Wiosna koloru słońca - Carina Bartsch - ebook
BESTSELLER

Wiosna koloru słońca ebook

Carina Bartsch

3,9

24 osoby interesują się tą książką

Opis

Wiosna koloru słońca to trzecia (po Lecie koloru wiśni i Zimie koloru turkusu) część elektryzującej historii o burzliwej miłości Emely i Elyasa. Mogłoby się wydawać, że najtrudniejsze już za nimi – wyznali sobie miłość i zdecydowali, że chcą być razem. Nic bardziej mylnego: na drodze zakochanych wyrastają kolejne przeszkody. Jak ułożą się pierwsze miesiące ich związku? Czy będą umieli sobie bezgranicznie zaufać? Jak przyjaciele zareagują na szczęście Emely i Elyasa? Wiosna koloru słońca iskrzy się dowcipnymi, tak uwielbianymi przez czytelniczki, pojedynkami słownymi i bliskością tej pary młodych ludzi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 492

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału: SONNENGELBER FRÜHLING
Copyright © 2020 by Carina Bartsch Copyright © 2021 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.
Polskie wydanie opublikowano we współpracy z erzähl: perspektive Literary Agency M. & K. Gröner GbR www.erzaehlperspektive.de
Projekt graficzny okładki Ewa Beniak-Haremska
Skład i łamanie Scriptor s.c.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.
ISBN 978-83-8008-934-1
Media Rodzina Sp. z o.o. ul. Pasieka 24 61-657 Poznańtel. 61 827 08 [email protected]
Konwersja: eLitera s.c.

Dla Ciebie

Drodzy Czytelnicy

Przyznajcie szczerze, czy wierzyliście, że to się stanie? Że naprawdę będziecie trzymać w dłoniach trzeci tom tej serii? Od kilku lat piszecie do mnie tysiące wiadomości, prosząc, a nawet niemal błagając, o kontynuację historii Emely i Elyasa. Całą wieczność zajęło mi, zanim zrozumiałam, że Zima koloru turkusu nie musi jeszcze być jej zakończeniem.

Na swoją obronę muszę stwierdzić, że diabelnie ważne było dla mnie to, żeby nie zamęczyć tej historii. Bardzo ją lubię, a w szczególności jej bohaterów. Zawsze wiedziałam, że kontynuację napiszę tylko pod jednym warunkiem: że będę do niej przekonana. Muszę się palić do swoich pomysłów – inaczej to po prostu nie ma sensu. Niestety, tego ognia nie da się łatwo wykrzesać za pomocą zwykłej zapałki.

Ogień zapłonął późno, ale za to z dużą intensywnością. Nie mogłam przestać pisać. Pokochałam uczucie ponownego całkowitego zanurzenia w świecie Emely i Elyasa – tak bardzo, że potem było mi trochę smutno, że to już koniec.

Moje czekanie się opłaciło. A jakie będą Wasze opinie po skończonej lekturze? Jestem bardzo ciekawa. Niezależnie od Waszego zdania na temat tej książki, chcę powiedzieć, że jestem Wam wdzięczna za to, że na rozpędzonym rynku książki przez tyle lat nie zapomnieliście ani o mnie, ani o historii Emely i Elyasa. Dlatego właśnie ta książka jest dedykowana wyłącznie Wam.

Chciałabym Was poprosić o jeszcze jedno: jeśli dotąd tego nie zrobiliście, zanim zaczniecie czytać trzeci tom, przeczytajcie Lato koloru wiśni i Zimę koloru turkusu. Wiosna koloru słońca jest bezpośrednią kontynuacją dwóch wcześniejszych tomów i wielokrotnie do nich nawiązuje, dlatego takie odświeżenie pamięci byłoby bardzo wskazane, żeby Wasza lektura była naprawdę przyjemna!

Czas zaczynać. Rozpoczynamy Wiosnę koloru słońca! Już dość na nią czekaliście!

Serdeczności i – mam nadzieję – dobrej zabawy podczas czytania

Carina

ROZDZIAŁ 1

Kolejny poranek

Są takie dni, kiedy budzimy się po prostu dlatego, że poprzedniego wieczoru położyliśmy się spać. Są też dni, kiedy robimy to z pragnieniem, by zapomnieć o wszystkim, co się wcześniej wydarzyło. I dni, kiedy człowiek budzi się i stwierdza, że sen zaczyna się dopiero po otwarciu oczu...

Nie musiałam przywoływać w pamięci wspomnień z minionego wieczoru, ponieważ już budząc się, wiedziałam, kto leży obok mnie. Czułam się tak, jakbym spała zaledwie przez mgnienie oka. Z uśmiechem, który samoistnie pojawił się na moich ustach, powoli uniosłam powieki. Zobaczyłam człowieka, którego przez lata dokładnie wymarzyłam sobie u mojego boku. Elyasa.

Leżał na brzuchu z twarzą zwróconą w moją stronę, ale głęboko zagrzebaną w poduszce. Jego ręka luźno otaczała moją talię, jakby objął mnie podczas snu. Przez kilka minut byłam tak całkowicie zafascynowana tym łagodnym widokiem, że nie mogłam przestać mu się przyglądać. Wszystko było nadal tak samo niezrozumiałe jak wczoraj, ale nie interesowało mnie to, bo on był tutaj i nic więcej nie musiałam w tej chwili rozumieć. Moje ciało było jednym wielkim uczuciem szczęścia i wszędzie czułam przenikające mnie przecudne ciepło. Przyszło mi do głowy, że miłość jest narkotykiem. Tak dobre samopoczucie, jakie właśnie stało się moim udziałem, nie mogło być w Niemczech legalne.

A jednak nullum crimen sine lege! Policjanci i tak musieliby mnie stąd własnoręcznie wynieść, zanim w ogóle wpadłabym na pomysł, żeby wstać z łóżka. Mogłabym tak leżeć przez cały dzień i po prostu się przyglądać Elyasowi, nie nudząc się ani przez sekundę i nie mając tego dość. To było jak poranek po kempingu, tylko o wiele wspanialszy.

Wtuliłam się w poduszkę, zastygłam w cudownym, wciąż lekko zaspanym stanie, aż w końcu do mojej świadomości dotarło coś, co mnie otrzeźwiło. Przypomniało mi się, że Elyas ma dziś spotkanie. Ostrożnie rzuciłam okiem na zegarek. Siódma czterdzieści – czerwone cyfry lśniły. Dobra wiadomość: nie zaspaliśmy i nie przegapiliśmy budzika. Zła wiadomość: moje marzenie, żeby cały dzień spędzić w łóżku z Elyasem, prysnęło niczym bańka mydlana.

Elyas o dziesiątej miał rozmowę z psychologiem Jessiki. Pomyślałam, że z pewnością będzie jeszcze chciał wziąć prysznic, uwzględniłam drogę do szpitala i doszłam do smutnego wniosku, że powoli powinniśmy wstawać.

Wszystko we mnie wzbraniało się przed wyrywaniem Elyasa z głębokiego snu. Minionej nocy spał tylko kilka godzin, a poprzedniej doby – wcale. Moje dylematy nie mogły tu jednak pomóc, bo spotkanie było bardzo ważne. Ponieważ chwilowo nie miałam pod ręką wuwuzeli, postanowiłam obudzić go w delikatniejszy sposób.

– Elyas – wyszeptałam czule i delikatnie przesunęłam palcami po jego miękkich, cynamonowych włosach.

Nie zareagował.

– Elyas – powtórzyłam.

Z wyrazu twarzy wyczytałam, że wciąż intensywnie przebywa daleko w świecie snów. Ostrożnie odgarnęłam kilka pasemek włosów z jego czoła i pocałowałam go w policzek.

– Elyas – powiedziałam ponownie, położyłam rękę na jego plecach i przeciągnęłam po nich w górę i w dół, lekko naciskając. To jednak także nie przyniosło żadnego rezultatu. Przeciwnie, sprawiał wrażenie, jakby spał jeszcze głębiej. Jezu, dlaczego on musi mi to tak utrudniać?

Chwyciłam go i potrząsnęłam. Wciąż nic. Po kilku kolejnych, tak samo bezskutecznych próbach westchnęłam w końcu ze zniechęceniem. Elyas nie spał – on zapadł w śpiączkę! Znalazłam się na straszliwym rozdrożu. Z jednej strony do szaleństwa kochałam tego mężczyznę i nie chciałam mu zakłócać ani sekundy jego spokoju, z drugiej – sytuacja wymagała ode mnie, żebym natychmiast pognała na najbliższy plac budowy, przywlekła stamtąd młot pneumatyczny i odpaliła go na pełnych obrotach.

Po chwili przyszło mi do głowy, żeby przynieść z kuchni kawę. Mówi się przecież, że już sam zapach napoju z kofeiną ma działanie pobudzające, więc w połączeniu z szarpaniem być może dałoby to jakieś rezultaty.

Jeszcze przez chwilę głaskałam Elyasa po dłoni, potem ściągnęłam jego rękę z mojej talii i odłożyłam ostrożnie obok tułowia. Ostatni raz omiotłam go spojrzeniem, dokładnie mu się przyjrzałam, by móc zapamiętać każdy detal jego twarzy. Potem zmusiłam się do tego, żeby wstać.

Kiedy tym sposobem opuściłam nasz prywatny, mały świat i wkroczyłam do rzeczywistości, nagle usłyszałam ciche odgłosy chrapania Evy, które przed kilkoma sekundami w ogóle do mnie nie docierały. „Ach, ona też tu wciąż jest... Cóż poczęłabym bez mojej ukochanej współlokatorki?”. Odwróciłam się w jej stronę i przypomniałam sobie, jak poprzedniego wieczoru wpadła do pokoju w najbardziej niekorzystnym spośród niekorzystnych momentów, a ja wciąż najchętniej z przyjemnością skręciłabym jej za to kark. Z nieznanego mi powodu w tamtej chwili byłam na to jednak zbyt szczęśliwa. I, jeśli miałam być ze sobą całkowicie szczera, z perspektywy czasu czułam też trochę ulgi z powodu jej interwencji. Wczoraj zupełnie straciłam nad sobą kontrolę, co wciąż jeszcze nie mieściło mi się w głowie. To nie było w moim stylu.

Nie chcąc, by mój umysł pogrążył się głębiej w wątpliwościach, chwyciłam spodnie i zniknęłam w łazience.

Potwór Emely, całkowicie zaspany, ale z głupim uśmiechem na paszczy, patrzył na mnie z lustra. Przez chwilę się zastanawiałam, czy nie wezwać służb deratyzacyjnych, i natychmiast pożałowałam, że w ogóle spojrzałam na swoje odbicie.

„Piękność” – dźwięczało mi w głowie. Tak wielokrotnie nazwał mnie Elyas. Znów w myślach zadałam sobie pytanie, czy wszystko jest w porządku z krzywizną jego rogówki. A jeśli dla niego naprawdę jestem pięknością? Choć czasami trudno to zrozumieć, ludzie miewają różne gusta. Przecież Elyas też był dla mnie chodzącym ideałem. Gdyby poprosić tysiąc kobiet o opinię na jego temat, kto wie – może zdania byłyby podzielone.

„Czasem, kiedy patrzeliśmy sobie w oczy, było tak, jakbyśmy się do siebie zbliżali, chociaż żadne z nas nie ruszyło się nawet o milimetr.

Masz na mnie wpływ, którego nie umiem opisać słowami. To więcej niż być zakochanym. To coś głębszego, jakbyś była elementem, którego od dawna mi brakowało. Kiedy nie jestem blisko ciebie, czuję pustkę i tylko ty możesz ją wypełnić. Wystarczy, że na ciebie spojrzę, a zapominam o całym świecie. Jakbyś rzuciła na mnie klątwę... Pozytywną klątwę”.

Im bardziej się budziłam, tym wyraźniej jego wczorajsze słowa docierały do mojej świadomości. Czułam, jak moje kolana stają się miękkie, a policzki zaczynają dosłownie płonąć. To było jak bajka, ale o wiele zbyt piękna, by okazała się prawdziwa. Jak w transie chwyciłam szczoteczkę do zębów, wycisnęłam na nią pastę i zaczęłam szorować zęby. Mimo wszystkich tych wspaniałych uczuć istniało coś, co do czego miałam wątpliwości, czy kiedykolwiek uda mi się tego pozbyć. To był strach. Strach przed tym, że ponownie go stracę. Dzisiaj było inaczej niż przed dwoma miesiącami. Wierzyłam, że ma do mnie słabość, ale jednak nie była to gwarancja na całe życie. Nikt nigdy nie będzie mógł mi jej dać. Starałam się odsunąć strach na dalszy plan, bo nie chciałam nim niczego popsuć. Chociaż było to trudne, jeśli chciałam naprawdę cieszyć się choćby jedną sekundą w jego towarzystwie, musiałam starać się minimalizować ten strach i nie mogłam pozwolić na to, żeby mnie przygniótł. Być może ten lęk był ceną, którą trzeba zapłacić, kiedy znajdujesz swoją wielką miłość. Bo przecież, nawet jeśli najwidoczniej dostajesz ją za darmo, nie oznacza to, że możesz ją bez wysiłku utrzymać.

Kiedy zreflektowałam się, że popadam w melancholię, odsunęłam od siebie te myśli. Świadomość, że Elyas znajduje się zaledwie kilka metrów ode mnie i leży w moim łóżku, była zbyt niebiańska, by przyćmiewać ją zmartwieniami. Mój uśmiech powrócił, a razem z nim refleksja, że wcale nie jest łatwo umyć zęby z permanentnym bananem na ustach. Wyglądałam jak wymęczona aktorka z reklamy elektrycznych szczoteczek, która rozpaczliwie unosi kąciki ust, by podczas mycia zębów wyglądać możliwie najszczęśliwiej. Efekt był po prostu żenujący. Chociaż mój uśmiech był bardziej autentyczny, wyglądał nie mniej idiotycznie. Próbowałam go zdusić – bezskutecznie, bo już po kilku sekundach wracał na swoje miejsce.

Właśnie w momencie, kiedy pomyślałam, że nigdy w życiu nie uwolnię się od tego uśmiechu, kącikiem oka dostrzegłam jakiś ruch i wzdrygnęłam się z przestrachu.

– Elyas – wymamrotałam ze zdziwieniem i pełną buzią.

Cicho oparł się o futrynę i przyglądał mi się. Jego włosy były zmierzwione, oczy zaspane i wciąż nie miał na sobie nic poza bokserkami i białym T-shirtem. A przecież jeszcze przed kilkoma minutami sądziłam, że leży w śpiączce. Jak to możliwe, że teraz opierał się o drzwi łazienki?

– Nigdy więcej nie napędzaj mi takiego stracha – powiedział cicho.

Ja? Stracha? Jemu? Przecież to mnie o mały włos przytrafił się zawał serca i właśnie omal nie wyplułam fontanny pasty do zębów na łazienkowe lustro! Musiał wyczytać zdziwienie z mojego wyrazu twarzy, bo, choć go o to nie poprosiłam, doprecyzował:

– Nie było cię, kiedy się obudziłem.

Ciepłe uczucie znów rozeszło się po moim sercu. Już chciałam się wytłumaczyć, ale uświadomiłam sobie, że w ustach wciąż mam pełno piany, i wydobyłam z siebie tylko mruknięcie. Nachyliłam się więc nad umywalką i wyplułam ślinę. Ledwo zdążyłam się wyprostować, dwoje ramion wślizgnęło się od tyłu na mój brzuch i przyciągnęło mnie do siebie. Poczułam na plecach tułów Elyasa i w tej samej chwili tysiące małych mrówek spadły na moje ciało. Jakby tego było mało, łaskotanie nabrało intensywności, gdy Elyas położył podbródek na moim ramieniu i spojrzał na mnie w lustrze. Odchyliłam się do tyłu, odruchowo otoczyłam rękami jego ręce i delektowałam się tym cudownym uczuciem bezpieczeństwa, które otuliło mnie niczym warstwa ochronna. Delikatnie pocałował mnie w policzek, a potem przytulił do niego swoją twarz. Spojrzeliśmy na swoje odbicia w lustrze.

Wcześniej nigdy nie widziałam nas razem. Tafla lustra odbijała to, czego nie byłam jeszcze w stanie całkiem pojąć: Elyas i ja razem. Połączeni czułym uściskiem i pogrążeni w uczuciach, które nazwaliśmy poprzedniej nocy. Byliśmy razem.

– Dlaczego już wstałaś? – wyszeptał.

– Nie mogłam cię dobudzić, więc chciałam przynieść ci kawę.

Z westchnieniem wzmocnił uścisk i przytulił mnie mocniej.

– To bardzo miło z twojej strony – powiedział. – Ale nigdy więcej tak nie rób. Masz absolutny i dożywotni zakaz przynoszenia akcesoriów śniadaniowych.

Zabrzmiało to tak, jakby nie pozostawił mi nawet najmniejszej przestrzeni do dyskusji.

– Dlaczego?

– Czy naprawdę muszę ci przypominać, co się stało, kiedy ostatnim razem poszłaś po bułki?

Nie, z całą pewnością nie musiał mi przypominać tej historii. Kiedy przed dwoma miesiącami nasza znajomość nie liczyła jeszcze dwudziestu czterech godzin, gwałtownie się zakończyła, gdy obładowana bułkami, wparowałam w sam środek rozmowy Alex z Elyasem. Prawda o Luce wyszła wtedy na jaw w najgorszy z możliwych sposobów. Ten dzień był dla mnie tak straszny, że już nigdy więcej nie chciałam doświadczyć czegoś podobnego.

– Mam nadzieję, że w przyszłości nie dostarczysz mi powodów do takich reakcji.

– Nie – powiedział. – Zdecydowanie nie. Luca był moją jedyną tajemnicą, a przy tym jedną z najmroczniejszych, jakie mógłbym mieć.

Zamyśliłam się i przeniosłam w przeszłość do tamtej sytuacji, do moich uczuć i mojego poczucia zranienia.

– Z dzisiejszej perspektywy patrząc, jestem na siebie zła, że wtedy wybiegłam z mieszkania. Ale nie mogłam postąpić inaczej.

– Czy właśnie próbujesz się usprawiedliwić, że po tym, jak miesiącami cię oszukiwałem, ty miałaś mnie dość?

Gdy tak to ujął, zabrzmiało to rzeczywiście dość absurdalnie.

– „Usprawiedliwić się” to nie jest najlepsze sformułowanie. Wiesz... – Koniecznie chciałam dokończyć to zdanie, ale kotłujące się w mojej głowie myśli były zbyt sprzeczne i splątane.

– Co powinienem wiedzieć? – zapytał i pocałował mnie w policzek. W jego głosie brzmiała cierpliwość, więc dałam sobie chwilę, by przywrócić odrobinę porządku do mojego mentalnego chaosu.

– Wiesz, nie wybiegłam wtedy tylko dlatego, że poczułam się zraniona. Był jeszcze jeden powód. Myślę, że tak bardzo się bałam tego, że coś między nami znów może pójść nie tak, że dostrzegłam porażkę tam, gdzie jej jeszcze nie było. Uznałam, że jednak mnie nie kochasz. Chociaż to wcale nie była prawda.

– Czasem ludzie robią głupie rzeczy, mimo że się kochają. To wcale nie znaczy, że z tego powodu trzeba im wszystko wybaczać albo że to cokolwiek ułatwia.

Jeśli tak na to spojrzeć, oczywiście, że miał rację.

– Mimo to – wymruczałam cicho – wczoraj otworzyłeś przede mną całe swoje serce. Nie mówiłam wiele, bo chciałam pozwolić ci się wygadać. Chciałam cię posłuchać. Chciałam zrobić właśnie to, co zaniedbałam przed dwoma miesiącami. Moje milczenie nie oznaczało jednak, że sama nie popełniłam błędów i wszystko, co dotyczy nas dwojga, zawsze robiłam dobrze.

– Wszyscy popełniamy błędy – przyznał. – Ale ty z pewnością nigdy nie zrobiłaś czegoś tak strasznego jak ja. I to już drugi raz. Pamiętasz, jak zareagowałem, kiedy myślałem, że jesteś dziewczyną Sörena i zrobiłaś mnie w balona? Wcisnąłem ci wtedy ten kit z małym biustem. A co ty zrobiłaś w analogicznej sytuacji? Wybiegłaś z mieszkania. Nic więcej i nic mniej. Nie ma tu niczego, co musiałbym ci wybaczyć. Cokolwiek sobie wmawiasz w tej swojej głowie, przestań to robić. To, jaka jesteś, jest OK. Co więcej, to, jaka jesteś, jest wspaniałe.

Ten facet niewątpliwie miał talent do formułowania argumentów, które wytrącały mi broń z ręki. Oparłam się o niego i pogłaskałam jego ręce. Słowa Elyasa wciąż rozbrzmiewały w mojej głowie i rezonowały w całym ciele.

– Mam ci coś zdradzić? – zapytałam.

Spojrzał na mnie z zaciekawieniem.

– Ty też jesteś OK. Taki, jaki jesteś.

I teraz znów zauważyłam, że Elyas i ja rzeczywiście byliśmy do siebie dużo bardziej podobni, niż kiedykolwiek sądziłam. W jego oczach był ten błysk, a równocześnie mimika wyrażała niewypowiedzianą sprzeczność, jakby jednak nie mógł w stu procentach przyznać mi racji. Cokolwiek siedziało mu w głowie, chciał to zachować dla siebie.

Elyas przyglądał mi się przez chwilę z powagą, a potem w jego oczach zapaliły się filuterne ogniki.

– A myślałem, że jestem idiotą.

– O tak – powiedziałam poważnym tonem. – O tak, zdecydowanie jesteś idiotą.

Zaśmiał się cicho i dał mi kuksańca.

– Wiesz, jak bardzo mnie prowokujesz swoją bezczelnością, prawda?

Zanim zdążyłam sobie uświadomić, czym właściwie go prowokowałam, w spojrzeniu Elyasa znalazłam odpowiedź na to pytanie. Jego usta powędrowały w stronę mojego ucha i wyszeptały:

– Czy już ci mówiłem, jak cholernie seksownie wyglądasz o poranku?

Moje policzki zareagowały jak na komendę i nabrały zdradzieckiej czerwonej barwy. Seksownie? By się upewnić, jeszcze raz gruntownie przeanalizowałam swoje odbicie, które jednak nie pozostawiało żadnych wątpliwości – z lustra wciąż patrzył na mnie ten sam potwór Emely, co wcześniej. Niewątpliwie trzeba było zweryfikować, co Elyas rozumie pod pojęciem „seksownie”. A także: „słodko” i „ślicznie”. Lista tych słów robiła się coraz dłuższa...

– Wyglądam, jakby dwadzieścia cztery lata temu szczotka ryżowa i wioskowy głupek przeżyli płomienny romans w skrytce pod schodami i z niewiadomych powodów zapomnieli o zabezpieczeniu – stwierdziłam z przekonaniem.

Uśmiechnął się szeroko i pocałował mnie w kark.

– Seksownie – wyszeptał. – Pozostaję przy swoim.

Już otwierałam usta, żeby ponownie mu zaprzeczyć, ale on zaczął delikatnie kreślić kciukiem kółka na moim brzuchu. Oszołomiona tym doznaniem, w mgnieniu oka zapomniałam, co chciałam powiedzieć. Spojrzenie Elyasa, które odbijało się w lustrze, było tak nasycone miłością, że aż zaparło mi dech. Cieszyłam się, że on stoi za mną. Czułam się tak, jakby spoglądał przez z wysiłkiem wzniesioną fasadę wprost na moją duszę. Byłam otwartą książką, której treść linijka po linijce Elyas wyczytywał z moich oczu. Świadomość, że być może widzi o wiele za dużą część mnie, sprawiła, że poczułam się naga. Jego spojrzenie było całkowicie szczere, jakby chciał się ze mną podzielić każdą, nawet najmniejszą tajemnicą, i runęły wszystkie mury, jakie wkoło siebie zbudował. Chciałam mu się odwdzięczyć tym samym, ale ta część mnie, która czuła się naga, nie umiała tego unieść. Z zakłopotaniem odwróciłam od niego wzrok i poczułam, że jeszcze nie jestem na to gotowa. Ale chwilę później z taką samą intensywnością zrozumiałam, że Elyas jest jedynym człowiekiem na świecie, któremu pozwoliłabym na siebie tak patrzeć.

– Żadne słowo na świecie – wyszeptał swoim pięknym głosem wprost do mojego ucha – nigdy nie zdoła opisać, ile dla mnie znaczysz.

Zamknęłam oczy, jeszcze mocniej oparłam się o niego i poczułam, jak głośno dźwięczą we mnie jego słowa. On także zdawał się cieszyć tym momentem i przez chwilę po prostu milczeliśmy. Mogłam tak trwać całą wieczność. Minuty wydawały mi się sekundami. O wiele zbyt szybko Elyas westchnął i z oporami rozluźnił uścisk.

– Już czas – powiedział. – Proponuję, że zrobię nam teraz kawę, bo inaczej nikt mnie dziś od ciebie nie odklei.

Już tęskniłam za jego ramionami, ale ciepło, które wywołał nasz uścisk, pozostało w moim wnętrzu. Skinęłam głową. Elyas ruszył przed siebie i przekroczył drzwi łazienki, ale na chwilę jeszcze się zatrzymał i odwrócił w moją stronę.

– Ach, jeszcze jedno, Emely – powiedział z pełną powagą, wyraźnie starając się ją zachować. – Na miłość boską, włóż wreszcie jakieś spodnie.

Kiedy z przerażeniem spojrzałam w dół i dotarło do mnie, że mam gołe nogi, Elyas już wyszedł z łazienki. A i tak wiedziałam, że się szeroko uśmiecha. Że uśmiecha się szeroko i bezczelnie.

– Głupek – wymamrotałam z lekkim zawstydzeniem i błyskawicznie wskoczyłam w dżinsy. By uniknąć dalszych przytyków na ten temat, pod T-shirt szybko nałożyłam biustonosz. Wczoraj, kiedy Elyas niespodziewanie stanął pod moimi drzwiami, zdążyłam go już ściągnąć.

Ledwie weszłam do pokoju, Elyas był już z powrotem. Wyglądał na nieco zmieszanego. Z dwoma kubkami kawy w dłoniach zamknął łokciem drzwi i głęboko westchnął.

– Czy coś się stało? – zapytałam.

– Mogłaś mnie ostrzec, że w kuchni siedzi jakieś piętnaście kobiet i celebruje sekciarskie śniadanie.

Moje spojrzenie powędrowało w dół jego ciała. Wyglądało na to, że był tak zajęty w myślach moimi spodniami, że nie pomyślał o tym, że sam nie ma na sobie własnych. Teraz to ja uśmiechałam się szeroko. Uśmiechałam się szeroko i bezczelnie.

Skwitował to grymasem i wcisnął mi kawę w dłoń.

– Czy mogę wziąć szybki prysznic?

– Oczywiście – odpowiedziałam i spojrzałam jego śladem, kiedy chwilę później zniknął w łazience. Nie zamknął drzwi na klucz. „Mogłabym po prostu otworzyć drzwi i wejść do niego...”. Nie, nie mogłabym.

Szybko wypierając tę myśl, wzięłam łyk gorącego napoju i ponownie doszłam do wniosku, że bycie szczęśliwą jest naprawdę cool! Wyposażona w głupi uśmiech, objęłam dłonią kubek i usiadłam po turecku na łóżku. Siedząc, kilka razy podskoczyłam z radości i powoli piłam kawę. Kiedy zauważyłam, że kołyszę się głupio w przód i tył, przestałam to robić i rzuciłam ostrożne spojrzenie na Evę. Nie było powodu do zmartwień, wciąż spała głęboko i mocno, nie wiedząc o niczym. Bycie zakochanym czyniło ludzi szczęśliwymi, a jednocześnie – kompletnie porąbanymi.

Kiedy mój kubek był już pusty, odstawiłam go na nocną szafkę i zrobiłam to, na co miałam ochotę. Z rozpostartymi ramionami opadłam na plecy na łóżku, wyciągnęłam się i wzięłam głęboki, szczęśliwy wdech. „Życie jest takie piękne...”. Nie tylko tak myślałam, czułam tę myśl w całym ciele i słuchałam dobiegającego z łazienki cichego szumu wody, czekając na powrót Elyasa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki