Zanim otworzysz drzwi - M.D. Holloway - ebook
NOWOŚĆ

Zanim otworzysz drzwi ebook

M.D. Holloway

2,0

79 osób interesuje się tą książką

Opis

Małe miasteczko. Wielkie sekrety. I morderca, który jest o krok przed wszystkimi.

Gabrielle, młoda i ambitna psycholożka, ucieka z wielkiego miasta do sielskiego miasteczka, by odzyskać spokój. Nie spodziewa się, że zamiast tego trafi w sam środek koszmaru, który na zawsze odmieni jej życie.

Gdy znana i lubiana barmanka zostaje znaleziona martwa z białą różą u boku, mieszkańców ogarnia strach. Sprawę morderstwa prowadzi detektyw Marc Castellano – cyniczny, doświadczony policjant, który po rozpoczęciu śledztwa zaczyna otrzymywać anonimowe, rymowane listy.

Każdy z nich zapowiada kolejną zbrodnię.

Gabrielle łączy siły z Markiem i wykorzystuje swoją wiedzę, by stworzyć psychologiczny profil zabójcy. Jednak im bliżej są rozwiązania zagadki, tym wyraźniej widzą, że każdy w miasteczku coś ukrywa.

Od początku wszyscy kłamią.

A Gabrielle i Marc mają coraz mniej czasu, by odkryć tożsamość mordercy.

„Zanim otworzysz drzwi” to mroczny, trzymający w napięciu thriller psychologiczny o sekretach, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. I o złu czającym się tam, gdzie się go najmniej spodziewamy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 303

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
2,0 (2 oceny)
0
0
0
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Maddabe

Z braku laku…

Mieszanie uczucia… przeczytałam całą, ale trochę na siłę.
10
Katmis1998

Z braku laku…

Książka nijka... doczytałam tylko do połowy. Nudna, śledztwo dziwnie prowadzone. Książka z perspektywy kilku osób .....
00



Dla Anny J., od za­wsze.

Trud­no zro­zu­mieć, dla­cze­go my, lu­dzie,

nie je­ste­śmy w sta­nie po­jąć śmier­ci,

ła­god­nej, głę­bo­kiej na­tu­ral­no­ści wszyst­kie­go,

co z tym zwią­za­ne.

Wil­liam Whar­ton

Rozdział 1 GA­BRIEL­LE

– Zna­la­złam! Zna­la­złam! W koń­cu go zna­la­złam!

– Boże, Gabi, nie drzyj się tak do słu­chaw­ki, ogłuch­nę przez cie­bie – wes­tchnę­ła La­ila, ale w jej gło­sie rów­nież cza­iła się eks­cy­ta­cja. Gdy­by mo­gła, też by krzy­cza­ła.

– On jest ide­al­ny, La­ila. Dom! Nie za duży, ale wy­star­cza­ją­co prze­stron­ny. Na dole ogrom­na ja­dal­nia, ide­al­na na mój ga­bi­net, kuch­nia, ła­zien­ka, ta­ras z wyj­ściem na ogród. Na gó­rze sy­pial­nia i gar­de­ro­ba. Mu­sisz go zo­ba­czyć! A cena? Śmiesz­nie ni­ska… Na­praw­dę, tak bar­dzo chcę go mieć.

– Brzmi jak speł­nie­nie ma­rzeń. Gdzie on jest?

– Pew­nie nie znasz tej miej­sco­wo­ści… ja­kieś sto pięć­dzie­siąt mil od Lon­dy­nu. Ale czu­ję, że to wła­śnie tam po­win­nam być.

– To zna­czy, że mam już gdzie spę­dzać week­en­dy! – za­żar­to­wa­ła La­ila.

Ga­briel­le się ro­ze­śmia­ła i zer­k­nę­ła na agent­kę nie­ru­cho­mo­ści.

– Bio­rę go! Do ja­snej cho­le­ry, bio­rę!

To było to. To mu­sia­ło być to.

Od mie­się­cy szu­ka­ła miej­sca, któ­re bę­dzie nie tyl­ko do­mem, ale i uciecz­ką. Pra­co­wa­ła jako psy­cho­loż­ka od pię­ciu lat, choć tech­nicz­nie wciąż była na sta­żu. Lon­dyn ją po­że­rał – ni­skie staw­ki, ohyd­ne ga­bi­ne­ty, za­pach stę­chli­zny uno­szą­cy się nad skó­rza­ny­mi fo­te­la­mi, któ­re pa­mię­ta­ły cza­sy Mar­ga­ret That­cher. Tam nie cho­dzi­ło o po­moc pa­cjen­tom. Tam cho­dzi­ło o prze­trwa­nie.

A Ga­briel­le chcia­ła cze­goś wię­cej. Chcia­ła słu­chać. Chcia­ła wi­dzieć. Chcia­ła ra­to­wać.

Wie­dzia­ła, że ma ta­lent – sły­sza­ła to od wy­kła­dow­ców, pa­cjen­tów, na­wet tych, któ­rzy nie umie­li tego wy­ra­zić sło­wa­mi. Ale za­wsze nad nią ktoś wi­siał – ktoś, kto wy­da­wał osta­tecz­ne de­cy­zje, ktoś, kto mó­wił, co wol­no, a cze­go nie.

Lon­dyn ją roz­cza­ro­wał. Nie przy­po­mi­nał ni­cze­go z po­wie­ści Jane Au­sten – za­miast tego był gło­śny, brud­ny i zim­ny. Tak, speł­ni­ła swo­je dzie­cię­ce ma­rze­nie, wy­je­cha­ła z He­re­ford, ale rze­czy­wi­stość… była szorst­ka.

A po­tem był Pa­trick.

Ga­briel­le za­mknę­ła oczy. Nie, nie te­raz. Nie myśl o nim.

To mia­stecz­ko, ten dom – to była jej szan­sa, by za­cząć od nowa. By stwo­rzyć wła­sną prze­strzeń bez nad­zo­ru, bez za­pa­chu ku­rzu i potu na sta­rych fo­te­lach.

Jesz­cze raz spoj­rza­ła na bu­dy­nek. Kla­sycz­na czer­wo­na ce­gła. Czar­ny dach. Ta­ras i ogród. Ale to nie wszyst­ko.

Po pra­wej stro­nie, przy oknie sy­pial­ni, sta­ło drze­wo – wy­so­kie, po­skrę­ca­ne, jak­by wy­cią­gnię­te z ba­śni. Rzu­ca­ło cień na po­ło­wę domu, na­wet te­raz, mimo że słoń­ce sta­ło wy­so­ko. Ten cień nie był zwy­czaj­ny. Był cięż­ki. Po­chła­niał świa­tło.

Ga­briel­le się wzdry­gnę­ła.

Ale nie po­zwo­li­ła, by to uczu­cie się roz­ro­sło.

„Nie prze­sa­dzaj” – po­wie­dzia­ła so­bie w my­ślach. Na świę­ta przy­stro­isz je lamp­ka­mi i bę­dzie pięk­nie.

Dom znaj­do­wał się nie­co wy­żej niż po­zo­sta­łe bu­dyn­ki, nie­mal na wznie­sie­niu. Spra­wiał wra­że­nie, jak­by pa­trzył na całą oko­li­cę z góry. Jak­by wie­dział coś, cze­go inni nie wie­dzą.

Ga­briel­le się uśmiech­nę­ła, choć ten uśmiech nie do­tarł do jej oczu.

– Tak – wy­szep­ta­ła. – Czas za­cząć od nowa.

-

Nie wró­ci­ła tego dnia do Lon­dy­nu. Nie chcia­ła. Dom był jej – a przy­naj­mniej miał się nim stać – i Ga­briel­le za­mie­rza­ła za­jąć się wszyst­kim od razu, za­nim ro­zum doj­dzie do gło­su, for­mal­no­ści mo­gły po­cze­kać. Re­al­ność też.

Tech­nicz­nie nie wy­ma­gał re­mon­tu, ale… czuć było, że dom spał zbyt dłu­go. Po­trze­bo­wał prze­bu­dze­nia. Od­świe­że­nia. No­we­go za­pa­chu. Jej śla­dów. Dla­te­go jesz­cze tego sa­me­go dnia za­dzwo­ni­ła do fir­my o wdzięcz­nej na­zwie Jer­ry Adams and Sons, któ­ra – jak się oka­za­ło – była je­dy­ną eki­pą re­mon­to­wą w pro­mie­niu kil­ku­dzie­się­ciu mil. Nie spo­sób było ich nie za­uwa­żyć: po­ma­rań­czo­we szyl­dy z czar­nym, agre­syw­nie wy­bol­do­wa­nym na­pi­sem „JER­RY ADAMS AND SONS – usłu­gi re­mon­to­we na każ­dą kie­szeń” wi­sia­ły prak­tycz­nie na każ­dym za­krę­cie.

Za­sta­na­wia­ła się przez mo­ment, czy wy­bór tak ra­żą­ce­go ko­lo­ru był efek­tem mar­ke­tin­go­we­go ge­niu­szu, czy po pro­stu lo­kal­nej tan­de­ty. Praw­dę mó­wiąc – jed­no nie wy­klu­cza­ło dru­gie­go.

Na szczę­ście kuch­nia i ła­zien­ka były w sta­nie pra­wie ide­al­nym – jak­by dom cze­kał nie­cier­pli­wie na no­we­go wła­ści­cie­la. Mu­sia­ła je­dy­nie ume­blo­wać ga­bi­net i sy­pial­nię. Sy­pial­nia mo­gła po­cze­kać – łóż­ko i to­a­let­ka na ra­zie wy­star­czą. Wnę­kę prze­ro­bi so­bie póź­niej na coś w ro­dza­ju gar­de­ro­by, może na­wet in­spi­ro­wa­nej Car­rie Brad­shaw. Ale ga­bi­net… ga­bi­net miał był świę­to­ścią.

Wi­dzia­ła go ocza­mi wy­obraź­ni od lat – od chwi­li, gdy po raz pierw­szy za­pi­sa­ła się na za­ję­cia z psy­cho­lo­gii. Dwa kre­mo­we fo­te­le z mięk­ki­mi pod­ło­kiet­ni­ka­mi. Bia­ły dy­wan, przy­po­mi­na­ją­cy niedź­wie­dzią skó­rę, ale we­gań­sko-etycz­ny. Ko­mi­nek, na­wet je­śli tyl­ko elek­trycz­ny, i biur­ko, przy któ­rym mo­gła­by spi­sy­wać swo­je no­tat­ki. Ścia­ny w neu­tral­nym, uspo­ka­ja­ją­cym ko­lo­rze. Miej­sce, w któ­rym pa­cjen­ci czu­li­by się… bez­piecz­nie.

Tyle że Ga­briel­le wie­dzia­ła, jak złud­ne bywa po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa.

Do­cho­dzi­ło po­łu­dnie – wciąż mia­ła czas. Przy odro­bi­nie wy­sił­ku za ty­dzień mo­gła­by się tu wpro­wa­dzić na do­bre. Po­tem zo­sta­nie tyl­ko jed­no: ogło­sić się. Lo­kal­na ga­ze­ta, może coś w In­ter­ne­cie, choć mia­ła wra­że­nie, że za­nim jesz­cze za­mknę­ła trans­ak­cję, pół mia­stecz­ka już o niej wie­dzia­ło.

Agent­ka nie­ru­cho­mo­ści – nie­ja­ka pan­na Ste­ward – zbyt szyb­ko ją ostrze­gła, że kil­ku miesz­kań­ców mia­ło „chrap­kę” na ten dom. Ale to Ga­briel­le była pierw­sza. Za­ofe­ro­wa­ła wię­cej. Za­re­ago­wa­ła szyb­ciej.

Uśmiech­nę­ła się z dumą, lecz był to uśmiech ostroż­ny – taki, któ­ry spraw­dza, czy wol­no mu się po­ja­wić.

Nie mia­ła for­tu­ny, ale mia­ła coś o wie­le cen­niej­sze­go: ro­dzi­ców, któ­rzy za­wsze sta­li za nią mu­rem przez całe trzy­dzie­ści czte­ry lata jej ży­cia. Te­raz, na eme­ry­tu­rze, prak­tycz­nie miesz­ka­li w sa­mo­lo­cie. Zwie­dzi­li już pół Eu­ro­py i ak­tu­al­nie byli gdzieś w Afry­ce.

Ga­briel­le wy­obra­zi­ła so­bie swo­ją mamę – nie­zdar­ną, wiecz­nie gu­bią­cą oku­la­ry – pró­bu­ją­cą roz­szy­fro­wać afry­kań­skie ety­kie­ty na lot­ni­sku. Za­śmia­ła się pod no­sem.

Mama była księ­go­wą, oj­ciec pro­wa­dził dru­kar­nię – nie byli bo­ga­ci, ale ni­g­dy im ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło. I za­wsze od­kła­da­li – na „czar­ną go­dzi­nę”, na „lep­sze dni”. Te­raz wie­dzia­ła, że od­kła­da­li też… na nią.

Gdy po­wie­dzie­li, że do­ło­żą po­ło­wę, Ga­briel­le pra­wie się roz­pła­ka­ła.

Przy­sta­nę­ła, za­gry­za­jąc war­gę. Czu­ła dziw­ny cię­żar mię­dzy że­bra­mi. Pod­eks­cy­to­wa­nie? Strach? A może jed­no i dru­gie?

– No i prze­cież psy­cho­log jest po­trzeb­ny i w ta­kich miej­scach, praw­da? – po­wie­dzia­ła gło­śno, pró­bu­jąc prze­ko­nać samą sie­bie.

Spoj­rza­ła na te­le­fon. Była do­pie­ro dwu­na­sta dwa­dzie­ścia osiem.

Po raz pierw­szy od bar­dzo daw­na po­czu­ła coś, co przy­po­mi­na­ło szczę­ście.

Rozdział 2 EL­LEN

Zo­ba­czy­ła ogło­sze­nie w lo­kal­nej ga­ze­cie, mię­dzy ne­kro­lo­giem a pro­mo­cją na pie­czy­wo.

„Ga­bi­net psy­cho­lo­gicz­ny”.

Nowa spe­cja­list­ka. Wpro­wa­dza się do domu na skar­pie.

El­len aż wcią­gnę­ła po­wie­trze i na mo­ment za­po­mnia­ła, jak się od­dy­cha.

Psy­cho­log. Tu­taj. W tej dziu­rze.

Z ner­wów za­czę­ła ob­gry­zać pa­zno­kieć – pa­lec aż za­piekł, ale to nic. Czu­ła, jak ser­ce obi­ja się o że­bra. Tam­ten dom za­wsze ją nie­po­ko­ił. Nie był jak z hor­ro­ru – nie trzesz­czał, nie miał po­wy­bi­ja­nych okien ani drzwi na łań­cu­chu – ale coś w nim było… nie tak.

Był mniej­szy niż inne. Cich­szy. I za­wsze, nie­za­leż­nie od po­go­dy, stał w cie­niu. Jak­by świa­tło nie chcia­ło go do­ty­kać.

Ale te­raz to nie mia­ło zna­cze­nia. Te­raz mia­ła szan­sę.

Nie mo­gła iść do miej­sco­we­go psy­cho­lo­ga – prze­cież każ­dy zna tu każ­de­go. Na­wet je­śli obo­wią­zu­je ta­jem­ni­ca za­wo­do­wa, wy­star­czy jed­no sło­wo, je­den przy­pad­ko­wy uśmiech, a całe mia­sto wie­dzia­ło­by, że z El­len coś jest nie tak. A tego by nie znio­sła.

Bo było coś nie tak. I wie­dzia­ła o tym. Nie umia­ła tego na­zwać, ale czu­ła, że je­śli cze­goś nie zro­bi, za­cznie się roz­pa­dać.

Po­sta­no­wi­ła: za­dzwo­ni ju­tro z sa­me­go rana. Umó­wi się. I bę­dzie cho­dzi­ła re­gu­lar­nie, co ty­dzień, bez wzglę­du na wszyst­ko. Mu­sia­ła uwie­rzyć, że ktoś jesz­cze może jej po­móc.

Spoj­rza­ła w lu­stro. Zmarsz­czy­ła brwi.

Dwa­dzie­ścia pięć lat i już po­trze­bu­je psy­cho­lo­ga? Za­wsze my­śla­ła, że psy­cho­log jest dla osób po trau­mach – ofiar prze­mo­cy, dzie­ci z ro­dzin pa­to­lo­gicz­nych, lu­dzi z… no, z tymi wszyst­ki­mi zło­żo­ny­mi kom­plek­sa­mi. A prze­cież ona mia­ła szczę­śli­we dzie­ciń­stwo, praw­da?

Praw­da?

Wciąż sły­sza­ła śmiech mat­ki. Wi­dzia­ła ojca przy ku­chen­nym sto­le, czy­ta­ją­ce­go ga­ze­tę. Mama go­to­wa­ła gu­lasz, ona sie­dzia­ła na pod­ło­dze, za­pa­trzo­na w Toma i Jer­ry’ego. Cza­sem tyl­ko mat­ka mó­wi­ła bła­gal­nie:

– Może po­ba­wisz się na dwo­rze, co?

Ale El­len ni­g­dy nie chcia­ła wy­cho­dzić. Inne dzie­ci ją nu­dzi­ły, de­ner­wo­wa­ły, przy nich czu­ła się… nie na miej­scu.

Za­wsze wy­bie­ra­ła dom, ro­dzi­ców. Albo Lan­ce’a.

Spę­dza­li ra­zem całe go­dzi­ny, za­mknię­ci w jej po­ko­ju, ba­wiąc się plu­sza­ka­mi. Wte­dy była szczę­śli­wa. Naj­szczę­śliw­sza.

Po­tem jed­nak coś się zmie­ni­ło. Za­czę­ły się łzy. Szep­ta­ne kłót­nie ro­dzi­ców.

Mama trzy­ma­ła ją na ko­la­nach i tu­li­ła zbyt moc­no. Oj­ciec cho­dził po domu spię­ty jak drut pod na­pię­ciem.

Nie lu­bi­ła wra­cać do tego my­śla­mi. Nie chcia­ła wi­dzieć twa­rzy ojca, kie­dy wra­cał z pra­cy.

Czy to wte­dy za­czę­ło się mię­dzy nimi psuć? Czy już wte­dy szczę­ście za­czę­ło cich­nąć, aż w koń­cu cał­kiem uci­chło?

Zer­k­nę­ła w stro­nę kuch­ni. Mała, ale przy­tul­na. Był w niej pe­wien szcze­gół, któ­ry za­wsze wy­wo­ły­wał cie­pło – nad ku­chen­ką i zle­wem za­miast ka­fel­ków wi­sia­ło śred­niej wiel­ko­ści lu­ster­ko.

Nie­prak­tycz­ne, trud­ne do czysz­cze­nia po go­to­wa­niu – ale sen­ty­men­tal­ne. To był po­mysł jej mamy.

Gdy El­len była mała, mama go­to­wa­ła i uśmie­cha­ła się do niej przez to lu­stro. Niby przy­pad­kiem, ale za­wsze mia­ła na nią oko.

Lu­stro od­bi­ja­ło wte­dy nie tyl­ko twa­rze, lecz tak­że wspo­mnie­nia.

– O, Lan­ce, wró­ci­łeś już.

Rozdział 3 MARC

Po raz pierw­szy od wie­lu ty­go­dni Marc był pe­wien, że wyj­dzie z pra­cy przed zmro­kiem, w se­zo­nie za­wsze było wię­cej ro­bo­ty.

To mia­sto, mimo swo­ich ciem­nych za­uł­ków i do­mo­wych dra­ma­tów, było względ­nie spo­koj­ne. Wła­ma­nia, awan­tu­ry ro­dzin­ne, spo­ra­dycz­ne roz­bo­je – naj­czę­ściej dzie­ło week­en­do­wych tu­ry­stów, któ­rzy szu­ka­li wra­żeń z dala od miej­skie­go zgieł­ku.

Nie było tu lon­dyń­skich klu­bów ani wiel­ko­miej­skiej ad­re­na­li­ny, ale dwa lo­kal­ne bary i je­den przy­zwo­ity klub wy­star­cza­ły, żeby przy­jezd­ni się za­po­mnie­li – a miej­sco­wi mie­li na co na­rze­kać. Zo­stał po­li­cjan­tem tak jak jego oj­ciec, któ­ry przez więk­szość ży­cia miesz­kał na miej­scu.

Na eme­ry­tu­rze ro­dzi­ce uzna­li, że „po­trze­bu­ją spo­ko­ju”, i prze­pro­wa­dzi­li się na wieś.

Marc par­sk­nął pod no­sem.

– Spo­kój? – Tu też go mie­li, plus co­dzien­ny po­rzą­dek, któ­ry znał od dzie­ciń­stwa.

Nie po­trze­bo­wał wię­cej. Nie cią­gnę­ło go za gra­ni­cę, nie fan­ta­zjo­wał o ży­ciu gdzieś in­dziej. Tu znał każ­dy za­ułek, każ­dy skrót i każ­de na­zwi­sko. Był u sie­bie.

Po­pra­wił ster­tę do­ku­men­tów, za­mknął lap­to­pa i od­ru­cho­wo ro­zej­rzał się po po­ko­ju.

Biur­ko.

Krze­sło.

Gołe ścia­ny.

Żad­nych zdjęć.

Żad­nych oso­bi­stych ak­cen­tów.

Do­kład­nie tak, jak lu­bił.

Uśmiech­nął się lek­ko. Wie­dział, że wie­le ko­biet zro­bi­ło­by wszyst­ko, by go „zmie­nić”, ale Marc nie szu­kał ni­ko­go. Wo­lał wie­czor­ne wyj­ścia z ko­le­ga­mi, whi­sky z lo­dem i ob­ję­cia ja­kiejś tu­ryst­ki, któ­ra przy­je­cha­ła na week­end się za­ba­wić.

Nikt się nie przy­wią­zy­wał. Ide­al­nie.

Wy­szedł z ga­bi­ne­tu i ru­szył w stro­nę wyj­ścia. W ko­ry­ta­rzu na­tknął się na Su­san – jak za­wsze po­chy­lo­ną nad pa­pie­ra­mi, z oku­la­ra­mi zsu­nię­ty­mi na czu­bek nosa. Mam­ro­ta­ła coś pod no­sem, stu­ka­jąc pa­znok­ciem w kla­wia­tu­rę.

– Hej, Suzi Smu­zi. Zmie­ni­łaś zda­nie? – rzu­cił z uśmie­chem.

– Je­stem szczę­śli­wą mę­żat­ką, Marc – od­po­wie­dzia­ła, po­sy­ła­jąc mu chłod­ne spoj­rze­nie spod oku­la­rów.

– Ale gdy­byś jed­nak się roz­my­śli­ła… Wiesz, gdzie mnie szu­kać.

– W ba­rze – rzu­ci­ła su­cho.

Uśmiech­nął się sze­rzej. Lu­bił te ich prze­ko­ma­rzan­ki. Su­san była jak jego mat­ka. Taka, któ­ra nie na­rze­ka, że nie dzwo­ni, ale mimo wszyst­ko za­wsze wszyst­ko wie. I choć Marc ni­g­dy się do tego nie przy­znał, ce­nił ją bar­dziej niż więk­szość lu­dzi, któ­rych znał.

– Mam coś dla cie­bie – po­wie­dzia­ła, się­ga­jąc do szu­fla­dy.

Po­da­ła mu bia­łą ko­per­tę z jego imie­niem.

– No, no… może list mi­ło­sny.

– Albo we­zwa­nie do za­pła­ty ali­men­tów – rzu­ci­ła, nie prze­sta­jąc pi­sać.

Marc par­sk­nął śmie­chem i usiadł na rogu biur­ka. Roz­darł ko­per­tę i wy­cią­gnął kart­kę. Była gru­ba, tek­tu­ro­wa, jak­by wy­cię­ta z ja­kie­goś pu­deł­ka.

Leży tam już w ster­cie li­ści,

Może się jej wio­sna przy­śni?

Nikt już jej nie ura­tu­je,

A mnie na­dal in­spi­ru­je.

Marc prze­czy­tał tekst raz. Po­tem dru­gi. I trze­ci.

Z po­zo­ru – dzie­cin­na ry­mo­wan­ka, ale była… dziw­nie in­tym­na. Jak­by au­tor znał se­kret, któ­re­go nie po­wi­nien znać.

I coś w tych sło­wach nie da­wa­ło mu spo­ko­ju.

„Leży tam”. „Już nikt jej nie ura­tu­je”.

Zer­k­nął na Su­san. Ta pra­co­wa­ła, jak­by nic się nie wy­da­rzy­ło.

– Coś się sta­ło? – za­py­ta­ła bez pod­no­sze­nia wzro­ku.

Marc wsu­nął kart­kę z po­wro­tem do ko­per­ty i scho­wał do szaf­ki.

– Nie. Nic ta­kie­go. Ja­kiś żart – od­parł, cho­ciaż in­stynkt pod­po­wia­dał, że nie był to zwy­kły dow­cip. – Nie siedź tu za dłu­go – po­wie­dział, zmu­sza­jąc się do uśmie­chu. – Nie ma tu nic, co musi być zro­bio­ne na już.

Su­san tyl­ko ski­nę­ła gło­wą, a Marc ru­szył w stro­nę wyj­ścia, nie­świa­do­my, że to ostat­ni spo­koj­ny wie­czór, ja­kim się na­cie­szy przez bar­dzo, bar­dzo dłu­gi czas.

Rozdział 4 SU­SAN

To był je­den mo­ment. Krót­kie, le­d­wo do­strze­gal­ne zmru­że­nie oczu, ten uła­mek se­kun­dy, gdy jego pew­ny sie­bie uśmiech znik­nął. Jak­by przez twarz Mar­ca prze­mknął cień. Niby na­dal się śmiał, niby rzu­cał swo­je nie­win­ne żar­ty, ale coś było nie tak. I Su­san to za­uwa­ży­ła. Nie był to strach – nie, ra­czej coś mię­dzy zdzi­wie­niem a na­pię­ciem. Jak­by ta kart­ka w ko­per­cie wy­trą­ci­ła go z rów­no­wa­gi, choć sta­rał się to za­ma­sko­wać. Nie uda­ło mu się. Nie przed nią.

Się­gnę­ła po ku­bek z zim­ną już kawą i za­mie­sza­ła ły­żecz­ką od­ru­cho­wo. Blask ja­rze­niów­ki od­bi­jał się od cien­kiej por­ce­la­ny, kie­dy jej spoj­rze­nie po­wę­dro­wa­ło do ze­ga­ra. Dzie­więt­na­sta czter­dzie­ści pięć. Po­win­na iść do domu. Jer­ry za­raz wró­ci z pra­cy, a sy­no­wie pew­nie znów zo­sta­wią brud­ne na­czy­nia w zle­wie, jak zwy­kle. Ale nie mo­gła się ru­szyć.

Co, do ja­snej cho­le­ry, było w tej ko­per­cie?

Się­gnę­ła po ko­mór­kę i wy­bra­ła nu­mer Jer­ry’ego. Ode­brał nie­mal na­tych­miast.

– Już koń­czysz? – za­py­tał. W tle było sły­chać śmiech chło­pa­ków i brzdęk ta­le­rzy.

– Jesz­cze chwil­ka.

– Wszyst­ko okej?

Za­wa­ha­ła się.

– Wła­śnie nie wiem. Coś jest nie tak.

– Z pra­cą?

– Z Mar­kiem – od­po­wie­dzia­ła ci­cho. – Do­stał ja­kąś wia­do­mość w ko­per­cie i wi­dzia­łam, że go to ru­szy­ło.

W słu­chaw­ce za­pa­dła ci­sza, w koń­cu Jer­ry po­wie­dział:

– Masz prze­czu­cie?

– Tak – szep­nę­ła. – I do­brze wiesz, że ni­g­dy mnie jesz­cze nie za­wio­dło.

Odło­ży­ła te­le­fon. Przez chwi­lę sie­dzia­ła w bez­ru­chu, wsłu­chu­jąc się w deszcz bęb­nią­cy o szy­by. A po­tem się­gnę­ła po ko­per­tę – nie, nie tę, któ­rą dała Mar­co­wi, ale dru­gą, któ­rą scho­wa­ła wcze­śniej. Le­ża­ła w skrzyn­ce ra­zem z tą pierw­szą, lecz była otwar­ta. Pod­nio­sła ją i jesz­cze raz obej­rza­ła za­war­tość.

Po­je­dyn­czy liść. Brą­zo­wy. Je­sien­ny. I prze­siąk­nię­ty czymś, co wy­glą­da­ło jak… za­schnię­ta krew.

Odło­ży­ła go na blat i po­sta­no­wi­ła, że nie bę­dzie o tym my­śla­ła dziś już wię­cej. Mia­ła inne spra­wy do za­ła­twie­nia, cho­ciaż­by mu­sia­ła prze­czy­tać Dumę i uprze­dze­nie na co­ty­go­dnio­we spo­tka­nie klu­bu książ­ki, któ­re or­ga­ni­zo­wa­ła Don­na Som­mers. Wy­bit­ne dzie­ła ja­koś do niej nie prze­ma­wia­ły, o wie­le bar­dziej lu­bi­ła Har­ry’ego Pot­te­ra albo Wład­cę Pier­ście­ni, ale ni­g­dy, prze­nig­dy nie mo­gła się przy­znać za­ło­ży­ciel­ce klu­bu i naj­więk­szej plot­ka­rze w oko­li­cy, bo wy­szła­by na igno­rant­kę. Wsta­ła, po­pra­wi­ła oku­la­ry na no­sie i zo­sta­wi­ła ten dzień za sobą.

Rozdział 5 GA­BRIEL­LE

– A kysz! No już, idź so­bie! – Głos Ga­briel­le od­bił się echem od pu­stych ścian no­we­go domu.

Kot jed­nak nie ru­szył się z miej­sca. Prze­ciw­nie – pa­trzył na nią, jak­by cze­kał na zgo­dę, by wejść głę­biej. Sie­dział na pro­gach no­we­go ży­cia, jej no­we­go ży­cia. A może to ona wtar­gnę­ła do jego?

– On chy­ba ła­two się nie pod­da – rzu­cił je­den z ma­la­rzy, ten star­szy. Jer­ry? Albo Ja­mie? Za­wsze my­li­ła imio­na, szcze­gól­nie gdy ner­wy i eks­cy­ta­cja ści­ska­ły jej żo­łą­dek jak sta­lo­we ima­dło.

Ten męż­czy­zna wy­glą­dał na swoj­skie­go, so­lid­ne­go. Typ, któ­ry wie, jak trzy­mać pę­dzel, ale i jak roz­po­znać czło­wie­ka. Miał dwóch sy­nów – Bena i Kena. Ga­briel­le za­sta­na­wia­ła się, któ­re z ro­dzi­ców mia­ło ta­kie po­czu­cie hu­mo­ru. Te imio­na brzmia­ły jak imio­na bliź­nia­ków z ta­nie­go se­ria­lu. Spoj­rza­ła na nich – obaj zbyt po­dob­ni, nie­mal lu­strza­ni, o chłod­nych błę­kit­nych oczach i po­stu­rze, któ­ra spra­wia­ła, że czło­wiek czuł się… ob­ser­wo­wa­ny. Ten pierw­szy był de­li­kat­nie bar­dziej ro­sły od tego dru­gie­go. Chy­ba opo­wia­da­li so­bie ja­kiś żart, bo na­gle wy­bu­chli śmie­chem, ale na­wet gdy się śmia­li, było w nich coś ostre­go. Coś dra­pież­ne­go.

Ga­briel­le wie­dzia­ła, że La­ila by ich po­ko­cha­ła. La­ila mia­ła ten swój ra­dar, któ­ry ni­g­dy nie my­lił się w kwe­stii męż­czyzn. Po­tra­fi­ła wy­chwy­cić naj­mniej­szy gest, spoj­rze­nie, i roz­gryźć de­li­kwen­ta szyb­ciej niż Go­ogle. A po­tem? Wy­cho­dzi­ła z jego nu­me­rem, jego se­kre­tem, jego ser­cem. Albo czym­kol­wiek chcia­ła.

Ga­briel­le nie była taka. Wo­la­ła pa­trzeć z boku. Za­sta­na­wiać się. Ana­li­zo­wać. Tak było bez­piecz­niej.

– No do­bra, dam ci tej wody – mruk­nę­ła do kota.

Ale to było kłam­stwo. Już wie­dzia­ła, że nie cho­dzi o wodę ani o kota. Cho­dzi­ło o obec­ność i ten upar­ty, zbyt spo­koj­ny wzrok, któ­ry ją prze­szy­wał. Jak­by kot coś o niej wie­dział i rzu­cał jej wy­zwa­nie, jak­by fi­nal­nie to on miał tu zo­stać, nie ona.

Ogród, choć za­ro­śnię­ty, miał po­ten­cjał. Były chwi­le, w któ­rych Ga­briel­le wy­obra­ża­ła so­bie sie­bie wśród kwia­tów, grzą­dek, może na­wet dzie­ci bie­ga­ją­cych boso po tra­wie… Ale wi­zja dzie­ci wy­da­wa­ła się rów­nie re­al­na co ten kot mó­wią­cy ludz­kim gło­sem. Więc może cho­ciaż kil­ka kwiat­ków. Coś, co moż­na pod­le­wać i co nie odej­dzie, kie­dy sta­nie się zbyt trud­ne.

Ta­ras był uro­czy, choć nad­gry­zio­ny zę­bem cza­su. Drew­nia­ne de­ski trzesz­cza­ły pod sto­pa­mi. W jed­nej z nich była dziu­ra – nie­wiel­ka, ale wy­star­cza­ją­co zdra­dli­wa, by skrę­cić kost­kę. Za­trzy­ma­ła się i za­no­to­wa­ła w pa­mię­ci, żeby na nią uwa­żać. Sa­lon, któ­ry miał być jej ga­bi­ne­tem, był na­dal pu­sty. Jesz­cze nie no­sił śla­dów jej obec­no­ści. Jesz­cze nie wie­dział, ja­kie roz­mo­wy w nim pad­ną. Ile łez, ile wsty­du, ile mro­ku zo­sta­nie tu zo­sta­wio­ne na za­wsze. Nie chcia­ła już wra­cać do Lon­dy­nu. Nie mo­gła. Po­trze­bo­wa­ła no­we­go po­cząt­ku, ale… czy nowy dom to za­wsze czy­sta kar­ta? Czy ra­czej sta­ry pa­pier, na któ­rym ktoś wcze­śniej coś na­pi­sał, a te­raz pró­bu­je się to ze­trzeć? Za­śmia­ła się ci­cho, za­wsze mia­ła ten­den­cje do my­śle­nia nad wy­raz i do po­rów­nań, za któ­re nie­je­den fi­lo­zof przy­bił­by jej piąt­kę.

Na gó­rze mia­ła być jej sy­pial­nia. Tyl­ko jej. Ja­mie – nie, Jer­ry? – za­pew­nił ją, że ma­lu­ją tyl­ko na dole i że spo­koj­nie może so­bie prze­by­wać na gó­rze, a na­wet tam spać. Mu­sia­ła za­tem dziś ku­pić łóż­ko. Po­rząd­ne. Twar­de. Re­al­ne. Coś, co utrzy­ma ją w rze­czy­wi­sto­ści, gdy­by na­gle znik­nę­ły wszyst­kie inne punk­ty od­nie­sie­nia.

Wzię­ła te­le­fon i po paru sy­gna­łach w koń­cu usły­sza­ła zna­jo­my głos przy­ja­ciół­ki.

– Halo?

Po dzie­się­cio­mi­nu­to­wych na­mo­wach usta­li­ły wspól­nie, że La­ila za­sy­mu­lu­je cho­ro­bę i przy­je­dzie na całe dwa dni. Ga­briel­le ode­tchnę­ła z ulgą. La­ila była jak ka­mi­zel­ka ra­tun­ko­wa, na­wet je­śli cza­sem prze­cie­ka­ła.

Po­tem, zu­peł­nie na­gle, do­padł ją strach. Nie sil­ny, nie lo­gicz­ny. Taki, któ­ry czai się w żo­łąd­ku, gdzieś za most­kiem. Jak błąd, któ­ry jesz­cze się nie wy­da­rzył, ale już ma smak.

Za­czę­ła od­dy­chać. Głę­bo­ko. Tak jak uczy­ły ją star­sze pa­nie na pi­la­te­sie. Czu­ła się wte­dy sobą. Bez ma­ki­ja­żu, bez po­rów­nań, bez pre­sji. Star­sze pa­nie nie za­da­wa­ły py­tań i nie oce­nia­ły jej wy­cią­gnię­tych ko­szu­lek na tre­nin­gi. Po pro­stu były, ga­wę­dzi­ły, uśmie­cha­ły się – to było wy­star­cza­ją­ce.

Ga­briel­le wró­ci­ła do kuch­ni. Mle­ko sta­ło na bla­cie, a kot – nie­pro­szo­ny gość, któ­ry naj­wi­docz­niej w no­sie miał pa­ra­gra­fy o wtar­gnię­ciu na cu­dzą po­se­sję – roz­cią­gnął się przy ko­min­ku. Wy­glą­dał, jak­by wła­śnie wszedł na swo­je te­ry­to­rium. I nie za­mie­rzał się ru­szyć.

– No pięk­nie, zy­ska­łam współ­lo­ka­to­ra – mruk­nę­ła i po­pa­trzy­ła nie­uf­nie na mrucz­ka.

Ale kie­dy po­de­szła bli­żej, zo­ba­czy­ła coś, co jej umknę­ło wcze­śniej.

Na ob­ro­ży – zbyt czy­stej jak na bez­pań­skie­go kota – wi­sia­ła mała, mo­sięż­na za­wiesz­ka.

Za­drża­ła, gdy prze­czy­ta­ła wy­gra­we­ro­wa­ny na­pis: Wró­cę, kie­dy mnie za­wo­łasz.

Po­czu­ła chłód. I przez uła­mek se­kun­dy mia­ła ir­ra­cjo­nal­ne wra­że­nie, że wca­le nie cho­dzi o kota, ale na wszel­ki wy­pa­dek po­sta­no­wi­ła, że na­zwie go Dar­mo­zjad.

Rozdział 6 BEN

W koń­cu coś in­ne­go. Nowe zle­ce­nie, nowy dom, nowa ko­bie­ta w tle. Wy­da­wa­ło­by się, że to zwy­kła ro­bo­ta – ma­lo­wa­nie wnętrz, jak za­wsze. Ale tym ra­zem nie u ko­goś zna­jo­me­go, nie tam, gdzie lu­dzie wszyst­ko wie­dzą i nikt nie pyta o Mag­gie. Nie pa­trzą z tym współ­czu­ją­cym bły­skiem w oku, któ­ry bar­dziej przy­po­mi­nał li­tość niż tro­skę.

Tu­taj miał spo­kój. Mógł pra­co­wać. Mógł nie my­śleć. Przy­naj­mniej przez te parę go­dzin dzien­nie.

Pa­mię­tał jesz­cze ten mo­ment, kie­dy den­ty­sta, do któ­re­go na­le­żał ten przy­by­tek, się roz­wo­dził. Przez chwi­lę Ben my­ślał, żeby ku­pić ten dom. Dla sie­bie. Dla Mag­gie. Może to wła­śnie był­by ten punkt zwrot­ny, to coś, co nada­wa­ło­by sens. Plan był pro­sty: po­sze­rzyć fir­mę, za­cząć ro­bić nie tyl­ko ma­lo­wa­nie, lecz tak­że hy­drau­li­kę. No bo po co ktoś miał­by za­trud­niać dwie eki­py, sko­ro mógł mieć jed­ną?

Obie­cał so­bie, że po­ga­da z mamą. Tyl­ko ona umia­ła roz­ma­wiać z oj­cem w spo­sób, któ­ry coś zmie­niał. Bo oj­ciec… był w po­rząd­ku, ale upar­ty jak osioł. Jego po­dej­ście do ży­cia za­trzy­ma­ło się gdzieś w oko­li­cach ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­te­go ósme­go. Już w ze­szłym roku, gdy in­fla­cja ugry­zła ich moc­no w ty­łek, nie chciał zmie­nić cen­ni­ka. „Lu­dzie się ob­ra­żą”, mó­wił. „Nie bę­dzie­my ich na­cią­gać”. Tyle że nie­dłu­go to oni będą pod kre­ską.

A póź­niej opo­wia­dał o tym Mag­gie, li­cząc na jej wspar­cie, a ona po pro­stu mu oznaj­mi­ła, że już nie chce z nim być. Bez krzy­ku, bez łez. Po pro­stu rzu­ci­ła to jed­no zda­nie i znik­nę­ła. Nie była mi­ło­ścią jego ży­cia, a przy­naj­mniej nie taką fil­mo­wą. Ale było mu z nią… do­brze. Sta­bil­nie. Ci­cho.

Mi­nę­ły trzy ty­go­dnie, za­le­d­wie trzy. Mimo wszyst­ko czuł, że po­wo­li wra­ca do ja­kiejś for­my. Nie od­wie­dzał już baru, w któ­rym pra­co­wa­ła. Uni­kał jej zna­jo­mych jak ognia. Jesz­cze je­den uśmiech z li­to­ści, jesz­cze jed­no „Jak się trzy­masz, Ben?” i chy­ba by się roz­padł na ka­wał­ki. A tak był tyl­ko cie­niem sa­me­go sie­bie. Ale przy­naj­mniej cie­niem, któ­ry ma­lu­je.

Może ktoś inny jest mu pi­sa­ny. Może ta… mia­sto­wa?

Od­wró­cił się.

Sta­ła na ta­ra­sie, z te­le­fo­nem przy uchu. Ja­sna, drob­na syl­wet­ka. Blon­dyn­ka, ale mia­ła ta­kie czar­ne oku­la­ry, za cięż­kie jak na jej drob­ną bu­zię. Ale te­raz zdję­ła je i za­rzu­ci­ła na gło­wę. I ja­koś… wy­glą­da­ła ina­czej. Ła­god­niej. Bar­dziej re­al­nie. Przyj­rzał się jej. Mia­ła ład­ny pro­fil, choć nos – lek­ko wy­bi­ja­ją­cy się z resz­ty twa­rzy – przy­kuł jego uwa­gę. Nie gar­ba­ty, nie brzyd­ki. Po pro­stu… nie­pa­su­ją­cy. Jak z in­nej hi­sto­rii. „Jak­by zo­stał jej do­kle­jo­ny” – za­śmiał się pod no­sem.

Gra­na­to­wa spód­ni­ca do ko­lan, bia­ła ko­szu­la. Za­pię­ta pod samą szy­ję i coś, co po­ły­ski­wa­ło przy koł­nie­rzy­ku – brosz­ka? Może ja­kiś sym­bol? Albo ta­li­zman? „Nie” – po­my­ślał. „To nie jest ko­bie­ta dla mnie. Zbyt… za­mknię­ta, zbyt sa­mo­dziel­na. Ko­bie­ta, któ­ra ra­czej nie sma­ży ja­jek na bocz­ku o siód­mej rano. Ko­bie­ta, któ­ra nie pach­nie do­mem”. Za­sta­na­wiał się, czy bę­dzie miesz­kać tu­taj sama. Dom nie był duży, ra­czej jak duże miesz­ka­nie z pię­trem, a nie ty­po­wa jed­no­ro­dzin­na po­sia­dłość. Ale miał w so­bie coś pięk­ne­go.

W ką­cie ta­ra­su do­strzegł Kena.

Stał nie­ru­cho­mo, z rę­ka­mi w kie­sze­niach. Też pa­trzył na ko­bie­tę.

Ben za­drżał i przy­po­mniał so­bie, jak w ten sam spo­sób jego brat pa­trzył na Mag­gie i jak bar­dzo mu się to nie po­do­ba­ło. Może to do­brze, że się z Mag­gie roz­sta­li. Może unik­nął cze­goś, co już kieł­ko­wa­ło w cie­niu.

Rozdział 7 MARC

Wszedł do miesz­ka­nia i za­trza­snął drzwi z więk­szym im­pe­tem, niż pla­no­wał. Echo roz­nio­sło się po pu­stym wnę­trzu, jak­by przy­po­mi­na­jąc mu, że zno­wu jest sam.

Spoj­rzał na ze­ga­rek.

– Hm… do­pie­ro pią­ta – mruk­nął ci­cho, choć w po­bli­żu nie było ni­ko­go, kto mógł­by to usły­szeć.

Się­gnął do lo­dów­ki po piwo. Lo­dów­ka jak zwy­kle za­skrzy­pia­ła, ale nie za­wra­cał so­bie gło­wy kup­nem no­wej. Na ra­zie speł­nia­ła swój obo­wią­zek, ja­kim było chło­dze­nie piwa. Usiadł na ka­na­pie i włą­czył te­le­wi­zor, szu­kał cze­goś, co zaj­mie mu my­śli, i ska­kał ka­nał po ka­na­le, ale wszyst­ko wy­da­wa­ło się… idio­tycz­ne. Na Di­sco­ve­ry le­ciał do­ku­ment o re­ki­nach. Już sam wi­dok ich zę­bów wy­wo­łał w nim zna­jo­me ukłu­cie nie­po­ko­ju. Od dzie­ciń­stwa miał na ich punk­cie ir­ra­cjo­nal­ny lęk – taki, któ­ry nie zni­ka z wie­kiem, tyl­ko ukry­wa się głę­biej. Na MTV ja­kiś na­sto­la­tek beł­ko­tał pi­ja­ny. Na ko­lej­nym le­ciał ro­mans, ty­po­wa pap­ka dla ko­biet. I tak mi­ja­ła go­dzi­na za go­dzi­ną, a w gło­wie co­raz gło­śniej brzę­cza­ło mu jed­no: „Mu­szę się wy­rwać”.Da­lej mę­czy­ło go uczu­cie nie­po­ko­ju, po wczo­raj­szym li­ści­ku z pra­cy.

Za­no­to­wał w my­ślach: „za­dzwo­nić do Bena”. Może uda się go wy­cią­gnąć na piwo. Kie­dyś było ła­twiej. Ben miał Mag­gie, więc puby, piwa i roz­mo­wy do za­mknię­cia były na­tu­ral­ną czę­ścią ukła­du. Ale te­raz… Ben się zmie­nił. Był… wy­co­fa­ny. Cza­sem wy­glą­dał, jak­by nie wie­dział, gdzie jest. Jak­by tyl­ko jego cia­ło było obec­ne, a resz­ta zo­sta­ła gdzieś da­le­ko. Marc cza­sem chciał za­py­tać, o czym my­śli, lecz nie miał od­wa­gi albo nie chciał wie­dzieć. Poza tym ta­kie py­ta­nia za­da­ją baby, a on nie chciał, żeby kto­kol­wiek pod­wa­żał jego mę­skość.

Spoj­rzał na ka­bi­nę prysz­ni­co­wą i po­wą­chał się pod pa­chą.

– No do­bra – po­wie­dział sam do sie­bie. – Czas się od­świe­żyć.

Za­zwy­czaj brał zim­ny prysz­nic, ale dziś miał ocho­tę na go­rą­cą wodę. Nie wie­dział dla­cze­go. Coś wi­sia­ło w po­wie­trzu, coś nie­uchwyt­ne­go. Prze­czu­cie? Wra­że­nie, że dzie­je się coś, o czym jesz­cze nie wie.

Stał pod stru­mie­niem wody dłu­żej niż zwy­kle. Para osia­da­ła na ka­fel­kach, a za­pach szam­po­nu po­wo­li zni­kał. Uży­wał wa­ni­lio­we­go szam­po­nu dla dzie­ci – coś, cze­go ni­g­dy ni­ko­mu nie po­wie­dział. Był mięk­ki, ła­god­ny, a za­pach… przy­po­mi­nał dzie­ciń­stwo, cie­płe i pro­ste. Może na­wet był to ten sam szam­pon, któ­re­go uży­wa­ła jego mama, kie­dy jesz­cze wszyst­ko było prost­sze. Gdy­by te­raz za­py­tał ją o to, mo­gła­by się z nie­go śmiać, a on nie chciał, żeby ktoś śmiał się z rze­czy, któ­re chro­nił.

Wy­cho­dził wła­śnie spod prysz­ni­ca, gdy za­dzwo­nił te­le­fon. Prze­klął ci­cho, bo pra­wie się po­śli­zgnął, i się­gnął po ko­mór­kę. Na wy­świe­tla­czu zo­ba­czył sta­re zdję­cie Bena, uśmiech­nię­te­go, w ka­pe­lu­szu, z rę­ka­wi­cą do gril­lo­wa­nia.

– No cześć, sta­ry, wła­śnie o to­bie my­śla­łem – rzu­cił Marc.

– A, i wy­obra­ża­łeś so­bie mnie nago? – od­po­wie­dział Ben z chi­cho­tem.

Marc nie­mal wy­pu­ścił te­le­fon z ręki.

– No sor­ry, może nie naj­le­piej to za­brzmia­ło. Cho­dzi­ło mi tyl­ko o to, że też mia­łem do cie­bie dzwo­nić. Idziesz na piwo?

Ben wes­tchnął.

– Nie dam rady. Nowa wła­ści­ciel­ka domu chce wszyst­ko na już, więc za­pier­ni­cza­my z oj­cem i Ke­nem do póź­na. Chce­my skoń­czyć jak naj­szyb­ciej. A ja jesz­cze mu­szę prze­ko­nać Jer­ry’ego, żeby roz­wi­nąć fir­mę o hy­drau­li­kę. – Ga­dał da­lej. Przez kil­ka mi­nut snuł pla­ny o przy­szło­ści, o roz­wo­ju fir­my. Brzmiał jak ktoś, kto pró­bu­je za­jąć czymś umysł, żeby nie my­śleć o tym, co na­praw­dę go gry­zie.

Marc w koń­cu prze­rwał:

– A ta two­ja nowa… klient­ka to ja­kaś zbzi­ko­wa­na sta­ra pan­na z ko­tem?

Ben za­śmiał się pod no­sem.

– Kota ma, a przy­naj­mniej nie swo­je­go, krę­cił się tam ja­kiś da­cho­wiec. Ale zbzi­ko­wa­na to ra­czej nie jest, chy­ba ja­kaś psy­cho­loż­ka. Taka… in­te­lek­tu­alist­ka. Miła, choć tro­chę nie­cier­pli­wa, jak wszyst­kie ze sto­li­cy, my­śli, że jak za­pła­ci wię­cej, to dom po­ma­lu­je się sam w je­den dzień. No i zde­cy­do­wa­nie nie w two­im ty­pie, bra­cie.

Marc nie drą­żył. Nie zno­sił psy­cho­lo­gów. Od dzie­ciń­stwa wy­cho­waw­czy­ni wy­sy­ła­ła go co śro­dę do pani Ro­berts, szkol­nej psy­cho­loż­ki, któ­ra ka­za­ła mu mó­wić o uczu­ciach i za­da­wa­ła dziw­ne py­ta­nia. Jak się czu­je? Co sły­szy w domu? Dla­cze­go jest nie­grzecz­ny? Nie ro­zu­miał tych roz­mów wte­dy i nie ro­zu­miał ich te­raz. Od tam­tej pory nie tyl­ko nie cier­piał psy­cho­lo­gów – nie zno­sił też śród.

Po jesz­cze kil­ku mi­nu­tach roz­mo­wy o ostat­nim me­czu Li­ver­po­olu Marc się roz­łą­czył. Po­ło­żył się na ka­na­pie, pró­bo­wał się uło­żyć, ale nie mógł zna­leźć od­po­wied­niej po­zy­cji. Nie lu­bił ta­kie­go dnia jak dzi­siaj, kie­dy było dużo słoń­ca. Wo­lał, gdy nie­bo było sta­lo­we i obo­jęt­ne. Słoń­ce wpro­wa­dza­ło w nim nie­po­kój, jak­by ob­na­ża­ło rze­czy, któ­re po­win­ny po­zo­stać w cie­niu. Za­snął do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li.

Nie śnił zbyt czę­sto. Zwy­kle spał jak ka­mień. Ale tej nocy… coś się zmie­ni­ło. Coś przy­szło.

Śnił o li­ściach. I o wio­śnie.

Rozdział 8 MAG­GIE

Jesz­cze tyl­ko dwie go­dzi­ny, już pra­wie ósma.

Te same twa­rze.

Te same spoj­rze­nia.

Mag­gie nie ro­zu­mia­ła, dla­cze­go musi tu sie­dzieć do koń­ca zmia­ny. Niby za­wsze tra­fił się ktoś, kto są­czy drin­ka do ostat­nie­go dzwon­ka… ale prze­cież nie co­dzien­nie.

Mo­gła­by za­mknąć wcze­śniej, nikt by nie pła­kał. Może oprócz sze­fa, któ­ry trak­to­wał bar jak twier­dzę i ją jak war­tow­ni­ka. Ro­zej­rza­ła się prze­lot­nie po sali, sami sta­li by­wal­cy: miej­sco­wy li­sto­nosz, sta­rusz­ko­wie od po­ke­ra, gra­ją­cy z taką de­ter­mi­na­cją, jak­by po­raż­ka była wy­ro­kiem. Za­wsze któ­ryś z nich prze­gry­wał i od­gra­żał się resz­cie, a póź­niej na­gle się od­bi­jał i za­ma­wiał każ­de­mu po ku­flu piwa. Wie­dzia­ła, że po­win­na im za­bro­nić grać w pu­bie, ale po pro­stu nie mia­ła ser­ca. W ką­cie przy oknie sie­dział in­for­ma­tyk z mia­sta obok, z dziew­czy­ną, mło­dą i zbyt w nie­go wpa­trzo­ną. W ze­szłym ty­go­dniu był z inną, a Mag­gie wie­dzia­ła, że ma żonę. Kie­dyś do nie­go dzwo­ni­ła, jak aku­rat za­ma­wiał przy ba­rze, i sły­sza­ła, jak kła­mał, że musi pra­co­wać do póź­na. Nie sko­men­to­wa­ła tego, nie była od oce­nia­nia, tyl­ko od na­le­wa­nia drin­ków.

Ben kie­dyś sie­dział w rogu, pod pla­ka­tem Be­atle­sów. Za­wsze cze­kał cier­pli­wie, aż skoń­czy zmia­nę, a póź­niej od­pro­wa­dzał ją do domu. Może na­wet po­sta­wił­by tym sta­rusz­kom piwo, gdy­by jesz­cze tu przy­cho­dził.

Ale nie przy­cho­dził.

I Mag­gie się nie dzi­wi­ła.

Gdy­by na­dal byli ra­zem…

Ale prze­cież nie tego chcia­ła.

Chcia­ła iskier. Cze­goś elek­try­zu­ją­ce­go. Cze­goś, co spra­wi, że znik­nie cały ten sza­ry, jed­no­staj­ny świat. Przy­po­mnia­ła so­bie Mar­ca. Za dzie­cia­ka był gwiaz­dą osie­dla. Blond wło­sy, ło­bu­zer­ski uśmiech, ale in­te­re­so­wa­ły go tyl­ko blon­dyn­ki, a Mag­gie była inna – mia­ła krót­kie, ciem­ne wło­sy i cia­ło, któ­re za­wsze wy­glą­da­ło jak kar­to­fel z kre­sków­ki.

Tuż przed za­mknię­ciem po­li­czy­ła utarg. Jak na wto­rek – cał­kiem nie­źle. Szef bę­dzie za­do­wo­lo­ny, czy­li w wol­nym tłu­ma­cze­niu: go­dzi­ny pra­cy zo­sta­ną ta­kie same.

Ro­zej­rza­ła się raz jesz­cze, było już pu­sto.

Z nie­wia­do­mej przy­czy­ny po­czu­ła nie­po­kój, drob­ny im­puls, któ­ry mó­wił, że coś jest nie tak.

– Prze­wraż­li­wio­na je­steś, Mag­gie – mruk­nę­ła, się­ga­jąc po czer­wo­ny płaszcz.

Za­trza­snę­ła drzwi i pu­ści­ła się nie­mal bie­giem. Zwy­kle szła pie­szo, pięt­na­ście mi­nut spa­ce­rem, ale nie dzi­siaj, dzi­siaj zde­cy­do­wa­ła się na tak­sów­kę. Czu­ła to od środ­ka, ten dziw­ny chłód, jak­by ktoś za nią szedł.

Jesz­cze tyl­ko ta jed­na dłu­ga uli­ca, skręt w Mad­di­son Stre­et i bę­dzie bez­piecz­na. Szyb­ciej.

Od­dech mia­ła nie­rów­ny. Od­wró­ci­ła się, lecz ni­ko­go nie zo­ba­czy­ła. Na­gle przy­po­mnia­ła so­bie, jak jej sio­stra wpa­try­wa­ła się w nią, gdy spa­ła, kie­dy była mała. Pa­trzy­ła na nią w nocy, aż Mag­gie się bu­dzi­ła. To spoj­rze­nie. Ono wró­ci­ło. Ale te­raz było obce.

– To nie pa­ra­no­ja – wy­szep­ta­ła.

Przy­spie­szy­ła.

– Je­stem bez­piecz­na. Pra­wie.

I wte­dy za sobą usły­sza­ła kro­ki.

Za­mar­ła. Cia­ło nie chcia­ło się ru­szyć. Po­wo­li się ob­ró­ci­ła, spo­dzie­wa­jąc się zmar­twych­wsta­łe­go Teda Bun­die­go.

– Ach… to ty… Prze­pra­szam, cho­ler­nie się wy­stra­szy­łam…

I wte­dy to zo­ba­czy­ła.

Nie twarz.

Oczy.

Obłęd­ne. Pu­ste. Czar­ne.

Chcia­ła coś po­wie­dzieć, ale usta nie zdą­ży­ły się otwo­rzyć. Ręka na­past­ni­ka była szyb­sza i za­nim się zo­rien­to­wa­ła, zo­ba­czy­ła ciem­ność.

My­śla­ła, że śmierć bę­dzie… inna. Że może coś po­czu­je. Ze może zo­ba­czy swo­je­go anio­ła albo ja­sne świa­tło.

Ale te­raz, gdy tak za­sy­pia­ła – chcia­ła tyl­ko spo­ko­ju. Zno­wu.

Żad­nych iskier. Ni­g­dy wię­cej. Ni­g­dy.

Li­ście. Na twa­rzy.

Coś cie­płe­go spły­wa jej po szyi.

„Mu­szę się pod­nieść… Nie mogę”.

I wte­dy przy­szedł świt.

Rozdział 9 GA­BRIEL­LE

Za­czę­ło się nie­win­nie. Mia­ły oglą­dać po­je­dyn­cze łóż­ka – roz­sąd­ne, prak­tycz­ne i ta­nie. Ale po­tem La­ila rzu­ci­ła, że prze­cież i tak bę­dzie przy­jeż­dżać czę­sto, to le­piej „wziąć po­dwój­ne”. Ga­briel­le już mia­ła się zgo­dzić, kie­dy jej wzrok padł na coś in­ne­go – coś więk­sze­go i zbyt ide­al­ne­go. Mał­żeń­skie łoże. Drew­nia­ne, cięż­kie, jak­by mia­ło prze­trwać nie tyl­ko de­ka­dy, ale i woj­ny.

Nie pla­no­wa­ła tego za­ku­pu, a już na pew­no nie w tej ce­nie.

– W ra­zie cze­go mo­żesz na nim ska­kać – rzu­ci­ła La­ila z uśmie­chem. – Dom pra­wie go­to­wy, łóż­ko masz, biu­ro pra­wie urzą­dzo­ne… Kie­dy za­czy­nasz?

Ga­briel­le ski­nę­ła gło­wą z za­ska­ku­ją­cą pew­no­ścią.

– Po­ju­trze.

Sama nie wie­dzia­ła, skąd ta pew­ność. To wszyst­ko dzia­ło się za szyb­ko, za gład­ko. Jak­by ktoś wy­re­ży­se­ro­wał tę hi­sto­rię i na­ci­skał „prze­wiń” tyl­ko po to, żeby coś po­szło nie tak.

Ale nie na­rze­ka­ła. Jesz­cze nie.

Pa­cjen­ci po­ja­wia­li się nie­mal sami. Jed­ną z pierw­szych była mło­da dziew­czy­na, zbyt mło­da, by mó­wić z taką sta­now­czo­ścią. Umó­wi­ła co­ty­go­dnio­we se­sje na trzy mie­sią­ce bez za­wa­ha­nia. Jak­by od tego za­le­ża­ło jej ży­cie. W gło­sie mia­ła coś nie­po­ko­ją­ce­go – na­pię­cie tak sil­ne, że prze­bi­ja­ło przez każ­de zda­nie. Inna ko­bie­ta dzwo­ni­ła w spra­wie syna – roz­wód ro­dzi­ców, trud­na ad­ap­ta­cja. Po­tem mło­de mał­żeń­stwo, któ­re chcia­ło „od­zy­skać iskry”. Kil­ka in­nych. Żad­nych po­waż­nych przy­pad­ków. Na ra­zie.

Ga­briel­le pró­bo­wa­ła so­bie wmó­wić, że to do­brze. Że za­czy­na ła­god­nie. Ale coś w niej szep­ta­ło, że ten spo­kój nie po­trwa dłu­go.

– Chodź­my na dół – rzu­ci­ła La­ila. – Znajdź­my Dar­mo­zja­da, na­kar­mi­my go i może sko­czy­my do baru?

Dar­mo­zjad, któ­ry za­miesz­kał u niej wła­ści­wie sa­mo­wol­nie, wy­le­gi­wał się na jej sza­lu z miną księ­cia z po­wie­ści go­tyc­kiej. Kie­dy usły­szał kro­ki na scho­dach, na­tych­miast zmie­nił pozę na „umie­ra­ją­cy z gło­du”.

– Ty pa­so­ży­cie – mruk­nę­ła Ga­briel­le, na­sy­pu­jąc mu kar­my. – Masz, za­nim zdech­niesz z dra­ma­ty­zmu.

Kot za­mru­czał, jak­by ją zro­zu­miał. Wie­dzia­ła, że kie­dy La­ila wy­je­dzie, zo­sta­nie jej tyl­ko on. Mru­czą­cy, mil­czą­cy świa­dek wszyst­kie­go.

– My­śla­łaś może o sys­te­mie alar­mo­wym? – za­py­ta­ła La­ila. – Są ta­kie, co wy­sy­ła­ją po­wia­do­mie­nie za każ­dym ra­zem, kie­dy drzwi się otwie­ra­ją. Faj­ne, nie?

Ga­briel­le przy­tak­nę­ła wol­no.

– Po­dob­no każ­dy te­ra­peu­ta po­wi­nien mieć ja­kieś za­bez­pie­cze­nie. Ni­g­dy nie wia­do­mo, kogo przyj­mu­jesz w domu.

– Tro­chę się bo­isz, co? – La­ila unio­sła py­ta­ją­co brew.

Nie cze­ka­ła na od­po­wiedź. Wie­dzia­ła. W oczach Ga­briel­le był ten sam błysk, któ­ry wi­dzia­ła po Pa­tric­ku. Ten ro­dzaj stra­chu, któ­ry nie krzy­czy, tyl­ko od­dy­cha bar­dzo ci­cho tuż za two­im ra­mie­niem.

– Idzie­my do pubu. Po­trze­bu­ję drin­ka. Te­raz – od­po­wie­dzia­ła Ga­briel­le.

Jej dom stał na nie­wiel­kim wznie­sie­niu. Skar­pa była ma­lut­ka, ale wy­star­czy­ło jed­no po­tknię­cie, żeby się prze­wró­cić, zde­cy­do­wa­ły się więc na spor­to­we obu­wie. Do mia­stecz­ka zde­cy­do­wa­ły się pójść pie­szo, bo Ga­briel­le wie­dzia­ła, że je­śli weź­mie sa­mo­chód, nie wy­pi­je ani kro­pli. A dzi­siaj… dzi­siaj chcia­ła się na­pić. Choć­by tyl­ko po to, żeby za­trzeć ten nie­po­kój, któ­ry cza­ił się gdzieś mię­dzy że­bra­mi.

Pub, o któ­rym mó­wił je­den z ma­la­rzy, no­sił ab­sur­dal­ną na­zwę Far­mvil­le – brzmia­ła jak wiej­ska gra kom­pu­te­ro­wa. Ale z ze­wnątrz wy­glą­dał przy­tul­nie: ni­ska fa­sa­da, sta­re drew­no, szyl­dy z cza­sów, któ­rych nikt już nie pa­mię­tał. Pla­ka­ty The Rol­ling Sto­nes wi­sia­ły obok Sher­loc­ka Hol­me­sa i moż­na by­ło­by po­my­śleć, że czło­wiek prze­niósł się w cza­sie, gdy­by nie do­dat­ko­we pla­ka­ty z Har­rym Pot­te­rem. Ga­briel­le od razu prze­ska­no­wa­ła twa­rze. Dwóch męż­czyzn w śred­nim wie­ku z czer­wo­ny­mi no­sa­mi, dwie wy­sty­li­zo­wa­ne dziew­czy­ny przy ba­rze, wy­glą­da­ją­ce, jak­by przy­szły po coś kon­kret­ne­go. Na pra­wo, we wnę­ce – parę gru­pek zna­jo­mych.

La­ila po­de­szła do baru pierw­sza i za­mó­wi­ła drin­ka.

Ga­briel­le utkwi­ła wzrok w bar­man­ce – mia­ła ró­żo­we wło­sy i od­waż­ne ta­tu­aże.

– Prze­klę­ta Mag­gie – wy­ce­dzi­ła pod no­sem, roz­le­wa­jąc al­ko­hol jak ktoś, kto le­d­wo się po­wstrzy­mu­je przed rzu­ce­niem bu­tel­ką.

La­ila i Ga­briel­le spoj­rza­ły po so­bie, ale każ­da bała się za­py­tać.

– Ale nam ze­szło… – mruk­nę­ła La­ila i spoj­rza­ła na Ga­briel­le, któ­ra wła­śnie nu­ci­ła coś pod no­sem, i po­my­śla­ła, że nie wi­dzia­ła jej ta­kiej od lat.

Pra­wie jak przed Pa­tric­kiem.

Pra­wie.

Rozdział 10 SU­SAN

– Ła­pek, Ła­pek, co się dzi­siaj z tobą dzie­je, do li­cha? Chodź do pani, no chodź.

Ale Ła­pek ani drgnął, bacz­nie coś wą­chał, okrą­żał i ani w gło­wie było mu po­słu­chać Su­san. Ko­cha­ła psa nade wszyst­ko, ale była wo­bec Łap­ka zde­cy­do­wa­nie bar­dziej sta­now­cza niż mąż, Jer­ry. Ten z ko­lei był moc­no po­błaż­li­wy, więc na nic zda­ły się jej książ­ki o wy­cho­wa­niu psa, na nic jej krzy­ki i wrza­ski, Ła­pek po pro­stu ro­bił, co chciał, a jego po­słu­szeń­stwo ogra­ni­cza­ło się głów­nie do przy­bie­ga­nia na za­wo­ła­nie na spa­ce­rach, kie­dy uda­wał przed wszyst­ki­mi ko­cha­ne­go psa, na­to­miast w domu za­mie­niał się w ma­łe­go ter­ro­ry­stę.

– Co ty tam zna­la­złeś, psia­ku? Pew­nie ja­kąś pa­dli­nę – mruk­nę­ła.

Była przy­zwy­cza­jo­na, że wie­czor­ne spa­ce­ry Ła­pek za­wsze sta­rał się sku­tecz­nie prze­dłu­żyć. Ru­szy­ła z re­zy­gna­cją w stro­nę psa z wy­cią­gnię­tą smy­czą. Z tej od­le­gło­ści Ła­pek wy­glą­dał ko­micz­nie, okrą­ża­jąc dużą kupę li­ści. „Dziw­ne, że aku­rat na noc ktoś zgar­nął je wszyst­kie na kup­kę” – po­my­śla­ła i za­no­to­wa­ła w pa­mię­ci, żeby za­py­tać o to miej­sco­we­go li­sto­no­sza, pana Mat­thew­sa, któ­ry wie­dział do­słow­nie wszyst­ko, a jak nie wie­dział, to za­raz się do­wia­dy­wał, i jesz­cze raz zwró­ci­ła się do psa:

– Ła­pek, co ty tam.

Po­wie­trze utknę­ło jej w gar­dle, zu­peł­nie jak­by ja­kaś nie­wi­dzial­na ręka ści­snę­ła jej krtań od środ­ka. Mia­ła wra­że­nie, że ser­ce prze­sta­ło bić, a strach pa­ra­li­żo­wał każ­dy mię­sień w jej cie­le. Do­pie­ro gdy Ła­pek pod­szedł i za­czął no­sem sztur­chać bez­wład­ne cia­ło, zdo­ła­ła wy­do­być z sie­bie głos.

– Po­mo­cy… Po­mo­cy!!! – krzyk­nę­ła, cho­ciaż jej krzyk brzmiał bar­dziej jak szloch, bo wie­dzia­ła, że na po­moc jest już za póź­no.

Rozdział 11 MARC

Dzi­siaj miał wol­ne, po­je­chał więc do ro­dzi­ców. Od kil­ku mie­się­cy trak­to­wał te wi­zy­ty jak obo­wią­zek, a ra­czej jak ci­chy ry­tu­ał od­po­ku­to­wa­nia.

Kie­dyś my­ślał, że jego ro­dzi­ce się nie sta­rze­ją i że czas ich nie ru­sza. Ale po dłu­giej prze­rwie zo­ba­czył ich już nie jako mamę i tatę, lecz jako sta­rusz­ków. I wte­dy coś w nim pę­kło.

Nie mógł po­jąć, jak to się sta­ło, że przez dwa lata nie był w sta­nie ich od­wie­dzić. Czas prze­ciekł mu przez pal­ce, dni i noce zla­ły się w jed­ną masę. Prze­jął wte­dy sta­no­wi­sko po ojcu i pró­bu­jąc udo­wod­nić wszyst­kim – a może głów­nie so­bie – że za­słu­żył, że da radę, od­ciął się od wszyst­kie­go i rzu­cił się w wir pra­cy. Gdy w koń­cu od­niósł pierw­szy suk­ces, się­gnął po te­le­fon i zro­zu­miał, że nie ma do kogo za­dzwo­nić.

Od tam­tej pory przy­jeż­dżał re­gu­lar­nie.

Na wio­snę pla­no­wał za­brać ich na wa­ka­cje. Może Fran­cja? Może Wło­chy? Do­kąd­kol­wiek, by­le­by od­po­czę­li. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Za­nim otwo­rzysz drzwi

isbn: 978-83-8423-352-8

© M.D. Hol­lo­way i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Bia­łek

ko­rek­ta: Anna Miot­ke

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.