Zew północy - Klaudia Błażejczyk-Mazik - ebook
NOWOŚĆ

Zew północy ebook

Klaudia Błażejczyk-Mazik

0,0

30 osób interesuje się tą książką

Opis

Królestwo Zarkanii drży. Na północnych szlakach budzi się coś, czego nie da się nazwać.

Ci, którzy przeżyli spotkanie z bestią, mówią o nieludzkiej sile i rozdzierającym duszę ryku. Każda kolejna ofiara pogrąża królestwo w chaosie i strachu. Królowa nie zamierza czekać i wzywa Xirę, legendarną łowczynię z plemienia Savati.

Dla Xiry to miało być proste zlecenie: wytropić potwora i zakończyć jego krwawe żniwo. Nagroda może uratować jej lud przed głodem i kolejną bezlitosną zimą. Im dalej jednak na północ, tym bardziej skomplikowana staje się rzeczywistość.

Ślady nie pasują do żadnego znanego drapieżnika. Prawda zaczyna wymykać się logice. A gdy na drodze Xiry staje Inuk, tajemniczy, niebezpiecznie pewny siebie wojownik z lodowych krain, musi ona zdecydować, czy większym zagrożeniem jest bestia… czy człowiek, który twierdzi, że zna jej sekret.

W świecie pełnym uprzedzeń, kłamstw i brutalnych zasad przetrwania każdy wybór ma swoją cenę. A niektóre prawdy potrafią być bardziej zabójcze niż najostrzejszy sztylet.

„Zew Północy” to nowelka romantasy z silną bohaterką, wciągającą intrygą i elektryzującym napięciem między wrogami.

Nowelka z Kolekcji zmiennokształtnych Inanny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 127

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zew północy

Klaudia Błażejczyk-Mazik

Wydawnictwo Inanna

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Copyright

📖 Informacja o wersji demo

Rozdział 1

W chacie panowała głucha cisza, co jakiś czas przerywana doniosłym gwizdem wiatru, który tańczył wokół drewnianych belek. Przy ogniu, pochylona nad osełką, siedziała czarnowłosa kobieta, a rytmiczny zgrzyt stali szlifowanej o kamień był jedynym dźwiękiem, który rzucał wyzwanie wichurze.

Wnętrze przesiąknięte było zapachem drewna i garbowanej skóry. Domostwa łowców z plemienia Savati były skromne, ale wystarczające. Ich surowe ściany ozdobiono białymi czaszkami i porożem leśnych zwierząt, a na podłodze rozścielano okryte futrem skóry, mające za zadanie chronić stopy przed zimnem. Savaticzyńcy nie pozwalali sobie na większe luksusy, zarówno ze względu na panującą wśród nich biedę, jak i z obawy przed rabunkiem. W końcu chaty znajdowały się w środku lasu, a ze względu na mnogość ciążących na ich mieszkańcach obowiązków nierzadko stały puste.

Nagle z oddali dobiegł głuchy tętent kopyt uderzających o wilgotną ziemię. Czarnowłosa kobieta, do tej pory zajęta ostrzeniem noża, przerwała pracę i uniosła wzrok, nasłuchując.

– Kogo tu niesie? – mruknęła pod nosem, podnosząc się z zydla.

Jej spojrzenie było bystre i pełne podejrzliwości. Pod złotymi tęczówkami odcinały się drobne piegi, a przez środek dolnej wargi, aż po samą szyję, biegła cienka, czarna linia, będąca znakiem łowców. U Savatińczyków każde rzemiosło miało swój ślad na skórze. Zielarki nosiły tatuaż biegnący od ucha do ucha przez grzbiet nosa, rybaków znaczono wzdłuż ramion, zaś garbarze nosili ciemne pręgi wyrysowane wzdłuż linii szczęki.

Kobieta ledwie zdążyła podejść do progu, gdy ciszę rozdarło gwałtowne pukanie. Jej ciemne brwi się ściągnęły, a jedna z nich, przecięta starą blizną, uniosła nieznacznie, nadając twarzy wyraz surowej czujności. Łowczyni chwyciła za klamkę i otworzyła drzwi.

W progu stał mężczyzna odziany w błękitne, jedwabne szaty. Złote nici wplecione w materiał tworzyły misterne wzory. Widok tak majestatycznego stroju sprawił, że kobieta nabrała jeszcze większej podejrzliwości.

– Panna Xira? – spytał przybysz, ścierając wierzchem dłoni pot spływający mu po czole.

Wydawał się zupełnie nie pasować do tego miejsca ze swoim drogo zdobionym ubiorem i wyniosłym tonem. Tuż za jego plecami parskał wielki koń o lśniącej, zadbanej grzywie, zarzucając łbem na tle mokrych drzew.

– Czego chcecie?

– Mam list od Jaśnie Królewskiej Mości – odparł mężczyzna, podając jej zwinięty pergamin okalany królewską pieczęcią.

– A czego mogłaby ode mnie chcieć królowa? – parsknęła Xira.

– Kobieto – zaczął błagalnie. – Ja mam to tylko dostarczyć i, na bogów, życie poświęcam, by wręczyć ci ten list, więc weźże go ode mnie i daj odejść w spokoju.

Xira zmarszczyła brwi i dokładniej przyjrzała się nieznajomemu. W rzeczy samej, wyglądał na zdesperowanego. Jego oddech był niespokojny, a oczy, szeroko otwarte z przerażenia, rozglądały się na boki, jakby szukały zagrożenia.

Kobieta westchnęła i bez słowa wyrwała list z ręki nieznajomego, po czym bezceremonialnie trzasnęła drzwiami. Patrząc z pogardą na czerwoną, królewską pieczęć, rozwinęła pergamin i zaczęła czytać:

Do rąk własnych: Xira z ludu Savati.

Niniejszym wzywa się Was do stawienia się przed obliczem Jej Królewskiej Mości.

Sprawa, którą pragnie omówić Korona, jest najwyższej wagi i wymaga Waszych szczególnych umiejętności, o których wieści dotarły do królewskich uszu.

Wasze bezpieczeństwo na szlaku oraz godziwa zapłata za poświęcony czas zostają zagwarantowane królewskim słowem.

W imieniu Jej Królewskiej Mości, Wielki Kanclerz Królestwa

Xira prychnęła pogardliwie i rzuciła pergamin w kąt izby.

Teraz przypomnieli sobie o Savatińczykach? Gdzie byli, gdy plemię głodowało? Gdy prosiło o stalową broń albo żyźniejszą ziemię pod uprawy? Wtedy królestwo nie znało litości. A zwłaszcza ona. Królowa Nuriya.

Gdy kolejne pukanie rozdarło ciszę, Xira zaklęła pod nosem i szarpnęła za klamkę z taką siłą, że drewno zajęczało. Tym razem jednak w progu stała członkini plemienia, Ayen.

– Czego chciał od ciebie ten ważniak? – spytała z ironicznym uśmiechem. Czarna linia, przecinająca jej twarz poziomo, wygięła się na policzku.

Xira bez słowa podała jej list. Ayen odgarnęła za ucho pasmo włosów i zaczęła prześlizgiwać się wzrokiem po drobnym piśmie. Kiedy skończyła, prychnęła niemal identycznie jak wcześniej łowczyni.

– Teraz skamlą o pomoc? A gdzie byli, gdy…

– Wiem – przerwała jej Xira. – Ty natomiast doskonale wiesz, że muszę tam iść. Jeśli odmówię, następnym razem nie przyślą już wymoczka w jedwabiu, tylko uzbrojonych żołnierzy. Mamy dość własnych kłopotów.

– Może dałoby się coś z nimi zrobić – podsunęła Ayen, zerkając wymownie na zestaw noży łowieckich i puszczając do Xiry oko.

– Na szafot się jeszcze nie wybieram – odparła łowczyni, choć kącik jej ust drgnął nieznacznie w odpowiedzi na żart.

***

Droga do zamku dłużyła się niemiłosiernie, choć dla Xiry nie była żadnym wyzwaniem. Lata tropienia zwierzyny przyzwyczaiły jej nogi do długich marszów. Kruczoczarne włosy zaplotła w ciasny warkocz, a na policzkach namalowała pionowe, czerwone pręgi. Wiedziała, że arystokraci drżą przed Savatińczykami. Mieli ich za dzikusów i odludków, a Xira z mściwą satysfakcją zamierzała potwierdzić słuszność każdej z tych obaw.

Miała na sobie długą, brunatną tunikę, a przez plecy przewiesiła łuk i kołczan pełen strzał. Przy biodrach i udach spoczywały pochwy z nożami. Wiedziała, że z takim rynsztunkiem nie przejdzie przez zamkową bramę, ale nie zamierzała podróżować bezbronna.

Królestwo Zarkanii tylko pozornie zdawało się błogie i pełne dostatku. Podczas gdy wysoko urodzeni arystokraci i urzędnicy wiedli słodkie życie pełne wygód, reszta mieszkańców borykała się z biedą, walcząc o każdy dzień. Rabunki były tu na porządku dziennym, a wychudzeni, skuleni w rynsztokach żebracy należeli do stałych elementów krajobrazu.

Te myśli budziły w Xirze poczucie niesprawiedliwości i uśpiony gniew, który zapłonął żywym ogniem, gdy tylko ujrzała zamkowe bramy. Przy wejściu prężyli się uzbrojeni strażnicy, a za ich plecami rozciągały się ogrody pełne nienaturalnie przystrzyżonych żywopłotów i dam w drogich, ociekających diamentami sukniach. Xira podeszła do najbliższego wartownika i, mierząc go pogardliwym wzrokiem, bez słowa wręczyła mu pognieciony pergamin.

– Hmm… – mruknął mężczyzna, wodząc wzrokiem od królewskiej pieczęci do czerwonych pręg na twarzy łowczyni. – TY SŁUCHAĆ, W PORZĄDKU?! – huknął nagle, jakby mówił do kogoś głuchego, wskazując palcem na nią, a potem na własne ucho. – Ja teraz zaprowadzić ciebie do środka! Ale ty zostawić broń tutaj! – Wykonywał przy tym przesadne gesty, udając, że odpina pas i kładzie go na ziemi.

Wściekłość wypełniła umysł Xiry, niemal przesłaniając jej rzeczywistość. Kobieta zacisnęła pięści tak mocno, że paznokcie wbiły się w skórę, pozostawiając na niej czerwone półksiężyce. Przymknęła powieki, walcząc z chęcią sięgnięcia po nóż.

– Czy ty wiedzieć, co tu robić?! ROZUMIEĆ?! – Strażnik mówił coraz głośniej i wolniej zarazem.

– A jak myślisz, kretynie?! – wybuchnęła, otwierając oczy, w których błyskała czysta furia. – Jak inaczej przeczytałabym list, ty tępy, przerośnięty idioto?!

Strażnicy wymienili skonsternowane spojrzenia, nagle dziwnie mali pod jej ostrzałem. Nie odezwali się już ani słowem.

Kilka chwil później, wciąż kipiąc ze złości, Xira stała już w sali tronowej. Na podwyższeniu, w otoczeniu przepychu, na który Savatińczycy nie zarobiliby, pracując choćby i przez sto lat, siedziała królowa Nuriya.

– Niech podejdzie. – Wezwała Xirę gestem.

Savatka zbliżyła się do tronu, prowadzona przez strażników jak schwytane zwierzę. Spojrzała prosto w oczy królowej, nie kryjąc nienawiści. Nuriya była ucieleśnieniem wszystkiego, czym łowczyni gardziła: miała idealnie ułożone włosy i staranny makijaż, a jej biżuteria odbijała mętne światło świec.

– Ukłoń się – powiedział krótko jeden ze strażników.

Xira jedynie prychnęła, zastygając w bezruchu z dumnie uniesioną głową. Królowa powoli uniosła brew, przyglądając się czerwonym pręgom na twarzy kobiety.

– Ukłoń się królowej, słyszałaś? – syknął strażnik. Zanim zdążyła zareagować, wymierzył jej potężny cios pod kolana. Nogi Xiry ugięły się gwałtownie, a ona sama z głuchym łoskotem uderzyła o marmur.

– To było zbyteczne, mój drogi – odezwała się Nuriya. Mówiła powoli, głos miała wyprany z emocji. Wyglądała na śmiertelnie znudzoną.

– Wybacz, pani. – Strażnik pochylił głowę.

Xira, czując piekący ból i kipiąc z upokorzenia, powoli dźwignęła się z posadzki. Obrzuciła mężczyznę spojrzeniem, które obiecywało śmierć, ale przygryzła wargę i zostawiła ostry komentarz dla siebie. Wiedziała, że w tej sali, bezbronna i otoczona przez straż, musi trzymać język za zębami.

– Pewnie się zastanawiasz, dlaczego kazałam cię sprowadzić z twojej puszczy – zaczęła królowa, leniwie bawiąc się pierścieniem na palcu. Nie czekając na odpowiedź, kontynuowała: – Otóż musisz wiedzieć, że Zarkania nie jest już bezpieczna.

Xira skwitowała to kolejnym krótkim, prześmiewczym parsknięciem. Strażnicy natychmiast zacisnęli dłonie na rękojeściach mieczy, gotowi ukarać każdą oznakę braku szacunku, ale królowa powstrzymała ich niedbałym gestem dłoni.

– Od kilku tygodni na szlaku handlowym giną ludzie – podjęła Nuriya, a jej głos niósł się echem odbijającym się od wysokiego sklepienia. – Kupcy, gońcy, duchowni. Niektórych znaleziono martwych, inni zaś pozostają zaginieni. Przyznasz, że jest to dość… niepokojące. Przejdę jednak do rzeczy, Xiro. Według nas za te tajemnicze zgony odpowiedzialne jest dzikie zwierzę. Świadkowie widzieli włochatą, okrutną bestię, która rozrywała ludzi na strzępy. – Teatralnym gestem zacisnęła palce na grzbiecie nosa. – To szaleństwo musi się skończyć. Dlatego, słysząc o twoich niecodziennych zdolnościach, postanowiliśmy powierzyć ci misję ubicia potwora.

Na chwilę zapadła cisza, po której Xira przemówiła:

– Wasza wysokość, nie wiem, skąd do królewskich uszu dotarły informacje o moich zdolnościach, ale zapewniam, że nie przewyższają one wyszkolenia królewskiej straży. Mój rynsztunek również nie może się równać z waszym. – Westchnęła. – Wobec tego muszę odrzucić ofertę.

Królowa uniosła brwi.

– Odrzucasz ofertę, nie wysłuchawszy jej do końca?

Jeden ze strażników poruszył się niespokojnie.

– Pani wybaczy – odparła ironicznie Xira. – Proszę kontynuować.

– Za głowę potwora otrzymasz sowitą zapłatę.

Nuriya pstryknęła palcami. Zza szerokiego filara wyszli służący, z trudem ciągnąc ciężki, brzęczący worek.

– A twój lud zostanie wynagrodzony połaciami żyznej ziemi, gotowej pod zasiew. Czy to cię przekonuje, Savatko?

Łowczyni wbiła wzrok w wypełniony złotem worek, gorączkowo analizując propozycję. Wytropienie i schwytanie bestii z pewnością będą wymagały od niej czasu i energii, ale za to nagroda wystarczyłaby na ocieplenie domów, a może nawet na nowy sprzęt dla plemiennych rzemieślników. Ziemie uprawne z żyzną glebą zwiększą ich szansę na przetrwanie…

Po długiej chwili łowczyni podniosła wzrok i spojrzała prosto w zimne oczy królowej.

– Potrzebuję nowej broni.

Usta Nuriyii rozciągnęły się w jadowitym, zwycięskim uśmiechu.

– To da się załatwić.

Rozdział 2

Xira kucała przy ognisku, rozcierając zdrętwiałe dłonie. Każdy wydech ulatywał z jej ust białym kłębem pary, natychmiast rozpraszanym przez mroźny wiatr. Nad lasem zaległa już noc, a jedynym źródłem światła pozostawał tańczący blask paleniska.

Minął tydzień, odkąd spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i, pożegnawszy się z resztą plemienia, wyruszyła w podróż. Zapasy jedzenia powoli zaczynały się kurczyć, co nie napawało Xiry optymizmem. Łowczyni podążała szlakiem wyznaczonym przez królową i, według obliczeń, za trzy dni powinna dotrzeć do miejsca ostatniego ataku. Tym razem ofiarą padł podobno młody kupiec, będący przybyszem z dalekich stron, który szukał tu zarobku, ale na swoje nieszczęście odnalazł śmierć. A raczej to śmierć odnalazła jego.

Królowa Nuriya nalegała, by łowczyni przywdziała lśniącą, płytową zbroję, jednak dla Xiry liczyły się przede wszystkim szybkość i zwinność, a ciężka stal straży królewskiej zdecydowanie ograniczałaby ją w tym zakresie.

Plemię Savati nie było liczne, ale każdy jego członek stawał się prawdziwym mistrzem w swym rzemiośle, do którego przygotowywano go niemal od urodzenia. Hartowano ich w sztuce przetrwania, od garbowania skór po bezszelestne polowanie. Żadna zbroja nie mogła zastąpić im instynktu, który wykuwał się przez pokolenia w sercu dziczy.

Mistrzem Xiry był jej dziadek, Sezis, który niegdyś sam obronił plemię przed atakiem potężnego niedźwiedzia. Xira miała wtedy zbyt mało lat, by teraz to pamiętać, ale świadkowie się zaklinali, że bestia dwukrotnie przewyższała dorosłego mężczyznę i ryczała tak głośno, że nie sposób było to wytrzymać.

Łowczyni z dystansem podchodziła do tych opowieści. Jak mawiał sam Sezis: strach ma wielkie oczy, a pamięć lubi karmić się przesadą.

Nauki dziadka wykraczały daleko poza fechtunek czy umiejętne tropienie zwierzyny. Xira uczyła się samokontroli i słuchania własnego organizmu, umiała rozpoznawać ptaki po samym świergocie, zapamiętywała rodzaje i właściwości roślin, a ogień potrafiła rozpalić nawet w środku ulewy. To była szkoła przetrwania, w której każdy najdrobniejszy błąd mógł ją kosztować życie.

Podczas najcięższych zim wspólnie dokarmiali leśną zwierzynę; Savatińczycy starali się żyć w kruchym przymierzu z naturą, choć las bywał bezlitosny i nieraz głód zaglądał do każdej chaty w wiosce.

Xira poczuła piekące pod powiekami łzy, tak jak zawsze, gdy myślała o dziadku. Sezis zmarł kilka lat wcześniej podczas polowania. Odszedł tak, jak żył: w głębi puszczy, robiąc to, w czym nikt nie mógł mu dorównać.

Poza nim Xira nie miała na świecie nikogo innego. Jej rodzice odeszli, gdy była dzieckiem, co wśród Savatińczyków, często dotykanych chorobami i głodem, nie stanowiło niczego niezwykłego. I choć członkowie plemienia byli sobie bliscy jak rodzina, to jednak brakowało jej kogoś, z kim łączyłyby ją prawdziwe więzy krwi.

Otarła wierzchem dłoni pojedynczą łzę, leniwie spływającą po policzku, i wślizgnęła się do dopiero co rozłożonego namiotu. Gdy zamknęła oczy, wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą. Widziała dziadka snującego plemienne legendy, słyszała jego tubalny śmiech i czuła szorstkie dłonie, kiedy przytulał ją po ciężkim dniu. Był jej oparciem, jedyną stałą w tym nieprzewidywalnym świecie. Zacisnęła powieki, a nagła tęsknota rozrywała jej pierś…

Raptem z oddali dobiegły ją dźwięki łamanych gałęzi i ciężkie kroki. W ułamku sekundy smutek wyparował, ustępując miejsca instynktowi. Wytężyła słuch, próbując rozpoznać zbliżające się zwierzę, ale zamiast pomruku usłyszała stłumiony, ludzki głos.

Xira napięła wszystkie mięśnie. Ludzie? Tak głęboko w dziczy? Przeklęła w myślach dogasające przed namiotem ognisko. W takich ciemnościach żarzące się węgle były jak latarnia wzywająca intruzów.

Zerwała się na równe nogi i sięgnęła po broń. Lata treningów sprawiły, że miała zmysły wyostrzone niemal jak zwierzę.

– Cholera, czy my musimy się szlajać po takich krzaczorach? – spytał męski, zachrypnięty głos.

– Zamknij się, przygłupie – syknął drugi mężczyzna. – Widziałem płomień w okolicach tamtej polany. To musi być gdzieś tutaj…

Xira słyszała rozmowę coraz wyraźniej, podobnie jak zbliżające się kroki… Kroki tylko dwóch osób. Z tyloma może sobie poradzić… ale musi działać szybko.

Kilka chwil później zza krzaków wyłoniło się dwóch wysokich intruzów. Przez wszechobecny mrok nie sposób było dostrzec ich twarzy. Jeden z nich wskazał na namiot i wspólnie zaczęli skradać się na palcach ku wejściu. Spojrzawszy po sobie, wyjęli noże i jednym gwałtownym ruchem rozdarli materiał, po czym wpadli do środka, tnąc na oślep powietrze.

Jednak wewnątrz nikogo nie zastali.

Zanim zdążyli zrozumieć, co się stało, nocną ciszę przeciął krótki, złowieszczy świst. Wyższy z mężczyzn odwrócił się w stronę, z której dobiegał dźwięk, lecz zdążył zarejestrować tylko grot strzały pędzący prosto w jego twarz. Pocisk z mlaśnięciem wbił się w oczodół bandyty i przeszył jego czaszkę na wylot. Trysnęła krew, a ciało mężczyzny bezwładnie zwaliło się na ziemię.

– O kurwa! – krzyknął jego towarzysz, rozglądając się z zaniepokojeniem. – Gdzie jesteś?! Pokaż się! – ryczał gniewnie, choć w jego głosie zdało się słyszeć strach.

Zbir zaczął krążyć wokół małego obozowiska z wyciągniętym przed siebie nożem, znów desperacko tnąc powietrze. Xira cierpliwie czekała, aż mężczyzna znajdzie się w odpowiednim miejscu, a wtedy… Łup! Zeskoczyła z korony drzewa tuż za nim. Mężczyzna się odwrócił i zamachnął bronią, lecz łowczyni była szybsza. Zanim wymierzył cios, jednym, precyzyjnym pchnięciem wbiła nóż prosto w jego tętnicę. Oczy nieznajomego zastygły w niemym przerażeniu, a z ust, zamiast krzyku, popłynęła gęsta strużka krwi.

Xira odczekała chwilę, nasłuchując. Gdy upewniła się, że las znów milczy, podpaliła pochodnię i przyklęknęła przy leżącym bliżej nieboszczyku. Jego twarz okazała się młoda, a jednak poorana zmarszczkami. Musiał więc zaznać w życiu goryczy. Uwagę Xiry przykuły jednak jego ubrania. Nie były ani potargane, ani brudne. Materiał wyglądał na nowy, niemal nieużywany, co wzbudziło w niej nagły niepokój.

„Może zabili kogoś zamożnego i zwyczajnie się przebrali?” – pomyślała, splunąwszy z pogardą. Wiedziała, jak smakuje bieda, ale grabież bezbronnych była dla niej szczytem podłości.

– Spoczywaj w pokoju – wyszeptała, kładąc opuszki palców na powiekach mężczyzny i delikatnie je zamykając.

Podeszła do ciała jego towarzysza. Wydawał się on dużo starszy od wspólnika, a jego tygodniowa, pokrywająca twarz szczecina była w większości siwa. Ile upokorzeń i głodu musiał znieść, by ostatecznie wyciągnąć rękę po cudze życie? Jak wielki musiał być ciężar jego codzienności, skoro jedyne wyjście widział w tułaczce po pustkowiach i polowaniu na ludzi? Xira patrzyła na jego siwiznę i czuła gorzki żal. Widziała w nim kogoś, kogo świat złamał, przemielił i ostatecznie przywiódł na sam skraj. Prosto pod jej ostrze.

– Spoczywaj w pokoju – powtórzyła, zamykając jedyne ocalałe oko starca, a z drugiego wyciągając strzałę.

***

Następnego ranka Xira ruszyła dalej szlakiem wyznaczonym na królewskiej mapie, przeklinając zniszczony przez bandytów namiot. Chłodny wiatr smagał jej twarz, przemykając ze świstem między nagimi konarami drzew.

Mimo wydarzeń minionej nocy las wydawał się niewinnie spokojny. Krzewy o barwie głębokiej zieleni kołysały się rytmicznie, a wiekowe pnie skrzypiały cicho, uginając się pod naporem powiewów. Gdzieś wysoko na gałęzi zastygła wiewiórka, kurczowo ściskając w łapkach znaleziony żołądź i obserwując łowczynię czarnymi paciorkami oczu. Z oddali dobiegał miarowy stukot dzięcioła, niosący się echem w leśnej ciszy. Ściółka szeleściła cicho pod stopami Xiry, która co jakiś czas przystawała, by sprawdzić kierunek marszu i się upewnić, że nie zboczyła z trasy.

Zmęczenie i głód dawały się jej już we znaki. Choć wciąż miała zapasy, oszczędzała je na czarną godzinę, karmiąc żołądek garściami cierpkich leśnych jagód.

Copyright

Zew północy

Copyright © Klaudia Błażejczyk-Mazik

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.

ebook ISBN 978-83-7995-928-0

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Paulina Kalinowska

Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl

Skład i typografia: Bookiatryk.pl

Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks.pl

📖 Informacja o wersji demo

📖 Wersja demonstracyjna

To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.

Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.

Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl