Wzgórze Wisielców - Yrsa Sigurdardóttir - ebook + audiobook + książka

Wzgórze Wisielców ebook i audiobook

Sigurðardóttir Yrsa

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Gálgahraun, ponure lawowisko na obrzeżach Rejkiawiku. Niegdyś miejsce egzekucji, dziś – atrakcja turystyczna. Aż do tego poranka, kiedy znaleziono tam wiszącego mężczyznę. Gwóźdź wbity w jego klatkę piersiową dowodzi, że to nie było samobójstwo, choć z przyczepionej nim wiadomości został tylko skrawek papieru. Gdy policja udaje się do mieszkania mężczyzny, okazuje się, że sprawa zamordowanego to nie jedyna zagadka, jaką mają do rozwiązania: w środku został czteroletni chłopiec. Wygląda na to, że nie ma żadnego związku z ofiarą, ale jego rysunki wskazują na to, że był świadkiem czegoś strasznego. Detektyw Huldar rozpoczyna polowanie na zabójcę, a psycholog dziecięca Freya szuka rodziców chłopca. Kolejne elementy powoli tworzą mroczną układankę: historię przemocy, przywilejów i zemsty. Czuły portret codziennych ludzkich problemów i frapująca tajemnica czynią tę powieść szczególnie udanym thrillerem. Ekscytujący, zręcznie skonstruowany i napisany kryminał, który porusza najbardziej palące współczesne problemy. „Frettabladid” Makabrycznością często przypomina Stephena Kinga. Islandzkie długie ciemne noce są najbardziej przerażające w klimatycznych thrillerach Sigurðardóttir. „Financial Times”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 449

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 57 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,4 (371 ocen)
202
119
43
6
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ohacisujep

Dobrze spędzony czas

dobra książka. polecam
00
Sengatime

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejny świetny kryminał z wieloma motywami, tradycyjnie z wątkiem młodzieżowym i mediów społecznościowych, ale też dorosłe frustracje i targające emocje, popełnione nikczemności.
00
DBujak

Całkiem niezła

3.5⭐️
00
coolturka

Nie oderwiesz się od lektury

Za mną kolejne śledztwo detektywa Huldara w którym pomocą służy psycholog Freja czyli główne postacie cyklu kryminałów od Yrsy Sigurðardóttir, a "Wzgórze wisielców" to ledwie środek tej wielce obiecującej serii.
00
chicaJola12

Nie oderwiesz się od lektury

Znakomita !
00

Popularność




Tytuł oryginału islandzkiego:Gatið

Tytuł oryginału angielskiego:Gallows Rock

Copyright © Yrsa Sigurðardóttir 2017

Published by agreement with Salomonsson Agency

Copyright © 2021 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2021 for the Polish translation by Paweł Cichawa

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Książkę przełożono z języka angielskiego. Z języka islandzkiego na angielski przełożyła Victoria Cribb.

Projekt graficzny okładki: Anna Slotorsz / artnovo.pl

Zdjęcie użyte na okładce: © P.Khiliuta

Zdjęcie autorki: © Lilja Birgisdóttir

Redakcja: Marta Mizuro

Korekta: Izabela Sieranc, Joanna Rodkiewicz, Marta Chmarzyńska

Ta książka została opublikowana przy finansowym wsparciu Icelandic Literature Center.

ISBN: 978-83-8230-129-8

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2021

Rozdział 1Niedziela

Pod oponami zachrzęścił żwir. Auto zahamowało z gwałtownym szarpnięciem i Helgi przetoczył się po tylnej kanapie, ocierając policzkiem o szorstką, cuchnącą tapicerkę. To nie mógł być jego samochód. Z trudem otworzył oczy. Wnętrze tonęło w mroku. Po chwili kierowca włączył lampkę na suficie i w jej świetle Helgi dostrzegł śmiecie na podłodze: pogięte puszki po napojach, zmięte opakowanie po chipsach, zużyte serwetki papierowe, dwa złamane papierosy i papierową torebkę po hot dogu. Taksówki robią się coraz gorsze. A może to nie była taksówka? Może złapał okazję? Wsiadł do pierwszego lepszego auta w śródmieściu? Nie pierwszy raz po pijanemu zrobiłby coś, co na trzeźwo nawet nie przyszłoby mu do głowy.

Myślenie wymagało wielkiego wysiłku. Ból przeszył mu głowę, a żołądek, jakby solidaryzując się z nią, skurczył się złowieszczo i po chwili Helgiemu zebrało się na wymioty. Nie miał siły usiąść, czyli obrzyga siedzenie. Sądząc po zapachu, nie będzie pierwszy. Chryste, co on wypił? Zwykle się pilnował i nie chlał aż tyle. Ale jednak to alkohol musiał go wprawić w ten stan. Helgi aż za dobrze pamiętał poczucie bezwładu i zamroczenia, chociaż minęły całe lata, odkąd tak bardzo się upił.

Gdy zaczęły się torsje, Helgi zdołał jakimś cudem przysunąć głowę do krawędzi kanapy, żeby wyrzucić kwaśną zawartość żołądka na podłogę. Na leżących tam śmieciach wymiociny wyglądały tak odrażająco, że zamknął oczy. Z przedniego fotela rozległ się okrzyk, po którym nastąpiły głośne przekleństwa. Nawet w stanie zamroczenia Helgi wiedział, o co chodzi. Nikt nie chciałby mieć obrzyganego samochodu.

Drzwi kierowcy otworzyły się z metalicznym piskiem, by zaraz zamknąć się z trzaskiem, uciszając falę przekleństw i pogrążając samochód w ciemności, gdy automatycznie zgasła lampka na suficie. Zazgrzytał żwir pod butami. Po chwili drzwi przy głowie pasażera otworzyły się gwałtownie i do środka wpadł strumień świeżego powietrza. Mdłości trochę zelżały, a z nimi ból głowy. Ulga była nieopisana, ale Helgi nie mógł się nią cieszyć zbyt długo. Poczuł brutalny uchwyt i szarpnięcie. Chciał zaprotestować przeciwko takiemu traktowaniu, ale nie mógł wypowiedzieć ani słowa. Jakby nerwy łączące jego mózg z językiem zostały uszkodzone.

Konsternację przerwało wydane wściekłym głosem polecenie, żeby wysiadł z samochodu. Kierowca wyrzucał go dlatego, że zwymiotował. Ku swojemu zaskoczeniu Helgi wykonał polecenie. Nie chciał usiąść, ale jego stawy i mięśnie zdawały się działać z własnej inicjatywy. Ich wspólny wysiłek postawił go na nogach obok samochodu. Helgi napełnił płuca świeżym powietrzem. Na zewnątrz smakowało jeszcze lepiej. Okrągła tarcza księżyca, bezchmurne niebo i ani jednego podmuchu wiatru, jakby świat nagle całkowicie się zatrzymał. Stojąc z podniesioną głową, żeby podziwiać nocne niebo, Helgi stracił równowagę, ale został złapany przez tę samą silną rękę. Był wdzięczny za tę pomoc. Mógłby się pokaleczyć o krawędzie drobnych kamieni pod nogami.

Gdy przestał się chwiać i stanął względnie prosto, usłyszał, że ma iść przed siebie. Znów wykonał polecenie bez udziału mózgu. Z niejakim zdziwieniem odnotował, że kierowca nie powiedział mu do słuchu za obrzyganie samochodu. Wszystko przebiegało bardzo osobliwie, ale Helgi nie potrafił zebrać myśli na tyle, żeby zrozumieć, w czym uczestniczy. Całkiem możliwe, że dręczy go jeden z tych koszmarnych snów, z których się budzimy tuż przed upadkiem ze stromego urwiska.

Żwir pod nogami ustąpił miejsca omszałej ścieżce wijącej się po charakterystycznie pofałdowanym polu lawowym. Helgi patrzył pod nogi na oszronioną, bladą w świetle księżyca trawę. Tylko tyle mógł zrobić, żeby nie stracić równowagi. Zataczając się, szedł przodem, kierowca podążał tuż za nim. Ilekroć Helgi zaczynał zbaczać ze ścieżki albo przystawał, żeby odzyskać równowagę, silna dłoń popychała go naprzód. Chciał wytłumaczyć, że nie opóźnia marszu celowo, ale jego język okazał się zbyt napęczniały i niemrawy, żeby uformować słowa.

Przez chwilę ścieżka pięła się w górę, potem znów prowadziła wzdłuż pokrytych porostami szczelin rozwierających się między ścianami lawy. Latem musiało to być idealne miejsce na piknik, ale teraz prezentowało się ponuro i niezbyt zachęcająco. Helgi odniósł wrażenie, że rozpoznaje okolicę, podniósł więc głowę, półprzytomnie próbując określić, gdzie jest. Niewiele dalej pole lawowe się kończyło i zaczynało się morze: w ciemności wyglądało na czarne z wyjątkiem miejsc, w których księżyc połyskiwał na grzbietach fal. Ten widok przywołał wspomnienie z dzieciństwa, gdy Helgi szedł razem z dziadkiem wzdłuż wybrzeża takiego jak to, może nawet tego samego. Przypadkiem wypłoszyli dwie kaczki edredonowe. Ptaki odleciały przerażone, jego dziadek podszedł do miejsca, w którym siedziały, i znalazł tam dwa duże niebieskawe jaja leżące w miękkim brązowym gnieździe. Helgi przykucnął, dotknął palcem puchu i miał wrażenie, jakby dotykał powietrza. Gdy się wyprostował, dziadek zwrócił jego uwagę na mewy, które uformowały szeroki krąg nad ich głowami. Fruwały na tyle daleko, że atak nie od razu wydawał się oczywisty, ale stopniowo podlatywały coraz bliżej. Wtedy dziadek powiedział mu, co robią mewy, i Helgi chciał rzucać w nie kamieniami.

Stanęli wobec strasznego dylematu, a on był wystarczająco dużym chłopcem, żeby to rozumieć: jeśli zostaną tam, gdzie stoją, mewy nie odważą się zbliżyć, ale nie przylecą też ptasi rodzice i kacze jaja się wyziębią, przez co znajdujące się w nich zarodki obumrą, jeśli jednak on i jego dziadek odejdą, kaczki w końcu wrócą wysiadywać jaja, ale też istnieje ryzyko, że wcześniej mewy zaatakują niechronione gniazdo. Ostatecznie dziadek zadecydował, że powinni ruszyć dalej swoją drogą, zostawili więc gniazdo, idąc niemal tyłem i z nadzieją wypatrując, czy spłoszone kaczki wracają, by ocalić swoje przyszłe potomstwo. Edredony jednak się nie pojawiły, przynajmniej dopóki nie stracili z oczu ich gniazda. Helgi nigdy się nie dowiedział, co nastąpiło potem.

Teraz jednak, w zimie, żadnych jajek nie było. Puchu też nie. Dawno został zebrany, oczyszczony, wepchnięty do kołder i sprzedany zamożnym obcokrajowcom.

Kolejne mocne popchnięcie z tyłu uświadomiło Helgiemu, że przestał iść, powoli więc ruszył przed siebie po ścieżce wijącej się w górę zbocza. Niedługo później usłyszał polecenie, że ma się zatrzymać.

Oderwał wzrok od ziemi i w otępiałym zaskoczeniu wpatrywał się w scenerię jakby żywcem wziętą z Władcy pierścieni: wysoką czarną formację skalną rozdzieloną na dwie części sterczące w niebo. Między nimi, niczym kładka, leżała ciężka deska. Czyżby sen zawiódł go do Mordoru? Zanim spowolniony umysł zdołał doprowadzić go do jakiejkolwiek konkluzji, znów został popchnięty do przodu, tym razem w kierunku jednej ze skał. Pokrywały ją pozostałe po lecie kępki uschłej trawy, dzięki czemu dość łatwo było się wspinać. Na rozkaz mężczyzny Helgi zatrzymał się przed wierzchołkiem, po czym wdrapał się na wąską półkę, która wystawała nad szczelinę między dwoma wypiętrzeniami lawowymi. Stał tam, wpatrując się w morze, które rozjaśnione światłem księżyca przy spokojnej pogodzie wyglądało na pozór niewinnie i łagodnie.

Chwiejąc się niebezpiecznie, Helgi zdał sobie sprawę, że prędzej czy później musi stamtąd spaść. Co dziwne, wcale go to nie przeraziło. Nie stał aż tak wysoko nad ziemią, no i wszystko to mu się śniło, prawda? Tylko że w jego snach otchłań zwykle była bezdenna, tutaj zaś wyraźnie widział porośniętą szczelinę między ścianami lawy.

Ręka odwróciła go i stanął twarzą do jej właściciela, który wspiął się na szczyt razem z nim. Dolna część twarzy mężczyzny była zasłonięta szalikiem. Helgi widział więc tylko jego oczy, zmrużone i przepełnione taką odrazą, że wzdrygnął się i spuścił wzrok. Zauważył jakieś narzędzie, czarne z jaśniejszymi elementami, prawdopodobnie żółtymi, które mężczyzna trzymał w prawej ręce. Lewą chwycił Helgiego za klapę, przyciągnął bliżej siebie i zaczął rozpinać górne guziki jego płaszcza. Następnie wyjął z kieszeni kartkę papieru i przyłożył ją do odsłoniętej piersi. Helgi starał się przeczytać kilka linijek tekstu, które na niej widniały, ale litery były do góry nogami. Księżyc świecił tak jasno, że gdyby nie był taki otępiały, zdołałby je odcyfrować. Podjęty wysiłek ożywił nieco jego umysł i w przebłysku świadomości Helgi przypomniał sobie, że wcześniej został zmuszony do podpisania jakiegoś papieru, który mu podsunięto. Na nim jednak napisano dużo więcej… Przeczytał tamten tekst i pamiętał, że jego treść zrobiła na nim wielkie wrażenie. Ale dobre czy złe? Jego myśli znów spowolniły i nie potrafił już sobie tego przypomnieć.

Uniosła się druga ręka mężczyzny i po chwili Helgi patrzył, jak narzędzie przysuwa się do jego piersi. Zdziwiony, zmarszczył brwi i czekał. Nie czuł strachu, tylko ciekawość. Nie rozpoznawał tego narzędzia, bo sam ich właściwie nie miał. Do czego mogło służyć?

Patrzył, jak palce mężczyzny zaciskają się wokół rękojeści, później ciszę przerwał głośny trzask. Helgi poczuł w klatce piersiowej potworne ukłucie, które na chwilę pozbawiło go tchu. Przechylił się do tyłu i zapewne spadłby z półki, gdyby ręka znów go nie chwyciła. Mimo przeszywającego bólu poczuł ulgę. Skoro mężczyzna ocalił go przed upadkiem, to chyba nie zamierzał wyrządzać mu poważnej krzywdy.

Coś przesunęło się przez jego głowę. Spojrzał w dół i zobaczył gruby sznur zwisający wzdłuż obolałej piersi niczym nieforemny naszyjnik. Może wynikało to ze spóźnionej troski o jego bezpieczeństwo: przecież przywiązany do skały nie mógłby z niej spaść. Zaraz jednak poczuł, że sznur zaciska mu się wokół szyi, i chciał powiedzieć, że to nie jest dobry pomysł i lepiej obwiązać go wokół pasa. Tylko że język wciąż miał zbyt napęczniały, żeby formułować słowa, a przez ból w klatce piersiowej z trudem łapał oddech.

Za bardzo się tym nie przejmował. Przecież to był tylko sen. Nic innego. Gdyby spadł, mógłby pofrunąć. Lada chwila się obudzi i ból zniknie razem z poczuciem nierzeczywistości.

Gdy jego towarzysz przeklinał, Helgi patrzył na morze. Zauważył, że fale zaczynają marszczyć spokojną dotychczas powierzchnię. Z drugiej strony zatoki widział znajome białe budynki z ciemnymi dachami: prezydencka rezydencja w Bessastadir. Na pewno mu się to śni. Zamroczony umysł przywołał coś, co się wiązało z tym fragmentem wybrzeża, i wzdrygnął się na to wspomnienie. Bał się nawet, że znów zwymiotuje. Wracając do teraźniejszości, zdał sobie sprawę, jak bardzo z pięknem otaczającego go krajobrazu kłóci się stek przekleństw miotanych przez mężczyznę, który stoi za nim.

Ale przekleństwa właściwie do niego nie docierały. Widok był tak kojący, że nawet ból w klatce piersiowej zdawał się niknąć. Helgi przeniósł wzrok z rezydencji prezydenckiej na zatokę. Całą uwagę skupił na falach, które połyskiwały na czarnej powierzchni morza. Daleko nad horyzontem wisiały kłęby chmur niczym gruba czarna wstęga przepasająca niebo. Helgi czuł, że zasypia, co bardzo go dziwiło, bo przecież już znajdował się we śnie.

Rozbudziło go kolejne silne uderzenie, już ostatnie, jak miało się okazać; tym razem cios w plecy. Helgi runął do przodu, spadł z półki i przez kilka sekund pędził w powietrzu, dopóki nie zatrzymało go gwałtowne szarpnięcie sznura. Wtedy się okazało, że nie potrafi latać. Bo to jednak nie był sen.

Rozdział 2

Poruszone wiatrem zwłoki powoli zatoczyły półokrąg najpierw w jedną, później w drugą stronę. Huldar uciekł wzrokiem, gdy ponownie ukazała się sina twarz. Z wywalonym, przeraźliwie czarnym językiem. Głowa wisielca opadła na klatkę piersiową, jakby gapił się na swoje stopy zaskoczony, że zgubił jeden but. A but zabezpieczyli technicy kryminalistyczni i teraz leżał w plastikowej torebce w ich furgonetce, chociaż nikt się nie spodziewał, że wynik jego analizy rzuci jakiekolwiek światło na powody tego smutnego samobójstwa. Mimo to policjanci musieli się trzymać procedur gromadzenia dowodów rzeczowych, choć tym razem chyba tylko but został potraktowany zgodnie ze wszystkimi przepisami.

Huldar odwrócił się tyłem do zmarłego mężczyzny i zaczął obserwować pofałdowany teren Gálgahraun. Kilka lat wcześniej uczestniczył w organizowanym na tym terenie obozie kondycyjnym, podczas którego policjantom przekazano podstawowe fakty dotyczące tego pola lawowego. Lawa uformowała się tysiące lat temu, gdy rządziły tu lisy polarne – długo przed tym, zanim stopę na Islandii postawił człowiek. Niezwykle nieregularna, nierówna powierzchnia terenu powstała, gdy rozżarzona lawa przetoczyła się po bagnistym terenie sąsiadującym z brzegiem morza, powodując wrzenie bagna i eksplozje nie do końca stwardniałych płyt lawowych. W ten sposób ukształtowały się szczeliny, kratery, kamienne iglice oraz wzniesienia i fałdy rozchodzące się we wszystkich kierunkach. Nawet dywan z mchów, które przez stulecia pokryły powierzchnię lawy, nie zmiękczał jej surowości. Był to pejzaż ponury i niepokojący.

– Dziwne wybrał sobie miejsce, żeby się powiesić, nie uważasz? – zauważył Huldar, zerkając na swojego kolegę Gudlaugura.

– Miejsce jak każde inne. – Gudlaugur nadal wpatrywał się w zwisające na końcu sznura ciało. – Przynajmniej mógł być pewien, że nie znajdzie go nikt z najbliższych. Obstawiałbym, że właśnie dlatego zrobił to tutaj.

– Możliwe. – Huldar był nieprzekonany. Cała operacja wymagała nadzwyczajnego wysiłku. Choćby dlatego, że miejsce było znacznie oddalone od szosy, a deska użyta jako szubienica na pewno ważyła niemało, co mógł ocenić swoim stolarskim okiem. Ostatnich minut własnego życia Huldar z pewnością nie chciałby poświęcić na taszczenie ciężkiej deski po polu lawowym. Nie podzielił się jednak tą myślą z Gudlaugurem. Jego młody kolega był wyraźnie skacowany w ten niedzielny poranek: czerwone oczy, włosy w nieładzie i lukrecjowe landrynki wtykane do ust jedna za drugą. Zdecydowanie więc nie był gotowy na polemiki, gdy już się w ogóle odezwał.

Huldar spojrzał na rozcięte głębokim pęknięciem wzgórze, przy którym koledzy właśnie się głowili, jak ściągnąć na dół powieszonego mężczyznę. Sznur obwiązywał deskę przerzuconą nad szczeliną, było więc jasne, że jeśli go przetną, zwłoki runą na ziemię, być może po drodze dodatkowo kiereszując się o ostre kamienie. Nikogo nie trzeba było przekonywać, że lepiej będzie ściągnąć zwłoki nienaruszone. Erla stała bezpośrednio pod wiszącą sylwetką i wskazywała na coś podniesioną ręką, krzycząc do funkcjonariuszy, którzy wspięli się na wierzchołek po jednej i po drugiej stronie. Dzielnie próbowali robić, co im kazała, ale czym innym jest wydawać rozkazy, gdy się stoi na ziemi, a czym innym wprowadzać je w życie, gdy się przycupnęło niepewnie na półce skalnej. Było oczywiste, że lada moment Erla straci cierpliwość i sama wespnie się na górę, żeby im pokazać, co mają zrobić. Niewątpliwie po takim bezcelowym wysiłku byłaby jeszcze bardziej zirytowana niż teraz.

Deska zapiszczała i skrzypnęła niepokojąco, gdy jeden z funkcjonariuszy na nią wpełzł. Nie było jasne, co chce osiągnąć: musiałby mieć nadludzką siłę, żeby wciągnąć zwłoki na górę, a następnie odczołgać się z powrotem w bezpieczne miejsce, ciągnąc je za sobą. Ale i tak głośne protesty obciążonego drewna szybko skłoniły go do zmiany zdania i przeprowadzenia pośpiesznego odwrotu. Erla westchnęła gwałtownie, nie kryjąc rozczarowania. Czyli pomysł był jej.

– Czy nie byłoby lepiej pożyczyć sieć od strażaków? A właściwie to coś, co rozkładają, żeby łapać ludzi wyskakujących z płonącego budynku. Gdybyśmy rozpostarli takie coś na dole, zwłoki by się nie zniszczyły.

Huldar musiał stłumić uśmiech, zanim odwrócił głowę. Głos należał do Líny, studentki Uniwersytetu w Akureyri odbywającej właśnie praktyki. Trafiła do nich jako pierwsza z grupy studentów, którzy wybrali nowy kierunek studiów policyjnych. Chociaż nikt z wydziału do spraw zabójstw nie powiedział tego głośno, to jednak wszyscy sceptycznie oceniali te studia. Ich uprzedzenie po części wynikało z podświadomego strachu, że każdy kolejny kandydat do pracy w dochodzeniówce będzie machał takim dyplomem. Czy wówczas oni wrócą do prewencji i znów będą patrolować pełne turystów ulice, interweniować na hałaśliwych domówkach i wypisywać mandaty za drobne wykroczenia?

Sam Huldar się tym nie przejmował. Gdyby w policji spotkała go kolejna degradacja, zawsze mógłby wrócić do stolarstwa. Poza tym praktykantka była źródłem nieustającej rozrywki, zwłaszcza gdy ujawniał się jej talent do nadeptywania ludziom na odcisk.

Bez przerwy podkreślała, że funkcjonariusze wydziału do spraw zabójstw nie postępują zgodnie z zasadami, albo poprawiała używaną przez nich terminologię, albo cytowała im fragmenty podręczników i przytaczała badania naukowe. Ilekroć robiła to w obecności Erli, można było niemal zobaczyć dym idący z uszu ich szefowej. Huldar ledwie powstrzymywał wtedy wesołość, podobnie jak wówczas gdy praktykantka jakąś mało taktowną uwagą przycierała nosa Gudlaugurowi.

– Nie ma czasu na pożyczanie sieci, Líno. Ale pomysł dobry.

Na jego pochwałę odpowiedziała uśmiechem. Była niska, nie sięgała mu nawet do ramienia, miała rude włosy i karnację tak bardzo przypominającą kolor kości słoniowej, że zęby prawie się nie odróżniały od cery. Po chwili spoważniała i znów się skupiła na postępowaniu.

Huldar podejrzewał, że Erlą kierowały niskie pobudki, gdy poleciła Línie przyjechać na miejsce znalezienia zwłok. Oficjalnie chodziło o to, żeby dziewczyna zapoznała się z procedurami obowiązującymi w takich przypadkach, ale po cichu Erla niewątpliwie liczyła, że zszokowana praktykantka zwróci śniadanie. Lína była jednak na to o wiele za twarda. Przepchnęła się na sam front i stała tam, obserwując dyndające zwłoki z takim przejęciem, jakby patrzyła na zwisającą na kablu żarówkę. Gdy wreszcie opuściła głowę, zmarszczyła brwi i zaczęła się na głos zastanawiać, dlaczego Erla nie wydała rozkazu, żeby teren ogrodzić taśmą. Szorstka odpowiedź przełożonej, że teraz nie ma na to czasu, nie skłoniła Líny do milczenia i Huldar musiał ją odciągnąć na bok, żeby wyjaśnić, że chodzi o wyjątek, który z pewnością został wymieniony w jej podręcznikach: sytuację, gdy od standardowych procedur ważniejszy jest pośpiech. Jego wypowiedź została nagrodzona grymasem: Lína najwyraźniej nie uznawała obecnej sytuacji za pilną na tyle, żeby łamać reguły.

Była jednak osamotniona w tej opinii. Reszta zespołu doskonale rozumiała, jak istotne jest tempo. Nie co dzień policja odbierała telefon od pracownika rezydencji prezydenta Islandii w Bessastadir, który poinformował o znalezieniu zwłok. Normalnie do takiego zgłoszenia wysłano by dwóch funkcjonariuszy w towarzystwie ekipy techników kryminalistycznych, ale tym razem na miejscu roiło się od policji. W panice, która wybuchła po przyjęciu zgłoszenia, niemal każdy dostępny funkcjonariusz został skierowany na wskazane miejsce, a kilku wezwano nawet mimo wolnego dnia. Niewątpliwie chodziło o przyśpieszenie procesu usuwania zwłok, ale w praktyce efekt okazał się odwrotny do zamierzonego. Większość funkcjonariuszy nie miała żadnego zajęcia i plątała się tylko pod nogami.

Gdy zadzwonił telefon Erli, Huldar obserwował przebieg rozmowy. Erla zamknęła oczy i pocierała czoło, najwyraźniej wysłuchując cierpkich słów od przełożonych. Nic dziwnego, że góra ględziła. Nie chcieli wyjść na niekompetentnych przed obstawą delegacji supermocarstwa. Huldar uśmiechnął się na myśl o tym, ale jego uśmiech zbladł, gdy Erla rzuciła spojrzenie w jego kierunku, zakończyła rozmowę i wsunęła komórkę z powrotem do kieszeni.

– Czas minął! Odcinamy go! – wrzasnęła do ludzi na górze. – Kolumna wyruszyła i dotrze do Bessastadir za pół godziny. Do tego czasu mamy się stąd wynieść. Trudno, zwłoki muszą się trochę poobijać. Podejrzewam, że zmarłemu i tak będzie wszystko jedno.

Huldar zauważył, że Lína otwiera usta z wyraźną dezaprobatą. Zapewne w rozdziale poświęconym zabezpieczaniu dowodów w miejscu znalezienia zwłok nie wspominano o wizytach zagranicznych dygnitarzy. Kładąc rękę na jej ramieniu, Huldar szepnął do delikatnego białego ucha:

– Na twoim miejscu bym się nie odzywał. To nie przyniesie nic dobrego.

Usta Líny zacisnęły się w wąską kreskę. Owszem, brakowało jej doświadczenia, ale nie była głupia. Znała tło sprawy, ponieważ uczestniczyła w odprawie zorganizowanej przez Erlę przed wyjazdem. Z niezadowoloną miną wpatrywała się w rezydencję prezydentów, Bessastadir, położoną za zatoką. Huldar mógłby się założyć, że w najbliższych wyborach Lína nie zagłosuje na urzędującego prezydenta, chociaż on nie miał z tym zdarzeniem nic wspólnego. Jego jedynym grzechem było zorganizowanie przyjęcia z okazji rozpoczęcia oficjalnej wizyty chińskiego ministra spraw zagranicznych. Funkcjonariusze ochrony ministra, którzy przyjechali wcześniej, żeby zabezpieczyć teren, zauważyli wisielca między skałami po drugiej stronie zatoki Lambhúsatjörn. Martwy mężczyzna nie został odkryty przez personel pałacu prezydenckiego, bo wcześniej cały teren pokrywała warstwa gęstej mgły.

Jak można było się spodziewać, odkrycie zwłok wywołało istne pandemonium w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, którego pracownikom przypadło zadanie nie do pozazdroszczenia, ponieważ musieli odwieść chińską ambasadę i ochronę od decyzji, by zawrócić samolot ministra. Ostatecznie udało im się przekonać gości, że to nie jest protest inspirowany przez Falun Gong, lecz niewiarygodnie wręcz niefortunny zbieg okoliczności. Wspólnymi siłami uradzono, że wszystko odbędzie się według ustalonego programu, pod warunkiem oczywiście, że zwłoki zostaną usunięte przed przyjazdem ministra.

Tyle tylko że pracownicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych nie mieli pojęcia, ile czasu policja potrzebuje na opanowanie sytuacji. Zanim biuro komisarza policji przekazało sprawę Erli, samolot chińskiego ministra podchodził do lądowania w Keflavíku. Erla usłyszała, że po nieboszczyku i policjantach ma nie pozostać nawet ślad i muszą się uwinąć, zanim ministerialna kawalkada przejedzie obok Álftanes, chociaż teren wokół wzgórza był niewidoczny z trasy przejazdu. Chodziło o to, żeby nikt ich nie dostrzegł z Bessastadir. Pod żadnym pozorem nie można było postawić prezydenta w żenującej sytuacji tłumaczenia gościowi, co tabuny policji robią po drugiej stronie zatoki. Po tym incydencie Islandia niemal na pewno nie mogła już liczyć na wypożyczenie pandy wielkiej, choć wciąż była jeszcze nadzieja, że wizyta wzmocni wzajemną wymianę handlową.

Huldar i Lína z zainteresowaniem obserwowali działania swoich kolegów, którzy podzielili się na dwie grupy, po jednej na każdym wypiętrzeniu, i właśnie próbowali wysunąć nożyce na tyle daleko, żeby przeciąć sznur. Szybko jednak się okazało, że to misja nie do wykonania. Erla wyjęła telefon, żeby sprawdzić, która godzina, po czym krzyknęła, żeby zepchnąć wszystko razem: deskę, sznur i zwłoki.

Dzięki wspólnemu wysiłkowi funkcjonariuszom po obydwu stronach udało się unieść deskę, a następnie zrzucić ją na ziemię z całym obciążeniem.

Gdy to się działo, Huldar szturchnął bladego, milczącego Gudlaugura i we dwóch poszli po nosze pozostawione przy ścieżce prowadzącej na wzgórze. Wrócili chwilę po tym, jak martwy mężczyzna runął na ziemię, i podeszli do jego zwłok, które teraz leżały przygniecione potężną deską. Policjanci, którzy zdążyli już zejść na dół, pomogli im odciąć sznur i przesunąć ciężkie drewno. Później Gudlaugur oraz jeden z mundurowych odwrócili zwłoki, a po obydwu stronach ustawili się funkcjonariusze gotowi przenieść je na nosze. W tym momencie Huldar dyskretnie się wycofał. Nie chciał z bliska oglądać groteskowej maski pośmiertnej wisielca.

– Stop! – W głosie Líny pobrzmiewał autorytet, jakby krzyczał ktoś przyzwyczajony do posłuchu. Zważywszy na jej mierne doświadczenie, zakrawało to na żart. Huldar przeglądał CV praktykantki, zanim się u nich pojawiła, wiedział więc, że ma na koncie jedynie typowy dla młodych ludzi zestaw prac wakacyjnych: wydział parków i zieleni miejskiej w Akureyri, kasa w supermarkecie, zakład przetwórstwa rybnego i kino. Trudno było zgadnąć, które z tych zajęć wyrobiło w niej taką stanowczość, może pokrzykiwanie na kinomanów, żeby wyłączyli telefony komórkowe przed rozpoczęciem projekcji.

– Nie ty wydajesz tu rozkazy! – Z wściekłości na tę ingerencję Erla miała siną twarz. Machając ręką na grupę stojącą przy zwłokach, warknęła, żeby natychmiast przenieśli je na nosze.

– Ale… – Lína nie dawała się zniechęcić.

– Ale, kurwa, co? Nie rozumiesz, kurwa, prostego rozkazu? – Erla była naprawdę wściekła i jak zawsze dawała temu wyraz wulgarnym językiem.

Huldar rzucił Línie ostrzegawcze spojrzenie. Ignorując go, dziewczyna kontynuowała:

– Nie widzisz? Tutaj, na piersi. – Wskazała na zwłoki.

Chociaż nie było wątpliwości, że ściągną na siebie gniew Erli, kilku funkcjonariuszy nie zdołało się oprzeć impulsowi i podążyło wzrokiem za palcem Líny. Wgapiali się w klatkę piersiową zmarłego. Potem ich zaintrygowane twarze pochylały się niżej. Ale Huldar dobrze wiedział, na co patrzy: to była główka gwoździa, prawdopodobnie czterocalowego. Pod nią znajdował się strzępek papieru, jakby tym gwoździem do piersi denata przybito jakąś notkę.

Erla najwyraźniej zdała sobie sprawę z powagi sytuacji. Z jej ust wydobył się przejmujący jęk.

To nie mogło być samobójstwo. Mało komu wystarczyłoby determinacji, żeby wbić we własne ciało taki cholernie wielki gwóźdź. Niemal na pewno znajdowali się na miejscu zbrodni, które właśnie potraktowali jak banda amatorów. W panice nikomu nie przyszło nawet do głowy, żeby wezwać medyka sądowego.

Po raz pierwszy od rozpoczęcia praktyk zawodowych dezaprobata na twarzy Líny miała pełne uzasadnienie.

– Cofnijcie się! – Głos Erli brzmiał spokojnie, chociaż z całą pewnością spokojna nie była. – Przykryjcie go czymś, żeby nie był widoczny z Bessastadir. Nawet przez lornetkę. Zakamuflujcie go trawą albo czymś innym, dzięki czemu wtopi się w otoczenie. – Zamknęła oczy i potarła ze złością powieki. – Potem spieprzamy stąd i czekamy, aż te cholerne snoby się rozjadą.

Rozdział 3

Baldur wrócił do stołu cuchnący dymem papierosowym i usiadł. Wymknął się zapalić, choć dopiero co przyszli. Oczywiście Freyja nie była zaskoczona. Baldur niedawno wyszedł z więzienia i wciąż napawał się swobodą postępowania zgodnie z własnym widzimisię – bez ograniczeń. Obecnie przebywał w zakładzie przejściowym w Vernd, gdzie musiał się stawiać na noc, ale poza godzinami obowiązkowo spędzanymi w pracy cały czas miał dla siebie. Nic dziwnego, że wiercił się jak mały chłopiec, ilekroć robiło się za spokojnie.

Pogłaskał głowę swojej córki. Saga siedziała między nimi na krzesełku do karmienia. Ignorując ich całkowicie, dziewczynka zapamiętale żuła plaster bekonu, który Baldur dał jej, gdy odwróciła głowę na widok plasterków owoców. Ojciec i córka mieli ze sobą dobry kontakt, choć bardzo się różnili. On był radosny i towarzyski, ona zachowywała się z powagą, jakiej Freyja nigdy wcześniej nie widziała u żadnego dziecka. On miał jasną karnację i praktycznie nie przestawał mówić, z jej śniadej twarzyczki grymas niezadowolenia nie schodził właściwie nigdy. Baldur lubił ładne ubrania, Sagę zaś Freyja ledwo zdołała wbić w rajtuzy, bluzę i trzewiki, chociaż Fanney, jej matce, jakimś cudem udawało się nakłaniać córeczkę do wkładania dziewczęcych sukienek i pretensjonalnych bucików. Raz na jakiś czas Fanney znajdowała nawet sposób, żeby wpiąć Sadze wsuwkę we włosy, mogła to jednak zrobić tylko wówczas, gdy Saga miała jednopalczaste rękawiczki. Ledwie tylko je zdejmowała, wsuwka szybowała w powietrze.

Baldur puścił oko do córki, ta zaś odpowiedziała mu tym samym, choć jeszcze nie potrafiła mrugnąć tylko jednym okiem. Później, z wielkim zadowoleniem na twarzy, Baldur odwrócił się do Freyi.

– Sama powiedz, widziałaś kiedyś słodsze maleństwo?

W odpowiedzi Freyja zmusiła się do uśmiechu. Wspierała brata, wzięła na siebie jego rodzicielskie obowiązki, dopóki pozostawał za kratkami, i chociaż bardzo kochała swoją bratanicę, to raczej nie wybrałaby słowa „słodka”, żeby ją opisać. Ale Freyja z wielkim zadowoleniem obserwowała zachwyty brata nad jego córką, tym bardziej że dotychczas prawie się z nią nie stykał. To jednak najwyraźniej nie przeszkodziło żadnemu z nich. Przywiązali się do siebie ot tak, bez szczególnych wysiłków. Może pomógł fakt, że obydwoje byli nieco ekscentryczni, oczywiście każde na swój sposób.

– Ej, na śmierć zapomniałem, że mam dla ciebie dobrą wiadomość! – Baldur odsunął od siebie niemal nietknięty posiłek i sięgnął po filiżankę z kawą. – Miałem ci powiedzieć w samochodzie.

– Co? – Freyja nie oczekiwała żadnych wiadomości. Baldur trzymał się z daleka od kłopotów, żeby nie zepsuć sobie szansy na natychmiastowe zwolnienie warunkowe i nadzór kuratorski.

– Znalazłem ci mieszkanie. – Baldur podsunął Sadze nowy plasterek boczku. Poprzedni natychmiast wylądował na podłodze. Chwilę później wysunął się język i Saga potraktowała boczek jak lizaka.

Freyja upuściła widelec i kęs jajecznicy, który właśnie na niego nałożyła, zsunął się z powrotem na talerz.

– Co takiego? – Miała nadzieję, że brat jej nie nabiera. Wiedział, ile nocy zarwała, próbując wymyślić, dokąd mogłaby się wyprowadzić. Na razie zajmowała jego mieszkanie, ale ten układ nie mógł już długo potrwać. Nie było mowy, żeby dzieliła je z bratem, gdy Baldur opuści półotwarty zakład przejściowy. Nie miała zamiaru spać na rozklekotanej kanapie w salonie, podczas gdy on i dziewczyna, z którą akurat będzie chodzić, zaczną się zabierać do rzeczy w sypialni za ścianą. Myśl, że ona mogłaby pójść z kimś do łóżka, gdy Baldur kręciłby się po domu, była jeszcze mniej atrakcyjna. Dotychczas jednak każda próba znalezienia własnego lokum kończyła się fiaskiem. Dostępne na rynku mieszkania albo były za drogie, albo ich właściciel szukał innego rodzaju najemcy. Poważnie zaczęła się zastanawiać nad wyprowadzką na wieś albo nawet za granicę.

– Proszę, nie drażnij się ze mną.

– Ja się nie drażnię. – Baldur sięgnął po szklankę Sagi i przystawił ją dziewczynce do ust, mając nadzieję ją przekonać, żeby wypiła łyk soku pomarańczowego, ona jednak uparcie odwracała głowę, dopóki się nie poddał.

– Niby jak mógłbyś znaleźć mi mieszkanie? Szukam przecież od roku, bez powodzenia. – No ale w sumie to cały Baldur. Ludzie stawali dla niego na głowie. Gdyby poszedł obejrzeć jakieś mieszkanie, to właściciel podpisałby umowę choćby na kolanie. Tylko że Baldur raczej nie miał kiedy rozejrzeć się za mieszkaniem: dopiero co wyszedł z więzienia.

– Znasz Tobbiego?

– Tobbiego? – Imię brzmiało znajomo, ale Freyja nie potrafiła dopasować do niego żadnej twarzy.

– No wiesz, ten mój kumpel. Nie pamiętasz go?

– Słabo. – Baldur miał wielu kolegów, co jeden to bardziej podejrzany. Nie pomagał też fakt, że Baldur nie rozróżniał między przyjaciółmi a znajomymi. Wszystkich, których znał, zaliczał do jednej z dwóch grup: kumple albo palanci. Pierwsza grupa była znacznie większa, bo Baldur nie przyjmował do wiadomości, że nie każdy, kto się śmieje z jego dowcipów, jest jego kumplem. Palantami byli ci, którzy w taki czy inny sposób przeszkadzali mu cieszyć się życiem bez ograniczeń. Jako najbliższy członek jego rodziny – który to zaszczyt dzieliła teraz z Sagą – Freyja nie należała do żadnej z dwóch grup.

– No więc Tobbi ma mieszkanie, które chętnie ci wynajmie. – Baldur starannie zmiótł okruszki z blatu, po czym oparł na nim rękę. Miał świeżo obcięte włosy, a jego ubranie do tanich nie należało. Skąd wziął na nie pieniądze, było dla Freyi tajemnicą, nie zapytała jednak. Wolała nie wiedzieć.

– Mnie? Dlaczego mnie? – Początkowe podekscytowanie gwałtownie słabło. Taka oferta niewątpliwie zwiastowała kłopoty, a te ewidentnie były specjalnością Baldura.

– Bo mu powiedziałem, że szukasz czegoś do wynajęcia. Akurat narzekał, że nie może znaleźć porządnego najemcy, wtedy wspomniałem o tobie i od razu się zainteresował.

Freyja zmarszczyła brwi i zauważyła, że Saga natychmiast zrobiła to samo.

– Baldur, w Rejkiawiku nikt nie ma kłopotów ze znalezieniem najemcy. Wystarczy wywiesić napis „Do wynajęcia” na kartce wielkości znaczka pocztowego, a kolejka chętnych będzie tak długa, że okrąży budynek. Bo chyba to nie jest gdzieś daleko od miasta?

– Nie. Mieszkanie jest w Rejkiawiku. Mniej więcej.

– Mniej więcej? Co chcesz przez to powiedzieć?

Baldur przewrócił oczami.

– Na Seltjarnarnes, może być? Eleganckie, w nowoczesnym bloku.

Freyja westchnęła. Wiedziała, że musi być jakiś haczyk: Seltjarnarnes to półwysep uważany za ekskluzywne przedmieścia na zachodnim krańcu Rejkiawiku.

– Nie stać mnie na wysoki czynsz, Baldur. Wiesz o tym.

– Czynsz nie jest wysoki. To bardzo rozsądna cena. – Za kwotę, którą wymienił, szybciej można by wynająć garaż niż mieszkanie.

– Ile metrów ma to mieszkanie? Nie mówisz chyba o jakiejś szopie w ogrodzie?

– Nie. Boże, dlaczego jesteś tak negatywnie nastawiona? Myślałem, że się ucieszysz. – Baldur przestał się uśmiechać i najwyraźniej niewiele brakowało, żeby zaczął się dąsać.

Freyja ujęła jego dłoń. Ona i brat wspierali się w dobrych i złych chwilach. Jeśli proponował jej mieszkanie, które miało jakieś poważne wady, to z pewnością miał dobre intencje, chciał jej pomóc.

– Przepraszam – powiedziała. – Po prostu już się sparzyłam. To śmiesznie niska kwota. Musi być jakiś haczyk. – Ten cały Tobbi na pewno wisi Baldurowi pieniądze albo jest mu winien przysługę. Jeśli tak, to Freyja dałaby głowę, że sprawa bardzo nieładnie pachnie.

Baldur pochylił się i dłońmi zasłonił uszy Sagi.

– Tobbi idzie do więzienia – wyszeptał. – Dostał półtora roku. – Baldur zabrał dłonie, zanim Freyja zdążyła mu uprzytomnić, że Saga jeszcze nawet nie wie, co to jest więzienie. – Nie chce wynajmować mieszkania nikomu obcemu, bo zostawia meble i wszystkie swoje rzeczy. Ale zaufa komuś, kogo polecę. Powiedziałem mu, że opiekujesz się moim mieszkaniem, czyli nabrałaś już doświadczenia. Układ, na którym korzystają obydwie strony.

Nigdy by jej nie przyszło do głowy, żeby pobyt w mieszkaniu Baldura nazwać opieką nad mieszkaniem, ale jeśli Tobbi uznał, że „nabrała doświadczenia”, tym lepiej. Oferta wcale nie brzmiała źle.

Jej telefon rozdzwonił się w kieszeni płaszcza, który przewiesiła przez oparcie krzesła. Zerknęła na wyświetlacz.

– Cholera! – Spojrzała na Baldura. – Muszę jechać. Praca. – Podniosła się z miejsca i dodała: – Ale chętnie porozmawiam z twoim kumplem. Może pojechalibyśmy razem obejrzeć to mieszkanie? Najszybciej, jak to będzie możliwe?

Baldur skinął głową. Otworzył usta, jakby chciał jeszcze coś dodać, w ostatniej chwili jednak uznał, że lepiej tego nie robić, i tylko się pożegnał, obiecując zadzwonić tego samego wieczoru.

Freyja pocałowała go w policzek, a Sagę w czubek głowy, zapłaciła rachunek i pośpiesznie wyszła. Była w siódmym niebie, wreszcie mając realną perspektywę zdobycia mieszkania. Jeśli oczywiście plan wypali, bo akurat w przypadku Baldura nie opłacało się dzielić skóry na niedźwiedziu.

Tym razem Freyja trzymała palec na przycisku. Słyszała, że dzwonek brzęczy, ale gdy tylko zwolniła przycisk, po drugiej stronie drzwi znów zapanowała cisza. Jedynymi dźwiękami, jakie wydobywały się z mieszkania, odkąd przyszli tu we dwoje, były dzwonek przy drzwiach oraz sygnał pochodzący z telefonu, którego nikt nie odbierał.

– Mam spróbować jeszcze raz? – Freyja zerknęła na swojego towarzysza, wysokiego, młodego mężczyznę z brodą wikinga, złotym kolczykiem w przegrodzie nosowej i zmęczonymi oczami. Chociaż obydwoje byli w podobnym wieku, on z pewnością miał większe doświadczenie w takich sprawach jako etatowy pracownik rejkiawickiego oddziału Agencji Ochrony Dzieci. Ona pracowała tylko na zlecenie w weekendy i czasem wieczorami. Dorabiała do etatu w izbie dziecka, żeby mieć na czynsz, gdy Baldur wyjdzie z więzienia. Jeśli się okaże, że jego kolega Tobbi nie jest kompletnym idiotą i jego mieszkanie zda egzamin, może zrezygnuje z dodatkowego zajęcia. Teraz jednak stała w zaskakująco szerokim korytarzu jednego z nowych apartamentowców. Nawet gdyby pracowała dwadzieścia cztery godziny na dobę, nigdy nie byłoby jej stać na podobnie eleganckie lokum w Rejkiawiku.

– Tak, spróbuj. Dziecko może spać albo jest zbyt wystraszone, żeby podejść do drzwi.

Freyja ponownie nacisnęła dzwonek i przytrzymała przez dłuższą chwilę. Nic się jednak nie wydarzyło.

– Niemożliwe, żeby ktokolwiek spał przy takim hałasie.

– Nigdy nie wiadomo. – Pracownik socjalny, który miał na imię Didrik, podszedł do drzwi i zaczął walić w nie tak mocno, że z pewnością poczerwieniały mu kostki, choć wielobarwny tatuaż wystający spod rękawa i pokrywający wierzchy dłoni uniemożliwiał określenie ich koloru.

W tym momencie uchyliły się drzwi mieszkania w końcu korytarza i przez szparę wysunęła głowę kobieta w średnim wieku. Na widok Didrika wyraźnie się zaniepokoiła, zapewne biorąc go za egzekutora długów albo innego zbira z marginesu społecznego – bo przecież nie pracownika Agencji Ochrony Dzieci. W odróżnieniu od niego Freyja wyglądała bardzo przyzwoicie, bo wystroiła się na wczesny lunch, który musiała przerwać w połowie. Gdy stało się oczywiste, że kobieta pierwsza się nie odezwie, Freyja powiedziała:

– Przepraszam za ten hałas. Pracujemy dla urzędu miasta. Otrzymaliśmy zgłoszenie, że w tym mieszkaniu przebywa dziecko, które jest samo i być może coś mu grozi. Czy może to pani do nas dzwoniła?

Sygnalista zadzwonił pod numer alarmowy, ponieważ instytucje podległe ratuszowi nie prowadziły dyżurów telefonicznych w weekendy. Normalnie w takich przypadkach na miejsce wysyłało się najpierw policję, ale dziś ani jeden funkcjonariusz nie był dostępny, sprawa krążyła więc w systemie, aż trafiła na biurko Didrika. Po drodze jednak zagubiły się namiary na zgłaszającego.

Kobieta zrobiła minę, jakby Freyja o coś ją oskarżała. Pokręciła głową.

– Nie. Dopiero wróciłam do domu. I niczego nie zauważyłam. – Jej starannie umalowane oczy zwróciły się na egzotyczny kwiat w dużej donicy, która ich rozdzielała. Ze sposobu, w jaki na nią patrzyła, można by wnioskować, że roślina wyznacza granicę, poza którą nic złego nie zdoła się przedostać. Skrzyżowała ręce na piersi. – Jest pani pewna, że macie właściwy adres?

Freyja zamilkła, zastanawiając się przez chwilę, czy mogli popełnić błąd. Może biedne dziecko, któremu mieli pomóc, znajdowało się w sąsiednim budynku, a może nawet na sąsiedniej ulicy. Nieczęsto w końcu pracownicy socjalni trafiali do takich budynków jak ten. Nie ze względu na status materialny lokatorów, bo przemoc występuje w każdej grupie społecznej, ale dlatego, że właściciele apartamentów dawno już przekroczyli wiek rozrodczy.

Didrik odpowiedział, zanim Freyja zdążyła się odezwać.

– Tak, to z całą pewnością właściwy adres.

Kobieta zmarszczyła brwi.

– To dziwne. W tym mieszkaniu nie ma żadnych dzieci, chyba że niedawno się wprowadziły. Właściciel jest kawalerem. Z całą pewnością trafiliście pod zły adres. O ile mi wiadomo, nigdzie tu nie mieszkają dzieci. Rodzin nie byłoby stać na te mieszkania, a już zwłaszcza na to, do którego usiłujecie się dostać. To najbardziej ekskluzywny apartament w całym bloku.

– Możliwe, że dziecko przyszło w odwiedziny albo jest u kogoś pod opieką. – Freyja chciała powiedzieć, że dzieciom często zdarza się zawieruszyć, ale w ostatniej chwili uznała, że kobieta mogłaby to odebrać jako przyganę. Kątem oka zauważyła, że Didrik przykłada ucho do drzwi, jakby coś za nimi usłyszał. Chwilę później wydało jej się, że ona też wychwyciła jakiś dźwięk, jakby sygnał budzika, choć możliwe, że zadzwonił w mieszkaniu rozmawiającej z nimi kobiety.

Ale ona się nie obejrzała, prawdopodobnie więc nie był to jej budzik.

– Mój sąsiad nie wygląda mi na takiego, który opiekowałby się dzieckiem.

– Może nie. Ale wszystkie zgłoszenia musimy traktować bardzo poważnie. – Freyja zmusiła swoje usta do nieszczerego uśmiechu, a jej rozmówczyni odpowiedziała równie chłodnym skrzywieniem warg.

Didrik oderwał ucho od drzwi. Były niezwykle wysokie, prawie do samego sufitu, jakby architekt liczył się z możliwością, że lokatorzy zamieszkają tu z żyrafą.

– Ktoś tam jest.

Freyja odwróciła się od kobiety, która zrobiła niepewną minę. To zawsze jest irytujące, gdy się okazuje, że jednak nie mieliśmy racji. Dźwięk budzika, który Freyja chyba słyszała, teraz ucichł.

Didrik nacisnął dzwonek i z całej siły zapukał do drzwi. Przez chwilę stali, obserwując, jak klamka powoli opada, po czym wreszcie drzwi lekko się uchyliły.

– Dzień dobry – powiedział przez szparę. – Mam na imię Didrik, jestem pracownikiem opieki społecznej. Otrzymaliśmy zgłoszenie, że pod tym adresem przebywa dziecko potrzebujące pomocy. Czy możemy chwilę porozmawiać?

Z wnętrza mieszkania nie padła żadna odpowiedź. Didrik odchrząknął i powtórzył swoją prośbę, ale znów nastąpiła cisza. Zerkając na Freyję, uniósł brwi, po czym odsunął się na bok, gestem dając znak, że teraz jej kolej.

– Dzień dobry – powiedziała łagodnym głosem. – Jestem Freyja, czy mógłbyś otworzyć nam drzwi? Chcemy tylko się upewnić, że wszystko jest w porządku. Później sobie pójdziemy, jeśli zechcesz.

– Chcę do domu. – Cienki, słaby głosik nie pozostawiał żadnych wątpliwości, że odpowiedziało jej małe dziecko. Trudno było określić, czy chłopiec, czy dziewczynka ani w jakim dokładnie jest wieku. Freyja zgadywała, że gdzieś między trzecim a szóstym rokiem życia.

– Pomożemy ci wrócić do domu. Ale najpierw musisz otworzyć drzwi, żebyśmy mogli cię zobaczyć.

Szpara w drzwiach powoli się rozszerzyła, ukazując jasną głowę. Spod płowej grzywki na Freyję patrzyły bojaźliwie wielkie oczy. To był chłopiec, najwyżej czteroletni. Miał na sobie pikowany zielony skafander, chociaż nic nie wskazywało, że w mieszkaniu jest zimno, i duże śniegowce zapięte na rzepy, jakby właśnie wszedł albo zamierzał wychodzić.

– Chcę do domu – powtórzył płaczliwym głosem.

– Oczywiście, zabierzemy cię do domu. – Unikając gwałtownych ruchów, Freyja przykucnęła i jej twarz znalazła się naprzeciwko twarzy chłopca. – Jak masz na imię?

– Siggi.

– Witaj, Siggi. Czy jest tu ktoś dorosły, z kim moglibyśmy teraz porozmawiać?

– Nie. Jestem sam i chcę do domu. Tu nie jest mój dom.

Freyja zareagowała rzeczowo, jakby mały chłopiec przebywający bez opieki w cudzym mieszkaniu był czymś całkowicie normalnym.

– No dobrze, to gdzie mieszkasz?

– W Islandii.

Freyja się uśmiechnęła.

– Ja też. Ale gdzie w Islandii?

– W Rejkiawiku. To miasto. Ma burmistrza.

– Dobrze się składa. – Freyja wskazała na swojego towarzysza. – To jest Didrik. On pracuje dla burmistrza. Czy możesz całkiem otworzyć drzwi, żebyśmy weszli do środka? Didrik ma rysunek orła na ramieniu. Może ci go pokazać, jeśli chcesz. – Podczas jednej z poprzednich wizyt domowych Freyja była świadkiem, jak Didrik, żeby wywabić spod łóżka małego chłopca, który się tam schował, podwinął rękaw koszuli i pokazał dziecku swoje tatuaże. Chłopiec był szczególnie zachwycony widokiem orła, który z rozpostartymi skrzydłami szybował pośród innych kolorowych wizerunków.

Jasnowłosy chłopiec w zielonym skafandrze rozważał jej propozycję. Przygryzł wargi, wpatrując się w tę część rozległych rysunków na ramieniu Didrika, którą mógł zobaczyć, po czym powoli otworzył drzwi. Freyja podniosła się i zajrzała do wnętrza eleganckiego mieszkania.

– Kto tutaj mieszka? Twój tata? – Chłopiec pokręcił głową. – Znajomy twojej mamy? – Znów przeczący ruch głową. – To może twój wujek?

– Nie wiem.

– Nie szkodzi. Nie możesz wiedzieć wszystkiego.

Freyja i Didrik weszli do środka, nie odzywając się ani słowem do kobiety, która wciąż stała na korytarzu. Nie ona była ich problemem.

Wystarczył rzut oka na wnętrze, żeby stwierdzić, że ktoś, kto tu mieszka, ma forsy jak lodu. Z holu przechodziło się do imponującego salonu urządzonego w stylu minimalistycznym. Chromowane elementy designerskich mebli lśniły, jakby dopiero co zostały wypolerowane. Centralne miejsce na jednej ze ścian zajmował olbrzymi gazowy kominek, inną zdobił pojedynczy abstrakcyjny obraz. Różnokolorowe pociągnięcia pędzlem z pewnością symbolizowały kruchość ludzkiej egzystencji albo przekazywały jakiś inny, równie głęboki komunikat, ale jeśli tak, to płynął on gdzieś ponad głową Freyi. Niektóre meble przypominały raczej dzieła sztuki niż przedmioty użytkowe. Freyja nigdy wcześniej nie była w tak ekskluzywnym wnętrzu.

Wielkie okna na ścianie w głębi pomieszczenia lśniły świeżo umyte, choć mieszkanie znajdowało się na jedenastym piętrze. Przeszklona ściana obok okazała się wyjściem na taras z widokiem na zatokę Faxa. Freyja podeszła i wyjrzała przez szklane drzwi. Na tarasie stał gustowny stół ogrodowy z krzesłami do kompletu. Zapewne były używane tylko latem, jeśli w ogóle. Na terenach nadmorskich pięknemu widokowi najczęściej towarzyszy wycie wiatru.

Gdziekolwiek spojrzała, z zaskoczeniem dochodziła do takiego samego wniosku: wszystko wyglądało tak, jakby z apartamentu nikt nie korzystał. Nie dostrzegła żadnych oznak zamieszkania: żadnej poczty na komodzie przy drzwiach wejściowych, nie do końca opróżnionych szklanek na stole, rozłożonych gazet albo książek na kanapie, żadnych skarpetek na podłodze.

Podczas gdy Freyja rozglądała się po salonie, Didrik zdjął kurtkę, przykucnął obok Siggiego i zaczął mu opowiadać o ozdobach na swoim ramieniu. Dała mu znak, że idzie sprawdzić, czy faktycznie w mieszkaniu nie ma nikogo innego. Didrik odpowiedział jej skinieniem głowy i zachęcił zaciekawione dziecko, żeby dotknęło jednego z tatuaży niepewnie wyciągniętym paluszkiem.

Freyja rozpoczęła poszukiwania od otwartej kuchni przylegającej do salonu. W niej też nie dostrzegła żadnych oznak życia, jeśli nie liczyć zapakowanej w kolorowy papier paczki na stole kuchennym. Freyja podeszła do stołu, żeby odczytać naklejkę: „Dla: Hallbera – Od: Helgi”. Imiona wpisane były ręcznie. Chyba przez kobietę. Freyja okrążyła mebel, oglądając resztę kuchni.

Wszystkie powierzchnie wyglądały tak, jakby przed chwilą ktoś je wytarł, pusty stalowy zlew lśnił czystością i nie miał ani jednego zarysowania, a nieliczne stojące na wierzchu przedmioty zdawały się stać na swoich miejscach. W jednej ze ścian zabudowano trzy piekarniki jeden obok drugiego, ale żaden nie wyglądał na używany, i ekspres do kawy, który sprawiał wrażenie dopiero co wyjętego z pudełka. Ktokolwiek tu mieszkał, musiał zatrudniać armię sprzątaczek, podczas gdy ludzie tacy jak ona mogli tylko marzyć o zatrudnieniu kobiety do sprzątania na kilka godzin w tygodniu. Freyja powstrzymała się przed otwieraniem szafek i lodówki. Z pewnością nikt się w nich nie ukrywał, a ona miała sprawdzić, czy w mieszkaniu jest ktoś jeszcze, a nie zaspokajać swoją ciekawość.

Następnie wyszła na korytarz, który prowadził do dużej sypialni z przyległą garderobą i łazienką, gabinetu oraz mniejszej sypialni z łazienką. Każde kolejne drzwi, które otwierała, odkrywały przed nią kolejny nieskazitelnie czysty pokój. Freyję szczególnie zainteresowała garderoba, bo pozwoliła jednoznacznie stwierdzić, że apartament zajmuje samotny mężczyzna, prawdopodobnie ten Helgi, który kupił prezent dla Hallbery. Kimkolwiek była Hallbera, najwyraźniej tu nie mieszkała, bo w garderobie nie wisiało nawet jedno damskie ubranie. Po jednej stronie umieszczono rzędy identycznych najmodniejszych garniturów, staranie wyprasowanych koszul na każdą chyba możliwą okazję i niezliczone eleganckie skórzane półbuty w różnych odcieniach brązu. Drugą stronę zajmowały ubrania na mniej formalne okazje: sterty dżinsów, bawełnianych podkoszulków i swetrów starannie ułożone na półkach, pod nimi zaś buty do biegania i mokasyny. Freyja nie mogła się oprzeć pokusie i zajrzała do stojącego pośrodku pomieszczenia masywnego mebla, który służył zarówno jako stół, jak i komoda. Bez zaskoczenia patrzyła na zrolowane jedwabne krawaty, skórzane paski, kolorowe skarpety i różne akcesoria. Dość się naoglądała filmów o bogatych kawalerach, żeby wiedzieć, czego się w tych szufladach spodziewać. Jedyna różnica między tym pomieszczeniem a garderobami bohaterów filmów polegała na tym, że za ubraniami nie było żadnego schowka ze stertą fałszywych paszportów, zwitkami dolarów i rozwieszonymi na ścianie pistoletami.

Chociaż wszystkie powierzchnie lśniły, mieszkanie wydało się Freyi przygnębiająco bezduszne i bezosobowe. Nawet biurko w gabinecie było puste, jeśli nie liczyć stojącego pośrodku monitora oraz bezprzewodowej klawiatury z myszą. Nigdzie nie dostrzegła nawet drobinki kurzu. Jedyny ślad zamieszkania zauważyła w głównej sypialni. Łóżko było zasłane, ale przy krawędzi materaca od strony drzwi wejściowych znajdowało się nieduże wgniecenie, prawdopodobnie zostawione przez chłopczyka. Obok leżał duży, staromodny budzik, a na stoliku nocnym stała do połowy opróżniona butelka soku pomarańczowego, przy której Freyja dostrzegła dwie zatemperowane kredki, czerwoną i zieloną.

Wróciła do holu i przecząco pokręciła głową, patrząc na Didrika. Po jego reakcji nie potrafiła określić, jak przyjął wiadomość, że w domu nie ma nikogo innego. Jej współtowarzysz po prostu odwrócił się z powrotem do chłopca, który w tanim skafandrze i ciężkich śniegowcach zupełnie do tego wnętrza nie pasował.

– Jak długo byłeś tutaj sam? – zapytała.

– Nie wiem.

– Czy pamiętasz, kto cię tutaj przyprowadził? Czy to była twoja mama albo twój tata?

– Nie.

– A kto?

– Pan.

– Pan, którego znasz?

– Nie.

– Czy ten pan tutaj mieszka?

– Nie wiem.

– Czy ma na imię Helgi?

– Nie wiem.

– Czy znasz jakąś panią albo dziewczynkę, która ma na imię Hallbera?

Siggi pokręcił głową, Freyja zmieniła więc taktykę.

– Czy przyszedłeś tutaj dzisiaj rano, czy wczoraj?

– Nie wiem.

Didrik wstał.

– A może pójdziemy kupić ci hot doga albo loda? Jesteś głodny?

– Tak.

– Potem możemy iść do mojej pracy i poszukać twojej mamy.

Chłopiec szeroko otworzył oczy, natychmiast się rozpogadzając.

– Ona tam jest? Schowała się?

– Nie. – Didrik uśmiechnął się, wkładając kurtkę. – Ale w moim pokoju możemy skorzystać z telefonu i komputera, żeby jej poszukać. W moim komputerze znajdziemy wiele informacji. O tobie i o twojej mamie. Postaramy się, żebyś szybko do niej wrócił.

Freyja wyciągnęła dłoń, żeby wziąć chłopca za rękę i wyjść, ale gdy tylko mała ręka ufnie odpowiedziała na jej gest, ktoś zadzwonił do drzwi. Chłopiec wyrwał rękę z jej dłoni, z przerażeniem zerkając w stronę wyjścia. Także Freyję i Didrika zaskoczył głośny, niespodziewany dźwięk. Żadne nie zareagowało, jakby oczekując, że inicjatywę przejmie to drugie, ale gdy dzwonek rozległ się ponownie, Freyja podeszła i otworzyła drzwi.

W korytarzu zobaczyła drobną rudowłosą kobietę w policyjnym mundurze.

Za jej plecami stał nikt inny jak Huldar.

Rozdział 4

Kątem oka Huldar obserwował, jak Freyja rozrywa papierowe opakowanie, wyjmuje słomkę i wsuwa ją do kartonu mleka czekoladowego, by następnie wręczyć go chłopcu, który siedział, machając nóżkami, na krześle odsuniętym od biurka Huldara. Mleko czekoladowe okazało się strzałem w dziesiątkę, bo chłopiec pił, dopóki kartonik nie wgniótł się pośrodku. Zdaje się, że obiecano mu też hot doga, ale w policyjnej kantynie ich nie serwowali, a nikt nie miał czasu, żeby wyjść na miasto. Chłopiec dostał więc herbatniki, kanapkę z serem i mleko czekoladowe. Na herbatniki i kanapkę ledwie spojrzał.

Mimo tak miernego posiłku ich mały gość wyglądał na zadowolonego. Ilekroć w zasięgu wzroku pojawiał się ktoś w mundurze, chłopiec szeroko otwierał oczy, wyciągał bródkę do góry i z przejęciem go obserwował. Dzieciak sprawiał wrażenie wręcz szczęśliwego, więc Huldar zaczął się obawiać, że będzie miał problem z odzyskaniem swojego miejsca pracy. Wracając z kantyny, Huldar patrzył, jak hipster z opieki społecznej przypina kartkę do tablicy nad jego biurkiem. Widniejący na niej rysunek przedstawiał trzy patykowate postaci z liniami w miejscu ust i zwichrowanymi okręgami zamiast oczu. Pierwsza z tych postaci była o wiele niższa, a spośród tych wyższych druga wyraźnie przerastała trzecią. Może i lepiej, że na komendzie policji chłopiec czuł się jak w domu, bo było raczej oczywiste, że nie ma przyszłości jako artysta.

Właściwie Huldar powinien natychmiast zdjąć rysunek ze ściany, bo regulamin zabraniał dekoracji o charakterze osobistym, ale chłopiec wydawał się bardzo dumny, że widzi tam swoje dzieło. Chwilę później, gdy Huldar podawał dziecku przyniesiony posiłek, przyszła Freyja i już nie było mowy, żeby zachowywał się jak sztywniak, który psuje zabawę, tym bardziej że podczas wizyty w toalecie najwyraźniej podmalowała usta, być może nawet z myślą o nim.

– Zreferuj mi to jeszcze raz – poleciła Erla. Niewiele już brakowało, żeby wpadła we wściekłość. Dzień źle się zaczął, a potem sytuacja tylko się pogarszała, bo Erla czuła presję ze wszystkich stron. Ważniacy z biura komisarza policji, nie chcąc się skompromitować w oczach przedstawicieli innych instytucji państwowych, bez przerwy stali jej nad głową. Nieźle ją pewnie obsztorcowali, gdy zameldowała, że zwłoki musiały zostać na miejscu. Huldar nie zazdrościł jej, będąc świadkiem tego, jak bezskutecznie próbuje wtrącić choć słowo wyjaśnienia między kolejne obelżywe tyrady wygłaszane po drugiej stronie słuchawki.

Nikt w wydziale do spraw zabójstw nie wątpił, że Erla podjęła trafną decyzję. To znaczy nikt oprócz Líny. Ona wolałaby, żeby czynności na miejscu znalezienia zwłok trwały mimo wizyty państwowej. Z kolei przełożeni Erli woleliby, żeby ciało stamtąd wywieźć bez względu na to, czy zgon nastąpił wskutek morderstwa, czy nie. Decyzja Erli była kompromisem: wstrzymała dochodzenie na czas wizyty, ale kazała zakamuflować zwłoki. Jednak – jak często bywa, gdy się chce zadowolić wszystkich – nie zadowoliła nikogo. Na szczęście chińska delegacja zakończyła już wizytę w Bessastadir i martwy mężczyzna został przewieziony do kostnicy, w czasie gdy Huldar przebywał w jego mieszkaniu.

– Gdy przyszliśmy na miejsce, oni byli już w mieszkaniu – powtórzył Huldar. – Freyja, chłopczyk i koleś z urzędu miasta, znaczy ten hipster przy moim biurku. – Gwałtownym ruchem głowy wskazał mężczyznę, który doglądał chłopca razem z Freyją. Szczerze mówiąc, ten młody mężczyzna w żaden sposób nie zapracował na niechęć Huldara, ale najwyraźniej wpadł w oko Freyi. Może więc jednak szminka była dla hipstera, nie dla niego. Huldar spochmurniał, zdając sobie z tego sprawę, że niemal do reszty stracił nadzieję na odzyskanie sympatii psycholożki. Ale nadal mógł marzyć, a w jego marzeniach nie było miejsca na hipstera, zwłaszcza na takiego, który swoją dłoń kładzie na ramieniu Freyi, coś przy tym szepcząc jej do ucha. Huldar znów skupił uwagę na swojej szefowej. – Zostali wysłani pod ten adres po zgłoszeniu, że znajduje się tam dziecko, które potrzebuje pomocy. Chłopiec otworzył im drzwi, ale moim zdaniem nie ma pojęcia, co się dzieje. Nie zna właściciela mieszkania ani nie potrafi wyjaśnić, co tam robił.

Erla się skrzywiła. We włosach miała gałązkę wrzosu, na którą Huldar starał się nie patrzeć. Nikt nie zdobył się na odwagę, żeby jej o tym powiedzieć, choć było pewne, że Erla się nie ucieszy, gdy w końcu odkryje, że chodziła z tym jak idiotka przez cały dzień, odkąd zamaskowali zwłoki na polu lawowym.

– To dlaczego nie kontaktujecie się z rodzicami? – zapytała zniecierpliwionym tonem. – Muszą przecież wiedzieć, co ich syn tam robił.

– Powiedział tylko, że ojciec ma na imię Sibbi, a matka Systa, co niewiele nam ułatwia. Chłopiec nie zna swojego nazwiska ani nie wie, kiedy ma urodziny. Wie tylko, że ma cztery lata. Lína przegląda rejestr ludności w poszukiwaniu czterolatków o imieniu Sigurdur. Przy tak popularnym imieniu na pewno znajdzie ich mnóstwo, namierzenie rodziców trochę więc potrwa.

– A co mamy robić w międzyczasie? Zamienić salę odpraw na przedszkole? Może powinnam zamówić kącik zabaw dla dzieci, taki jak mają w bankach? – Erla prychnęła drwiąco. – Gdybyś nie zauważył, to i bez tego mamy na głowie aż za dużo. Czy ta… jak jej tam… nie mogłaby zabrać stąd chłopca i załatwić sprawę w izbie dziecka? – Erla doskonale wiedziała, jak psycholożka ma na imię. – Jest za wcześnie, żeby przesłuchiwać ewentualnego świadka, zwłaszcza że świadek ledwie umie mówić. Skoro nie wie nawet, jak się nazywa, to jakie są szanse, że będzie potrafił wskazać nam mordercę? Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, co sobie myślałeś, przyprowadzając go tutaj w takiej sytuacji. Nie mogłeś, kurwa, pomyśleć?

Huldar przypomniał sobie, że Erla potrzebuje wentyla bezpieczeństwa, że nie chodzi tu o niego. Ignorując jej wybuch, cierpliwie wyjaśnił:

– Przyprowadziłem ich tutaj, bo nie widziałem innej możliwości. Poza tym sądziłem, że chłopiec może rzucić trochę światła na sprawę. Czy to nie dziwny zbieg okoliczności, że w mieszkaniu ofiary morderstwa znajdowało się porzucone dziecko?

– Pewnie, że to dziwne, cholernie dziwne, ale nie aż tak, jak facet powieszony na Wzgórzu Wisielców. Przecież to atrakcja turystyczna. Egzekucji nie wykonuje się tam od wieków. – Telefon na biurku zadzwonił i Erla chwyciła słuchawkę. Niemal w tym samym momencie do gabinetu weszła Lína z papierami w ręku. Nie czekając, aż Erla skończy rozmawiać, oznajmiła Huldarowi:

– W całej Islandii imię Sigurdur nosi cztery tysiące pięćset osób, z czego dla większości to pierwsze imię. Sto trzech noszących to imię chłopców urodziło się w okresie od trzech do pięciu lat temu. Trochę rozszerzyłam kryteria wyszukiwania, bo maluch mógł źle zapamiętać swój wiek.

– Dużo tych dzieci, Líno, ponad setka.

– Liczba się zmniejsza, jeśli założymy, że chłopiec faktycznie mieszka w Rejkiawiku. Do trzydziestu ośmiu.

– To nie aż tak źle, ale może da się to zawęzić jeszcze bardziej? Na przykład używając imienia jego ojca, żeby wykluczyć jeszcze parę nazwisk.

Lína uśmiechnęła się, wyraźnie zadowolona z siebie.

– Już to zrobiłam. Sprawdziłam, które imiona można zdrobnić do Sibbi, ale niestety trochę ich jest. Najczęściej pojawiały się Sighvatur, Sigurbjörn, Snæbjörn, Sindri, Steingrímur i Sigurdur. Ale znalazłam też przypadki, gdy w ten sposób nazywano panów o imieniu Thorsteinn i Ingibergur. Nie dopatrzyłam się żadnej prawidłowości oprócz takiej samej początkowej litery większości imion. Jeśli pójdziemy tym tropem, to zostajemy z piętnastoma chłopcami o właściwym patronimiku. Do tego trzech z nazwiskiem po matce, ale jeden z nich ma zaledwie trzy lata, a jeden prawie sześć, a to dla naszego chłopca albo za mało, albo za dużo.

– Czyli mówimy o piętnastu albo szesnastu, tak?

Lína potwierdziła skinieniem głowy.

To by znaczyło, że zadanie jest wykonalne, chociaż lista nie obejmowała tych Siggich, którzy przebywali w Rejkiawiku, ale według rejestrów zamieszkiwali gdzie indziej, ani tych, których ojcowie używali zdrobnienia Sibbi, choć nie mieli imion zaczynających się na literę S. No i nie dało się wykluczyć, że zdrobnienia Siggi użyto dla chłopców, których pełne imię nie brzmiało Sigurdur.

– Czy imię Siggi występuje niezależnie?

– Tak. Nosi je dwóch Islandczyków, ale w obydwu przypadkach to drugie imię i żaden z nich nie jest w odpowiednim wieku.

Erla zakończyła rozmowę i podniosła się z krzesła.

– Dzwonili z patomorfologii. Są gotowi do sekcji zwłok.