłbym do tematu twojego T-shirtu.

Potrząsnęłam głową i cofnęłam się, co nie przeszkodziło Elyasowi w dalszym zapędzaniu mnie w kozi róg.

– Zostaw! – powiedziałam, kiedy w końcu oparłam się plecami o ścianę. Moje ciało zesztywniało, a dłonie zaczepiłam o tynk na murze. Podchodził bliżej, coraz bliżej. Powoli przycisnął swój brzuch do mojego i nachylił twarz w moją stronę. Moja klatka piersiowa wznosiła się i opadała w o wiele za szybkim tempie. W głowie zapłonął mi napis „bezpieczny odstęp”, ale byłam jak sparaliżowana, niezdolna do tego, by się poruszyć. Patrzyłam w jego turkusowe oczy z domalowanym cieniem i czułam, jak moje serce z sekundy na sekundę bije coraz szybciej. Elyas uniósł kącik ust i zaczął wędrować palcami w dół mojego ramienia. Po kręgosłupie przebiegł mi dreszcz. Elyas był tak blisko, że czułam jego zapach.

Jego wzrok zatonął w moich oczach. Elyas palcami dotarł do nadgarstka, chwycił go i poprowadził w kierunku swojej twarzy.

„Obrona, Emely, obrona!”

Ale moje ramię było bezwolne i poddało się jego ruchom. Bardzo delikatnie dotknął nosem mojej tętnicy i wciągnął powietrze, jak gdyby rzeczywiście był wampirem. Z uśmiechem pocałował mnie w to miejsce. Jego wargi były tak miękkie, że poczułam, jak kręci mi się w głowie.

Co on ze mną wyprawiał?

Spojrzałam na niego błagalnie i prosiłam go w ciszy, żeby przestał. On jednak tylko się uśmiechnął, nie spuszczał ze mnie wzroku i pozwalał mi głęboko nurkować w swoich oczach.

– Przestań! – sapnęłam wysokim głosem.

– To naprawdę nie zabrzmiało przekonująco – wyszeptał, a potem wziął moją rękę, położył ją sobie na szyi i przytrzymał dłonią.

Nacisk był delikatny, w każdej chwili mogłam go pokonać, ale z niezrozumiałych powodów nie zrobiłam tego. Pozwoliłam, by drugą dłonią odgarnął pasma moich włosów z twarzy. Elyas odsunął resztę kosmyków i odsłonił szyję.

„Dość, natychmiast dość!”

Zimne opuszki palców położył mi na policzku, powędrował w dół i podążał za nimi spojrzeniem. Prześlizgnął się po mojej szczęce i powoli przeciągnął palcami po szyi. Bardzo ostrożnie wsunął palec za kołnierzyk mojego T-shirtu i odsunął go. Głęboko nabrałam powietrza.

– Jesteś gotowa na to, by dzielić ze mną wieczność? – wyszeptał, nachylił się do mojego ucha i jeszcze mocniej przycisnął swoje ciało do mojego.

Odpowiedź ugrzęzła mi w gardle, wydobyłam z siebie tylko wysoki dźwięk.

– Rozumiem, że to oznacza „tak” – powiedział z uśmiechem i groźnie zbliżył się do mojej szyi. Znajomy zapach, który czułam coraz intensywniej, sprawiał, że widok rozpływał mi się przed oczami. Zadrżałam, kiedy jego wargi dotknęły zgięcia mojej szyi i zaczęły pokrywać to miejsce krótkimi pocałunkami. Wolną ręką jeszcze mocniej chwyciłam się tynku i na darmo szukałam oparcia. Gdyby nie ściana domu za moimi plecami, już dawno leżałabym na ziemi.

Odsunął kołnierzyk T-shirtu o jeszcze kilka centymetrów i powędrował ustami w stronę obojczyka. Moja skóra płonęła pod jego pocałunkami, a ciepły oddech Elyasa jednocześnie przyprawiał mnie o gęsią skórkę na całym ciele. Moje kolana były jak z masła, z ledwością utrzymywały resztę ciała. Kiedy jego wargi ruszyły w stronę tętnicy szyjnej, wyrwało mi się ciche westchnienie. Odruchowo wyprostowałam szyję, by dać mu więcej miejsca. Czułam jego szybki, gorący oddech, wargi i czubek nosa na mojej skórze, czułam, jak skupia się na mojej tętnicy.

Czy zauważył, jak szybko bije mi serce?

Palce Elyasa prześlizgiwały się po moich plecach, sprawiały, że czułam się całkowicie bezwolna, aż nagle poczułam koniuszki jego zębów delikatnie gryzące moją szyję. Z gardła wyrwało mi się sapnięcie, za które najchętniej bym się zabiła.

Jego wargi, całując mnie, wędrowały dalej, w górę. Kiedy dotarł do miejsca pod moim podbródkiem, uniosłam go i oparłam się o ścianę domu. Moje palce pozbawione kontroli wślizgnęły się w jego cynamonowe włosy i zanurzyły w nich. Wargi Elyasa dotarły do mojego podbródka i zajęły się wypukłościami prowadzącymi do warg.

O mój Boże, czy on chciał mnie pocałować?

Powinnam teraz zaprotestować…

Tak, z pewnością powinnam teraz zaprotestować…

Więc zaraz. Zaraz powinnam…

Koniecznie…

Zaraz…

Co powinnam zrobić zaraz? Pocałować go?

Tak, właśnie, powinnam go pocałować…

W myślach czułam już jego wargi, ale zanim dotarł do moich ust, pocałunki ustały. Oparł czoło o moje i zajrzał mi w oczy. Odwzajemniłam spojrzenie, kiedy mocniej przycisnął swoje ciało do mojego i sprawił, że poczułam całe jego ciepło.

– Dlaczego się nie bronisz? – wyszeptał. Jego oddech otulił moje lekko otwarte usta.

– Alkohol – wysapałam wysokim głosem.

Elyas uniósł kącik ust i ponownie przeciągnął palcami po mojej tętnicy szyjnej. Poczułam łaskotanie na skórze.

– A dlaczego twoje serce bije tak samo szybko jak moje?

Mierzył mi puls. To było podłe.

– Wysokie ciśnienie – powiedziałam ochrypłym tonem.

Z uśmiechu wywnioskowałam, że jest jeszcze bardziej rozbawiony.

– Tak bardzo za tobą tęskniłem, mój skarbie – powiedział. Grzbietem dłoni pogłaskał moją szyję.

Zadrżałam, kiedy ledwo wyczuwalne dotknięcie przeciągnął na bok mojej piersi i całą prawą stronę ciała. To uczucie było nie do powstrzymania i przyprawiło mnie o najcieplejsze łaskotanie w dole brzucha. Zatrzymał swoją dłoń na moim biodrze i chwycił moją, którą zakleszczyłam na ścianie domu. Nie musiał użyć wiele siły, by ją od niej oderwać. Wsunął moją dłoń pod płaszcz i położył na swoim biodrze. Pod powierzchnią dłoni mogłam go wyraźnie wyczuć. Jego. Jego ciało.

Elyas otoczył drugą ręką moje biodra i przysunął do swoich. Zaczerpnęłam powietrza. „Pocałuj mnie” – to było jedyne, co miałam w głowie. Teraz. Tutaj. Na zawsze.

– Emely… ja… – powiedział. Jego usta dotknęły mojej dolnej wargi. Zamknęłam oczy.

– Czujesz się już lepiej, Eme…

Nasze głowy odskoczyły od siebie. Akurat w porę, by ujrzeć podekscytowaną twarz Alex na chwilę po jej histerycznym okrzyku.

– Co tu się, do diabła, dzieje? – Stała z otwartymi ustami i wlepiała w nas wzrok.

Głośny dźwięk jej głosu w połączeniu z tak postawionym pytaniem skonfrontował mnie z uśpionymi głęboko myślami. Co ja tu, do cholery, robiłam? Jak skamieniała spojrzałam na Elyasa i dotarło do mnie, że prawie go pocałowałam. Moje oczy były szeroko otwarte, magiczny czar, który nas otaczał, w mgnieniu oka rozpłynął się w powietrzu. Oderwałam od siebie jego dłonie, dosłownie wyrwałam się z jego objęć, wyminęłam Alex i przez drzwi tarasu wpadłam do salonu. Co się stało? Prawie go pocałowałam! I kto wie, co jeszcze! Nie wspominając o tym, że on całował mnie po całej szyi!

O Boże!

Potrzebowałam drinka… I, szczerze mówiąc, również świeżej bielizny…

Parłam do kuchni, przeciskając się pomiędzy niedobitkami gości. Udało mi się dotrzeć do butelek. Wlałam do kartonowego kubka łyk coli, uzupełniłam go wódką i od razu opróżniłam kubek. Powtórzyłam ten zabieg dwukrotnie. Cholera, powinnam się trzymać z daleka od Elyasa! A co robiłam ja, idiotka? Składałam mu u stóp moje serce, oferując kolejną możliwość, by sobie po nim poskakał.

– Emely Winter! – Za plecami nagle usłyszałam głos jadowitego karła.

Jęknęłam. Kto by pomyślał, że Alex weźmie sobie do serca zobowiązanie płynące z jej kostiumu i ochroni mnie przed ponownym popełnieniem największego życiowego błędu? Niestety, miałam świadomość, że w tym momencie stoi przede mną nie anioł, a raczej potomstwo diabła. Chwyciłam butelkę wódki, jeszcze raz nalałam sobie sprawdzoną mieszankę do kubka, wypiłam ją jednym haustem, a następnie odstawiłam kubek na bar i odwróciłam się w jej stronę.

…Iiiiiii akcja!

– Jak to się stało, że obściskiwałaś się z moim bratem na tarasie? – zapytała.

Sebastian, którego przywlokła ze sobą, trzymał się z tyłu. Tak bardzo starał się nie rzucać w oczy, że nie zdziwiłabym się, gdyby w następnej chwili wyciągnął gazetę i zaczął udawać, że szalenie interesuje go prognoza pogody na następne dni. Jak dobrze, że u Alex system dystrybucji aktualnych wiadomości funkcjonował lepiej niż w niejednej sieci społecznościowej.

– Nie obściskiwałam się z twoim cholernym bratem – powiedziałam. Kim, do cholery, byłam, że wciąż musiałam się usprawiedliwiać?

– Widywałam łagodniejsze filmy pornograficzne.

– Alex, czy ty naprawdę musisz tak ze wszystkim przesadzać? Po prostu staliśmy trochę bliżej siebie, i co z tego?

– Trochę bliżej siebie? – powtórzyła z wściekłymi błyskami w oczach. – Emely – powiedziała i oparła dłonie na biodrach. – Przecież prosiłam, żebyś przynajmniej przyznała, że jest coś pomiędzy tobą a moim bratem.

– I właśnie o to chodzi! Między nami nic nie ma!

– Nienawidzę cię za to! Jesteś moją najlepszą przyjaciółką i nie pisnęłaś o tym ani słowem! Co więcej, nawet teraz mnie okłamujesz!

– Boże, Alex – odpowiedziałam. – Zrozum wreszcie, że nic ci nie mówię, bo nie ma o czym mówić!

– Nigdy ci tego nie wybaczę! – Pseudodramatycznym gestem uniosła podbródek.

Odchyliłam głowę. Czy nie miałam dość problemów? Musiałam się uporać z innymi zmartwieniami, a nie z przepraszaniem Alex za to, że nie jest pisemnie informowana o dokładnym przebiegu mojej znajomości z Elyasem.

– Uspokój się, Alex – powiedziałam. – OK, za dużo wypiłam i ta scena dla kogoś z zewnątrz mogła wyglądać trochę dziwnie. Ale ostatecznie do niczego nie doszło. Czy mogłabyś łaskawie przestać jątrzyć i pozwolić mi pić dalej?

Splotłam ramiona na piersiach.

– Nie myśl sobie, że spławisz mnie taką głupią wymówką! Natychmiast odpowiesz mi na wszystkie pytania. W przeciwnym razie gwarantuję ci, że do końca życia nie zaznasz spokoju!

Czy ona nie kapuje?

– Mogłabyś przynajmniej zagwizdać na swojego Azora? – wysyczałam w stronę Sebastiana. Zamiast głupio sterczeć, mógł stanąć w tej dyskusji po mojej stronie.

Zamrugał i zaczął się jąkać:

– Alex, skarbie, przecież… Nie reagujesz odrobinę… przesadnie?

Spojrzenie Alex całkowicie ściemniało. W zwolnionym tempie odwróciła się w stronę swojego ukochanego.

– Ja PRZESADZAM?

Sebastian się skulił.

– Ja… no… – Uniósł ręce w geście poddania i postarał się, by jego głos brzmiał możliwie miękko. – Alex, skarbie, chodzi mi o to, że my nie mamy najmniejszego pojęcia o tym, jak skomplikowany jest „związek” Emely i Elyasa. Myślę, że nie powinnaś tego brać do siebie, że Emely nic ci nie opowiedziała. – Wzruszył ramionami. – Ona prawdopodobnie sama do końca nie wie, co się dzieje.

Sebastian wciąż mnie zadziwiał. Gdyby choć jedna dziesiąta jego empatii udzieliła się jego dziewczynie, byłabym szczęśliwym człowiekiem.

Alex przez chwilę stała jak zamurowana. Zniknęła nawet zmarszczka wściekłości pomiędzy jej oczami. Jednak szybko miało się to zmienić. Na jej zaskoczoną i wciąż jeszcze spokojną twarz wtargnął bowiem trudny do przeoczenia cień sceptycyzmu. Teraz trzeba było działać ostrożnie.

– Czy to możliwe – zaczęła z błyskiem w oczach – że wiesz coś więcej ode mnie?

Sebastian sprawiał wrażenie zdenerwowanego.

W ekstremalnych sytuacjach ujawnia się prawdziwy charakter człowieka. Niestety, bezwzględnie oblałam ten egzamin. Sebastian pomógł mi i sam wpadł w potrzask – więc teraz to ja powinnam przynajmniej stanąć w jego obronie. Zamiast to zrobić, chwyciłam kubek i wykorzystałam krótką chwilę nieuwagi Alex na ucieczkę. Zwiałam tak szybko, że nie zdążyli się obejrzeć, a ja już ich wyminęłam i wybiegłam z kuchni. Wyrzuty sumienia zostawiłam sobie na następny dzień.

Ale dokąd mam teraz pójść?

Lekko się chwiejąc, wyciągnęłam komórkę z kieszeni spodni. Super. Ostatni autobus odjechał dwie godziny temu. Wcześniej miałam plan, by w drodze powrotnej poprosić Alex i Sebastiana o podwiezienie, ale w tej sytuacji…

Byłam za daleko od domu, żeby iść piechotą, więc zrobiłam jedyną rzecz, jaka mi pozostała – pociągnęłam solidny łyk z papierowego kubka. Skoro dwunastolatki mogły się upijać do nieprzytomności, ja też mogłam to zrobić.

Oczywiście byłam świadoma, że alkohol nie jest rozwiązaniem, ale woda zasadniczo też nim nie była. A w tej chwili nic innego nie przychodziło mi do głowy. Od kilku tygodni z powodu tego faceta żyłam na skraju wyczerpania nerwowego. Dotarłam do granicy.

Z dotychczas nieuświadomionymi, wywołanymi alkoholem zaburzeniami motoryki metr za metrem przemierzałam dom. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz pragnęłam, był widok Elyasa. Wciąż obracałam się za siebie i szłam skulona. Za późno.

– Emely, poczekaj! – nagle usłyszałam za plecami jego głos.

Poczekać? Oczywiście. W następnym życiu. W panice rzuciłam się do ucieczki. Jego kroki stawały się coraz szybsze i głośniejsze. Chwilę potem poczułam, jak dłoń Elyasa chwyta moje ramię.

– Nie dotykaj mnie! – Wyrwałam mu się i chciałam iść dalej, ale Elyas wyprzedził mnie i zatrzymał się przede mną, tak że prawie wpadłam na jego klatkę piersiową.

Musiał zobaczyć złość w moich oczach, ponieważ natychmiast wykonał rękami uspokajający gest.

– Emely, przestań, nie przesadzaj. Po prostu o tym porozmawiajmy, OK?

– Nie ma o czym rozmawiać! – Z końcem tego zdania zamierzałam go wyminąć, ale on wyprostował rękę i wyhamował mnie.

– Gdzie mielibyśmy porozmawiać? Niech zgadnę, na tylnym siedzeniu twojego mustanga? – Parsknęłam, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w przeciwną stronę.

– Jeśli tego sobie życzysz, króliczku, możemy właśnie tam dokończyć naszą rozmowę – odpowiedział z szerokim uśmiechem, doganiając mnie. – Ale najpierw pogadajmy, Emely.

Splotłam ręce na piersiach. Najchętniej skręciłabym mu kark.

– Zapomnij – powiedziałam. – Już dość narobiłeś, ty… ty… ty…

– Ja? – zapytał z uniesioną brwią.

– Ty, tym swoim cholernym szeleszczącym głosem!

„Szeleszczącym głosem? Świetnie, Emely. Jeśli on teraz nie zawyje z triumfu, to sama już nie wiem…”. Na wszelki wypadek znów spróbowałam go wyminąć.

– Szeleszczącym głosem? – powtórzył lekko poirytowany, ponownie zatrzymując mnie ramieniem.

– Przestań wciąż mnie dotykać!

– Więc przestań wciąż przede mną uciekać!

– Nie rozumiesz, że nie chcę z tobą rozmawiać?

– Chciałbym porozmawiać o tym, co się wydarzyło! – odpowiedział.

– Już powiedziałam, że nie ma o czym rozmawiać! Przecież nic się nie wydarzyło!

– Nazywasz to niczym? – zapytał.

Ze złości na samą siebie wydałam warczący odgłos. Jak to możliwe, że się z nim zadawałam?

– Dobrze, skoro chcesz rozmawiać, bardzo proszę. Po prostu za dużo wypiłam, to wszystko.

– To wszystko? – Nie wierzył w ani jedno moje słowo.

Wewnętrznie miałam ochotę zakląć. Musiałam znaleźć jakiś bardziej przekonujący argument.

– Tak, do cholery, to wszystko! Dzięki uprzejmości twojej siostry wszyscy wiedzą, od kiedy nie uprawiałam seksu. A że ma to określony wpływ na kobiety, tego z pewnością nie muszę ci tłumaczyć. W połączeniu z alkoholem… – Zaczerpnęłam powietrza. – Po prostu straciłam nad sobą kontrolę! To wszystko! Jesteś zadowolony? Czy mogę w końcu przejść?

Przymrużonymi oczami spoglądał na mnie przez chwilę sceptycznie i sprawiał wrażenie, jakby rozważał, czy przyjąć moją argumentację.

– A dlaczego jesteś zdenerwowana? – zapytał.

Nienawidziłam go, nienawidziłam go, nienawidziłam go!

– Nie jestem zdenerwowana! Jestem wściekła! – Kolejny raz stanęłam plecami do niego i rzuciłam się do ucieczki.

To była idealna katastrofa, już nigdy się z tego nie wykaraskam. On wiedział, że się w nim zakochałam. On to wiedział.

Po co ja tutaj przyszłam?

Nie wiedząc, co robić, przyłożyłam kubek do warg z nadzieją, że alkohol w końcu mnie ogłuszy.

– Upicie się na pewno nie jest dobrym rozwiązaniem – powiedział Elyas, który znów rzucił się w ślad za mną. Był tuż za moimi plecami.

Zatrzymałam się.

– A ja myślę, że to znakomite rozwiązanie – odparłam i już chciałam kontynuować marsz, kiedy kolejny raz powstrzymało mnie ramię Elyasa.

Spojrzałam na niego z wściekłością.

– Jesteś… Czasem jesteś taka skomplikowana! – stwierdził, nic nie rozumiejąc.

– Ja jestem skomplikowana?

Skinął głową.

OK, być może rzeczywiście byłam trochę skomplikowana… Ale na miłość boską, on po prostu powinien być gejem!

– I co z tego? – spytałam. – Więc jestem skomplikowana. To i tak lepiej, niż być dupkiem.

Wyraz jego twarzy nagle się zmienił, a chwilę potem usłyszałam pogardliwe parsknięcie Elyasa.

Powoli cofnął się kilka kroków i zszedł mi z drogi.

– Wiesz co? Czasami mam wrażenie, że ty po prostu nie chcesz mi uwierzyć.

– Pomyśl o tym, czego ty chcesz – wymamrotałam i kolejny raz go wyminęłam.

Tym razem nie poszedł za mną.

Rozdział 2

Za dużo alkoholu, za mało Emely

Dwie godziny później całkowicie pijana siedziałam w salonie na sofie obok Freddy’ego Krügera. „Siedziałam” nie jest być może najtrafniejszym określeniem, o wiele lepiej pasowałoby: „zwisałam jak zużyta ścierka”.

O moim nowym koledze ubranym w sweter w czerwono-czarne paski nie wiedziałam za wiele. W zasadzie tylko tyle, że przebrał się za Freddy’ego Krügera i wyglądał tak samo żałośnie jak ja. Zauważyłam go wcześniej i bez pytania usiadłam obok niego. Nędza przyciąga nędzę. Rozumieliśmy się wybornie. W moim pijanym umyśle wykluła się już nawet teoria, że jesteśmy rodzeństwem, które rozdzielono zaraz po narodzinach.

– Chsesz jesze łyka? – zapytał mnie bełkotliwym głosem mój nowy brat i wyciągnął w moją stronę butelkę.

Przyjęłam ją z wdzięcznością.

– To duszo lepszeniszte plastikowe kubki. – Przyłożyłam butelkę do ust i wlałam w siebie łyk gorzkiego płynu. Wykrzywiłam twarz.

– Tagjest – odpowiedział i skinął głową.

– Helloł Freddy?

– Ja nie mamna imię Freddy.

– Ajak?

– Szeff.

– Szeff? – zapytałam.

– Nieee… Tszeff. Od Tszefreja.

– Ach… Jeff.

– Właśnie – powiedział. – Aty?

– Mamna imię Emmely.

– Czeźdź Emely – powiedział i wyciągnął w moją stronę dłoń.

Zachichotałam, bo przecież cały czas siedzieliśmy obok siebie. Mimo to przyjęłam dłoń i mocno nią potrząsnęłam. Potem oddałam mu butelkę.

– O so właźdźiwie cdźiałaź mnie zapytać? – wrócił do tematu mojej prośby.

Zaczęłam przeszukiwać zwoje mózgowe – co zajęło mi mniej więcej cztery minuty – i w końcu sobie przypomniałam.

– Ahaaa – powiedziałam. – Cdźiałam wiedzieć, dladżego pijeż.

Opuścił głowę i potrząsnął głową.

– Moja dziewdżyna ze mną zerwała.

– Ooo, przygra hiztoria.

– Taaa, puździła zie z facetem w mazdze z Krzyku.

– To naprawdę smutne… Sdraszne. Nabrawdę sdraszne.

– Było jeżdże gorzej!

– Jeżdże?

– Tak. To nie był orygi… orygi… prawdziwy facet w masce z Krzyku.

– Cholera – powiedziałam i zachichotałam.

On też się roześmiał.

– No właźnie – odpowiedział. – Chodźiaż to wdzale nie jezd śmieżne.

– Rozumiem.

– Powiedziałem mu, że ma drzymadź łapy z daleka od mojej dziewdżyny, ale on zie tylgo uźmiechnął. – Głowa opadała mu coraz niżej. Pogłaskałam go po nodze. – I przy tym wrzyzdkim mam jeżdże jeden problem.

– Jeszcze jeden? – O matko, ten to dopiero miał życie.

– Tag, tamen facet – powiedział i wyciągnął rękę. – Myźlę, że on na mnie leci.

Powędrowałam spojrzeniem za jego dłonią i mój wzrok spoczął na Elyasie, który stał ze skrzyżowanymi rękami po przeciwnej stronie pomieszczenia, miejmy nadzieję, że poza zasięgiem naszych głosów, i przyglądał się nam ze złością. Kiedy zrozumiałam, że Freddy interpretuje spojrzenia Elyasa jako homoseksualne awanse, zakrztusiłam się i przez chwilę myślałam, że uduszę się ze śmiechu. Dopiero kilka minut później byłam w stanie mu odpowiedzieć.

– Nieeee, to jezd Elyas – powiedziałam i otarłam łzę z kącika oka.

– Znaż go?

– Taaa. Cierpi, bo nazwałam go dupkiem.

– Dladżego to zrobiłaź?

– Bo zie w nim kompletnie zakochałam, a on chdze mnie tylgo zadziągnądź do łóżga.

– To nieładnie – powiedział.

Pokiwałam głową. To bardzo nieładnie. Bardzo, bardzo nieładnie.

– A dladżego on tam przez dzały dżas stoi?

– Nie mam pojędźia.

Westchnęłam ciężko i na chwilę zapadło milczenie.

– Wież, dzo myźlę? – zapytał.

– Nie.

– Że tkwimy po uży w gównie.

– Maż radzję. – I oboje, nie wiadomo dlaczego, uśmiechnęliśmy się szeroko. – Podaj – powiedziałam i trąciłam go, by wręczył mi butelkę.

– Maż…

– Dzięgi. – Wypiłam łyk i znów wykrzywiłam twarz. Ktoś taki jak ja, kto tylko od czasu do czasu pił alkohol, musiał się przyzwyczaić do konsumpcji wódki na czysto. Co za ohyda!

– I wież dzo jeżdże? – zapytałam.

– Nieee.

– Nie mam pojędźia, co teraz zrobić. Alex i Seba… Sebasz… Basti na pewno już pojechali.

– Kto to jezd Alex i Seba-Sebasz-Basti? To jakiź obdzokrajowiec?

– Niee, psycholog.

– Aha, a kim oni są?

– Jadowitym karłem i jego cholernym, perfegdzyjnym chłobakiem.

– Rozumiem. A dzo zrobisz, zkoro nie wiesz, dokąd maż teraz iźdź?

– Właźnie nie wiem. Chyba zoztanę tu i będę dalej pidź.

– Bzdura, pójdzież domnie! – powiedział.

– Kdo to jest Domnie?

– No ja.

– Myźlałam, że maż na imię Jeff?

– Tag, chodzi o to, że maż iźdź do mojego domu – odpowiedział i zrozumiałam go tylko dzięki silnemu akcentowi na „domu”.

– Ahaaa. Mieżgasz gdzieś blizko?

– Tag, zaraz za rogiem.

– To suber.

– Ale teraz jeżdże trochę wypijemy, zgoda?

– Tag, trzeba zaladź tego robaka.

– Dobry pomysł.

– Wiesz dzo? – zapytał.

– Nieee.

– Można z tobą fajnie pogadadź, Elfriede.

– Emely – powiedziałam.

– Przedzież wiem!

– Z tobą też, Freddy!

– Dzszef!

– Szef?

– Nieee, Tszchef!

– No tag.

– Na zdrowie – powiedziałam i z niepokojem patrzyłam, jak gwałtownie zmniejsza się ilość płynu w butelce. – Hej, zoztaw mi łyka! – Wyciągnęłam rękę w jego kierunku.

– Puzta.

– Jag to pusta?

– Wypita – powiedział.

– Więdz przynieź nową!

– Teraz twoja kolej.

– O nieeee.

– Tag.

Westchnęłam. Miałam niejasne przeczucie, że to oznacza, że muszę wstać. Im dłużej o tym myślałam, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że to przeczucie mnie nie myli. Czy nie mogłam liczyć na taryfę ulgową? Cicho mrucząc z niezadowolenia, podjęłam próbę wcielenia swojego planu w życie. Oparłam się o nogę Freddy’ego i spionizowałam się. Ledwie to zrobiłam, zarzuciło mną lekko w lewo, lekko w prawo, lekko do przodu i lekko do tyłu.

Bycie pijanym było jak wyglądanie przez okno szybkiego pociągu. Wszystko wkoło mnie się przesuwało. Kiedy udało mi się zawiesić wzrok na czymś z otoczenia, to coś już dawno znajdowało się za moimi plecami. Upojenie alkoholowe miało tylko jedną przewagę nad podróżowaniem ekspresem – było o wiele zabawniejsze. Zachichotałam, kiedy dzięki oparciu sofy udało mi się złapać równowagę i mniej więcej stabilnie stanąć na nogach. Wycelowałam palec we Freddy’ego.

– Nigdzie nie idź, zoztań tu ładnie, zrozumiano?

– Słowo hardzerza – powiedział i w geście przysięgi chciał położyć dłoń na piersi, ale trafił w ramię.

Zaliczyłam mu to przyrzeczenie, powiedziałam „dobrze” i ruszyłam chwiejnym krokiem w kierunku drzwi. Elyas stał bardzo blisko nich. Ze złością przyglądał się mojemu pijanemu spacerowi, ale ani o centymetr nie ruszył się z miejsca. Przez chwilę zawahałam się, bo zobaczyłam dwóch Elyasów. Czyżby był to jego dotąd nieznany brat–bliźniak? A może złudzenie optyczne wynikające z mojej podróży pociągiem? Nie byłam pewna. Widziałam dwóch Elyasów, którzy opierali się o ścianę i ponuro spoglądali w moją stronę, co było nawet słodkie. Bez namysłu stanęłam obok jednego z nich i lekko szturchnęłam go łokciem. Zachichotałam. On natomiast wciąż tępo patrzył przed siebie. Skrzyżowałam ręce na piersiach i zaczęłam przedrzeźniać jego wściekłą minę. Freddy, który przyglądał się tej scenie z oddali, podobnie jak ja miał problem z zachowaniem powagi. Tylko mina Elyasa była jak odlana z żelaza, co jeszcze bardziej mnie śmieszyło.

– Ty w ogóle nie umierz zie bawić! – powiedziałam, ale on nie zareagował.

– Nie szłaś po dzoś do pidźia? – zawołał Freddy.

Moje usta uformowały się w literę „O”.

– Zgadza zie! – Oderwałam się od ściany i natychmiast się zachwiałam. Udało mi się jeszcze dotrzeć do ramy drzwi, o którą zdołałam się oprzeć, i zatoczyłam się w stronę mojego celu. Ramieniem wciąż zaczepiałam o ścianę korytarza i dziwiłam się, że przejście jest takie wąskie. Nie można było się w nim zmieścić!

Po pięciu minutach byłam już wszędzie, tylko nie tam, dokąd chciałam trafić. Gdzie ta kuchnia?

Kilka razy przystawałam, żeby się rozejrzeć, aż w końcu zaczęłam orientować się za pomocą alkoholowych zwłok, które leżały na ziemi i odsypiały upojenie. I rzeczywiście: im ciaśniej leżeli, tym bliżej było do kuchni. Dotarłam tam i skonstatowałam, że jest pusta. Na moje nieszczęście, drzwi do kuchni były jeszcze węższe niż korytarz. Z kolejnym siniakiem na koncie pokonałam jednak i tę przeszkodę, a następnie pożeglowałam w kierunku resztek alkoholu.

Wszystkie butelki, które brałam do ręki, były kompletnie opróżnione. Kto to wszystko, do cholery, wypił?!

Kontynuowałam poszukiwania i przez przypadek potrąciłam jedną z butelek, która z hałasem potoczyła się po podłodze.

– Ups – zachichotałam.

– Myślę, że dość już wypiłaś. – Za moimi plecami nagle odezwał się poważny głos.

Mój ukochany głos.

– Tag myźlisz? A ja nie! – Chwyciłam kolejną butelkę, w której na szczęście było jeszcze trochę jakiejś bliżej nieokreślonej zawartości. Przyjrzałam się jej krytycznie.

– Co to ma być, Emely? – Elyas nachylił się i wyjął mi z dłoni butelkę.

– Ooojjj – powiedziałam i odwróciłam się w jego stronę. Jednak kiedy zajrzałam w jego oczy, umilkłam.

– Dlaczego doprowadzasz się do takiego stanu?

„To przez ciebie”.

Wzruszyłam ramionami.

– Dość tego, zawiozę cię teraz do domu. – Odstawił butelkę na regał.

– Ale ja chdzę tu jeżdże chwile zostać.

– Już dość się nabawiłaś, a teraz czas do domu, Emely.

Zrobiłam minę kota ze Shreka.

– Jezdeś na mnie zły?

– Tak, i to nawet bardzo – powiedział. Jego głos brzmiał spokojnie, co najbardziej mnie przerażało.

– Ale ja nie chdzę, żebyź był na mnie zły.

– Mogłaś się nad tym wcześniej zastanowić.

– Przebraszam. – Nachyliłam się i pozwoliłam twarzy opaść na jego klatkę piersiową. Chciałam go mocno przytulić. On nie może się na mnie gniewać. On powinien mnie kochać tak bardzo, jak ja go kochałam.

Elyas zawahał się przez chwilę, a potem chwycił mnie za ramiona i odsunął od siebie. Jego spojrzenie zdusiło w zarodku mój pomysł na potencjalne drugie podejście.

– Chodź już – powiedział.

– A co z Freddym?

– A co ma z nim być?

– Mużę sie z nim jeżdże pożegnadź.

– Emely – zaczął i na chwilę zamknął oczy. – Jestem naprawdę wściekły, a do tego bardzo zazdrosny. Nie przeginaj.

– Jezdeź zazdrosny o Freddy’ego? – Czy ja się przesłyszałam? To jakby słoń był zazdrosny o ludzką twarz. Zaczęłam się śmiać i klepnęłam Elyasa w ramię. On naprawdę potrafił być dowcipny.

– Nie wiem, co w tym śmiesznego – powiedział. – Pozwalasz jakiemuś obcemu facetowi podejść do siebie bliżej niż mnie.

– Ale to właźnie ty mnie od siebie odzunąłeś – powiedziałam, unosząc palec wskazujący.

– Tak, bo nie chcę, żebyś się do mnie przytulała tylko dlatego, że jesteś pijana.

Uśmiechnęłam się do niego szeroko.

– Dżazami jezdeź tagi słodki.

Westchnął.

– A ja czasami mam ochotę cię zabić.

– Ha! Ja ciebie częździej, możemy zie założydź.

Elyas powoli pokręcił głową.

– Skoro tak mówisz. A teraz pożegnamy się i pojedziemy.

– Alex już pojechała, prawda? – zapytałam i lekko się skuliłam. W żadnym razie nie mogłam wpaść na nią tego wieczoru. Ona nie była jadowitym karłem, ale małym, złym trollem!

– Tak, już dawno temu. Chyba trochę pokłóciła się z Sebastianem.

– Och, och. – Spojrzałam na Elyasa zaokrąglonymi oczami.

– A co? Masz z tym coś wspólnego?

– Może… trożedżkę?

– Mogę się domyślić, dlaczego – powiedział. – Zmyła ci głowę tak samo jak mnie, prawda?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki