Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
432 osoby interesują się tą książką
UDAWAJ, ŻE ZARĘCZYŁAŚ SIĘ Z KRÓLEM LODU, BY WCIĄGNĄĆ WROGA W ZASADZKĘ.
PO UJĘCIU NIEPRZYJACIELA ZERWIJ ZARĘCZYNY.
CO MOŻE PÓJŚĆ NIE TAK?
Gdybym była śmiertelna, epitafium na moim nagrobku brzmiałoby: „Tu spoczywa Isla Ríhbiadh, najdroższa córka Fallon i Lorcana, księżniczka koronna Luce, gamoń jakich mało”. Na szczęście jestem nieśmiertelną zmiennokształtną oraz czarownicą, więc niezliczone potknięcia nie doprowadziły do mojego przedwczesnego zgonu. Jeszcze.
Kiedy po kolejnej gafie ląduję w prywatnej saunie nagiego i nadzwyczaj drażliwego króla Faerie, obawiam się, że ten Glaceńczyk o szpiczastych uszach pogrzebie moje zwłoki głęboko pod twardym lodem. Tymczasem on proponuje mi małżeństwo.
Nasze zaręczyny to czysto strategiczne posunięcie. Mają stanowić jedynie element zasadzki na nienawidzących zmiennokształtnych wrogów króla Konstantina. On nie szuka miłości, a ja nie zamierzam zakochać się w mężczyźnie, który nie jest mi przeznaczony. Tworzymy więc jedynie solidny sojusz.
Oczywiście, byłam głupia, że w ogóle tak pomyślałam. Przecież nic, co robię, nie idzie po mojej myśli. To, co z początku wydaje się przyjacielskim fortelem, stopniowo przeobraża się w niebezpieczną grę – taką, w której zacierają się granice między intrygą a pożądaniem, między dziecięcymi fantazjami a realiami dorosłości, między Królem Lodu a mną.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 704
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: House of Burning Frost
Copyright © Olivia Wildenstein 2025
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Katarzyna Chybińska, Natalia Szoppa, Aleksandra Płotka
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
Projek okładki: Olivia Wildenstein
Ilustracje: naarielart
ISBN 978-83-8418-678-7 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Oś czasu
Ostrzeżenie o treści
Glosariusze
Przedsłowie
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Rozdział 53
Rozdział 54
Rozdział 55
Rozdział 56
Rozdział 57
Rozdział 58
Rozdział 59
Rozdział 60
Epilog
Podziękowania
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Ta historia ma miejsce dwadzieścia pięć lat po Bitwie o Kocioł.
• przekleństwa
• opisy seksu
• brutalne sceny
• mnóstwo krwi (nie tylko tej używanej do rzucania czarów)
• bezpłodność o źródle magicznym
• wzmianka o przymusowej aborcji
• śmierć ukochanej osoby (i znacznie więcej śmierci osób niekochanych)
GLOSARIUSZ GLACEŃSKIEGO
Atsa – Ojciec
Dadulya – dziadek
fay – fae
kohanosh (ko-ha-nosz) – moja miłości
kryl (kril) – skrzydło
krylaya (kri-laja) – uskrzydlony/a
Matsi – Matka
Matsenka – Mama
moya (mo-ja) – moja
muzha (mudża) – mąż
spahte (spa-teh) – przeznaczony/a
vryna (vri-na) – wrona
xhina (szina) – żona
yegma (jegma) – wiedźma
zah’jeen (za-dżean) – za życie (toast)
GLOSARIUSZ WRONIEGO
ah’khar (uh-kałr) – ukochany/a
annos dòfain (ałnos duffen) – deprymujący dupek
Dádhi (dadżi) – Ojciec
khráach (krał-ok) – drogi/a
laenath (lanoff) – maleńka
mach (mok) – syn
Mádhi (madżi) – Matka
mo – moja/mój/moje
mo khrá (mo krał) – moja miłości
mo khroí (mo kri) – moje serce
Príona – Księżniczka
Seanair (szo-ner) – dziadek
Shoshair (szo-szer) – babcia
GLOSARIUSZ SHABBIŃSKIEGO
batee – córka
Jaytah(dżei-ta) – dziadek
Mahananda Yudh (Mahananda Ju’d) – Bitwa o Kocioł
Taytah(tai-tah) – babcia
tendu – dziki shabbiński tygrys
yudh(ju’d) – bitwa
ZANIM ROZPOCZNIESZ LEKTURĘ…
Przez wiele miesięcy moja najmłodsza córka miała problemy z czytaniem na poziomie swoich rówieśników, ponieważ jej mózg nie potrafił przetworzyć obrazów przesyłanych przez oczy. Dopiero po niemal roku została u niej zdiagnozowana dysleksja.
Chociaż ta przypadłość ma wiele różnych form, to jedno pozostaje niezmienne: to nie ułomność. Zwyczajnie w takiej sytuacji inaczej postrzega się słowo pisane.
Estée, mój maleńki promyczku, jesteś bardzo mądrym dzieckiem oraz inspiracją dla każdego, kto Cię zna. Przepraszam za te wszystkie chwile, kiedy straciłam przy Tobie cierpliwość, zanim zrozumiałam, jak poskręcane pozostawały według Ciebie litery.
Informacja dodatkowa: przypadłość Isli luźno opiera się na tej, którą ma moja córka, wciąż jednak pozostaje fikcyjna i dlatego też nie nadałam jej nazwy.
KONSTANTIN
Powiewem wiatru przywołanym z dłoni z hukiem otwieram drzwi komnaty, a potem zrywam z głowy glaceńską koronę, wyszarpując ją spomiędzy poplątanych kosmyków włosów i rzucam ją na biurko w gabinecie. Prawie zawadzam przy tym ręką o śliczną blond głowę młodszego brata.
To platynowe monstrum wysadzane diamentami w kolorze chłodnego błękitu, które tak rzadko zakładam, lśni w promieniach słońca wpadających przez świetlik z kopułą.
Ilya się nachyla i kładzie palce na insygnium, żeby je przytrzymać.
– Wystarczy jedno słowo, a przyjmę na siebie ten ciężar, bracie.
Nie reaguję na te słowa. Moją uwagę wciąż zaprzątają myśli o wykolejonym wagonie oraz zgaszonych przez to życiach. Choć doradcy zapewniali, że mogłoby być gorzej, to i tak zginęło szesnaście osób.
Szesnaście niewinnych ludzi.
Szesnaście straconych dusz.
Szesnaście rodzin w żałobie po kimś bliskim.
Wysłałem im złoto oraz odręcznie napisane przeprosiny, lecz żadna ilość monet ani słów nie zwróci im tego, co utracili.
Kiedy Ilja przechyla głowę, kosmyk sięgających pasa włosów wysuwa się zza jego szpiczastego ucha.
– To słowo brzmi: „abdykuję”.
Do gabinetu wchodzi mój generał Salom i prychając, zamyka za sobą drzwi.
– Gdybyś nie był mi tak drogi, Ilyusha… – Opadam na krzesło za biurkiem. Garnitur z miękkiej wełny staje się teraz dla mnie bardziej jak zbroja aniżeli strój uszyty z najbardziej luksusowego materiału tkanego w Glace. – W mgnieniu oka skorzystałbym z twojej propozycji.
Mój przyrodni brat przenosi wzrok ze mnie na Saloma, a potem znów spogląda mi w oczy, by wreszcie zapytać:
– Co wydarzyło się tym razem?
– Wykolejenie. Znowu – informuje go generał, dzięki czemu ja nie muszę wypowiadać tych słów.
Lekki uśmiech znika z twarzy mężczyzny.
– Ilu zmarło tym razem?
– Szesnastu. – Rozpinam marynarkę, próbując przynieść ulgę ściśniętym płucom. Jednak na próżno.
W przeciwieństwie do doradców Ilya nie wygłasza bez przekonania frazesów, że mogło być znacznie gorzej. Nie wspomina też o tym, że za rządów mojego ojca było naprawdę źle, ponieważ podczas Wielkiego Przekopu odnotowano tysiące zgonów.
Mimo że większość śmierci miało miejsce w trakcie budowy kolei, to w ostatnich miesiącach straciliśmy ponad sto osób, chociaż wciąż inwestuję mnóstwo złota w konstruowanie solidniejszych szyn oraz nowocześniejszych obręczy.
– Volkov stworzył projekt wagonów – przypominam Salomowi.
Projektant sań przemierzył całe królestwo, by zgłosić ojcu swoją kandydaturę. Lecz Atsa ledwo rzucił na nią okiem i zamiast go wybrać, zawarł kontrakt ze swoim teściem, gubernatorem Dimitriem Patchenkovem.
Grymas podkreśla krzywiznę orlego nosa Saloma.
– Volkovie to przestępcy i bandyci.
– Może i tak, ale ich sanie są najlepsze w całym królestwie, czyż nie? Zlećmy im budowę jednego pociągu. Tylko nieoficjalnie. Wolałbym, żeby Dimitri się o tym nie dowiedział. – Spoglądam znacząco na brata, ponieważ on bardzo podziwia swojego dziadka ze strony matki i spędza z nim mnóstwo czasu.
Ilya udaje, że zamyka usta na klucz.
– Czy zanim porozmawiam z Volkovami, mógłbym spróbować zlecić tę budowę inżynierowi z Nebby? – proponuje generał. – Odpowiadają mi chłodne stosunki, w jakich pozostaję z tą rodziną.
Ilya porusza brwiami.
– Podobno najstarszy syn jest całkiem przystojny, więc może jednak powinieneś pomyśleć o ociepleniu tych stosunków.
Chyba nic nie przynosi mojemu bratu tak wiele uciechy jak podteksty seksualne, szczególnie jeśli może wykorzystać je przeciwko Salomowi.
Generał posyła mu miażdżące spojrzenie, lecz on zbywa to śmiechem.
– Chciałbym już się oddalić. Potrzebujesz czegoś jeszcze, Kostya?
– Przygotuj pociąg królewski. Chcę udać się na północ, by odwiedzić rodziny ofiar.
– Powiadomię gwardię, że ma pozostawać w gotowości.
– Nie zapomnij poinformować Aodhana.
Chociaż z początku nie zostałem fanem Wrony przysłanej tu przez Lorcana, to przez ostatnie dwie dekady okazał się lojalny i użyteczny, a z czasem stał się także członkiem rodziny.
Najpierw dla pięcioletniego Ilyi, z którym latał nad krainą i bawił się godzinami, kiedy po zamachu na mojego ojca nikt inny nie miał na to ochoty. A później dla pozostałych, gdy…
– Dobrze. – Głos Saloma wyrywa mnie z zamyślenia. – Ale tym razem nie odprawiaj gwardii.
To on wychował mnie na mężczyznę, księcia, a potem króla, lecz nie odzywał się do mnie przez pewien czas po tym, jak wróciłem z podróży na wschód, gdzie udałem się bez żadnej ochrony. Przez kilka dni doskwierał mu fatalny humor.
– Sytuacja w królestwie jest bardzo niestabilna, Kostya – dodaje.
Nawet gdy przysięgam, że nie odprawię żołnierzy, Salom wciąż mocno zaciska usta, aż te przypominają białą kreskę przecinającą jego twarz o kwadratowej szczęce.
– Wydarzyło się coś jeszcze poza wykolejeniem, prawda? – zgaduje mój brat.
Czyta we mnie jak w otwartej księdze.
– W szkole w Shevie Zachodniej znaleziono ładunek wybuchowy. W tej, gdzie postanowiono przyjąć dzieci zmiennokształtnych. Naszym żołnierzom udało się go zabezpieczyć, ale gdyby wybuchł… – Przeciągam paznokciem po rzeźbionej krawędzi podłokietnika. – Bogowie, ta garstka zmiennokształtnych, która odważyła się przeprowadzić do Glace, w końcu stąd ucieknie.
– Wiesz, czego ci trzeba? – Ilya zakłada nogę na nogę. – Silniejszego sojuszu z nimi. Poślub Wronę albo Węża. Najlepiej jedną z księżniczek. Ich ojcowie z pewnością przysłaliby wraz z nimi oddziały dla ochrony, co odstraszyłoby nawet najbardziej zatwardziałych zmiennofobów.
Wzdrygam się na tę sugestię.
– Nie dość, że nie zamierzam się żenić, to na dodatek zmiennokształtni mają przeznaczonych.
– Nie każdy z nich.
– Nie zamierzam rozwiązywać bolączek Glace małżeństwem!
Ilya wzdycha głęboko i z ubolewaniem.
– Jak tam wolisz. Ale to przedni pomysł, czyż nie, Salomie?
W bursztynowych oczach generała pobłyskuje niepokój.
– Nie jestem pewien, czy Glaceńczycy są gotowi na zmiennokształtną królową.
– Lepiej, gdybym odwołał edykt… – mamroczę.
– Nie. – Uśmiech znika z twarzy mojego brata. – Wtedy twoi krytycy by wygrali. Nie możesz do tego dopuścić.
– Pociąg, Salomie! Przygotuj go dla mnie – fukam.
– Bezzwłocznie. – Generał pochyla głowę, kłaniając się lekko.
Tylko że gdy on wychodzi z mojej komnaty, wchodzi do niej ktoś inny. Ktoś, kogo nie chcę teraz oglądać. Chociaż, z drugiej strony, nieczęsto mam ochotę na spotkania ze swoją macochą, Milaną. Nie jest zła; po prostu bywa apodyktyczna i postanowiła zeswatać mnie z własną siostrą.
– Znowu wyjeżdżasz? – Jej głos tylko potęguje moje napięcie.
Choć większość czasu Milana spędza w dworku swoich rodziców wybudowanym nad Voshnańskim Wrzosowiskiem, to dość regularnie wraca do pałacu, żeby odwiedzić dzieci… oraz sprawdzić, czy nie zapomniano o niej na dworze.
– Dobry wieczór, Milano. W czym mogę ci pomóc?
Macocha sunie do mnie, szeleszcząc jedwabiami.
– Przybyłam tu po to, żeby przedyskutować obchody Jubileuszu.
Kurwa… zupełnie o nim zapomniałem.
– Zaproszenia zostały wysłane tego ranka. Zapewne zjawią się wszyscy, więc chciałam porozmawiać z tobą o ulokowaniu gości. Pomyślałam, że członkowie rodziny królewskiej mogliby…
Drzwi gabinetu ponownie się otwierają i tym razem do środka wpada Izolda. Tak, wpada. Nie da się tego lepiej określić. Moja słodka siostra przyrodnia tryska energią. Ksenia, jej siostra bliźniaczka, ma moje ponure usposobienie, a Izolda i Ilya stanowią nasze przeciwieństwo.
– Kostya, czy ty mnie w ogóle słuchasz? – gani mnie Milana.
Odrywam wzrok od młodej, szeroko uśmiechniętej blondynki stojącej obok starszej, zagniewanej. To niesamowite, jak mało genów ojciec przekazał mojemu przyrodniemu rodzeństwu. Zupełnie jakby wszystkie jego zapasy surowości i pochmurności zostały wyczerpane na Alyonę i mnie.
– Wybacz mi, Milano, ale obawiam się, że w tej chwili brakuje mi sił fizycznych i psychicznych do rozprawiania o Jubileuszu. – Tym bardziej, że nawet nie chciałem go urządzać.
Ostatnich słów nie wypowiadam na głos, ponieważ gdybym otwarcie okazał brak entuzjazmu, musiałbym się zmierzyć z kwaśną miną siostry. Wszak to ona wpadła na pomysł świętowania moich rządów po tym, jak przeczytała o takiej zabawie w jednej z książek.
– Masz szczęście, matsi. – Ilya wstaje i posyła matce szeroki uśmiech. – Konstantin właśnie wyznaczył mnie na Mistrza Jubileuszowego Kwaterunku.
Izolda prycha z rozbawieniem, lecz ja unoszę odrobinę kąciki ust.
Milanie, z kolei, wcale nie jest do śmiechu.
– To ma być przyjęcie, a nie zebranie rozpustników, Ilyusha.
Młodszy brat uśmiecha się szerzej.
– Czemu nie? Czyń miłość, nie wojnę i tak dalej.
Mina Milany kwaśnieje jeszcze bardziej.
– Wpływ tej Wrony…
– Ta Wrona jest moim przeznaczonym, matsi – przerywa jej surowym tonem Izolda. – Możesz myśleć, co chcesz, ale nie mów takich rzeczy na głos, gdyż jeśli dalej zamierzasz robić z Aodhana złoczyńcę, to opuścimy to miejsce bez względu na to, jak bardzo nam się tu podoba.
Macocha zaciska usta i jej wyraźne kości jarzmowe uwydatniają się jeszcze bardziej.
Wiem, że pozbędę się jej szybciej, jeśli rozważę nurtujące ją kwestie, więc zakładam nogę na nogę i zaczynam:
– Chciałaś porozmawiać ze mną o zakwaterowaniu. Co mogę zrobić, by pomóc w tej kwestii?
– Które komnaty powinniśmy przydzielić monarchom oraz ich dzieciom? Te znajdujące się w skrzydle zachodnim, gdzie ulokujemy ważniejszych gości, czy może wolałbyś, żeby zatrzymali się w jednym z apartamentów w tym skrzydle?
– Monarchom przydziel komnaty w skrzydle wschodnim.
– A co z ich dziećmi? – pyta Milana.
– One mogą spać w zachodnim. Nie chcę, by hałaśliwe bachory spędzały mi sen z powiek.
– Bachory? – Izolda unosi kąciki ust tak wysoko, że te wydają się podpierać jej piegowate policzki niczym sztalugi. – Isla i Naeva są po dwudziestce.
– Tym bardziej wolałbym, by znalazły się w skrzydle położonym jak najdalej od mojego. Dwudziestolatkowie są tacy… – na widok wygiętej brwi brata wymieniam niepochlebny przymiotnik tańczący na końcu mojego języka na taki, który go nie urazi… nawet jeśli zaledwie miesiąc temu skończył trzydzieści lat – żywiołowi. Wiesz, jak ważne są dla mnie spokój i cisza.
– Och, wszyscy to wiemy, ty mruku. – Ilya uśmiecha się pod nosem, a następnie odsuwa razem z krzesłem i wstaje, wycierając dłonie o uda. – Ja osobiście nie znoszę spokoju i ciszy, więc mogę przyjąć księżniczki w swojej komnacie.
– Bogowie, Ilyusha. Jesteś niereformowalny. – Izolda przewraca oczami tak mocno, że na chwilę niebieskie tęczówki kompletnie znikają.
Milana ignoruje komentarz syna, ponieważ świetnie wie, że on tylko żartuje. Choć z pewnością chciałby zabawiać zmiennokształtne, to dobrze orientuje się w polityce i savoir-vivrze, więc bez wątpienia nie zbałamuci księżniczek.
– Tak właściwie, Ilyusha – Izolda uśmiecha się szeroko – to bardzo chciałabym być przy tym, kiedy zaproponujesz ojcom Isli i Naevy, że przyjmiesz dziewczyny u siebie.
Nasz nieustraszony brat wybucha śmiechem.
– Podobno są ze sobą blisko, więc może okazałyby się chętne dzielić komnatę? – mamrocze Milana, wciąż myśląc wyłącznie o kwestii zakwaterowania. – Wtedy je także mógłbyś umieścić w skrzydle wschodnim. Ich ojcowie z pewnością chcieliby mieć córki w pobliżu.
– Swoją drogą obie są wolne – wtrąca Izolda.
– Daruj sobie próby swatania, siostro. – Ilya zbiera włosy, a następnie upina je w kok na czubku głowy. – Próbowałem, lecz na próżno. Nasz brat nie jest zainteresowany żeniaczką.
Kiedy zmęczony trudami dnia opadam na oparcie krzesła, chrupie mi w krzyżu. Pocieram talizman w kształcie płatka śniegu znajdujący się pod koszulą. To prezent z okazji koronacji od Meriam i Kotła.
– Król nie powinien władać w samotności – oznajmia Milana. – To jako jedno z pierwszych powiedział mi wasz ojciec.
Samo wspomnienie o nim rzuca cień na mój nastrój. Nie zgadzaliśmy się co do wielu rzeczy, ale pozostawał kochającym rodzicem i troskliwym małżonkiem; filarem Glace oraz mojego małego świata.
Izolda klepie matkę po dłoni.
– Kostya zmieni zdanie, kiedy pozna tę jedyną. A skoro o tym mowa…
Uśmiecha się szerzej i wiem, że drzwi do mojej komnaty wkrótce otworzą się raz jeszcze. Można by pomyśleć, że mieszkam w burdelu, a nie w najpilniej strzeżonym skrzydle zamku.
Zmiennokształtni dzielą myśli z przeznaczonymi i jest to coś naprawdę wyjątkowego. Niektórzy odnajdują w tym coś pociągającego, podczas gdy dla innych staje się to niepokojące. Ja stanowczo znajduję się w grupie „innych”, ponieważ nie podoba mi się wizja, że mój umysł miałby stać otworem dla drugiej osoby.
– Szkoła? Postanowili zaatakować dzieci? – Radość mojej siostry się ulatnia, kiedy Aodhan z grymasem na twarzy podchodzi do niej.
– Przepraszam. – Wrona, który zazwyczaj żartuje nawet w najbardziej podniosłych chwilach, co z początku doprowadzało moją siostrę do szału, dzisiaj wydaje się bardziej ponury ode mnie.
– Nikomu nic się nie stało, Izzy. – Ściska delikatnie jej dłoń.
Zanim poczucie beznadziejności zdąży się rozplenić, Ilya obejmuje Izoldę i Milanę, po czym prowadzi je do drzwi.
– Wielki Jubileusz Kostyi nie zorganizuje się sam, moje drogie.
Gdy tylko znikają, mamroczę do Aodhana:
– Powinieneś lepiej strzec swoich myśli.
On wzdycha i przeczesuje palcami ciemnobrązowe włosy ostrzyżone tuż przy skórze.
– Sam spróbuj mieć kogoś przez cały czas w głowie. Nie wiesz, jak to jest.
I obym nigdy się tego nie dowiedział.
Brzegiem kciuka muskam naszyjnik, modląc się o to, by ozdoba wykuta w Kotle zdołała uchronić mnie od czegoś więcej niż od działania soli i żelaza… ponieważ jak mógłbym zadbać o swoją wybrankę, skoro nie potrafię zadbać o poddanych?
ISLA
Litery na etykietach drgają, przestawiają się i przekręcają bezustannie. Opuszczam powieki i unoszę je na nowo. Linie i krzywe zamierają, ale bezruch trwa tylko przez chwilę – zaraz zapiski znów się skręcają.
Chwytam butelkę z apteczki i zmrużonymi oczami przyglądam się naklejce, próbując odczytać pismo babki. Przez wzgląd na moją dolegliwość zaczęła pisać dużymi drukowanymi literami, niestety jednak wiele maści i wyciągów sporządziła przed moimi narodzinami, więc ich zawartość została opisana elegancką kursywą.
Zajmuje mi to chwilę, lecz wreszcie udaje mi się odczytać słowa: „Zmniejsza stan zapalny jelit”.
Po wsunięciu słoiczka za pasek skórzanych spodni używam magii, by wyjść ze składziku pełnego cudownych remediów Shoshair i szybuję z powrotem do niej. Na korytarzach – szczególnie w tej części Podniebnego Królestwa – panuje nadzwyczajna cisza, ponieważ wszyscy udali się do Glace na Jubileusz Konstantina Korola.
Chociaż Phoeppa zaproponował, że dotrzyma babce towarzystwa, żebym ja też mogła wziąć udział w tym wydarzeniu, moi rodzice nalegali, bym to ja została u jej boku. Ufają mojemu wujowi bez zastrzeżeń, jednak on nie jest Wroną. Nie mógłby połączyć się telepatycznie z resztą grupy i poinformować ojca o pogorszeniu się stanu zdrowia Shoshair, gdyby do tego doszło.
Prawdę mówiąc, nawet gdyby Dádhi na to nie nalegał, to i tak bym została, ponieważ babka od strony ojca jest dla mnie wszystkim.
Zatrzymuję się w Podniebnej Tawernie, gdzie odnajduję moździerz i tłuczek, a potem odkręcam wieczko słoika i go przechylam. Do wgłębienia w gładkim szarym kamieniu wpada odrobina omszałych grzybów, roztaczając wokół woń wilgotnej ziemi. Rozcieram je na masę bez grudek, a następnie odkorkowuję butelkę z uwielbianym przez babkę mocnym alkoholem – pędzonym przez Connora z górskich jeżyn – i wylewam nieco na rozgniecione grzyby.
Po wymieszaniu wszystkiego przelewam miksturę do metalowego kufla z pokrywką i wącham to, co przygotowałam. Alkohol, jakimś cudem, zintensyfikował mulasty odór, a do tego płyn zabarwił się na brązowo. Spoglądam na blat w poszukiwaniu syropu zdolnego zamaskować woń i kolor. Wybieram ten jaskrawozielony i dodaję go do eliksiru.
Rezultat okazuje się…
Odsuwam napój od siebie tak szybko, że krztyna wylewa mi się na dłoń i dopada mnie odruch wymiotny. Wykręca mi wnętrzności od samego zapachu. Pasta z grzybów musi być wyjątkowo mocna, skoro smród dociera aż do żołądka. Gdy gardło przestaje mi się zaciskać, a ślina nie napływa już do ust, dodaję kolejny naparstek likieru z jeżyn i jeszcze parę kropel syropu, a potem dosypuję kilka czubatych łyżek cukru.
Niepewnie przystawiam kufel do nosa. Zapach wcale się nie poprawił. Babka bardzo mnie kocha, więc pewnie i tak skosztowałaby tego leczniczego koktajlu, ona jednak jest mi tak droga, że nie chcę zmuszać jej do spożywania tak cuchnącego napitku.
Znowu zerkam na słoik. Czy grzyby mogły się zepsuć? W pierwotnej formie nie cuchnęły tak, jakby były przeterminowane. Może mogłabym podać jej trochę papki na łyżce? Już mam umyć moździerz, lecz wtedy wpadam na inny pomysł.
Nakłuwam palec wskazujący jednym z rubinowych kolców zdobiących okrągłe kolczyki, a potem myślę o tak uwielbianym przez Shoshair kremie z jeżyn i przyciskam krwawiący palec do metalowego kufla, by namalować jeden z niewielu sigili, które potrafię skutecznie odwzorować – bliźniacze szczyty. Gdy tylko krew wnika w kubek, woń mikstury staje się słodka i kremowa.
Z pewną dumą niosę eliksir do pogrążonego w mroku mieszkania babki, gdzie z ciemnością walczy samotna lampa olejna. Płonie na stoliku nocnym, zalewając światłem ciężkie tomisko spoczywające na udach Shoshair.
– Zrobiłam twój ulubiony napój jeżynowy! – Podchodzę do łóżka. To w nim spędziłam znaczną część dzieciństwa, uwielbiałam tam leżeć i tulić się do babci.
– Och, słonko. – Na jej bladej twarzy pojawia się uśmiech. – Nie musiałaś zadawać sobie tyle trudu.
– To żaden kłopot, Shoshair. Jak się czujesz? – Przysiadam na krawędzi materaca. – Lepiej?
– Nadal dość kiepsko, ale za dzień lub dwa powinnam być zdrowa jak ryba. – Zamyka książkę i odkłada ją na bok.
Rycina przedstawiająca florę odbita na materiałowej okładce wskazuje, że to książka o roślinach. Jej ulubiony temat.
Przenoszę wzrok na napój w dłoni i dopada mnie lekkie poczucie winy na myśl, że zamierzam podstępem podać jej lekarstwo. Nie raz perorowała, że układ odpornościowy słabnie, jeśli nie daje się mu szansy na działanie.
Właśnie to powiedziała mi nasza nadworna lekarka – przygotowująca remedia dla wszystkich poza sobą – kiedy zaproponowałam, żeby coś przyjęła i by nie marnować energii, poleciała na mnie do Glace.
Jakby czytała mi w myślach, stwierdza:
– Przepraszam, że przeze mnie nie weźmiesz udziału w Jubileuszu.
– To nic takiego. Jak ciekawy może się okazać królewski Jubileusz?
Odpędzam myśl mówiącą wyjątkowo ciekawy. Babka mnie potrzebuje. A poza tym jestem nieśmiertelna. Nadarzy się jeszcze mnóstwo okazji do tego, żeby odwiedzić Glace i wziąć udział w ogromnym przyjęciu.
Kiedy wręczam Shoshair kufel, nie wyobrażam sobie, że przelatuję nad położoną na północy śnieżną krainą.
Nie myślę o najwyższym szczycie – Białym Kle – gdzie moi rodzice stoczyli trudną bitwę jeszcze przed moimi narodzinami.
Zdecydowanienie wyobrażam sobie, że się wymykam, by zwiedzić podziemny pałac, o którym opowiadała mi Izolda.
Nie marzę też o kuligach ani podróżach pociągami.
Babka spogląda na mnie znad krawędzi przyłożonego do ust kufla.
– Twój ojciec mówił, że sytuacja w Glace robi się niepewna.
– Słyszałam. Ale z pewnością nie jest gorzej niż w Luce, prawda?
– Jest gorzej.
Mrużę oczy.
– Lecz nie aż tak źle, skoro urządzają huczne przyjęcie.
– Lud Fae – stwierdza, jakby to wszystko tłumaczyło, i wysuwa język, by zlizać odrobinę płynu z kącika ust.
Kurde. Zapomniałam zmienić kolor eliksiru. Oby nie zauważyła, że jej ulubiony napój jeżynowy ma jaskrawozieloną barwę. Teraz, kiedy o tym myślę, jej blada skóra również wygląda trochę zielono. Z powodu koktajlu?
Bogini w dole, modlę się, tylko nie to.
Z brzucha Shoshair wydobywa się ogłuszające bulgotanie. Obie mrugamy – na początku patrząc na siebie, a następnie na jej brzuch, który… się wzdyma. Chwyta brzeg tuniki i ją podciąga.
– Słońce, czy ty… – Zawartość jej żołądka znowu bulgocze, a potem wypowiedź przerywa głośne beknięcie. Shoshair podskakuje, jakby po raz pierwszy wydobył się z niej taki dźwięk. – Jakich… jeżyn użyłaś?
Moje kolano porusza się szybko w górę i w dół. Stukam w nie palcami.
– Nie masz żadnej… alergii?
Brzuch nabrzmiewa jej jeszcze bardziej.
– Isla? – W głosie babci pobrzmiewa napięcie i niepokój.
– Rozgniotłam grzyby i dodałam je do napoju, Shoshair.
Znowu się jej odbija.
– Znalazłam je w twoim składziku z lekami. – Kolano podskakuje mi gwałtowniej, jakby było na sprężynach. – Na etykiecie słoika napisałaś… napisałaś… że… Ja tylko chciałam pomóc.
– Ćśśś. Wiem. W porządku. – Wyciąga rękę i łapie mnie za nadgarstek. – Po prostu pokaż mi, czego użyłaś, żebym mogła… wziąć coś… co zneutralizuje… – Na jej czole lśnią kropelki potu.
Pędzę z powrotem do Podniebnej Tawerny i podnoszę z blatu słoik. Po trzech nieudanych próbach zamknięcia go poddaję się i wsuwam naczynie wraz z wiekiem za pasek spodni, a następnie wracam w postaci dymu do pokoju Shoshair. Babka jęczy, przyciskając stopy do kamiennej posadzki i pochylając się nad udami.
Och, Mórrígan, co ja zrobiłam? Co ja zrobiłam?
– Shoshair?
Kiedy spogląda na mnie, dostrzegam jej wykrzywioną z bólu twarz.
Drżącymi dłońmi wyciągam w jej kierunku słoik.
Po jednym spojrzeniu na etykietę jej zielonkawa skóra nabiera głębszego koloru wymiocin.
– Ach…
Klękam przed nią i chwytam ją za wilgotne, zimne dłonie.
– Jak to:ach?
Z jej brzucha dobiega gwałtowne bulgotanie, tak głośne, że wydaje mi się, iż ojciec usłyszy je telepatycznie i dowie się o kolejnym kryzysie wywołanym przez własną córkę.
– To nic takiego, Isla.
Ewidentnie nie jest to nic takiego. Przez głowę przemyka mi myśl, że mogłabym narysować leczniczy symbol, ale nigdy nie udało mi się nakreślić go poprawnie podczas lekcji, a to nieodpowiedni moment na próby. Co gdybym tylko pogorszyła sprawy?
– To prze… – Jej gwałtowny wdech świszczy niczym wyciągany z pochwy miecz. Oczy uciekają jej w tył głowy i babcia osuwa się w moje ramiona.
Wołam jej imię.
Kiedy nie reaguje, wciskam słoik z powrotem za pasek i podnoszę jej smukłe ciało, by wynieść ją na korytarz, gdzie przybieram formę Wrony. Ostrożnie chwytam ją w szpony, po czym lecę nad oceanem do Shabbe. Serce łomocze mi przez całą drogę.
Straż otaczająca Kocioł podskakuje, gdy ląduję w Vale.
– Czy… czy… czy Akwale… czy zastałam tu kogokolwiek? – pytam zdyszana.
– Isla?! – woła Behati.
Obracam się na pięcie, wciąż ogłuszona dudnieniem krwi w uszach.
Wiekowa jasnowidzka przechyla głowę i podchodzi, stukając laską o kamienną posadzkę dziedzińca.
– Co ty tu robisz, dziecko?
– Ja o-o-otrułam babcię. – Kiedy oblizuję wargi, czuję na nich słony smak potu i łez.
– To dość radykalne posunięcie. Mogłaś udać się na Jubileusz i bez tego.
Gdy zdaję sobie sprawę, co sugeruje, warczę:
– Nie otrułam jej po to, żeby pójść na jakieś przyjęcie, Behati.
Jej brwi znikają pod ciężką biało-złotą grzywką.
– Wcale jej nie otrułam. To był wypadek. Próbowałam ją wyleczyć. – Wyjmuję zza paska słoik. – Wczoraj nagle zachorowała, więc…
– Wybrała bardzo dogodny moment na chorobę.
– …przygotowałam dla niej… Jak to: „dogodny moment na chorobę”?
Wieszczka podchodzi do bezwładnego ciała Shoshair i dźga ją laską w brzuch.
Przemieniam się w cień i wsuwam się między nie, by odtrącić złoty kij.
– Co masz na myśli?
– Twoi rodzice nie chcą, byś znalazła się w Glace z powodu przepowiedni.
Po przedłużającym się gwałtownym łomotaniu moje serce przemienia się w grudę nieruchomej tkanki.
– Przepowiedni? Jakiej przepowiedni?
– Tej, którą ujrzała Bronwen.
– I ma ona związek ze mną?
– Tak.
– …oraz Glace?
– Tak.
– Co tak właściwie ma się tam wydarzyć?
– Spotkasz swojego przeznaczonego.
Cofam głowę.
– Ja…? Moim przeznaczonym jest… Glaceńczyk?
– Tak.
– Kim on jest?
– Mahananda mi nie pokazała, jak on wygląda. Wiem jedynie, że spotkasz go na Jubileuszu.
Przypomina mi się coś, o czym moja kuzynka, Naeva – tak właściwie to moja ciotka, ale jest o sześć miesięcy młodsza, więc, tak… nazywam ją kuzynką – wspomniała jakiś czas temu: umysł Behati zdecydowanie nie dorównuje bystrością nurtowi wodowzlotów.
Zamiast kwestionować tę przepowiednię – urojenie? – shabbińskiej doradczyni, unoszę słoik, by wrócić do pilniejszej sprawy.
– Właśnie to podałam Shoshair.
Behati zerka na etykietę.
– Fungi Alaramis: zwiększa stan zapalny jelit.
Unosi kąciki ust, lecz moje opadają. Przekręcam słoik, by spojrzeć na etykietę. Zapisane kursywą litery zaczynają drżeć i podskakiwać, ale wreszcie udaje mi się odczytać pierwsze widniejące po nazwie grzybów: zwięk.
Kurwa, zwiększa! Nie zmniejsza.
– Usunę z jej jelit gazy, zanim utworzy się ich więcej. Nic jej się nie stanie, Islo.
Wściekając się na siebie, zaciskam dłoń na naczyniu z taką mocą, że na brązowym szkle pojawia się sieć pęknięć.
Behati wyciąga do mnie rękę.
– Pomóż mi uklęknąć.
Wspieram ją, gdy osuwa się na posadzkę z kamienia słonecznego, a potem patrzę, jak na brzuchu babki maluje krwią skomplikowaną konfigurację linii i zawijasów. Nigdy nie zdołałabym tego odtworzyć.
– Arin może tu zostać do twojego powrotu. Szybko wróci do zdrowia – zapewnia, kiedy sigil wsiąka w skórę Shoshair.
– Mojego powrotu?
– Z Glace.
Brzuch babki przypomina przekłuty balon, z którego schodzi powietrze… lecz mnie z kolei wypełnia poczucie odpowiedzialności.
– Nie zostawię jej – oznajmiam.
Wiekowa czarownica odchyla głowę, by na mnie spojrzeć.
– Tu chodzi o twoje przeznaczenie.
– Udam się tam w przyszłym tygodniu… albo miesiącu – mamroczę, patrząc, jak skóra Shoshair wreszcie traci zielonkawy odcień.
Behati robi ostry wdech, ściągając na siebie moją uwagę. Jej oczy przybierają kolor kości słoniowej. Milczę, gdy Kocioł podsuwa jej wizję.
Wkrótce tęczówki kobiety odzyskują kolor i jasnowidzka oznajmia:
– Twój przeznaczony zginie, jeśli wasze ścieżki nie skrzyżują się tej nocy.
Moje serce wydaje się trzasnąć niczym bat, którego lud Fae używa do poganiania koni.
– Kocioł pokazał ci to teraz?
– Tak.
Zerkam w kierunku miednicy z wodą o tafli gładkiej niczym lustro odbijającej bezchmurny błękit nieba rozciągającego się nad nami. Gdybym tylko potrafiła komunikować się z nim tak jak Taytah Daya. Gdybym tylko mogła zapytać, czy Behati wysyła mnie w dziki pościg za miłością, czy może w jej wizji kryje się ziarno prawdy.
Pewnie gdybym udała się do Glace, mogłabym zapytać o to Taytah. Albo należałoby się przemienić tu i teraz, i zażądać od ojca, by wyznał mi prawdę.
Wtedy jednak on zacząłby się zastanawiać, skąd dowiedziałam się o przepowiedni, i musiałabym powiedzieć mu o nieszczęśliwym wypadku, który zaprowadził mnie do Shabbe. Wolę go nie martwić – ani nie rozczarować po raz kolejny – więc wyznam mu wszystko po tym, jak Shoshair dojdzie do siebie.
Poczucie winy i żalu sprawiają, że jeszcze mocniej zaciskam palce na słoiku i tym razem szkło pęka. Kawałki wbijają mi się w dłoń, a następnie spadają i roztrzaskują się o kamienną posadzkę.
Klękam obok Behati.
– Czemu ona nie wstaje? – Niezranioną dłonią wygładzam srebrną brew babci.
– Ponieważ jej ciało się regeneruje.
– Nie mogę… nie mogę jej zostawić. Obiecałam… obiecałam ojcu, że…
– Shabbini nie mają przeznaczonych, więc nie wiem, jakie to uczucie, kiedy straci się taką więź, ale podobno to jak utrata cząstki duszy.
– Lecz jeśli te dwie dusze nigdy się nie spotkają…
– Właśnie tego chcesz, dziecko? Chcesz spędzić całą wieczność bez przeznaczonego?
Zaciskam usta, gdyż nie, wcale tego nie chcę.
– Powiedz mi jedno. – Przysiadam na piętach. – Czemu moi rodzice mieliby nie chcieć, żebym go spotkała?
– Ponieważ nie chcą cię stracić.
– Stracić? Nigdy nie mogliby mnie stracić. A poza tym zyskaliby syna. – Pod nosem dodaję: – Zresztą beze mnie pewnie byłoby im łatwiej.
Behati przygląda się mojemu nadgarstkowi.
– Czemu tak mówisz?
– Ponieważ niszczę wszystko, czego dotykam. – Przełykając ślinę, spoglądam posępnym wzrokiem na Shoshair.
– Isla, Isla, Isla, przynosisz rodzicom dumę i radość. A jeśli zaś chodzi o ten niefortunny wypadek, to z czasem nabierzesz wprawy. Masz dopiero dwadzieścia cztery lata. Zaufaj mi, po przeżyciu całego stulecia czary i czytanie zaczną przychodzić ci z łatwością. A teraz, proszę cię, idź już. Nie chcę rozzłościć Mahanandy.
Skubię świeży strup na palcu wskazującym.
Behati chyba wyczuwa, że wciąż boję się odejść, ponieważ mocno ściska mój nadgarstek.
– Zaopiekuję się Arin. Do twojego powrotu będzie zdrowa jak ryba. Przysięgam.
Chociaż nie wykluczam możliwości, że Behati ma urojenia, to uznaję, że dołączenie do przyjaciół i rodziny w Glace nie powinno stanowić zbyt dużego wyzwania. Szczególnie jeśli dzięki temu uratuję komuś życie, a Kocioł nie dostanie powodu, by się dąsać.
Całuję babkę w policzek i sprawdzam, czy jej tętno jest mocne, a potem ruszam w kierunku krainy lodu i Fae, gdzie czeka na mnie mój przeznaczony.
Przeznaczony. O niebiosa, czy jestem gotowa na przeznaczonego? Liczyłam, że zdołam jeszcze trochę pożyć, zanim się ustatkuję.
W połowie drogi do Glace nabieram ochoty zawrócić. Gdybym to jednak zrobiła, to nigdy nie znalazłabym przeznaczonego, więc podążam dalej ścieżką wyznaczoną przez Kocioł.
ISLA
Wiedziałam, że Glace to odległa kraina, ale nie miałam pojęcia, że znajduje się aż tak daleko od mojego domu.
Lecę już od wielu godzin, lecz na horyzoncie wciąż nie widzę lądu. Chociaż uwielbiam podróżować w ten sposób, to nie lubię robić tego w samotności. Czego bym nie dała za towarzystwo Lachlano.
Syn Agrippiny i Reida to mój najlepszy przyjaciel – wraz z Naevą i Elio – i najzabawniejsza osoba, jaką znam. Zawsze ma w zanadrzu mnóstwo historii, ponieważ tak samo jak ja kocha przygody.
Wielokolorowe łuski przecinają powierzchnię rozciągającego się pode mną oceanu. Opadam niżej, by sprawdzić, czy te węże są spóźnionymi gośćmi jak ja, czy może potworami wodnymi. W przeciwieństwie do nas, Wron, Węże praktycznie niczym nie różnią się od zwierzęcych odpowiedników. Cóż, przynajmniej samice. Samce są ogromne, więc nie da się ich z niczym pomylić.
Przez chwilę szybuję nad nimi, ale wreszcie dochodzę do wniosku, że to zwierzęta. A więc muszę kontynuować tę podróż w samotności.
Lach?!, wołam w myślach, w razie gdyby przyjaciel również obecnie miał skrzydła.
Najwyraźniej jednak nie, ponieważ nie otrzymuję odpowiedzi. Mija kolejna godzina kompletnej ciszy. Zaczynam czuć zmęczenie w mięśniach i zwalniam. Czyżbym z początku leciała za szybko? Pewnie tak.
Spoglądam przed siebie i serce podskakuje mi do gardła, kiedy na horyzoncie dostrzegam białą kropkę. Niestety nie okazuje się dołączona do lądu, lecz ruchoma góra lodowa dodaje mi energii, ponieważ w naszych ciepłych oceanach nie ma takich rzeczy.
Przez następną godzinę kilka razy wzywam Lachlano.
Wreszcie jego głos rozbrzmiewa między moimi skroniami.
Isla?
Potrzebuję sukienki.
Czyżbyś urosła w ciągu jednej nocy, czy może bawisz się w wymienianie rzeczy, które chciałabyś mieć? Bo jeśli tak, to ja potrzebuję lepszych rękawiczek.
Prycham.
Potrzebuję sukienki na Jubileusz, mądralo.
Ty… lecisz tutaj?Szok i radość ożywiają jego ton.
Pewnie, że tak. Tylko nikomu o tym nie mów. To niespodzianka.
Kogo chcesz zaskoczyć?
Rodziców.
A mogę powiedzieć to Naev?
Tak, ale niech ona też tego nie rozpowiada.
Kilka minut później słyszę:
Powiedziała, że Asha spakowała kilka dodatkowych sukienek.
Uwielbiam Ashę.
Kiedy Lachlano tłumaczy, gdzie znajduje się apartament Naevy, ściska mnie w dołku z ekscytacji. I podenerwowania.
Jestem. Tak. Bardzo. Zdenerwowana.
Ale dzięki temu podróż zaczyna mijać mi szybciej i przestaję czuć ból w kościach i mięśniach skrzydeł. Przynajmniej na chwilę.
Gdy minuty przechodzą w kolejne godziny, prawie zupełnie przestaję poruszać skrzydłami. Podobnie do małych mew, które widzę pod sobą, szybuję na świszczącym północnym wietrze. Dwukrotnie prawie zderzam się z falami, ale za każdym razem jakimś cudem udaje mi się ponownie wzbić w powietrze. Kiedy w moje ciało uderza zimny front, wydaje mi się, że jestem blisko, lecz nic z tego.
Coraz mroźniejsze powietrze wgryza się w moje obolałe członki i sprawia, że stawy mi sztywnieją. Zaczynam wątpić, czy w ogóle dotrę do Glace. Już mam się poddać i skontaktować z ojcem, by poprosić o wsparcie – zlekceważyć konsekwencje swojego nagłego przybycia – lecz wtedy na ciągnącym się w nieskończoność dywanie błękitu pojawiają się przebłyski bieli i szmaragdowej zieleni.
Mrugam, sprawdzając, czy to nie fatamorgana. Kiedy kreska lądu się poszerza, zaczynam co jakiś czas przemieniać się w strugę dymu, żałując, że nie potrafię pozostać pod bezcielesną postacią tak długo jak ojciec.
Po dotarciu do murów stolicy przyglądam się podziemnemu pałacowi Korolów, licząc kopułowe świetliki, by wiedzieć, przez który wlecieć, by znaleźć się w komnacie Naevy.
To miał być pierwszy od strony oceanu, czy od strony gór?
Lach?
Przyjaciel musiał przybrać w tym czasie ludzką postać, ponieważ nie otrzymuję od niego odpowiedzi. Staram się przypomnieć sobie naszą wcześniejszą rozmowę. Chyba mówił coś o górach. Kiedy ląduję, odziana w futra straż patrolująca okolicę przygląda mi się bacznie. Jeden z mężczyzn coś mówi, lecz moje błony bębenkowe są tak zesztywniałe, że jego słowa się od nich odbijają.
– Jestem córką króla Ríhbiadha! – wołam. – I dołączam do rodziny.
Odgarniając na bok splątane włosy, przyciskam palec do ostrej krawędzi kolczyka i rozcinam skórę, a następnie rysuję na świetliku koło przecięte krzyżem – jeden z niewielu opanowanych symboli, ponieważ jest symetryczny. Moja dłoń przechodzi gładko przez szkło.
Próbuję przeobrazić się w dym, tym razem jednak magia mnie zawodzi i wpadam do sypialni jak worek ziemniaków.
Uch, Lach. Mogłeś mnie ostrzec, że mają tu strażnice.
Pewnie gdybym mieszkała w podziemnym pałacu, również zabezpieczyłabym sufity strażnicami. Przynajmniej wylądowałam na łóżku. Przez chwilę leżę na nim, rozkoszując się luksusowym posłaniem. Dogadza ono mięśniom, o których przed tą podróżą istnieniu nie wiedziałam.
Jak bardzo zazdroszczę teraz pozostałym, ponieważ mieli cały dzień, by odpocząć po tak męczącej wyprawie. Chociaż większość z nich pewnie nawet nie potrzebowała tylu godzin. Na przykład taki Lachlano. Mój przyjaciel to naprawdę wytrzymała bestia.
Na krótką chwilę zamykam oczy, po czym otwieram je szybko, żeby nie zasnąć. Gdy przerzucam obolałe ręce nad głowę i się rozciągam, z gardła wydobywa mi się pomruk i jęk, a potem wreszcie postanawiam zwlec swoje truchło z łóżka. Ramiona i ręce mam tak sztywne, że prawie zaczynam szlochać, kiedy przekręcam się na bok i podnoszę z miękkiego posłania.
Gdy wreszcie udaje mi się wstać, przez pewien czas po prostu rozglądam się po ogromnej komnacie sypialnej przyćmiewającej nasze kwatery dla gości. Chociaż, z drugiej strony, Wrony nie są tak ostentacyjne jak Fae. Nie pozłacamy sufitów ani nie zdobimy ich płaskorzeźbami przedstawiającymi kwiaty. Nie wykładamy podłóg deskami, a tym bardziej nie tworzymy z nich ozdobnych wzorów. Chociaż część z nas pokrywa ściany freskami z węgla i kredy, to dzieła naszych artystów nie są oprawiane w zdobne ramki ani barwne – są przygaszone i proste.
Unoszę kąciki ust, kiedy wyobrażam sobie minę ojca oraz to, co zapewne powiedział po wejściu do swojej kwatery, która z pewnością jest jeszcze bardziej wystawna od tej. Dádhi nienawidzi ekstrawagancji równie gorąco jak Mádhi ją uwielbia. Ja, ku ogromnej uldze Phoeppy, wdałam się w matkę.
Lecz te myśli ulatują, gdy dociera do mnie woń eukaliptusa. Czy to mogłoby być…?
Zdejmuję nogi z łóżka i podążam za zapachem do łazienki wyłożonej złoto-białymi kamiennymi płytkami. Kiedy dostrzegam pokryte parą drzwi, z pewnością prowadzące do sauny, dziękuję w myślach architektowi, że postanowił dodać ją do pokoju gościnnego oraz rodzinie Korol za to, iż nie poskąpiła środków.
Zdejmuję ciężkie buty i praktycznie zdzieram z siebie ubrania, a następnie ściągam ręcznik ze stojaka, przewiązuję się nim pod pachami i otwieram drzwi, oznajmiając radośnie:
– To oficjalne: jesteś moją ulubioną osobą.
Kiedy nie słyszę w odpowiedzi śmiechu ani słów, mrużę oczy, szukając kuzynki w bladej parze tak gęstej, że nie widzę własnych palców u stóp.
Ostrożnie robię krok do przodu i moje spojrzenie się wyostrza, a oprócz syku wody wyłapuję także rytmiczne bicie serca. Jest tu ktoś jeszcze, ale nie Naeva. Jej puls nie niósłby się przez parę.
Już mam krzyknąć do Lachlano i powiedzieć, że jeśli chce mnie przestraszyć, to tego pożałuje, lub raczej jego przyrodzenie zacznie żałować, ale wtedy para się porusza… zagęszcza.
Tylko powietrzne Fae potrafią manipulować żywiołami. Zanim zdążę wtopić się w mgłę, ktoś zaciska rękę na moim gardle.
A potem tuż przy uchu słyszę niski, pełen poirytowania głos:
– Nie jestem niczyją ulubioną osobą.
ISLA
Staram się obrócić, ale mężczyzna zaciska rękę na moim gardle, a ze mnie wyrywa się świszczący oddech.
– Meriam umożliwiła ci wstęp do mojej komnaty?
Ponieważ mówi po glaceńsku, odpowiadam w tym samym języku:
– Meriam? Nie, weszłam tu sama.
– Niemożliwe. Spróbuj jeszcze raz. Kto pozwolił ci tu wejść? – Zacieśnia chwyt i wbija palce w moje gardło.
– Nikt! – warczę.
Nigdy nie miałam okazji zamordować Fae, ale zawsze musi być ten pierwszy raz.
Przez zaciśnięte zęby cedzę:
– Puść… mnie…
– Nie zrobię tego, dopóki mi nie powiesz, kto z czarownic albo Węży cię tu przysłał i dlaczego.
Czy ten facet mówi poważnie? Czy on naprawdę myśli, że wpadłam do sauny w samym ręczniku, żeby zaatakować go z zaskoczenia? Istna paranoja.
Nie chcę się już dłużej tłumaczyć, więc próbuję przemienić się we Wronę, ale nadaremnie, co jest cholernie dziwne i irytujące. Chwytam mężczyznę za nadgarstek i chcę wysunąć paznokcie, by szponami rozszarpać jego skórę, lecz to także mi się nie udaje. Wybucham agresją.
Czy to on tłumi moje moce, czy może shabbińska strażnica obejmuje nie tylko sufit?
Wbijam mu łokieć w żebra i słyszę satysfakcjonujące westchnienie, lecz on zwiększa nacisk. Kiedy kolega ze spa pociąga mnie do tyłu, ja wbijam paznokcie w jego skórę, ponieważ na szczęście nawet w ludzkiej formie mam je długie i ostro zakończone. Gdy zaczyna sączyć się krew, nieznajomy niemal miażdży mi tchawicę i podnosi mnie z podłogi.
Chciałam po prostu ogrzać zmarznięte kości i mogłabym mu to wytłumaczyć, gdyby on nie próbował mnie udusić. Opuszczam głowę na tyle, na ile mogę, a potem odrzucam ją do tyłu. Wypełnia mnie satysfakcja, kiedy trafiam w wystającą kość.
Mam nadzieję, że to nos.
I że złamałam to cholerstwo.
Fakt, złamanie się zagoi, ale do tego czasu będzie go to strasznie bolało. Wiem z doświadczenia. Jak można się spodziewać, mruczy w moje włosy:
– Zaczynasz wystawiać moją cierpliwość na próbę.
– A ty… już… nadużyłeś… mojej.
Modląc się o to, żeby jedynie wronia magia pozostawała tłumiona, przyciskam paznokieć kciuka do palca wskazującego, wciąż pokrytego strupami, aż wreszcie z rany zaczyna sączyć się krew. Wtedy przyciskam dłoń do mostka i zaczynam kreślić znak. Kiedy moje czarne włosy zmieniają kolor na biało-złoty, z ust wydobywa się westchnienie ulgi. Nawet nie obchodzi mnie, że nie udało mi się zmienić ciała razem z twarzą.
Fae wciąga głośno powietrze i poluzowuje uścisk.
– Yegma. – Wiedźma.
Zanim zdąży zebrać myśli, obracam się na pięcie i uderzam go w szczękę, a wtedy on przekręca głowę. Chwytam go za ramiona i unoszę kolano, by zadać cios w krocze. Jakimś cudem udaje mu się mnie zablokować, zanim zdążę dotrzeć do tej wrażliwej części ciała.
Zaciska palce na moim gardle na tyle mocno, że prawie zostawia ślady na skórze.
– Kim jesteś?
Chociaż światło jest mdłe, a para gęsta, to i tak dostrzegam szare, błyszczące oczy.
– Kimś, kogo nie powinieneś – spoglądam na szereg diamentów zdobiących jego szerokie uszy – wkurzać. – Podskakuję i owijam nogi wokół jego pasa, by pozbawić go równowagi, a następnie chwytam przyozdobione klejnotami szpiczaste końcówki uszu i szarpię za nie tak mocno, że udaje mi się wyrwać kilka błyskotek.
Nieznajomy zatacza się do tyłu.
– Zaczynasz żałować, że mnie nie posłuchałeś, kiedy poprosiłam cię grzecznie, żebyś mnie puścił, Fay?
Rozszerza zakrwawione nozdrza i niemal miażdży mi krtań, a potem podnosi jeszcze wyżej. Moje nogi zsuwają się z jego pasa.
– Powiedz mi, kim jesteś, zanim naprawdę cię skrzywdzę.
– Przeurocza groźba… dupku. – Mam mroczki przed oczami. Pozbywam się ich, mrugając, a następnie wbijam kolano w jego pierś.
Chociaż udaje mi się go trafić, to on nie traci tchu ani nie poluzowuje uścisku. Podnosi mnie jeszcze wyżej i odsuwa od siebie.
Uśmiech wykrzywia mi usta i przeciągam zakrwawionym palcem po jego przedramieniu. Ale zanim zdążę zakończyć kreskę strzałką, nieznajomy mnie puszcza. Z drżącym sercem pędzę w kierunku drzwi, szybko jednak zostaję pociągnięta do tyłu.
Zderzam się łydkami z czymś twardym, a kolana uginają się pod moim ciężarem. Kiedy padam na ławkę, otulający mnie ręcznik się rozchyla. Zaczynam rysować na udzie sigil niewidzialności, lecz powiew wiatru podnosi mi rękę i przygważdża ją do wilgotnej ściany.
– Kim jesteś? – To zadawane wielokrotnie pytanie tym razem przypomina niski syk docierający do mnie na kłębach pary.
– Twoim nowym najgorszym wrogiem.
– Wątpię. Jak się nazywasz?
– Nie powinieneś wątpić ani w to, ani w moje możliwości.
– Powtarzam: przedstaw się.
– Nie ma mowy.
– Nie puszczę cię, dopóki tego nie zrobisz.
– Może i przyparłeś mnie do ściany, ale mnie nie uwię… – Prycham.
Poryw powietrza wdziera się między moje palce a płytki, przerywając mi rysowanie sigila. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że shabbińskie zaklęcie nie przylgnęłoby do wilgotnej ściany, ponieważ moja krew nie jest tak gęsta jak czarna posoka płynąca w żyłach Węży, lecz gdybym narysowała znak wystarczająco szybko, to może coś by się stało.
– Mówiłaś coś, Yegma?
Czy w jego głosie pobrzmiewa rozbawienie?
– Annos dòfain – mamroczę pod nosem.
– Hmm. Shabbinka mówiąca w języku Wron… a do tego bez akcentu.
Próbuję zerwać się na równe nogi, udaje mi się jednak jedynie odkleić pośladki od ławki, zanim znowu popycha mnie na nią poryw wiatru.
– Wiem, że w Glace wolicie endogamię, ale my na południu lubimy się mieszać.
W wypełnionym parą pomieszczeniu rozbrzmiewa prychnięcie.
Ach… odgłos Wysokiego Fae o czystej krwi uważającego się za lepszego od innych. Takie to przewidywalne.
Ponownie próbuję przycisnąć palce do ściany, lecz ten palant wciąż przytrzymuje je w powietrzu.
– Słuchaj, przyszłam tu po to, żeby się rozluźnić, lecz w tym doświadczeniu nie odnalazłam niczego odprężającego. Nie wiem, czemu tak bardzo chcesz przedłużać tę chwilę, ale ja mam już dość gotowania się w tej parze, więc może mógłbyś przestać przetrzymywać mnie tu tą swoją magią?
Niczym pęcherz na białych kłębach pary pojawia się cień i wkrótce wyłania się z niej kształt, kiedy Fae się zbliża. Światło przedzierające się przez opary pozostaje za słabe, bym mogła zobaczyć coś poza śnieżnobiałą skórą i srebrzystymi oczami.
– Chciałaś rozluźnić się w mojej komnacie?
Ktoś tu poczuł się w apartamencie gościnnym jak w domu…
– Czy ktoś ci kiedyś powiedział, że jesteś roszczeniowy?
– Podaj mi swoje imię, to pozwolę ci odejść.
Czy czuję pokusę, żeby mu powiedzieć, kim jestem lub raczej, z kim jestem spokrewniona? Jak najbardziej. Ale czy to robię? Nie. Wolę zachować to w tajemnicy. Zresztą nie ujdzie mu to na sucho, kiedy Dádhi się dowie, że mnie tu przetrzymywał.
Zakładam nogę na nogę. Chciałabym też skrzyżować ramiona na piersiach, ręce jednak są wciąż magicznie przytrzymywane nad moją głową.
– Behati.
– Przed zaklęciem miałaś czarne włosy. A poza tym Behati jest – kieruje spojrzenie na moją odsłoniętą klatkę piersiową – drobniejsza. Muszę przyznać, że znam ją dość dobrze.
Ze wszystkich Fae w Glace musiałam wpaść na kogoś, kto zna jasnowidzkę? Ja pieprzę.
– Z którego królestwa pochodzisz? – dociekam.
Para chyba się przerzedza, ponieważ dostrzegam jego brwi – są bardzo ciemne i kontrastują z jego białymi włosami – ściągnięte nad wąskim, zakrwawionym nosem.
– Mam dla ciebie nowe warunki – oznajmia, zamiast odpowiedzieć na moje pytanie. – Jeśli mi powiesz, jak wdarłaś się do mojej komnaty, to wycofam magię.
Pragnąc zakończyć to przesłuchanie, przyznaję:
– Weszłam dzięki sigilowi namalowanemu na świetliku w sypialni.
Mężczyzna marszczy mocno brwi, aż układają się na jego twarzy prawie wertykalnie, a potem obraca się na pięcie i odchodzi ciężkim krokiem, dotrzymując obietnicy. Jestem tak zaskoczona, że puścił moje ręce, iż opadają one bezwładnie, a ja nie ruszam się z miejsca. Lecz gdy słyszę skrzypnięcie zawiasów, rzucam się przed siebie.
Przy drzwiach maluję na sobie sigil niewidzialności, w razie gdyby mężczyzna znowu chciał mnie zaatakować. Kiedy przechodzę przez ścianę pary, Fae znajduje się już w połowie korytarza. Owinięty w pasie błękitnym ręcznikiem, oddala się niedorzecznie prędko.
W porządku… może jednak nie zamierzał kontynuować przesłuchania poza sauną.
Pocierając posiniaczoną szyję, przyglądam się jego umięśnionym bicepsom, mocnym nogom oraz smukłym plecom, przeciętym doliną sztywnego kręgosłupa. Nic dziwnego, że bolało mnie, gdy ściskał. Nie ma w nim ani odrobiny delikatności.
Zbieram ubrania z podłogi i wciągam je na niewidzialne kończyny, a następnie podnoszę buty. Ich nawet nie wkładam, ponieważ boso będę poruszała się ciszej.
Zamierzając wymknąć się niepostrzeżenie z apartamentu, skradam się za nieznajomym do salonu, gdzie stoi biurko zawalone stertą pergaminów oraz…
Zerkam szybko na białowłosego Fae, a potem przenoszę wzrok na lśniącą koronę z ozdobami w kształcie płatków śniegu. Jeden z butów wypada mi z dłoni i spada z hukiem na parkiet. Focá.
Mężczyzna idzie dalej, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy z mojej obecności.
Albo i nie…
– Mój zamek to labirynt, Yegma – oznajmia, chwytając za klamkę. – Nie odnajdziesz się w nim bez pomocy strażnika.
Mój zamek.
Mój. Zamek.
Zaatakowałam starszego brata Izoldy.
Zaatakowałam króla Glace.
– Poproszę kogoś, żeby ci towarzyszył. Dokąd chciałabyś się udać?
Kiedy nie odpowiadam, Konstantin Korol odwraca się w kierunku upuszczonego buta. Wbijam wzrok w jego spuchniętą dolną wargę, krew rozmazaną przy nosie, zakrwawione szpiczaste uszy.
Mój ojciec nie zabije jego; on zabije mnie.
Król Lodu przechyla głowę i srebrny medalion spoczywający na jego torsie się porusza. Muszę jak najszybciej wydostać się z jego komnaty… z zamku… z Glace. Pospiesznie podnoszę but – nie chcę zostawić po sobie żadnego śladu – a potem podchodzę cicho do najbliższej ściany.
– Więc? Dokąd moja straż powinna cię zaprowadzić?
Jeśli mu powiem, dokąd chcę się udać, on się domyśli, kto spuścił mu lanie.
– Znajdę drogę.
– Nie znajdziesz.
Ten raz w życiu wiem, że mi się to uda, ponieważ zamierzam wydostać się przez sufit pałacu. Albo przez drzwi wejściowe. Zależnie od tego, która droga okaże się szybsza. Nigdy nie poznam swojego przeznaczonego, a skrzydła pewnie odpadną mi w trakcie lotu, ale po prostu nie mogę zostać w Królestwie Lodu.
– Po tym, jak mnie pobiłaś, mogłabyś przynajmniej pozwolić mojemu strażnikowi odprowadzić cię do komnaty, Islo Ríhbiadh.
Serce zamiera mi na ułamek sekundy. Na sześć sekund. Dwanaście. Chociaż wiem, że nadal pozostaję niewidzialna, mój puls nie chce się uspokoić.
Konstantin blefuje. Wiem to na pewno. Może i zauważył kolor moich włosów, zanim przybrałam ten należący do Behati, ale wiele osób ma czarne włosy, szczególnie Wron. Jedyne, z czego Król Lodu zdaje sobie sprawę, to fakt, że znam dwa języki i potrafię posługiwać się shabbińską magią.
Z westchnieniem stwierdza:
– Dobra. Jeśli uda ci się wymknąć przez ścianę, pójdź w prawo. Twoja kuzynka została ulokowana sześć komnat dalej, tuż obok portretu olejnego mojej martwej siostry.
Zachował portret swojej zdradzieckiej siostry? Co za wstrętny pomysł.
– Jedna rzecz naprawdę mnie ciekawi. Zamierzasz udawać Behati przez cały wieczór?
– Nikogo nie będę udawać, ponieważ tu nie zostanę.
Glaceński Król przeciąga kciukiem po ustach i wykrzywia je w uśmieszku mówiącym: Wpadłaś prosto w moją pułapkę, Wiedźmo.
– Dzisiejszej nocy nie wypływają stąd żadne statki – kontynuuje. – Ma nadejść paskudna pogoda.
Na szczęście mam skrzydła.
– I, co gorsza, Izoldzie zrobi się bardzo przykro, jeśli nie zjawisz się na Jubileuszu. Tak okropnie się zasmuciła, kiedy usłyszała, że twoja babka zachorowała i postanowiłaś przy niej zostać. Arin zapewne już wyzdrowiała?
Bogini w dole, ten mężczyzna wydaje się nadzwyczaj rozmowny. A przecież słyszałam od Izoldy, że jej brat jest cichy i melancholijny.
Lecz może nie przestaje mówić, ponieważ chce podstępem wyciągnąć ze mnie jakąś informację, która potwierdzi to, kim jestem.
Na końcu języka mam, że nie przybyłam tu po to, żeby balować, ale powód mojej wizyty to nie jego sprawa. Naturalnie przypomina mi się wizja Behati.
Jeśli odejdę, nigdy nie poznam jego.
Natomiast jeśli zostanę, Konstantin może wymierzyć mi karę.
Kiedy zerkam na niego przez ramię, odkrywam, że z przechyloną głową wciąż wpatruje się w miejsce, gdzie ukrywam się na widoku. Nawet jeśli mnie nie widzi, to zapewne słyszy bicie mojego serca tymi przerośniętymi uszami.
– Jeśli zamierzasz przejść przez ścianę, to wybierz tę, na której znajduje się oprawiona mapa – ostrzega. – W przeciwnym razie wpadniesz na ognistą kulę.
Ognistą kulę? Odnajduję wspomnianą ścianę z mapą. Musi być równie stara co Glace, ponieważ pergamin przybrał kolor ochry. Ustawiam się na jej wysokości, ale wtedy zaczynam się zastanawiać, czy to nie jakiś podstęp. Co jeśli Konstantin chce, bym wpadła na straż?
– To nie podstęp – zapewnia.
Na moim ciele pojawia się gęsia skórka, kiedy znowu przekręcam głowę w kierunku Fae i skupiam się na miejscu między czarnymi brwiami a białymi włosami. Cisza, jaka następuje, mnie uspokaja. Skoro nie słyszę jego myśli, to on nie słyszy moich. Po prostu miał szczęście i zgadł. Wzdycham z ulgą, wprawiając w ruch wilgotne włosy oblepiające moją twarz.
– Pewnie się zastanawiasz, czemu ci pomagam…
Rzeczywiściejestem tego ciekawa, więc zostaję.
– Nie weszłaś do mojej komnaty po to, żeby mnie skrzywdzić.
Chyba czuje na sobie moje spojrzenie, ponieważ krzyżuje ramiona na nagiej piersi przechodzącej w wąski pas, a następnie w jeszcze węższe biodra.
Ten mężczyzna przypomina sopel lodu – długi, blady, ostry… zimny. Tak zimny, że nigdy nie pęka, tylko twardnieje, by wbić się głębiej.
– Czy mam rację, Islo?
Dźwięk mojego imienia zdaje się bolesnym impulsem wysłanym do mózgu; przypomnienie, że muszę się pospieszyć, wyjść stąd, zanim zaklęcie przestanie działać i odsłoni przed Konstantinem moją prawdziwą twarz. Prawie odpowiadam „racja”, ale wtedy praktycznie zdradziłabym, kim jestem. Nikt – poza Lachlanem i Naevą – nie wie o mojej obecności w Glace. Nawet ten facet. On po prostu założył, że zna moją tożsamość.
Tak właściwie to wspomniał o statkach… Gdyby żywił przekonanie, że jestem Księżniczką Wron, to przestrzegłby mnie przed lataniem.
Czuję dreszcz, kiedy uwzględniam nowe okoliczności. Jeśli podzieli się tą hipotezą z moim ojcem, to ten może postanowić skoncentrować się na naszym połączeniu – mamy je nie dlatego, że jest moim ojcem, a królem – i dowiedzieć się o moim położeniu, zanim zdążę wyskoczyć jak diabeł z pudełka.
Nawet jeśli Dádhi ukryje moją obecność przed swoim północnym sojusznikiem, to, o Niebiosa, i tak się na mnie zezłości.
Gdybym tylko nie wpadła przez zły świetlik.
Gdyby tylko Shabbinki odpowiadające za zabezpieczenie zamku Korolów postawiły strażnice strzegące go także przed ich magią.
Gdybym tylko mogła narysować sigil zapomnienia między brwiami Konstantina.
Co prawda w przeszłości nigdy nie udało mi się wykonać go poprawnie, lecz może… pod przymusem… Prycham, wyobrażając sobie, jak proszę Fae, by się nie ruszał, kiedy ja spróbuję narysować na jego czole skomplikowany układ linii i zawijasów.
Do głowy przychodzi mi myśl, że może to dlatego rodzice nie chcieli, bym tu z nimi przyleciała: nie ze względu na przepowiednię, ale przez przeczucia, że wywołam skandal dyplomatyczny. Jestem mistrzynią popełniania gaf. Oby to nieprzyjemne spotkanie nie doprowadziło do wojny.
Silna potrzeba pospiesznego opuszczenia Królestwa Lodu wreszcie prowadzi mój krwawiący koniuszek palca do białej boazerii. Przed przyłożeniem dłoni do glifu, przyciskam buty do piersi, a łokcie do boków.
Nie wpadam jednak na nikogo. Fae nie próbował mnie oszukać.
Po przejściu przez ścianę znajduję się w alkowie, tuż obok ogromnej szklanej kuli wypełnionej zawieszonymi w powietrzu płomieniami rzucającymi łagodne światło na portret olejny białowłosego Fae. Tak bardzo przypomina Konstantina Korola. Może to jego ojciec?
Podobieństwo jest uderzające i nie od razu odrywam wzrok od obrazu. Kiedy jednak to robię, z trudem i z bólem przełykam ślinę. Szyja piecze mnie tam, gdzie król Glace zostawił siniaki.
Nic dziwnego, że tak bardzo zaskoczyło go to, że udało mi się wejść do jego komnaty.
ISLA
Na korytarzu roi się od straży. Są tu Fae i duszki.
Te latają, a reszta wartowników chodzi po długim, wąskim niebieskim dywanie, na którym wyhaftowane są białe płatki śniegu, albo stoi nieruchomo przy ogromnych lśniących pilastrach przypominających lodowe kolumny. Znajdująca się za mną cofnięta ściana również wygląda, jakby mogła stanowić część zaspy, lecz gdy jej dotykam, przekonuję się, że wykonano ją z kamienia. Zbudowanie pałacu z lodu byłoby złym pomysłem, ponieważ chyba żadna ilość magii nie powstrzymałaby topnienia.
To naprawdę nie jest dobry moment na dumanie nad architekturą pałacu Konstantina, myślę.
Chociaż czy nadarzy się jeszcze ku temu okazja? Może dostanę możliwość przejść się po nim podczas Jubileuszu?
Choć nie jestem kryminalistką – a przynajmniej nie z wyboru – to przeszywa mnie dreszcz, gdy wartownik strzegący alkowy naprzeciwko zerka w moim kierunku. Po upewnieniu się, że magia wciąż mnie chroni, niepokój odpuszcza.
Zaczynam iść cicho przed siebie, lecz szybko zamieram, ponieważ jeden z duszków syczy:
– Zbliża się Wrona.
Serce podchodzi mi do gardła. Czy to maleńkie uskrzydlone stworzenie mogło mnie wykryć?
Gdy głowy odwracają się w przeciwnym kierunku, robię wydech. Co za przypadek, że…
Wycofuję się. Wpadam na coś twardego i gorącego, i… o… kurde. Odwracam się i patrzę z przerażeniem, jak lśniąca kula chybocze się na płaskim piedestale. Kładę na niej dłonie, żeby ją przytrzymać, i Najświętsza Matko Wron…
Chociaż ból nie okazuje się tak ogromny jak wtedy, kiedy próbowałam ugotować śniadanie dla rodziców i złapałam rączkę żeliwnej patelni bez rękawic ochronnych, to na moich dłoniach i tak pojawiają się pęcherze. Tylko że oparzenia stają się moim najmniejszym zmartwieniem, gdy na szkle dostrzegam plamę krwi.
Puls mi przyspiesza i przesuwam rękawem po kuli, lecz jedynie rozsmarowuję posokę i zyskuję nowe poparzenia. Zaczynam z całych sił nienawidzić tego wynalazku. Szczególnie kiedy słyszę własne imię.
Spuszczam głowę i zaciskam powieki.
To jest moment, kiedy Isla Ríhbiadh zostaje zredukowana do żałosnego czarnego ptaszyska.
Isla?, cedzi ponownie mój ojciec. Jesteś…– ciche chrupnięcie kości szyi lub knykci tylko podsyca mój niepokój –…w Glace?
Zachowując niewidzialność, odwracam się do niego. Nawet jeśli mnie nie widzi, to bez wątpienia świetnie wie, gdzie stoję.
Nagle rozbrzmiewa skrzypnięcie zawiasów. Zakładam, że w myślach wezwał mamę, otwierają się jednak drzwi znajdujące się obok niego.
– Jestem gotowy na rozmowę, którą chciałeś odbyć przed przyjęciem, Ríhbiadh – oznajmia Konstantin, bladymi palcami zapinając platynowe guziki marynarki, lśniące niczym tafla wody w kanałach Luce wraz z pojawieniem się pierwszych promieni słońca.
Podczas gdy ojciec nie zwraca uwagi na monarchę, to ja skupiam się wyłącznie na nim. Koncentruję się na Korolu zamiast na mężczyźnie gotującym się obecnie niczym zupa na żywym ogniu. Chociaż Konstantin zmył z siebie krew, to jego dolna warga, nos i uszy wciąż noszą ślady wcześniejszego starcia.
– Vizosh! Twoja twarz! – Szybki podmuch wiatru towarzyszący okrzykowi duszka przenosi ponure spojrzenie mojego ojca na króla. – Już pędzę po królewskiego medyka.
Konstantin zbywa sugestię strażnika machnięciem dłoni i cichymi słowami:
– Nic mi nie jest, Boracie.
Kiedy wygładza rękawy marynarki i pociąga za wystające spod nich czarne mankiety koszuli, mój ojciec przygląda się jego twarzy, spiczastym uszom oraz gładkiej brodzie.
– Na niebiosa, co ci się, do cholery, stało?
Młody mężczyzna zapina ostatni guzik wysokiego kołnierza.
– Potknąłem się w saunie.
Jego odpowiedź okazuje się dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Chociaż, z drugiej strony, udawanie niezdarnego pewnie przychodzi mu łatwiej niż przyznanie, że pobiła go dziewczyna. Taka duma to coś bardzo typowego dla Fae. Zresztą dla Wron także.
Mój ojciec przygląda się uważnie obrażeniom Konstantina, więc raczej nie przekonała go historyjka o zderzeniu z podłogą, czy jednak myśli, że to moja sprawka? Oby nie, ponieważ wtedy zacząłby się zastanawiać, co takiego robiłam w saunie króla, a nie mam ochoty na tę rozmowę.
Korol się odsuwa, żeby przepuścić tatę.
– Proszę, zapraszam.
Kiedy Dádhi nie rusza się z miejsca, glaceński król przechyla głowę i ponagla go, tym razem zwracając się do niego po imieniu:
– Lorcanie?
Ojciec porusza żuchwą na boki.
– Właśnie otrzymałem cudowne wieści z domu.
Prychnięcie wyrywające się z mojego gardła sprowadza na mnie mnóstwo spojrzeń. Podczas gdy Konstantin nie wydaje się zaskoczony moją obecnością, to część jego straży wygląda na niedowierzającą, a część na zaniepokojoną.
– Moja matka poczuła się lepiej, więc córka postanowiła do nas dołączyć. Mam nadzieję, że to nie problem? – Dádhi brzmi, jakby desperacko chciał usłyszeć od Fae, że to dla niego ogromny problem.
– Im więcej gości, tym weselej – odpowiada władca, uśmiechając się przesadnie miło. – Jest już z nami?
Ten bydlak świetnie zna odpowiedź na to pytanie.
– W rzeczy samej. – Po krótkiej chwili z ust taty pada moje imię i brzmi jak skrzypnięcie kredy na płytce łupkowej. – Skoro już tu jesteś, to może zechciałabyś pokazać się gospodarzowi?
Gdybym tylko mogła połączyć się myślami z ojcem, by go poinformować, że w tej chwili nie prezentuję się zbyt dobrze. Jednakże Wrony, w przeciwieństwie do Węży, muszą się przeobrazić, by móc rozmawiać z przywódcą w myślach.
Wsuwam buty na stopy, a potem przykładam dłoń do sigilu, ale zamieram, kiedy kolejny głos przecina tak pełne napięcia powietrze.
– Przepraszam. Chciałabym przejść. – Czy moja matka usłyszała, że coś się dzieje, czy może wezwał ją tu ojciec?
Powinnam w pełni skupić się na wyrazie jej twarzy i spróbować określić, czy wpadnę w bardzo duże kłopoty, gdy jednak straż rozstępuje się przed nią niczym morska toń, to jedynym, co przykuwa moją uwagę, jest okrywająca ją sukienka. Wydawała się tak obszerna, kiedy Phoeppa ją nam zaprezentował, określając mianem swojego najpiękniejszego dzieła, lecz teraz czarny welur wyszywany złotymi cekinami jest równie lekki co nocne niebo nad Luce.
– Podobno Arin cudem ozdrowiała – stwierdza Mádhi, włączając się płynnie do rozmowy.
Nie mówię, że owe ozdrowienie nie mogło okazać się cudem, ponieważ Shoshair nawet nie chorowała. Nigdy nie wytknęłabym czegoś takiego rodzicom na forum. Natomiast gdy tylko zostaniemy sami, zapytam ich o ten fortel.
– Tak. I zgadnij, kto jest już z nami, mo khrá – mamrocze ojciec.
– Nie musisz się tak ekscytować, Dádhi – odpowiadam, wreszcie zdejmując z siebie zaklęcie.
Chociaż Glaceńczycy wiedzą o Shabbinach, to sądząc po tym, jak wiele osób wybałusza oczy, mieszkańcy Północy nie przywykli jeszcze do naszych czarów.
Powieka Mádhi drga, gdy do niej podchodzę i witając się z nią, łączę nasze policzki. Tatę również witam z miłością i on wreszcie się rozluźnia.
– Wbrew temu, co zapewne myślisz – mamrocze w języku Wron – zawsze cieszę się na twój widok, ínon.
Niepokój, jaki mi towarzyszył, od kiedy leciałam z Shoshair do Shabbe, wreszcie zaczyna opadać.
Lecz wtedy matka przerzuca przez moje ramię kosmyk wilgotnych włosów.
– Co ci się stało w szyję?
Kurde. Kurwa. Kurde.
Pocieram fioletowawą skórę, starając się nie zerkać na Konstantina. To zabawne, ponieważ wcześniej chciałam, by rodzice zobaczyli dowody starcia.
Jednakże teraz sporo się zmieniło.
– Eee, oślepiło mnie słońce odbijające się od śniegu i wpadłam na maszt statku.
– Biedny statek. Zatopiłaś go? – Dziarski ton matki nie pozostawia wątpliwości co do tego, że mi nie uwierzyła.
A w tonie ojca nie słychać rozbawienia, kiedy warczy:
Twój siniak nie ma nic wspólnego z obrażeniami króla Fae, prawda?
Licząc na to, że brzmię przekonująco, odpowiadam na głos:
– Nie.
Ojciec zaciska powieki, więc raczej się na to nie nabrał.
Jeśli on cię chociaż dotknął, to Mórrígan dopomóż…
– To był niefortunny wypadek z udziałem masztu – zapewniam rodziców. – Miałam pecha. Wiecie, jak roztargniona bywam, kiedy latam.
Nagle matka wciąga głośno powietrze.
– Co ci się stało w twarz, Konstantinie?
– Potknął się w saunie – odpowiada ojciec, praktycznie nie otwierając ust. – Najwidoczniej dzisiaj przedmioty nieożywione są wyjątkowo bezlitosne dla istot o nadprzyrodzonych zdolnościach.
Przygryzam dolną wargę, a Fae stwierdza:
– Wkrótce przyjdzie po mnie siostra. Jeśli chcecie, by osobista audiencja odbyła się przed świtem, to teraz jest najlepszy moment.
