Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
29 osób interesuje się tą książką
Krwawe baśnie nie dają o sobie zapomnieć.
Nadeszła kolejna pora sucha. Zło tym razem zagnieździło się w Liberii i naczelnik Sztorm wie, że jeśli go nie powstrzyma, jego ukochane miasto znajdzie się na krawędzi paniki, a z nim cała Kolonia.
Pokojowa warta próbuje rozwikłać zagadkę samobójczej śmierci redaktora lokalnej gazety, który chciał odkryć zbyt wiele o przeszłości. Wkrótce jednak pojawiają się kolejne ciała. Ktoś znów zabija, naśladując dawne baśnie dla dzieci. Czyżby unohora, tajemnicza bestia z buszu, jednak naprawdę istniała? I co to ma wspólnego z niewytłumaczalnym szaleństwem ogarniającym ogry w sercu wyspy?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 637
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Bestia czaiła się w mroku nocy. Wiecznie głodna i spragniona krwi szukała kolejnej ofiary. Nieuchwytna przemykała poza zasięgiem wzroku, bezgłośnie stąpając po wysuszonej, spękanej od upału ziemi. Zbliżała się nieuchronnie, a Sztorm wiedział, że nie zdoła jej uciec ani jej powstrzymać. Nie było w całej Kolonii takiej siły, która mogłaby ją pokonać. Zrodziła się z ciemności i nienawiści po to, by oczyścić wyspę z obcych – ze wszystkich istnień, które nie były dziećmi Nurugi.
Naczelnik Kilian Sztorm przywarł plecami do pnia starego, sękatego drzewa, wciąż ciepłego po skwarnym dniu. Klatka piersiowa mężczyzny, boleśnie świadomego powoli nadchodzącej śmierci, unosiła się w pospiesznych, płytkich oddechach. Nieruchome powietrze wokół pachniało ziemią i wysuszoną roślinnością bezkresnych równin. Wtem naczelnik wyczuł inną, dobrze mu znaną woń – kusząco słodką, lecz niezmiennie kojarzącą się jedynie ze śmiercią. Spojrzał w górę. Samotne, martwe drzewo oplatały krwistoczerwone kwiaty o delikatnych, rozłożystych kielichach, równie pięknych, co zabójczych.
Tej nocy czarne niebo upstrzone diamentami gwiazd – niemych świadków zbliżającego się rozlewu krwi – zdawało się znacznie większe i o wiele bardziej odległe niż zazwyczaj. Sztorm czuł pod palcami lewej dłoni chropowatą korę powykręcanego drzewa, prawą po raz wtóry sięgnął ku pasowi, ale nie wyczuł tam kojącego kształtu kolby rewolweru. Jego palce odruchowo powędrowały do noża, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że ostrze nie zatrzyma bestii z mroku. Ale wiedział, że będzie walczył, bo nie potrafił się po prostu poddać. Widział w swoim życiu tyle zła i okrucieństwa, że czasem śmierć wydawała mu się ukojeniem, lecz gdyby na sam koniec odpuścił, to byłoby tak, jakby całe jego życie okazało się nic niewarte, a decyzje, które podjął – niewłaściwe.
Naraz poczuł ciepły oddech na karku, jakiś ciężar spoczął na jego ramieniu. Naczelnik był gotów na spotkanie z unohorą. Zacisnął palce na potężnej łapie z czarnymi pazurami i wykręcił ją, podrywając się na równe nogi. Jednym błyskawicznym ruchem przyłożył ostrze do gardła bestii. Już miał przeciągnąć nim po skórze przeciwnika, kiedy usłyszał grzeczne, acz nieco naglące odchrząknięcie.
Nie ruszając się z miejsca ani na centymetr, zamrugał i spojrzał prosto w jaśniejące w półmroku bursztynowe oczy. Nieco niżej dostrzegł zadbane kły permanentnie wystające z dolnej szczęki. Były jeszcze czarne, lśniące włosy zaczesane do tyłu i związane niebieską wstążką oraz wyprasowana, śnieżnobiała koszula.
– Na wszystkich bogów! – sapnął ze złością i odrobiną strachu przed tym, co prawie zrobił. – Kostek, życie ci niemiłe?!
Gwałtownie odsunął nóż od gardła ogra, a zarazem swojego przyjaciela, i puścił masywną rękę, którą dopiero co mu wykręcił.
– Jak szef mnie w końcu zabije, to nie znajdzie lepszego zastępcy – burknął lekko urażony Gunderberg, prostując się z dumą, a jego masywna sylwetka zdawała się całkowicie wypełniać zagracony gabinet.
– A co ja mówiłem o zakradaniu się do mnie, kiedy śpię? – Sztorm posłał mu wściekłe spojrzenie.
– Pukałem do drzwi i wołałem szefa. – Kostek rozmasował sobie nadgarstek.
Sztorm wsunął nóż do pochwy i przetarł dłońmi twarz. W jego gabinecie, oprócz wiecznego bałaganu, panował okropny zaduch. Susza nastała w tym roku znacznie szybciej niż zazwyczaj i raz po raz uderzała falami gorąca, więc unikali otwierania okien w całej wartowni, by nie wpuszczać do budynku upału i wszędobylskiego żółtego pyłu. A żeby choć odrobinę uchronić się przed skwarem, Sztorm zasunął ciężkie, nadgryzione przez mole zasłony. Ostatnie, co pamiętał, to jak wieczorem się tu zamknął, bo musiał pomyśleć, a nie położył się w swojej ulubionej celi, gdyż dochodziło tam donośne chrapanie Dakku drzemiącego w kuchni, niepozwalające mu się na niczym skupić. I nawet nie wiedział, kiedy usnął twardo na krześle, a teraz wszystko go bolało po takiej nocy.
– Po kiego groma w ogóle mnie budzisz? – warknął, odpychając od siebie poczucie winy, że przez koszmar, który dręczył go co jakiś czas od kilku miesięcy, niewiele brakowało, a rzeczywiście poderżnąłby gardło własnemu zastępcy.
Z czegoś takiego na pewno by się nie wytłumaczył. I nawet jeśli urbisa Mira Krukogród, sprawująca władzę w Liberii, nie powiesiłaby go za to, to pewnie zrobiłby to wściekły tłum. Kostek, mimo że był ogrem, potrafił zjednywać sobie ludzi i ziemowych. Również inne ogry go szanowały i tolerowały jego niespotykane zamiłowanie do higieny oraz przestrzegania przepisów prawa, nawet jeżeli co najmniej połowę kodeksu karnego Liberii wymyślił sam. Choć całkiem prawdopodobne, że jego ziomkowie przymykali oko na wszystkie te jego dziwactwa i byli gotowi wybaczyć mu naprawdę wiele, dlatego że Kostek był po prostu jednym z największych ogrów, jakie widziała Kolonia, a jego prawy sierpowy, po prawdzie rzadko używany, stał się wręcz legendarny wśród entuzjastów barowych i ulicznych bójek, które Kostek czuł się w obowiązku kończyć. Sztorm zaś nie był samobójcą i zawsze w takich chwilach podziwiał swojego podwładnego z bezpiecznej odległości. Cios ogra, nawet niecelowo wymierzony w człowieka, mógł w najlepszym wypadku zakończyć się dla niego utratą co najmniej paru zębów, połamaną szczęką i koniecznością przyjmowania pokarmów płynnych przez minimum kilka tygodni.
– Prosił szef, żebym mu przypomniał o wywiadzie dla „Kuriera Północnego” – powiedział Kostek tym swoim charakterystycznym spokojnym basem.
– No i?
– Nie jestem specjalistą od udzielania wywiadów, ale wypadałoby, żeby szef się przed nim umył.
– Że co? – Sztorm zmarszczył brwi, usiłując w myślach doliczyć się ostatnich kilku dni.
– Dzisiaj ma szef wywiad – wyłożył dobitnie Kostek.
Naczelnik machnął ręką i ponownie opadł na krzesło.
– Za godzinę – dodał nagląco ogr.
Sztorm posłał mu zbolałe spojrzenie. Miał już dość tłumaczenia się z tego wszystkiego, co wydarzyło się w poprzednim roku – zaginięcia, morderstwa i okaleczenia zwierząt przez wiele tygodni były na ustach wszystkich mieszkańców Liberii. Prawdę jednak znali tylko naczelnik, Kostek, Dakku oraz Margo, która ostatecznie została w pokojowej warcie na stałe. Wtedy zdawało się, że zaginięcie Samuela Banacha rozwiązało jakiś worek pełen zbrodni, a wszystkie ślady prowadziły do Zakonu Wzgardy Płomienia, który na dobrą sprawę w ogóle nie powinien istnieć.
Nawet urbisie nie powiedzieli o magicznym dziecku ani o tym, co się z nim stało. Zresztą Kiliana do tej pory dręczyły koszmary, choć na jawie prawie umiał przetłumaczyć sam sobie, że zrobił to, co było konieczne; nie miał innego wyjścia. Tak więc dla opinii publicznej i zrozpaczonych bliskich ofiar Sztorm musiał bardzo mocno nagiąć prawdę, według której Samuel Banach został zamordowany przez szalonego półelfa Iliana Eternosa. Z kolei hybrydy wyhodowane przez Eternosa okaleczały zwierzęta w lesie, zabiły swojego ojca oraz ogra Teodora Tuberga, który na polowaniu przypadkiem wszedł im w drogę. Nikt się nie dowiedział, że młody entuzjastyczny wartownik Luka został zamordowany przez dziewczynę, którą chciał ratować. Nie, dla innych chłopak zginął bohaterską śmiercią po walce z trzecią hybrydą, której istnienie wyszło na jaw dopiero później. Zdołał pokonać bestię, lecz zmarł w wyniku odniesionych ran. Jego rodzice nigdy się nie dowiedzą, gdzie spoczęło jego okrutnie okaleczone ciało. Nila ze sklepu mięsnego po prostu odeszła i nikt nie wiedział dokąd, choć niektórzy kojarzyli jej zniknięcie z działalnością podejrzanych ludzi kręcących się w poprzednim roku po mieście. O tym, że trzyletnia Adela Arugula wyszła cało z masakry w swoim rodzinnym domu i żyła jeszcze dwanaście lat w ukryciu pod ziemią, nie wiedział nikt poza pokojową wartą. Ani o tym, że dziewczyna miała moc.
Kłamstwo przeplatające się z prawdą i przemilczeniem było szyte naprawdę grubymi nićmi, ale Sztorm i jego ludzie powtarzali je tak długo i cierpliwie, aż ostatecznie wszyscy w nie uwierzyli. Zresztą nietrudno przyjąć do wiadomości taką wersję wydarzeń, gdy mieszka się na wyspie, która pochłonęła już niejedno istnienie, a ludzie i ogry stanowczo zbyt często giną bez wieści na upalnych równinach lub w gęstym buszu, co nie dziwi już nikogo.
Kilian był przekonany, że urbisa oraz Hazyt Grotgar – jej prawa ręka – wiedzieli o ludziach Wzgardy kręcących się po mieście, szpiegujących pokojową wartę i wypytujących o różne podejrzane rzeczy, ale nigdy otwarcie nie rozmawiali o tym z naczelnikiem. Po prawdzie przypuszczał, że Mira również trzyma przed nim wiele kart zakrytych. Był jeszcze Franc Ledle, który handlował tajemnicami i ze swojej piwnicy pod pralnią dywanów zarządzał całym sztabem służących zatrudnionych przez magnaterię. Ale po wydarzeniach ostatniej pory suchej Sztorm odwiedził go wraz z Kostkiem i razem bardzo obrazowo wyjaśnili, co się z nim stanie, jeśli piśnie komukolwiek choć słowo.
Od jakiegoś czasu do naczelnika dochodziły słuchy o tym, że główny redaktor „Kuriera Północnego” zadaje wszystkim wokół wiele niewygodnych pytań. Sztorm nie miał najmniejszej ochoty na udzielanie mu wywiadu, lecz urbisa naciskała, że powinien to zrobić w ramach ocieplenia wizerunku pokojowej warty, oraz zasugerowała, że jeśli Filip Kuna nie dowie się prawdy, a przynajmniej tego, co zostało uznane za prawdę, od naczelnika, to poszuka jej gdzie indziej. A tamta prawda może być zupełnie inna i nie spodoba się wielu ludziom oraz ogrom. Podczas poprzedniej pory suchej miasto znalazło się na granicy paniki. Coraz częściej mówiło się o tym, że magia wróciła, i nie potrzeba było do tego nawet Związku Przeciwników Magicznego Odrodzenia (które przecież zostało na dobre rozwiązane), by mieszkańcy Liberii zaczęli się bać. A z buszu dochodziły jeszcze wieści o unohorze – bestii, która obudziła się w trzewiach wyspy, by pożreć tych, którzy nie oddają należytego szacunku Nurudze… czyli praktycznie wszystkich poza ziemowymi, choć i oni mieli przed nią stracha. To ona, a właściwie jej wizja, od prawie roku systematycznie nawiedzała naczelnika we śnie, skutecznie nękając jego i tak już nadszarpnięte nerwy.
Sztorm i jego podwładni włożyli zbyt wiele trudu w zachowanie spokoju w mieście, żeby jakiś gryzipiórek teraz to wszystko zepsuł.
Naczelnik wyciągnął z szafy w gabinecie starą, w miarę czystą koszulę. Na spodniach miał ślady po palcach ubrudzonych smarem do rewolweru, ale tym nie zamierzał się przejmować. Założył pas z kaburą, zapinając go o kolejną dziurkę ciaśniej. Od zeszłego roku znacznie schudł. Częściowo przez stres, jaki zafundowała mu posada naczelnika w tak burzliwych czasach, a częściowo dlatego, że postanowił wziąć się za siebie. Więcej chodził, jadł mniej niezdrowego i tłustego jedzenia, przestał dodawać do kawy cukier – to i wiele innych drobnostek sprowadziło go na drogę do dłuższego życia, bo ktoś w końcu musi zadbać o mieszkańców Liberii i Ćwiartki Północnej, bez względu na to, jaki mają kolor skóry, kształt uszu czy długość zębów.
Wszedł do kuchni, gdzie na fotelu drzemał Dakku – podstarzały ziemowy. Sztorm zajrzał do lodówki, rozważył zjedzenie na śniadanie czegoś zdrowego podebranego Kostkowi, po czym sięgnął po gar ze smalcem. Branie się za siebie braniem się za siebie, ale gruba pajda chleba z jeszcze grubszą warstwą smalcu ze skwarkami była tym, czego potrzebował, by mentalnie i fizycznie przygotować się do tej słownej batalii, która z całą pewnością czekała na niego w redakcji „Kuriera Północnego”.
– Ty znowu prawie zabił ogra – doszedł do niego głos zza lodówki.
Dakku nawet nie otworzył oczu, a jak zwykle wiedział o wszystkim, co działo się w wartowni.
– Sam się o to prosił. – Sztorm wgryzł się w śniadanie, po czym zamruczał z rozkoszą. Tak dawno już nie jadł czegoś normalnego, że niemal zapomniał, jak bardzo to lubi.
Spod ławy dobył się łomot, jakby budynek zaczął się walić. Po chwili jednak przed naczelnikiem usiadł Budrys – mieszanka tygrysa leśnego oraz psa – i wpatrzył się w niego wyczekująco.
– Podaj łapę – rzucił naczelnik.
Zwierzę nawet nie raczyło zareagować.
– Daj głos.
Budrys wywalił z pyska długi różowy jęzor, a Sztorm dałby głowę, że Dakku śmieje się za jego plecami.
– Zrób proszące oczy – polecił.
Tygrys leśny nawet nie drgnął, wciąż się w niego wpatrując, na pewno nie prosząco, raczej rozkazująco.
– Dobrze – pochwalił go naczelnik.
Oderwał kawałek kanapki i rzucił Budrysowi. Ten chwycił jedzenie w zęby i połknął bez żucia.
– Nie umiesz się delektować – oświadczył Sztorm, po czym pochylił się, by podrapać go za uchem.
Tygrys kłapnął wielką paszczą, a naczelnikowi w ostatniej chwili udało się uratować dłoń przed ostrymi zębami.
– Robimy postępy, co? – mruknął do niego.
Po śniadaniu Kostek podał świeżo zaparzoną kawę, po której Sztorm wreszcie poczuł się zdolny stawić czoło redaktorowi „Kuriera Północnego”.
– Jak nie wrócę za godzinę, przyjdź do gazety, żeby mnie uratować – oświadczył, ruszywszy ku drzwiom.
– Ale przecież miałem znaleźć tego złodzieja kwantyzytu! – Kostek porwał ze stołu zniszczony kapelusz Sztorma i popędził za przełożonym.
Naczelnik zatrzymał się gwałtownie i niewiele brakowało, a ogr by na niego wpadł.
– Przecież to sprawa Czarnej Kompanii. – Zmarszczył brwi, biorąc od niego nakrycie głowy.
– No tak, ale zostałem poproszony o pomoc – ogr wypiął dumnie pierś – bo mają tam u nich nastąpić jakieś zmiany na wyższym szczeblu i teraz wszyscy chcą się wykazać…
– To niech się wykazują, ale nie kosztem pokojowej warty – skwitował Sztorm, znów kierując się ku drzwiom. – Ty masz ważniejsze rzeczy na głowie, jak ratowanie swojego naczelnika.
– Ale jak? – jęknął zastępca.
– Wymyśl coś kreatywnego. – Kilian wzruszył ramionami, po czym położył dłoń na klamce. – Możesz wezwać mnie do pomocy przy zażegnaniu buntu ziemowych albo krzyczeć, że jest pożar i trzeba ratować z płomieni gromadkę niewinnych dzieci.
– Ale…
Naczelnik spoważniał i posłał Kostkowi przeszywające spojrzenie.
– To rozkaz – rzucił może nieco zbyt oschle, wychodząc na już skwarną, pomimo wczesnej godziny, ulicę.
Złapał dwoma palcami rondo kapelusza, zasłaniając nim oczy przed intensywnymi promieniami słońca. Wziął zaledwie jeden wdech, a miał wrażenie, że jego płuca wypełniły się żółtym kurzem. Choć trzeba przyznać, że był on znacznie lepszy niż ten czarny pył, który niemal bez ustanku unosił się ciemną, złowieszczą chmurą nad torowiskiem i przeładownią węgla. Powietrze było suche i miało ten swój charakterystyczny zapach równin. Niebo przybrało kolor jasnego błękitu, zapowiadając kolejny gorący dzień. Brukowana ulica zdawała się chłonąć ciepło dnia, by móc oddać je nocą. Podobnie jak ściany niskich domów zbudowanych z wysuszonego na wiór drewna, pociemniałego od słońca, oraz z żółtego piaskowca miejscami poprzecinanego rdzawymi żyłkami.
O tej godzinie po mieście kręciło się dużo ludzi, którzy najwyraźniej chcieli pozałatwiać wszystkie najpilniejsze sprawy jeszcze przed nadejściem popołudniowych upałów. W takich chwilach Liberia przywodziła Sztormowi na myśl mrowisko, gdzie każdy ma swoje zadanie do wykonania, a cała praca i wędrówki wszystkich istot odbywają się w harmonijnym rytmie.
Minął sklep mięsny, usilnie starając się nie patrzeć na drzwi i okno zabite deskami. Nila podjęła w życiu wiele fatalnych decyzji, począwszy od dnia, w którym zgodziła się przyjechać do Kolonii, a kończąc na ocaleniu dziecka, które powinno było po prostu zginąć, ale wiedział, że na jej miejscu pewnie postąpiłby podobnie, bo czasem człowiek nie ma wyboru i musi grać takimi kartami, jakie dostał od losu, nawet jeśli są one najgorsze z możliwych.
Za plecami usłyszał szmer i odwrócił się gwałtownie, opierając dłoń na rewolwerze.
– To ty – mruknął, rozluźniając się.
Budrys stał za nim z nisko opuszczonym łbem. Mimo że bestia została wychowana przez ludzi od szczeniaka, nadal miała w sobie pewną dzikość, a jej spojrzenie przyprawiało o ciarki. Sztorm nie miał pojęcia, dlaczego postanowiła opuścić swojego poprzedniego właściciela i zamieszkać w wartowni. Kilka razy usiłował się jej pozbyć, ale ona zawsze wracała. Miał pewne podejrzenia, że wiąże się to z tym, jak dobrze Dakku potrafi gotować, i tym, że za każdym razem coś „przypadkiem” spada mu ze stołu na podłogę.
Budrys przez kawałek drogi towarzyszył Sztormowi, po czym bez pożegnania skręcił w boczną uliczkę. Czasem naczelnik zastanawiał się, czy będą mieli kłopoty, jeśli ta mieszanka psa i tygrysa leśnego kogoś pogryzie. W końcu mieszkańcy Liberii zaczynali powoli traktować tego potwora jak coś pomiędzy strażnikiem a maskotką warty. Niestety Kilian nie miał na zwierza absolutnie żadnego wpływu.
Chwilę później minął go elegancki czarny powóz z okienkami przesłoniętymi ciemnym materiałem. Sztorm odprowadził go niechętnym spojrzeniem. Nie lubił, gdy magnaci ze starego lądu tak afiszowali się ze swoim pochodzeniem i bogactwem. Jakby nie mogli iść pieszo albo jechać w siodle jak normalni ludzie. Nie podobało mu się też, że coraz więcej pojawiało się ich w Kolonii, ale niestety nie mógł im zabronić przybywania na wyspę. W takich momentach miał nadzieję, że unohora jest prawdziwa i przepędzi tę bandę wystrojonych pawianów. Co prawda większość z nich przybywała do Kolonii w interesach, najczęściej związanych z Kompanią Czarnego Złota, ale ostatnio obiło mu się o uszy, że ktoś przypłynął tu w celach czysto rozrywkowych. Jako turysta! Naczelnik rozumiał życie z konieczności na tym wyschniętym kawałku ziemi lub w dzikim buszu, gdzie każdy krok mógł okazać się ostatnim – i to dosłownie, jeśli się nastąpiło na jadowitego węża. Tacy ludzie jak on po prostu nie znali niczego innego i musieli zaakceptować wyspę. Ale… przyjeżdżać tu dla zabawy? Żeby obejrzeć rajskie ptaki, zobaczyć stada nganari lub spróbować rzekomo najsłodszych owoców na świecie? Kompletny absurd.
Redakcja „Kuriera Północnego”, jedynej gazety w Ćwiartce Północnej, znajdowała się niedaleko biura urbisy. Budynek był całkiem sporych rozmiarów, a na dużych szybach został naklejony ozdobny złoty napis. Wszystkie drewniane elementy budowli pomalowano na ciemnozielony kolor. Ogółem to miejsce sprawiało takie wrażenie, jakie redaktor Kuna zapewne chciał osiągnąć – stylu i wyczucia dobrego smaku poważanej gazety. I to właśnie dlatego Sztorm ubrał się w niezbyt świeżą koszulę w kratę i wcale nie zmieniał brudnych spodni ani starego czarnego kapelusza, na którym znajdowała się biała obwódka od potu. Lubił robić takim ludziom jak Kuna na przekór; poza tym miał nadzieję, że jeśli nie będzie wyglądał na człowieka godnego przekroczenia tego progu, a na takiego, który przepłoszy z redakcji ewentualnych gości z magnaterii, to szybko załatwią ten wywiad, by się go pozbyć.
Co niespotykane, drzwi były zamknięte na klucz.
Sztorm zapukał w umytą zapewne poprzedniego dnia szybę, na której już osiadł pył. Poczekał chwilę, a gdy wciąż nikt mu nie otworzył, zapukał ponownie, tym razem z większą siłą. Całą noc spał na krześle i śniła mu się ta przeklęta unohora, więc był zmęczony, a dodatkowo podminowany własnym atakiem na Kostka i koniecznością udzielenia tego przeklętego wywiadu. Zamknięte drzwi podziałały na niego jak płachta na byka.
Uderzył w szybę pięścią, aż zadrżała.
To nie jemu zależało na tym wywiadzie. I to nie on będzie przychodził tu ponownie. Wściekły na świat, na unohorę, ten wszędobylski pył, a przede wszystkim na Kunę, odwrócił się na pięcie, gotów wrócić do wartowni.
Właśnie wtedy ujrzał nadchodzącą ku niemu kobietę w średnim wieku. O ile pamiętał, miała na imię Konstancja i kilka lat wcześniej przybyła ze starego lądu po tym, jak jej mąż zmarł, a jego rodzina przejęła ich oczko w głowie, czyli malutką gazetę. Nikt nie chciał nawet słyszeć o tym, że wdowa zdoła sama poprowadzić dalej interes. Rozżalona z powodu takiej niesprawiedliwości oraz zła na rodzinę zmarłego męża postawiła wszystko na jedną kartę i wyruszyła w samobójczą podróż do dzikiego kraju, gdzie od razu znalazła zatrudnienie. Najwyraźniej możliwość pracy ze słowem pisanym była dla niej na tyle satysfakcjonująca, że nie przeszkadzały jej ani klimat, ani zabójcze flora i fauna Kolonii. Kuna często mówił o Konstancji, że znalazł diament pośród świń.
– Och, pan naczelnik? – Podeszła do niego i zerknęła pytająco, poprawiając kosmyk kasztanowych włosów, który wysunął się z luźnego koka.
– Przyszedłem na wywiad z redaktorem – rzucił Sztorm, jeszcze bardziej rozdrażniony, że ktokolwiek się tu zjawił, kiedy on postanowił się wściekać, że musiał pocałować klamkę.
– To redaktora jeszcze nie ma? – zdziwiła się kobieta. – Wie pan, on zawsze jest w pracy pierwszy. – Posłała naczelnikowi przepraszający uśmiech, szukając czegoś w kieszeniach sukni.
Wreszcie odnalazła klucz i wsunęła go do zamka. Zapadki szczęknęły cicho, a po chwili drzwi stanęły przed nimi otworem. W budynku panowały zaduch i półmrok, tak charakterystyczne dla tej pory roku. Naczelnik powiódł wzrokiem po stosunkowo przestronnym, dość zagraconym pomieszczeniu. Znajdowały się tu dwa biurka – jedno zawalone papierami i różnymi szkicami, a drugie czyściutkie, z dokumentami schludnie ułożonymi na rogu blatu, tuż obok nowoczesnej maszyny do pisania. Na ścianie wisiały oprawione w ramki z postarzanego drewna olngu pierwsze strony z kilkunastu numerów „Kuriera Północnego” z krzykliwymi nagłówkami, które najwyraźniej z jakiegoś powodu były dla redakcji ważne.
Sztorm usiadł przy jednym z biurek i zabębnił palcami w blat. Chwilę później w redakcji zjawiła się Letycja, starsza kobieta, która pełniła funkcję sprzątaczki i recepcjonistki. Zaparzyła dla niego kawę i gdyby nie to, że napój był naprawdę smaczny, naczelnik ze złością opuściłby siedzibę gazety; nie zamierzał czekać na Kunę. Niedługo później przyszedł młody mężczyzna, zatrudniony przez redaktora jako ilustrator jakieś cztery lata wcześniej. Zajął miejsce po przeciwnej stronie biurka, strącając przypadkiem na ziemię kilka rysunków. Od razu zaczął nerwowo je zbierać, ale uwadze naczelnika nie uszedł jeden ze szkiców przedstawiający ogra jako dziką, zaślinioną bestię.
– Co to ma znaczyć? – Kilian wyrwał mu tę kartkę z rąk.
– Nic takiego – bąknął mężczyzna. – To tak na wszelki wypadek…
– Jakby co? – zapytał lodowato Sztorm.
– Jakby ta zaraza, co dopadła ogry w kopalniach, zaczęła się rozprzestrzeniać.
– To był tylko jeden przypadek – wycedził naczelnik. – Jeden ogr, któremu odwaliło, a nie zaraza.
Ilustrator uniósł palec wskazujący i zrobił minę, jakby chciał zaprzeczyć, ale ostatecznie uznał, że nie będzie się kłócić.
– Tak, tak, oczywiście – zapewnił, nerwowo unosząc kąciki ust.
Naczelnik nie odwzajemnił uśmiechu, tylko badawczo wpatrywał się w mężczyznę, czekając, aż ten wybuchnie, bo wyglądał, jakby zaraz miała mu pójść para z uszu.
Ku jego rozczarowaniu nic takiego się nie wydarzyło. Chłopak tylko drgnął nerwowo, kiedy rozległ się brzdęk filiżanki na podstawce, którą chwilę później postawiła przed nim Letycja. Konstancja odchrząknęła cicho, jakby przygotowywała się do przemowy życia.
– Nie jesteśmy pewni, kiedy przyjdzie redaktor – odezwała się. – A nie możemy przetrzymywać tutaj naczelnika w nieskończoność. Na pewno ma pan sprawy niecierpiące zwłoki… – Zawiesiła głos, czekając, aż Sztorm przytaknie.
Nie przytaknął.
Kolejne odchrząknięcie.
– W każdym razie, Gilbercie, może ty przeprowadź z panem wywiad – zaproponowała.
– Ja?! – rzucił wysokim tonem ilustrator.
– Przecież doskonale wiesz, jakie pytania chciał zadać redaktor. – Uśmiechnęła się do niego.
Gilbert zrobił zbolałą minę, a Sztorm odchylił się na krześle i założył nogę na nogę, uważnie śledząc każdy ruch ilustratora, który wyciągnął z kieszeni notes, po czym zaczął przetrząsać szuflady biurka w poszukiwaniu czegoś do pisania. Ręce przy tym tak mu drżały, że ledwie był w stanie złapać palcami niewielkie gałki.
Lekko zirytowany Sztorm sięgnął po ołówek leżący na blacie i stuknął nim kilka razy w biurko.
– Dziękuję. – Gilbert przyjął go, otworzył notes i wpatrzył się w białą kartkę. – Zacznijmy od czegoś prostego – zagaił. – Jest pan naczelnikiem od…?
Kilian spojrzał na niego spod uniesionych brwi.
– Dwudziestu jeden lat.
– Długo – sapnął ilustrator. – A jak to się stało, że został pan naczelnikiem?
– Po wojnie rozdawali stanowiska jak ulotki wyborcze – burknął Sztorm. – I jeszcze nie znalazł się żaden cwaniaczek, który by mnie przechytrzył. – Posłał rozmówcy mordercze spojrzenie.
– Oczywiście, oczywiście. – Gilbert notował drżącą ręką. – Miałem przyjemność naszkicować pana zeszłoroczną zasadzkę na przemytników na torowisku.
– Wiem – odparł Kilian takim tonem, jakby wiedział dosłownie wszystko.
– Co pana zdaniem jest ważne w życiu?
– Święty spokój.
Gilbert zachichotał wymuszenie.
– Czy jest pan zadowolony ze swojego zastępcy, Gustawa Gunderberga?
– Jakbym nie był, to Kostek nie byłby moim zastępcą.
– Prawda, prawda. A co pan może o nim powiedzieć?
Ołówek zawisnął nad notatnikiem.
– Jest taki zielony, bo je dużo sałaty.
Ilustrator znów się zaśmiał, ale gwałtownie urwał, gdy spostrzegł, że Sztorm zachował pełną powagę.
– Jaka była najtrudniejsza sprawa w pańskiej karierze?
Naczelnik wpatrzył się w ołówek, a w jego głowie zamajaczyły: stary dom pełen trupów, nastolatka z dziurą po kuli w klatce piersiowej, zmasakrowane zwłoki ogra w lesie i dwie bliźniacze bestie stworzone przez elfa psychopatę.
– Następne pytanie – warknął.
– Niech pan powie nam coś więcej o sobie… – Gilbert postukał się ołówkiem w brodę. – Jaką jedną cechą by się pan opisał?
– Upór.
– Tak, tak, słyszałem o tym.
Sztorma zaczynało już drażnić to, jak ilustrator powtarzał wyrazy, jakby były jednym słowem.
– A ma pan jakieś słabe strony?
– Jak się najem ogórków kiszonych, to mam sraczkę.
Gilbert otworzył usta – zapewne znów miały z nich wypłynąć bliźniacze słowa, ale się powstrzymał.
Przez następne pół godziny Kilian odpowiadał na podobne, kretyńskie pytania, usiłując przekonać samego siebie, że cały ten wywiad nie jest kompletnie bez sensu.
– A co pan może powiedzieć czytelnikom o stosunkowo niedawno zatrudnionej wartowniczce? – zagaił Gilbert, kiedy Sztorm zaczął się zastanawiać, dlaczego jeszcze nikt nie przybył mu na odsiecz. – Niektórzy wspominają o jej niejasnej przeszłości i wątpliwym pochodzeniu…
Naczelnik zmroził go spojrzeniem.
– Urodziłeś się na wyspie – powiedział.
Mężczyzna przytaknął.
– Tuż przed wojną – dodał Kilian.
– Czasem żałuję, że byłem wtedy jeszcze dzieckiem – odparł Gilbert, a jego wzrok nieco się zamglił, jakby wspominał swoje dziecięce marzenia. – Chciałbym móc się wykazać męstwem, razem z ludźmi takimi jak pan przepędzić naszych oprawców, otoczyć się chwałą…
– Znałem twoją matkę, wiesz? – burknął naczelnik.
Ilustrator uniósł w zaskoczeniu brwi.
– Wiem, że ukrywała cię pod podłogą, gdy żołnierze z Arkadionu przetaczali się przez Liberię – powiedział grobowym tonem Kilian.
Gilbert skinął głową.
– Wiem, co z nią zrobili, kiedy wpadli do jej domu – ciągnął bezlitośnie Sztorm. – I wiem też, co ona zrobiła tym, których wzięliśmy do niewoli, kiedy odzyskaliśmy Liberię.
W redakcji „Kuriera Północnego” zapadła cisza.
– Dwadzieścia lat temu nie było chwały. Nie było męstwa. Było jedynie szaleństwo. Strach, łzy i krew.
Gdzieś w oddali dało się słyszeć świst lokomotywy wjeżdżającej do miasta. I nic więcej. Ilustrator wyglądał, jakby zjadł coś bardzo nieświeżego.
Sztorm usłyszał kroki za plecami.
– A może pan opowiedzieć nam coś więcej o sprawie z zeszłego roku? – odezwała się Konstancja. – Tej, która wstrząsnęła nie tylko Liberią, ale też całą Ćwiartką Północną?
Ominęła naczelnika i biurko, po czym stanęła obok Gilberta.
– Wszystko zostało już podane do wiadomości publicznej – powiedział Kilian tonem bardziej wrogim, niż planował.
– A jednak wciąż są głosy, że w to wszystko była zamieszana… magia.
Intensywnie zielone oczy prześwidrowały Kiliana na wylot.
– Gówno, nie magia.
Gdyby Kostek miał więcej odwagi, a mniej szacunku do swojego przełożonego, już dawno temu stwierdziłby, że te słowa to życiowa dewiza naczelnika. Ale nawet potężny ogr miał w głowie wystarczająco dużo oleju, żeby nie wymawiać przy swoim przełożonym słowa na „m”.
– Czy wie pan, dokąd się wyprowadziła… niejaka Nila z mięsnego?
Gilbert z zapałem zanotował pytanie i spojrzał na naczelnika w oczekiwaniu. Niewiele brakowało, a Sztorm zerwałby się z krzesła, zabrał mu te przeklęte przybory, ołówek złamał, a notes wepchnął do gardła. Przez ułamek sekundy rozkoszował się obrazem dławiącego się ilustratora, który podsunęła mu wyobraźnia.
Wiedział jednak, że każda reakcja na wyrost zrodzi dodatkowe i niepotrzebne pytania. Musiał zachować spokój. Musiał odpowiedzieć krótko i rzeczowo. I bez gniewu. A to było bardzo trudne, gdy czuł wypełniającą go wściekłość.
Właśnie wtedy z opresji uratowało go naglące pukanie do drzwi. Nikt nie zdążył zareagować, nim niczym wysłannik samych bogów, którzy postanowili zlitować się nad biednym Sztormem, do redakcji wpadł Kostek.
– Panie naczelniku! – sapnął.
Nigdy się tak do niego nie zwracał.
– Co się stało? – Kilian poderwał się na równe nogi, szczęśliwy, że zastępca wreszcie uratuje go z opresji, jaką był ten absurdalny wywiad, i trochę zły, że dopiero teraz.
Ogr postąpił do przodu, otworzył usta, po czym je zamknął i rozejrzał się wokół ze zmarszczonymi brwiami.
– Czuje szef krew? – zapytał.
Argulus Ksar’Dur oparł umięśnione przedramiona o nadburcie i wystawił zieloną twarz do słońca, pozwalając, by promienie oraz morska bryza osuszyły pot z jego czoła. Lubił wychodzić na pokład i patrzeć w dal, na południe. Chciałby powiedzieć, że te widoki przypominają mu dom, ale bezkres oceanu był czymś zupełnie innym niż ostre szczyty gór dotykających samego nieba, w których Argi się wychował. Mimo wszystko odległy horyzont sprawiał, że czuł się wolny, a każdy ciężko przepracowany dzień przybliżał go do celu jego długiej podróży – Kolonii, wyspy, która miała być spełnieniem marzeń jego ojca.
Argi wyjął z kieszeni naszyjnik z kości i z pewnym namaszczeniem zaczął przekładać je między palcami, a jego usta bezgłośnie wypowiadały imiona, których nigdy wcześniej nikt nie słyszał na tym parostatku – ani na dobrą sprawę na żadnym innym.
Na pokładzie rozległy się odległe kroki. Argi usłyszał je na długo, zanim dostrzegł dwoje ludzi idących w jego stronę; niestety zbliżali się od strony wejścia pod pokład dla załogi, więc nie miał szans niepostrzeżenie zejść im z drogi. Schował jedynie naszyjnik i nadal stał nieruchomo przy nadburciu, licząc, że obcy nie zwrócą na niego uwagi.
– Wiem, że podróż parostatkiem jest znacznie krótsza – rozległ się kobiecy głos z odrobiną pretensji. – Lecz nie znoszę tego wszędobylskiego pyłu! Wkrada się do nosa, ust, osiada na ubraniach…
– Cóż, moja droga pani Luizo – westchnął znacznie starszy od niej mężczyzna. – Ja tam wolę przebyć tę podróż dwa razy kró…
– Wczoraj znalazłam sadzę na ubraniach, których jeszcze ani razu nie wyjęłam z kufra! – przerwała mu kobieta. – Panie doktorze, nie powie mi pan, że cały ten pył nie ma żadnego negatywnego wpływu na stan mojego zdrowia.
Argi nawet nie drgnął, obserwując tę dwójkę kątem oka. Pomyślał sobie, że gdyby to babsko spędziło choć godzinę na jego miejscu, ładując węgiel do pieca, od razu doceniłoby świeże powietrze na pokładzie. Ale tacy jak ona zawsze wysługują się innymi. Kobieta miała na sobie suknię na modłę dam z wyższych sfer. Musiała być strasznie niewygodna i kosztować małą fortunę. Na jasnych włosach tkwił kapelusik, który nie chronił przed słońcem ani wiatrem, ani nawet ewentualnym deszczem, co czyniło go kompletnie bezużytecznym. Mężczyzna, który jej towarzyszył, zdecydowanie nie był w sile wieku, ale coś w jego czujnym spojrzeniu, wyprostowanej sylwetce i zdecydowanym kroku mówiło, że umie zadbać o swoje interesy, a pod powierzchownością godną dżentelmena kryje się rekin. Argi dopiero wtedy, gdy zaciągnął się na „Jutrzenkę”, usłyszał o tych bestiach i raz jedną zobaczył, co utwierdziło go w przekonaniu, że zdobycie zęba tego potwora w walce byłoby dla niego zaszczytem. I choć może reszta załogi parostatku z chęcią zobaczyłaby ogra mierzącego się z rekinem, główny mechanik jasno mu wyłożył, że jeśli Argi podejmie jakiekolwiek próby zmagań z wodnymi stworzeniami, „Jutrzenka” odpłynie, zostawiwszy go daleko w tyle.
– A koszt tego rejsu to jest rozbój w biały dzień! – utyskiwała dalej Luiza. – Gdybym wiedziała, jakie warunki mnie tu czekają, w życiu nie zdecydowałabym się na tę podróż! Mój świętej pamięci mąż w grobie by się przewrócił, gdyby się dowiedział, do czego zostałam zmuszona! Niestety szwagier ubłagał mnie, bym towarzyszyła siostrze w podróży do tego dzikiego kraju. Biedaczka ma okropną chorobę morską i nie jest w stanie opuścić swojej kajuty.
– Hmmm… – mruknął mężczyzna, w rytm swoich kroków stukając o pokład czarną laską.
Argi poczuł na sobie jego uważne spojrzenie, ale spuścił głowę i wpatrzył się w ciemne fale.
– Jako młoda panienka pływałam z ojcem żaglowcami i to dopiero była podróż! – ciągnęła kobieta. – Statek był czysty, posiłki wystawne i przepyszne, a załoga uprzejma i… – zająknęła się, jak gdyby dopiero teraz zauważyła stojącego tuż przed nią Argiego. – I na żaglowcach nikomu nie przeszłoby przez myśl, by zatrudnić te bestie – zakończyła, nawet nie siląc się na to, by ściszyć głos.
Argi zacisnął mocniej dłonie na nadburcie. Mięśnie jego ramion się spięły, ale nic poza tym. Nie szukał kłopotów i nie zamierzał odpowiedzieć na zaczepkę. Kiedyś pewnie odpyskowałby tej kobiecie, za co dostałby kulę w łeb jak wściekłe zwierzę. W najlepszym wypadku na wiele dni zamknęliby go w jakiejś klitce o samej wodzie, a po dopłynięciu do portu kazaliby mu zapłacić za rejs. Nie miał przy sobie pieniędzy, więc musiałby to odpracować, płynąc parowcem w drugą stronę do Arkadionu. A powrót do tego miejsca oznaczał dla niego śmierć.
W końcu pasażerowie go minęli i Argi mógł wreszcie odetchnąć. Zerknął jeszcze tylko za nimi akurat w momencie, gdy mężczyzna z podkręconym szarym wąsem odwrócił głowę, jakby chciał się upewnić, że „ta bestia” nie rzuci się za nimi w pogoń. W jego spojrzeniu kryła się jedynie pogarda. Argi był bowiem bestią, a ta dwójka nawet nie zdawała sobie sprawy, jak dziką i nieokiełznaną. Jego klan pochodził z niedostępnych gór i zaledwie dwa pokolenia wcześniej odrąbywał głowy ludziom, którzy czasem bezmyślnie wkraczali na jego tereny. Ogr poświęcił jednak zbyt wiele, by tu się znaleźć, i nie zamierzał tego teraz zaprzepaścić.
Droga przez cały Arkadion nauczyła go, że ludziom często wystarczy krzywe spojrzenie, by wydać wyrok na kogoś takiego jak on. Odebrał kilka bardzo bolesnych lekcji, ale niemożliwym wręcz wysiłkiem zdołał schować dumę do kieszeni i bez słowa znieść bolesne cięgi, by spełnić ostatnie życzenie ojca. Przez pół roku pracował na holownikach Kompanii Czarnego Złota płynących w górę rzeki, wiozących w głąb kraju całe tony węgla i kwantyzytu. Zrobił ten kurs niezliczoną ilość razy, aż udało mu się zatrudnić na parowcu płynącym wprost do Kolonii. Ludzie niechętnie zatrudniali ogry, ale nawet oni potrzebowali siły, którą mógł im zaoferować. Pracował dłużej i wytrwalej niż ludzie. Mniej przeszkadzał mu ukrop panujący przy kotle i potrafił dźwignąć takie ciężary, do których trzeba było co najmniej trzech silnych chłopów. A mimo to nadal uważano go za bestię.
Potrząsnął do siebie głową i po raz ostatni zerknął na horyzont. Jeszcze tylko kilka dni dzieliło go od celu. Wytrzyma. Choćby nie wiadomo co się działo, zaciśnie zęby i dotrwa do końca podróży. Na szczęście na parowcu znajdowało się niewielu pasażerów – ludzie nie chcieli pływać na „tę przeklętą wyspę”, jak ją często nazywali. W tę stronę wieziono skrzynie z towarami sprowadzanymi za niemałe pieniądze przez magnatów mieszkających w Kolonii i dopiero w drogę powrotną ładownie zostaną wypełnione po brzegi węglem oraz kwantyzytem. Ale Argiego już tu nie będzie.
Zbliżała się pora jego wachty, a za wszelkie spóźnienia czekała go kara znacznie surowsza niż jakiegokolwiek innego członka załogi. Już miał wejść pod pokład, gdy nagle ktoś wypadł na niego zza rogu.
To był instynkt. Argi chwycił obcego za ubranie na klatce piersiowej i uniósł pięść. Jego mięśnie zadziałały bez udziału świadomej woli i dopiero wtedy, kiedy spojrzał prosto w twarz młodego eleganckiego mężczyzny, zamarł. Nie miał pojęcia, kim jest ten człowiek, ale wiedział, że sam kapitan kłania mu się z szacunkiem.
Przez ułamek sekundy trwali tak obaj w kompletnym bezruchu, aż usta dżentelmena rozciągnęły się w uśmiechu.
– Dobrze cię widzieć! – oznajmił.
Argi zmarszczył krzaczaste brwi.
– Wyglądasz na uczciwego… – mężczyzna się zawahał – pracownika.
Argi puścił go i obniżył pięść.
Młody dżentelmen wygładził koszulę i klepnął się kilka razy po marynarce jasnego garnituru, jakby czegoś szukał. Lekka bryza poruszyła jego ciemnoblond włosami.
– Chcę, żebyś coś dla mnie przechował – oznajmił, wyciągając zza paska prostokątny przedmiot zawinięty w biały materiał.
Argi nadal stał bez ruchu, nie do końca wiedząc, jak wybrnąć z tej sytuacji. Wietrzył w tym wszystkim jakiś podstęp, ale nie mógł przecież zbyć wzruszeniem ramion człowieka, któremu nawet kapitan okazuje pełny szacunek.
– No, śmiało – zachęcił nieznajomy, a jego usta rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu pod modnie przystrzyżonym wąsem.
Gdy Argi wciąż nie drgnął, mężczyzna złapał go za przedramię, uniósł je i wcisnął zawiniątko w jego dłoń.
– Dbaj o nią, na koniec rejsu będę chciał ją z powrotem – powiedział, po czym wyciągnął z kieszeni monetę. – A to za fatygę.
Argi stał zbaraniały w wejściu, z prostokątnym zawiniątkiem w jednej dłoni i monetą w drugiej, patrząc na odchodzącego człowieka.
– Ty! Ogr! – wrzasnął ktoś spod pokładu.
Argi pospiesznie schował monetę do kieszeni, zawiniątko zaś wsunął za pasek od spodni na plecach i zakrył kamizelką. Ku niemu szedł właśnie bosman Gabrovic z groźną miną.
– Gdzie wyłazisz na pokład?! – warknął. Jego oddech cuchnął przetrawionym alkoholem. – Pasażerowie nie chcą oglądać twojej paskudnej gęby!
Argi zacisnął mocniej pięści. W chwili, gdy po raz pierwszy zobaczył tego człowieka, znienawidził go. Bosman był bowiem złośliwy, podły i pastwił się nad załogą, a zwłaszcza nad nowo zatrudnionym ogrem.
– No, śmiało – wycedził mężczyzna, zerkając na jego dłonie. – Uderz mnie. Podnieś na mnie rękę, a zanim zdążysz pomyśleć, jaki jesteś głupi, wylądujesz za burtą.
Oddech Argiego przyspieszył, serce pompowało granatową krew, a mięśnie same się spinały, gotowe do walki. Ten człowiek zdecydowanie zasłużył na to, co klan Aghe’Verges zwykł robić ze swoimi wrogami. Ogr jednak miał zadanie do wykonania i nie mógł pozwolić, żeby taki kmiotek mu w tym przeszkodził.
Z ogromnym trudem opanował własne ciało, które żądało krwi, po czym rozprostował palce i opuścił głowę.
– Tak myślałem – rzucił Gabrovic, po czym splunął mu na klatkę piersiową.
Oczy Argiego zaszły czerwoną mgłą, gdy nagle ktoś położył dłoń na jego ramieniu. Ogr odwrócił się gwałtownie, gotów, by zabić, ale wtedy dostrzegł głównego mechanika.
– Młody, węgiel sam się nie załaduje. Do kotłowni. – Mężczyzna machnął za siebie ręką.
Jego z kolei Argi lubił. Ignacy Machan zdawał się nie mieć zbyt wygórowanych marzeń. Dla niego liczyła się przede wszystkim „Jutrzenka”. Lubił wsłuchiwać się we wszystkie dźwięki parostatku i porównywał go do żywego organizmu. Często mówił o nim w rodzaju żeńskim: „dziewczyna jest głodna”, „dziewczyna potrzebuje smaru”, „dziewczyna pruje naprzód jak morski demon”. I nie czepiał się załogi, jeśli dobrze wykonywała swoją pracę.
– Już lecę – odparł przez zaciśnięte zęby Argi, po czym ruszył do kotłowni, nie oglądając się za siebie.
*
Sztorm pytająco wpatrywał się w Kostka. Sam rozkazał mu przecież wyciągnąć go z redakcji, jeśli wywiad by się przeciągnął, ale oczekiwał zgoła innej wymówki i teraz usiłował wyczytać z jego zielonej, szczerej twarzy, czy to nadal gra, czy dzieje się już na poważnie.
– Szef nic nie czuje? – Zastępca nadal głośno wciągał powietrze przez szerokie, nieco płaskie nozdrza. Jego zęby, permanentnie wystające z dolnej szczęki, zdawały się jeszcze bardziej wyeksponowane, niemożliwie wielkie mięśnie napięły się pod trzeszczącą w szwach śnieżnobiałą koszulą, a w oczach błyszczały niebezpieczne iskierki. Taki wzrok miał drapieżnik, gdy wyczuł ofiarę.
– Gdzie? – zapytał jedynie Sztorm.
Kostek bez wahania ruszył w kierunku gabinetu Kuny.
Konstancja rzuciła się przed siebie i zasłoniła drzwi własnym ciałem.
– Pan redaktor nie pozwala nikomu wchodzić do swojego gabinetu bez zaproszenia! – powiedziała, a cała krew odpłynęła jej z twarzy.
– Proszę się odsunąć – polecił naczelnik.
– Nie mają panowie nakazu! – Gilbert spróbował pomóc współpracowniczce, ale nie znalazł w sobie wystarczająco dużo odwagi, by stanąć na drodze ogrowi.
– Właściwie to zostaliśmy zaproszeni do redakcji, a przynajmniej ja – zauważył niespiesznie Sztorm. Wysunął się naprzód i położył rękę na przedramieniu Kostka, jakby chciał go powstrzymać przed staranowaniem drzwi wraz z kobietą. – Więc nie potrzebuję nakazu – ciągnął. – Tym bardziej gdy mamy podejrzenie popełnienia zbrodni.
Konstancja wciąż stała w drzwiach i kręciła głową, jakby znalazła się w transie.
– Proszę się przesunąć albo mój zastępca zrobi to za panią.
– Nie może pan – wydusiła z siebie.
– Kostek?
Ogr zdołał wykonać zaledwie krok, gdy kobieta spuściła głowę, z jej gardła dobył się cichy jęk, po czym z rezygnacją stanęła z boku.
Drzwi okazały się zamknięte, a pracownicy redakcji zapewnili, że nikt z nich nie ma klucza, ale dla kogoś rozmiarów Kostka nie stanowiły żadnego wyzwania. Naparł na nie barkiem, aż z trzaskiem odskoczyły. Pierwszy przestąpił próg gabinetu, by w razie czego przyjąć na siebie atak. Sztorm od razu ruszył za nim, ale niemal zderzył się z jego plecami, gdy ogr stanął jak wryty, wpatrując się w coś przed sobą.
Teraz nawet naczelnik poczuł zapach krwi. Wiedział, że niedługo zacznie się psuć w tym upale i wkrótce odór stanie się nie do wytrzymania. Ale jeszcze nie teraz. Mimo to Kostek bardziej pozieleniał na twarzy i przełknął ślinę, jakby już zbierało mu się na wymioty.
Sztorm nie miał pojęcia, co Kuna mógł ukrywać w swoim gabinecie – czy jakich to nielegalnych czynów mógł się dopuścić – i chciałby powiedzieć, że widok, jaki zastali, go zaskoczył. Ale tak nie było. Na pewnym etapie życia, szczególnie takiego, jakie wiódł naczelnik, niewiele rzeczy jest w stanie człowieka zadziwić.
A już na pewno nie należy do nich zakrwawiony nieboszczyk z dziurą w głowie.
Sztorm cofnął się na próg i odwrócił, by spojrzeć w twarze pracowników redakcji. Trup donikąd się nie wybierał, a naczelnik bardzo chciał zobaczyć miny tych, którzy w jego głowie wskoczyli na sam szczyt listy podejrzanych o morderstwo. Na ich twarzach jednak malował się szok. W oczach Konstancji pojawiły się łzy, sprzątaczka Letycja zaczęła lamentować, a Gilbert zzieleniał na twarzy niemal tak bardzo jak Kostek.
– Czy on…? – odezwał się zduszonym tonem ilustrator.
– Zapewne nie żyje – dokończył Sztorm.
– Ale nie mógł… – zająknęła się Konstancja.
– Taka tragedia! – Staruszka kręciła głową.
Gilbert wydał z siebie nieartykułowany dźwięk.
– Kostek – odezwał się naczelnik, wciąż wpatrując się w trójkę podejrzanych. – Sprowadź Dakku, a my tu sobie porozmawiamy. I tym razem to ja będę zadawał pytania.
Gunderberg z zapałem skinął głową. Naczelnik doskonale wiedział, że jego zastępca stara się zachować godność i nie zwymiotować. Był chyba jedynym ogrem na świecie, którego kiszki wykręcały się na widok krwi, w szczególności ludzkiej.
Kilian zamknął drzwi gabinetu i zmierzył spojrzeniem troje pracowników „Kuriera Północnego”. Ilustrator wyglądał, jakby zaraz miał zemdleć, Konstancja zacisnęła usta w tak wąską linię, że aż pobielały, a Letycja sprawiała wrażenie, jakby już chciała rozglądać się za drogą ucieczki.
– To ja zaparzę kawy! – zaoferowała.
– Dziękuję, nie trzeba – rzucił oschle Sztorm.
Nie miał zamiaru pić niczego z rąk tych ludzi i pożałował, że zdążył już opróżnić kubek, który zaoferowali mu wcześniej. Co więcej, zdawało się, że kawa zabulgotała mu nieprzyjemnie w żołądku.
– Proszę usiąść – polecił.
Wszyscy zajęli miejsca, a on stanął nad nimi i spojrzał na zgromadzonych z góry. Byli zszokowani, zakłopotani i… przestraszeni.
– Jak mógł popełnić samobójstwo? – jęknęła Konstancja.
– Skąd od razu taki wniosek? – Sztorm uniósł brew.
Teraz mógłby przysiąc, że całe pomieszczenie cuchnie krwią. I moczem. Jakim cudem mógł nie wyczuć tego wcześniej?!
– To, że jestem kobietą, nie oznacza, że jestem ślepa – odparła Konstancja i posłała mu harde spojrzenie. – Gabinet był zamknięty na klucz. Rewolwer leży na podłodze tuż pod dłonią redaktora, rana wlotowa jest w podbródku, a wylotowa na czubku głowy. Tyle wystarczy, by zyskać pewność…
– By zyskać pewność, że redaktor Kuna nie żyje – przerwał jej Sztorm, zaskoczony jej spostrzegawczością. – Ale nie: kto mu w tym pomógł.
*
Dakku zjawił się prędko, co było dość zaskakujące, bo stary ziemowy nigdzie nie chodził szybciej niż w tempie kulawego ślimaka. I nigdy nie brakowało mu czasu, zupełnie jakby wiedział, że jeśli kosmos ma wobec niego jakiekolwiek plany, to one i tak się wypełnią, nieważne, czy będzie do nich pędził, czy po prostu zaczeka.
Sztorm zerknął na Kostka, który zatrzymał się na samym środku redakcji „Kuriera”, uparcie starając się nie patrzeć w stronę zamkniętych drzwi gabinetu denata.
– Zastępco Gunderberg – rzucił, a ogr natychmiast dumnie wypiął umięśnioną pierś, jakby dopiero co otrzymał nominację. – Przesłuchaj państwa.
– Oczywiście, naczelniku – odparł, wyciągając z kieszeni swój ukochany notes oprawiony w ciemną skórę.
– Czy to jest konieczne? – sarknęła Konstancja. – Powiedzieliśmy już panu wszystko, co wiemy.
– Zatem powiecie to samo jeszcze raz – wycedził Kilian, wstając z krzesła.
Otworzył drzwi do gabinetu i przepuścił przodem Dakku.
Nowo przybyły nawet nie spojrzał na nieboszczyka, tylko od razu podszedł do regału pod ścianą, na którym stało kilkanaście glinianych figur bóstw ziemowych. Najwyraźniej były to jeszcze pozostałości po hobby Banacha, który poprzez redaktora skupował pogańskie bałwany.
Sztorm nie pospieszał Dakku. Wiedział, że to i tak niczego nie zmieni. Usiadł więc na krześle przeznaczonym dla gości Kuny, oparł łokcie o stół i przechylił się nieco do przodu, by móc uważnie przyjrzeć się martwemu redaktorowi naczelnemu „Kuriera Północnego” leżącemu na dywanie, tuż obok przewróconego krzesła. Na pierwszy rzut oka wszystko rzeczywiście wskazywało na samobójstwo: drzwi były zamknięte od wewnątrz, a klucz do gabinetu nadal tkwił w zamku. Pod dłonią Kuny leżał jego rewolwer. Sztorm znał tę broń – zdołał się jej uważnie przyjrzeć na ostatnich corocznych zawodach strzeleckich, w których był sędzią. Redaktor zgłosił się do konkursu tylko po to, żeby móc „poczuć ducha współzawodnictwa i stanąć w szranki z najlepszymi z najlepszych”, a potem napisać o tym artykuł. W strzelaniu był beznadziejny jak mało kto. Lufa została przyłożona do brody, a kula przeszyła mózg i wyszła mniej więcej na czubku głowy. Kuna zmarł od razu, po jednym strzale, a jego ciało spadło z krzesła. Na dywanie znajdowała się rozległa plama krwi. Nie było żadnych śladów włamania ani walki – gabinet był czysty i schludny.
– Co robisz? – Kilian odwrócił głowę w stronę Dakku, który pakował do torby jedną z figurek.
– Ngalduru, wyjątkowo piękny – odparł stary ziemowy, demonstrując mu coś, co wyglądało jak karykatura byka połączonego z tygrysem leśnym i człowiekiem.
– Tylko nie pokazuj go Kostkowi, bo ja nie zamierzam wysłuchiwać o tym, że nie należy okradać miejsca zbrodni i zmarłych – mruknął naczelnik, wzruszając ramionami, po czym powrócił do oględzin nieboszczyka.
Chwilę później, gdy Dakku sprawdzał zawartość karafek stojących na rzeźbionym stoliku, Sztorm wstał z krzesła i przykucnął nad zmarłym, aż coś strzeliło mu w kolanach.
– Facet mocno się spocił – ocenił, widząc żółtą, bardzo nieregularną linię na białej koszuli w okolicach dekoltu i karku.
– Ty też by się spocił, jakby ty postanowił się zastrzelić – mruknął ziemowy, zaglądając na samo dno jednej z butelek. – Tu była sama woda – rzucił, wąchając ją.
Sztorm zerknął na biurko, gdzie stały kolejna pusta karafka i szklanka. Powąchał je, ale nic nie poczuł, zatem mógł założyć, że tutaj też wcześniej znajdowała się woda.
Ponownie przeniósł wzrok na denata i dostrzegł następne plamy, tym razem na spodniach. Nie dziwiło go, że pęcherz się opróżnił w pewnym momencie, ale zaskoczyła go ilość moczu.
– Ile on mógł wypić przed śmiercią? – mruknął do siebie. – I dlaczego nie sięgnął po coś mocniejszego niż woda?
Oparł łokcie o kolana, a na splecionych dłoniach położył brodę. Starał się wyryć w pamięci wszystko, co widział, by w razie czego móc przywołać ten obraz później. Wtem dostrzegł niedomkniętą szufladę biurka. Otworzył ją i zajrzał do środka. Była tam cała sterta papierów, jakichś wycinków, spinaczy i ołówków. A na samym wierzchu leżała buteleczka z brązowego szkła.
Sztorm ostrożnie ją wyjął i wygładził lekko odklejoną pożółkłą etykietę, na której widniało kilka brunatnych plam.
– Krople żołądkowe – przeczytał na głos.
Otworzył buteleczkę i powąchał zawartość, na którą składała się ostatnia, pojedyncza kropla ciemnego płynu. Pachniał dobrze znanymi mu ziołami. Sztorm nieraz musiał zażyć takie krople po tym, jak zapomniał się w knajpie pewnego otyłego ogra – jedynym miejscu, które serwowało tak tłuste i chrupiąco przypalone mięso. Jednak nie słyszał o przypadku samobójstwa z powodu niestrawności.
– Coś mi tu śmierdzi – ocenił.
– Wreszcie – burknął Dakku, który zaglądał właśnie pod obraz wiszący na ścianie. – Żeby ty miał choć w połowie taki węch jak ogr, to ty by już dawno temu poczuł rozkładające się ciało, a nie gadał z tymi pismakami za ścianą.
– Chodzi mi o to, że ta sprawa nie wygląda na samobójstwo – sprostował Kilian, lekko urażony.
– A to przecież od razu widać – prychnął ziemowy, stając wreszcie za swoim przełożonym.
– Od razu? – zdziwił się Sztorm.
– Szkoda, ja lubił tego gryzmaka. – Dakku powrócił do oględzin gabinetu, a ton jego głosu wcale nie wyrażał żalu.
Nagle coś zwróciło uwagę naczelnika. Pospiesznie sięgnął do kieszeni, ale nie znalazł tam tego, czego szukał.
Jak burza wypadł do drugiego pomieszczenia. Gilbert, Konstancja i Letycja podskoczyli, gdy gwałtownie otworzone drzwi uderzyły w ścianę. Kostek uniósł pytające spojrzenie na swojego szefa.
– Dawaj chusteczkę! – Sztorm wyciągnął w jego stronę rękę.
– A mówiłem szefowi, że dostanie wreszcie kataru od tego kurzu w swoim gabinecie? – burknął ogr, wyciągając z kieszonki na piersi biały kawałek materiału.
Gunderberg był nie tylko jedynym ogrem, ale w ogóle jedyną znaną Sztormowi istotą, która nosiła przy sobie śnieżnobiałą chusteczkę, jakby na każdym rogu stała panna roniąca łzy, której trzeba pospieszyć z pomocą.
Kilian popędził z powrotem do gabinetu. Zainteresowanie Kostka najwyraźniej zwyciężyło nad mdłościami, bo ogr podążył za nim i zatrzymał się na środku pomieszczenia, zapewne uważając, by nieboszczyk wciąż był zasłonięty biurkiem. W progu stanęła Konstancja, a tuż za nią – Gilbert, ale Sztorm nie miał czasu ich przeganiać.
Zawinął palec w chusteczkę i wsadził go prosto do nosa zmarłego.
– Szefie… – bąknął Kostek, cofając się o krok.
Naczelnik w ogóle nie zwracał na niego uwagi. Zakręcił palcem kilka razy, po czym go wyciągnął, a chusteczkę rozprostował na dłoni.
– Wiedziałem – mruknął do siebie z pełną satysfakcją.
Obszedł biurko, stanął przed swoim zastępcą i podetknął mu pod nos materiał. Ogr prawie zwymiotował, a zieleń na jego twarzy nieco zblakła, lecz dzielnie przyjrzał się czerwonym plamom.
– Co tam widać? – szepnął Gilbert, wyciągając szyję.
– Cicho – syknęła na niego Konstancja.
– To krew?
Sztorm w oczekiwaniu wpatrywał się w Kostka, aż ten wreszcie odzyskał swój naturalny koloryt, a jego brwi uniosły się w zdumieniu.
– Żaruna? – odezwał się.
Naczelnik pokiwał głową.
– No raczej nie róże – rzucił z kąta Dakku.
– Żaruna? – sapnęła Konstancja. – To ten chwast?
Najwyraźniej żyłka dziennikarska była u niej silniejsza niż szok po utracie przełożonego.
– Ponoć wysuszone i sproszkowane kwiaty mają właściwości usypiające, kiedy się je wdycha – odparł Gilbert.
Sztorm dopiero teraz podniósł wzrok na dwójkę pracowników Kuny. Oboje cofnęli się pod jego spojrzeniem.
– Proszę opuścić miejsce zbrodni – powiedział.
Konstancja wyglądała, jakby chciała zadać mu co najmniej tuzin pytań, w końcu jednak postanowiła się wycofać.
– Od tej pory nikt nie ma prawda wstępu do gabinetu – rzucił szorstko Sztorm. – Trzeba wezwać Margo. Dakku, teraz zabierzemy ciało zamordowanego do kostnicy. Tam obejrzysz je dokładnie pod okiem doktora Nimusa.
– Nimusa? – Ziemowy się skrzywił.
– Tak, chcę mieć bezstronnego świadka. Kostek – zwrócił się Kilian do zastępcy – chcę wiedzieć, jakie artykuły ostatnio wydał nasz redaktor, kogo w nich obsmarował i komu mógł zaleźć za skórę. Masz metodycznie przejrzeć wszystkie papiery, jakie znajdziesz w całej redakcji. Od notatek po rachunki ze sklepu. Poszukaj jego notesu, wiesz, tego, z którym ciągle łaził i coś w nim notował.
– Się robi, szefie. – Ogr żwawo skinął głową.
– Podpytaj pracowników, czy Kuna miał wrogów, czy ktokolwiek mu ostatnio groził i takie tam… Zresztą doskonale wiesz, co robić.
W tej kwestii Sztorm absolutnie ufał swojemu zastępcy, który miał genialną pamięć i jeśli przeczyta dokumenty Kuny, po wieki będzie pamiętał każde słowo, które zostało w nich zapisane.
– Musimy wiedzieć, z kim się spotykał, z kim był umówiony na dziś…
– Z szefem na pewno – odezwał się Kostek.
Naczelnik znieruchomiał z uniesionym palcem wskazującym.
– Chyba nie sądzisz, że mogłem go zamordować? – wycedził.
– Oczywiście, że nie!
– Błąd! – warknął Sztorm. – Masz podejrzewać każdego!
– Oczywiście, szefie! – Kostek odruchowo zasalutował, po czym gwałtownie opuścił rękę, przypomniawszy sobie, że jego przełożony nie znosi tego gestu.
Sztorm odpuścił mu tyradę na ten temat tylko dlatego, że w końcu znów poczuł się w swoim żywiole. Tajemniczy mord, upozorowane samobójstwo, szanowany obywatel jako ofiara. Tego właśnie potrzebował – zagadki, która oderwie jego myśli od potwora czającego się w snach. A jeśli bogowie będą dla niego łaskawi, to zbrodnia nie będzie miała nic wspólnego ze Wzgardą i tym słowem na „m”.
*
Argi uniósł dziesięciokilogramowy młot i opuścił go na dużą bryłę węgla. Patrzył, jak ta pęka pod wpływem uderzenia. W przeciwieństwie do większości załogi lubił tę część swojej pracy. Wykonując ją, mógł pozwolić swoim myślom podryfować do odległej przeszłości. Wyobrażał sobie, że znów jest dzieckiem, które podebrało ojcu jego młot bojowy i udaje, że ruszyło na wojnę z wrogim klanem. Tylko że tamten młot był znacznie cięższy, a Argi nieraz nabił sobie nim takiego guza, że stracił przytomność na kilka dobrych chwil. Za każdym razem, gdy się budził, jego ojciec śmiał się do rozpuku, dumny z syna.
– Ty, patrz, jak młody wywija tym młotem – wyłowił teraz jednym uchem szept któregoś z palaczy.
– Ja to nie chciałbym dostać od niego w łeb – dodał cicho ktoś inny.
Najwyraźniej żaden z nich nie miał wcześniej zbyt wiele do czynienia z ogrami, skoro nie zdawali sobie sprawy, że pomimo hałasu panującego w kotłowni Argi mógł ich usłyszeć. Choć z drugiej strony miał wrażenie, że ogry, które „się ucywilizowały”, jak to określali ludzie z Arkadionu, straciły wiele umiejętności, którymi szczycili się ich przodkowie i bez których nie zdołaliby niegdyś przetrwać. I tylko wśród klanów żyjących wciąż w oddaleniu od ludzi, w dzikich krainach, i hołdujących dawnym tradycjom nadal rodzili się tacy, którzy byli wybornymi myśliwymi i wojownikami nieznającymi strachu.
Kolejna bryła węgla i jeszcze jedna. Wszystkie pękały pod młotem Argiego, a było ich naprawdę wiele. Około tony wystarczało na zaledwie dwie godziny podróży. Dlatego reszta załogi bardzo chętnie odstępowała ten obowiązek młodemu ogrowi.
Wkrótce na jego czoło wystąpiły kropelki potu, które co jakiś czas musiał wycierać chusteczką zawiązaną na szyi, by nie zalewały mu oczu. Bo gdyby młot mu się omsknął i trafił w piszczel, Argi mógłby skończyć z połamaną nogą, choć kości ogrów były bardzo twarde. A kto nie pracuje, ten generuje koszty, jak przekonywał główny mechanik.
Wkrótce ogra zawołano do pomocy przy czyszczeniu palenisk z żużlu. To dopiero była paskudna robota. Przede wszystkim musiała zostać wykonana sprawnie i szybko. Trzeba było wygarnąć żużel z rusztów na podłogę, wygasić go i przez specjalne zsypy wyrzucić za burtę. Żar, który pozostał w palenisku, należało jak najprędzej zasypać nową warstwą węgla, by uniknąć nadmiernego spadku temperatury, a co za tym idzie – ciśnienia pary w kotle. W kotłowni robiło się wtedy tak gorąco, że wszelki pot, jaki występował na ciało, od razu wyparowywał, a gryzący pył dostawał się do nosa i ust, utrudniając oddychanie.
Wreszcie po wielu godzinach, gdy wachta się skończyła, Argi mógł się obmyć w wiadrze z wodą i udać do mesy. To, co tam serwowali, urągało mianu dobrego posiłku, jednak wypełniało żołądek i przez długi czas zalegało ciężką bryłą na jego dnie. Na deser dawali podły alkohol z cytrusami, po którym ludzie lepiej spali, ale Argiemu w ogóle nie smakował.
Po jedzeniu większość załogi, która nie miała wachty, kładła się na swoich ciasnych kojach. Niektórzy usiłowali się zdrzemnąć, inni grali w karty.
– Ej, młody! Brakuje nam gracza! – zaczepił go jeden z marynarzy.
Argi tylko potrząsnął głową.
– Daj mu spokój – rzucił ktoś. – Przecież oni nie są w stanie zapamiętać, który numer jest wyższy.
Ogr nie odpowiedział. Załoga wciąż się przekomarzała, a większość uszczypliwych komentarzy była wycelowana prosto w niego. Czasem też dochodziło do bójek, które szybko były tłumione przez głównego mechanika, na razie jednak nikt jeszcze nie podniósł ręki na zielonoskórego towarzysza niedoli.
Argi wyjął spod poduszki zawiniątko, które poprzedniego dnia dostał na przechowanie od tamtego dżentelmena. Wiedział już, że to książka, ale dopiero teraz miał okazję, by bliżej jej się przyjrzeć.
Stara oprawa i złocone napisy pozwalały mu sądzić, że książka była dość droga. Dlaczego więc dawać ją na przechowanie ogrowi, który jest tylko palaczem? Przez jakiś czas Argi podejrzewał, że lada moment tamten mężczyzna ogłosi, że został okradziony, i będzie szukał złodzieja, a przecież ogr to najlepszy kozioł ofiarny. Ogry zawsze są winne, nieważne, czy chodzi o zwykłą kradzież, czy morderstwo. W końcu są tylko dzikimi, bezrozumnymi bestiami. Na razie jednak nie został jeszcze o nic oskarżony, więc postanowił zaznajomić się z tym, nad czym miał trzymać pieczę.
Położył się na zbyt małej koi, dokładnie wytarł dłonie w koc i powiódł palcami po tłoczonym tytule: Baśnie sióstr Morose, lekko poruszając przy tym ustami. Nie był zbyt wprawnym czytelnikiem, choć i tak opanował tę sztukę znacznie szybciej niż jego siostra. I podejrzewał, że jest w niej bieglejszy niż co najmniej połowa załogi.
Obejrzał książkę z każdej strony, po czym otworzył ją na pierwszej baśni i zaczął czytać. Z początku szło mu dość opornie, ale z każdą chwilą coraz bardziej się rozpędzał, niczym lokomotywa parowa.
– Ej, młody, co ty tam robisz?
Jeden z przechodzących obok niego marynarzy chciał pacnąć dłonią w książkę, tak żeby uderzyć nią w twarz ogra. Argi zdołał jednak wykazać się refleksem i chwycił za chudy nadgarstek, zanim brudne paluchy dotknęły okładki.
– Zostaw – warknął.
– No co ty się wściekasz? – Mężczyzna spróbował wyszarpnąć rękę, ale nie był w stanie. – Puszczaj!
Argi usiadł na łóżku i szarpnął go, by twarz człowieka znalazła się na wysokości jego twarzy.
– Nie dotykaj moich rzeczy – wycedził, żałując, że nie potrafi wzorem ojca sprawić, by jego głos brzmiał jak lawina kamieni w wysokich górach. – Zrozumiałeś?
– Dobra, daj spokój!
Argi zerknął kątem oka na pozostałych marynarzy, którzy poderwali się ze swoich koi, jakby gotowi rzucić się na pomoc koledze, ale w ostatniej chwili przypomnieli sobie, że chodzi tu o bójkę z ogrem. Zacisnął mocno zęby, opanowując pokusę, by pokazać im wszystkim, kto powinien rządzić pod pokładem, następnie puścił przeciwnika.
– Zwierzę – mruknął ten, rozmasowując nadgarstek.
Ogr ponownie otworzył książkę.
– Nie musisz udawać, że matka kurwa nauczyła cię czytać – rzucił marynarz.
Argi tym razem nie zdzierżył. Odłożył lekturę na łóżko, poderwał się na nogi i ruszył za mężczyzną. Złapał go za ramię, obrócił i przywalił mu tak mocno, aż usłyszał kojący trzask łamanej chrząstki w nosie, po czym przeciwnik po prostu runął na podłogę.
W całym kubryku zapanowała nagła cisza. Wszystkie oczy skierowały się na ogra. Pierwszy zamachnął się na niego młody marynarz z drewnianą pałką w dłoni. Argi przyjął cios na bark, po czym złapał przeciwnika za głowę i uderzył nią w najbliższą koję. Wtem poczuł nagły ból w plecach. Odwrócił się i kopnął czarnowłosego mężczyznę w nogę, moment później zdzielił go w brzuch i pchnął na ziemię.
Kolejni ludzie nagle stracili zapał do walki. Argi jeszcze bardziej wyszczerzył swoje wystające z dolnej szczęki kły i powiódł wzrokiem po pozostałych, a z jego gardła dobył się niski warkot.
– Co tu się, do kurwy nędzy, dzieje?! – Do kubryku wpadł główny mechanik.
Mięśnie Argiego drżały, szykując się do dalszej walki. Ogr poczuł zew, a oczy zaszły mu czerwoną mgłą. Był gotów zabić wszystkich wrogów i samemu zginąć, by wreszcie dołączyć do swoich przodków na wiecznej wojnie.
„Na morzu nie ma rzeźbiarza, a twoje ciało wrzucą do wody i będziesz po wieki błąkał się po zaświatach bez klanu oraz broni” – usłyszał głos rozsądku we własnej głowie. Na czoło wystąpił mu pot, gdy usiłował się uspokoić.
– Przepraszam, proszę pana – wydusił przez ściśnięte gardło. – On obraził moją mamę. – Wskazał marynarza, który odzyskał przytomność i z twarzą zalaną krwią próbował odczołgać się na bezpieczną odległość od ogra.
Argi wciągnął w nozdrza słodki zapach juchy.
– A ci dwaj? – Mechanik wskazał pozostałych, nadal nieprzytomnych mężczyzn.
– Rzucili się na mnie. – Ogr rozłożył ręce.
– To prawda? – Mechanik powiódł wściekłym spojrzeniem po pozostałych.
Pokiwali głowami.
– Dwa dni do portu. – Mężczyzna uniósł dwa palce. – A wy, kopcące ścierwa, nie potraficie powstrzymać się od lania się po pyskach! Mówiłem: żadnych bójek na moim pokładzie!
Nikt nie miał nic do powiedzenia.
– Ten, kto jeszcze raz zaczepi ogra, będzie miał potrącone z wypłaty!
Argi nie mógł uwierzyć własnym uszom. Czy to znaczyło, że człowiek właśnie stanął w jego obronie?
– A ty idziesz ze mną. – Mechanik skinął na niego palcem.
To już nie brzmiało dobrze.
– I weź swoje graty – dodał.
Argi wrzucił książkę do worka, w którym trzymał nóż po ojcu i koszulę na zmianę, po czym stanął wyprostowany przed głównym mechanikiem.
– I niech, na bogów, ktoś mu wyciągnie ten nóż z pleców! – polecił mężczyzna.
Czyli to tak bolało.
– No już! – huknął mechanik, gdy nikt nie kwapił się do pomocy zielonoskóremu palaczowi. – Ty! – Wskazał jednego ze starszych marynarzy.
Mężczyzna stanął za ogrem i odkaszlnął flegmę zalegającą mu w płucach. Argi zerknął na niego przez ramię.
– Ehm, gotowy? – bąknął marynarz.
Ogr skinął głową, a mężczyzna jedną dłonią zaparł się o jego plecy, drugą chwycił rękojeść i wyciągnął nóż. Argi warknął pod nosem, ale nawet nie drgnął podczas tego zabiegu.
Palacz pokazał mu kozik z krótkim ostrzem splamionym granatową krwią.
– Eee, chcesz na pamiątkę? – zagadnął.
– Mam już wykałaczkę do zębów – odburknął Argi.
– Idziemy. – Mechanik opuścił kubryk.
Młody ogr podążył za nim, zastanawiając się, jaka kara go czeka. Raczej nie wyrzucą go za burtę, skoro przełożony zabronił innym ponownie go zaczepiać, ale rysowały się przed nim inne nieciekawe wizje.
W końcu dotarli do kotłowni.
– Nie umiesz zachowywać się cywilizowanie, to od tej pory zamieszkasz tutaj – powiedział mechanik.
Było tu ciasno i gorąco, ale do portu zostały zaledwie dwa dni. Argi skinął głową.
– I to tylko dlatego, że do tej pory zachowywałeś się nienagannie. – Mężczyzna odnalazł kawał łańcucha i przymocował go do jednej z rur, po czym podał drugi koniec ogrowi, nakazując mu się do niego przykuć. – W innym przypadku dostałbyś kulę w łeb.
– Jak każdy z mego ludu – rzucił pod nosem Argi.
