Zanim otworzysz drzwi - M.D. Holloway - ebook + książka

Zanim otworzysz drzwi ebook

M.D. Holloway

3,7

Opis

Małe miasteczko. Wielkie sekrety. I morderca, który jest o krok przed wszystkimi.

Gabrielle, młoda i ambitna psycholożka, ucieka z wielkiego miasta do sielskiego miasteczka, by odzyskać spokój. Nie spodziewa się, że zamiast tego trafi w sam środek koszmaru, który na zawsze odmieni jej życie.

Gdy znana i lubiana barmanka zostaje znaleziona martwa z białą różą u boku, mieszkańców ogarnia strach. Sprawę morderstwa prowadzi detektyw Marc Castellano – cyniczny, doświadczony policjant, który po rozpoczęciu śledztwa zaczyna otrzymywać anonimowe, rymowane listy.

Każdy z nich zapowiada kolejną zbrodnię.

Gabrielle łączy siły z Markiem i wykorzystuje swoją wiedzę, by stworzyć psychologiczny profil zabójcy. Jednak im bliżej są rozwiązania zagadki, tym wyraźniej widzą, że każdy w miasteczku coś ukrywa.

Od początku wszyscy kłamią.

A Gabrielle i Marc mają coraz mniej czasu, by odkryć tożsamość mordercy.

„Zanim otworzysz drzwi” to mroczny, trzymający w napięciu thriller psychologiczny o sekretach, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. I o złu czającym się tam, gdzie się go najmniej spodziewamy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 303

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (54 oceny)
21
12
6
13
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Maddabe

Z braku laku…

Mieszanie uczucia… przeczytałam całą, ale trochę na siłę.
20
chwila_z_ksiazka
(edytowany)

Dobrze spędzony czas

🅡🅔🅒🅔🅝🅩🅙🅐 Gabrielle jest młodą psycholożką, która chcąc uciec od przeszłości przeprowadza się do małego miasteczka. Tam ma plan zacząć od nowa, ale zamiast na spokój, trafia w sam środek śledztwa w sprawie morderstwa. Kobieta ma pomóc Marcowi – bucawotemu detektywowi, nie przepadającemu za psychologami. Mężczyzna dostaje anonimowe listy, które są dowodem, że morderca jest zawsze krok przed nimi. A im dalej brną w sprawę i są bliżej rozwiązania zagadki, tym bardziej wychodzi, że każdy w miasteczku coś ukrywa. „Zanim otworzysz drzwi” to wciągający thriller z narastającym napięciem. Robi to pomału, ale skutecznie, a im dalej tym robi się coraz gęściej od emocji. Tempo książki jest fajnie wyważone – fabuła nie pędzi, jak szalona, ale też nie muli. Napięcie jest budowane stopniowo, a im bliżej końca tym mocniej zaciska pętlę. Świetnym zabiegiem jest to, że naprawdę długo ciężko odkryć kto jest tym mordercą. A sam wynik może mocno zaskoczyć. Styl pisania lekki, przyjemny w odbiorz...
10
elakoza

Dobrze spędzony czas

To romans z kryminałem w tle.
10
babka12

Dobrze spędzony czas

polecam
10
MariaWojtkowiak

Całkiem niezła

Przedstawienie historii z punktu widzenia różnych osób nawet ciekawe. Niestety,szybko domyśliłam się kto jest mordercą.
10

Popularność




Dla Anny J., od za­wsze.

Trud­no zro­zu­mieć, dla­cze­go my, lu­dzie,

nie je­ste­śmy w sta­nie po­jąć śmier­ci,

ła­god­nej, głę­bo­kiej na­tu­ral­no­ści wszyst­kie­go,

co z tym zwią­za­ne.

Wil­liam Whar­ton

Rozdział 1 GA­BRIEL­LE

– Zna­la­złam! Zna­la­złam! W koń­cu go zna­la­złam!

– Boże, Gabi, nie drzyj się tak do słu­chaw­ki, ogłuch­nę przez cie­bie – wes­tchnę­ła La­ila, ale w jej gło­sie rów­nież cza­iła się eks­cy­ta­cja. Gdy­by mo­gła, też by krzy­cza­ła.

– On jest ide­al­ny, La­ila. Dom! Nie za duży, ale wy­star­cza­ją­co prze­stron­ny. Na dole ogrom­na ja­dal­nia, ide­al­na na mój ga­bi­net, kuch­nia, ła­zien­ka, ta­ras z wyj­ściem na ogród. Na gó­rze sy­pial­nia i gar­de­ro­ba. Mu­sisz go zo­ba­czyć! A cena? Śmiesz­nie ni­ska… Na­praw­dę, tak bar­dzo chcę go mieć.

– Brzmi jak speł­nie­nie ma­rzeń. Gdzie on jest?

– Pew­nie nie znasz tej miej­sco­wo­ści… ja­kieś sto pięć­dzie­siąt mil od Lon­dy­nu. Ale czu­ję, że to wła­śnie tam po­win­nam być.

– To zna­czy, że mam już gdzie spę­dzać week­en­dy! – za­żar­to­wa­ła La­ila.

Ga­briel­le się ro­ze­śmia­ła i zer­k­nę­ła na agent­kę nie­ru­cho­mo­ści.

– Bio­rę go! Do ja­snej cho­le­ry, bio­rę!

To było to. To mu­sia­ło być to.

Od mie­się­cy szu­ka­ła miej­sca, któ­re bę­dzie nie tyl­ko do­mem, ale i uciecz­ką. Pra­co­wa­ła jako psy­cho­loż­ka od pię­ciu lat, choć tech­nicz­nie wciąż była na sta­żu. Lon­dyn ją po­że­rał – ni­skie staw­ki, ohyd­ne ga­bi­ne­ty, za­pach stę­chli­zny uno­szą­cy się nad skó­rza­ny­mi fo­te­la­mi, któ­re pa­mię­ta­ły cza­sy Mar­ga­ret That­cher. Tam nie cho­dzi­ło o po­moc pa­cjen­tom. Tam cho­dzi­ło o prze­trwa­nie.

A Ga­briel­le chcia­ła cze­goś wię­cej. Chcia­ła słu­chać. Chcia­ła wi­dzieć. Chcia­ła ra­to­wać.

Wie­dzia­ła, że ma ta­lent – sły­sza­ła to od wy­kła­dow­ców, pa­cjen­tów, na­wet tych, któ­rzy nie umie­li tego wy­ra­zić sło­wa­mi. Ale za­wsze nad nią ktoś wi­siał – ktoś, kto wy­da­wał osta­tecz­ne de­cy­zje, ktoś, kto mó­wił, co wol­no, a cze­go nie.

Lon­dyn ją roz­cza­ro­wał. Nie przy­po­mi­nał ni­cze­go z po­wie­ści Jane Au­sten – za­miast tego był gło­śny, brud­ny i zim­ny. Tak, speł­ni­ła swo­je dzie­cię­ce ma­rze­nie, wy­je­cha­ła z He­re­ford, ale rze­czy­wi­stość… była szorst­ka.

A po­tem był Pa­trick.

Ga­briel­le za­mknę­ła oczy. Nie, nie te­raz. Nie myśl o nim.

To mia­stecz­ko, ten dom – to była jej szan­sa, by za­cząć od nowa. By stwo­rzyć wła­sną prze­strzeń bez nad­zo­ru, bez za­pa­chu ku­rzu i potu na sta­rych fo­te­lach.

Jesz­cze raz spoj­rza­ła na bu­dy­nek. Kla­sycz­na czer­wo­na ce­gła. Czar­ny dach. Ta­ras i ogród. Ale to nie wszyst­ko.

Po pra­wej stro­nie, przy oknie sy­pial­ni, sta­ło drze­wo – wy­so­kie, po­skrę­ca­ne, jak­by wy­cią­gnię­te z ba­śni. Rzu­ca­ło cień na po­ło­wę domu, na­wet te­raz, mimo że słoń­ce sta­ło wy­so­ko. Ten cień nie był zwy­czaj­ny. Był cięż­ki. Po­chła­niał świa­tło.

Ga­briel­le się wzdry­gnę­ła.

Ale nie po­zwo­li­ła, by to uczu­cie się roz­ro­sło.

„Nie prze­sa­dzaj” – po­wie­dzia­ła so­bie w my­ślach. Na świę­ta przy­stro­isz je lamp­ka­mi i bę­dzie pięk­nie.

Dom znaj­do­wał się nie­co wy­żej niż po­zo­sta­łe bu­dyn­ki, nie­mal na wznie­sie­niu. Spra­wiał wra­że­nie, jak­by pa­trzył na całą oko­li­cę z góry. Jak­by wie­dział coś, cze­go inni nie wie­dzą.

Ga­briel­le się uśmiech­nę­ła, choć ten uśmiech nie do­tarł do jej oczu.

– Tak – wy­szep­ta­ła. – Czas za­cząć od nowa.

-

Nie wró­ci­ła tego dnia do Lon­dy­nu. Nie chcia­ła. Dom był jej – a przy­naj­mniej miał się nim stać – i Ga­briel­le za­mie­rza­ła za­jąć się wszyst­kim od razu, za­nim ro­zum doj­dzie do gło­su, for­mal­no­ści mo­gły po­cze­kać. Re­al­ność też.

Tech­nicz­nie nie wy­ma­gał re­mon­tu, ale… czuć było, że dom spał zbyt dłu­go. Po­trze­bo­wał prze­bu­dze­nia. Od­świe­że­nia. No­we­go za­pa­chu. Jej śla­dów. Dla­te­go jesz­cze tego sa­me­go dnia za­dzwo­ni­ła do fir­my o wdzięcz­nej na­zwie Jer­ry Adams and Sons, któ­ra – jak się oka­za­ło – była je­dy­ną eki­pą re­mon­to­wą w pro­mie­niu kil­ku­dzie­się­ciu mil. Nie spo­sób było ich nie za­uwa­żyć: po­ma­rań­czo­we szyl­dy z czar­nym, agre­syw­nie wy­bol­do­wa­nym na­pi­sem „JER­RY ADAMS AND SONS – usłu­gi re­mon­to­we na każ­dą kie­szeń” wi­sia­ły prak­tycz­nie na każ­dym za­krę­cie.

Za­sta­na­wia­ła się przez mo­ment, czy wy­bór tak ra­żą­ce­go ko­lo­ru był efek­tem mar­ke­tin­go­we­go ge­niu­szu, czy po pro­stu lo­kal­nej tan­de­ty. Praw­dę mó­wiąc – jed­no nie wy­klu­cza­ło dru­gie­go.

Na szczę­ście kuch­nia i ła­zien­ka były w sta­nie pra­wie ide­al­nym – jak­by dom cze­kał nie­cier­pli­wie na no­we­go wła­ści­cie­la. Mu­sia­ła je­dy­nie ume­blo­wać ga­bi­net i sy­pial­nię. Sy­pial­nia mo­gła po­cze­kać – łóż­ko i to­a­let­ka na ra­zie wy­star­czą. Wnę­kę prze­ro­bi so­bie póź­niej na coś w ro­dza­ju gar­de­ro­by, może na­wet in­spi­ro­wa­nej Car­rie Brad­shaw. Ale ga­bi­net… ga­bi­net miał był świę­to­ścią.

Wi­dzia­ła go ocza­mi wy­obraź­ni od lat – od chwi­li, gdy po raz pierw­szy za­pi­sa­ła się na za­ję­cia z psy­cho­lo­gii. Dwa kre­mo­we fo­te­le z mięk­ki­mi pod­ło­kiet­ni­ka­mi. Bia­ły dy­wan, przy­po­mi­na­ją­cy niedź­wie­dzią skó­rę, ale we­gań­sko-etycz­ny. Ko­mi­nek, na­wet je­śli tyl­ko elek­trycz­ny, i biur­ko, przy któ­rym mo­gła­by spi­sy­wać swo­je no­tat­ki. Ścia­ny w neu­tral­nym, uspo­ka­ja­ją­cym ko­lo­rze. Miej­sce, w któ­rym pa­cjen­ci czu­li­by się… bez­piecz­nie.

Tyle że Ga­briel­le wie­dzia­ła, jak złud­ne bywa po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Do­cho­dzi­ło po­łu­dnie – wciąż mia­ła czas. Przy odro­bi­nie wy­sił­ku za ty­dzień mo­gła­by się tu wpro­wa­dzić na do­bre. Po­tem zo­sta­nie tyl­ko jed­no: ogło­sić się. Lo­kal­na ga­ze­ta, może coś w In­ter­ne­cie, choć mia­ła wra­że­nie, że za­nim jesz­cze za­mknę­ła trans­ak­cję, pół mia­stecz­ka już o niej wie­dzia­ło.

Agent­ka nie­ru­cho­mo­ści – nie­ja­ka pan­na Ste­ward – zbyt szyb­ko ją ostrze­gła, że kil­ku miesz­kań­ców mia­ło „chrap­kę” na ten dom. Ale to Ga­briel­le była pierw­sza. Za­ofe­ro­wa­ła wię­cej. Za­re­ago­wa­ła szyb­ciej.

Uśmiech­nę­ła się z dumą, lecz był to uśmiech ostroż­ny – taki, któ­ry spraw­dza, czy wol­no mu się po­ja­wić.

Nie mia­ła for­tu­ny, ale mia­ła coś o wie­le cen­niej­sze­go: ro­dzi­ców, któ­rzy za­wsze sta­li za nią mu­rem przez całe trzy­dzie­ści czte­ry lata jej ży­cia. Te­raz, na eme­ry­tu­rze, prak­tycz­nie miesz­ka­li w sa­mo­lo­cie. Zwie­dzi­li już pół Eu­ro­py i ak­tu­al­nie byli gdzieś w Afry­ce.

Ga­briel­le wy­obra­zi­ła so­bie swo­ją mamę – nie­zdar­ną, wiecz­nie gu­bią­cą oku­la­ry – pró­bu­ją­cą roz­szy­fro­wać afry­kań­skie ety­kie­ty na lot­ni­sku. Za­śmia­ła się pod no­sem.

Mama była księ­go­wą, oj­ciec pro­wa­dził dru­kar­nię – nie byli bo­ga­ci, ale ni­g­dy im ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło. I za­wsze od­kła­da­li – na „czar­ną go­dzi­nę”, na „lep­sze dni”. Te­raz wie­dzia­ła, że od­kła­da­li też… na nią.

Gdy po­wie­dzie­li, że do­ło­żą po­ło­wę, Ga­briel­le pra­wie się roz­pła­ka­ła.

Przy­sta­nę­ła, za­gry­za­jąc war­gę. Czu­ła dziw­ny cię­żar mię­dzy że­bra­mi. Pod­eks­cy­to­wa­nie? Strach? A może jed­no i dru­gie?

– No i prze­cież psy­cho­log jest po­trzeb­ny i w ta­kich miej­scach, praw­da? – po­wie­dzia­ła gło­śno, pró­bu­jąc prze­ko­nać samą sie­bie.

Spoj­rza­ła na te­le­fon. Była do­pie­ro dwu­na­sta dwa­dzie­ścia osiem.

Po raz pierw­szy od bar­dzo daw­na po­czu­ła coś, co przy­po­mi­na­ło szczę­ście.

Rozdział 2 EL­LEN

Zo­ba­czy­ła ogło­sze­nie w lo­kal­nej ga­ze­cie, mię­dzy ne­kro­lo­giem a pro­mo­cją na pie­czy­wo.

„Ga­bi­net psy­cho­lo­gicz­ny”.

Nowa spe­cja­list­ka. Wpro­wa­dza się do domu na skar­pie.

El­len aż wcią­gnę­ła po­wie­trze i na mo­ment za­po­mnia­ła, jak się od­dy­cha.

Psy­cho­log. Tu­taj. W tej dziu­rze.

Z ner­wów za­czę­ła ob­gry­zać pa­zno­kieć – pa­lec aż za­piekł, ale to nic. Czu­ła, jak ser­ce obi­ja się o że­bra. Tam­ten dom za­wsze ją nie­po­ko­ił. Nie był jak z hor­ro­ru – nie trzesz­czał, nie miał po­wy­bi­ja­nych okien ani drzwi na łań­cu­chu – ale coś w nim było… nie tak.

Był mniej­szy niż inne. Cich­szy. I za­wsze, nie­za­leż­nie od po­go­dy, stał w cie­niu. Jak­by świa­tło nie chcia­ło go do­ty­kać.

Ale te­raz to nie mia­ło zna­cze­nia. Te­raz mia­ła szan­sę.

Nie mo­gła iść do miej­sco­we­go psy­cho­lo­ga – prze­cież każ­dy zna tu każ­de­go. Na­wet je­śli obo­wią­zu­je ta­jem­ni­ca za­wo­do­wa, wy­star­czy jed­no sło­wo, je­den przy­pad­ko­wy uśmiech, a całe mia­sto wie­dzia­ło­by, że z El­len coś jest nie tak. A tego by nie znio­sła.

Bo było coś nie tak. I wie­dzia­ła o tym. Nie umia­ła tego na­zwać, ale czu­ła, że je­śli cze­goś nie zro­bi, za­cznie się roz­pa­dać.

Po­sta­no­wi­ła: za­dzwo­ni ju­tro z sa­me­go rana. Umó­wi się. I bę­dzie cho­dzi­ła re­gu­lar­nie, co ty­dzień, bez wzglę­du na wszyst­ko. Mu­sia­ła uwie­rzyć, że ktoś jesz­cze może jej po­móc.

Spoj­rza­ła w lu­stro. Zmarsz­czy­ła brwi.

Dwa­dzie­ścia pięć lat i już po­trze­bu­je psy­cho­lo­ga? Za­wsze my­śla­ła, że psy­cho­log jest dla osób po trau­mach – ofiar prze­mo­cy, dzie­ci z ro­dzin pa­to­lo­gicz­nych, lu­dzi z… no, z tymi wszyst­ki­mi zło­żo­ny­mi kom­plek­sa­mi. A prze­cież ona mia­ła szczę­śli­we dzie­ciń­stwo, praw­da?

Praw­da?

Wciąż sły­sza­ła śmiech mat­ki. Wi­dzia­ła ojca przy ku­chen­nym sto­le, czy­ta­ją­ce­go ga­ze­tę. Mama go­to­wa­ła gu­lasz, ona sie­dzia­ła na pod­ło­dze, za­pa­trzo­na w Toma i Jer­ry’ego. Cza­sem tyl­ko mat­ka mó­wi­ła bła­gal­nie:

– Może po­ba­wisz się na dwo­rze, co?

Ale El­len ni­g­dy nie chcia­ła wy­cho­dzić. Inne dzie­ci ją nu­dzi­ły, de­ner­wo­wa­ły, przy nich czu­ła się… nie na miej­scu.

Za­wsze wy­bie­ra­ła dom, ro­dzi­ców. Albo Lan­ce’a.

Spę­dza­li ra­zem całe go­dzi­ny, za­mknię­ci w jej po­ko­ju, ba­wiąc się plu­sza­ka­mi. Wte­dy była szczę­śli­wa. Naj­szczę­śliw­sza.

Po­tem jed­nak coś się zmie­ni­ło. Za­czę­ły się łzy. Szep­ta­ne kłót­nie ro­dzi­ców.

Mama trzy­ma­ła ją na ko­la­nach i tu­li­ła zbyt moc­no. Oj­ciec cho­dził po domu spię­ty jak drut pod na­pię­ciem.

Nie lu­bi­ła wra­cać do tego my­śla­mi. Nie chcia­ła wi­dzieć twa­rzy ojca, kie­dy wra­cał z pra­cy.

Czy to wte­dy za­czę­ło się mię­dzy nimi psuć? Czy już wte­dy szczę­ście za­czę­ło cich­nąć, aż w koń­cu cał­kiem uci­chło?

Zer­k­nę­ła w stro­nę kuch­ni. Mała, ale przy­tul­na. Był w niej pe­wien szcze­gół, któ­ry za­wsze wy­wo­ły­wał cie­pło – nad ku­chen­ką i zle­wem za­miast ka­fel­ków wi­sia­ło śred­niej wiel­ko­ści lu­ster­ko.

Nie­prak­tycz­ne, trud­ne do czysz­cze­nia po go­to­wa­niu – ale sen­ty­men­tal­ne. To był po­mysł jej mamy.

Gdy El­len była mała, mama go­to­wa­ła i uśmie­cha­ła się do niej przez to lu­stro. Niby przy­pad­kiem, ale za­wsze mia­ła na nią oko.

Lu­stro od­bi­ja­ło wte­dy nie tyl­ko twa­rze, lecz tak­że wspo­mnie­nia.

– O, Lan­ce, wró­ci­łeś już.

Rozdział 3 MARC

Po raz pierw­szy od wie­lu ty­go­dni Marc był pe­wien, że wyj­dzie z pra­cy przed zmro­kiem, w se­zo­nie za­wsze było wię­cej ro­bo­ty.

To mia­sto, mimo swo­ich ciem­nych za­uł­ków i do­mo­wych dra­ma­tów, było względ­nie spo­koj­ne. Wła­ma­nia, awan­tu­ry ro­dzin­ne, spo­ra­dycz­ne roz­bo­je – naj­czę­ściej dzie­ło week­en­do­wych tu­ry­stów, któ­rzy szu­ka­li wra­żeń z dala od miej­skie­go zgieł­ku.

Nie było tu lon­dyń­skich klu­bów ani wiel­ko­miej­skiej ad­re­na­li­ny, ale dwa lo­kal­ne bary i je­den przy­zwo­ity klub wy­star­cza­ły, żeby przy­jezd­ni się za­po­mnie­li – a miej­sco­wi mie­li na co na­rze­kać. Zo­stał po­li­cjan­tem tak jak jego oj­ciec, któ­ry przez więk­szość ży­cia miesz­kał na miej­scu.

Na eme­ry­tu­rze ro­dzi­ce uzna­li, że „po­trze­bu­ją spo­ko­ju”, i prze­pro­wa­dzi­li się na wieś.

Marc par­sk­nął pod no­sem.

– Spo­kój? – Tu też go mie­li, plus co­dzien­ny po­rzą­dek, któ­ry znał od dzie­ciń­stwa.

Nie po­trze­bo­wał wię­cej. Nie cią­gnę­ło go za gra­ni­cę, nie fan­ta­zjo­wał o ży­ciu gdzieś in­dziej. Tu znał każ­dy za­ułek, każ­dy skrót i każ­de na­zwi­sko. Był u sie­bie.

Po­pra­wił ster­tę do­ku­men­tów, za­mknął lap­to­pa i od­ru­cho­wo ro­zej­rzał się po po­ko­ju.

Biur­ko.

Krze­sło.

Gołe ścia­ny.

Żad­nych zdjęć.

Żad­nych oso­bi­stych ak­cen­tów.

Do­kład­nie tak, jak lu­bił.

Uśmiech­nął się lek­ko. Wie­dział, że wie­le ko­biet zro­bi­ło­by wszyst­ko, by go „zmie­nić”, ale Marc nie szu­kał ni­ko­go. Wo­lał wie­czor­ne wyj­ścia z ko­le­ga­mi, whi­sky z lo­dem i ob­ję­cia ja­kiejś tu­ryst­ki, któ­ra przy­je­cha­ła na week­end się za­ba­wić.

Nikt się nie przy­wią­zy­wał. Ide­al­nie.

Wy­szedł z ga­bi­ne­tu i ru­szył w stro­nę wyj­ścia. W ko­ry­ta­rzu na­tknął się na Su­san – jak za­wsze po­chy­lo­ną nad pa­pie­ra­mi, z oku­la­ra­mi zsu­nię­ty­mi na czu­bek nosa. Mam­ro­ta­ła coś pod no­sem, stu­ka­jąc pa­znok­ciem w kla­wia­tu­rę.

– Hej, Suzi Smu­zi. Zmie­ni­łaś zda­nie? – rzu­cił z uśmie­chem.

– Je­stem szczę­śli­wą mę­żat­ką, Marc – od­po­wie­dzia­ła, po­sy­ła­jąc mu chłod­ne spoj­rze­nie spod oku­la­rów.

– Ale gdy­byś jed­nak się roz­my­śli­ła… Wiesz, gdzie mnie szu­kać.

– W ba­rze – rzu­ci­ła su­cho.

Uśmiech­nął się sze­rzej. Lu­bił te ich prze­ko­ma­rzan­ki. Su­san była jak jego mat­ka. Taka, któ­ra nie na­rze­ka, że nie dzwo­ni, ale mimo wszyst­ko za­wsze wszyst­ko wie. I choć Marc ni­g­dy się do tego nie przy­znał, ce­nił ją bar­dziej niż więk­szość lu­dzi, któ­rych znał.

– Mam coś dla cie­bie – po­wie­dzia­ła, się­ga­jąc do szu­fla­dy.

Po­da­ła mu bia­łą ko­per­tę z jego imie­niem.

– No, no… może list mi­ło­sny.

– Albo we­zwa­nie do za­pła­ty ali­men­tów – rzu­ci­ła, nie prze­sta­jąc pi­sać.

Marc par­sk­nął śmie­chem i usiadł na rogu biur­ka. Roz­darł ko­per­tę i wy­cią­gnął kart­kę. Była gru­ba, tek­tu­ro­wa, jak­by wy­cię­ta z ja­kie­goś pu­deł­ka.

Leży tam już w ster­cie li­ści,

Może się jej wio­sna przy­śni?

Nikt już jej nie ura­tu­je,

A mnie na­dal in­spi­ru­je.

Marc prze­czy­tał tekst raz. Po­tem dru­gi. I trze­ci.

Z po­zo­ru – dzie­cin­na ry­mo­wan­ka, ale była… dziw­nie in­tym­na. Jak­by au­tor znał se­kret, któ­re­go nie po­wi­nien znać.

I coś w tych sło­wach nie da­wa­ło mu spo­ko­ju.

„Leży tam”. „Już nikt jej nie ura­tu­je”.

Zer­k­nął na Su­san. Ta pra­co­wa­ła, jak­by nic się nie wy­da­rzy­ło.

– Coś się sta­ło? – za­py­ta­ła bez pod­no­sze­nia wzro­ku.

Marc wsu­nął kart­kę z po­wro­tem do ko­per­ty i scho­wał do szaf­ki.

– Nie. Nic ta­kie­go. Ja­kiś żart – od­parł, cho­ciaż in­stynkt pod­po­wia­dał, że nie był to zwy­kły dow­cip. – Nie siedź tu za dłu­go – po­wie­dział, zmu­sza­jąc się do uśmie­chu. – Nie ma tu nic, co musi być zro­bio­ne na już.

Su­san tyl­ko ski­nę­ła gło­wą, a Marc ru­szył w stro­nę wyj­ścia, nie­świa­do­my, że to ostat­ni spo­koj­ny wie­czór, ja­kim się na­cie­szy przez bar­dzo, bar­dzo dłu­gi czas.

Rozdział 4 SU­SAN

To był je­den mo­ment. Krót­kie, le­d­wo do­strze­gal­ne zmru­że­nie oczu, ten uła­mek se­kun­dy, gdy jego pew­ny sie­bie uśmiech znik­nął. Jak­by przez twarz Mar­ca prze­mknął cień. Niby na­dal się śmiał, niby rzu­cał swo­je nie­win­ne żar­ty, ale coś było nie tak. I Su­san to za­uwa­ży­ła. Nie był to strach – nie, ra­czej coś mię­dzy zdzi­wie­niem a na­pię­ciem. Jak­by ta kart­ka w ko­per­cie wy­trą­ci­ła go z rów­no­wa­gi, choć sta­rał się to za­ma­sko­wać. Nie uda­ło mu się. Nie przed nią.

Się­gnę­ła po ku­bek z zim­ną już kawą i za­mie­sza­ła ły­żecz­ką od­ru­cho­wo. Blask ja­rze­niów­ki od­bi­jał się od cien­kiej por­ce­la­ny, kie­dy jej spoj­rze­nie po­wę­dro­wa­ło do ze­ga­ra. Dzie­więt­na­sta czter­dzie­ści pięć. Po­win­na iść do domu. Jer­ry za­raz wró­ci z pra­cy, a sy­no­wie pew­nie znów zo­sta­wią brud­ne na­czy­nia w zle­wie, jak zwy­kle. Ale nie mo­gła się ru­szyć.

Co, do ja­snej cho­le­ry, było w tej ko­per­cie?

Się­gnę­ła po ko­mór­kę i wy­bra­ła nu­mer Jer­ry’ego. Ode­brał nie­mal na­tych­miast.

– Już koń­czysz? – za­py­tał. W tle było sły­chać śmiech chło­pa­ków i brzdęk ta­le­rzy.

– Jesz­cze chwil­ka.

– Wszyst­ko okej?

Za­wa­ha­ła się.

– Wła­śnie nie wiem. Coś jest nie tak.

– Z pra­cą?

– Z Mar­kiem – od­po­wie­dzia­ła ci­cho. – Do­stał ja­kąś wia­do­mość w ko­per­cie i wi­dzia­łam, że go to ru­szy­ło.

W słu­chaw­ce za­pa­dła ci­sza, w koń­cu Jer­ry po­wie­dział:

– Masz prze­czu­cie?

– Tak – szep­nę­ła. – I do­brze wiesz, że ni­g­dy mnie jesz­cze nie za­wio­dło.

Odło­ży­ła te­le­fon. Przez chwi­lę sie­dzia­ła w bez­ru­chu, wsłu­chu­jąc się w deszcz bęb­nią­cy o szy­by. A po­tem się­gnę­ła po ko­per­tę – nie, nie tę, któ­rą dała Mar­co­wi, ale dru­gą, któ­rą scho­wa­ła wcze­śniej. Le­ża­ła w skrzyn­ce ra­zem z tą pierw­szą, lecz była otwar­ta. Pod­nio­sła ją i jesz­cze raz obej­rza­ła za­war­tość.

Po­je­dyn­czy liść. Brą­zo­wy. Je­sien­ny. I prze­siąk­nię­ty czymś, co wy­glą­da­ło jak… za­schnię­ta krew.

Odło­ży­ła go na blat i po­sta­no­wi­ła, że nie bę­dzie o tym my­śla­ła dziś już wię­cej. Mia­ła inne spra­wy do za­ła­twie­nia, cho­ciaż­by mu­sia­ła prze­czy­tać Dumę i uprze­dze­nie na co­ty­go­dnio­we spo­tka­nie klu­bu książ­ki, któ­re or­ga­ni­zo­wa­ła Don­na Som­mers. Wy­bit­ne dzie­ła ja­koś do niej nie prze­ma­wia­ły, o wie­le bar­dziej lu­bi­ła Har­ry’ego Pot­te­ra albo Wład­cę Pier­ście­ni, ale ni­g­dy, prze­nig­dy nie mo­gła się przy­znać za­ło­ży­ciel­ce klu­bu i naj­więk­szej plot­ka­rze w oko­li­cy, bo wy­szła­by na igno­rant­kę. Wsta­ła, po­pra­wi­ła oku­la­ry na no­sie i zo­sta­wi­ła ten dzień za sobą.

Rozdział 5 GA­BRIEL­LE

– A kysz! No już, idź so­bie! – Głos Ga­briel­le od­bił się echem od pu­stych ścian no­we­go domu.

Kot jed­nak nie ru­szył się z miej­sca. Prze­ciw­nie – pa­trzył na nią, jak­by cze­kał na zgo­dę, by wejść głę­biej. Sie­dział na pro­gach no­we­go ży­cia, jej no­we­go ży­cia. A może to ona wtar­gnę­ła do jego?

– On chy­ba ła­two się nie pod­da – rzu­cił je­den z ma­la­rzy, ten star­szy. Jer­ry? Albo Ja­mie? Za­wsze my­li­ła imio­na, szcze­gól­nie gdy ner­wy i eks­cy­ta­cja ści­ska­ły jej żo­łą­dek jak sta­lo­we ima­dło.

Ten męż­czy­zna wy­glą­dał na swoj­skie­go, so­lid­ne­go. Typ, któ­ry wie, jak trzy­mać pę­dzel, ale i jak roz­po­znać czło­wie­ka. Miał dwóch sy­nów – Bena i Kena. Ga­briel­le za­sta­na­wia­ła się, któ­re z ro­dzi­ców mia­ło ta­kie po­czu­cie hu­mo­ru. Te imio­na brzmia­ły jak imio­na bliź­nia­ków z ta­nie­go se­ria­lu. Spoj­rza­ła na nich – obaj zbyt po­dob­ni, nie­mal lu­strza­ni, o chłod­nych błę­kit­nych oczach i po­stu­rze, któ­ra spra­wia­ła, że czło­wiek czuł się… ob­ser­wo­wa­ny. Ten pierw­szy był de­li­kat­nie bar­dziej ro­sły od tego dru­gie­go. Chy­ba opo­wia­da­li so­bie ja­kiś żart, bo na­gle wy­bu­chli śmie­chem, ale na­wet gdy się śmia­li, było w nich coś ostre­go. Coś dra­pież­ne­go.

Ga­briel­le wie­dzia­ła, że La­ila by ich po­ko­cha­ła. La­ila mia­ła ten swój ra­dar, któ­ry ni­g­dy nie my­lił się w kwe­stii męż­czyzn. Po­tra­fi­ła wy­chwy­cić naj­mniej­szy gest, spoj­rze­nie, i roz­gryźć de­li­kwen­ta szyb­ciej niż Go­ogle. A po­tem? Wy­cho­dzi­ła z jego nu­me­rem, jego se­kre­tem, jego ser­cem. Albo czym­kol­wiek chcia­ła.

Ga­briel­le nie była taka. Wo­la­ła pa­trzeć z boku. Za­sta­na­wiać się. Ana­li­zo­wać. Tak było bez­piecz­niej.

– No do­bra, dam ci tej wody – mruk­nę­ła do kota.

Ale to było kłam­stwo. Już wie­dzia­ła, że nie cho­dzi o wodę ani o kota. Cho­dzi­ło o obec­ność i ten upar­ty, zbyt spo­koj­ny wzrok, któ­ry ją prze­szy­wał. Jak­by kot coś o niej wie­dział i rzu­cał jej wy­zwa­nie, jak­by fi­nal­nie to on miał tu zo­stać, nie ona.

Ogród, choć za­ro­śnię­ty, miał po­ten­cjał. Były chwi­le, w któ­rych Ga­briel­le wy­obra­ża­ła so­bie sie­bie wśród kwia­tów, grzą­dek, może na­wet dzie­ci bie­ga­ją­cych boso po tra­wie… Ale wi­zja dzie­ci wy­da­wa­ła się rów­nie re­al­na co ten kot mó­wią­cy ludz­kim gło­sem. Więc może cho­ciaż kil­ka kwiat­ków. Coś, co moż­na pod­le­wać i co nie odej­dzie, kie­dy sta­nie się zbyt trud­ne.

Ta­ras był uro­czy, choć nad­gry­zio­ny zę­bem cza­su. Drew­nia­ne de­ski trzesz­cza­ły pod sto­pa­mi. W jed­nej z nich była dziu­ra – nie­wiel­ka, ale wy­star­cza­ją­co zdra­dli­wa, by skrę­cić kost­kę. Za­trzy­ma­ła się i za­no­to­wa­ła w pa­mię­ci, żeby na nią uwa­żać. Sa­lon, któ­ry miał być jej ga­bi­ne­tem, był na­dal pu­sty. Jesz­cze nie no­sił śla­dów jej obec­no­ści. Jesz­cze nie wie­dział, ja­kie roz­mo­wy w nim pad­ną. Ile łez, ile wsty­du, ile mro­ku zo­sta­nie tu zo­sta­wio­ne na za­wsze. Nie chcia­ła już wra­cać do Lon­dy­nu. Nie mo­gła. Po­trze­bo­wa­ła no­we­go po­cząt­ku, ale… czy nowy dom to za­wsze czy­sta kar­ta? Czy ra­czej sta­ry pa­pier, na któ­rym ktoś wcze­śniej coś na­pi­sał, a te­raz pró­bu­je się to ze­trzeć? Za­śmia­ła się ci­cho, za­wsze mia­ła ten­den­cje do my­śle­nia nad wy­raz i do po­rów­nań, za któ­re nie­je­den fi­lo­zof przy­bił­by jej piąt­kę.

Na gó­rze mia­ła być jej sy­pial­nia. Tyl­ko jej. Ja­mie – nie, Jer­ry? – za­pew­nił ją, że ma­lu­ją tyl­ko na dole i że spo­koj­nie może so­bie prze­by­wać na gó­rze, a na­wet tam spać. Mu­sia­ła za­tem dziś ku­pić łóż­ko. Po­rząd­ne. Twar­de. Re­al­ne. Coś, co utrzy­ma ją w rze­czy­wi­sto­ści, gdy­by na­gle znik­nę­ły wszyst­kie inne punk­ty od­nie­sie­nia.

Wzię­ła te­le­fon i po paru sy­gna­łach w koń­cu usły­sza­ła zna­jo­my głos przy­ja­ciół­ki.

– Halo?

Po dzie­się­cio­mi­nu­to­wych na­mo­wach usta­li­ły wspól­nie, że La­ila za­sy­mu­lu­je cho­ro­bę i przy­je­dzie na całe dwa dni. Ga­briel­le ode­tchnę­ła z ulgą. La­ila była jak ka­mi­zel­ka ra­tun­ko­wa, na­wet je­śli cza­sem prze­cie­ka­ła.

Po­tem, zu­peł­nie na­gle, do­padł ją strach. Nie sil­ny, nie lo­gicz­ny. Taki, któ­ry czai się w żo­łąd­ku, gdzieś za most­kiem. Jak błąd, któ­ry jesz­cze się nie wy­da­rzył, ale już ma smak.

Za­czę­ła od­dy­chać. Głę­bo­ko. Tak jak uczy­ły ją star­sze pa­nie na pi­la­te­sie. Czu­ła się wte­dy sobą. Bez ma­ki­ja­żu, bez po­rów­nań, bez pre­sji. Star­sze pa­nie nie za­da­wa­ły py­tań i nie oce­nia­ły jej wy­cią­gnię­tych ko­szu­lek na tre­nin­gi. Po pro­stu były, ga­wę­dzi­ły, uśmie­cha­ły się – to było wy­star­cza­ją­ce.

Ga­briel­le wró­ci­ła do kuch­ni. Mle­ko sta­ło na bla­cie, a kot – nie­pro­szo­ny gość, któ­ry naj­wi­docz­niej w no­sie miał pa­ra­gra­fy o wtar­gnię­ciu na cu­dzą po­se­sję – roz­cią­gnął się przy ko­min­ku. Wy­glą­dał, jak­by wła­śnie wszedł na swo­je te­ry­to­rium. I nie za­mie­rzał się ru­szyć.

– No pięk­nie, zy­ska­łam współ­lo­ka­to­ra – mruk­nę­ła i po­pa­trzy­ła nie­uf­nie na mrucz­ka.

Ale kie­dy po­de­szła bli­żej, zo­ba­czy­ła coś, co jej umknę­ło wcze­śniej.

Na ob­ro­ży – zbyt czy­stej jak na bez­pań­skie­go kota – wi­sia­ła mała, mo­sięż­na za­wiesz­ka.

Za­drża­ła, gdy prze­czy­ta­ła wy­gra­we­ro­wa­ny na­pis: Wró­cę, kie­dy mnie za­wo­łasz.

Po­czu­ła chłód. I przez uła­mek se­kun­dy mia­ła ir­ra­cjo­nal­ne wra­że­nie, że wca­le nie cho­dzi o kota, ale na wszel­ki wy­pa­dek po­sta­no­wi­ła, że na­zwie go Dar­mo­zjad.

Rozdział 6 BEN

W koń­cu coś in­ne­go. Nowe zle­ce­nie, nowy dom, nowa ko­bie­ta w tle. Wy­da­wa­ło­by się, że to zwy­kła ro­bo­ta – ma­lo­wa­nie wnętrz, jak za­wsze. Ale tym ra­zem nie u ko­goś zna­jo­me­go, nie tam, gdzie lu­dzie wszyst­ko wie­dzą i nikt nie pyta o Mag­gie. Nie pa­trzą z tym współ­czu­ją­cym bły­skiem w oku, któ­ry bar­dziej przy­po­mi­nał li­tość niż tro­skę.

Tu­taj miał spo­kój. Mógł pra­co­wać. Mógł nie my­śleć. Przy­naj­mniej przez te parę go­dzin dzien­nie.

Pa­mię­tał jesz­cze ten mo­ment, kie­dy den­ty­sta, do któ­re­go na­le­żał ten przy­by­tek, się roz­wo­dził. Przez chwi­lę Ben my­ślał, żeby ku­pić ten dom. Dla sie­bie. Dla Mag­gie. Może to wła­śnie był­by ten punkt zwrot­ny, to coś, co nada­wa­ło­by sens. Plan był pro­sty: po­sze­rzyć fir­mę, za­cząć ro­bić nie tyl­ko ma­lo­wa­nie, lecz tak­że hy­drau­li­kę. No bo po co ktoś miał­by za­trud­niać dwie eki­py, sko­ro mógł mieć jed­ną?

Obie­cał so­bie, że po­ga­da z mamą. Tyl­ko ona umia­ła roz­ma­wiać z oj­cem w spo­sób, któ­ry coś zmie­niał. Bo oj­ciec… był w po­rząd­ku, ale upar­ty jak osioł. Jego po­dej­ście do ży­cia za­trzy­ma­ło się gdzieś w oko­li­cach ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­te­go ósme­go. Już w ze­szłym roku, gdy in­fla­cja ugry­zła ich moc­no w ty­łek, nie chciał zmie­nić cen­ni­ka. „Lu­dzie się ob­ra­żą”, mó­wił. „Nie bę­dzie­my ich na­cią­gać”. Tyle że nie­dłu­go to oni będą pod kre­ską.

A póź­niej opo­wia­dał o tym Mag­gie, li­cząc na jej wspar­cie, a ona po pro­stu mu oznaj­mi­ła, że już nie chce z nim być. Bez krzy­ku, bez łez. Po pro­stu rzu­ci­ła to jed­no zda­nie i znik­nę­ła. Nie była mi­ło­ścią jego ży­cia, a przy­naj­mniej nie taką fil­mo­wą. Ale było mu z nią… do­brze. Sta­bil­nie. Ci­cho.

Mi­nę­ły trzy ty­go­dnie, za­le­d­wie trzy. Mimo wszyst­ko czuł, że po­wo­li wra­ca do ja­kiejś for­my. Nie od­wie­dzał już baru, w któ­rym pra­co­wa­ła. Uni­kał jej zna­jo­mych jak ognia. Jesz­cze je­den uśmiech z li­to­ści, jesz­cze jed­no „Jak się trzy­masz, Ben?” i chy­ba by się roz­padł na ka­wał­ki. A tak był tyl­ko cie­niem sa­me­go sie­bie. Ale przy­naj­mniej cie­niem, któ­ry ma­lu­je.

Może ktoś inny jest mu pi­sa­ny. Może ta… mia­sto­wa?

Od­wró­cił się.

Sta­ła na ta­ra­sie, z te­le­fo­nem przy uchu. Ja­sna, drob­na syl­wet­ka. Blon­dyn­ka, ale mia­ła ta­kie czar­ne oku­la­ry, za cięż­kie jak na jej drob­ną bu­zię. Ale te­raz zdję­ła je i za­rzu­ci­ła na gło­wę. I ja­koś… wy­glą­da­ła ina­czej. Ła­god­niej. Bar­dziej re­al­nie. Przyj­rzał się jej. Mia­ła ład­ny pro­fil, choć nos – lek­ko wy­bi­ja­ją­cy się z resz­ty twa­rzy – przy­kuł jego uwa­gę. Nie gar­ba­ty, nie brzyd­ki. Po pro­stu… nie­pa­su­ją­cy. Jak z in­nej hi­sto­rii. „Jak­by zo­stał jej do­kle­jo­ny” – za­śmiał się pod no­sem.

Gra­na­to­wa spód­ni­ca do ko­lan, bia­ła ko­szu­la. Za­pię­ta pod samą szy­ję i coś, co po­ły­ski­wa­ło przy koł­nie­rzy­ku – brosz­ka? Może ja­kiś sym­bol? Albo ta­li­zman? „Nie” – po­my­ślał. „To nie jest ko­bie­ta dla mnie. Zbyt… za­mknię­ta, zbyt sa­mo­dziel­na. Ko­bie­ta, któ­ra ra­czej nie sma­ży ja­jek na bocz­ku o siód­mej rano. Ko­bie­ta, któ­ra nie pach­nie do­mem”. Za­sta­na­wiał się, czy bę­dzie miesz­kać tu­taj sama. Dom nie był duży, ra­czej jak duże miesz­ka­nie z pię­trem, a nie ty­po­wa jed­no­ro­dzin­na po­sia­dłość. Ale miał w so­bie coś pięk­ne­go.

W ką­cie ta­ra­su do­strzegł Kena.

Stał nie­ru­cho­mo, z rę­ka­mi w kie­sze­niach. Też pa­trzył na ko­bie­tę.

Ben za­drżał i przy­po­mniał so­bie, jak w ten sam spo­sób jego brat pa­trzył na Mag­gie i jak bar­dzo mu się to nie po­do­ba­ło. Może to do­brze, że się z Mag­gie roz­sta­li. Może unik­nął cze­goś, co już kieł­ko­wa­ło w cie­niu.

Rozdział 7 MARC

Wszedł do miesz­ka­nia i za­trza­snął drzwi z więk­szym im­pe­tem, niż pla­no­wał. Echo roz­nio­sło się po pu­stym wnę­trzu, jak­by przy­po­mi­na­jąc mu, że zno­wu jest sam.

Spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Hm… do­pie­ro pią­ta – mruk­nął ci­cho, choć w po­bli­żu nie było ni­ko­go, kto mógł­by to usły­szeć.

Się­gnął do lo­dów­ki po piwo. Lo­dów­ka jak zwy­kle za­skrzy­pia­ła, ale nie za­wra­cał so­bie gło­wy kup­nem no­wej. Na ra­zie speł­nia­ła swój obo­wią­zek, ja­kim było chło­dze­nie piwa. Usiadł na ka­na­pie i włą­czył te­le­wi­zor, szu­kał cze­goś, co zaj­mie mu my­śli, i ska­kał ka­nał po ka­na­le, ale wszyst­ko wy­da­wa­ło się… idio­tycz­ne. Na Di­sco­ve­ry le­ciał do­ku­ment o re­ki­nach. Już sam wi­dok ich zę­bów wy­wo­łał w nim zna­jo­me ukłu­cie nie­po­ko­ju. Od dzie­ciń­stwa miał na ich punk­cie ir­ra­cjo­nal­ny lęk – taki, któ­ry nie zni­ka z wie­kiem, tyl­ko ukry­wa się głę­biej. Na MTV ja­kiś na­sto­la­tek beł­ko­tał pi­ja­ny. Na ko­lej­nym le­ciał ro­mans, ty­po­wa pap­ka dla ko­biet. I tak mi­ja­ła go­dzi­na za go­dzi­ną, a w gło­wie co­raz gło­śniej brzę­cza­ło mu jed­no: „Mu­szę się wy­rwać”.Da­lej mę­czy­ło go uczu­cie nie­po­ko­ju, po wczo­raj­szym li­ści­ku z pra­cy.

Za­no­to­wał w my­ślach: „za­dzwo­nić do Bena”. Może uda się go wy­cią­gnąć na piwo. Kie­dyś było ła­twiej. Ben miał Mag­gie, więc puby, piwa i roz­mo­wy do za­mknię­cia były na­tu­ral­ną czę­ścią ukła­du. Ale te­raz… Ben się zmie­nił. Był… wy­co­fa­ny. Cza­sem wy­glą­dał, jak­by nie wie­dział, gdzie jest. Jak­by tyl­ko jego cia­ło było obec­ne, a resz­ta zo­sta­ła gdzieś da­le­ko. Marc cza­sem chciał za­py­tać, o czym my­śli, lecz nie miał od­wa­gi albo nie chciał wie­dzieć. Poza tym ta­kie py­ta­nia za­da­ją baby, a on nie chciał, żeby kto­kol­wiek pod­wa­żał jego mę­skość.

Spoj­rzał na ka­bi­nę prysz­ni­co­wą i po­wą­chał się pod pa­chą.

– No do­bra – po­wie­dział sam do sie­bie. – Czas się od­świe­żyć.

Za­zwy­czaj brał zim­ny prysz­nic, ale dziś miał ocho­tę na go­rą­cą wodę. Nie wie­dział dla­cze­go. Coś wi­sia­ło w po­wie­trzu, coś nie­uchwyt­ne­go. Prze­czu­cie? Wra­że­nie, że dzie­je się coś, o czym jesz­cze nie wie.

Stał pod stru­mie­niem wody dłu­żej niż zwy­kle. Para osia­da­ła na ka­fel­kach, a za­pach szam­po­nu po­wo­li zni­kał. Uży­wał wa­ni­lio­we­go szam­po­nu dla dzie­ci – coś, cze­go ni­g­dy ni­ko­mu nie po­wie­dział. Był mięk­ki, ła­god­ny, a za­pach… przy­po­mi­nał dzie­ciń­stwo, cie­płe i pro­ste. Może na­wet był to ten sam szam­pon, któ­re­go uży­wa­ła jego mama, kie­dy jesz­cze wszyst­ko było prost­sze. Gdy­by te­raz za­py­tał ją o to, mo­gła­by się z nie­go śmiać, a on nie chciał, żeby ktoś śmiał się z rze­czy, któ­re chro­nił.

Wy­cho­dził wła­śnie spod prysz­ni­ca, gdy za­dzwo­nił te­le­fon. Prze­klął ci­cho, bo pra­wie się po­śli­zgnął, i się­gnął po ko­mór­kę. Na wy­świe­tla­czu zo­ba­czył sta­re zdję­cie Bena, uśmiech­nię­te­go, w ka­pe­lu­szu, z rę­ka­wi­cą do gril­lo­wa­nia.

– No cześć, sta­ry, wła­śnie o to­bie my­śla­łem – rzu­cił Marc.

– A, i wy­obra­ża­łeś so­bie mnie nago? – od­po­wie­dział Ben z chi­cho­tem.

Marc nie­mal wy­pu­ścił te­le­fon z ręki.

– No sor­ry, może nie naj­le­piej to za­brzmia­ło. Cho­dzi­ło mi tyl­ko o to, że też mia­łem do cie­bie dzwo­nić. Idziesz na piwo?

Ben wes­tchnął.

– Nie dam rady. Nowa wła­ści­ciel­ka domu chce wszyst­ko na już, więc za­pier­ni­cza­my z oj­cem i Ke­nem do póź­na. Chce­my skoń­czyć jak naj­szyb­ciej. A ja jesz­cze mu­szę prze­ko­nać Jer­ry’ego, żeby roz­wi­nąć fir­mę o hy­drau­li­kę. – Ga­dał da­lej. Przez kil­ka mi­nut snuł pla­ny o przy­szło­ści, o roz­wo­ju fir­my. Brzmiał jak ktoś, kto pró­bu­je za­jąć czymś umysł, żeby nie my­śleć o tym, co na­praw­dę go gry­zie.

Marc w koń­cu prze­rwał:

– A ta two­ja nowa… klient­ka to ja­kaś zbzi­ko­wa­na sta­ra pan­na z ko­tem?

Ben za­śmiał się pod no­sem.

– Kota ma, a przy­naj­mniej nie swo­je­go, krę­cił się tam ja­kiś da­cho­wiec. Ale zbzi­ko­wa­na to ra­czej nie jest, chy­ba ja­kaś psy­cho­loż­ka. Taka… in­te­lek­tu­alist­ka. Miła, choć tro­chę nie­cier­pli­wa, jak wszyst­kie ze sto­li­cy, my­śli, że jak za­pła­ci wię­cej, to dom po­ma­lu­je się sam w je­den dzień. No i zde­cy­do­wa­nie nie w two­im ty­pie, bra­cie.

Marc nie drą­żył. Nie zno­sił psy­cho­lo­gów. Od dzie­ciń­stwa wy­cho­waw­czy­ni wy­sy­ła­ła go co śro­dę do pani Ro­berts, szkol­nej psy­cho­loż­ki, któ­ra ka­za­ła mu mó­wić o uczu­ciach i za­da­wa­ła dziw­ne py­ta­nia. Jak się czu­je? Co sły­szy w domu? Dla­cze­go jest nie­grzecz­ny? Nie ro­zu­miał tych roz­mów wte­dy i nie ro­zu­miał ich te­raz. Od tam­tej pory nie tyl­ko nie cier­piał psy­cho­lo­gów – nie zno­sił też śród.

Po jesz­cze kil­ku mi­nu­tach roz­mo­wy o ostat­nim me­czu Li­ver­po­olu Marc się roz­łą­czył. Po­ło­żył się na ka­na­pie, pró­bo­wał się uło­żyć, ale nie mógł zna­leźć od­po­wied­niej po­zy­cji. Nie lu­bił ta­kie­go dnia jak dzi­siaj, kie­dy było dużo słoń­ca. Wo­lał, gdy nie­bo było sta­lo­we i obo­jęt­ne. Słoń­ce wpro­wa­dza­ło w nim nie­po­kój, jak­by ob­na­ża­ło rze­czy, któ­re po­win­ny po­zo­stać w cie­niu. Za­snął do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li.

Nie śnił zbyt czę­sto. Zwy­kle spał jak ka­mień. Ale tej nocy… coś się zmie­ni­ło. Coś przy­szło.

Śnił o li­ściach. I o wio­śnie.

Rozdział 8 MAG­GIE

Jesz­cze tyl­ko dwie go­dzi­ny, już pra­wie ósma.

Te same twa­rze.

Te same spoj­rze­nia.

Mag­gie nie ro­zu­mia­ła, dla­cze­go musi tu sie­dzieć do koń­ca zmia­ny. Niby za­wsze tra­fił się ktoś, kto są­czy drin­ka do ostat­nie­go dzwon­ka… ale prze­cież nie co­dzien­nie.

Mo­gła­by za­mknąć wcze­śniej, nikt by nie pła­kał. Może oprócz sze­fa, któ­ry trak­to­wał bar jak twier­dzę i ją jak war­tow­ni­ka. Ro­zej­rza­ła się prze­lot­nie po sali, sami sta­li by­wal­cy: miej­sco­wy li­sto­nosz, sta­rusz­ko­wie od po­ke­ra, gra­ją­cy z taką de­ter­mi­na­cją, jak­by po­raż­ka była wy­ro­kiem. Za­wsze któ­ryś z nich prze­gry­wał i od­gra­żał się resz­cie, a póź­niej na­gle się od­bi­jał i za­ma­wiał każ­de­mu po ku­flu piwa. Wie­dzia­ła, że po­win­na im za­bro­nić grać w pu­bie, ale po pro­stu nie mia­ła ser­ca. W ką­cie przy oknie sie­dział in­for­ma­tyk z mia­sta obok, z dziew­czy­ną, mło­dą i zbyt w nie­go wpa­trzo­ną. W ze­szłym ty­go­dniu był z inną, a Mag­gie wie­dzia­ła, że ma żonę. Kie­dyś do nie­go dzwo­ni­ła, jak aku­rat za­ma­wiał przy ba­rze, i sły­sza­ła, jak kła­mał, że musi pra­co­wać do póź­na. Nie sko­men­to­wa­ła tego, nie była od oce­nia­nia, tyl­ko od na­le­wa­nia drin­ków.

Ben kie­dyś sie­dział w rogu, pod pla­ka­tem Be­atle­sów. Za­wsze cze­kał cier­pli­wie, aż skoń­czy zmia­nę, a póź­niej od­pro­wa­dzał ją do domu. Może na­wet po­sta­wił­by tym sta­rusz­kom piwo, gdy­by jesz­cze tu przy­cho­dził.

Ale nie przy­cho­dził.

I Mag­gie się nie dzi­wi­ła.

Gdy­by na­dal byli ra­zem…

Ale prze­cież nie tego chcia­ła.

Chcia­ła iskier. Cze­goś elek­try­zu­ją­ce­go. Cze­goś, co spra­wi, że znik­nie cały ten sza­ry, jed­no­staj­ny świat. Przy­po­mnia­ła so­bie Mar­ca. Za dzie­cia­ka był gwiaz­dą osie­dla. Blond wło­sy, ło­bu­zer­ski uśmiech, ale in­te­re­so­wa­ły go tyl­ko blon­dyn­ki, a Mag­gie była inna – mia­ła krót­kie, ciem­ne wło­sy i cia­ło, któ­re za­wsze wy­glą­da­ło jak kar­to­fel z kre­sków­ki.

Tuż przed za­mknię­ciem po­li­czy­ła utarg. Jak na wto­rek – cał­kiem nie­źle. Szef bę­dzie za­do­wo­lo­ny, czy­li w wol­nym tłu­ma­cze­niu: go­dzi­ny pra­cy zo­sta­ną ta­kie same.

Ro­zej­rza­ła się raz jesz­cze, było już pu­sto.

Z nie­wia­do­mej przy­czy­ny po­czu­ła nie­po­kój, drob­ny im­puls, któ­ry mó­wił, że coś jest nie tak.

– Prze­wraż­li­wio­na je­steś, Mag­gie – mruk­nę­ła, się­ga­jąc po czer­wo­ny płaszcz.

Za­trza­snę­ła drzwi i pu­ści­ła się nie­mal bie­giem. Zwy­kle szła pie­szo, pięt­na­ście mi­nut spa­ce­rem, ale nie dzi­siaj, dzi­siaj zde­cy­do­wa­ła się na tak­sów­kę. Czu­ła to od środ­ka, ten dziw­ny chłód, jak­by ktoś za nią szedł.

Jesz­cze tyl­ko ta jed­na dłu­ga uli­ca, skręt w Mad­di­son Stre­et i bę­dzie bez­piecz­na. Szyb­ciej.

Od­dech mia­ła nie­rów­ny. Od­wró­ci­ła się, lecz ni­ko­go nie zo­ba­czy­ła. Na­gle przy­po­mnia­ła so­bie, jak jej sio­stra wpa­try­wa­ła się w nią, gdy spa­ła, kie­dy była mała. Pa­trzy­ła na nią w nocy, aż Mag­gie się bu­dzi­ła. To spoj­rze­nie. Ono wró­ci­ło. Ale te­raz było obce.

– To nie pa­ra­no­ja – wy­szep­ta­ła.

Przy­spie­szy­ła.

– Je­stem bez­piecz­na. Pra­wie.

I wte­dy za sobą usły­sza­ła kro­ki.

Za­mar­ła. Cia­ło nie chcia­ło się ru­szyć. Po­wo­li się ob­ró­ci­ła, spo­dzie­wa­jąc się zmar­twych­wsta­łe­go Teda Bun­die­go.

– Ach… to ty… Prze­pra­szam, cho­ler­nie się wy­stra­szy­łam…

I wte­dy to zo­ba­czy­ła.

Nie twarz.

Oczy.

Obłęd­ne. Pu­ste. Czar­ne.

Chcia­ła coś po­wie­dzieć, ale usta nie zdą­ży­ły się otwo­rzyć. Ręka na­past­ni­ka była szyb­sza i za­nim się zo­rien­to­wa­ła, zo­ba­czy­ła ciem­ność.

My­śla­ła, że śmierć bę­dzie… inna. Że może coś po­czu­je. Ze może zo­ba­czy swo­je­go anio­ła albo ja­sne świa­tło.

Ale te­raz, gdy tak za­sy­pia­ła – chcia­ła tyl­ko spo­ko­ju. Zno­wu.

Żad­nych iskier. Ni­g­dy wię­cej. Ni­g­dy.

Li­ście. Na twa­rzy.

Coś cie­płe­go spły­wa jej po szyi.

„Mu­szę się pod­nieść… Nie mogę”.

I wte­dy przy­szedł świt.

Rozdział 9 GA­BRIEL­LE

Za­czę­ło się nie­win­nie. Mia­ły oglą­dać po­je­dyn­cze łóż­ka – roz­sąd­ne, prak­tycz­ne i ta­nie. Ale po­tem La­ila rzu­ci­ła, że prze­cież i tak bę­dzie przy­jeż­dżać czę­sto, to le­piej „wziąć po­dwój­ne”. Ga­briel­le już mia­ła się zgo­dzić, kie­dy jej wzrok padł na coś in­ne­go – coś więk­sze­go i zbyt ide­al­ne­go. Mał­żeń­skie łoże. Drew­nia­ne, cięż­kie, jak­by mia­ło prze­trwać nie tyl­ko de­ka­dy, ale i woj­ny.

Nie pla­no­wa­ła tego za­ku­pu, a już na pew­no nie w tej ce­nie.

– W ra­zie cze­go mo­żesz na nim ska­kać – rzu­ci­ła La­ila z uśmie­chem. – Dom pra­wie go­to­wy, łóż­ko masz, biu­ro pra­wie urzą­dzo­ne… Kie­dy za­czy­nasz?

Ga­briel­le ski­nę­ła gło­wą z za­ska­ku­ją­cą pew­no­ścią.

– Po­ju­trze.

Sama nie wie­dzia­ła, skąd ta pew­ność. To wszyst­ko dzia­ło się za szyb­ko, za gład­ko. Jak­by ktoś wy­re­ży­se­ro­wał tę hi­sto­rię i na­ci­skał „prze­wiń” tyl­ko po to, żeby coś po­szło nie tak.

Ale nie na­rze­ka­ła. Jesz­cze nie.

Pa­cjen­ci po­ja­wia­li się nie­mal sami. Jed­ną z pierw­szych była mło­da dziew­czy­na, zbyt mło­da, by mó­wić z taką sta­now­czo­ścią. Umó­wi­ła co­ty­go­dnio­we se­sje na trzy mie­sią­ce bez za­wa­ha­nia. Jak­by od tego za­le­ża­ło jej ży­cie. W gło­sie mia­ła coś nie­po­ko­ją­ce­go – na­pię­cie tak sil­ne, że prze­bi­ja­ło przez każ­de zda­nie. Inna ko­bie­ta dzwo­ni­ła w spra­wie syna – roz­wód ro­dzi­ców, trud­na ad­ap­ta­cja. Po­tem mło­de mał­żeń­stwo, któ­re chcia­ło „od­zy­skać iskry”. Kil­ka in­nych. Żad­nych po­waż­nych przy­pad­ków. Na ra­zie.

Ga­briel­le pró­bo­wa­ła so­bie wmó­wić, że to do­brze. Że za­czy­na ła­god­nie. Ale coś w niej szep­ta­ło, że ten spo­kój nie po­trwa dłu­go.

– Chodź­my na dół – rzu­ci­ła La­ila. – Znajdź­my Dar­mo­zja­da, na­kar­mi­my go i może sko­czy­my do baru?

Dar­mo­zjad, któ­ry za­miesz­kał u niej wła­ści­wie sa­mo­wol­nie, wy­le­gi­wał się na jej sza­lu z miną księ­cia z po­wie­ści go­tyc­kiej. Kie­dy usły­szał kro­ki na scho­dach, na­tych­miast zmie­nił pozę na „umie­ra­ją­cy z gło­du”.

– Ty pa­so­ży­cie – mruk­nę­ła Ga­briel­le, na­sy­pu­jąc mu kar­my. – Masz, za­nim zdech­niesz z dra­ma­ty­zmu.

Kot za­mru­czał, jak­by ją zro­zu­miał. Wie­dzia­ła, że kie­dy La­ila wy­je­dzie, zo­sta­nie jej tyl­ko on. Mru­czą­cy, mil­czą­cy świa­dek wszyst­kie­go.

– My­śla­łaś może o sys­te­mie alar­mo­wym? – za­py­ta­ła La­ila. – Są ta­kie, co wy­sy­ła­ją po­wia­do­mie­nie za każ­dym ra­zem, kie­dy drzwi się otwie­ra­ją. Faj­ne, nie?

Ga­briel­le przy­tak­nę­ła wol­no.

– Po­dob­no każ­dy te­ra­peu­ta po­wi­nien mieć ja­kieś za­bez­pie­cze­nie. Ni­g­dy nie wia­do­mo, kogo przyj­mu­jesz w domu.

– Tro­chę się bo­isz, co? – La­ila unio­sła py­ta­ją­co brew.

Nie cze­ka­ła na od­po­wiedź. Wie­dzia­ła. W oczach Ga­briel­le był ten sam błysk, któ­ry wi­dzia­ła po Pa­tric­ku. Ten ro­dzaj stra­chu, któ­ry nie krzy­czy, tyl­ko od­dy­cha bar­dzo ci­cho tuż za two­im ra­mie­niem.

– Idzie­my do pubu. Po­trze­bu­ję drin­ka. Te­raz – od­po­wie­dzia­ła Ga­briel­le.

Jej dom stał na nie­wiel­kim wznie­sie­niu. Skar­pa była ma­lut­ka, ale wy­star­czy­ło jed­no po­tknię­cie, żeby się prze­wró­cić, zde­cy­do­wa­ły się więc na spor­to­we obu­wie. Do mia­stecz­ka zde­cy­do­wa­ły się pójść pie­szo, bo Ga­briel­le wie­dzia­ła, że je­śli weź­mie sa­mo­chód, nie wy­pi­je ani kro­pli. A dzi­siaj… dzi­siaj chcia­ła się na­pić. Choć­by tyl­ko po to, żeby za­trzeć ten nie­po­kój, któ­ry cza­ił się gdzieś mię­dzy że­bra­mi.

Pub, o któ­rym mó­wił je­den z ma­la­rzy, no­sił ab­sur­dal­ną na­zwę Far­mvil­le – brzmia­ła jak wiej­ska gra kom­pu­te­ro­wa. Ale z ze­wnątrz wy­glą­dał przy­tul­nie: ni­ska fa­sa­da, sta­re drew­no, szyl­dy z cza­sów, któ­rych nikt już nie pa­mię­tał. Pla­ka­ty The Rol­ling Sto­nes wi­sia­ły obok Sher­loc­ka Hol­me­sa i moż­na by­ło­by po­my­śleć, że czło­wiek prze­niósł się w cza­sie, gdy­by nie do­dat­ko­we pla­ka­ty z Har­rym Pot­te­rem. Ga­briel­le od razu prze­ska­no­wa­ła twa­rze. Dwóch męż­czyzn w śred­nim wie­ku z czer­wo­ny­mi no­sa­mi, dwie wy­sty­li­zo­wa­ne dziew­czy­ny przy ba­rze, wy­glą­da­ją­ce, jak­by przy­szły po coś kon­kret­ne­go. Na pra­wo, we wnę­ce – parę gru­pek zna­jo­mych.

La­ila po­de­szła do baru pierw­sza i za­mó­wi­ła drin­ka.

Ga­briel­le utkwi­ła wzrok w bar­man­ce – mia­ła ró­żo­we wło­sy i od­waż­ne ta­tu­aże.

– Prze­klę­ta Mag­gie – wy­ce­dzi­ła pod no­sem, roz­le­wa­jąc al­ko­hol jak ktoś, kto le­d­wo się po­wstrzy­mu­je przed rzu­ce­niem bu­tel­ką.

La­ila i Ga­briel­le spoj­rza­ły po so­bie, ale każ­da bała się za­py­tać.

– Ale nam ze­szło… – mruk­nę­ła La­ila i spoj­rza­ła na Ga­briel­le, któ­ra wła­śnie nu­ci­ła coś pod no­sem, i po­my­śla­ła, że nie wi­dzia­ła jej ta­kiej od lat.

Pra­wie jak przed Pa­tric­kiem.

Pra­wie.

Rozdział 10 SU­SAN

– Ła­pek, Ła­pek, co się dzi­siaj z tobą dzie­je, do li­cha? Chodź do pani, no chodź.

Ale Ła­pek ani drgnął, bacz­nie coś wą­chał, okrą­żał i ani w gło­wie było mu po­słu­chać Su­san. Ko­cha­ła psa nade wszyst­ko, ale była wo­bec Łap­ka zde­cy­do­wa­nie bar­dziej sta­now­cza niż mąż, Jer­ry. Ten z ko­lei był moc­no po­błaż­li­wy, więc na nic zda­ły się jej książ­ki o wy­cho­wa­niu psa, na nic jej krzy­ki i wrza­ski, Ła­pek po pro­stu ro­bił, co chciał, a jego po­słu­szeń­stwo ogra­ni­cza­ło się głów­nie do przy­bie­ga­nia na za­wo­ła­nie na spa­ce­rach, kie­dy uda­wał przed wszyst­ki­mi ko­cha­ne­go psa, na­to­miast w domu za­mie­niał się w ma­łe­go ter­ro­ry­stę.

– Co ty tam zna­la­złeś, psia­ku? Pew­nie ja­kąś pa­dli­nę – mruk­nę­ła.

Była przy­zwy­cza­jo­na, że wie­czor­ne spa­ce­ry Ła­pek za­wsze sta­rał się sku­tecz­nie prze­dłu­żyć. Ru­szy­ła z re­zy­gna­cją w stro­nę psa z wy­cią­gnię­tą smy­czą. Z tej od­le­gło­ści Ła­pek wy­glą­dał ko­micz­nie, okrą­ża­jąc dużą kupę li­ści. „Dziw­ne, że aku­rat na noc ktoś zgar­nął je wszyst­kie na kup­kę” – po­my­śla­ła i za­no­to­wa­ła w pa­mię­ci, żeby za­py­tać o to miej­sco­we­go li­sto­no­sza, pana Mat­thew­sa, któ­ry wie­dział do­słow­nie wszyst­ko, a jak nie wie­dział, to za­raz się do­wia­dy­wał, i jesz­cze raz zwró­ci­ła się do psa:

– Ła­pek, co ty tam.

Po­wie­trze utknę­ło jej w gar­dle, zu­peł­nie jak­by ja­kaś nie­wi­dzial­na ręka ści­snę­ła jej krtań od środ­ka. Mia­ła wra­że­nie, że ser­ce prze­sta­ło bić, a strach pa­ra­li­żo­wał każ­dy mię­sień w jej cie­le. Do­pie­ro gdy Ła­pek pod­szedł i za­czął no­sem sztur­chać bez­wład­ne cia­ło, zdo­ła­ła wy­do­być z sie­bie głos.

– Po­mo­cy… Po­mo­cy!!! – krzyk­nę­ła, cho­ciaż jej krzyk brzmiał bar­dziej jak szloch, bo wie­dzia­ła, że na po­moc jest już za póź­no.

Rozdział 11 MARC

Dzi­siaj miał wol­ne, po­je­chał więc do ro­dzi­ców. Od kil­ku mie­się­cy trak­to­wał te wi­zy­ty jak obo­wią­zek, a ra­czej jak ci­chy ry­tu­ał od­po­ku­to­wa­nia.

Kie­dyś my­ślał, że jego ro­dzi­ce się nie sta­rze­ją i że czas ich nie ru­sza. Ale po dłu­giej prze­rwie zo­ba­czył ich już nie jako mamę i tatę, lecz jako sta­rusz­ków. I wte­dy coś w nim pę­kło.

Nie mógł po­jąć, jak to się sta­ło, że przez dwa lata nie był w sta­nie ich od­wie­dzić. Czas prze­ciekł mu przez pal­ce, dni i noce zla­ły się w jed­ną masę. Prze­jął wte­dy sta­no­wi­sko po ojcu i pró­bu­jąc udo­wod­nić wszyst­kim – a może głów­nie so­bie – że za­słu­żył, że da radę, od­ciął się od wszyst­kie­go i rzu­cił się w wir pra­cy. Gdy w koń­cu od­niósł pierw­szy suk­ces, się­gnął po te­le­fon i zro­zu­miał, że nie ma do kogo za­dzwo­nić.

Od tam­tej pory przy­jeż­dżał re­gu­lar­nie.

Na wio­snę pla­no­wał za­brać ich na wa­ka­cje. Może Fran­cja? Może Wło­chy? Do­kąd­kol­wiek, by­le­by od­po­czę­li. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Za­nim otwo­rzysz drzwi

isbn: 978-83-8423-352-8

© M.D. Hol­lo­way i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Bia­łek

ko­rek­ta: Anna Miot­ke

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.