Złe decyzje - Yrsa Sigurðardóttir - ebook + książka

Złe decyzje ebook

Sigurðardóttir Yrsa

0,0
50,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Pięcioro przyjaciół z czasów studenckich przyjeżdża na Wyspy Westmana u wybrzeży Islandii, aby wziąć udział w pogrzebie koleżanki. To miało być zamknięcie rozdziału, ostatnie pożegnanie, które zakończy mroczną historię – zamiast tego otwiera ją na nowo. Kiedy burza odcina wyspę od stałego lądu, a telefony milkną, na jaw wychodzą skrywane przez lata sekrety. I żadna śmierć nie wydaje się przypadkowa. Wkrótce potem na skalistej plaży nieopodal domu, w którym zatrzymali się przyjaciele, zostają odnalezione dwa ciała. Na miejsce wraz z grupą techników przybywa lekarka sądowa Idunn, by wesprzeć lokalnych stróżów prawa. Dla Idunn, która tutaj dorastała, to powrót do skomplikowanych relacji rodzinnych i duchów przeszłości, a te wolałaby trzymać jak najdalej od siebie. Czy ktokolwiek opuści wyspę bez szwanku?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 510

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału islandzkiego:Gættu þinna handa

Tytuł przekładu angielskiego:The Wake

Copyright © Yrsa Sigurðardóttir 2022

Published by agreement with Salomonsson Agency

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2026 for the Polish translation by Paweł Cichawa

(under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)

Książkę przełożono z języka angielskiego.

Z języka islandzkiego na angielski przełożyła Victoria Cribb.

Projekt graficzny okładki: Mariusz BanachowiczZdjęcie autorki: © Lilja Birgisdóttir

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Aneta Drdzeń, Joanna Habiera, Iwona Wyrwisz

ISBN: 978-83-68543-20-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, e-mail: [email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/WydawnictwoSoniaDraga

E - wydanie 2026

Książkę tę dedykuję mojej siostrze Laufey Ýr Sigurdardóttir

Za okazaną mi pomoc podczas zbierania informacji i pisania tej książki podziękowania raczą przyjąć: pielęgniarka Audur Ásgeirsdóttir, inspektor policji Grímur Hergeirsson, „promień słońca” Hálfdan Steinthórsson, kustoszka muzeum Kristín Jóhannsdóttir, kierownik hotelu Magnús Bragason, biznesmen Thröstur Johnsen.

Rozdział 1Dzień pierwszy – czwartek 23 stycznia

Niewiele było do zobaczenia poza szarymi, gniewnymi falami. Trausti wyszedł jednak na pokład nie po to, by podziwiać widoki, chciał się uwolnić od choroby morskiej. Przywarł do relingu, zamknął oczy i wystawił twarz na bezlitośnie kłujący śnieg. Prom płynął pod wiatr, dlatego niewinne płatki uderzały z siłą gradu i choć to zdumiewające, ta naturalna akupunktura okazała się skuteczna. Trausti poczuł się lepiej, nie zbierało mu się już na wymioty, a ból głowy, wcześniej tak silny, że praktycznie uniemożliwiał myślenie, zaczął ustępować. Pod pokładem powietrze było przesycone odorem wymiocin pasażerów źle znoszących kołysanie, Trausti postanowił więc pozostać na górze aż do chwili, gdy prom przybije do brzegu.

Uniósł dłoń do czoła, żeby osłonić oczy, potem je otworzył i przez śnieżną zasłonę dostrzegł zarys lądu. Byli już niemal u celu. Odwrócił się i przez jedno z wielkich okien salonu spojrzał na zbolałe miny skulonych w fotelach przyjaciół. Przyszło mu na myśl, żeby pójść po nich i wyprowadzić na zewnątrz, zaraz jednak porzucił ten pomysł. Przed chwilą żadne z nich nie chciało wyjść z nim na pokład i raczej nie zmienili zdania. Twierdzili, że nie są w stanie się podnieść, chociaż zapewniał, że świeże powietrze przywróci im siły. Poza tym bali się, że stracą miejsca, bo prom był przepełniony – tak bardzo, że udało im się zdobyć zaledwie cztery bilety. Trausti musiał się ukryć pod stertą płaszczy na tylnym siedzeniu samochodu. Gdy już wjechali na pokład, nie stanowiło to problemu, ponieważ z łatwością wmieszał się w tłum. I dobrze, bo nie potrafił sobie nawet wyobrazić, jak zniósłby pobyt w pojeździe, skoro statek tak mocno się przechylał i kołysał.

Kiedy znów spojrzał w stronę brzegu, skaliste klify u wejścia do portu Heimaey nie były już niewyraźnymi cieniami. Prom płynął szybko i zanim Trausti zdążył się zorientować, mijał pionową, porowatą ścianę klifu Ystaklettur z jaskinią u podnóża. Zdawało mu się, że w zatoce Klettsvík dostrzegł morską zagrodę, w której ostatnio urządziły sobie dom dwie siostry-białuchy, ale żadna z nich nie wynurzyła się na powitanie promu. Być może akurat ich nie było albo zdążyły przywyknąć do licznych jednostek przepływających obok. Wokół nie brakowało jednak spektakularnych widoków, jak choćby imponująca skała Heimaklettur wznosząca się po prawej stronie czy wielka połać lawy z erupcji w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym trzecim roku po lewej.

Jak dotąd wszystko szło idealnie i Trausti nie chciałby zmienić ani jednego szczegółu. Nawet tego wyczerpującego, trwającego dwie godziny i trzy kwadranse rejsu. Planowali przeprawę promem z bliższego portu Landeyjahöfn, co pozwoliłoby im dotrzeć na miejsce w zaledwie trzydzieści pięć minut, jednak w dzień wyjazdu Ari, który kupił bilety, otrzymał rano SMS z informacją, że z powodu niekorzystnej pogody statek wyruszy z Thorlákshöfn. Nie miało to większego wpływu na całkowity czas podróży; oznaczało jedynie krótszą jazdę z Rejkiawiku do portu, a następnie dłuższy rejs. Zresztą tej wyprawy i tak nie mogliby przełożyć.

Ale zmiana portu nie była jedyną przeszkodą, jaką los postawił im na drodze. Niemal musieli zrezygnować z podróży, gdy się okazało, że na wyspach za żadne pieniądze nie sposób znaleźć noclegu. Nie przyszło im do głowy, że miasteczko na Heimaey, jedynej zamieszkanej wyspie archipelagu, w styczniu będzie równie oblegane jak zwykle w pełni lata. Tymczasem rząd Islandii zwołał konferencję poświęconą przyszłości przemysłu rybnego i w swej mądrości postanowił zorganizować ją właśnie na wulkanicznych Wyspach Westmana leżących u południowych wybrzeży kraju. Armatorzy trawlerów i całe rzesze ludzi związanych z rybołówstwem zjechali tam z różnych stron, co sprawiło, że pokoje w hotelach, pensjonatach i apartamenty wakacyjne wyprzedały się błyskawicznie, podobnie jak bilety na prom. Zazwyczaj taka sytuacja zdarzała się jedynie podczas słynnego festiwalu plenerowego organizowanego na Heimaey w sierpniowy weekend świąteczny. Tym razem na zatłoczonym promie panowały inne proporcje płci i inny nastrój. Gdziekolwiek się spojrzało, widziało się siedzących mężczyzn, których posępne twarze sugerowały, że ich wizja przyszłości raczej nie pokrywa się z planami rządu.

Na szczęście dla Traustiego i pozostałych Ari uratował sytuację, wykorzystując swoje znajomości, by załatwić im nocleg. I to nie byle jaki. Zamiast w osobnych pokojach w hotelu, mieli razem zamieszkać w świeżo odnowionym domu wakacyjnym na cyplu Stórhöfdi. Dostępne były tam kuchnia, salon i wszystkie inne udogodnienia, włącznie z własną łazienką przy każdej sypialni. Układ wydawał się idealny, pojawił się jednak problem: dom miał cztery sypialnie, a ich było pięcioro. Rozwiązał go Leifur, trzeci mężczyzna w grupie, który oznajmił, że nie przeszkadza mu spanie na sofie.

Kiedy Leifur sam się zgłosił, Trausti odetchnął z ulgą, bo był pewien, że właśnie on będzie musiał ją zająć. Właściciele domu nie mogli się dowiedzieć, że sofa posłuży do takiego celu, a Trausti, jako znacznie bardziej schludny i uporządkowany niż Leifur, miałby mniejsze szanse zdradzić to jakimś bałaganem. O tym, aby któraś z dziewczyn na niej spała, w ogóle nie rozmawiano. A ponieważ Ari załatwił im dom, nie ulegało wątpliwości, że jemu należy się sypialnia.

Trausti zerknął w kierunku cypla wznoszącego się na południowym krańcu wyspy, ale nie wypatrzył ich domu. Nie mógł się doczekać, aż go zobaczy. Nie co dzień trafia się okazja, żeby zamieszkać w budynku przylegającym do latarni morskiej. Niegdyś zajmował go latarnik, ale przeszedł na emeryturę, kiedy zarówno latarnia, jak i stacja meteorologiczna zostały zautomatyzowane. Grupa inwestorów wzięła potem dom w długoterminowy najem i wyremontowała go, nie szczędząc pieniędzy. Ari pracował jako ekonomista w dużym banku i stamtąd znał jednego z inwestorów – ten się ulitował, gdy usłyszał o problemach grupy przyjaciół z zakwaterowaniem. Cała zasługa Ariego, że załatwił ten nocleg, zwłaszcza że w odnowionym domu nikt jeszcze nie nocował, nawet sami inwestorzy. Planowali ochrzcić to miejsce, gdy przeminą najgorsze zimowe burze, a do tego czasu prawdopodobnie nie chcieli ryzykować, że wiatr zdmuchnie ich z klifu.

Kolejną wielką zaletę takiego rozwiązania stanowiło to, że przyjaciele dostali dom za darmo. Trausti odbywał staż podyplomowy z reumatologii w USA i choć nauka wiązała się z pracą w szpitalu, zarabiał bardzo mało. Stawkę godzinową prawdopodobnie miał niewiele wyższą od nastolatka pracującego w barze typu drive-in. Co miesiąc zostawała mu do dyspozycji naprawdę niewielka kwota, a lot na Islandię sporo kosztował, zwłaszcza że musiał kupić bilet w ostatniej chwili. Trzy noce w hotelu dodatkowo nadszarpnęłyby jego budżet, dlatego z ulgą przyjął fakt, że jedynym warunkiem było dbanie o dom, tak aby pozostał czysty i w nienaruszonym stanie. Dowiedziawszy się o celu podróży grupki przyjaciół, wynajmujący zapewne uznali, że w tej kwestii nie będzie problemu: żałobnicy udający się na pogrzeb raczej powinni zachowywać się stosownie.

Prom zwolnił, podpływając do nabrzeża, i Trausti zerknął przez okna salonu. Jego przyjaciele wstawali, a Sigga machała do niego, żeby się pośpieszył. Uśmiechnął się do niej i odpowiedział kiwnięciem ręki, po czym puścił poręcz i ruszył do środka. Miał nadzieję, że jego uśmiech nie był zbyt szeroki w obliczu smutnej okazji; nie chciał zdradzić, jak wiele się spodziewa po nadchodzącym weekendzie. Oby tylko pozostałym też udzieliło się poczucie, że życie toczy się dalej, i gdy jutro pogrzeb dobiegnie końca, dadzą sobie na luz, żeby w pełni cieszyć się tym spotkaniem. Ale nie było to coś, o czym mogliby teraz rozmawiać. Hej, może byśmy urządzili porządną stypę i dali czadu, kiedy Guggę zasypią w grobie? W końcu wcześniej nie sposób przewidzieć, jaki nastrój zapanuje. Wszystko musiało wyjść spontanicznie.

Trausti podążył za przyjaciółmi na pokład samochodowy, gdzie wsiedli do swoich aut. Żałował, że nie jechali razem, ale nie dałoby się upchnąć ich wszystkich z bagażami w jednym samochodzie. No i w ten sposób nikt nie musiał siedzieć ściśnięty na środkowym miejscu tylnej kanapy. Wszyscy byli wysocy, z wyjątkiem Siggi, lecz ona nigdy nie podporządkowałaby się decyzji opartej wyłącznie na wzroście, co oznaczało, że to właśnie Trausti skończyłby zgnieciony pośrodku i resztę weekendu spędziłby na rozprostowywaniu nóg. Nie, tak było lepiej.

Przydzielono mu tylne siedzenie w eleganckim elektrycznym aucie Ariego, a Sigga zajęła miejsce z przodu. Ragga zabrała się z Leifurem jego kombi. Samochody stały jeden obok drugiego i Trausti skinął głową w stronę Raggi, gdy ich spojrzenia się spotkały. Uśmiechnęła się do niego, po czym odwróciła głowę i skierowała wzrok przed siebie, a on wpatrywał się w jej profil jeszcze przez krępująco długą chwilę.

– Co to za gówno? Już nigdzie nie da się ukryć przed ulotkami? – Ari niechętnie wskazał kawałek papieru wetknięty pod jedną z wycieraczek.

Trausti się rozejrzał, próbując dociec, czy to faktycznie jakaś kampania reklamowa, bo na pobliskich pojazdach nie zauważył żadnych ulotek.

– To mandat?

Ari oburzył się jeszcze bardziej:

– Mandat na promie? Za co? Niewrzucenie pieniędzy do parkomatu? Albo zbyt szybką jazdę po pokładzie?

– Może mnie namierzyli? – Trausti miał nadzieję, że jednak nie. Reszta mogłaby oczekiwać, że sam zapłaci mandat, skoro to on jechał na gapę, a kwota z pewnością przewyższałaby znacznie cenę biletu. Na lotnisku wypłacił całą gotówkę, którą mógł przeznaczyć na tę podróż, aby powstrzymać się przed wydawaniem ponad miarę. Nieprzewidziany mandat zrujnowałby jego budżet.

– Jebani faszyści! – Ari odpiął pas, otworzył drzwi i sięgnął po kartkę. Przeczytał ją, wciąż półsiedząc w samochodzie, po czym rzucił papier na pokład i wrócił do środka. – Jakieś gówno!

– Co to było? – Sigga brzmiała nieswojo, jakby wciąż walczyła z mdłościami.

– Zwykłe pierdoły. Ale nie mandat. – Ari ponownie zapiął pas i obiema dłońmi chwycił kierownicę. –  N o   j u ż.  Kiedy w końcu stąd wyjedziemy?

– Lada chwila. – Trausti zdążył zauważyć, że na ulotce był jakiś napis. – O co chodziło?

– Jak mówiłem, zwykłe pierdoły. „Wracajcie do domu. To nie miejsce dla was”. Coś w tym stylu. Pewnie pozdrowienia dla któregoś polityka. Od wściekłego rybaka, który pomylił samochody.

Z głuchym skrzypieniem i zgrzytem metalu, który odbił się echem po pokładzie samochodowym, opadła wielka rampa i samochody ruszyły. Ari odetchnął z ulgą, a Trausti zrezygnował z prób odczytania ulotki przez okno. Odwrócił się do przodu i znów musiał powstrzymywać uśmiech radosnego oczekiwania, obawiając się, że Sigga lub Ari spojrzą w lusterko wsteczne. Nie chciał, żeby uznali go za dziwaka.

W tej chwili nie było na świecie miejsca, w którym wolałby się znaleźć, niż właśnie tutaj, na Wyspach Westmana razem z przyjaciółmi. Stanowili jedyną paczkę, do jakiej kiedykolwiek należał, i bardzo brakowało mu ich wszystkich. Zaakceptowali go od pierwszego dnia, najwyraźniej nie dostrzegając tych cech, które jego szkolni koledzy uznawali za beznadziejne. Ponieważ sam nigdy nie odkrył, co właściwie jest z nim nie tak, nie był w stanie tego poprawić, choć zrobiłby wszystko, co w jego mocy, by wkraść się w łaski rówieśników. Tyle że zaledwie zmienił w sobie jedną rzecz, oni już wynajdowali jakiś inny negatywny aspekt jego charakteru. Tak przywykł do szkolnych prześladowań i odrzucenia, że upłynęło wiele czasu, zanim odpuścił czujność i zaakceptował, że jego nowi przyjaciele są właśnie nimi – przyjaciółmi. A nie wrogami w przebraniu, którzy pokażą prawdziwe oblicze, gdy tylko odważy się opuścić gardę.

A może taką właśnie mieli p r a w d z i w ą  twarz? Gdyby Trausti miał być wobec siebie całkowicie szczery, musiałby przyznać, że jego motywacja do tej podróży częściowo wynikała z dręczącego niepokoju na tym właśnie tle. Wśród nich pięciorga pozostało tak wiele niewypowiedzianych kwestii, a on chciał uczestniczyć w spotkaniu, na wypadek gdyby miały wypłynąć. Wiedział, że nikt z pozostałych nie weźmie go w obronę, będzie musiał zrobić to sam. A jednak przesadzał. Przypomniał sobie, że przez cały czas ich znajomości ci ludzie nigdy nie okazali mu niczego poza życzliwością.

Poznali się na pierwszym roku studiów w Rejkiawiku, wprowadzając się w tym samym czasie na ten sam korytarz w akademiku. Wszyscy pochodzili z małych miejscowości i swoje życie towarzyskie musieli zaczynać od nowa. Można by powiedzieć, że to samotność w mieście ich do siebie zbliżyła, a nie podobieństwo poglądów czy zainteresowań, ale co dziwne, mimo wszystko świetnie się dogadywali. Ostrych spięć zdarzało się niewiele, a żadne z nich naprawdę nie działało na nerwy pozostałym. Oczywiście od czasu do czasu pojawiały się tarcia, ale zawsze szybko mijały. Przypominali trochę zżyte rodzeństwo.

Chociaż od ich ostatniego spotkania minęło sporo czasu, zaraz po wejściu na pokład promu wpadli w dawne role, mimo ogólnej atmosfery przygnębienia i choroby morskiej. Trudno było udawać cokolwiek, gdy walczyło się o utrzymanie śniadania w żołądku, a niezręczne pogawędki, które prowadzili podczas podróży z Rejkiawiku do portu w Thorlákshöfn, szybko ustąpiły miejsca otwartości. Po ukończeniu studiów każde obrało swoją drogę zawodową i przyjęło nowe role społeczne w nowych kręgach towarzyskich. Można by się spodziewać, że przez lata wszyscy się zmienią i dojrzeją. Trausti się obawiał, że po tym rozproszeniu nie zdołają odtworzyć dawnej dynamiki grupy, ale jego lęki okazały się nieuzasadnione – zresztą jak większość innych, które go dręczyły. Na razie przynajmniej nie zauważył żadnych oznak, by stali się inni niż kiedyś – tylko trochę starsi. Być może miało to związek z tym, że nikt z nich jeszcze się nie ustatkował ani nie został rodzicem, chociaż wszyscy w tym roku kończyli trzydzieści lat.

Najbardziej rzucał się w oczy strój, który bardzo się zmienił od czasów, gdy Trausti poznał swoich przyjaciół. Niektórzy członkowie starej paczki byli wyraźnie lepiej ubrani niż dawniej. Ari z przyzwyczajenia włożył tego ranka garnitur, w którym co dzień chodził do pracy, potem jednak się rozmyślił, zdjął marynarkę i na koszulę narzucił sweter, ale zapomniał o butach i do samochodu zszedł w lakierkach. Na ciuchach Siggi od razu rzucały się w oczy logo wielkich marek odzieżowych, w każdym razie Trausti tak się domyślał. Nawet klamra jej paska składała się z dwóch splecionych liter. Sigga pracowała jako radca prawny w dużej kancelarii i podczas jazdy do portu usilnie przekonywała, że dobrze jej się wiedzie. Najwyraźniej strój dobrała tak, aby o tym świadczył: miał ogłaszać jej sukces każdemu, kogo spotka. Styl ubioru Raggi również ewoluował – z ekstrawaganckiego na sensowny. Zniknął drobny złoty kolczyk, który nosiła w nosie, pozostawiwszy po sobie tylko malutką bliznę, niezauważalną dla kogoś, kto nie wiedział, gdzie szukać.

Styl Traustiego nie zmienił się tak bardzo jak u pozostałych, ale i on dostosował swój wygląd. Szpital narzucał sposób ubierania się. W ciągu ponad dwóch lat, odkąd się przeniósł do Stanów, instynktownym wyznacznikiem w kwestii ubioru stała się dla niego schludność. Nie prezentował się jednak tak elegancko jak jego przyjaciel bankier, przypominał raczej tańszą wersję Ariego. Jedynie Leifur pozostał taki jak wcześniej. W znoszonym T-shircie z tak spranym, że niemal niewidocznym nadrukiem, dżinsach i brudnej kurtce nadal wyglądał jak członek ekipy technicznej podczas trasy koncertowej zespołu rockowego, który nigdy nie odniósł sukcesu. Co dziwne, ta niezmienność sprawiała Traustiemu radość. W gruncie rzeczy wolałby, żeby takie jak dawniej pozostało wszystko.

To oczywiście było niemożliwe. Styl ubierania mógł się zmieniać pod wpływem mody, wieku czy wykonywanego zawodu, ale nic nie wymazałoby faktu, że w ich gronie kogoś zabrakło.

Przyjemne poczucie spokoju i zadowolenia, które już zaczynało go ogarniać, zniknęło w jednej chwili, ustępując miejsca uciskowi w żołądku. Trausti zamknął oczy i odsunął od siebie bolesne wspomnienia, próbując przywołać obrazy radosnych chwil ze studenckich lat. Jednak te nieprzyjemne chwile nie chciały zniknąć. Sam siebie oszukiwał, jeśli sądził, że zdoła zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Jego oddech stał się płytki i przyśpieszony. Trausti czuł, jak narasta w nim paraliżujące przeczucie, że zmierzają ku nieuniknionemu zderzeniu z przeznaczeniem. Zmusił się, by odzyskać panowanie nad sobą, spowolnić oddech. Ryzyko ataku paniki minęło, ale nie potrafił pozbyć się niepokoju. Spróbował odwrócić od niego uwagę, koncentrując się na groźbie ewentualnego mandatu, i schował się znów pod płaszcze, na wypadek gdyby któryś z pracowników promu liczył pasażerów wysiadających z samochodów. Niewiele mu to jednak pomogło. A co gorsza, dostrzegł teraz telefon leżący na podłodze. Musiał się wysunąć z kieszeni, kiedy przeciskał się na miejsce podczas wjazdu na prom. Brak telefonu zauważył jeszcze w czasie rejsu, ale uznał, że został w bagażu. Lepiej by było, gdyby rzeczywiście tam go zostawił. Nawet w półmroku dostrzegł, że ekran jest roztrzaskany, a urządzenie nie reaguje na próby włączenia. Najpewniej sam na nie nadepnął, może nawet dwukrotnie, gdy wysiadał i wtedy, gdy z powrotem wciskał się na miejsce. Jakby mało było tego, że pękł ekran, aparat wygiął się w łuk.

Ari zjechał z promu na rampę i dalej na nabrzeże. Gdy Trausti był pewien, że nikt ich nie obserwuje, usiadł i dokładnie obejrzał swój uszkodzony telefon. Ponownie próbował go włączyć, ale bez skutku, włożył więc aparat do kieszeni, mając nadzieję, że w końcu ożyje. Bez telefonu czułby się bezbronny, a na nowy nie było go stać. W jego głowie zaczęły się pojawiać scenariusze, w których musiałby sięgnąć po telefon, żeby pilnie wezwać pomoc. Zamiast niecierpliwie czekać na nadchodzący weekend, znów czuł niepokój i lęk. Pomyślał o wiadomości wetkniętej pod wycieraczkę. Czy na pewno trafiła tam przez pomyłkę, jak twierdził Ari? A może była skierowana właśnie do nich?

Niemożliwe. To nie mogła być prawda. „Wracajcie do domu. To nie miejsce dla was”.

Podczas jazdy żadne z nich nie spojrzało do tyłu ani nie zerknęło w lusterko wsteczne, nie mogli więc zobaczyć, jak ktoś wchodzi na pusty pokład samochodowy, podnosi zmiętą kartkę, a potem patrzy za nimi, aż samochód zniknie w padającym śniegu.

Rozdział 2Dzień piąty – poniedziałek 27 stycznia

Chociaż raz nie wiało ani trochę. W prognozach zapowiadano na popołudnie burzę, ale we wczesnych godzinach porannych pogoda dopisywała – akurat wtedy, gdy niemal nikt nie był jeszcze na nogach, by się nią nacieszyć. Po drodze spotkała tylko jednego człowieka. Mężczyzna szedł przez pola należące do posiadłości Breidabakki, gdzie hobbyści trzymali konie i owce. Na szczęście jej samej nie interesowały ani konie, ani owce, bo taka pasja wymagała codziennego wstawania bladym świtem, żeby nakarmić zwierzęta.

Ásta wysiadła z samochodu i trzasnęła drzwiami. Jej pies, Móri, szczekał i podskakiwał na tylnym siedzeniu, oburzony, że został sam. Był przekonany, że o nim zapomniała, gdyby więc tylko udało mu się zwrócić na siebie jej uwagę, natychmiast naprawiłaby swój błąd. Ale nie miał na co liczyć. Nie chciała go stracić w ciemnościach, zwłaszcza teraz, gdy nie wiedziała, czego się spodziewać.

Zamiast pojechać prosto do Stórhöfdi, jak zamierzała, postanowiła zatrzymać się na poboczu. Początkowo uznała, że od wschodu, za wąskim przesmykiem łączącym przylądek Stórhöfdi z resztą Heimaey, wyłania się słońce. Ale to nie miało sensu – wciąż było zdecydowanie za wcześnie. Gdy podjechała bliżej, zorientowała się, że jasny blask rozchodzi się nie znad horyzontu, lecz jakby od Brimurd, kamienistej plaży pod drogą po wschodniej stronie przesmyku. Doszła do wniosku, że mimo pośpiechu powinna wysiąść i sprawdzić, co się dzieje. Ale w głębi duszy wiedziała, że chce nie tyle zaspokoić ciekawość, co odwlec czekające ją zadanie, a jeśli nie weźmie się w garść, to kiedy usiądzie z powrotem za kierownicą, po prostu zawróci i pojedzie do domu, zamiast dokończyć to, co zaplanowała.

Teraz, gdy stała już poza samochodem, Ásta wyczuła zapach, który zdradzał źródło blasku. Wytężyła wzrok i miała wrażenie, że dostrzega dym ulatujący w czarne niebo. Coś się paliło. Ostrożnie przeszła przez drogę, kierując się w stronę zbocza nad plażą. Nocny mróz zmienił cienką warstwę śniegu na asfalcie w twardą, śliską skorupę, a ostatnią rzeczą, jakiej chciała, było przewrócić się i złamać nogę, a potem leżeć samotnie i marznąć w oczekiwaniu, aż w końcu ktoś się pojawi. A tutaj mogłaby czekać naprawdę długo. Gdy bezpiecznie dotarła na drugą stronę drogi, nieco się rozluźniła. Znajomy chrzęst śniegu pod stopami przerywał ciszę, a obłoki pary buchające z ust mieszały się z dymem zawieszonym w powietrzu.

Nagle przypomniała sobie, że skalisty cypel nazywa się Ræningjatangi, czyli Piracki Przylądek. Zawahała się na moment i się objęła, próbując opanować dreszcz. To właśnie tutaj korsarze podobno zeszli na ląd podczas słynnego „najazdu tureckiego” w tysiąc sześćset dwudziestym siódmym roku, kiedy zabili lub uprowadzili wielu mieszkańców wyspy, by sprzedać ich na targach niewolników w Algierze. Nie chodziło o to, że bała się spotkać bandę mężczyzn z bułatami w dłoniach; prawdziwą grozę budziła świadomość, że teraz podobnie jak wtedy okolica była zupełnie opustoszała. Dlatego właśnie przed wiekami piratom udało się wylądować niezauważenie – i właśnie dlatego ona sama znalazłaby się w niebezpieczeństwie, gdyby podpalacz odpowiedzialny za ogień postanowił ją zaatakować. Ásta zrobiła głęboki wdech, żeby się uspokoić. Lecz gdy lodowate, przesiąknięte dymem powietrze wypełniło jej płuca, lęk tylko się nasilił.

Powiedziała sobie, że nie może być idiotką. Przecież to tylko jakieś śmieci. Ludzie wymyślają różne uniki, by zaoszczędzić, a palenie odpadów pod osłoną nocy pozwala uniknąć opłat za ich wywóz. Jedynym mankamentem tej teorii był brak jakiegokolwiek pojazdu w pobliżu, a nikt przecież nie taszczyłby tutaj starych gratów pieszo. Ásta zerknęła w dół zbocza. Z ulgą stwierdziła, że na tle blasku płomieni nie odcina się żadna ludzka sylwetka.

Z miejsca, w którym stała, nie potrafiła rozpoznać, co właściwie się pali. Ogień wyglądał na całkiem spory, choć płomienie nie sięgały bardzo wysoko. Ásta odwróciła się od ogniska i omiotła spojrzeniem okolicę, ale w nikłym świetle księżyca nadal nie dostrzegała żadnych śladów osoby, która je rozpaliła. Przyszło jej na myśl, że bez trudu ktoś mógł się ukryć za głazem – tylko po co miałby to robić? Przecież ona nie była żadnym Jamesem Bondem w eleganckim garniturze, lecz Ástą Jónsdóttir ubraną w raczej niezbyt szykowny kombinezon pod znoszoną kurtką, a to nie był plan jakiegoś filmu akcji, lecz Wyspy Westmana. Gdy rozsądek wziął górę, postanowiła podejść bliżej i sprawdzić, co się pali. Potem pojedzie na Stórhöfdi, zrobi to, co zamierzała, i wróci prosto do domu. Wszystko bez choćby chwili na wahanie, żeby wątpliwości nie zdążyły podkopać jej determinacji.

Stok prowadzący ku plaży był wprawdzie pozbawiony śniegu, ale gęsto porastały go wodorosty. Tu i ówdzie w świetle księżyca połyskiwał lód. Ásta schodziła ostrożnie, stawiając kroki z największą uwagą. Gdy wreszcie dotarła cało na kamienistą plażę, ruszyła w stronę blasku. Ogień rozpalono w wąskiej szczelinie u podnóża stromego, piaszczystego zbocza, możliwie jak najwyżej nad linią wody. Na tej wysokości tylko przypływ syzygijny mógłby zgasić płomienie, wybór miejsca musiał być celowy.

Ásta była już blisko ogniska, ale w ciemnościach płomienie raziły ją tak oślepiającym blaskiem, że wciąż nie mogła dostrzec, co się pali. Dopiero gdy oczy powoli przywykły, zdołała wyodrębnić czarną sylwetkę. Nawet wtedy nie krzyknęła ani się nie cofnęła – tylko przycisnęła obie dłonie do ust i wpatrywała się w nią sparaliżowana z przerażenia. Ponad trzaskiem ognia po raz pierwszy dosłyszała ciche dudnienie i syk fal rozbijających się poniżej. Twarz paliła ją od żaru, choć przed chwilą marzła. Zapach również się zmienił – teraz wyczuwała smród benzyny. Ten widok postawił wszystkie jej zmysły na baczność.

Ogień trawił ludzkie ciało. Kształt widoczny na stosie drewna nie pozostawiał wątpliwości. Nie mogła rozpoznać, czy płonie mężczyzna, czy kobieta, ale z całą pewnością nie była to lalka ani manekin. Paliło się mięso, nie plastik. Ręce, nogi, tułów, głowa zwrócona w jej stronę z rozwartymi szczękami i oczodołami jak dwie jeszcze ciemniejsze dziury w czarnej twarzy.

Po chwili Ásta uświadomiła sobie, że dłońmi tłumi krzyk. Nie musiała być ekspertem w udzielaniu pierwszej pomocy, żeby zrozumieć, że tej osoby nie dałoby się już uratować – i to od dawna. Powoli zaczęła się wycofywać od ogniska, nie mogąc oderwać wzroku od otoczonej aureolą płomieni głowy. Miała wrażenie, że czas stanął w miejscu. Każdy krok zajmował całe wieki. W końcu Ásta zmusiła się, żeby nie patrzeć na stos i się odwróciła. Wtedy spojrzała w stronę, z której przyszła, i kątem oka coś dostrzegła. Zza głazu wystawało coś jasnego, co nie pasowało do mrocznej scenerii.

Upewniała się, łypiąc okiem na wystającą zza głazu jasną plamę. Czyżby wiatr porzucił tu porwany skądś kawałek plastiku? Czy może, co gorsza, ktoś ją zauważył? Postanowiła to sprawdzić. Byłoby za późno, gdyby miała się przekonać dopiero wtedy, kiedy poczuje cios w tył głowy.

Ásta wpatrywała się w mrok, gotowa uciekać w każdej chwili. Jeśli na plaży znajdował się ktoś jeszcze, z całą pewnością to ten ktoś rozpalił stos. Zdążyła już opuścić dłonie, którymi wcześniej zasłaniała usta, więc jej następny krzyk rozbrzmiał niepowstrzymywany, gdy dostrzegła postać siedzącą obok pokaźnego głazu, najwyraźniej wpatrzoną w płomienie. Nie zdołała rozpoznać rysów twarzy pod obszernym kapturem naciągniętym na głowę, a przez drgające od żaru powietrze nie umiała nawet określić, czy to mężczyzna, czy kobieta.

Rzuciła się do ucieczki. Myślała tylko o tym, by wrócić do samochodu i jak najszybciej stąd odjechać, żeby sprowadzić pomoc.

W pośpiechu podeszła z powrotem pod górę, osuwając się i potykając na śliskich wodorostach, aż w końcu odważyła się zerknąć przez ramię. Nikt jej nie ścigał. Spojrzała w stronę miejsca, gdzie – jak sądziła – siedziała tamta postać, lecz blask ogniska utrudniał dostrzeżenie czegokolwiek w ciemności otaczającej płomienie. To tłumaczyło, dlaczego niczego nie zauważyła wcześniej, gdy schodziła na plażę. Osoba w kurtce mogła tam być od samego początku.

Ásta wytężyła wzrok i w końcu z ulgą wypatrzyła czerwony anorak, co doprowadziło ją do wniosku, że ów ktoś wciąż siedzi w tym samym miejscu, jakby zahipnotyzowany makabrycznym widowiskiem. Zaraz jednak przyszło jej do głowy, że może widzi tylko samą kurtkę, a człowiek, który ją nosił, zdążył ją zrzucić, by poruszać się szybciej. Ta myśl popchnęła ją do dalszej ucieczki. Ásta wbiła wzrok w samochód, nie zwracając uwagi na zdradliwą nawierzchnię drogi, po czym poślizgnęła się, runęła do przodu i uderzyła o lodowaty asfalt. Kolana i obtarte dłonie paliły bólem, lecz zapomniała o nim niemal natychmiast, rozproszona dobiegającym z lewej strony odgłosem silnika. Obróciła głowę w tamtą stronę, gotowa odskoczyć, gdyby nadjeżdżał jakiś pojazd.

Okazało się, że źródło hałasu znajduje się znacznie bliżej, niż Ásta początkowo sądziła – i jest mniejsze. O wiele mniejsze.

Przyszło jej do głowy, że może to wszystko jej się śni.

Wciąż oparta na dłoniach i kolanach, patrzyła z osłupieniem, jak po asfalcie przed nią przetacza się robot sprzątający, by następnie zygzakować dalej w stronę miasteczka. Przez moment śledziła jego powolne ruchy, aż przypomniała sobie, że przecież musi stąd jak najszybciej uciec. Poderwała się, nie zważając na ból kolan, i biegiem ruszyła w stronę samochodu. Gdy do niego dobiegła, wyciągnęła kluczyk z kieszeni kurtki, lecz dłonie drżały jej tak bardzo, że o mało go nie upuściła. Na domiar złego Móri ujadał jak szalony i rzucał się na szybę z tyłu. Po chwili niezdarnego szarpania się z klamką była już w środku i przekręcała kluczyk w stacyjce. Uruchomiła silnik, nie próbując nawet otrzeć łez ani potu z twarzy. Móri ucichł, przecisnął się między przednimi siedzeniami i usiłował usiąść jej na kolanach. Odepchnęła go na fotel pasażera. Nie dałaby rady prowadzić z trzydziestoma kilogramami ekstatycznej radości w ramionach.

Samochód stał tyłem do nowego kierunku jazdy, Ásta nie miała więc wyboru: musiała zawrócić na wąskiej drodze, jednak wskutek zdenerwowania okazało się to ponad jej siły. Zbyt mocno wcisnęła gaz i auto szarpnęło do przodu, potem gwałtownie odbiło do tyłu, kołysząc się jak shaker podczas robienia koktajlu. Ásta natychmiast porzuciła pierwotny pomysł ze strachu, że wyląduje w rowie. Choć już sama myśl o alternatywie wprawiała ją w przerażenie, musiała pojechać dalej w tym samym kierunku aż do małego parkingu przy plaży i dopiero tam zawrócić. To zajmie tylko chwilę. Oddychała głęboko, aż poczuła, że znów może mocno chwycić kierownicę i pewnie wcisnąć pedał gazu. Jeśli ktokolwiek się pojawi od strony plaży i będzie jej zagrażał, po prostu go potrąci.

Pochyliła się nad kierownicą i siedziała z nosem niemal przyklejonym do szyby. Nie odważyła się przyśpieszyć – wiedziała, że w panice mogłaby źle zareagować na poślizg. Przypomniała sobie jednak, że telefon jest połączony z systemem samochodu, włączyła go więc, by zadzwonić na policję przez zestaw głośnomówiący. Na Heimaey mieszkało niewielu ludzi, ale lokalny posterunek działał całodobowo, czyli funkcjonariuszom dotarcie do niej zajmie dziesięć minut, nie dłużej. Krzyknęła do telefonu, by połączył z numerem alarmowym sto dwanaście.

Ale trudno robić dwie rzeczy naraz, gdy człowiek działa w stresie. Ásta naparła na kierownicę tak mocno, że przypadkowo nacisnęła klakson. Hałas tak ją przestraszył, że wcisnęła gaz do oporu, zjechała na żwirową ścieżkę i obróciła samochód niczym kierowca rajdowy, po czym pomknęła przed siebie, nie myśląc o oblodzonym asfalcie.

Jak miało się okazać, to był błąd.

Rozdział 3Dzień pierwszy – czwartek 23 stycznia

Trausti przestał zwracać uwagę na wycie wiatru za oknem. Przyzwyczaił się do niego zaskakująco szybko. Stórhöfdi uchodzi za najbardziej wietrzne miejsce w Europie i odkąd tu przyjechali, nie miał najmniejszego powodu, by w to wątpić. Był to najdalej na południe wysunięty zamieszkany skrawek Islandii, a jeśli nie liczyć wąskiego przesmyku łączącego go z wyspą Heimaey, bezdrzewny cypel ze wszystkich stron otaczało morze. Na zewnątrz nie miał więc nawet najmniejszej osłony.

Sztorm nie osłabł ani trochę, odkąd wysiedli z samochodów na parkingu przed domem. Sigga i Ragga, lżejsze od mężczyzn, miały kłopot z utrzymaniem równowagi. Luźne jasne włosy Siggi sterczały na wszystkie strony, gdy chwiejnym krokiem podążała w stronę budynku, i Traustiemu przemknęło przez myśl, żeby ją sfotografować, potem jednak przypomniał sobie, że rozwalił telefon. Zresztą i tak nie dałby rady zrobić zdjęcia, bo sam ledwo utrzymywał się na nogach, a nawet gdyby, to Sigga i tak kazałaby mu je skasować. Zazwyczaj wyglądała nienagannie, ale teraz przypominała klauna – i to takiego, który przyszedł do pracy chory, bo twarz miała wciąż zielonkawą po przeprawie promem.

Jednak nawet wichura na Stórhöfdi nie była w stanie ostudzić ich radości z powrotu na suchy ląd. Wręcz przeciwnie – działała oczyszczająco, pomagając pozbyć się z płuc morskiego powietrza, a z ust kwaśnego posmaku. Zmiotła też resztki złego przeczucia, które ogarnęło Traustiego podczas krótkiej drogi z portu. Czerwone wino, które wypili zaraz po rozlokowaniu się w domu, dopełniło dzieła, usuwając ostatnie ślady niedyspozycji.

W środku unosił się jeszcze zapach świeżej farby i trocin. Trausti nie miał pojęcia, jak dom wyglądał wcześniej, ale było jasne, że wymieniono wszystkie drzwi oraz okna, odnowiono tynki, zmodernizowano kuchnię i zwiększono liczbę łazienek. W każdym razie latarnik raczej nie potrzebował aż czterech. Nie było tu ujęcia wody, ale w betonowym zbiorniku zbierała się deszczówka i stamtąd docierała do pionów. Trausti nie bardzo rozumiał, jak takie rozwiązanie dało się pogodzić ze standardami nowoczesnego domu wakacyjnego na wynajem, ale widocznie właściciele uznali, że to wystarczy, skoro nikt nie mieszkał tu na stałe. Między pobytami gości, którzy pewnie brali prysznice, jakby jutra miało nie być, zbiornik mógł się napełniać całymi tygodniami, jeśli nie miesiącami. Trausti doszedł do wniosku, że prace budowlane nie były jeszcze całkiem zakończone, choć meble stały już na swoich miejscach, a na ścianach wisiały obrazy. Kilka rzeczy wciąż trzeba było dokończyć, ale braki nie rzucały się w oczy. Kuchnia wydawała się w pełni wyposażona, na półkach wysokiego, przeszklonego kredensu w jadalni stały kieliszki do wina, w łazienkach leżały ręczniki, szlafroki i mydła, a łóżka w sypialniach czekały pościelone. Wszystko było zupełnie nowe i najwyższej jakości, a mimo to wnętrze emanowało bezpretensjonalnym ciepłem.

Jeśli wcześniej Leifur się obawiał, że przyjdzie mu spać na starych, zapadniętych sprężynach, to całkiem niepotrzebnie.

– Tu jest fantastycznie, Ari. Po prostu fantastycznie – powiedział, opierając się wygodnie na miękkich poduchach kanapy w salonie, jednej z dwóch w domu. Położył nogi na stoliku, upił łyk wina, a na jego twarzy powoli rozlał się uśmiech. – Fantastycznie – powtórzył.

W porównaniu z imprezami, które urządzali kiedyś w swoich mikroskopijnych studenckich pokoikach, to był po prostu raj. W tamtych czasach musieli się zadowolić siedzeniem na łóżku, krześle biurowym albo na podłodze w tak ciasnym pomieszczeniu, że ledwo mogli się obrócić. Wino też było teraz o niebo lepsze – szklane butelki z korkiem zastąpiły karton, a eleganckie kieliszki pasowały do siebie, w przeciwieństwie do przypadkowej zbieraniny szklanek i kubków, z których pili na studiach. Alkoholu mieli zresztą znacznie więcej – butelki, które każdy przywiózł, włącznie z winem starannie wybranym przez Traustiego w strefie bezcłowej, niemal całkowicie zajmowały jeden z kuchennych blatów. Jedynym, który dochował wierności duchowi dawnych lat, był Leifur: przywiózł dwie skrzynki piwa i dwie butelki miętowego likieru Ópal. Ale i on nie poszedł w tym sentymencie zbyt daleko, bo kiedy Sigga przyniosła kieliszki z kredensu, sięgnął po wino jak wszyscy.

– Zdejmij nogi – powiedział Ari, pochylając się, żeby szturchnąć Leifura w stopy. Jego skarpety były nierówno sprane, jedna bardziej szara od drugiej, a na palcu ziała dziura. – Musimy dbać o to miejsce.

Leifur z niechęcią zabrał nogi ze stolika, choć z jego miny jasno wynikało, że uważa to za przesadę. Zły humor nie trzymał się go jednak długo. Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając zęby zabarwione winem.

– Spieprzyłem sprawę. Trzeba było zostać inwestorem.

Leifur studiował informatykę. Zanim jeszcze zzieleniał na promie i przeprosił, by wyjść na zewnątrz, opowiadał im o swojej frustracji związanej z pracą. Dla Traustiego to nie było żadne zaskoczenie. Leifur po prostu nie nadawał się na programistę. Ze swoim niedbalstwem był ostatnią osobą, którą można by zatrudnić do wyszukiwania błędów w systemie albo do czegokolwiek, co wymaga precyzji. Należał do tego typu ludzi, którzy otwierają butelkę piwa, tłukąc szyjkę, jeśli nie mogą znaleźć otwieracza. Trausti nigdy nie rozumiał, dlaczego Leifur w ogóle wybrał informatykę ani jakim cudem udało mu się ją skończyć. Ale też typowe było dla niego to, że jakoś zawsze przepychał się przez każdą przeszkodę – czy to egzamin, czy to zaspa na parkingu. A jednak, gdyby miał zmienić zawód, świat finansów i inwestycji wcale by mu nie służył. Leifur pasowałby do niego równie źle jak do programowania. Trausti na pewno nie powierzyłby mu swoich pieniędzy, nawet gdyby miał jakieś na zbyciu.

– Och, Trausti, nalejesz mi jeszcze trochę? – Sigga podała mu pusty kieliszek, pewna jego reakcji. Nieważne, że oboje siedzieli.

Zanim zdążyła dokończyć pytanie, on już zerwał się na nogi. Pamięć mięśniowa z czasów studenckich najwyraźniej wciąż działała bez zarzutu. Zawsze reagował natychmiast, kiedy Sigga o coś prosiła. Nie dlatego, że mu się podobała, choć inni z pewnością tak uważali, chyba raczej chodziło o to, że Sigga po prostu nie przyjęłaby odmowy. Zazwyczaj rzucała oschłe polecenia, ale gdy prosiła o coś dla siebie, robiła to z takim wdziękiem i uprzejmością, że nikt nie odnosił wrażenia, że bierze jego ustępliwość za pewnik.

Ari i Sigga zawsze byli liderami. To oni podejmowali wszystkie najważniejsze decyzje w grupie i zwykle to ich pomysły przeważały, nawet jeśli inni mieli odmienne. To Ragga zasugerowała, że powinni pojechać na Wyspy Westmana na pogrzeb Guggi. Ari natychmiast wpadł na jeszcze lepszy pomysł – żeby przy okazji zrobić prawdziwe spotkanie po latach.

Po ukończeniu studiów Ragga, Sigga, Ari i Leifur kolejno wyprowadzili się z akademika, aż został tam tylko Trausti. Składali sobie uroczyste obietnice, że podtrzymają znajomość, ale mimo najlepszych chęci kontakt szybko się urwał. Na początku ich czat grupowy tętnił życiem, z czasem jednak używali go coraz rzadziej. Najpierw Trausti miał wrażenie, że czat powstał po to, żeby mogli nawzajem mieć się na oku, czy ktoś przypadkiem nie postanowi wszystkiego wyjaśnić, stopniowo jednak te obawy się rozwiały. Do tego czasu czat właściwie już zamarł. Czasem jeszcze odżywał, ale Trausti podejrzewał, że tylko on czuł ukłucie ekscytacji, gdy przychodziło powiadomienie. Reszta ułożyła sobie życie w Islandii. W przeciwieństwie do niego nie musieli wyjeżdżać za granicę, by kontynuować naukę.

Trausti studiował medycynę, co wymagało więcej lat edukacji. Sigga zaraz po ukończeniu prawa zdecydowała się na studia magisterskie, ale wyprowadziła się z akademika i wynajęła mieszkanie. Inni albo poprzestali na licencjacie, albo zrobili sobie rok przerwy, zanim podjęli dalszą naukę. Tymczasem Trausti mieszkał w akademiku jeszcze dwa lata po tym, jak wszyscy przyjaciele się wynieśli. Czuł się samotny, ale dzięki niemal całkowitej rezygnacji z życia towarzyskiego jego oceny pod koniec studiów znacząco się poprawiły. Jeden z wykładowców nawet to odnotował. Trausti byłby o wiele bardziej zadowolony, gdyby mężczyzna nie dodał, że wspiął się z samego dołu niemal na szczyt. Wolałby nie pamiętać, że miał drugi najgorszy wynik spośród tych, którzy zdali egzamin wstępny. Cały on: nie potrafił nawet być najgorszym. Bez porównania lepiej jest być najgorszym niż drugim od końca.

Kiedy dotarła do nich wiadomość o śmierci Guggi, Sigga założyła nowy czat grupowy, ponieważ nie mogła znieść myśli, że razem z nimi w grupie jest nieboszczka. W okresie poprzedzającym wyjazd na tym nowym czacie wymienili więcej wiadomości niż na starym przez całe cztery lata od ukończenia przez Traustiego studiów. Być może ułatwiło to moment spotkania, zapobiegając niezręczności, gdy w końcu zobaczyli się osobiście. Nikt nie dawał żadnych sygnałów, że poruszą temat, którego do tej pory unikali, ale Trausti nie był pewien, czy nie pojawi się on w rozmowie, skoro znów zeszli się wszyscy razem. Trausti nie brał więc nawet pod uwagę, żeby sobie odpuścić, a jednocześnie naprawdę cieszył się na spotkanie z nimi. Poza wspólnym bagażem z przeszłości łączyła go z nimi przyjaźń. Byli jedynymi prawdziwymi przyjaciółmi, jakich kiedykolwiek miał, tyle że dla nich dawna paczka miała mniejsze znaczenie, odkąd zyskali większe obycie towarzyskie. Dlatego nie zwierzył się im, że przylatuje aż ze Stanów tylko po to, by ich zobaczyć. Zamiast tego udał, że zupełnym przypadkiem przyjeżdża do Islandii na krótki pobyt w domu. Obawiał się, że inni mogliby mu współczuć, gdyby znali prawdę. Nie żeby mieli ku temu powód; w rzeczywistości był uznawany za obiecującego w swojej specjalizacji, na przekór łatce „dureń”, która do niego przylgnęła w czasie studiów w Islandii.

Trausti sięgnął po opróżnioną już do połowy butelkę wina i uzupełnił kieliszek Siggi. Dolał też do prawie pustego kieliszka Leifura, a gdy Ragga położyła dłoń na swoim, reszta przypadła Ariemu. Trausti nie miał nic przeciwko, i tak nie był wielkim amatorem alkoholu. Usiadł z powrotem, po cichu licząc, że nikt nie zaproponuje otwarcia kolejnej butelki. Był tak zmęczony, że marzył tylko o tym, by położyć się do łóżka, poddać się jet lagowi i zasnąć. Różnica czasu nie ułatwiała mu życia, a chciał być jutro w pełni przytomny podczas tej smutnej uroczystości. Wolałby nie ziewać podczas pogrzebu Guggi ani nie rozkleić się ze zwykłego wyczerpania.

Ragga uśmiechnęła się do niego, a Trausti odwzajemnił uśmiech, mając nadzieję, że jego zęby nie są tak zabarwione winem jak Leifura. Kiedyś podkochiwał się w niej – pociągała go jej spokojna natura i zamyślony wyraz twarzy. Ragga była obcięta na chłopaka w czasach, gdy większość dziewczyn nosiła długie włosy. Uznał wtedy, że skoro postanowiła je ściąć, to jest inna niż cała reszta, a więc może też bardziej skłonna go zrozumieć. Jednak ta psychologia fryzur nigdy nie została wystawiona na próbę, bo swoje uczucie Trausti zachował dla siebie. Do dziś nie wiedział, czy zauroczenie było obopólne, ale intuicja podpowiadała mu, że nie, dlatego z ulgą myślał, że nie zrobił pierwszego kroku i oszczędził sobie upokorzenia związanego z odrzuceniem. Zresztą nawet gdyby wtedy zostali parą, niemal na pewno rozstaliby się po jego wyjeździe do Ameryki. Ragga skończyła inżynierię mechaniczną i teraz pracowała w islandzkim przedsiębiorstwie usług komunalnych przy modernizacji systemu pompowania wody geotermalnej do sieci ciepłowniczych. Trausti nie potrafił sobie wyobrazić nic bardziej nudnego, a tymczasem na promie Ragga opowiadała o swojej pracy z wypiekami na twarzy. O ile wiedział, na terenie stanu, w którym mieszkał w USA, nie występowały naturalne źródła gorącej wody, Ragga nie mogłaby więc tam być tak szczęśliwa jak tutaj, w Islandii.

Szyba sięgającego podłogi okna obok kanapy lekko się wygięła do środka pod naporem wiatru, który znów przybrał na sile. Trausti wziął kolejny łyk wina, celebrując w duchu fakt, że siedzi bezpiecznie pod dachem, po czym odwrócił głowę i spojrzał w ciemność za oknem. Sigga wspominała właśnie, jak Leifur zniszczył jedną ze wspólnych suszarek w akademiku, bo do suszenia kurtki puchowej użył słoika z czosnkiem w proszku zamiast piłeczki tenisowej. Od wirowania w bębnie słoik się otworzył, proszek dostał się do mechanizmu i odtąd nikt nie mógł już z tego urządzenia korzystać. Sam Leifur najwyraźniej nie przejmował się faktem, że pachniał jak bagietka czosnkowa, ilekroć paradował w tej kurtce. Wszyscy uśmiechnęli się na to wspomnienie, Trausti także, zaraz jednak spoważniał, znów zaniepokojony, że takie zachowanie może być niestosowne. Dopóki pogrzeb się nie odbędzie, mieli tu przecież opłakiwać Guggę. Pomyślał o niej, próbując sobie wyobrazić, jak by teraz wyglądała, gdyby żyła i siedziała tu razem z nimi. Czy zmieniła się bardziej niż pozostali? Była od nich o rok starsza – miała trzydzieści lat, gdy zginęła. Ale ten jeden rok niewiele znaczył. Pewnie aż do końca pozostała tak samo roztrzepana i chaotyczna jak na studiach.

Gugga była aktywistką, zawsze zapaloną do jakiejś sprawy, zazwyczaj takiej, o której akurat dużo się mówiło. Jej zapał nie wystarczał jednak, by powstrzymać ją przed notorycznym zasypianiem w dni, gdy miała się pojawić na demonstracji. Nie miała też żadnych oporów, by z dnia na dzień porzucić jedno hasło i zaangażować się w głoszenie kolejnego. Równie krótko trwała jej przygoda z polityką studencką – zgłosiła swoją kandydaturę do samorządu, ale na tym się skończyło. Nikogo z przyjaciół nie zdziwiło, że w wyborach nie zdobyła poparcia. Nie wyglądała zresztą na szczególnie przygnębioną tą porażką, bo jej uwaga zdążyła już się przenieść na coś nowego. Nie pofatygowała się nawet, żeby pójść do lokalu wyborczego i oddać głos na samą siebie.

Trausti miał nadzieję, że po wyprowadzce z akademika Gugga potrafiła się wreszcie na czymś skupić – choćby dla własnego dobra. Studiowała socjologię i wydawała się nią naprawdę zainteresowana, w każdym razie nigdy nie rozważała zmiany kierunku, choć taka stałość nie była do niej podobna. Tym dziwniejsza wydawała się jej decyzja, żeby odejść z uczelni tuż przed ukończeniem studiów. Patrząc jednak z perspektywy czasu, może nie było w tym nic zaskakującego. Jej matka zmagała się wtedy z wyniszczającym nowotworem, a kiedy umarła, wszystko w życiu Guggi zaczęło się sypać. Może Trausti i reszta paczki mogli wtedy zrobić coś więcej, by jej pomóc, ale w tamtych latach każdy z nich miał po prostu za dużo na głowie. Niemal bez reszty pochłaniały ich wykłady, egzaminy, kolokwia i nauka, a resztkę czasu, która im zostawała, woleli poświęcać na odreagowywanie niż na wspieranie przyjaciółki w kryzysie.

To nie były wesołe myśli, dlatego Trausti odsunął je od siebie. Usadowił się wygodniej na kanapie i próbował nacieszyć chwilą. Powtarzał sobie, że przecież nie ma w tym nic dziwnego, on tylko chciał spotkać się ze starymi znajomymi i na kilka dni oderwać się od presji, jaka ciążyła na nim w Stanach. W przeciwieństwie do reszty musiał jednak odpracować każdy dzień urlopu, co oznaczało kilka tygodni harówki bez chwili wytchnienia po powrocie do szpitala. Mógł tylko mieć nadzieję, że mimo tego niepokoju, który wciąż gdzieś w nim tkwił, na koniec uzna, że było warto.

– Czy Gugga nie mówiła kiedyś, że chce być pochowana w rodzinnym grobowcu na jakimś cmentarzu na wschodzie, kiedy umrze? Znaczy, gdy studiowaliśmy. – Sigga upiła łyk wina. – Ciekawe, co się stało z tym pomysłem. Opowiadała o nim tak, jakby chodziło o Père Lachaise w Paryżu.

– Pewnie ten grobowiec w ogóle nie istnieje. Przecież ona była stuknięta. – Leifur najwyraźniej nie słyszał o zasadzie, żeby o zmarłych nie mówić źle.

– To nie w porządku, Leifur. Zmarła młodo. Pewnie po prostu zakładała, że dożyje starości. Może bała się, że zapeszy, jeśli zacznie planować własny pogrzeb.

– Skoro już mowa o cmentarzach i pogrzebach – odezwał się Ari – to chyba zabrałeś ze sobą coś czarnego, Leifur? – Odstawił kieliszek. – I nie mam na myśli ciemnych dżinsów ani koszulki z nazwą metalowej kapeli.

Sądząc po jego minie, Leifurowi nawet nie przeszło to przez myśl. Ale zanim zdążył odpowiedzieć, wtrąciła się Sigga, ratując go tym samym z opresji.

– Myślicie, że mogliśmy coś zmienić? Że dałoby się uratować Guggę? – Przeciągała słowa, a jej szczęka wyglądała na bardziej rozluźnioną niż na początku wieczoru. Nic się pod tym względem nie zmieniło od czasów, gdy studiowała prawo – po dwóch drinkach jej słowa jakby dostawały ogonów i potrzebowały więcej czasu, by wydobyć się z ust.

– Co ty znowu gadasz? – Leifur się skrzywił. – Co niby mieliśmy zrobić? Gugga zmarła na raka, pamiętasz? Mieliśmy… nie wiem… znaleźć lekarstwo?

Trausti stłumił westchnienie, wiedząc, że za chwilę i tak wciągną go do rozmowy. Zawsze tak było, gdy temat schodził na choroby. W ich paczce uchodził za najlepiej zorientowanego w takich sprawach. Zresztą wszyscy mieli swoje dziedziny: Sigga – prawo i przepisy; Leifur – komputery, oprogramowanie i sztuczną inteligencję, choć o tej ostatniej właściwie nic nie wiedział; Gugga – sprawy uchodźców i kwestie społeczne, Ari zaś gospodarkę i politykę banku centralnego. Próbowali też zrobić z Raggi specjalistkę od budownictwa, przemysłu i energetyki, ale ona najczęściej tylko wzruszała ramionami, po czym odmawiała udziału w dyskusjach, zwłaszcza jeśli zaczynały nabierać ognia.

Sigga zrobiła urażoną minę.

– Oczywiście, że nie. Nie mówiłam o żadnym lekarstwie. Chodziło mi tylko o to, że ludzie zwykle żyją dłużej, jeśli mają dobrą kondycję psychiczną. A Gugga raczej nie była szczęśliwa.

Leifur zapadł się w miękką kanapę, teraz jednak wyprostował się gwałtownie, wyraźnie poirytowany.

– A skąd niby wiesz, że nie? Nic o tym nie wiemy. Założę się, że była całkiem szczęśliwa. – Gdy się zorientował, jak to zabrzmiało, dodał: – To znaczy na tyle, na ile mogła w takiej sytuacji.

Sigga pokręciła głową, a jej jasne włosy uniosły się lekko, jakby poruszone podmuchem. Ruch był nieco przesadny, podobnie jak jej przeciągła wymowa.

– Wszyscy przecież widzieliście jej wiadomość. – Spuściła wzrok. – Napisała, że zdiagnozowano u niej raka trzustki i chciałaby, żebyśmy odwiedzili ją w szpitalu. Ale nikt z nas nie poszedł, choć wiedzieliśmy, że Gugga nie ma nikogo innego. – Podniosła głowę i spojrzała oskarżycielsko na wszystkich po kolei.

Nieszczęścia mają to do siebie, że rzadko chodzą pojedynczo. Ojciec Guggi zmarł dwa lata wcześniej i została sierotą. Była jedynaczką, nie miała bliskiej rodziny ani żadnego oparcia. Właśnie wtedy znów odezwała się na grupowym czacie, bo chciała się spotkać, ale nic z tego nie wyszło, podobnie jak z późniejszej wizyty w szpitalu, na którą tak bardzo liczyła.

Ari przewrócił oczami.

– Skąd mieliśmy wiedzieć, że to aż tak poważne?

Ponieważ rozmowa zeszła na medycynę, Sigga przeniosła wzrok na Traustiego, a potem gestem dała do zrozumienia, że teraz jego kolej. Trausti podjął temat z największą ostrożnością, starając się nikogo nie urazić.

– Rak trzustki prawie zawsze jest bardzo groźny. Ale oczywiście nie mogliście tego wiedzieć. Ja zresztą byłem wtedy za granicą i nie miałem jak wrócić do Islandii. – Powstrzymał się od pytania, czemu żadne z nich nie wpadło na to, żeby sprawdzić w internecie, jakie są rokowania. Jeden rzut oka rozwiałby wszelkie wątpliwości.

– No cóż, jesteśmy tu teraz. – Ari wzruszył ramionami. – Nie każdy byłby gotów przejechać taki kawał drogi na pogrzeb. Myślę, że można nas uznać za cholernie dobrych przyjaciół, a to w pewnym sensie równoważy naszą wcześniejszą wpadkę. – Wyglądało, jakby chciał przekonać samego siebie. Może nawet by mu się udało, gdyby Ragga nie uznała za słuszne, aby mu wytknąć, że próbuje tuszować zwyczajną podłość.

– Obecność na pogrzebie nie zmaże tego, że nie odwiedziliśmy jej, kiedy umierała – stwierdziła. – Pogrzeby są dla żałobników. Człowiek w trumnie ma to gdzieś. – Wciągnęła gwałtownie powietrze nosem. – Byliśmy kiepskimi przyjaciółmi. – Wzruszyła wąskimi ramionami. – Ale już za późno na zmiany.

Leifur wydał z siebie ten sam teatralny jęk, którym w dawnych czasach reagował, ilekroć dziewczyny zaczynały mówić o feminizmie. Trausti zauważył, że Sigga zmrużyła oczy i wpatruje się w półki na ścianie. Próbował odgadnąć, co przyciągnęło jej uwagę, ale widział tam tylko stos gier planszowych. Może zamierzała zaproponować partię Monopoly, żeby rozładować napięcie. Okazało się jednak, że miała na myśli coś zupełnie innego.

– Co powiecie na ouija? – zaproponowała.

Reakcje były do przewidzenia. Wszyscy należeli raczej do ludzi twardo stąpających po ziemi i nie mieli cierpliwości do podobnych głupstw, zwłaszcza spirytystycznych. Sigga nie mogła nic dodać, bo Leifur i Ari prychali z niesmakiem. Ragga i Trausti milczeli, dopóki tamci dwaj się nie uciszyli. Ku powszechnemu zaskoczeniu Ragga jako pierwsza poparła pomysł Siggi.

– Jestem za. Przecież nic złego nam się od tego nie stanie.

Kiedy już to powiedziała, pozostali jeden po drugim zmienili zdanie. Może zadziałało wino, a może po prostu doszli do wniosku, że to lepsze niż obwinianie się o to, że nie odwiedzili Guggi przed śmiercią. Nim zdążyli się obejrzeć, z kieliszkami wina siedzieli przy stole w jadalni wokół komercyjnej amerykańskiej wersji planszy ouija z literami, cyframi oraz słowami „Yes” i „No”. Sigga tak przyciemniła światło, że ledwie cokolwiek było widać, ale mimo to nie udało się uzyskać nastroju odpowiedniego do sytuacji. Co chwila ktoś chichotał, dominował kpiarski ton. Nikt nie wierzył, że naprawdę uda im się nawiązać kontakt z zaświatami. Trausti przede wszystkim się zastanawiał, kto z nich poruszy wskaźnik, gdy zacznie się odczytywanie liter. Było nieuniknione, że któreś z nich nie oprze się pokusie.

Położyli palce na wskaźniku w kształcie łzy z przezroczystym okienkiem. Sigga nakazała ciszę, po czym zapytała, czy znajduje się tu jakiś duch. Zgodnie z przewidywaniami Traustiego wskaźnik natychmiast ruszył po tablicy z dużą prędkością. Ale ustalenie, kto wprawiał go w ruch, okazało się trudniejsze, niż Trausti przypuszczał. Mógł to być ktokolwiek. Trausti spojrzał kolejno na każdego z przyjaciół, próbując odgadnąć winowajcę. Wszyscy wydawali się równie podejrzani i ogarnęło go przykre przeczucie, że mogli się zmówić, by zrobić mu psikusa. Odpędził tę myśl i skupił się na obserwowaniu, jak litery układają się w odpowiedzi.

– Duchu, czy umarłeś?

Odpowiedź: TAK

– Czy za życia mieszkałeś w tym domu?

Odpowiedź: NIE

– Zatonąłeś u wybrzeży Stórhöfdi?

Odpowiedź: NIE

– Czy byłeś mężczyzną, czy kobietą?

Odpowiedź:  K O B I E T A. 

Czy zmarłaś młodo?

Odpowiedź: TAK

– Czy cię znamy?

Odpowiedź: TAK

Sigga gwałtownie cofnęła rękę, a wskaźnik się zatrzymał.

– To już nie jest zabawne. – Jej głos drżał. – Ktokolwiek to robi, niech przestanie. Nie ma nic śmiesznego w mieszaniu śmierci Guggi do takiej głupiej zabawy.

Zapadła cisza. Trausti uświadomił sobie, że wicher za oknem świszcze i zawodzi. Brzmiało to niemal tak, jakby wiatr domagał się publiczności, zirytowany, że nikt nie podziwia jego potęgi, zaraz jednak ten upiorny dźwięk rozpłynął się w podniesionym głosie Leifura.

– Gówno prawda! – ryknął Leifur. Najwyraźniej zmienił zdanie i teraz chciał kontynuować grę. – Przecież znamy mnóstwo innych ludzi, którzy nie żyją. Słynnych też. Grajmy dalej, chcę zobaczyć, jak to się skończy.

Sigga niechętnie znów położyła palec na wskaźniku razem z pozostałymi i wznowiła rozmowę z domniemanym duchem.

– Byłaś kimś sławnym?

Odpowiedź: NIE.

– Zginęłaś w wypadku?

Odpowiedź: NIE.

– Umarłaś na chorobę?

Wskaźnik ani drgnął. Wymienili spojrzenia. Trausti zauważył, że Ragga marszczy brwi. Wydawało mu się, że patrzy na Ariego i właśnie jego podejrzewa o tę mistyfikację. Po krótkiej chwili Sigga kontynuowała:

– Masz dla nas jakąś wiadomość z zaświatów?

Odpowiedź: TAK.

– Jaką?

Odpowiedź:  C Z E S C. 

– „Cześć”? – Ari pokręcił głową i się roześmiał. – Proszę cię! Nie wiem, które z was sobie żartuje, ale stać cię na coś lepszego.

Sigga rzuciła mu krótkie, karcące spojrzenie i nie przerwała przesłuchania.

– Cześć. Chcesz nam coś powiedzieć?

Odpowiedź:  J E S T   M I   Z I M N O. 

Teraz Leifur parsknął śmiechem.

– No to wszystko jasne. Nasz duch na pewno nie trafił do piekła.

Ignorując jego dowcip, Sigga spytała:

– Jak masz na imię?

Ari znów parsknął, gdy wskaźnik zaczął układać litery:  G U D… 

– Ktokolwiek to robi, mógłby się trochę bardziej wysilić. I czemu całe imię Gudbjörg, a nie po prostu Gugga?

Uśmiechnął się szyderczo do Siggi, ale jego rozbawienie szybko się ulotniło, gdy wskaźnik się zatrzymał, ujawniwszy pełne imię.

Odpowiedź:  G U D R U N. 

Sigga wychyliła łyk wina, po czym odepchnęła się od stołu.

– Wystarczy. – Wstała, spoglądając po przyjaciołach, którzy siedzieli w milczeniu, zahipnotyzowani małym okienkiem we wskaźniku. Ostatnia litera imienia była doskonale widoczna.

Temperatura w pokoju nagle spadła, a Trausti poczuł, jak po plecach przebiega mu dreszcz. Spełniły się jego najgorsze obawy. Dawniej żadne z nich nie odważyłoby się wspomnieć tego imienia, choćby dla żartu. Nigdy – pod żadnym pozorem.

Trausti znów zobaczył w wyobraźni korytarz w akademiku: drzwi do swojego pokoju, do pokojów Ariego, Siggi, Raggi, Leifura i Guggi.

A na samym końcu – drzwi do pokoju Gudrún.

Na samo wspomnienie ogarnęły go mdłości i klaustrofobiczna panika.

Miał przeczucie, że to dopiero początek czegoś strasznego.

Rozdział 4Dzień piąty – poniedziałek 27 stycznia

Nazwa „terminal lotniczy” była zdecydowanie na wyrost na określenie baraku, który stał przy skraju pasa startowego. Obsługiwał niewielką linię lotniczą dysponującą zaledwie dwoma lekkimi samolotami. W środku znajdowała się lada recepcyjna, waga do bagażu i kilka krzeseł dla pasażerów czekających na odlot. Barak mógł się też pochwalić automatem z napojami gazowanymi i przekąskami, ale nikt niczego z tego automatu nie kupował, bo pasażerów częstowano darmową kawą. O tej porze dnia słodycze i cola nie miały szans w konkurencji z kofeiną.

Tekturowy kubek zdążył ostygnąć na tyle, że Idunn nie musiała już przekładać go z ręki do ręki. Przez chwilę wpatrywała się w ciemną ciecz, po czym uniosła wzrok na zegar wiszący na ścianie i westchnęła w duchu. Zdecydowanie za długo zwlekała. Teraz było już za późno, by wstać i oświadczyć, że źle się czuje i jednak nie poleci. Jej walizka zdążyła zniknąć we wnętrzu samolotu, a za kilka minut pasażerowie zostaną wezwani na pokład. Gdyby teraz się wycofała, nie od razu znalazłby się ktoś, kto mógłby ją zastąpić – zresztą w całej Islandii nie było nikogo z odpowiednią wiedzą i doświadczeniem, kto mógłby to zrobić. Idunn, która zwykle czerpała satysfakcję z faktu, że jest niezastąpiona, tym razem wcale nie czuła się z tego powodu dumna. Gdyby w pobliżu znalazł się inny patolog, od razu powiedziałaby, że nie może lecieć. Ba, zastępca nawet nie musiałby mieć jej kwalifikacji, byle potrafił dobrze robić zdjęcia, zachowywał się profesjonalnie na miejscu oraz zorganizował transport zwłok do Rejkiawiku, gdzie Idunn mogłaby już przejąć sprawę, by osobiście przeprowadzić sekcję. I nie chodziło tylko o to, że była jedyną osobą zdolną wykonać to zadanie – w gruncie rzeczy naprawdę nie chciała, żeby ją to ominęło. Przerażała ją jedynie konieczność lotu na wyspy.

Wyprostowała się. Dość tego! Jest zbyt silna, by ugiąć się pod ciężarem własnych lęków. Problem tkwił wyłącznie w jej głowie, ale ponieważ przez lata go ignorowała, urósł do rozmiarów niebotycznej przeszkody nie do pokonania. Przypomniała sobie, że w rzeczywistości ta przeszkoda nie była niczym więcej niż kilkucentymetrowym progiem, który z łatwością przekroczy, jeśli tylko tak postanowi. Wypiła łyk letniej kawy, lecz nie dodało jej to odwagi. Wciąż walczyła z pokusą, by po prostu wstać, wyjść z poczekalni, wsiąść do samochodu i uciec od całej tej sytuacji.

– To niewiele więcej niż krótki skok. W górę i zaraz z powrotem na dół – stwierdziła siedząca obok młoda detektyw Karólína, znana jako Karó. Zauważyła, że coś jest nie tak.

Miała na sobie mundur, a daszek czapki przysłaniał jej łagodne brązowe oczy. Była pierwszą czarnoskórą kobietą zatrudnioną w islandzkiej policji i zdążyła już udowodnić, że jest znakomitą detektywką. Dysponowała właściwie wszystkim, czego Idunn mogła sobie życzyć u współpracownika: była rozsądna, uważna i błyskotliwa.

– Boisz się latać, prawda? – dodała Karó.

– Nie. Wcale – odparła Idunn zgodnie z prawdą, zła na siebie, że nie potrafi zachować się naturalnie, co przecież powinno jej przychodzić z łatwością. Z natury była małomówna i raczej chłodno nastawiona do świata, co nietrudno pokazać. – A dlaczego pytasz?

Karó wzruszyła ramionami.

– Tak tylko… wyglądasz na trochę spiętą.

– Wcale nie. – Idunn pośpiesznie ścisnęła kolana, żeby powstrzymać drżenie nóg. Nie zauważyła go wcześniej i lepiej by zrobiła, gdyby je zignorowała, bo gwałtownym ruchem tylko zwróciła uwagę Karó na ten przejaw lęku.

Zapadło niezręczne milczenie, które w końcu przerwała Karó.

– Niewiarygodne, ale to będzie moja pierwsza wizyta na Wyspach Westmana. Nie tak to sobie wyobrażałam, no ale trudno. A ty? Byłaś tam kiedyś?

Idunn wypuściła powietrze i skupiła się na tym, żeby sprawiać wrażenie swobodnej.

– Tak. Ale dawno temu.

To była prawda. Pominęła tylko fakt, że urodziła się na Wyspach Westmana i mieszkała tam aż do konfirmacji. Nie wspomniała też, że na Heimaey wciąż ma rodzinę – dwoje przyrodniego rodzeństwa i ojca. Z rodzeństwem nie łączyło jej nic, a z ojcem spotkała się tylko raz, odkąd jej rodzice się rozstali. Przyszedł wtedy na uroczystość wręczenia dyplomów po ukończeniu studiów medycznych. Nieproszony. Spotkanie dalekie było od serdeczności i obyło się bez uścisków. Gdyby to od niej zależało, nigdy więcej by go nie zobaczyła, ale ta podróż służbowa mogła to wszystko skomplikować. Heimaey to naprawdę niewielka wyspa, istniała więc całkiem realna szansa, że Idunn wpadnie na niego gdzieś w miasteczku. To właśnie ta myśl wprawiała ją teraz w stan niepokoju.

Karó nie drążyła tematu, tylko odwróciła się w stronę młodej kobiety z obsługi lotniska, która szykowała się, żeby ogłosić odprawę. W zasadzie mogłaby sobie darować formalności, bo nie był to lot rejsowy. Policja wynajęła samolot w ostatniej chwili. Na pokład wchodzili wyłącznie funkcjonariusze wydziału dochodzeniowo-śledczego, ekipa techników z Rejkiawiku, a także sama Idunn z zakładu patomorfologii Szpitala Uniwersyteckiego. Większość współpasażerów Idunn kojarzyła z widzenia, ale tylko dwoje znała z nazwiska – Karó i Týra. Nie była jeszcze pewna, czy to dobrze, czy źle, że będą lecieć razem z nią. W tej sytuacji może nawet wolałaby skupić się na pracy bez obecności ludzi, których zna.

Szczególnie zależało jej na tym, by unikać dłuższych rozmów z Týrem, ponieważ odkryła pewne fakty dotyczące śmierci jego matki. Miał prawo poznać prawdę, ale czasem niewiedza jest lepsza. Sprawiał wrażenie zadowolonego i spokojnego, jakby już pogodził się z przeszłością i z faktem, że ludzie, których przez całe życie uważał za rodziców, byli w rzeczywistości jego ciotką i wujem.

Týr dowiedział się o tym dopiero niedawno podczas śledztwa dotyczącego mordercy z siekierą. Idunn również została wtedy przydzielona do sprawy i zwróciła uwagę na starsze dochodzenie ze względu na podobne użycie narzędzia zbrodni. Týr po prostu połączył fakty. Nie był biologicznym synem osób, które uważał za matkę i ojca, lecz dzieckiem tragicznie zmarłej kobiety i mężczyzny, który według dotychczas obowiązującej wersji zdarzeń ją zamordował.

Ciotka i wuj zaopiekowali się Týrem, gdy był małym chłopcem, po tym jak ojciec zaatakował i zabił jego matkę siekierą. Wielka, szpetna blizna na czole Týra była śladem tamtego ataku, a nie skutkiem upadku z rowerka, jak mu wmawiano. Najwyraźniej ojciec w porę oprzytomniał, by nie zabić czteroletniego syna, choć nikt już nigdy się nie dowie dlaczego. Popełnił samobójstwo w areszcie, gdzie czekał na proces i wyrok.

Ale po ponownym przejrzeniu akt Idunn zaczęła wątpić w winę mężczyzny. Obrażenia matki Týra przeczyły temu, co jego ojciec zeznał w chwili aresztowania. Choć przyznał się do winy, nie byłby pierwszym człowiekiem w historii, który podczas przesłuchania mówił policji to, co chciała usłyszeć. Śledztwo nie zostało wprawdzie umorzone od razu po tym, jak znaleziono go martwego w celi, ale z oczywistych względów sprawa nigdy nie trafiła do sądu. Policja ostatecznie uznała, że ojciec Týra musiał być winny, skoro nie znaleziono innych podejrzanych, a on sam się przyznał. W tych okolicznościach nie dziwi, że śledczy mogli przeoczyć albo celowo zignorować pewien niewygodny szczegół, ewentualnie uznać go za nieporozumienie, które wyjaśniłoby się w toku dalszych przesłuchań.

Na tym właśnie polegał dylemat Idunn. Gdyby podzieliła się z Týrem swoimi wątpliwościami, znów znalazłby się w punkcie wyjścia, a cały spokój, jaki zdołał odnaleźć, ległby w gruzach. Jednocześnie miałby nikłe szanse, by dociec prawdy o tym, co się wydarzyło. Czy nie byłoby więc dla niego lepiej, gdyby oszczędzić mu tej wstrząsającej wiadomości?

Ich spojrzenia się spotkały i Idunn natychmiast odwróciła wzrok. Miała nadzieję, że nie uzna tego za przejaw niechęci, bo jej nie żywiła. Jego i Karó darzyła wyjątkową sympatią. Byli spokojni, zrównoważeni i nie zaczynali trajkotać, kiedy niespodziewanie zapadała cisza. Idunn odnosiła wrażenie, że dla większości ludzi cisza jest jak żar, który trzeba jak najszybciej stłumić, zanim wybuchnie płomieniem, ona natomiast dobrze się czuła w towarzystwie własnych myśli i nie znosiła rozmów, których jedynym celem było produkowanie słów.

Na szczęście grupa zebrana tego ranka w poczekalni nie miała ochoty na pogaduszki. Od czasu do czasu padały pojedyncze słowa, poza tym wszyscy wpatrywali się w telefony, sączyli kawę albo wyglądali przez okna. Przygaszony nastrój wynikał z celu ich podróży na wyspy. Śledztwo w sprawie morderstwa nigdy nie daje powodów do radości. Nikt nie miał ochoty się śmiać ani żartować. Choć dotąd nie otrzymali wielu informacji, co do powagi sprawy nie było wątpliwości. Dwie osoby nie żyły i raczej nie wyglądało to na zgon z przyczyn naturalnych, trzecia znajdowała się w stanie krytycznym po wypadku samochodowym. Jej życie wisiało na włosku.