Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
362 osoby interesują się tą książką
Dawno, dawno temu pewna dziewczyna znalazła szczeniaka obdarzonego magicznymi zdolnościami i jej życie już nigdy nie było takie samo.
Nina Popoca potrzebuje pomocy.
I to nie byle jakiej.
Jedynym miejscem, gdzie może ją otrzymać, jest rozległe ranczo w Kolorado – teren skrywający w sobie coś znacznie więcej niż tylko społeczność pełną magicznych istot, starających się wieść spokojne i bezpieczne życie. Ta wioska może pozwolić znaleźć odpowiedzi na pytania nurtujące Ninę przez całe życie.
A jeśli to ranczo należy do przystojnego kuzyna jej najlepszego przyjaciela?
…cóż, na świecie istnieją gorsze rzeczy niż konieczność mieszkania w pobliżu Henriego Blackrocka.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 993
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Things We Water
Copyright © Mariana Zapata 2025
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Katarzyna Twarduś, Kamila Grotowska, Magdalena Kłodowska
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
Projekt okładki: Sarah Hansen, Okay Creations
ISBN 978-83-8418-659-6 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Epilog
O autorce
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Dla miłości mojego życia, bratniej duszy, najlepszej przyjaciółki Kai.Zawsze będziesz najpiękniejszą historią miłosną, jaką kiedykolwiek dane mi było przeżyć.
Choć większość relacji dotyczących Nocy Meteoru różni się w zależności od położenia geograficznego, dwie kwestie pozostają bezsporne – zdarzyło się to podczas pełni księżyca, a świat już nigdy nie był taki sam.
Nie zdziwiło mnie, że nie wiedzieli, co powiedzieć. To, co właśnie padło z moich ust, brzmiało jak wytwór wyobraźni lub fragment powieści fantasy.
Ale to żadna baśń ani legenda. Nie miało to nawet nic wspólnego z bestsellerową powieścią z zaplanowaną w bliskiej przyszłości ekranizacją.
W tym przypadku mieliśmy do czynienia z rzeczywistością.
Z moją codziennością.
Nie zaskoczyło mnie więc, gdy dwójka moich najlepszych przyjaciół pochyliła się do przodu, lekko rozdziawiając usta.
– Wyjaśnij nam to jeszcze raz – rzucili niemal w tym samym momencie.
Jedyna różnica polegała na tym, że Sienna dodała na końcu wypowiedzi moje imię, Nina, a Matti – nie.
O mało nie wyśmiałam ich za to, że zachowywali się jak małżeństwo. Kończenie po sobie zdań to jedno, ale żeby dobierać niemal identyczne słowa i robić praktycznie te same miny? Miałam ogromną ochotę jednocześnie ich przytulić i trochę się z nimi poprzekomarzać.
Ale nie mieliśmy na to czasu. Mogłam się z nich pośmiać kiedy indziej.
Najpierw musiałam się upewnić, że zrozumieli, co do nich mówiłam.
Potrzebowałam ich, żeby pomogli nie tylko mnie, lecz także nam wszystkim.
Szczerze mówiąc, nie powinnam mieć im za złe, że nie potrafili pojąć tego, co właśnie im wyznałam. Sama nie mogłam uwierzyć w to, co wydarzyło się w ciągu ostatniego miesiąca, a przecież widziałam to na własne oczy, i co najważniejsze, udało mi się to przeżyć. Żadne z nas nie stroniło od niewiarygodnych przygód, ale to wykraczało poza wszelkie wyobrażenia.
Pochyliłam głowę, jakbym nie patrzyła na spoczywające w moich ramionach ciało co najmniej dziesięć tysięcy razy w ciągu ostatnich kilku lat – z czego spora część tych ukradkowych spojrzeń przypadła na ostatnie tygodnie – i skupiłam się na Duncanie po raz dziesięć tysięcy pierwszy. Uśmiechnęłam się mimo towarzyszących mi ostatnimi czasy niepewności i lekkiej panice. Ponieważ on zawsze poprawiał mi humor. Prawdę mówiąc, nie dało się nie być szczerze szczęśliwym, gdy najsłodsze stworzenie, jakie kiedykolwiek widziałam, chrapało, czym przywodziło mi na myśl mojego ojca, który zawsze po obiedzie ucinał sobie popołudniową drzemkę w ulubionym fotelu.
Jeśli chodziło o Duncana, bycie czarującym wymagało od niego sporego wysiłku, gdyż w jego przypadku to zajęcie na pełen etat.
I może faktycznie lepszym rozwiązaniem pozostawałoby pokazanie im, dlaczego się tu znalazłam, zamiast po raz kolejny tłumaczyć to słowami.
W końcu cała ta sytuacja stała się po części cudem, a także osobliwą mieszanką serialu Teen Wolf: Nastoletni wilkołak, filmu Władca Pierścieni,a także serii dokumentalnej Starożytni kosmici. Zależało to od punktu widzenia i osobistych przekonań, ale nie miało też tak wielkiego znaczenia. Najpierw musieli spojrzeć na to wszystko z szerszej perspektywy.
W naszym przypadku powiedziałabym raczej – z perspektywy szczeniaka.
Odrzuciłam koc, którym go wcześniej owinęłam – nie dlatego, że trząsł się z zimna, tylko po to, by go ukryć – i ustawiłam ręce tak, by Matti i Sienna mogli lepiej się przyjrzeć tej kulce czarnego futra, winnej wywrócenia mojego życia do góry nogami, i to nie raz, ale dwukrotnie. Nie miałam o to pretensji. Czułam się tym wszystkim przytłoczona i bardziej przerażona, niż bym chciała to przyznać, ale nie towarzyszył temu gniew.
W przeciwieństwie do pewnych znanych mi osób, nie wierzyłam, że los pociąga za sznurki – stoi za kulisami, pali papierosy i planuje ludziom życie, zanim jeszcze się urodzą. Po pierwsze, to zbyt pracochłonne przedsięwzięcie, biorąc pod uwagę fakt, że na świecie istnieje osiem miliardów osób. A po drugie… nie potrzebowałam drugiego powodu, gdyż ten pierwszy całkowicie mi wystarczał.
Jednak czasami działy się rzeczy niemające w danym momencie najmniejszego sensu, ale ostatecznie okazywały się błogosławieństwem. Może początkowo te sytuacje wydawały się powodem do płaczu, ale potem dostrzegało się w nich dobro, gdy spojrzało się na nie ponownie z perspektywy czasu.
Zrozumiałam, że na świecie istniało mnóstwo rzeczy niemożliwych do racjonalnego wytłumaczenia, ale to nie oznaczało wcale, że stawały się przez to mniej realne.
Podobnie jak niezliczona liczba istot, które w tej chwili żyły sobie gdzieś na Ziemi.
I tak samo jak każda osoba w tym pomieszczeniu – jeśli miałabym być bardziej konkretna – a zwłaszcza to małe wtulone we mnie stworzenie. To właśnie przez tę małą istotkę się tu znalazłam.
Bez koca zakrywającego większość jego ciała na pierwszy rzut oka Duncan przypominał czarnego psa o krótkiej sierści, a długie uszy sugerowały, że może miał w sobie coś z psa gończego. Ale gdy zaczęłam stopniowo odkrywać koc do końca – cal po calu – wyłonił się spod niego puszysty ogon pasujący raczej do lisa.
No i wreszcie ukazała się główna gwiazda tego pieprzonego przedstawienia.
Gdyby sytuacja nie była tak beznadziejna, pokusiłabym się o wykonanie głupiego gestu w stylu cheerleaderek.
– Na końcu ogona pojawił mu się płomień – poinformowałam ich, jakby nie zauważyli tego na własne oczy.
Ta jedna z dwóch cech Duncana nie pozostawiała wątpliwości, że to żaden mały basset, pies gończy ani jakiekolwiek inne zwierzę domowe – nie żeby kiedykolwiek jakieś przypominał, ale wcześniej nie rzucało się to tak bardzo w oczy. Tylko ktoś z doskonałym węchem lub szczególnie wyczulony na magię mógłby rozpoznać, że to nie zwykły czworonóg.
Sześć tygodni temu Duncan miał jedynie puszysty ogon i jasnobrązowe oczy. Domyślaliśmy się, że nie jest tym, na kogo wyglądał – Matti i Sienna wyraźnie to wyczuwali, ja zaś to po prostu wiedziałam, choć dopiero teraz stało się to tak oczywiste, a przecież ta dwójka jeszcze nie spojrzała mu w oczy. W ciągu jednej nocy przeobraził się z uroczego czarnego szczeniaka mieszanej rasy z domieszką magii w coś niezaprzeczalnie innego.
Niestety, sądząc po tym, jak przyjaciel spojrzał na mnie ciemnobrązowymi oczami ze zdziwieniem, a Sienna rozdziawiła usta jeszcze bardziej niż po moim nieudolnym wyjaśnieniu, wszelkie nadzieje, jakie wiązałam z tym, że Duncan mógłby okazać się choć odrobinę zwyczajny, przepadły.
W końcu nie oczekiwałam niczego więcej niż powrotu do normalności.
Trzymałam kciuki u rąk i nóg z nadzieją, że powiedzą, iż Duncan to wilkołak. Nie pogardziłabym również jakąkolwiek inną mityczną bestią w kształcie wilka. Zadowoliłabym się nawet Cerberem, gdyż istniało mnóstwo legend na jego temat. Ale gdyby dano mi możliwość wyboru, postawiłabym na wilkołaka. One od zawsze należały do najbardziej szanowanych stworzeń w historii.
Czasami nawet mój umysł miał trudności ze zrozumieniem, w jakim wszechświecie funkcjonujemy, skoro sama obecność Duncana znacznie ułatwiała życie.
Nie miałam pojęcia, jak wyjaśnić to komuś, kto nie znał prawdy o istotach swobodnie poruszających się po naszej planecie. Ludzie ledwo tolerowali tych dokładnie takich samych jak oni. A gdyby im powiedzieć, że tysiące lat temu magia opanowała Ziemię i wszystkie mity oraz podania ludowe zostały oparte na prawdziwych wydarzeniach, niemal każdy z nich dostałby ataku histerii.
Istniały niezliczone filmy i opowieści – zarówno te fikcyjne, jak i te bazujące na faktach, jeśli wziąć pod uwagę książki historyczne zawierające elementy mitologii – o ludziach zdolnych zmieniać kształt. Historie o wilkołakach sięgały czasów starożytnego Babilonu. Niemal miałam pewność, że poszczególne kultury na każdym z kontynentów posiadały własne wersje legend. Pamiętam, jak kiedyś siedziałam na wykładzie z historii Azteków i ledwo powstrzymywałam się od śmiechu, podczas gdy profesor opowiadał o symbolice dotyczącej cywilizacji wierzącej, że niektórzy z ich wojowników byli nahuales, czyli zmiennokształtnymi.
Jako nastolatka przechodziłam przez okres, gdy dosłownie pochłaniałam wszystkie dostępne powieści romantyczne o wilkołakach, więc znałam prawdę. Przeciętni ludzie nie mieli pojęcia, że nie istniał tylko jeden rodzaj tych istot. Bez większego namysłu potrafiłam wymienić co najmniej kilka różnych odmian. Na przykład Amaroki – potężne wilki, od których wywodziły się inuickie legendy. Istniały również wilki żelazne, znane z baśni bałtyckich. Ktoś kiedyś wspominał o krążącej plotce, iż nawet Fenrir z mitologii nordyckiej pozostawił po sobie szlachetną linię potomków i ci przetrwali do dziś. Większość znanych mi wilkołaków towarzyszących mi w okresie dorastania wywodziła się od wilków meksykańskich, a te z kolei miały swoich przodków w mitologii Mezoameryki.
Z perspektywy czasu łatwiej przyszłoby uznać, iż starożytne cywilizacje nie miały nic lepszego do roboty niż używanie bujnej wyobraźni do tłumaczenia sobie zjawisk, takich jak susze i straszliwe burze, dziełem istot obdarzonych dobrymi lub złymi mocami, ale niektórzy z nich znali prawdę.
Niczego nie zmyślali.
W rzeczywistości, w świecie mitologicznych legend, które nie do końca należało uznawać za fikcję, istnienie osób zdolnych przemieniać się w wilka i z powrotem – czego dokonywali z własnej woli, a ich rozmiar zależał od pochodzenia – uchodziło za coś zupełnie normalnego wśród posiadających wiedzę, że magia od dawna istniała na świecie i towarzyszyła jego mieszkańcom. Magia.
A jeśli ktoś zdawał sobie sprawę z istnienia zjawisk niecieszących się powszechną akceptacją, to zdecydowanie ja.
– Nina – wymamrotał moje imię Matti, przy czym brzmiał tak, jakby zapomniał, jak się oddycha.
Miał tak szeroko otwarte oczy, jak nigdy dotąd, a przecież jako dzieciaki często pakowaliśmy się w różne dziwne sytuacje, więc widziałam go już w podobnym stanie.
– Jakim, kurwa, cudem pali mu się ogon i jak to, cholera, możliwe, że ten koc jeszcze się nie zajął? – dodał.
Parsknęłam na dźwięk jego rozhisteryzowanego tonu. Czy właśnie nie tego chciałam się dowiedzieć?
– Liczyłam po cichu, że może wy coś wiecie na ten temat – odparłam, po czym nieznacznie wzruszyłam ramionami, żeby nie obudzić mojej uroczej istotki. – Ten płomień jest magiczny. A on podpala rzeczy tylko wtedy, gdy się przestraszy lub się na coś złości. Niesamowite, co?
Matti przyglądał się stworzeniu jak zahipnotyzowany, nie odzywał się ani słowem, choć zawsze miał coś do powiedzenia. Częściowo odniosłam wrażenie, że prawdopodobnie w ogóle mnie nie słuchał. Zupełnie inaczej podchodziło się do takich spraw, gdy przypadkowo spotkało się na ulicy mężczyznę roztaczającego wokół siebie magiczną aurę i wyglądającego jak zwyczajny, wysoki facet, a przy tym miało się świadomość – czy to dzięki intuicji, czy przeczuciu – że w rzeczywistości był kimś niezwykłym.
Ale ta sytuacja nie miała z tym nic wspólnego. Doskonale zdawałam sobie z tego sprawę, choć z pewną dozą niejasności, odkąd Duncan pojawił się w moim życiu. A teraz w końcu zrozumiałam i doceniłam jego wyjątkowość.
Był tak niezwykły, że ktoś nawet postanowił mnie skrzywdzić tylko po to, aby porwać tego szczeniaka o czerwonych oczach i niebieskim płomieniu na ogonie.
I stało się to nie raz, lecz dwukrotnie.
Ale zdecydowałam jeszcze trochę poczekać z opowiedzeniem przyjaciołom o tych wydarzeniach. Najpierw musieliśmy zająć się innymi sprawami. Nie chciałam, żeby Matti i Sienna skupiali się na przeszłości, skoro i tak nie dało się już jej zmienić.
Aby pokazać im, z czym mają do czynienia, zbliżyłam wolną rękę do niebieskiego płomienia, drugą wciąż podtrzymując ciało śpiącego szczeniaka. Zamarli z zachwytu niczym dzieci w Boże Narodzenie. Ja również się obawiałam, że się poparzę, gdy dotykałam go za pierwszym razem, ale na szczęście nic takiego się nie stało. W przeciwnym wypadku nie dałabym teraz rady pokazać im tej niesamowitej sztuczki.
– Nie sprawia ci to bólu? – rzuciła Sienna tonem, jaki słyszałam u niej wyłącznie wtedy, gdy poznała Mattiego.
Zdawała się pozostawać pod ogromnym wrażeniem, jakby nie mogła uwierzyć własnym oczom.
Ja również, dziewczyno, pomyślałam.
Obok nas żyły magiczne stworzenia wywodzące się z pradawnych legend, zdolne do przybrania postaci zwykłych ludzi, gdy tylko miały na to ochotę, oraz magiczne istoty wyglądające jak szczenięta – a w szczególności jedno naprawdę urocze szczenię o wielkich, niewinnych oczach i jedwabiście gładkiej sierści.
– Nie – zapewniłam, po czym ponownie ścisnęłam płomień, aby jej to udowodnić.
Skakała szeroko otwartymi, jasnozielonymi oczami między mną a Duncanem. Niewiele brakowało, a zaniemówiłaby całkowicie z wrażenia, co wydało się naprawdę zaskakujące, ponieważ na co dzień nie należała do cichych osób. Po części właśnie dlatego zaprzyjaźniłyśmy się jako nastolatki i utrzymywałyśmy bliską relację przez te wszystkie lata. Nigdy nie brakowało nam tematów do rozmów.
Aż do teraz.
Uważam jednak, że powinnam wziąć za to całkowitą odpowiedzialność. Wpadłam do nich bez zapowiedzi, przez co trochę ich zaskoczyłam. Nie ukrywałam przed nimi praktycznie niczego, ale tę tajemnicę zachowałam dla siebie, ponieważ kiedy to wszystko się zaczęło, przebywali głównie w Europie, a ja nie chciałam im psuć wakacji.
– Nie rozumiem – wyszeptała w końcu, wciąż oszołomiona.
Przygryzłam wnętrze policzka, przyglądając się jej czarnym włosom i niemal mlecznej karnacji. Jej skóra pozostawała tak jasna niezależnie od tego, jak długo przyjaciółka przebywała na słońcu. Jako pierwsza przyznała, że nie uchodzi za klasyczną piękność, ale ja zawsze uważałam ją za najsłodszą znaną mi dziewczynę. Jej okrągła twarz i zaróżowione policzki skutecznie skrywały zadziorny charakter i wyjątkowo opiekuńczą naturę. Jeszcze godzinę temu otworzyła mi drzwi w dopasowanej czerwonej bluzce i czarnych spodniach, z włosami spiętymi w elegancki kok, a teraz miała na sobie zwykły sweter i spodenki od piżamy, wyjęte – jak się domyśliłam – z szuflady męża. Właśnie w tej wersji znałam ją najlepiej, ale kochałam tak samo zarówno w szykownych, eleganckich ubraniach, jak i w rozciągniętych dresach.
Wiedziałam, że ona również mnie uwielbiała, mimo że dziewięćdziesiąt procent mojej garderoby stanowiły koszulki kupowane na wyprzedażach w różnych miastach, w jakich bywałam z Duncanem. Zwykle łączyłam je z dżinsami albo szortami. Poza tym miałam jeszcze trzy naprawdę ładne bluzki otrzymane w prezencie od Sienny. Ona i Matti zgodnie stwierdzili, że to absolutnie urocze, iż posiadałam łącznie cztery pary butów – trekkingowe, beżowe trampki, pasujące praktycznie do wszystkiego, a jeśli nie mogłam ich z niczym zestawić, to za bardzo się tym nie przejmowałam, Crocsy i jedną parę sandałów.
Później spojrzałam na Mattiego. Znałam go ponad dekadę dłużej od Sienny, ponieważ mieszkaliśmy po sąsiedzku od trzeciego roku życia. Przyjrzałam się jego brązowym włosom, kiedyś tak długim, że przez jakiś czas nosił je upięte w kucyk, ale teraz, jak sam stwierdził, znalazł „prawdziwą pracę” i musiał je dość krótko przystrzyc, aby wyglądać profesjonalnie. Miał lekko opaloną cerę, a rysy twarzy, które obserwowałam od dzieciństwa aż do osiągnięcia przez niego trzydziestu dwóch lat, stały się bardziej wyraziste, dzięki wydatnym kościom jarzmowym i mocno zarysowanej linii żuchwy.
Od naszego ostatniego spotkania dorobił się dorodnego wąsa. Miałam ogromną ochotę trochę się z nim podrażnić z tego powodu, ale jakimś cudem nawet do niego pasował. Może i zaczął interesować się modą, ale nie stracił tego charakterystycznego błysku w oku, jednoznacznie wskazującego na to, że w głębi duszy Matti wciąż pozostawał tym samym niesfornym dupkiem.
On i Sienna tworzyli naprawdę uroczą, cudowną parę, pozostając dla siebie wspaniałymi przyjaciółmi. A dla mnie najlepszymi ludźmi, jakich znałam, poza moimi rodzicami.
Na pierwszy rzut oka nie sposób stwierdzić, iż oboje zostali obdarzeni starożytną magią umożliwiającą im przemianę w postacie rodem z baśni – wilki lub wilkołaki, jak określali siebie niektórzy z nich. Mówiąc o wilkołakach, miałam na myśli te naprawdę ogromne stworzenia, a nie hybrydy dwunożnych potworów znane z większości filmów.
Dla zwykłych ludzi, czyli tych pozbawionych magii – właśnie tym słowem niemal wszyscy tłumaczyli nadzwyczajne umiejętności pewnych osób do przeistaczania się w postacie rodem z bajek – Matti i Sienna nie wyróżniali się niczym szczególnym poza tym, że w większości kultur uważano ich za wyższych od przeciętnego człowieka. Ale ludzie o wyczulonym węchu lub szóstym zmyśle – tacy jak ja – urodzeni w rodzinie o silnych tradycjach magicznych od razu dostrzegali w nich coś wyjątkowego. Część z nich nawet miała w zwyczaju mówić, że zostali pobłogosławieni tym darem.
Jakby bycie kimś innym i konieczność ukrywania tego przez całe życie pozostawało czymś prostym.
Wręcz przeciwnie. Sekrety zawsze stanowiły ogromne brzemię, bez względu na to, jak wielkie się wydawały. Niektórzy całkiem dobrze sobie z tym radzili, ale większość ta sytuacja przytłaczała.
– Płomień nie wyrządzi nikomu krzywdy, dopóki to urocze stworzenie zachowa spokój – kontynuowałam, mówiąc o ogonie Duncana. – Na początku podpalił kilka rzeczy, ale od prawie dwóch tygodni nie zdarzył się żaden wypadek.
Odnosiłam wrażenie, że gdybym tylko wystarczająco się skupiła, wciąż mogłabym poczuć swąd spalonych włosów. Przypomniałam sobie pewną sytuację, kiedy wraz z Mattim próbowaliśmy rozpalić ognisko, gdy mieliśmy po jedenaście lat, a nasze rodziny nie chciały nas zabrać na kemping. Wpadliśmy wtedy w spore kłopoty, zwłaszcza gdy rodzice zobaczyli nasze spalone brwi. Niestety prawa brew przyjaciela nigdy nie odrosła w pełni.
– Gdy powiedziałaś, że masz nam coś do pokazania, myślałam, że zrobiłaś sobie tatuaż albo kupiłaś nową przyczepę – przyznała Sienna, wpatrując się jak zahipnotyzowana w płomień Duncana.
To nie tak, że chciałam, by tak to wyglądało, ale życie okazałoby się wtedy o wiele prostsze i zdecydowanie mniej niebezpieczne.
Mój obolały kark przyznał mi w milczeniu rację, gdy odchrząknęłam, poprawiając się na kanapie w ich salonie. W przeciwieństwie do małego, wiejskiego miasteczka, gdzie się poznaliśmy, teraz mieszkali w Chicago w apartamencie na dziesiątym piętrze.
Mogłabym przysiąc, że to najmniej wilkołacze wilkołaki, jakie kiedykolwiek spotkałam. Ale to właśnie dlatego zostali cudowną parą i stworzyli niewielką, dwuosobową watahę, aczkolwiek wraz z Duncanem zostaliśmy jej honorowymi członkami.
Nacisnęłam niewielki zatrzask podtrzymujący jego obrożę, patrząc, jak Sienna i Matti biorą głęboki wdech.
W ich spojrzeniach nie dostrzegłam żadnych oznak rozpoznania, lecz jeszcze większe zdziwienie. Zamknęłam ponownie zatrzask jego obroży, gdyż nie zamierzałam jej zdejmować.
– Ale jak to możliwe? – Sienna pochyliła się nieznacznie do przodu. – Obudziłaś się, a on był… – Wskazała na niego szerokim gestem.
– Nie mam pojęcia jak – odparłam szczerze, ponownie wzruszając ramionami. – Położyliśmy się spać, a potem obudziłam się z nim na klatce piersiowej, z głową tuż przy mojej twarzy. Miał czerwone oczy, a potem zaczął merdać ogonem i przez chwilę myślałam, że pali mu się tyłek. – Próbowałam ugasić pożar wodą, piaskiem i ziemią, ale nic to nie dało. Szczęśliwym trafem zatrzymaliśmy się na niemal pustym parkingu dla kamperów i tym razem nie krzyczałam tak jak wtedy, gdy przyniósł do przyczepy martwego szczura. – Ale płomień nie zniknął. Zmienił się i stał jeszcze jaśniejszy, gdy to urocze stworzenie się przestraszyło. – Właśnie wtedy zaczął podpalać różne rzeczy. Najpierw przekonałam się o tym na własnej skórze.
Niech moja ulubiona bluza z kapturem i część włosów spoczywają w pokoju.
Zdarzały się też momenty, kiedy odczuwał inny rodzaj strachu, ale o tym zamierzałam im powiedzieć przy następnej okazji. Na razie musieliśmy skupić się na ważniejszych sprawach.
– Naprawdę miałam nadzieję, że ma w sobie trochę wilczego DNA, co wyjaśniałoby to wszystko, ale oboje przyglądacie mu się tak, jakbyście widzieli kosmitę, więc to raczej nie to, prawda? – kontynuowałam, nie mogąc przestać myśleć o tamtym śnie.
Patrzyli na mnie zdziwieni.
Matti i Sienna powinni przecież coś wiedzieć o Duncanie. Wspólnie doszliśmy do wniosku, że jest zbyt młody, aby ujawniły się w nim jakiekolwiek zauważalne cechy charakterystyczne dla mitologicznej istoty. Pamiętam, że oboje moi przyjaciele mieli po pięć lat, kiedy przemienili się z normalnych dzieci w szczenięta. Z kolei moje zdolności… magia, jakkolwiek to nazwać… ujawniły się dopiero w okresie dojrzewania. Ale to jak porównywać stek z filetem z kurczaka – niby jedno i drugie to białko, ale w rzeczywistości to coś zupełnie innego.
Ostatecznie jednak tak właśnie się stało. Prawdziwa natura Duncana dała o sobie znać – przynajmniej w postaci ogona i czerwonych oczu – tuż po jego drugich urodzinach. A dokładniej kilka dni później. Z tą różnicą, że jego przemiana nie miała nic wspólnego z transformacją w wilkołaka. Choć, jeśli miałabym być szczera, to zarówno życia moich przyjaciół, jak i moje zaczęły się normalnie – od narodzin jako ludzkie niemowlęta.
Ale mój futrzak nie miał takiego startu.
– Tak, tak, wiem, że mówiliście, że nim nie jest, ale wciąż miałam nadzieję – mruknęłam. Byłam optymistką i dobrze o tym wiedzieli. Nadal wierzyłam, że mój ukochany boysband znów się zejdzie, a McRib ponownie pojawi się w menu. – Sądziłam, że może się jednak pomyliliście i okaże się hybrydą wilkołaka.
To, jak Matti parsknął…
– Hybrydą wilkołaka? – Uśmiechnął się wyniośle.
Nie musiał się ze mnie naśmiewać.
– Przypomnę ci tylko, że do trzynastego roku życia wierzyłeś w Świętego Mikołaja – wytknęłam. – Może nie jesteś najwłaściwszą osobą, by się nabijać z czyichś marzeń. Zdarzały się dziwniejsze rzeczy.
Posłał mi znaczące spojrzenie, a Sienna zachichotała. Znała już historię tego, że okłamywałam go przez dwa lata po tym, jak sama dowiedziałam się prawdy o starym Świętym Mikołaju.
– Nie nabijam się z twoich marzeń, ale nie mów mi, że… znów oglądałaś Underworld? – zapytał z przekąsem.
– Może, ale tylko po to, by znaleźć wskazówki.
Szczerze mówiąc, już wcześniej wiedziałam, że elementy folkloru przedstawione w tym filmie nie mają nic wspólnego z rzeczywistością i że nikt z ekipy nie mógł przynależeć do tej społeczności, skoro tak bardzo się mylili. Ale kierowała mną desperacja; nie mogłam spać, a fabuła wydała mi się dość intrygująca. Nie żałowałam ani przez chwilę, że ponownie obejrzałam ten film.
A gdy spojrzałam na śpiącego na moich kolanach szczeniaka, przypomniałam sobie, dlaczego to zrobiłam. Nie mogłam uwierzyć, że przespał całą drogę do mieszkania moich przyjaciół i że wciąż drzemał. Przecież ich uwielbiał. Nie miał powodu, żeby być aż tak zmęczonym, ale intuicja mi podpowiadała, że coś jest na rzeczy – coś, co nie miało nic wspólnego z chorobą.
Zestresował się i obwiniałam za to wyłącznie siebie.
– Nie wiem, co robić – wyznałam najlepszemu przyjacielowi z dzieciństwa i najbliższej przyjaciółce z nastoletnich lat. – Przeszukałam wszystkie możliwe źródła i wciąż nie wiem, czym on tak naprawdę jest. Ale teraz nie mogę go dłużej ukrywać ani za dnia, ani w nocy. Za bardzo rzuca się w oczy.
Cała ta sytuacja sprawiła, że spanikowałam i ogarnęła mnie bezradność. Z tego też powodu zaczęłam brać pod uwagę to, co właśnie zamierzałam zrobić.
I dlatego się tu zjawiłam.
Ich miny zdradzały dokładnie, co myśleli o tym, że dopiero teraz poinformowałam ich o tej przemianie mojego szczeniaka. Miałam pewność, że przy pierwszej lepszej okazji mi to wytkną, co zresztą wydaje się całkowicie zrozumiałe. Zanim jednak przystąpi się do gaszenia pożaru, należy ustalić jego przyczynę.
Tak jak ja potrafiłam bez problemu odczytać wszystko z ich spojrzeń, tak samo oni mogli wyczytać prawdę z mojej twarzy. Dodatkowo doskonale wychwytywali wszelkie zmiany mojego nastroju. Dałabym radę policzyć na palcach jednej ręki, ile rzeczy udało mi się przed nimi ukryć. To, że tym razem zachowałam tajemnicę tak długo, wynikało wyłącznie z tego, że nie spotkałam się z nimi osobiście ani nie rozmawiałam przez telefon od czasu ich wyjazdu.
Teraz, gdy już wrócili, chciałam zasięgnąć porady, gdyż wszyscy potrzebowaliśmy pomocy. Musiałam racjonalnie ocenić naszą sytuację, bo wiedziałam, że nie możemy już dłużej żyć w taki sposób, jak dotychczas.
Czułam w głębi serca, że czas naszych podróży kamperem po tym, jak zaczęłam pracować zdalnie, dobiegł końca.
Ostatnie kilka tygodni spędziłam na rozmyślaniach, a potem na jeszcze intensywniejszych przemyśleniach, próbując się zorientować, jakie mieliśmy opcje i dlaczego dziewięćdziesiąt dziewięć procent z nich nie miało najmniejszych szans powodzenia. Wszystko sprowadzało się do tego desperackiego kroku – jedynego pomysłu, jaki przyszedł mi do głowy i mógłby zadziałać na dłuższą metę.
Odkąd znalazłam tego uroczego futrzaka, moja codzienność nie wyglądała już tak samo, a teraz ponownie wszystko uległo zmianie. Mogłam albo pogodzić się z nową rzeczywistością, ponieważ przywiązał się do mnie tak bardzo, że stał się nieodłączną częścią mojego życia i obdarzył miłością, od której się uzależniłam, albo… zrobić coś okropnego, z czym nie potrafiłabym żyć.
Ale tak naprawdę nie pozostawiono mi wyboru. Chciałam tylko zyskać pewność, że przyjaciele nie wymyślą czegoś, na co wcześniej sama nie wpadłam. Tak na wszelki wypadek.
– Nie wiem, co powinnam zrobić, ale muszę w końcu podjąć jakąś decyzję – oznajmiłam, starając się zachować neutralny ton. – Od tego incydentu z ogonem przytył cztery funty. Wcześniej ważył niecałe osiem. Teraz jeszcze daję radę owinąć go kocem, ale to rozwiązanie na chwilę. A co wydarzy się za miesiąc, jeśli dalej będzie tak rósł? Albo za pół roku? Jak bardzo duży się stanie? Co jeszcze się w nim zmieni? – Z każdym pytaniem mój głos stawał się coraz głośniejszy, aż w końcu musiałam przełknąć ślinę.
Istniało zbyt wiele zmiennych, przez co nie tylko Duncan się stresował. Jeszcze nie wspomniałam przyjaciołom o zdolnościach telepatycznych mojego pupila.
– Nie może już dłużej żyć w świecie ludzi, chyba że, tak jak Pinokio, stanie się prawdziwym chłopcem – oświadczyłam.
W ten sposób najlepiej dało się wytłumaczyć wyjątkową zdolność Mattiego, Sienny i wszystkich innych nahuales, czyli zmiennokształtnych – umiejętność przemiany między baśniowym ciałem a ludzką postacią.
Jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to naprawdę osobliwa koncepcja. W jednej sekundzie być człowiekiem, a w następnej czymś zupełnie innym, zachowując pełną świadomość – przynajmniej tak mi mówiono. W zależności od punktu widzenia, mogło to zostać postrzegane jako cud.
A czasem również jako przekleństwo, przeważnie dla tych, którzy nie byli sympatycznymi wilkołakami albo lisami o dziewięciu ogonach, czczonymi w tylu różnych mitologiach, lub jednorożcami – przecież wszyscy je uwielbiali, prawda? Również dziesiątki innych istot budzących sympatię, podziw i szacunek, traktowało ten dar jak klątwę.
Ale, jak mawiała moja mama, nie bez powodu kolejne cywilizacje na równi czciły i obawiały się różnych stworzeń. Znajdowały się wśród nich zarówno dobre, jak i złe istoty, a opowieści o tych budzących przerażenie w sercach wielu ludzi przekazywano z pokolenia na pokolenie. Akurat o tych ostatnich wiedziałam naprawdę sporo.
– Może już nigdy nie będzie w stanie… nie wiem – kontynuowałam, wyrzucając z siebie wszystko, co mi leżało na wątrobie. – Problem w tym, że nie znam bezpiecznego miejsca dla niego, gdzie mógłby być sobą, jeśli już taki pozostanie. Nie może spędzić całego życia zamknięty w czterech ścianach. A co, jeśli nagle zapragnie towarzystwa innych osób, a nie tylko mojego?
Część ludzi i istot dobrze radziła sobie z samotnością, ale większość jednak nie. Nie bez powodu wilkołaki, ogry i centaury wychowywały dzieci we wspólnotach. Robiły to po to, by zapewnić potomstwu bezpieczeństwo i zacieśniać więzi rodzinne. Żeby nauczyć się funkcjonować jako magiczna istota we współczesnym świecie, należało znaleźć odpowiednią osobę lub grupę służącą za przewodników. Potomstwo potrafiło przysporzyć mnóstwa kłopotów nawet w najlepszych warunkach, a jeśli dochodził do tego magiczny chromosom, zdolny przerazić większość ludzkiej populacji… mogło dojść do prawdziwej katastrofy.
Szczerze mówiąc, to naprawdę cud, że ten sekret nie wyszedł na jaw przez tak długi czas.
I że magiczne stworzenia potajemnie żyły wśród ludzi.
Rozważałam powrót w rodzinne strony – do małego miasteczka pośrodku pustkowia w Nowym Meksyku, które w czasach mojego dzieciństwa tętniło od fantastycznych istot. Wśród nich przeważały wilkołaki, ale zamieszkiwały tam również rodziny ogrów i kilka innych stworzeń, lecz ich natury nigdy do końca nie poznałam, gdyż pozostawały zbyt skryte.
A może oni też nie wiedzieli, kim tak naprawdę byli. Nigdy wcześniej nie rozważałam takiej możliwości.
Ale w ciągu ostatnich dziesięciu lat wiele się zmieniło i znane mi miasteczko to już nie to samo miejsce. Liczba mieszkańców stopniowo malała wraz z zamykaniem kolejnych firm, a starsi ludzie, spajający tę społeczność, umierali, co z kolei zachęcało młodsze pokolenie do wyjazdu w poszukiwaniu lepszego życia. Rodzice Mattiego odeszli, moi już tam nie mieszkali, a rodzina Sienny przeprowadziła się do Wyoming po tym, jak skończyliśmy szkołę. Nie pozostał tam już nikt, dla kogo warto znosić ten nieznośny upał. W tej sytuacji powrót tam tylko zwróciłby na nas uwagę.
– Samo wypuszczenie go na zewnątrz, żeby się załatwił i pobawił, przysporzyło mi już kilka siwych włosów – wyznałam.
Teraz bałam się za każdym razem, gdy wychodziliśmy z przyczepy. Przez całą drogę do mieszkania przyjaciół oblewały mnie zimne poty. W głowie kłębiło mi się wtedy tysiące różnych myśli… A jeśli się poślizgnę na świeżo umytej podłodze i on wypadnie z koca? A jeśli zbyt energicznie poruszę ręką i ktoś zobaczy jego ogon? A jeśli zerwie mu się obroża i spadnie na ziemię? Nie spałam po nocach, bo zamartwiałam się tymi wszystkimi scenariuszami.
– Już wcześniej miałaś siwe włosy – odparł złośliwie znany mi zarozumialec, którego kochałam.
Patrzył na tajemnicze stworzenie w moich ramionach, gdy poprawiałam obrożę Duncana – kupiłam mu ją w zeszłym tygodniu. To w zasadzie zwykła ozdoba z zapięciem, dzięki czemu mogłam ją łatwo włożyć lub zdjąć w razie potrzeby.
– Czy to ten sam obsydian, co w twojej bransoletce? To dlatego nie czujemy już jego zapachu? – zapytał, pocierając nos. – Dopiero teraz się zorientowałem, że nie wyczuwam nic poza jego szamponem i oddechem.
Przynajmniej dobrze wydałam oszczędności. Jeśli Matti nie mógł go wyczuć, nikt inny też nie powinien.
– Tak – odparłam.
Po dwóch incydentach najrozsądniejszym wyborem wydawało się zatajenie jak największej ilości informacji o Dunkym. Patrząc na to z perspektywy czasu, powinnam tak postąpić już na samym początku, ale… nie mogłam cofnąć czasu i podjąć mądrzejszych decyzji, jak na przykład opłacenie przesyłki ekspresowej. Ognisty obsydian nie był ani tani, ani łatwy do zdobycia, chyba że zamawiało się go przez internet.
– Lepiej być przezornym, niż później żałować – oświadczyłam.
Chociaż w pewnym sensie kłamałam. Nie zachowaliśmy odpowiedniej ostrożności, czego żałowałam.
Ale skoro nie mogłam cofnąć czasu, a moje ubolewanie nic nie dało, jedyne, co mi pozostało, to postarać się bardziej. Duncan mnie potrzebował i nie zamierzałam go zawieść… Już nigdy więcej.
Wszyscy troje spojrzeliśmy na łapy wystające spod koca i zobaczyliśmy małą nóżkę pokrytą lśniącą czarną sierścią, z ciemnymi opuszkami i krótkimi ciemnymi pazurami.
Po chwili spod koca wyłonił się puszysty, czarny ogon, a na jego czubku zamigotał jasny płomień, odrobinę większy niż ten z zapalniczki.
Sienna wciągnęła gwałtownie powietrze, jakby ponownie zdziwiona.
Matti zaś wydał z siebie ochrypły pomruk, co brzmiało naprawdę złowieszczo i zaczęłam się zastanawiać, czy nie wpadł czasami na ten sam pomysł co ja.
Skierował na mnie wzrok.
Moja ulubiona kobieta na świecie, zaraz po mamie, wypuściła powietrze z ust, po czym potarła policzki długimi, smukłymi palcami, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że jej mąż rzucał mi ukradkowe spojrzenia.
– Szczerze mówiąc, Nina, nie mam pojęcia. – Pokręciła głową. – Pomyślałam, że mogłabyś wybudować chatę w lesie, ale to niezbyt bezpieczne, chyba że kupiłabyś tysiąc akrów. Ryzyko, że ktoś mógłby was przyłapać, wydaje się zbyt duże, a to i tak nie rozwiązałoby problemu, bo Duncan, prędzej czy później, zacznie potrzebować towarzystwa innych stworzeń. Rozmawialiśmy już o tym.
To prawda. Przypomniałam sobie, że wdaliśmy się w tę dyskusję tuż po tym, gdy znalazłam Duncana. Bardzo mi przypominała tę, którą właśnie prowadziliśmy, z taką różnicą, że wtedy wiedziałam, jak postąpić i co jestem skłonna dla niego poświęcić.
Gdy się poznaliśmy, miałam pewność, że zrobiłabym dla niego prawie wszystko.
Teraz nie tylko nie miałam już co do tego żadnych wątpliwości, lecz także uczyniłabym to z uśmiechem na ustach.
– Każde z rozwiązań, o jakich myślałam, nie ma najmniejszych szans powodzenia i to z wielu powodów. Nie da się ukryć jego wyglądu, przez co za każdym razem, gdy z nim podróżujesz, narażasz się na ogromne niebezpieczeństwo. A co, jeśli zepsuje ci się samochód i zostaniesz zmuszona zjechać na pobocze? A jeśli ktoś zajrzy do środka furgonetki lub przyczepy i go zobaczy, gdy nie będzie cię w pobliżu? – kontynuowała Sienna ze zmarszczonymi brwiami.
Dokładnie o tym samym pomyślałam. Nic się nie sprawdzało. Przynajmniej nie na dłuższą metę.
Matti odchrząknął.
– Mam pewien pomysł.
Spojrzeliśmy na siebie.
Mój najstarszy przyjaciel mógłby mieć inną płeć, należeć do innego gatunku magicznych istot i posiadać zupełnie odmienną osobowość, ale w trakcie naszej znajomości wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że coś nas łączyło. Nie wiedziałam do końca, czy w poprzednim życiu nie byliśmy czasami bliźniakami, a może rodzeństwem, ale miałam pewność, że stworzyła się między nami wyjątkowa więź.
Wystarczyło tylko jedno spojrzenie, abym utwierdziła się w przekonaniu, że rozumieliśmy się bez słów.
– Wiesz, co zamierzam powiedzieć – zauważył.
Przytaknęłam.
– Niemal mam pewność, że tak, ale mów.
Następne wypowiedziane przez niego słowa brzmiały dokładnie tak, jak się spodziewałam.
– Musisz pojechać na ranczo.
Uśmiechnęłam się – szczerze, ale bez cienia radości. Jeszcze dwa tygodnie temu na pewno nie zareagowałabym w ten sposób na jego propozycję, wiedząc, z czym to się wiązało. Ale w tym momencie przekonałam się do wszystkich powodów, dla których ranczo pozostawało jedyną rozsądną opcją dla Duncana i dla mnie.
To jednak nieidealne rozwiązanie i z pewnością nie wybrałabym go, gdybym dysponowała kilkoma milionami dolarów na zakup tysiąca akrów ziemi, ale… pogodziłam się z tym, że nigdy nie zdołam sobie na to pozwolić. Życie rzucało mi wystarczająco dużo kłód pod nogi, a ja za każdym razem je omijałam i przeskakiwałam, radząc sobie ze wszystkimi kłopotami.
Może nadszedł czas, abym odwdzięczyła się tym samym. To mój wybór, moja przyszłość i nasze życie.
Gdy zdecydowałam się zatrzymać Duncana, zamiast szukać kogoś, kto mógłby się nim zaopiekować, doskonale zdawałam sobie sprawę, na co się piszę. Nikt nie rozumiał lepiej ode mnie, z jakimi wyrzeczeniami wiązała się opieka nad dzieckiem skrywającym przed samym sobą tajemnice. W ten sposób chciałam się choć odrobinę zrewanżować za okazaną mi życzliwość. Lubiłam wierzyć, że to moje przeznaczenie, jeśli w ogóle jakieś posiadałam.
– Przeczuwałam, że to powiesz – przyznałam, na co on odpowiedział pełnym zadowolenia, niemal triumfalnym skinieniem głowy.
Gdy znało się kogoś prawie tak dobrze jak siebie samego, czuło się swego rodzaju dumę. Przecież przyjaźniliśmy się od prawie trzydziestu lat.
– Czekaj – wtrąciła Sienna, machnąwszy ręką. – Czyje ranczo? O jakim ranczu mówimy?
Spojrzałam zaskoczona na Mattiego, unosząc brew, na co on się skrzywił.
– Mieszkałem tam z Henrim przez kilka lat po śmierci mamy – wyjaśnił wymijająco.
Na wzmiankę o Henrim podniosłam głowę i spojrzałam w sufit.
Przyjaciółka niemal natychmiast zareagowała na jego słowa.
– Nigdy nie opowiadałeś mi o tym okresie swojego życia, Matti – stwierdziła powoli, mrużąc nieco oczy. – Nigdy też nie poruszałam tego tematu, ponieważ wiedziałam, że to dla ciebie bolesny czas, ale teraz odnoszę wrażenie, że umknęło mi coś ważnego.
– To nie jest nic ważnego – podkreślił to słowo – ale nie lubię o tym rozmawiać ze względu na mamę.
Po tym, jak o niej wspomniał, zapadła chwila ciszy. Rzadko o nich mówił, czy to o matce, czy o ojcu. Po chwili odchrząknął.
– Musiałem się przeprowadzić setki mil stąd, żeby zamieszkać z kuzynem, którego ledwo wtedy znałem – miałam wrażenie, że wciąż niewiele o nim wiedział, ale zachowałam tę myśl dla siebie – i musiałem odnaleźć się w nowym życiu, a wcale tego nie chciałem – wyznał szczerze. – Zabroniono mi mówić o ranczu wtedy, kiedy tam mieszkałem, oraz po wyjeździe.
Posłał mi znaczące spojrzenie.
Matti nie potrafił rozmawiać o wielu sprawach dotyczących jednej strony jego rodziny. Niektóre z nich zachował dla siebie, a inne wymknęły mu się przypadkiem podczas rozmowy. Ranczo należało właśnie do tej drugiej kategorii.
Przesunęłam palcami po ustach, udając, że zamykam je na kłódkę, po czym wyrzuciłam wyimaginowany kluczyk za plecy. Nie zdradziłam tej informacji nawet Siennie, choć ta doskonale znała nawet intensywność moich comiesięcznych skurczów menstruacyjnych. Poza tym Matti i tak nie podzielił się ze mną żadnymi cennymi wiadomościami, a przynajmniej tak mi się wydawało.
– Wiedziałaś? – zapytała mnie, a ja przytaknęłam.
– W sumie to niewiele. Powiedział mi o tym przez telefon kilka miesięcy po tym, jak tam pojechał. Od tamtej pory już więcej nie poruszaliśmy tego tematu – wyjaśniłam.
Wiedziałam, że się o to nie obrazi, ale mimo to nie zamierzałam ryzykować.
Nigdy nie kłóciłyśmy się z powodu Mattiego. Nawet jeśli nie zawsze wypowiadałam się o nim jak o najlepszym przyjacielu, ona za każdym razem potrafiła wyczuć, że nie zrodziło się między nami żadne pożądanie. Tak samo wyglądało to w przypadku tego chłopaka i mojej przyjaźni z Sienną. Kochałam ich oboje na swój sposób i równie mocno, a oni odwzajemniali tę miłość.
Najbliższe mi osoby wzięły ślub, czym związały się na całe życie, i dzięki temu mogłam ich widywać razem. Wszyscy na tym zyskaliśmy.
Na szczęście Sienna nie rozczarowała mnie swoją reakcją. Na jej twarzy malowało się zrozumienie, choć na chwilę zmrużyła oczy.
– Okej, ale dlaczego przeprowadzka na ranczo to dobre rozwiązanie? – Pstryknęła palcami. – Chwila! Przecież on ma w Kolorado spory kawałek ziemi i ogromną posiadłość, do której zresztą nigdy nas nie zaprosił. Odziedziczył ją po kimś, prawda? – Znów pstryknęła palcami. – To to ranczo? Tam wtedy mieszkałeś?
Przytaknął.
– Ach. Nie wspominałeś o tym zbyt często, a kilka razy, kiedy widziałam Henriego, był… och. – Nagle wszystko stało się dla niej jasne. – Rozumiem. To tajemnica. Naprawdę ma aż tyle ziemi? Czy to dlatego o tym rozmawiamy? Jeśli on sobie nie życzy, byśmy go odwiedzali, dlaczego miałby pozwolić Ninie się tam przeprowadzić?
Ponownie padło imię Henriego. Miałam pełną świadomość, że Sienna spotkała go kilka razy i uznała go za zdystansowanego, nieprzystępnego i nieco oschłego. To jedna z niewielu wspominek o starszym kuzynie Mattiego, jakie usłyszałam przez ostatnie lata.
Przyjaciel się wyprostował i skupił wzrok na żonie.
– Jest tam tyle ziemi, że od setek lat mieści się tam wioska magicznych istot i nikt im nie przeszkadza. Henri odziedziczył ją po rodzinie ze strony ojca, a więc również ze strony mego ojca. Tylko że tata zrzekł się prawa do majątku, kiedy wyprowadził się na stałe, a ja zrobiłem to samo, gdy też opuściłem to miejsce. Musiałem podpisać odpowiednie dokumenty. Teraz wszystko należy do Henriego i nie mieszka tam sam – dodał beznamiętnie, jakby opisywał podmiejską dzielnicę z billboardem na autostradzie.
Po wyrazie twarzy Sienny się domyśliłam, że nie tylko ja uznałam to wyjaśnienie za nieco naciągane.
– Czy te magiczne społeczności nie są przypadkiem sektami takimi jak komuny?
Każdy, kto miał w sobie choćby odrobinę mitycznego pierwiastka, słyszał o tego rodzaju wspólnotach, szeptano o nich w wąskich kręgach. To miejsca, gdzie magiczne istoty funkcjonowały w czymś w rodzaju gospodarstw na rozległych terenach, tak dalekich od cywilizacji, że większość ludzi nie miała ochoty tam mieszkać ani nawet ich odwiedzać – przynajmniej tak mi tłumaczono. W miejscach tych prywatność nie pozostawała kiedyś zarezerwowana tylko dla wybranych, tak jak teraz.
Mieszkały tam magiczne stworzenia, które pragnęły żyć w pobliżu podobnych sobie, aby nie musieć udawać kogoś innego. Najbliższa taka osada, jaką kiedykolwiek znałam, mieściła się w moim rodzinnym miasteczku, ale nawet tam musiałam częściowo się ukrywać, ponieważ nie żyły tam jedynie magiczne istoty. Nie otoczono jej murami i nikt jej nie ochraniał. Znajdowali się tam wyłącznie ludzie zdolni dochować tajemnicy, którzy potrafili świetnie udawać kogoś innego.
– To nie tak. To… wioska. Część mieszkańców pracuje na jej rzecz, a pozostali za jej granicami. Ale wszyscy mają w sobie magiczną krew i od każdego się oczekuje, że zaangażuje się w funkcjonowanie i utrzymanie.
– W dalszym ciągu brzmi to jak komuna – upierała się Sienna, spojrzawszy na mnie, jakby oczekiwała, że się z nią zgodzę.
I trochę tak to brzmiało, biorąc pod uwagę ograniczoną ilość informacji, jakimi się z nami podzielił.
– Ale to nie komuna – zaprzeczył Matti. – Starają się być tak samowystarczalni, jak to możliwe. Poza tym istnienie tamtych terenów powinno pozostać utrzymywane w tajemnicy. Tak jak żadne z nas nie ujawnia innym ulubionych miejsc na wakacje, żeby nie zaczęli tam przypadkiem jeździć i nie zepsuli atmosfery.
– Skoro jest tam tak wspaniale, to co ci tam przeszkadzało? Dlaczego stamtąd wyjechałeś? – zastanowiła się. – Dlaczego twoi rodzice nie zamieszkali tam od razu?
– Tata uważał, że to zbyt duża odpowiedzialność. Wyjechał, gdy tylko osiągnął odpowiedni wiek. – Przełknął ślinę. – Nie ma w tym miejscu niczego złego, ale mieszkając tam, nigdy nie czułem się jak w domu, mimo że lubię to miasteczko. W pobliżu znajduje się mała osada zamieszkana przez wielu ludzi takich jak my, ale… – Wzruszył ramionami. – Tamtejsi mieszkańcy cenią sobie prywatność i nie chcą, by obcy nieustannie się tam wprowadzali i zakłócali ich spokój.
– Czyli nie są zbyt przyjaźnie nastawieni – mruknęła Sienna, rzucając mi kolejne spojrzenie.
– W miarę.
Roześmiałam się.
– Mówisz o tym w taki sposób, że zaczynasz mnie zniechęcać, a przecież to twój pomysł.
– Przysięgam… – Matti westchnął, ale szybko się opanował. – Chodzi o to, że to odosobnione miejsce, a Nina i Duncan pozostawaliby tam otoczeni ludźmi, którzy prawdopodobnie okazaliby im więcej zrozumienia niż ktokolwiek gdziekolwiek indziej. To najbezpieczniejszy teren, jaki można znaleźć, bo każdy pragnie żyć tam w spokoju i w tajemnicy. To naprawdę ogromna posiadłość. – Zawahał się, po czym wypuścił powietrze. – Można tam biegać, ile się tylko chce, i nadal pozostać w obrębie granic. Wtedy nigdzie nie czułbym się szczęśliwy, ale tam mogłem pozostać sobą.
Wyparłam z pamięci tamten okres, kiedy wyjechał po śmierci mamy. Pewnego dnia, gdy akurat miałam zajęcia, przyjechał po niego kuzyn Henri i gdy wróciłam do domu, już nie zastałam przyjaciela. Spakował wszystkie swoje rzeczy, a dom wydawał się praktycznie opuszczony. Potem utrzymywaliśmy kontakt wyłącznie przez komunikator. To za jego pośrednictwem w skrócie wyjaśnił, że kuzyn przejął nad nim opiekę i że od tej pory mieszka z nim w Kolorado.
Prawie się wtedy załamałam. Matti najpierw stracił ojca w tragicznym wypadku samochodowym, potem matkę, a na końcu sam zniknął. Każda z tych strat nastąpiła nagle i nikt się jej nie spodziewał.
Od tamtej pory przyjaciel kontaktował się ze mną tylko raz w miesiącu i nigdy nie zdradzał szczegółów dotyczących miejsca pobytu, bez względu na to, jak bardzo go o to prosiłam. Doszło jednak do pewnej rozmowy i to podczas niej wyjawił mi więcej, niż powinien. A przez kolejne lata niechętnie wracał do tego tematu, unikał go za wszelką cenę, a ja już nigdy więcej nie poruszyłam tej kwestii. Gdyby chciał to przegadać, to mógłby to zrobić w każdej chwili.
Ale się nie zdecydował.
– Większość mieszkańców ma w sobie krew Amaroka lub żelaznego wilka.
Sienna wyraźnie się ożywiła na wzmiankę o swoim dziedzictwie żelaznego wilka. W końcu nie pozostało ich już zbyt wielu. Sam Matti stanowił mieszankę Amaroka ze strony ojca i meksykańskiego wilka ze strony matki. Identycznie jak moi rodzice.
– Wiesz, że wilkołaki kochają dzieci bez względu na to, jakie są – kontynuował.
Oboje znaliśmy to z własnego doświadczenia. Ale nie musiał mnie namawiać, ponieważ już wcześniej przekonałam się do tej społeczności i do rancza.
Mimo to na samą myśl o tamtym miejscu czułam ucisk w piersi. Od lat nie mieszkałam wśród ludzi takich jak my, a właściwie odkąd wyprowadziłam się z domu rodziców, gdy w końcu przeszli na emeryturę. Spośród wszystkich znanych sobie miejsc wyłącznie dom rodzinny stanowił dla mnie bezpieczną przystań. Zdawałam sobie doskonale sprawę, jak wielkie miałam szczęście, dorastając wśród osób, z którymi się dogadywałam.
Teraz wiedziałam, że istniały stworzenia potrafiące wzbudzić u innych przerażenie samym swoim zapachem lub energią drzemiącą w ich ciałach. Celowo dotknęłam bransoletki na nadgarstku.
Bycie inną to coś niezwykle trudnego, niezależnie, co o tym mówiono.
– To wcale nie jest zły pomysł, kochanie – stwierdziła Sienna, po czym ponownie pstryknęła palcami, wskazując na Mattiego.
– Nigdy nie miewam złych pomysłów – odparł.
Spojrzała na mnie i obie się skrzywiłyśmy.
– Jasne – mruknęłam, a zaraz po tym zachichotałam.
Przyjaciółka pochyliła się w moją stronę i przybiłyśmy sobie piątkę. Zaraz znów na siebie zerknęłyśmy, zaśmiałyśmy się i zrobiłyśmy to ponownie.
Uwielbiałam ją.
Jej facet nas zignorował.
– Coś, o czym wspominał Henri, gdy ostatnio się widzieliśmy, sprawiło, że pomyślałem, iż mogą tam mieszkać sasquatche1…
Zaintrygował mnie tym.
– Powiedziałeś sasquatche?
Matti skinął głową, jakby nawiązanie do wielkich, owłosionych, mitycznych stworzeń nie wydało mu się niczym niezwykłym.
W sumie dla niego pewnie tak to wyglądało – w końcu sam był dużą, włochatą istotą rodem z ludowych opowieści.
Potem powiedział coś, co przekonało mnie najbardziej.
– Wiesz, jak wilki traktują osoby uznane za członków watahy.
Wiedziałam o tym z własnego doświadczenia, bo przecież zostałam adoptowana i wychowana przez dwie najlepsze jednostki z ich grona. Nocami nie mogłam spać, ponieważ marzyłam, by stać się taka jak oni, mimo że nikt nigdy nie dał mi odczuć, że bycie inną to coś gorszego. Rodzice próbowali mnie przekonać, że mam naprawdę ogromne szczęście, że jestem tak wyjątkową osobą – jakbym wtedy rozumiała, co to w ogóle znaczyło. Bardzo za nimi tęskniłam, ale myśl o nich przypomniała mi o obowiązku.
Wiązało się to z robieniem tego, co oni – dokładaniem wszelkich starań, aby zapewnić jak najlepszą opiekę dziecku, może nie biologicznemu, ale traktowanemu jak własne, i to pod każdym względem.
Wiedziałam, że to oznaczało przeprowadzkę do miejsca, gdzie żyła spora populacja wilków. One nie miały nic przeciwko mnie i mojemu zapachowi. Większości z nich moja obecność nie przeszkadzała, ale wilkołaki cechowała taka opiekuńczość, zaborczość i przywiązanie do rodziny, jak przedstawiały to książki i filmy. Zwłaszcza w stosunku do dzieci i członków rodziny. Większość scenarzystów trafnie uchwyciła tę kwestię.
Na świecie istniały gorsze rzeczy niż grupa istot, która wzięła na siebie odpowiedzialność za wychowanie wszystkich młodocianych w swoim otoczeniu jak własnych.
– Nie wypowiedziałeś jeszcze słowa „ale” – zwróciłam się do Mattiego. – Powiedz jej.
Sienna się rozpromieniła.
– Istnieje jakieś „ale”? O co chodzi? Czy trzeba ogolić głowę, żeby tam zamieszkać? Czy może składać ofiary ze zwierząt? Nie mów, że są poligamiczni. Bo szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie ciebie z kilkoma żonami naraz.
Spojrzałam na przyjaciela. Uśmiechnął się, a ja to odwzajemniłam.
– Miałem właśnie o tym wspomnieć. – Brzmiał tak niepokojąco, że aż poczułam ulgę, wiedząc, co zamierza za chwilę oznajmić. Skierował wzrok na swoją partnerkę. – Musiałaby dołączyć do stada. Nie pozwolą jej tam zamieszkać bez zobowiązań. To dzięki temu tak długo utrzymywali swoje istnienie w tajemnicy i to też jeden z głównych powodów, dla których co chwilę nie przybywają tam nowe istoty, pragnące się osiedlić.
Zmarszczyła brwi.
– O jakim zobowiązaniu mówimy? To chyba nic strasznego, skoro od czasu do czasu nadal widujesz się z Henrim. Nie przetrzymują go tam chyba jako zakładnika, prawda?
– Myślisz, że ktoś mógłby trzymać Henriego w niewoli? – zapytał z drwiną.
Jeśli był taki, jak go zapamiętałam, nie wróżyło to niczego dobrego. Wspomnienia o nim przechowywałam w głębi umysłu, z dala od pozostałych myśli. Większość nie budziła żadnych emocji, część miała pozytywny wydźwięk, ale zdarzały się również te sprawiające mi ogromny ból. O tych ostatnich nie mogłam zapomnieć, dopóki nie dorosłam na tyle, by móc je zaakceptować i zrozumieć, dlaczego kuzyn Mattiego postąpił tak, jak postąpił.
Sienna się zaśmiała, po czym wzruszyła z aprobatą ramionami.
– Zatem gdzie jest haczyk?
Matti znów rzucił mi ukradkowe spojrzenie, jakby chciał się upewnić, że jestem gotowa na jego odpowiedź.
Uśmiechnęłam się do niego, bo doskonale wiedziałam, z czym to się wiązało. Ten haczyk wielkości tuńczyka nie dawał mi spać po nocach. Zastanawiałam się, czy potrafiłabym to zrobić. Czy moja miłość do Duncana sięgała tak daleko, że poświęciłabym dla niego wszystko?
A jeśli zgadzając się, nie udowodniłabym całemu wszechświatowi, jak bardzo go kochałam, to nie wiedziałam już, jak inaczej mogłabym to zrobić.
W oczach Mattiego dostrzegłam iskierkę radości, gdy w końcu oznajmił coś, co zdołałoby odwieść mniej zdeterminowaną osobę od przeprowadzki na tajemnicze ranczo.
– Nina będzie musiała wyjść za mąż.
– Powinniśmy jeszcze raz omówić plan?
Trzymając ręce na kierownicy, zerknęłam przez ramię i zobaczyłam Siennę oraz Duncana wtulonych w siebie na tylnym siedzeniu mojego samochodu. Przyjaciółka trzymała w ręku czerwony gryzak, którego wcześniej nie widziałam, a szczeniak zawzięcie go gryzł. Najsłodsze w tym wszystkim wydawało się to, że razem wyglądali tak, jakby nie chcieli znajdować się nigdzie indziej. Kilka godzin temu to Matti siedział z tyłu, a Duncan leżał rozciągnięty na jego klatce piersiowej – obaj spali, głośno chrapiąc. Sienna nagrała ich wtedy telefonem, chichocząc pod nosem.
Wyjątkowo mnie to rozczuliło. Dunky kochał znajdować się w centrum uwagi i uwielbiał, gdy okazywano mu miłość, a moi przyjaciele odwzajemniali jego uczucia. Istniało takie powiedzenie, że do wychowywania dziecka potrzeba całej wioski, i w pewnym stopniu uświadomiłam sobie, jak dużo dało się odnaleźć w tym prawdy.
Dlatego właśnie tego samego wieczoru, kiedy się do nich udaliśmy, oznajmiłam, że chciałabym zabrać swojego pupila na ranczo. Sam fakt, że nie zaprotestowali ani nie zaproponowali, żebym przeprowadziła się bliżej i wychowywała go wraz z nimi, świadczył sam za siebie. To nie miało prawa się udać, nie bylibyśmy bezpieczni. Nie zdziwiło mnie więc, kiedy Sienna szturchnęła mnie w ramię, a Matti oświadczył:
– Napisałem już do Henriego.
Dwa dni później wpakowaliśmy się w czwórkę do pickupa i ruszyliśmy w drogę przez kolejne stany, ciągnąc za sobą przyczepę kempingową. Jechaliśmy przed siebie, co kilka godzin zmienialiśmy się za kierownicą i pokonywaliśmy kolejne mile między Chicago a miejscem w Kolorado, dokąd zmierzaliśmy. Matti wprowadził do nawigacji współrzędne geograficzne. Skoro ta społeczność rzeczywiście pozostawała tak cicha i odizolowana, jak twierdził, to dlaczego posiadała prawdziwy adres?
Ku mojemu zaskoczeniu fakt, że mieszkańcy tego miejsca podejmowali tak ekstremalne środki bezpieczeństwa, sprawił, że od razu poczułam się dużo spokojniejsza.
Nie miałam pojęcia, jak im się to udawało, ale uznałam, że dowiem się wszystkiego, gdy dotrzemy do celu… za piętnaście minut, jeśli wierzyć aplikacji. Nie zamierzałam się denerwować. Pozwolą nam zostać albo nie, a jeśli tak się stanie, to zawsze mogę znaleźć kogoś, kto pragnął rodziny na tyle, by poślubić nieznajomą… kogoś takiego jak… albo nie.
Matti przypomniał, że to nie pierwszy ani ostatni raz, gdy ktoś zrobił coś takiego tylko po to, by tam zamieszkać.
Jeśli istniało miejsce na świecie, gdzie poślubienie praktycznie nieznajomej osoby nie budziło żadnych zastrzeżeń, to z pewnością było to ranczo jego kuzyna.
Ale w miarę jak przydrożne drzewa rosły coraz gęściej, a ich wiecznie zielone korony stawały się coraz wyższe i szersze, wszechobecny zapach magii wypełnił kabinę z taką intensywnością, że pomimo włączonej klimatyzacji zaczęłam się zastanawiać, dokąd właściwie jedziemy. Przyjaciel ostrzegał, że tutejsza magia jest wyjątkowo silna, ale myślałam, że jak zawsze przesadzał. Przecież to ten facet opowiadał mi o pająku znalezionym w męskiej toalecie na stacji benzynowej, rozkładając ręce na szerokość trzech stóp. Z trudem skupiałam się na prowadzeniu, powstrzymywałam się, żeby nie zjechać na pobocze i nie wystawić głowy przez okno.
Jeśli zauważył, jak mocno ściskałam kierownicę, to nie dał tego po sobie poznać.
– Nina? – Głos przyjaciela wyrwał mnie z zadumy i odciągnął uwagę od magicznej scenerii za oknem.
Siedział na przednim siedzeniu pasażera od czasu ostatniego postoju, kiedy to zamieniliśmy się miejscami, żeby mógł zjeść hot doga – pomimo tego, że wręcz błagałam jego oraz Siennę, by ich nie kupowali, to i tak to zrobili.
Samo patrzenie na ten posiłek sprawiło, że czułam się tak, jakbym miała za chwilę zwymiotować.
Poluzowałam uścisk na kierownicy.
– Nie, nie musimy znów omawiać planu. Wszystko pamiętam. – Rozmawialiśmy o nim już dwa razy, ale miałam świadomość, że to może być nasza jedyna szansa. – Gdy dotrzemy już na miejsce, to ty z nimi porozmawiasz. Zostawię bransoletkę na nadgarstku, dopóki nie poproszą, żebym ją zdjęła, i tak samo zrobimy z obrożą Duncana.
To nie wydawało się aż tak skomplikowane, ale… dość ważne. To, czy zostaniemy zaakceptowani, zależało od wielu czynników, na które tak naprawdę nie miałam żadnego wpływu, co bardzo mnie irytowało.
Albo nam się uda, albo nie – nie istniała inna możliwość.
Ponownie ścisnęłam kierownicę.
– Nie odwiedziłeś kuzyna, odkąd się wyprowadziłeś? – zapytałam, nie mogąc sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wspominał o powrocie na tereny, gdzie spędził kilka nastoletnich lat.
– Nie, nie pojawiłem się tu od wyprowadzki po osiemnastce. Nic mnie tutaj nie trzymało, poza Henrim oczywiście – oznajmił. – Większość dzieciaków dorastających na ranczu w końcu je opuszcza. Niektóre wracają po czasie, ale większość już nie. Przynajmniej tak to wyglądało kiedyś. Dorastasz tutaj, chcąc zobaczyć świat, a potem wracasz lub nie.
– A ty nie wróciłeś. – Dokładnie tak samo, jak jego tata.
– Nie ma szans.
Zaśmiałyśmy się z Sienną.
– Wiem, że nie znasz udogodnień związanych z dostawą jedzenia i wysyłką następnego dnia, ale to naprawdę świetna sprawa – wyjaśnił. – Gdy Henri po raz pierwszy zabrał mnie do Denver, doznałem prawdziwego szoku.
– Dostawa następnego dnia. – Westchnęłam z rozbawieniem. – Jesteś po prostu za bardzo rozpieszczony. Tam, gdzie dorastaliśmy, najbliższa sieć fast foodów znajdowała się w odległości trzydziestu minut drogi. Nie mówiąc już o tym, że w naszym małym miasteczku znajdowały się tylko dwie stacje benzynowe.
– Tak, ale właśnie dlatego uważam, że świetnie sobie tu poradzisz – stwierdził, jakbym miała jakieś inne wyjście.
O ile tylko nie zostanę znienawidzona od pierwszego wejrzenia, pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos.
Matti sięgnął za konsolę i mogłam się tylko domyślać, że głaskał Duncana albo obmacywał Siennę.
– Wszystko będzie dobrze. – Brzmiał tak, jakby naprawdę w to wierzył. – A jeśli nie, to coś wymyślimy, znajdziemy inną społeczność. W tej chwili mogę wziąć tylko kilka dni wolnego, bo mam ważne spotkanie i nie mogę go odwołać, ale za dwa tygodnie możemy spróbować opracować nowy plan. Niedawno dotarła do mnie pewna plotka, że istnieje takie miejsce na Alasce…
To przebudziło w mojej głowie dawno zapomniane wspomnienie, ale pochyliłam się, zanim zdążyłam się nad nim zastanowić. Coś przemknęło w oddali, przeskakując przez jezdnię. Z całą pewnością nie wyglądało to jak jeleń.
Mrugnęłam kilka razy i spojrzałam w to samo miejsce, pewna, że sobie tego nie wyobraziłam. Po chwili coś innego przebiegło przez drogę – znacznie mniejsze i bardziej puszyste.
– Matti… – zaczęłam.
Przestał opowiadać o Alasce.
– Tak?
– Przysięgam, że właśnie widziałam małego centaura.
Przechylił się w stronę okna pasażera, skupiając uwagę na lusterku bocznym.
– Nie tam, przed przednią szybą. – Zwolniłam, zdejmując nogę z gazu, gdy obok przebiegło coś jeszcze bardziej puchatego, białego i czworonożnego. Wskazałam na to palcem. – Jestem prawie pewna, że mały centaur i dwa wilczki właśnie przebiegły przez drogę. – Sprowadziłam pickupa i przyczepę na pobocze, po czym wrzuciłam na luz.
Panował dość znikomy ruch, odkąd zjechaliśmy z drogi powiatowej. Wszędzie znajdowały się znaki informujące nas, że właśnie wjeżdżamy w ślepą ulicę i że nie prowadzi ona do lasu państwowego, ale…
Kumpel już odpinał pas.
– Pewnie nie powinny tak biegać w środku dnia, co? – zainteresowałam się, również odpinając pas.
Pokręcił głową i chwycił za klamkę.
– Nie, nie powinny.
Odwróciłam się i spojrzałam na Duncana. W dalszym ciągu leżał na Siennie, a jego długie uszy dotykały jej kolana. Sprawiał wrażenie bardzo czujnego i skupionego. Ogarnęła mnie ogromna ulga, gdy w końcu obudził się w ich mieszkaniu. Miał jasne oczy i zachowywał się jak zwykle, nie odgrywając już roli śpiącej królewny.
– Si, zostaniesz z nim, a ja pomogę Mattiemu znaleźć te dzieciaki?
Przytuliła mojego małego przyjaciela, otwierając szerzej jasnozielone oczy.
– Maluch będzie ze mną bezpieczny, ale wyjdziemy z auta i usiądziemy w pobliżu drzew. Widziałam za dużo filmów w internecie, jak ludzie zostają potrąceni przez inne samochody, kiedy parkują na poboczu. Owinę go kocem i schowam pod kurtką.
Posłałam im buziaka, chwytając za klamkę.
– Zaraz wracam.
Ale w chwili, gdy wysiadłam z auta, zamarłam.
Wow, pomyślałam, nabierając w płuca świeżego powietrza przesyconego magią. To było… wow. Uczucie łudząco podobne do gęsiej skórki, ale odczuwalne wewnątrz ciała. Odniosłam wrażenie, jakbym poczuła ulubiony zapach, tyle że znacznie lepszy.
Matti już czekał. Wziął głęboki wdech, obracając głową to w jedną, to w drugą stronę, po czym przechylił ją w lewo. Próbował znaleźć biegające maluchy, nie rozkoszował się otaczającą nas scenerią tak jak ja. Czyżby magia nie działała na niego tak samo? Przecież miał zmysł węchu sto razy lepszy od mojego…
– Pobiegły w tę stronę. – Wskazał palcem. – Jak młodo wyglądały?
Przeszliśmy przez utrzymaną w dobrym stanie drogę i zatrzymaliśmy się przy ogrodzeniu sięgającym mi do klatki piersiowej. On bez trudu je przeskoczył, choć miał na sobie nieskazitelnie czyste buty sportowe, niewyglądające na zbyt wygodne, oraz spodnie, według mnie w kolorze khaki, choć on uparcie twierdził, że mają barwę toffi, cokolwiek to oznaczało. Wzdłuż ogrodzenia wisiały tabliczki z napisem „Wstęp wzbroniony”, a jeszcze na innej widniała informacja, że teren został objęty całodobowym monitoringiem. Trudno. Obrzuciłam wzrokiem siatkę, po czym wyciągnęłam ręce w kierunku Mattiego stojącego po drugiej stronie. Chwycił mnie i wziął na siebie większość mojego ciężaru, a ja wspięłam się po ogrodzeniu, jak po chybotliwych schodach, i w końcu dostałam się na samą górę, po czym zeskoczyłam na ziemię. Na szczęście przyjaciel złagodził mój upadek.
– Ten centaur chyba wyglądał jak chłopiec? Może był wielkości małego jelonka? Nie wiem… Wydaje mi się, że miał tylko dwie nogi, ale wszystko działo się tak szybko, że nie mam pewności. A te wilki… jeden z nich był nieco większy od Duncana, a drugi wydawał mi się jeszcze większy. – Wiedziałam, że nie podałam mu zbyt szczegółowego opisu, ale wszystko potoczyło się tak błyskawicznie, że nie miałam szansy lepiej im się przyjrzeć. Nie spodziewałam się od razu zobaczyć biegających po okolicy magicznych istot.
Zmarszczył brwi, ale zaraz skinął głową, nadymając nozdrza.
– A to ci dopiero nieustraszone dzieciaki.
– Prawda? Kto o tej porze wyrusza na poszukiwanie przygód z dala od domu? – Posłałam mu znaczące spojrzenie, na co odpowiedział uśmiechem.
Robiliśmy tak wiele razy – niemal w każdy weekend, zanim się wyprowadził.
– Wyglądali na zbyt młodych, by błąkać się po okolicy sami… – Przerwałam i się roześmiałam. – Brzmię jak hipokrytka, ale przecież byłeś większy od nich, kiedy wyruszaliśmy na takie wyprawy, nie mówiąc rodzicom, dokąd się wybieramy.
Śmiech Mattiego należał do najbliższych mojemu sercu dźwięków na świecie.
– Gdyby tylko chcieli, mogliby nas znaleźć, a jedynym zagrożeniem w tamtym czasie pozostawały węże. Teraz można natrafić na coś jeszcze, co może zrobić tym dzieciakom krzywdę. – Spojrzał na mnie. – Tereny przylegające do osady zostały ogrodzone. Nie powinni zapuszczać się tak daleko.
Skąd ta nagła zmiana decyzji?
Ale przecież żadne miejsce nie gwarantowało całkowitego bezpieczeństwa. Nie zamierzałam się tym przejmować.
– Matti, magia tutaj jest taka… – Wzięłam kolejny głęboki wdech.
Nie potrafiłam jednoznacznie stwierdzić, jak pachniało tutejsze powietrze ani tym bardziej, jakie wywoływało we mnie uczucie.
Przyjaciel już nieraz próbował mi wyjaśnić, w jaki sposób odbiera otaczające nas zapachy, ale brzmiało to jak próba wytłumaczenia skomplikowanych zagadnień z fizyki, kiedy w szkole z trudem radziłam sobie z jej podstawami.
– Powietrze przesycają intensywne nuty zapachowe i pachnie naprawdę bajecznie. – Włoski stanęły mi na ramionach.
Aromat pozostawał nieskazitelny i cudowny, aż dreszcz przeszedł mi po plecach.
– Niektórzy starsi mieszkańcy twierdzili, że w okolicy spadł fragment meteorytu.
Spojrzałam na niego zaskoczona, choć nie tak do końca.
– Są tu miejsca wyglądające i sprawiające wrażenie, jakby nie pochodziły z tego świata. Sama zobaczysz. – Wskazał w prawo i ruszyliśmy w tamtym kierunku.
Właśnie w tej części lasu, odczuwając wszechobecny niewidzialny wpływ… zrozumiałam, o czym mówił. Jakiś czas temu zatrzymałam się z Duncanem w Dakocie Południowej i tamto miejsce również wydało mi się wyjątkowe. Ale obecna tam magia nie dorównywała tutejszej.
Wzięłam kolejny głęboki wdech, a przez moje ciało przebiegł dreszcz.
– Podoba mi się – szepnęłam, zerkając na potężne konary drzew nad nami, a Matti szturchnął mnie w ramię.
Nie miałam pewności, jak powinnam zareagować na jego delikatny uśmiech. To uczucie towarzyszyło pewnie wszystkim bohaterom filmów science fiction, odkrywającym nową planetę – zachwyt, ostrożność i być może nutka nadziei.
Przyspieszyliśmy kroku, a ja starałam się nasłuchiwać jakichkolwiek odgłosów, ale okazało się to praktycznie niemożliwe, ponieważ ptaki w koronach drzew ćwierkały tak głośno, jakby chciały zagłuszyć wszystko wokół. Właśnie przekroczyliśmy wąski strumyk, kiedy Matti położył mi dłoń na ramieniu i ponownie wskazał przed siebie.
Tuż przed nami znajdowały się dwa futrzaste szczenięta i coś, co mogło być małym centaurem… albo czymś w rodzaju koziej wersji centaura. Nie mogłam sobie w tej chwili przypomnieć dokładnej nazwy, ale to nie miało żadnego znaczenia, ponieważ te trzy istotki stały w półkolu, a nad nimi górowało stworzenie wyglądające jak… no cóż… jak potwór z bagien?
Dzieci kuliły się ze strachu i nie potrzebowałam zmysłu węchu przyjaciela, żeby stwierdzić, że ogromnie się bały.
Spojrzałam na Mattiego, a on zmarszczył brwi, gdy zielony stwór warknął:
– Jesteście zbyt daleko od domu, dzieci, i zdecydowanie nie osiągnęłyście odpowiedniego wieku, żeby tak bardzo oddalać się od opiekunów, prawda? – Bestia wykrzywiła usta w przerażającym uśmiechu rodem z najgorszego koszmaru dentysty, odsłaniając ostre, brudne zęby, wymagające porządnego czyszczenia i prawdopodobnie aparatu ortodontycznego.
– Znajdujesz się… na naszej ziemi – odparł centaur, albo koza, głosem tak dziecinnym, jak sobie wyobrażałam.
Brzmiał niepewnie, przechodząc raz w nieco głośniejszy, raz w cichszy szept z każdym wypowiedzianym słowem. Nie wyglądał na małe dziecko jak Pączek, ale moim zdaniem nie osiągnął jeszcze nastoletniego wieku.
– Na waszej ziemi? – zapytało bagienne stworzenie, a jego złowieszczy śmiech sprawił, że poczułam się dość nieswojo.
To nie strach, ale raczej obrzydzenie i chęć trzymania się od niego z daleka. Miało ludzką sylwetkę, mierzyło co najmniej sześć stóp i posiadało coś, co uznałam za włosy – bardzo długie i prawdopodobnie od kilku lat nie widziały szczotki ani szamponu. Wyglądem przypominały wodorosty lub oślizgłą trawę i przyklejały mu się do policzków oraz ciała, a chropowata skóra bestii mieniła się różnymi odcieniami zieleni.
Czy to coś miało na sobie długą spódnicę?
Przez lata studiowałam mitologię, ale nie potrafiłam sobie przypomnieć ani jednej zielonoskórej istoty.
Najmniejsze ze szczeniąt – to o białej sierści – rzuciło się w kierunku dziwnego stwora, szczerząc zęby i z warczeniem strosząc sierść wzdłuż grzbietu. Przewyższało Duncana, który wciąż nie osiągnął pełnych rozmiarów, ale, na Boga, to maleństwo zdawało się w ogóle nie przejmować, że stanęło naprzeciwko bestii około sto razy większej od siebie. Odważne wilczątko kompletnie oszalało.
Bagienna kreatura nie wydawała się jednak pod wrażeniem – pochyliła się tylko, warknąwszy w stronę napastnika z przerażającym rykiem.
Szczeniak, ogarnięty szaleństwem, w ogóle się tym nie przejął. Ponownie ruszył w stronę kreatury, obnażając jeszcze więcej zębów i wykazując się wielką determinacją. Wściekał się, a jednocześnie wyglądał naprawdę uroczo.
Miałam ochotę go przytulić i pogratulować brawury. Wykazywanie się odwagą wcale nie należało do łatwych zadań. Stawanie w obronie swojej i cudzej godności nie przychodziło większości ludzi naturalnie, w tym i mnie. Z tego też powodu nadal bolał mnie kark.
– Najpierw zjem ciebie – warknął zielony stwór.
