Ziggy, Stardust i ja - Brandon James - ebook + audiobook + książka

Ziggy, Stardust i ja ebook i audiobook

Brandon James

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Posłuchaj aby w pełni zanurzyć się w świecie Jonathana - Oficjalna playlista " POSŁUCHAJ

Ziggy, Stardust i ja

...na tę jedną chwilę dwóch samotnych astronautów dryfujących w kosmosie wreszcie się odnajduje

Był maj 1973 roku. Niektórzy Amerykanie rozliczali aferę Watergate, inni walczyli w Wietnamie. A nieliczni toczyli beznadziejną batalię o to, aby tacy jak Jonathan Collins nie byli dłużej traktowani jak psychicznie chorzy. Szesnastoletni Jonny zmagał się z astmą, samotnością i głębokimi lękami. Obok niego była jedynie Starla, ale to przyjaciółka, nie mogła stać się nikim więcej. Jedynym miejscem, w którym czuł się dobrze i bezpiecznie, była jego własna wyobraźnia. Słuchał muzyki, rozmawiał z Ziggym Stardustem, jego choroba znikała, a on sam mógł być normalny.

Ziggy nie istniał w prawdziwym świecie. Prawdziwy świat traktował takich jak Jonny z okrucieństwem, proponując im bolesną terapię, po której mieli się stać "normalni". Jonny niczego bardziej nie pragnął. Ale któregoś dnia w jego życiu pojawił się Web, chłopak z ludu Lakota. Indianie byli inni, mimo to Jonathan szybko uległ słodkiemu zauroczeniu.

Web bywał mroczny, czasami tajemniczy. Jego pewność siebie, odwaga i siła budziły w innych lęk. Przede wszystkim nie bał się być sobą, nie wstydził się tego, że był gejem. Delikatny Jonathan wydał mu się istotą idealną, kompletną i wspaniałą. Tyle że Jonny był białym chłopcem.

Jonny i Web szybko odkryli, że mimo różnic wiele ich łączy. Zapragnęli odrobiny szczęścia tylko dla siebie. Najpierw jednak Jonny musiał zrozumieć, kim naprawdę był, a Web - poradzić sobie z własnym dziedzictwem. Tymczasem otaczali ich bezlitośni ludzie, którzy chcieli zniszczyć tę miłość...

James Brandon dorastał w St. Louis. Jako gej został odrzucony przez katolicką społeczność. Był odtwórcą głównej roli (Jezusa geja) w sztuce Terrence'a McNally'ego Corpus Christi, wystawianej w ramach dziesięcioletniego międzynarodowego tournee. Współzałożyciel inicjatywy artystycznej I AM Love Campaign, zasiada także w zarządzie Bay Area American Indian Two-Spirits (BAAITS) w San Francisco. Autor artykułów dla HuffPost, Believe Out Loud i Spirituality & Health.

...to wszystko, co życie ma ci do zaoferowania

Posłuchaj audiobooka:

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 373

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 13 min

Lektor: Czyta: Michał Podsiadło

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



James Brandon

Ziggy, Stardust and Me

Przekład: Piotr Cieślak

Tytuł oryginału: Ziggy, Stardust and Me

Tłumaczenie: Piotr Cieślak

Redakcja: Karolina Frączak

ISBN: 978-83-283-9654-8

Copyright © 2019 by James Brandon, LLC

G. P. Putnam’s Sons is a registered trademark of Penguin Random House LLC.

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form.

This edition published by arrangement with G.P. Putnam’s Sons, an imprint ofPenguin Young Readers Group, a division of Penguin Random House LLC.

Polish edition copyright © 2023 by Helion S.A.

All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recordingor by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lubfragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądźtowarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres

https://beya.pl/user/opinie/ziggys_ebook

Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

Helion S.A.

ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice

tel. 32 230 98 63

e-mail: [email protected]

WWW: https://beya.pl

Poleć książkęKup w wersji papierowejOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » nasza społeczność

moim księżycowym tkaczom magii

charliemu, sylvie i oliverowi blue

oraz wszystkim nieprzystosowanym kartografom świata;

to dla was

Część pierwsza Zepsute wszystko

Wyobraźnia jest wszystkim; wglądem w to, co życie ma do zaoferowania.

— Albert Einstein

1.

sobota, 19 maja 1973 roku

Wszystko zaczyna się w dniu, w którym na znanym mi dotąd świecie pojawiają się pierwsze rysy. Siedzimy w pokoju Starli i czekamy na Soul Train. Na pierwszy rzut oka wygląda to jak typowy sobotni poranek — wszystko wydaje się zwyczajne. Powinienem był jednak wyczuć pismo nosem. Jestem wszak mistrzem gry pozorów…

Po zwykłym, naleśnikowym śniadaniu zajmujemy swoje stałe miejsca. Starla krzyżując nogi, siada na długowłosym, rubinowoczerwonym dywanie i zaczyna przyklejać srebrzyste dżety do pary levisów w ramach projektu na jakiś konkurs, w którym zamierza wziąć udział. Ja łagodnie faluję w górę i w dół na jej łóżku wodnym, kartkując nowe wydanie magazynu „Interview”, które wręczyła mi tak, jakby nie mogła się już tego doczekać.

Zatopieni we własnych światach, w ciszy czekamy na rozpoczęcie telewizyjnego nabożeństwa — nabożeństwa w naszym wydaniu: programu Soul Train. Wszystko zaczęło się rok wcześniej, gdy Starla zabrała mnie do centrum na mój pierwszy koncert Ziggy’ego Stardusta, a on, nie oszukujmy się, rozbił mi mózg na atomy. Może nawet dosłownie. Miał na sobie ten swój obcisły trykot w panterkę i wielkie buty na koturnach, więc rzeczywiście nad nami górował, jego twarz była pokryta białym pudrem i krzykliwym makijażem, do tego włosy w kolorze strażackiej czerwieni i — whambamthankyouma’am — narodziłem się na nowo.

W pewnym momencie osłonił oczy dłonią, omiótł wzrokiem publiczność i zaśpiewał Starmana, wskazując prosto na mnie. Mogę przysiąc, że jego głos rozmontował mi duszę i w tamtej chwili doznałem objawienia boga boogie. „Jezus dokonuje swych cudów na tajemnicze sposoby — powiedziała potem Starla, ocierając mi łzy z oczu. — Objawia się we wszystkim, jeśli umiesz go dostrzec. Może Ziggy jest twoim mesjaszem”.

Uznała wtedy, że muzyka jest moją religią. W każdy sobotni poranek szliśmy do jej pokoju, żeby obejrzeć Soul Train. (Wreszcie jakiś kościół, za którym mogę się opowiedzieć). Do startu pozostało dziesięć minut…

Telewizor stoi w rogu, na wózku na kółkach. Właśnie skrzeczy reklamą płatków śniadaniowych dla dzieci.

Okno w pokoju jest otwarte i wpadają przez nie powiewy wiatru, jeszcze lepkie po trzyminutowej ulewie. Typowa wiosna w St. Louis. Wiatr marszczy kolaż twarzy porozklejanych na ścianach; sprawia, że śpiewają, śmieją się i szeleszczą o polityce. The Jackson 5, Jezus, Coco Chanel, symbole „Power to the people” i wszystkie jej heroiny od zarania dziejów — od Joanny d’Arc, przez Joan Baez i Angelę Davis, po Twiggy. Ach, byłbym zapomniał o oprawionych zdjęciach jej tajnej sympatii — Donny’ego Osmonda. Tak, naprawdę.

Głos Roberty Flack spływa z gramofonu niczym miód na moje serce. A Starla… śpiewa. Killing me softlyyy… Należy do chóru kościelnego, ale hm… ujmijmy to tak, że nie ma anielskiego głosu. Niech będzie błogosławiona. Starla. Moja najlepsza przyjaciółka od zawsze. Ludzie myślą, że jesteśmy razem; pozwalam im. Tak jest bezpieczniej.

I tak, Starla to prawdziwe imię. Powiedzmy, że prawdziwe. Urodziła się wprawdzie jako DeeDee Lucinda Jackson, lecz wyznała mi, że pewnej nocy — a miała wtedy pięć lat — przyśnił się jej Jezus, który rzekł: „Pochodzisz z gwiazd i przybyłaś tu, by uleczyć świat”, więc nakłoniła rodziców do zmiany jej imienia na Starla. Moim zdaniem jest kosmicznie idealne, tak jak ona sama, i w jakimś sensie pasuje nawet do galaktyki piegów pokrywających jej buzię. Poza tym bez niej nie byłoby już Jonathana, bo dawno temu rozpadłbym się na kawałki.

„Pola siłowe mają wiele form”. Te słowa usłyszałem kilka lat temu od doktor Evelyn po tym, jak powiedziałem jej, że pole Starli jest podobne do mojego.

— With his song… uuu… uuuu… uuuuu… — śpiewa Starla.

Uuu, uuu. Pobłogosław ją Panie, albowiem nie wie, co czyni. Ale jest słodka. Włosy ma schowane pod pomarańczową chustą. Koniuszek języka wystaje z kącika pomalowanych na mandarynkowo ust. Wygląda jak zachód słońca.

Wracam do magazynu „Interview”. Przerzucam kolejne kartki dziwnych, niezrozumiałych rozmów, mijam nowy obraz Andy’ego Warhola, przedstawiający Mao Zedonga, osobliwe zdjęcia półnagich kobiet umazanych fluorescencyjnymi farbami, a potem

O.

Obrywam prosto w twarz trzema słowami:

— GEJ JEST OKEJ!

Na zdjęciu obok tańczy ze sobą kilku długowłosych mięśniaków.

O.

Naprawdę.

W jakim równoległym wszechświecie zaparkowały te włochate ćpuny? Bo nie w tym. Nie w Missouri. Nie w tym przegranym miasteczku Creve Coeur.

O nie; tutaj ci kolesie trafiliby za kratki. Albo wylądowali u czubków. Albo jeszcze gorzej. Uwierz mi, wiem co…

Ale cholera, oni tańczą. I się całują! I uśmiechają się tak, że ich radość wyrywa się z kartki, nokautuje i…

Zatapiam się w tym zdjęciu.

Muzyka dudni.

— Hejhejhej, Jonny Collins, cieszę się, że w końcu się ujawniłeś, żeby się pobaaawić. —Jego wąsik łaskocze mnie w policzek.

— Wybacz, że tak długo to trwało, misiu pluszowy — mówię.

— Tyle imprez, tak mało czasu, podoba ci się? — Obejmuje mnie w niedźwiedzim uścisku. Po jego klatce piersiowej spływa pot, sklejający nas w jedno. Jego usta pożerają mnie, jakbyśmy byli nienasyceni, wiecznie nienasyceni…

— Halo! Słyszysz mnie? — To Starla.

Z trzaskiem zamykam magazyn, nasze światy na powrót się zderzają.

— Co?

— Znowu się zawiesiłeś.

— Nie.

— Ależ tak. Wszystko gra? — Przygląda mi się badawczo spod przymrużonych powiek. Jej oczy w dzikim zielonym kolorze wyglądają jak dwa kawałki szkła uranowego w promieniach ultrafioletu.

— Nic mi nie jest.

— Słyszałeś, co powiedziałam?

— Nic. To znaczy nie. A co? — Dużo się we mnie dzieje. To zawieszanie się. „Wyobraźnia jest twoją bezpieczną przystanią, kapsułą ratunkową do innego wymiaru, w którym możesz swobodnie być sobą” — powiedziała mi kiedyś ciotka Luna. I dodała, że mam jedną z najdzikszych wyobraźni, jakie zna. Co prawda sama jest ekscentryczną hipiską, więc kto ją tam wie. Ale chyba ma rację i chyba to działa, bo nieustannie podróżuję w świecie fantazji. Tam jestem najbezpieczniejszy. Wszystko, byle uciec od tej rzeczywistości.

— Chodź, usiądź obok — mówi Starla, wracając do swojego pistoletu do kleju. — Chcę z tobą pogadać.

— Chwilka. — Nie mogę się ruszyć. Mhm. Mam pozaziemską erekcję. Szlag. Skwierczącą. Jak zerwana linia elektryczna. (Nieuniknione skutki uboczne terapii doktor Evelyn. Niedługo napiszę o tym więcej). Kombinacja tych dwóch rzeczy oznacza, że zdecydowanie nie jest dobrze.

Starla niczego nie zauważa, jest zatopiona w swoich dżetach. Zwijam magazyn i wciskam go do tylnej kieszeni. Później schowam go do szafy, żeby ci goście na dobre przepadli pod stosem „National Geographic”. Przecież właśnie tam być powinni: w kryjówce. Gdzie nikt ich nie znajdzie.

Ostrożnie zmieniam pozycję, uwalniam się z objęć łóżka, sięgam po ołówek i leżącą obok kartkę i zaczynam rysować, żeby zająć czymś myśli. Czy Starla wiedziała o tym artykule? Czy dlatego tak nachalnie wtykała mi tę gazetę? Nie. Przecież wie, co czuję w kwestii tych chorych klimatów.

— Czemu lubisz rysować moje piegi? — pyta.

— Co? Ach. Bo są cudne.

— Nienawidzę ich. Czuję się, jakbym była trędowata. Uuu… uuuu… uuuuu… — śpiewa.

— Jaja sobie robisz? To twój największy atut. Jesteś jak chodzące nocne niebo.

— A ty jesteś niepoprawny. — Przykleja do lewej tylnej kieszeni spodni dżet, a wzór coraz wyraźniej układa się w symbol pokoju.

Wybieram miejsce i szkicuję nową konstelację na jej policzku.

— Zobacz, właśnie znalazłem Malutką Niedźwiedzicę.

— Jonny, Jonny, Jonny…

— Starla, Starla, Starla…

— I jak ja sobie bez ciebie poradzę?

— Że co? — Przestaję rysować.

Nie odpowiada. Odrzuca dżinsy i przestawia igłę na płycie. Znów słodycz Roberty Flack.

— Starla?

Odwraca się w stronę telewizora; właśnie zaczyna się Soul Train.

— Co masz na myśli, mówiąc „bez ciebie”? — Biorę ją za rękę. Jest lepka od kleju.

— Po prostu… nie wiem. Będę tęsknić.

— Przecież nigdzie się nie wybieram.

— Ty nie — mówi, odwracając się w moją stronę. — Ale ja tak.

Wszystkie zdjęcia na ścianie zachłystują się szelestem.

— Co? Dokąd?

— Na lato. Do Waszyngtonu. Mama dostała jakąś robotę na uczelni, a tato chce, no wiesz, żebym przy okazji dowiedziała się tego i owego o ruchach społecznych i całym tym zamieszaniu. Miałam ci powiedzieć, ale…

— Aha. — Nie wiem, jak miałbym zareagować, więc tylko się powtarzam. — Aha.

— Wiem.

— Naprawdę?

— Tak.

— Aha.

Nie. To się nie dzieje. Od tamtej pory nie spędziłem ani jednego lata bez Starli. Kręci mi się w głowie. Świat wiruje wokół nas, siedzących ze sklejonymi dłońmi w oku cyklonu. Zamykam oczy.

— Dobrze się czujesz? — pyta, ocierając moje łzy. Nie miałem pojęcia, że płaczę.

— Jasne — odpowiadam, siląc się na najsztuczniejszy uśmiech. Nie będę jej widywał. — Cieszę się twoim szczęściem. Tylko… no wiesz… też będę tęsknił.

Unosi mi podbródek.

— Posłuchaj, wiem, że to głupie, ale rozmawiałam o tym z rodzicami i mama powiedziała, że jeśli chcesz, możesz z nami jechać. Czy to nie jest dobre wyjście?

— Ach… tak…

— Wyjeżdżamy dzień po zakończeniu roku szkolnego. Dzięki temu zostalibyśmy razem, a ty pod koniec wakacji miałbyś mnie tak dość, że modliłbyś się o powrót tutaj. — Śmiejemy się. Jeśli tak to można nazwać. — Tak czy inaczej myślę, że powinieneś się na chwilę wyrwać z tego grajdołka… zobaczyć nowe rzeczy… poznać nowych ludzi… rozumiesz.

— Mhm… — Wiem, że nadal mówi, ale już jej nie słyszę. Mój mózg jest jak sparaliżowany. Ma rację. Nigdy nie opuszczałem Creve Coeur, choć zawsze o tym marzyłem: złapać stopa do Kalifornii i zostać gwiazdą rock’n’rolla. Ale nie mogę. Jeszcze nie teraz. Dopóki nie zostanę naprawiony na zawsze. Jak mam tego dokonać bez niej?

— …i moglibyśmy iść na National Mall, dołączyć do protestu przeciwko wojnie w Wietnamie. Może udałoby się nam coś zrobić z tą głupią, bezsensowną wojną, co? No dawaj, nie chcę być tam sama. Byłoby fajnie. No zgódź się. — Kładzie na szali swój uśmiech. Bo wie.

— Ojciec nie puści mnie za żadne skarby, Starlo. Mam tylko szesnaście lat i…

— Za kilka tygodni będziesz miał siedemnaście! Tato obiecał, że z nim pogada, jeśli…

— No i mam swoje zabiegi.

— Ach… no tak — szepcze.

— Wiesz, że nie mogę ich opuszczać — dodaję, a Starla tylko wzrusza ramionami. — Wszystko będzie dobrze. Tak jak powiedziałaś, to tylko dwa miesiące. A poza tym po prostu musisz jechać, żeby wreszcie wykrzyczeć Nixonowi to, co chciałaś. Za nas oboje. — Ocieram jej łzy. — Nie smuć się, dobra? — Mówię to bardziej do siebie niż do niej. Została mi już tylko jedna seria zabiegów, ale dotąd nie musiałem ich przeżywać bez Starli… Nigdy nie musiałem przeżywać niczego bez Starli…

— Dobra — zgadza się wreszcie.

Siedzimy w milczeniu. Mam wrażenie, że świat rozlatuje się na kawałki, których deszcz spada wokół mnie, dopóki nie uświadomię sobie, że to trzask igły przeskakującej na końcu płyty.

— Chodź — zachęcam. — Pora na mszę. — Wyłączam gramofon i podkręcam dźwięk w telewizorze.

Oglądamy odcinek Soul Train.

Słuchamy zakręconej wersji Fly Me to the Moon w wykonaniu Bobby’ego Womacka.

Przez cały czas trzymamy się za ręce.

Nie mogę się zdecydować, które z nas bardziej boi się zabrać dłoń.

Tej nocy leżę w łóżku i nie mogę zasnąć. Księżyc w pełni przebija się przez koronę topoli za oknem, tworząc na ścianach pokoju blade wersje dyskotekowych świateł.

Klapkowy zegar na mojej szafce nocnej wskazuje 3.13.

Cały drżę. Czuję się, jakbym tkwił w wannie wypełnionej lodem, z tym, że każdy nerw mojego ciała płonie. Jest radioaktywny. Znów miałem ten sen: doktor Evelyn pogwizdywała Life on Mars? Bowiego. Z uśmiechem. Wymalowana jak on, z akwamarynowym cieniem na powiekach i grubymi warstwami różu pokrywającymi policzki. Siedzę na drewnianym krześle. Evelyn przywiązuje mnie do niego pasami. Owija skórzane mankiety wokół moich nadgarstków. Spina je klamrami. Mocno. Potem uda. Z każdego mankietu biegną przewody elektryczne podłączone do stojącej przede mną na stole maszyny.

Uśmiecha się, wciąż pogwizdując.

Na moje uszy trafiają miękko wyściełane słuchawki, tłumiąc zewnętrzny świat. Widzę, że porusza ustami, ale niczego nie słyszę. Wychodzi, zabierając ze sobą światło. Żegluję w kosmosie. Sam. W oczekiwaniu. Wreszcie włącza się rzutnik slajdów. Oślepia mnie. Pojawiają się kolejne obrazy, aż…

Przez kable strzela prąd elektryczny, który przypala mi uda, nadgarstki i serce. Projektor nie przestaje klekotać. Moje myśli smażą się na amen…

Wtedy się budzę.

Choć nie. Niezupełnie.

„Choroba karmi się sekretami” — oznajmia doktor Evelyn, a ja nie powinienem już dokarmiać swojej przypadłości, pora więc je wyjawić… ORKIESTRA TUSZ! Sekret pierwszy — jestem chory, a to jest moja terapia, która ma mnie naprawić.

Na razie myślę, że działa. Naprawdę. Mogłaby. W przeciwnym razie skończę jak mój wujek, w jednej z tych wyściełanych salek w wariatkowie, zgubiony na zawsze…

Sięgam po płytę Aladdin Sane, leżącą na moim biurku — to najnowszy album Ziggy’ego, biały z czerwoną błyskawicą przecinającą jego twarz. Mona Lisa rocka. Ikona.

— Jesteś tu? — szepczę.

Podnosi wzrok i się uśmiecha.

— Cześć, mały Starmanie — odzywa się. — Spójrz na siebie, piękny chłopcze, odjechany w kosmos aligatorze rock’n’rolla.

— Boję się — wyznaję. — Nie dam rady, Zig. Nie poradzę sobie z tym sam…

— Dobrze już, dobrze… Poradzisz sobie. Musisz tylko wyjść spojrzeniem poza tutaj, uwierzyć w tego siebie, którym naprawdę jesteś w gwiazdach. Ja wierzę, mały.

Przytakuję, a łzy pieką mnie pod powiekami.

— No już — mówi. — Zatańczmy boga boogie…

Po raz pierwszy od bardzo dawna…

Modlę się.

2.

poniedziałek, 21 maja 1973 roku

W poniedziałkowy poranekczekam na Starlę przed jej domem. Dziwne. Zwykle to ona czeka na mnie. Zasłony są zaciągnięte, a na podjeździe nie ma lincolna. Hm. Jeszcze tak nie było, żebyśmy nie pojechali razem na rowerach do szkoły. Coś przegapiłem? Chwileczkę — czy ona wspominała, że wyjeżdża następnego dnia?

Nie. Zadzwoniłaby, żeby się pożegnać i… no nie. Weź się w garść, Collins, jesteś zmęczony. Za mało spania ubiegłej nocy. Za mało spań we wszystkie ubiegłe noce. Oddychaj.

Wdech.

Wydech.

Ach…

Już dobrze. Uwielbiam ten zapach zaraz po porannym deszczu w Creve Coeur: rdzawy aromat ziemi wymieszany z wonią prania świeżo rozwieszonego na sznurze. Super byłoby nałowić go w słoik i otworzyć w lepki letni dzień, gdy masz dość smrodu potu. (A w tym rejonie St. Louis takie pieskie dni przychodzą nadzwyczaj często). Ludzie myślą, że mieszkamy na wsi. Coś w tym jest. Wprawdzie już od jakiegoś czasu osiedla rozpełzają się coraz dalej, a cywilizacja wraz z nimi, lecz przeważająca część Creve Coeur jest wyspą otoczoną patchworkiem pól uprawnych z oczkiem pobliskiego jeziora. To oznacza, że latem okolicę spowija kokon wilgoci. A sądząc po tym, co się święci, nadchodzące wakacje zapowiadają się okrutnie. Babcia mówiła o takich, że wloką się jak mucha w smole.

Ale gdzie jest Starla? To naprawdę bardzo dziwne.

Wciąż czekam.

Zegarek wskazuje 7.43. Nie wiem. Czekam, aż w końcu dłużej czekać nie mogę, więc zarzucam plecak na ramię, wskakuję na siodełko i depczę pedały swego Stingraymobila, który, nawiasem mówiąc, jest nie tylko moim rowerem; jest aksamitnoczarno-cukierkowoczerwonym cudem świata. Do tego stopnia pochłaniają mnie myśli o tajemniczym zniknięciu Starli, snach z Bowiem, koszmarach z doktor Evelyn i nocnych eskapadach taty (opowiem o tym później), że na skrzyżowaniu zamiast w prawo skręcam w lewo i bum!

Scotty Danforth i jego sługusy — Brygada Małpoludów.

Nie.

„Omijaj negatywy” — radzi doktor Evelyn. Potraktowałem to dosłownie. Wytyczyłem sobie takie trasy do szkoły, w szkole i ze szkoły do domu, aby tego rodzaju incydent nigdy więcej się nie powtórzył. Jestem Gejlileusz, miło mi cię poznać. Sposób jaki jest, taki jest, ale działał i gdyby nie on, mogłoby się to powtarzać codziennie. Wszystko zaczęło się kilka lat temu od Scotty’ego i jego głupich docinków po tamtym wydarzeniu. (Och, tak, kiedyś się przyjaźniliśmy, ale tamtego dnia wszystko się zmieniło). Jedno zaś wiedziałem na pewno: gdy raz znajdziesz się na celowniku, zawsze już na nim będziesz.

— Siema, Jon-Boy, jak tam, co tam? — Próbuje zdmuchnąć z oczu rozczochraną czarną grzywkę, lecz ani jeden kosmyk nie zmienia swego położenia.

Nie odzywam się, jak sparaliżowana ofiara. Poza tym wciąż nie mogę wyjść ze zdziwienia, że się na nich nadziałem. Gotów jestem przysiąc, że właśnie teleportowali się z Planety Małp. Przyrzekam, że Scotty posiadł tę pieprzoną umiejętność. W sumie wygląda, jakby został wyrzeźbiony przez Michała Anioła z resztek marmuru, czemu więc nie miałby umieć przemieszczać się z nadludzką prędkością?

— Chłoptasia ładnie dziś wygląda, co nie, chłopaki? — Obejmuje mnie ramieniem za szyję i mierzwi mi włosy. Wściekam się, bo rano przez bite czternaście minut próbowałem zamaskować nimi bliznę na czole.

Przypuszczam, że Małpoludy się z nim zgadzają, ale słyszę tylko „ooo ho hoo” i „uuh uuuk uuh”.

Zrzuca mój plecak na ziemię. Cholera. Mam nadzieję, że nic się nie zniszczyło.

— Tęskniliśmy za tobą, Jon-Boy. Gdzieś się chował, co? — Jego oddech: nieświeża mieszanina fajek i owocowej gumy do żucia. — No co jest? Jęzor odebrało? Zgubiłeś go wczoraj w nocy w szparce Starli? — Wyciera moją twarz w swoją koszulkę Rolling Stonesów z gębą z wyciągniętym ozorem, która wygląda tak, jakby miała mnie połknąć w całości.

Małpoludy szaleją. A ja wiotczeję. W „National Geographic” czytałem, że gdy zwierzę udaje martwe, drapieżnik zwykle nudzi się i odchodzi.

Zwykle.

Nie tym razem.

— To co tam dla mnie dziś masz, Jon-Boy? — Wciska palce do kieszeni moich dżinsów i — CAP! — ściska mi jaja tak, że widzę przed oczami wszystkie barwy świata, ściekające w kałużę u moich stóp. Nie krzycz. Tylko nie krzycz. Nie okazuj strachu.

— A co to takiego? — pyta, rozprostowując coś, co wyciągnął mi z kieszeni.

Moje gałki oczne skaczą jak na trampolinie. Skup się, Collins. Oddychaj. Dobra; teraz to widzę: zmięty banknot. Dziś rano ojciec zapomniał mi zostawić pieniądze na lunch, musiałem więc ukradkiem wydobyć trochę grosza ze zwitka gotówki, leżącego na jego szafce nocnej pośród wielu znakomitych ojcowskich parafernaliów: bibułek do skrętów, pustej butelki po budweiserze — a może dwóch albo dwudziestu siedmiu, nie liczyłem — oraz szklanki do whisky, z kilkoma petami pływającymi w mętnej cieczy. Czyli standard.

Moim oczom w mroku poranka umknął jednak szczegół, który teraz widzę w pełnym świetle: nabazgrany na twarzy George’a Waszyngtona numer telefonu z wypisanym grubym, pochyłym pismem imieniem „Heather”. Oraz serduszko. „Zadzwoń”.

O nie.

To znaczy, że tato spotkał wczoraj wieczorem jakąś niunię, a to z kolei znaczy, że ten konkretny banknot jest złotym kluczem do niewieściej bramy, a jeśli go nie odzyskam, ojciec mnie zamorduje.

— Scotty, potrzebuję tego…

— Mówi się Scott, pieprzony pedziu. Nie jesteśmy już w podstawówce. Co to? Numer telefonu?

— Oddaj mi to. Proszę. — Cholera, nienawidzę własnego głosu. Kwilę jak głupia sikorka.

— Ooo… bidulka Jon-Boy powiedziała płoooszę…

Małpoludy chrząkają z aprobatą.

— Kim jest Heather? — Rozprostowuje jednodolarówkę tak, żeby wszyscy widzieli.

— Oooooo.

— Chłopie, założę się, że Starla chętnie dowiedziałaby się tego i owego o Heather. Co nie, chłopaki?

— Daj spokój. Przestań się droczyć, Scott. — Próbuję złapać banknot, ale on podrywa go wyżej. Tak, to wszystko naprawdę się dzieje. A ja zostaję uwięziony wewnątrz cuchnącej gromadki Małpoludów. Jeśli mnie nie zabiją, sam padnę od smrodu.

Myśl, Collins, myśl. Jestem od nich niższy i szczuplejszy, więc mogę się między nimi prześlizgnąć jednym susem. Nie. Zbili się w wielką włochatą ścianę.

Doktor Evelyn nauczyła mnie kilku trików, które można wykorzystać w konfrontacji z Prymitywnymi Mięśniakami.

Zasada pierwsza: skomplementuj wroga.

— Scott, to tylko dolarówka, chłopie. Masz tego więcej. Jesteś najbardziej dzianym dzieciakiem w tym mieście. — Co jest prawdą. Jest jedynym znanym mi dzieciakiem z elektronicznym zegarkiem.

— Się zgadza, ale chcę tę konkretną — odpowiada.

Nie zadziałało.

Trudno. Zasada druga: zamknij oczy. Niech z twych dłoni wystrzelą błyskawice. Zamień ich w pył. Tę wymyśliłem na poczekaniu. Widziałem coś takiego w Star Treku.

— Zabawię się z Heather o-cipinkę — mówi Scott. Zgniata banknot w małą kulkę i zaczyna grać w zośkę z Małpoludami.

Ja — miotam się, próbując ją złapać. Skaczę w tę i we w tę, do przodu i na boki. Za każdym razem moja dłoń mija się z nią o włos. A potem nagle się potykam. I wpadam na Scotty’ego. I obaj tracimy równowagę. I upadamy na chodnik z tak głuchym dupnięciem, że ziemia przestaje się kręcić wokół własnej osi.

Małpoludy cichną.

Ja — leżę rozciągnięty na nim.

Scotty — sapie i dyszy. Za chwilę skopie mi tyłek.

Mam dokładnie jedną sekundę na:

1) spostrzeżenie grubej żyły pulsującej mu na czole,

2) odnotowanie oślepiającego hiroszimską bielą blasku w jego piwnych oczach,

3) wciągnięcie kolejnego powiewu owocowego oddechu,

zanim zdołam złapać plecak, wskoczyć na Stingraymobila i umknąć, pozostawiając wszechwładną, acz pogniecioną dolarówkę ojca w dłoni Scotty’ego.

3.

Stingraymobil mknie ulicą; serce niespokojnie młóci mi w piersiach, stopy niespokojnie młócą pedałami. A może jest na odwrót. Plecak obija mi się o plecy, pozbawiając mnie resztek tchu.

Rzężę, wdychając.

Kaszlę, wydychając.

Inwazja Szarżującego Astmatyka.

Mam jedną, krystalicznie jasną wizję: potrzebuję PeteraPaulaandMary. Gdzie ja go wetknąłem? Z piskiem wchodzę w zakręt. Boisko jest kilka przecznic dalej.

— WRACAJ TU, PEDZIU…

— JON-BOY, TUŻ ZA TOBĄ…

Oddech szarpie mi płuca.

— NIE UDAWAJ, ŻE NAS NIE SŁYSZYSZ! NIE MOŻESZ ZWIEWAĆ W NIESKOŃCZONOŚĆ, COLLINS!

Toaleta na stadionie, jeszcze tylko pół przecznicy.

Piętnaście metrów. Dziesięć. Trzy.

— MAMY CIĘ!

Otwieram drzwi na oścież, wrzucam Stingraymobila do środka i — whambamthankyouma’am-BAM — zatrzaskuję je tuż przed uśmiechniętą w słońcu gębą Scotty’ego.

Zamknięte. Wali do drzwi. Małpoludy dołączają, próbując rozszyfrować znaczenie metalowego prostokąta przed ich pyskami. Osuwam się na podłogę.

— NIE BĘDZIESZ TAM TKWIŁ PRZEZ WIECZNOŚĆ, CHŁOPTASIU.

— MAMY CIĘ. WYŁAŹ, ZABAWIMY SIĘ.

Sięgam do plecaka, przedzieram się przez książki, piórnik z żółtym uśmiechem i magnetofon, który zawsze noszę ze sobą — jest cały, uff! — i wreszcie namierzam PeteraPaulaandMary, czyli inhalator, kryjący się w najgłębszych czeluściach. Łapczywie wciągam kilka puf-puf-puf — porcji magicznego pyłu nasyconego sterydami… ach… — i dopiero wtedy się uspokajam.

Rozlega się dzwonek.

— Cholera, spóźnimy się — mówi Scotty.

— Dorwiemy cię w drodze powrotnej, Jon-Boy — drze się któryś z Małpoludów.

Pięścioklatotłuki powoli się oddalają.

Poszli.

Biorę jeszcze dwa puf. Przeżyłem. Trochę starmoszony, ale przeżyłem. Opieram głowę o drzwi i zamykam oczy. Cholera. Stracę pierwszą lekcję. Wprawdzie to biologia i znów będziemy robić sekcję żab, a mnie wystarczy sekcji na jakieś kolejne siedem wcieleń, sękjuwerymacz, ale jednak…

Jeszcze jedna inhalacja, jakże sosnowa, jakże odświeżająca. Ach.

Witam w moim drugim domu: stadionowej toalecie.

Sekret? To tutaj jem lunch.

Och, nie martw się. Odsłużyłem swoje na stołówce. Trzy lata w kiciu. Jakimś cudem udawało mi się wychodzić cało z kolejnych scen z Władcy much, odgrywanych każdego dnia między 12.06 a 12.46, dopóki Wódz Scotty nie stanął pośrodku wyspy i nie zademonstrował zgromadzonym mojego suspensorium na wuef. Następnie nałożył nań keczup i wrzasnąwszy „Pogratulujmy Jonathanowi Collinsowi, który dziś stał się kobietą”, cisnął nim w przestworza tak, że ochraniacz wylądował centralnie na szczycie purée ziemniaczanego na mojej tacy. Po tym wydarzeniu opuściłem Stołówkową Krainę po angielsku, by nigdy więcej się w niej nie pojawić.

Wcześniej kilka razy próbowałem jeść lunch ze Starlą, ale ponieważ zawsze zajmowała miejsce przy stole pełnym dziewcząt, czułem się jak intruz w ich femmiwersum. Usiłowałem przysiadać się do kilku innych grup — geniusze z klubu szachowego i sensacjonaliści byli dla mnie zbyt gadatliwi, a narkohippie zbyt… właściwie to nawet nie wiem zbyt jacy — w każdym razie któregoś dnia odkryłem to miejsce. Przychodzę tu od tamtej pory. Pełnia szczęścia.

Nigdy jednak nie byłem tutaj tak wcześnie. Do środka wpada inne światło. Trochę, jakbym zaczął śnić…

Tak czy inaczej mam godzinę. Powinienem zapoznać się z zadaniem z angielskiego, na które minionego wieczoru jakoś nie znalazłem czasu. Wyjmuję z plecaka Mewę Richarda Bacha, magnetofon i mikrofon, żeby zacząć nagrywanie. „Uczenie się na pamięć rozwija umysł”. Tak twierdzi doktor Evelyn, która poprosiła mnie o jak najczęstsze nagrywanie siebie w czasie trwania zabiegów, co ma mi pomóc zachować trzeźwość umysłu. Poza tym właśnie tak wyglądały początki magazynu „Interview” założonego przez Andy’ego Warhola, za każdym razem udaję więc, że jestem sławny i udzielam mu wywiadu.

Klik.

— Mewa Richarda Bacha — zwracam się do mikrofonu. — Książka o sensie wszystkiego. Przerzucam kartki i odnajduję jeden ze swoich ulubionych fragmentów:

Jeśli chcesz, możemy teraz zacząć pracować nad czasem (…), aż nauczysz się latać w przeszłość i w przyszłość. Wówczas (…) będziesz gotów, by wznieść się wyżej i poznać znaczenie dobroci i miłości1.

— Całkowicie się zgadzam, Andy — peroruję do toalet. — On chyba chce powiedzieć, że czas na bycie dobrym jest właśnie teraz. Potem już nie; szansa stracona… Masz rację, Andy, to trudne, gdy jest się ściganym przez Małpoludów, ale wydaje mi się, że to rodzaj próby. Doktor Evelyn mówi, że każda próba rozwija duszę, więc może właśnie to ma na myśli. Ach, i jeszcze jedno, że miłość jest ponadczasowa. To znaczy, że jedyny sposób na znalezienie prawdziwej miłości polega na złapaniu ezoterycznego statku kosmicznego wyruszającego w podróż do innego wymiaru i zamieszkaniu tam. Z innymi Gwiezdnymi Ludźmi. I Ziggym. Tak, to ma sens…

— A może on chce przekazać coś innego. — Słyszę czyjś głos z kabiny.

— Olaboogie…!

— Wybacz, chłopie, nie chciałem przeszkadzać. — Rozbawienie w głosie miesza się pół na pół z tonem w rodzaju siema--świrze-Collins.

Podpełzam do drzwi kabiny.

— Nie, to ja przepraszam… — Bosko. Jak ostatni idiota gadam do durnego mikrofonu, podczas gdy jakiś koleś robi dwójkę. — Nie miałem pojęcia, że ktoś tu jest… Dżizas…

— O, no tego się domyśliłem. — Opuszcza stopy — czy on lewitował? — i niech mnie, ale jego trampki są zdarte na amen.

— To ja już pójdę — stwierdzam.

— Ale może on naprawdę chciał przekazać coś innego — powtarza głos.

— Kto?

— No, autor.

— Ach. Moooże. Tak…

— Nie wydaje ci się, że aby coś zobaczyć, trzeba w to uwierzyć?

— Że co?

— Wierzysz w podróże w czasie? Wszechświaty równoległe? Tego typu sprawy?

— O tak. Coś jak w Star Treku?

— Ale co?

— Mówię o tej scenie, w której teleportują się przez burzę jonową i po powrocie widzą równoległe wersje siebie, cholernie niefajne, a Spock… — JEZU, ZAMKNIJ JADACZKĘ, COLLINS, PO CO TA GADKA… — ma tę… kozią bródkę…

— Co?!

— Nie, nic.

— Chodzi mi o to, co jest prawdziwe, a co jest naprawdę prawdziwe. Kumasz, do czego zmierzam?

Co tu się odstawia? Ten gość brzmi jeszcze dziwniej niż ja. Jestem w jakiejś ukrytej kamerze? Czy tu w ogóle są jakiekolwiek kamery? To byłoby nieźle zboczone, biorąc pod uwagę fakt, że znajdujemy się w TOALECIE. Próbuję przebić się laserowym wzrokiem przez drzwi jego kabiny. Nic z tego.

— Nie bardzo.

— Co?

— Nie bardzo kumam, do czego zmierzasz. Chyba powinienem cię zostawić… — Centymetr po centymetrze otwieram zamek toalety…

— Poczekaj, spodobało mi się to, co mówiłeś… czy tam nagrywałeś… właściwie to było bardzo ładne…

Aha…

— Serio. Znaczy, wyobrażam sobie, że można byłoby po prostu, no wiesz, otworzyć przed sobą jakieś wrota i wziuuut, znaleźć się w równoległym wszechświecie — mówi. — Spotkać się z zupełnie inną wersją siebie. Wiem, naciągane.

— Znaczy… Tak.

— Ale cudnie byłoby móc zmienić swoje życie w mgnieniu oka. — Pstryka palcami. — I ot tak, stać się kompletnie innym człowiekiem.

Nie przeczę, że byłoby to cholernie genialne.

— Kim chciałbyś zostać?

Zamieram w bezruchu. Właściwie nawet nie wiem dlaczego.

— Bo ja chyba dyrektorem — odpowiada sam sobie.

— Dyrektorem? Naszej szkoły? Czemu?

— Żeby móc ustalać wszystkie zasady. Ludzie wreszcie zaczęliby mnie słuchać i zwracać na mnie uwagę.

— Hm… to czemu się ograniczać? Może lepiej zostać prezydentem? Albo władcą wszechświata?

Śmieje się.

— To dobre! Podoba mi się twój tok myślenia. A ty?

Gapię się na drzwi jego kabiny, jakbym czekał na głos narratora. Nic się nie dzieje.

— Halo?

— W sumie nie wiem. Chyba inną wersją siebie.

— A co byś w sobie zmienił?

— Wszystko.

— Aha…

Cisza. Jedyny dźwięk — kapu-kapu-kap z kranu.

— Ciężki przypadek, chłopie — stwierdza wreszcie.

Odrobinę dziwaczne, prawda? Rozmawianie z kompletnie obcym człowiekiem, który znajduje się w kabinie toalety. Pomijając ten fakt, z kompletnie obcym człowiekiem?! Ale nie wiem. Ta barykada między nami daje mi dziwne poczucie bezpieczeństwa. Jak na spowiedzi. Chcę to nawet powiedzieć na głos, ale wydaje mi się to durne. Chcę też wyjść, ale dziwnym trafem moje trampki są jak przyklejone do podłogi.

— Jesteś tam jeszcze? — pyta.

— Ja, ten… tak. Czy my się znamy?

— Nie.

— Przychodzisz tutaj?

— Powiedzmy.

— Powiedzmy?

— To mój pierwszy dzień — słyszę.

— Ale… Zostały tylko trzy tygodnie do końca roku szkolnego.

— Wiem.

— I zacząłeś dziś?

— Na to wychodzi.

— W której jesteś klasie?

— Trzeciej.

— To tak jak ja… Przeprowadziłeś się tu? — dopytuję.

— Powiedzmy…

— Boisz się?

— Co?

— Pytam, czy się boisz. — Kiedy ktoś nagle milknie lub zaczyna wypowiadać się oszczędniej, prawie zawsze oznacza to a) strach, b) zamykanie się lub c) jedno i drugie. Miałem wystarczająco dużo sesji z doktor Evelyn, żeby znać takie smaczki.

Śmieje się w głos.

— Boję? Ja? Co ty, chłopie.

Kłamie.

Spuszczam wzrok. Czarna smuga na bieli moich trampek. O nie. Zwilżam palec śliną i zaczynam trzeć.

— Posłuchaj — zaczynam. — Chcesz dobrej rady? Siedź cicho, a wszystko będzie dobrze. Wiem, co mówię.

— Nie jestem z tych, co siedzą cicho.

— Rób, jak uważasz. — Spadaj, no już, przebrzydła plamo. Nienawidzę brudnego wszystkiego. — Tak czy inaczej nie zawracam, rób dalej… cokolwiek tam robisz. — Nieruchomieję, choć została jeszcze mała uparta kropka.

— Myślałeś, że ja tu…

— Powodzenia… znaczy, jeśli czegoś aktualnie potrzebujesz, to mogę… no wiesz…

— Dzięki, chłopie. Nie, ja tu sobie po prostu… siedzę. Rozumiesz, tak sobie siedzę… i czekam.

Aha.

— No dobrze… chowam się — przyznaje.

Uśmiecham się.

— To dobra kryjówka.

— Fakt.

Patrzę na jego kabinę. Jego stopy podskakują nerwowo w takim tempie, jakby próbował przebić się do podziemi. Doskonale znam to uczucie.

— Czyli jakoś do zobaczenia?

— Nie inaczej.

Ostrożnie uchylam drzwi wejściowe.

— Chłopie?

— Tak?

— Miło było cię poznać — mówi.

— Ach. Heh. — Śmiejemy się. A ściślej, on śmieje się jak normalny chłopak, a ja popiskuję jak stuknięty termit. To znaczy, że na mnie już czas. Do zgadania, chłopie. Zatrzaskuję za sobą drzwi i wyglądam za róg.

Teren czysty. Żadnych Małpoludów. Żadnych ukrytych kamer i dziwnych wszechświatów równoległych.

Nie myślę.

4.

Nie. O równoległym wszechświecie nie ma mowy. Dwie godziny później wracamy z przerwy na reklamę do zwykłego piekielnego planu zajęć.

Lekcja trzecia. Higiena i zdrowie. Przedostatni stopień przed wrotami Hadesu. Ostatnim jest wuef. A ponieważ te lekcje są na ogół pierwsze i ostatnie w harmonogramie dnia, na istny cud zakrawa fakt, że udaje mi się ujść z nich z życiem i wrócić do domu bez szwanku.

Dobra wiadomość — od pierwszych chwil w sali panuje całkowita ciemność. Pod jej osłoną znacznie łatwiej jest się rozpłynąć i wylecieć Brygadzie Małpoludów z pamięci.

Zła wiadomość — dzisiejszym gościem specjalnym jest oficer Andrews z Departamentu Policji w Creve Coeur, który funduje nam jedyny w swoim rodzaju pokaz jakiegoś archaicznego filmu z lat 50. Czuję się trochę tak, jakbym oglądał którąś z tych starych, kręconych amatorską kamerą rodzinnych taśm.

— Jimmy nie wiedział, że Ralph jest chory. Jego choroba nie była tak widoczna jak ospa. Była za to równie niebezpieczna i zaraźliwa. Choroba umysłu…

Wąsaty mężczyzna w ciemnych okularach uśmiecha się kpiąco i przeskakuje na ekranie, gdy taśma na moment się przycina.

— Widzicie, Ralph był homoseksualistą. Osobą, która żąda intymnej relacji z przedstawicielami własnej płci. Ralph ma zostać aresztowany.

Małpoludy chrząkają, chichoczą i szeptem omawiają strategiczne plany sekskapad ze swymi partnerkami z balu maturalnego. Siedzę pośrodku, szurnięta fretka; przedmiot ich szydery za każdym razem, gdy sobie o mnie przypomną. Trener Peterson zajął miejsce w kącie, czyta Ojca chrzestnego i jak zwykle ma wszystko w głębokim poważaniu.

— Miejscem spotkań homoseksualistów często są publiczne toalety. — Na ekranie pojawia się dwóch chłopców. —Uważaj, kto czai się w cieniu…

PLASK. Jeden z Małpoludów trafia mnie w potylicę obślinioną papierową kulką, która spływa mi po szyi. Kolejne chrząknięcia. Nawet nie drgnie mi powieka; nie odwracam się. Najlepiej jest to ignorować. Kilku sąsiadów z ławki, z którymi grywam w wisielca, odwraca się do mnie plecami i rży pod nosem.

Znam powód.

— Z homoseksualistą nigdy nic nie wiadomo. Może wyglądać zupełnie normalnie i na uświadomienie sobie prawdy o jego chorobie psychicznej może być za późno. STRZEŻCIE SIĘ, CHŁOPCY!

Taśma kończy się, a jej końcówka robi w tle cyk-cyk-cyk, gdy ekran zalewa oślepiające białe światło. Oficer Andrews wychodzi przed klasę i zdaje się wypełniać horyzont. Nie wykluczam, że był pierwowzorem Hulka.

— Słuchajcie, to nie jest zabawa — grzmi. — Ci faceci są niebezpieczni. To pedofile. Patologia. Zboczeńcy. Zrobią wszystko, żeby dostać to, czego chcą. A jeśli wezmą cię na cel, święty Boże nie pomoże.

W sali zapada niemal namacalna cisza.

— Jakieś pytania?

Cofam to, co powiedziałem. Wygląda raczej jak Pan Bulwa, któremu jakiś dzieciak zapomniał przyczepić usta. Zamiast nich widzę tylko gęste wąsy.

Nikt się nie rusza. Z wyjątkiem, jak sądzę, Małpoluda odpowiedzialnego za trafienie mnie w głowę, który gwałtownie podnosi rękę.

— Słucham.

— Czy nadal można trafić za to za kratki? — pyta.

— Możesz być tego pewien. Jeśli cię złapią, idziesz do więzienia i kropka.

— Jak wujek Jonathana?

Małpoludy walą się po klatach i wydają małpie odgłosy tak głośne, że nawet trener Peterson unosi wzrok znad książki. Wciskam się głębiej w krzesło, absolutnie zafascynowany zawijasami odciśniętymi na kartce przez spiralę kołonotatnika.

— Halo, halo — nawołuje oficer Andrews. — Proszę o spokój, proszę o spokój… — Wiem, że na mnie patrzy. Wiem, bo to on dziesięć lat temu aresztował mojego Wujka, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać Collinsa. A ponieważ miasteczko jest małe, historia ta odcisnęła się niezmywalnym piętnem na nazwisku naszej rodziny. Ta sprawa do dziś działa ojcu na nerwy.

Wiem tylko tyle, że moja ciotka Marie i wujek NN byli na plaży nad jeziorem Creve Coeur. Wujek poszedł do publicznej toalety i stojąc przy umywalce, dotknął ramienia hulkopodobnego Andrewsa. Zanim ktokolwiek zdążył się zorientować — KLIK, KLAK — zabrano go na komisariat. Ponieważ długo nie wracał, ciotka myślała, że został porwany, poszła więc na policję, żeby zgłosić zaginięcie, i dowiedziała się, za co trafił za kratki. Poczuła się tak upokorzona, że tydzień później jej nadgarstek blisko zapoznał się z dwiema żyletkami, a za sprawą obu tych wydarzeń Wujek, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać wylądował w wariatkowie. Wszystko przez jeden dotyk.

— Posadzić tyłki — napomina. — Niech to będzie lekcja dla was wszystkich, chłopcy. Miejcie oczy otwarte, zgłaszajcie każde podejrzane zachowanie i strzeżcie się.

Nie docierają już do mnie żadne inne dźwięki; nawet na niego nie patrzę. Jestem o jeden fałszywy ruch od współdzielenia pokoju z Zapomnianym Wujkiem, spuszczam więc wzrok i przez resztę lekcji udaję martwego.

Oficer Andrews włącza następny film, tym razem o prawidłowym zakładaniu prezerwatyw. „Załóż, zanim włożysz!”. To hasło wprawia Małpoludy we frenetyczny, hormonalny szał, ale przynajmniej ich uwaga skupia się na czymś innym…

Wtedy to zauważam — zdarty na amen trampek płynnym ruchem przesuwa się po podłodze, a potem gwałtownie cofa. Na jego miejscu zostaje złożony zwitek papieru, na którym widnieje napis:

Do mojego podróżującego w czasie kolegi z toalety.

Niech mnie. Usiadł za mną ten nowy? Kiedy udało mu się tu wślizgnąć? Chyba znów się zawiesiłem. Jest za ciemno, żeby zobaczyć coś więcej, ale CO TO ZA KARTKA?! Przygniatam ją butem i czekam. Chcę się odwrócić, ale nie śmiem drgnąć. Najlepiej tkwić w bezruchu, niczym o sobie nie przypominać…

Kilka długich minut później rozlega się dzwonek. Jarzeniówki zapalają się, migocząc i wydając z siebie ciche bzzz. Znów zapadam się w krzesło. Gdy Małpoludy wytarabaniają się z sali, powoli podnoszę kartkę, rozkładam ją i czytam:

ZAPOMNIJ O NICH. GDZIE TERAZ?

Rozglądam się, żeby mu podziękować, ale już go nie ma.

5.

Jest po lunchu. Piąta lekcja. Literatura angielska z panem Dulickiem. Mam wyróżnienie z tego przedmiotu. Nie informuję o tym, żeby wyjść na dupka, ale dlatego, że a) to moja jedyna ocena z wyróżnieniem oraz b) ulubiony przedmiot.

Tak czy siak mam graniczące z pewnością przeczucie, że burczeniem w pustym żołądku właśnie wywołałem tsunami w Wietnamie. I dlaczego musi burczeć właśnie teraz, gdy w klasie jest najciszej? Kilka dziewcząt chichocze. Rozglądam się dla niepoznaki, jakbym szukał tego barana, który robi zamieszanie.

Szybki przeskok wstecz. Tuż przed lunchem, gdy przemykałem korytarzami do mojej prywatnej kabiny w toalecie, pan Dulick zauważył, że nie mam tacy z jedzeniem, i zapytał o przyczynę. Opowiedziałem mu o Scottym. Nie chciałem kablować, ale musiałem jakoś odzyskać swojego dolara — jeśli nie po to, by uratować siebie, to w celu uratowania całej ludzkości przed Gniewem Ojca. Kiedy więc rozbrzmiał ostatni dzwonek rozpoczynający lekcję, pan Dulick, odziany w poliestrową koszulę flower-power, usiadł na krawędzi katedry i założywszy ręce na piersiach, powiedział po prostu: „Teleportuj to z powrotem, Scotty”. Ale super.

Czekamy.

Scotty prycha i przeczesuje palcami włosy.

— Odpuść sobie, człowieku, życie jest za krótkie na takie pierdoły. — Spośród wszystkich naszych nauczycieli pan Dulick jest nam najbliższy wiekiem. Poza tym tylko on pozwala nam przeklinać w klasie. Jest tylko jedna zasada: przekleństwo musi być podkreśleniem pełnego pasji przekonania.

Wzdychając tak głośno, by słyszała go cała klasa, Scotty opróżnia kieszenie czerwono-białej sportowej bluzy szkolnej drużyny futbolowej, a każda rzecz jest jak odliczanie sylwestrowe:

5) prezerwatywa,

4) paczka owocowej gumy do żucia,

3) zmięta paczka cameli,

2) zapałki książeczkowe z logo Blues Note Tavern,

1) moja zwinięta w kulkę dolarówka!

Prawie płaczę. Mógłbym przysiąc, że z chmur namalowanych przez Dulicka na suficie rozlega się śpiew anielskiego chóru. Scotty z głośnym klaśnięciem wbija mi banknot w zagłębienie dłoni, wypluwając przy tym przez zaciśnięte zęby jedno słowo — pedał — po czym się odwraca. Wisi mi to. Chowając baksa do kieszeni, mam ochotę wycałować serduszko nabazgrane na fularze Waszyngtona.

BURRRK. Jasny szlag. Bulgot jest tak natarczywy, że przed ponownym rozejrzeniem się dla niepoznaki sprawdzam, czy nie rozklekotałem ławki. W takich chwilach Starla posyła mi uspokajający uśmiech, aby wyciszyć mój umysł. Ale Starla zaginęła w akcji. Może jest chora? Porwali ją kosmici? W głowie mi huczy od domysłów.

Wpatrujemy się w pana Dulicka, a on wpatruje się w sufit. Na twarzy perli mu się podwójna dawka potu, od którego błyszczą gęste baki, a oczy — normalnie jasnoniebieskie — stanowią plątaninę czerwonych żyłek. Sekret? Jara mnóstwo trawy.

Mój sąsiad z ławki, Aaron Worthington, zwany niekiedy Aaronem Worthlesstonem2, bo jego ojciec przeputał na hazardzie wszystkie pieniądze, przez co teraz mieszkają nad jeziorem, szturcha mnie łokciem w bok. Przykłada palce do ust, zaciąga się głęboko, kaszle, udając, że zakrztusił się dymem z jointa, i kwituje ten pokaz śmiechem.

Wtóruje mu chichotem siedząca obok Jane-Anne Halstead. Dorobiła się ksywki Ognistokrocza, bo a) ma dziki jaskrawoczerwony kolor włosów albo b) któregoś dnia została przyłapana pod trybunami na uprawianiu seksu, po którym przez kilka tygodni nie mogła przestać się drapać.

Ignoruję oboje i obserwuję pana Dulicka, który zakłada kilka kasztanowych loków za uszy, a potem wygląda przez okno. Drzewa na zewnątrz kołyszą się łagodnie, omiatając niebo małymi różowymi kwiatkami, które we wdzięcznych pląsach spływają z gałęzi. Ostatnie tchnienie wiosny.

Nikt się nie rusza.

Wszyscy najpierw wpatrują się w niego, potem wymieniają spojrzenia i ponownie wbijają weń wzrok.

Pan Dulick ociera oczy. Czyżby płakał?

Aby latać szybko jak myśl, w miejsca, w które ona podąża, trzeba rozpocząć od uświadomienia sobie, że się tam już dotarło — pisze czerwoną kredą na tablicy.

— Pięć lat! — woła nagle, aż Jane-Anne podskakuje na swoim miejscu. — To wszystko, co nam zostało. Pięć pieprzonych lat. — Patrzymy bez zmrużenia powiek, zastygli w czasie i przestrzeni, zdumieni, wyczekujący…

— Ta planeta. Matka Ziemia, rozumiecie? My. Wszyscy umieramy. Nasze zasoby. Właśnie się wyczerpują. — Krąży wokół katedry. — Zanieczyszczenia, ludzie, tego jest za dużo. I nie ma dość środków, by się z tym uporać. Pięć lat. Nie więcej. Mówią, że tyle nam zostało. Tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty ósmy będzie naszym ostatnim rokiem na Ziemi…

Jane-Anne zaczyna płakać. We wciąż cichej i nieruchomej sali rozlega się jeszcze kilka chlipnięć. Nawet nie mrugam. Boję się, że mógłbym coś przegapić.

Pan Dulick mocno przyciska dłonie do skroni, a potem wyrzuca ręce do góry, szeroko rozczapierzając palce.

— PUF! I po wszystkim. Wszystkim. Bomba atomowa nie ma tu nic do rzeczy. To się po cichu skradało przez cały ten cholerny czas… — Kręci głową i znów wygląda przez okno.

Pochlipywania stają się donośniejsze. Nie słyszy ich, utknął w odmętach swego umysłu. Wreszcie siedząca w pierwszym rzędzie Lacey Tarrington podnosi rękę, ale ponieważ on tego nie zauważa i nie prosi o pytanie, dziewczyna odkasłuje, by przemówić w imieniu nas wszystkich.

— Panie Dulick… Przeraża mnie pan.

Wraca do rzeczywistości.

— Przepraszam. Nie chciałem… Do licha. — Jego dłonie przeczesują gęste loki. Dwie wielkie plamy potu pod pachami wyglądają jak test Rorschacha; przywodzą mi na myśl skrzydła nietoperza.

— Posłuchajcie, przeczytałem tę książkę — mówi. — Ten świat… jest przeludniony. Dotarliśmy do granicy. Nie damy rady dłużej. Ale słuchajcie… — Wskakuje za katedrę. — To — wskazuje cytat. — To jest nasz klucz do przetrwania. W ten sposób możemy coś zmienić. Teraz. Zmienić wszystko. To.

Znów się uśmiecha i patrzy nam w oczy. Oczy wciąż zszokowane tym, co się właśnie wydarzyło. Dulick słynie z odgrywania scen godnych Szekspira, ale tym razem przeszedł sam siebie.

— A wy… — podejmuje — wy wszyscy jesteście tacy piękni. Wiecie o tym, prawda? Jesteście przyszłością. To wy możecie wszystko zmienić. Wy.

Nie wierzę mu. A kiedy przygląda się kolejnym twarzom i jego wzrok nieuchronnie zbliża się do mojej, spuszczam głowę i pogwizduję w myślach melodię The Girl from Ipanema.

Wtem drzwi sali otwierają się ze skrzypnięciem i gigantyczna igła drapie winyl naszej planety. Bo gdy pan Dulick opiera się o tablicę, widzę wchodzącego właściciela zdartych na amen trampek.

— Hej, hej — zwraca się do niego Dulick. — Udało ci się!

Czas się zatrzymuje.

Stoi w drzwiach w jasnoniebieskich dżinsach i białej koszulce, a jedno i drugie przylega trochę za ciasno. Jego długie czarne włosy i bursztynowa skóra mienią się w promieniach słońca, które wpada przez otwarte żaluzje.

Och… chłopie.

Podaje panu Dulickowi różową kartkę, nie odrywając od niego wzroku.

Dulick przegląda notatkę, po czym zamyka przybysza w mocnym uścisku.

— Witaj, chłopie, witaj. Bardzo się cieszę, że wreszcie do nas dotarłeś. Wielkie szczęście, że cię tu mamy, Webster.

Chłopak mamrocze coś w klatkę piersiową Dulicka, a jego ręce bezwładnie zwisają po bokach.

Dulick odsuwa się.

— Słucham?

— Web. Wystarczy Web. Tak mam na imię.

— Patrzcie, jaki jeździec znikąd — mówi Scotty. Idiota.

Rzecz jasna, wszyscy się śmieją. Prawie wszyscy.

— Wystarczy — ucina Dulick. — Webster, może zajmiesz…

— Web — przerywa nowy nieustępliwie. Twardziel z niego.

— Przepraszam, Web. Może zajmiesz miejsce. Postaramy się, żebyś nadrobił zaległości.

Chłopak idzie na tyły sali, a gdy mnie mija, posyłam mu uśmiech w rodzaju: „Hej, ależ to jest pokręcone, że poznaliśmy się w toalecie”, ale wydaje mi się, że go nie zauważa. Po prostu siada kilka krzeseł od pustego miejsca Starli.

Pan Dulick klaszcze w dłonie.

— Czas przejść do sedna. Mewa Richarda Bacha.

Słucham jednym uchem, przesuwając palcami wzdłuż mewich piór na okładce książki, a kiedy to robię, może-niezupełnie-od-niechcenia obracam głowę tak, by móc lepiej przyjrzeć się nowemu.

Nie ma książek, tornistra, ołówków — nic. Siedzi i wpatruje się w pulpit. Rozbitek na własnej Wyspie Szkolnej Ławki. Dostrzegam w nim jakiś pierwiastek smutku, może nawet zagubienia. Ale jest też coś dziwnego — on jaśnieje blaskiem. Jakby się teleportował albo…

Nagle rozgląda się i natyka na mój wzrok. Szybko się odwracam.

Ignoruję następne werble w brzuchu. Czuję szczypanie w nadgarstkach; to jeszcze jeden z wielu długotrwałych skutków ubocznych sesji z doktor Evelyn. Je również ignoruję.

Siedząca obok nowego Samantha Jordan, Niekwestionowana Królowa Wszystkiego, odsuwa od niego swoje książki i makramowy piórnik najdalej, jak się da. Gdyby zamiast niego była tam Starla, rozłożyłaby się ze wszystkimi gratami dookoła, korzystając z miejsca. Sam, gdybym miał choć odrobinę śmiałości, podszedłbym i zrobił to samo.

Nie robię tego jednak.

Patrzę przed siebie i po chwili oczy robią mi się szkliste, a potem…

Lecę nad Wyspą Szkolnej Ławki; szybuję pośród sztucznych, malowanych chmur.

Nowy frunie daleko przede mną. Widać, że robi to od dawna, jest mistrzem latania: robi pętle, salta i pędzi ku niebu z zawrotną prędkością. Ogląda się, aby zyskać pewność, że ze mną wszystko w porządku.

— Spójrz tylko na siebie! — krzyczy. — Słyszałem, że jesteś gwiazdą rocka, chłopie, ale nie wiedziałem, że umiesz też latać! Świetnie ci idzie!

— Och taaak! — odpowiadam. — Pochodzę z gwiazd, więc to fraszka igraszka dla starego ptaszka. Leć za mną, pokażę ci, gdzie…

— Ziemia do pana Collinsa. Jest pan tam? — Ląduję w sali. — Jonathan?! — Dulick głośno woła mnie po imieniu. Nowy posyła mi spojrzenie i uśmiech jednym kącikiem ust. Wiercę się i ocieram pot z czoła. — Udzielisz mi odpowiedzi czy grasz na przeczekanie do dzwonka?

— Przepraszam, jakie było pytanie?

— O Jonathana…?

— Mówi pan o mnie czy o mewie z książki?

Zewsząd dochodzą chichoty. Czerwienieją mi policzki.