19,99 zł
Tom White to upadły gwiazdor estrady włoskiego pochodzenia. Po obiecujących początkach kariery stoczył się, wyjechał do Nowego Jorku i zarabia tu na życie, grając w podrzędnym klubie Better Night. Podczas jednego z jego występów dochodzi do niespodziewanej strzelaniny, w której ginie starszy mężczyzna. Tom przypadkiem usłyszał rozmowę, z której wynika, że za masakrę jest odpowiedzialna amerykańska mafia. Muzyk staje się niewygodnym świadkiem. Tymczasem za rozwiązanie sprawy bierze się policjant James Garcia. Mężczyzna działa na własną rękę, bo nie ufa swoim skorumpowanym przełożonym.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 308
Krzysztof Myśliński
Saga
Wszystkie twoje słabości
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Korekta/redakcja: Alicja Gajda
Copyright © 2022 Krzysztof Myśliński i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788728109045
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.
Rodzicom – za to, o czym łatwo zapomnieć;
Tomaszowi Betcherowi – za cierpliwość i dobre słowo.
Życie zaczyna się tam, gdzie kończy się lęk.
Osho
Nie umiera nigdy zbrodnia, kiedykolwiek była dokonana (...).
Stefan Żeromski, „Międzymorze”
Włochy, Milan, rok 1963, środek lata
Niedziela, 8.00 wieczorem
Antonio Mancini spacerował nerwowo po placu za sceną. Mijał metalowe rury, wzmacniacze oraz ludzi działających jak maszyny. Słowem – wszystko to, czego widownia nie zobaczy. Ujrzą jedynie młokosa, który już za kilka minut pewnym krokiem wejdzie na olbrzymią scenę, przez co cała okolica doświadczy hałasu nie do opisania. Ściany w domach zadrżą. Zwierzęta zaczną wariować, słysząc dźwięki bardziej przypominające kobiecy orgazm niż huczną reakcję publiczności; wrzask ludzi otępi ich słuch, ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, czego doświadczy widownia.
Tym młokosem był on, Antonio Mancini. Młody, przystojny człowiek. Muzyk kompletny – wokalista i gitarzysta. Choć można by go nazwać po prostu dużym chłopcem. Równie dobrze jak na scenie, mógłby stać na widowni, jeżeli tylko los by się do niego nie uśmiechnął. I nie w garniturze szytym na miarę, a znoszonej koszuli po ojcu.
Obok niego szedł równie podenerwowany organizator całego zdarzenia, Basilio Caruso. Gdyby nie fajka w ustach i zmartwione spojrzenie, nikt nie poznałby w starszym mężczyźnie o okrągłej twarzy postaci kluczowej dla dzisiejszego widowiska. Bo to on zadzwonił bezpośrednio do Antonia, gdy ten zwolnił agenta. Błagał niemal trzy razy młodszego od siebie chłopaka o wykonanie kilku utworów z nowej płyty, jako zapłatę oferując więcej, niż przeciętna włoska rodzina zarobi w ciągu dekady.
Skąd pieniądze? Plotki mówią, że wyłożył je „ktoś ważny”, podobno bogacz blisko władzy, w dodatku fan Manciniego.
Nic więc dziwnego, że Basilio kopcił fajkę w zastraszającym tempie. Dymił niczym parowóz, aż utworzył cuchnącą mgłę. Gapiąc się na Manciniego, jakby tyle razy nie oglądał jego twarzy na okładkach gazet bądź w telewizji, powtarzał wolno i systematycznie:
– Uśmiechaj się, okaż widowni szacunek. Daj z siebie wszystko.
Antonio nawet nie raczył na niego spojrzeć. Zrobił to za pierwszym czy drugim razem, ale nie za sześćdziesiątym drugim. Wyobrażał sobie, że dym nie gryzie go w oczy i bawił się bukietem kwiatów, które dostał od grupki wiernych fanów. Nucił przy tym refren swojego największego hitu „Una donna bellissima come la luna” – piosenki napisanej w pięć minut.
Momentami współczuł Basiliowi. W końcu on sam nie chciałby, żeby jego kariera zależała od sławnego dwudziestodwulatka. Od tego, czy wystąpi tak, jak życzy sobie jakiś facet z rządu, czy może zejdzie ze sceny w połowie koncertu. A wiadomo, że z gwiazdami nigdy nic nie wiadomo. Popularność i pieniądze potrafią stworzyć mieszankę wybuchową.
Współczuł Basiliowi, choć dobrze wiedział, że osób zależnych od niego jest dużo więcej. Jeżeli ładnie się uśmiechnie, zemdleje pierwszy rząd widowni, gdzie siedzą wyłącznie kobiety. Inne zostały w domach, lecz gotowe są pozbawić się życia, jeżeli Antonio pocałuje Najpiękniejszą. Co więcej, jeśli nowa płyta okaże się sukcesem, kilkudziesięciu technicznych oraz niezliczone hordy sprzedawców utrzymają pracę.
Zwykle nie ma powodów do obaw. Czaruje głosem, włada widownią dzięki szarpnięciom strun, a przy tym jest uroczy. Może ostatni występ nie wyszedł mu najlepiej (był tak pijany, że po dwóch utworach stoczył się ze sceny), lecz dziś będzie inaczej. Nie bez powodu przez dwie godziny siedział w garderobie, powtarzał teksty i ćwiczył mimikę. W dodatku nie wypił ani kropelki niczego, co nie byłoby wodą. Jest profesjonalistą. Dzięki niemu świat nie jest nudnym, szarym miejscem. Antonio Mancini może kupić wszystko i wszystkich.
Tak, jest profesjonalistą.
Kto by pomyślał, że jeszcze kilka lat temu lękliwie patrzył w przyszłość, pomagając ojcu Francesco, wojennemu inwalidzie, sprzedawać warzywa na targu i chodząc co niedzielę do kościoła z matką Sofią.
Urodził się w tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym roku, w małej wsi na obrzeżach Mediolanu, gdy świat drżał ze strachu przed potęgą Hitlera. Wspomnienie tamtych lat do dzisiaj wywołuje u niego obrzydzenie. Znienawidził biedę i smutek, które naznaczyły jego dzieciństwo.
Pewnego szczęśliwego dnia udało mu się wymigać od obowiązku pomocy ojcu przy pielęgnowaniu warzyw w ogródku i wybrał się do dobrego kolegi, Marcella Esposito. Mieszkali blisko siebie, a ich rodzice utrzymywali przyjazne stosunki. Stella, matka Marcella, plotkowała z Sofią, jego ojciec zaś, Carlo, miał gitarę klasyczną, na której czasami pobrzękiwał. Lubował się zwłaszcza w tradycyjnych włoskich melodiach, co chwalił ojciec Antonia. Nie był wybitnym grajkiem, lecz niezwykła umiejętność wplatania w piękne teksty sprośnych, dwuznacznych słów wywoływała u chłopców nagłe napady śmiechu – tego, rzecz jasna, Francesco już nie pochwalał.
Tym razem państwo Esposito byli jeszcze w pracy, kiedy młodzi przyjaciele bawili się w ogródku. Zabawa była prosta: strzelali do przechodniów z drewnianych pistoletów.
Może i prosta, ale męcząca. Po godzinie biegów i skoków, gdy mimo najszczerszych starań chłopców nikt nie zginął, Antonio zaproponował:
– Wiesz, od dawna chciałem pograć na gitarze twojego taty.
Odpowiedziała mu cisza. Marcello zrobił niewyraźną minę.
– Może teraz zagramy? – ciągnął Antonio.
– Nie wiem, wolałbym pobawić się ogródku – usłyszał pełne zakłopotania mruknięcie.
Antonio dobrze wiedział, dlaczego przyjaciel nie skacze z radości. Podobnie jak w jego domu, branie rzeczy rodziców bez ich zgody kończyło się karą. Nierzadko bolesnym laniem.
– To nic nie szkodzi! – odparł z uśmiechem. – Przyniesiemy gitarę tutaj. A jak przyjdzie twój tata, to powiemy, że musieliśmy ją wynieść, bo dom napadli złodzieje!
Marcello nie protestował, choć w duchu modlił się, aby matka i ojciec wrócili później.
Chłopcy weszli do środka. W kącie salonu stała oparta o ścianę gitara. Był to piękny, zadbany instrument. Z cudem graniczyło znalezienie grama kurzu na jego powierzchni, a pudło rezonansowe pokrywał śliczny malunek polnych kwiatów.
Przyjaciele z najwyższą ostrożnością podnieśli gitarę i powoli, krok za krokiem, wynieśli ją na zewnątrz. W obawie przed ewentualnym porysowaniem lakieru Marcello przyniósł ze swojej sypialni kołdrę, rozścielił ją na trawie. Delikatnie, jakby kładli niemowlę do snu, położyli na niej gitarę.
Przez dłuższą chwilę w milczeniu podziwiali piękno instrumentu – magicznego narzędzia, z którego uzdolnieni ludzie wydobywają rytmiczne dźwięki, szarpiąc struny i dotykając właściwych progów. Wszystko dzięki kawałkowi drewna i kilku cienkim linkom.
Jednak to właśnie ten kawałek drewna i kilka linek wystarczyły, aby Antonio czuł się wyjątkowo. Każdemu dotknięciu gitary towarzyszył przyjemny dreszcz. Szarpnąłby struny, gdyby tylko mógł. Jakaś siła podpowiadała, że one dokładnie tego chcą!
Pytanie, czy na pewno nie może…? Pan Carlo jest w pracy, czego zaś nie zobaczy, to go nie zaboli.
Po chwili namysłu słabym, chrapliwym głosem zapytał:
– Marcellitto?
– Tak? – Chłopiec przestał obserwować ulicę. Antonio zwracał się do niego w ten sposób jedynie wtedy, gdy miał jakąś prośbę.
– Możesz mi przynieść szklankę wody? Strasznie zaschło mi w gardle.
Marcello westchnął.
– Dobra. Tylko patrz, czy nikt nie idzie.
– Jasne. – Mancini zrobił poważną minę i zasalutował jak żołnierz, a jego przyjaciel zaśmiał się i pobiegł do kuchni.
Ledwo zniknął z oczu Antonia, ten podniósł gitarę z ziemi. Ostrożnie, by jej nie uszkodzić, wolną ręką przysunął do siebie niski stołek i usiadł na nim. Gitarę oparł na kolanach, jak robił to pan Carlo. Wziął głęboki oddech. Wreszcie nadeszła chwila, na którą tak długo czekał.
Nachylił się nad instrumentem i zaczął grać, podśpiewując cicho.
Chciałoby się rzec: zaczął udawać, że gra. W ostateczności sprostować: zaczął niezdarnie brzdękać. Bo czy można mówić o graniu w przypadku jedenastolatka, który pierwszy raz trzyma gitarę w rękach?
Otóż można.
Grał tak pięknie, że gdy rodzice Marcella wrócili z pracy, nie byli w stanie przejść przez furtkę do własnego ogrodu. Zaniemówili z wrażenia. Całkiem słusznie zresztą, bo gracja, z jaką ten mały chłopiec uderzał w struny, oraz niezwykła barwa jego głosu sprawiały, że człowiek przenosił się do tajemniczej krainy.
Antonio już tam był. W świecie, w którym to on dyktował warunki; gdzie wiecznie świeciło słońce, powiewał delikatny wietrzyk i nie było miejsca na ból, cierpienie czy biedę. Gdzie jest gwiazdą, a ludzie pragną go słuchać. Gdzie nikt nie każe mu ciężko pracować, lecz i tak jest bogaty.
Odpłynął do tego stopnia, iż nie zwrócił uwagi na to, że już po chwili słuchała go spora grupa ludzi, głównie zdumieni sąsiedzi. Chociaż oczy miał zamknięte, to w tym momencie każdy z nich czuł na sobie jego spojrzenie. Starsi otwierali usta ze zdziwienia, lecz nie byli w stanie wydobyć z siebie głosu. Dzieci przerwały zabawę, nie dowierzając, że ten chłopak z gitarą to Antonio Mancini. Ptaki przestały ćwierkać, psy skomleć, nawet owady zdawały się zatrzymać w powietrzu.
A on po prostu szarpał struny i z uśmiechem na twarzy powtarzał kilka słów w rytm muzyki.
Gdy skończył, owacjom nie było końca. Słuchacze ustawili się do niego w kolejce tylko po to, by wręcz z nabożną czcią złożyć mu gratulacje. Każdy chciał uścisnąć rękę młodego geniusza, powiedzieć przynajmniej jedno miłe słowo, dać się zapamiętać. Odchodzili, mówiąc w duchu: „Jezu Chryste, ten chłopak ma talent!”.
O tym, jak niezwykłe było to wydarzenie, niech poświadczy fakt, iż pan Carlo ze łzami w oczach wyszeptał:
– Młody, weź sobie tę gitarę. Zrobisz z niej lepszy użytek.
Jako ostatni podszedł wysoki mężczyzna, ubrany w garnitur tego samego koloru, co jego srebrzyste włosy. Na pierwszy rzut oka człowiek ten wydał się Antoniemu nieco straszny ze względu na srogi wyraz twarzy i obrzydliwe, wielkości orzeszków ziemnych, pryszcze na czole. Przedstawił się jako Salvatore Coppola i zapytał:
– Chłopcze, możesz zabrać mnie do twoich rodziców?
W jednej chwili czar prysł. Świat jakby zwolnił, ciemność przysłoniła światło, a z twarzy chłopca zniknął uśmiech.
Teraz mi się dostanie – pomyślał smutno.
Prawdę mówiąc, mógł się tego spodziewać. To wszystko było niezwykle piękne, ale zupełnie nierealne. Bez pozwolenia zabrał gitarę ojcu Marcella, zagrał słyszaną setki razy melodię, a w rezultacie został uznany za muzyczne objawienie.
– Oczywiście, proszę pana – odpowiedział, słysząc głos swój, a jakby obcy.
Mężczyzna wskazał gestem, żeby Antonio prowadził, więc chłopiec chwycił gitarę i zaczął iść w stronę domu. Szli nie dłużej niż trzy minuty, lecz w tym czasie zobaczył przed oczami całe swoje krótkie życie. Wszystkie wesołe i smutne chwile, rozczarowania oraz wielką radość, która dopiero co go spotkała.
Gdy dotarli na miejsce, Antonio zaprowadził mężczyznę prosto do salonu, gdzie zwykle odpoczywali jego rodzice. Liczył na to, że tym razem ich tam nie zastanie. Niestety, Francesco i Sofia siedzieli na kanapie, wspólnie czytając gazetę.
Widząc Antonia z elegancko ubranym mężczyzną, zerwali się na równe nogi.
– Jestem Salvatore Coppola – przedstawił się, nie pozwalając im mówić. – Przepraszam, że zakłócam państwa spokój, lecz chciałbym zawrzeć umowę.
Nastała cisza. W tle słychać było jedynie tykanie zegara.
Dopiero po dłuższej chwili Francesco zaśmiał się nerwowo.
– To jakiś żart?
– Nie, absolutnie – zapewnił mężczyzna. Zrobił minę jeszcze poważniejszą niż wcześniej. – Wasz syn ma olbrzymi talent muzyczny, sam widziałem. Chcę… chciałbym pomóc mu rozwinąć skrzydła.
– Talent muzyczny? – do rozmowy włączyła się Sofia. Wyglądała na kompletnie zbitą z tropu. – Antonio ma talent muzyczny?
– Och, i to jaki! – krzyknął, intensywnie gestykulując. Odchrząknął nerwowo, jakby zdał sobie sprawę, że ponoszą go emocje. – W każdym razie jestem właścicielem wytwórni muzycznej i chciałbym zaproponować współpracę. Wasz syn zaśpiewa pięć, może sześć utworów i zobaczymy, co będzie dalej. Oczywiście otrzymają państwo odpowiednie wynagrodzenie. Jeżeli się państwo zgodzą, już dziś spiszemy umowę.
Świadkowie występu chłopca sprawiali wrażenie zdumionych, ale to jeszczenic przy reakcji jego rodziców na słowa pana Coppoli. Powiedzieć, że byli zdumieni, to jak nie powiedzieć nic. Oni po prostu zamarli z oszołomienia, z ich twarzy odpłynęła krew i oboje usiedli, choć dopiero wstali.
Salvatore Coppola, widząc to, położył kartkę na stole.
– Tutaj zapisałem adres mojej wytwórni. Oczekuję państwa jutro o ósmej rano.
Pożegnał się i wyszedł.
Gdy zamknął drzwi, Antonio odłożył gitarę w kąt pokoju, tak jak odkładał ją pan Carlo (nie zapytano go o jej pochodzenie) i usiadł obok rodziców. We trójkę patrzyli w ścianę, nic nie mówiąc. Cisza, choć nienaturalna, wydawała się konieczna.
Dopiero po dobrych dziesięciu minutach Francesco odezwał się do żony:
– Zgadzamy się, prawda?
Oczywiście, że się zgodzili. Rok później, jako dwunastolatek, Antonio nagrał pierwszą solową płytę, a w wieku czternastu lat wyruszył w trasę koncertową po całej Italii. Tempo, w jakim przeszedł drogę od ubogiego chłopczyka do bogatej gwiazdy, przerażało wszystkich, włącznie z nim samym.
Jedno pozostało niezmienne: nadal śpiewał tradycyjne włoskie melodie. I wciąż był w tym najlepszy.
Stąd nic dziwnego, że ktoś zdecydował się wydać fortunę, byle ściągnąć go do rodzinnego miasta. Dwudziestotysięczny tłum czeka pod sceną nie bez powodu, a biedny Basilio doradza, jak może. Choć, nawiasem mówiąc, nie może wiele, bo co on wie o byciu artystą? Jest zwyczajny, Antonio zaś zwyczajny już był – ostatni raz przed dziesięcioma laty. Jeden kłania się pokornie, drugiemu się kłaniają. Poza tym Caruso nigdy nie zarobił równowartości trzech domów w jeden wieczór. Antonio – tak.
Niestety, pieniądze całkowicie zawładnęły jego światem. Przestał myśleć o muzyce jako sztuce, a zaczął w niej widzieć maszynkę do wytwarzania banknotów. Wściekłość wzbudzał w nim fakt, iż rodzice nie chcieli porzucić dotychczasowej pracy i żyć godnie – godnie wedle jego miary. Nie rozumiał, jak można nie chcieć ogromnej willi na północy Włoch ze służbą dostępną na skinienie palcem.
Wtedy też postanowił zerwać kontakt z nimi oraz z innymi biedakami. Odtąd widywano go jedynie z ważnymi ludźmi, którzy dysponowali olbrzymim majątkiem.
Antonio potrząsnął kwiatami od fanek, które, więdnąc, utraciły już swój zapach, i skarcił się w duchu. Dlaczego teraz o tym myślał? Dlaczego zaprzątał sobie głowę przeszłością i rodziną w tak doniosłej chwili? Już za kilka minut wyjdzie na scenę, zostanie powitany niczym bóstwo. Kobiety zaczną piszczeć, nawet włoskie damy z porządnych domów zapomną o wszelkich zasadach kultury i dobrego wychowania. Zagra parę piosenek, po czym zabierze Najpiękniejszą na kolację. Najpiękniejsza często zmienia imię, ostatnio była Rosalią. Ale żadna mu się nie oprze.
W każdym razie pojadą do hotelu i skończą razem w łóżku. Następnego dnia dziewczyna znajdzie kopertę z listem pożegnalnym oraz pieniądze na powrót do domu. Dzień jak co dzień.
Dzień jak co dzień – powtarzał w myślach, aby dodać sobie otuchy. – Dzień jak co dzień.
W końcu, po kilku długich minutach, Basilio odstawił fajkę na stolik i zawołał:
– Bądź gotów, za chwilę wychodzisz!
Antonio rzucił kwiaty na ziemię. Upadły obok metalowej rury. Patrzył, jak pulchny mężczyzna wdrapuje się po schodkach na scenę. Usłyszał pisk, tłum ożył.
Rozległ się trzask, jacyś ludzie podawali sobie mikrofon. Basilio zniknął z jego oczu, lecz ciężki oddech słyszany w głośnikach mówił sam za siebie. Publiczność nie przestała krzyczeć, choć na scenie nie było jeszcze gwiazdy.
– Szanowni państwo – dało się słyszeć nienaturalnie głęboki głos – powitajcie gwiazdę dzisiejszego wieczoru!
Tłum zawył. Umysłem Antonia zawładnęły dwa równie silne uczucia: lęk i podniecenie. Od dziecka, wychodząc na scenę, nogi miał jak z waty, a widzenie utrudniały mu mroczki przed oczami. Jednak nigdy nie pozwolił, aby strach zawładnął nim całkowicie. Antonio nie mdlał na scenie (bynajmniej nie z tego powodu), nie wymiotował przed publicznością (o zgrozo!), gdyż skutecznie chroniły go ekscytacja i szczera radość. Uwielbiał koncertować. Pragnął spędzić życie na scenie, fantazjował również o śmierci na deskach olbrzymiego teatru bądź innego miejsca godnego gwiazdy jego kalibru.
– Przed wami Antonio Mancini!
Teraz nie było inaczej. Po głośnej zapowiedzi ledwo wtoczył się na scenę, a już ogłuszyły go wrzaski publiczności. Oślepiony blaskiem reflektorów, zdobył się na wymuszony uśmiech.
Spojrzał przed siebie. Wszystkie miejsca były zajęte, choć nikt obecnie na nich nie siedział. W tłumie zobaczył zarówno wieśniaków, dla których kupno biletu prawdopodobnie wiązało się z wielomiesięcznym oszczędzaniem, jak i wytrawnie ubraną elitę społeczeństwa. Grał dla nich wszystkich. I wszyscy przepychali się z ochroną, chcąc go dotknąć.
Ukłonił się, pomachał z gracją. Rozpierało go szczęście, nie musiał udawać, że jest inaczej. Już miał chwycić za gitarę, na scenę już wszedł techniczny, by ją podać…
Nagle Antonio ujrzał cudowne zjawisko. W środkowym rzędzie stała najpiękniejsza kobieta na świecie. Jej długie, czarne włosy, czerwone usta, które składały się w subtelny uśmiech, i figura przywodząca na myśl gwiazdę rodem z wielkiego ekranu sprawiły, że zapomniał, gdzie jest i po co tu jest. To zresztą nie było teraz ważne, liczyła się jedynie ona. Patrzył tylko na nią, choć dwadzieścia tysięcy par oczu wbitych byłow niego. Kobieta zaś uśmiechała się skromnie.
Ocknął się dopiero po dłuższej chwili, gdy tłum zaczął się niecierpliwić, gdzieniegdzie rozlegały się trzaski rozbijanych o ziemię butelek z tanim winem, a Basilio, przecierając twarz chustką mokrą od potu, wyszeptał:
– Proszę, zacznij już. Oni mnie zabiją…
Błagalny ton sprowadził Antonia na ziemię. Wciąż oszołomiony doskonałością tajemniczej kobiety, rozpoczął koncert. Przyjął gitarę, przypiął ją do pasa, który przełożył przez ramię, i przysunął statyw z mikrofonem do ust. Szarpnął w struny, aby sprawdzić, czy wszystko gra, jak należy.
Zaśpiewał pierwsze słowa ulubionej piosenki plebejuszy:
– Oh, mio amato, sai quanto ti amo!
I stało się. Widownia oszalała. Bogaci i biedni, starzy i młodzi – wszyscy bez wyjątku zaczęli tańczyć. Strach opuścił jego umysł, zamiast niego pojawiły się podniecenie oraz zupełnie nowe uczucie.
To coś nie dotyczyło muzyki, pieniędzy ani żadnej z przyziemnych rzeczy. To było coś, dzięki czemu niektórzy żyją. Coś, przez co inni umierają. Coś, czego Antonio nie czuł nigdy wcześniej – nie sądził, że kiedykolwiek to odczuje.
Antonio Mancini się zakochał.
Na brudnej, zakurzonej kanapie leży przystojny mężczyzna. Śpi. Promienie słońca oświetlają jego szczupłą twarz, uwypuklając walory urody. Jeżeli Bóg odpowiedzialny jest za piękno, to w tym przypadku wyjątkowo się postarał, a smukłe policzki, duże usta, umięśnione ramiona i lwia grzywa zdają się to potwierdzać. Jedynym mankamentem, odróżniającym mężczyznę od greckiego bóstwa, jest szrama na policzku. Chyba że Eros także oberwał potłuczonym szkłem prosto w twarz po wieczornym koncercie dla trzydziestu tysięcy widzów.
Ale dlaczego mężczyzna, który występuje dla takich tłumów, leży na brudnej kanapie? No cóż, prawdę powiedziawszy, występował, a nie: „występuje”. Ostatni koncert Toma White’a dla publiczności większej niż kilkunastu pijaczków odbył się ponad dziesięć lat temu. Był to zarazem ostatni wieczór, kiedy Tom mógł zaimponować ładnym, lekko wstawionym dziewczynom, mówiąc:
– Poproszę dwa drinki, dla mnie i dla tej pani. Reszty nie trzeba. – Od niechcenia wręczał wtedy osłupiałemu barmanowi równowartość ceny butelki najdroższej whisky.
Rzecz jasna, imponował nie tylko pieniędzmi. Był najjaśniejszym punktem Italii, o jego głosie i zdolnościach gry na gitarze krążyły legendy. Gdy koncertował, leciały ku niemu biustonosze, po wyjściu na miasto nigdy nie wracał do hotelu sam, a jedno słowo wystarczyło, by wprawić w zakłopotanie nawet najlepiej opłacane telewizyjne gwiazdeczki.
Zatem co, u licha, się stało?
Zapewne sam nie potrafiłby powiedzieć. W obecnym zaś stanie, z cholernie wysokim stężeniem alkoholu we krwi i pozostałościami białego proszku na nosie, było to bardziej niż pewne.
Krótko mówiąc, ten przystojny mężczyzna – kiedyś Antonio Mancini, obecnie Tom White; kiedyś gwiazda, obecnie mało znany klubowy grajek; kiedyś bogacz, obecnie dłużnik – wiódł ciekawe życie. Pełne przyjemności i ekscytujących przygód, o których przeciętny człowiek mógłby jedynie pomarzyć (choć musiałby mieć naprawdę bujną wyobraźnię).
Tom się obudził. Otworzył oczy, z niemałym trudem wstał z kanapy. Wyciągnął ręce ku górze i jęknął cicho. Osłabiło go to na tyle, że znowu musiał usiąść.
Wczoraj wypił zbyt dużo drinków, zdecydowanie zbyt dużo. Już po trzeciej kolejce zaczął odczuwać lekkie zawroty głowy, lecz nie zrezygnował. Później, nie wiadomo skąd, na stole pojawiła się kreska kokainy, potem następna. Aż dziw, że udało mu się wrócić do domu.
Przynajmniej okazja była słuszna, choć żałosna – świętował piątą rocznicę upadku kariery muzycznej. Ponad tysiąc osiemset dni wcześniej, obrzucany wyzwiskami i wszystkim, co publiczność znalazła pod ręką, został zmuszony do ucieczki z jednej z manhattańskich scen. Odbywał się tam wtedy festiwal muzyki rockowej, a Tom zagrał swój popisowy numer – włoską melodię w unowocześnionej wersji. Kompletny niewypał.
Jako czterdziestolatek obecnie zmuszony był patrzeć na szare, smutne ulice zaludnione przez jeszcze smutniejszych ludzi w marynarkach. Ulice Jamajki. Niestety, nie tej słynnej Jamajki, a jej ubogiej siostry, zasługującej jedynie na miano nowojorskiej dzielnicy.
Wyjeżdżając do Stanów, spodziewał się czegoś innego. Myślał o pięknych widokach, nocach spędzonych w najdroższych hotelach, dziwkach, dobrym alkoholu. Krótko mówiąc – o odbudowie kariery. Lecz rzeczywistość wszystko zweryfikowała. Nawet słońce zdaje się obrażone na Amerykę, zwłaszcza na ohydny Nowy Jork, jego ubogie dzielnice i jednopiętrowy dom wynajmowany przez Toma, co chwilę chowając się za chmurami, jakby chciało westchnąć: „Szkoda, że muszę tu być…”.
Życie Toma mogło potoczyć się zupełnie inaczej (w zasadzie każdy rozsądny człowiek powiedziałby: „…powinno potoczyć się zupełnie inaczej”). Nie było innej możliwości.
Niestety, wszystko zepsuło się przez pewną przygodę. Jedną z setek ubarwiających mu życie. Większość z nich kończyła się szczęśliwie, jednak tragedie również się zdarzały.
Z całą pewnością tak można nazwać moment, w którym oświadczył się pięknej dziewczynie o imieniu Cecilia, z domu Rossich. Po raz pierwszy zobaczył ją podczas koncertu w Milanie, właśnie wtedy, gdy biedny Basilio błagał go o rozpoczęcie występu. Antonio (jeszcze nie Tom) poczuł coś, co w tamtym okresie jako arogancki dwudziestodwulatek nazywał miłością. Teraz, osiemnaście lat później, określiłby to mianem „idiotycznego zauroczenia”.
Zauroczenie było tak silne, że ślub odbył się już trzy tygodnie po pierwszym spotkaniu. Towarzyszyły mu ciche głosy sprzeciwu współpracowników Manciniego. Tuzy muzycznego świata odradzały mu związek z ubogą Włoszką, gdyż wielu z nich przepuściło olbrzymie majątki wskutek rozwodów.
Rzecz jasna, nikt nie zdołał zmienić jego postanowienia. Antonio nie zwracał uwagi na tych ludzi. Był zbyt bogaty, za młody i za głupi, aby potraktować ich słowa poważnie.
Ślub odbył się w samym centrum Wenecji. Stanowił naprawdę wyjątkowe święto. Szczęśliwi państwo młodzi oklaskiwani przez blisko tysięczny tłum, fotoreporterzy z całego świata czekający na okazję do przeprowadzenia wywiadu oraz fani, którzy nawet w tak ważnej chwili nie wahali się wrzeszczeć i błagać o autograf. Oprócz tego sztuczne uśmiechy i niezwykle drogie prezenty.
Jednak cała magia minęła równie szybko, jak się pojawiła. Niecałe pół roku później Antonio wrócił do domu po nieudanym wieczorze. Sam koncert nawet najsurowsi krytycy określiliby słowem „wyborny”, lecz jemu chodziło o coś więcej. Nie udało się zwabić do łóżka gorącej tancerki, której uwagę próbował przyciągnąć przez blisko dwie godziny. Chociaż było naprawdę blisko, wszystko popsuł jeden z ochroniarzy, a prywatnie – jej chłopak.
To wtedy gwiazdor zarobił szramę na policzku. Życie ocalił mu fakt, iż – jakby nie patrzeć – każdy ochroniarz opłacany był przez niego. W związku z tym ci, którym zależało na dobrze płatnej robocie, odciągnęli gdzieś na bok mężczyznę z żądzą mordu w oczach i potłuczoną butelką w dłoni.
Antonio pozbierał się szybko, nawet nie pozwolił lekarzowi opatrzeć rany. Chciał jak najprędzej wrócić do domu. Tego dnia prywatny kierowca zachorował, więc muzyk wezwał taksówkę. Po przybyciu na miejsce, gdy ochrona pomogła mu przedrzeć się przez tłum fanów, w ogrodzie przed domem ujrzał roześmianą Cecilię.
– Kochanie, co się stało? – zapytał z uśmiechem, spodziewając się wesołej nowiny.
Cecilia bez słowa ruszyła w stronę domu. Poszedł za nią, myśląc, że żona nie chce rozmawiać przy akompaniamencie kobiecych pisków. Po chwili stali w przedpokoju. Cecilia musiała nie zauważyć skaleczenia na jego twarzy, gdyż podała mu do ręki pogniecioną kartkę. Prawdopodobnie oglądała ją setki razy, było na niej widać tłuste ślady jej palców.
Antonio patrzył na świstek, lecz słowa nie docierały do jego mózgu.
– Nic z tego nie rozumiem – powiedział. – Możesz wyjaśnić, o co chodzi?
Cecilia uśmiechnęła się i przytuliła go z czułością.
– Przyszły wyniki badań. Jestem w drugim miesiącu ciąży.
Ciekawe, który mężczyzna, wracając do domu po koncercie dla trzydziestotysięcznej publiczności, będąc w amoku spowodowanym utratą krwi, potrafiłby ucieszyć się z takiej wiadomości (można jeszcze dodać, że kilkanaście minut wcześniej bez powodzenia próbował poderwać obcą kobietę). No cóż, z pewnością nie Antonio Mancini.
Dla niego cały świat nagle przestał istnieć. Z twarzy odpłynęła mu reszta krwi, bez słowa wyjaśnienia odwrócił się na pięcie i wszedł do salonu. Nie zważając na krzyki żony, chwycił za telefon i zamówił taksówkę, po czym wybiegł z domu.
– Ty tchórzu! Ty idioto! – wrzeszczała Cecilia, szarpiąc go przy bramie. – Dlaczego to robisz?!
Nie docenił jej gniewu. Zamachnęła się, uderzyła go prosto w twarz.
– Ty szmato – wyszeptał po chwili, masując szczękę. Sącząca się z nosa krew zaczerwieniła mu koszulę. – Dziwko!
Złapał Cecilię w pasie i uniósł ją gwałtownie. Zaczęła go drapać, wrzeszcząc przy tym wniebogłosy. Tłum fanów ponownie dał o sobie znać, przez piski przebijał się blask fleszy. Lecz Antonio nic sobie z tego nie robił. Podszedł do ogrodzenia, niosąc żonę nad głową, i rzucił ją w ostre krzewy.
– To koniec – wysapał, podczas gdy Cecilia ryczała z bólu.
Oddychając ciężko, wyszedł przed bramę, prosto w rój reporterów. Jednemu wyrwał aparat, drugiego powalił na ziemię, a trzeciego ugryzł w rękę. Kiedyna ulicy pojawiła się taksówka, powiedział:
– Żegnam państwa. Do zobaczenia na koncercie.
Zdążył odepchnąć kilku natrętów, zanim wsiadł do wozu. Taksówkarz okazał się tym samym facetem, który wiózł go zaledwie dziesięć minut temu.
Na widok Antonia zrobił zdumioną minę.
– Gdzie tym razem, panie Mancini?
Muzyk spojrzał na niego pustymi oczami i westchnął:
– Jak najdalej od tej suki.
Wtedy też urwał mu się film. Następnego dnia obudził się nagi na komisariacie mediolańskiej policji. Zatrzymano go, gdy przy aplauzie fanów próbował zgwałcić niepełnosprawną kobietę w podeszłym wieku, która czekała na autobus.
Później stało się to, co musiało się stać. Cecilia za namową rodziców wniosła do sądu pozew o rozwód, w dodatku oskarżyła go o przemoc.
Antonio spodziewał się takiego obrotu spraw, nie martwił się zbytnio. Był powszechnie szanowaną gwiazdą, miał tysiące fanów. Cały rynek muzyczny we Włoszech należał do niego, w dodatku muzyk dysponował nieograniczoną ilością gotówki – a przynajmniej tak zapewniał Salvatore Coppola, który nie dość, że wydawał jego płyty, to jeszcze przejął rolę agenta. Co mogliby mu zrobić?
Cóż, nie warto podchodzić do spraw sądowych w taki sposób. Zwłaszcza jeśli rodzice twojej żony pragną zmieść cię z powierzchni ziemi.
Nie poświęcił dużo uwagi wyborowi prawnika, czego szybko pożałował. Dość powiedzieć, że niemowlak dobrałby rozsądniejsze argumenty niż ten człowiek. W związku z tym Antonio utracił osiemdziesiąt procent majątku, został zobligowany do wsparcia organizacji charytatywnej wspomagającej włoskie szpitale i publicznych przeprosin Cecilii.
Ostatnie żądanie sądu wzbudziło w nim największy gniew. On ma przepraszać? Kobietę, która uderzyła go w twarz? Kobietę-zdrajczynię? Nieważne, że jeszcze nie tak dawno temu zwracał się do niej per „kochanie”. W tym momencie była dla niego zwykłą suką, która zaciążyła przez przypadek. Bo przecież nigdy nie chciał mieć dzieci, brzydził się nimi.
Nie zmienia to faktu, iż nawet teraz, już jako Tom White, ciągle wzdryga się na wspomnienie tamtych chwil. Pierwszy cios zadała Cecilia. Drugi – Salvatore Coppola. Zerwał z nim kontrakt, gdy zobaczył, że sprawy idą w złym kierunku.
Później poszło lawinowo. Odebrali mu prawie wszystko, a czego nie wzięli prawnicy – przepił. Ludzie zbuntowali się przeciwko niemu; organizatorzy przestali oferować lukratywne propozycje, a „przyjaciele” odwrócili się, gdy poprosił ich o wsparcie. Kariera we Włoszech dobiegła końca.
Ponadto jedna z większych włoskich gazet napisała artykuł, z którego wynikało, że „Antonio Mancini jest uzależnionym od alkoholu i narkotyków grzesznikiem. Większość życia spędza, zabawiając się z paniami lekkich obyczajów, żłopiąc whisky, a w międzyczasie wciągając kreski kokainy, co też nazywa pracą. Tworzenie muzyki traktuje jako przykry obowiązek, do którego zmusza go wytwórnia”.
Jednym słowem, autor sugerował, że muzyk jest największym złem, które spotkało Włochy od II wojny światowej.
Ohydni ludzie, bez ambicji i życia prywatnego – myślał wtedy Antonio. Obsmarowali go łajnem, a on nic nie mógł z tym zrobić. Cóż, mało kogo obchodziła jego opinia.
Prawie rok później razem z menedżerem ustalili, że czas na wyjazd z Włoch. Nie miał już żadnych oszczędności ani perspektyw na zarobek. Nadeszła pora, aby gdzie indziej odbudować muzyczną karierę.
Od razu przyszedł mu na myśl kraj, który tylu żebrakom pozwolił zarobić miliony. Kraj dobrobytu, wypasionych samochodów i pięknych widoków. Krótko mówiąc: Stany Zjednoczone.
W związku z tym zatrudniony niedawno menedżer, Isaac King, zaproponował mu zmianę imienia na bardziej amerykańskie. Padło na Toma White’a. Z czasem muzyk zrozumiał, że nie tylko nie było to konieczne, ale wręcz głupie, lecz w tamtym okresie stan jego uzależnień właśnie osiągnął apogeum. Tom White nie myślał logicznie. Zatem, po zakupie biletów i załatwieniu wszelkich formalności, wraz z menedżerem opuścili ojczyznę.
Na miejscu okazało się, że nie był tutaj tak dobrze znany jak w rodzimej Italii. Mało kto zwracał na niego uwagę, gdy spacerował ulicami Nowego Jorku, a jeżeli już, to z powodu ochroniarzy, którymi się otaczał. Nic dziwnego, Tom „Antonio” White całą karierę oparł na występach we Włoszech, tylko tam sprzedawał płyty. No i nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek pokazywano go w angielskojęzycznej telewizji.
Co więcej, Amerykanie nie byli skorzy do słuchania tradycyjnych włoskich pioseneczek. I o ile nie mieli problemu z przepiciem miesięcznej wypłaty w pubie, to przepicie miesięcznej wypłaty w pubie przy akompaniamencie sentymentalnej ballady po włosku nie mieściło im się w głowie.
Tak właśnie skończyła się amerykańska kariera młodego muzyka, zanim na dobre się rozpoczęła. Jego rozpoznawalność była tak mała, że sprzedając bilety choćby i po okazyjnych cenach, nie mógł zapełnić salki przygotowanej na dwie setki gości. Próbował wiele razy, zmieniał style i gatunki muzyczne. Zaczął śpiewać po angielsku, choć nie potrafił nawet mówić dobrze w tym języku (kończyło się to mruczeniem z włoskim akcentem). Robił wszystko, aby spełniło mu się słynne „american dream”. Niestety, jego wysoki, piskliwy głosik nie pasował do heavy metalu, a próby grania jazzu spotykały się z ofertami widowni w stylu:
– Zapłacę ci dwieście dolców, tylko weź przestań się wygłupiać.
Nim minęło kilka tygodni, stracił menedżera. Oficjalnie z powodu „licznych zaniedbań i nadużywania alkoholu”, lecz prawda była taka, że za parę dolarów miesięcznie lepiej pracować na zmywaku niż odwozić po koncertach naćpanego pracodawcę do domu.
Nie zrezygnował, za to zaczął grać bluesa. Nie ze względu na odkrycie pasji do smutnych dźwięków i płaczu w mikrofon, ale przez nowy (używany) instrument – złoty Gibson Les Paul, który nie znosił innego brzmienia. A Tom nie znosił takiego.
Kto by pomyślał, że można upaść tak nisko.
Tom White zdecydowanie przestał się wygłupiać. Obecnie grywał już tylko w małych pubach i klubikach, a jego publiczność w znacznej mierze stanowiła grupa nowojorskich pijaczków. Najczęściej to nawet nie on był gwiazdą. Podobnie miało się stać dzisiaj.
Przypomniał sobie o tym, wchodząc do zagraconej kuchni. Na stole zobaczył kartkę zapisaną koślawym pismem: „Better Night, ósma wieczorem”.
Zapisywanie na papierze terminów i miejsc kolejnych występów było nawykiem, który wypracował sobie kilka dni po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Już wtedy, wracając do domu z jednego koncertu, niezależnie od stężenia alkoholu we krwi, zapisywał datę kolejnego. Dzięki temu wiele razy uniknął nieprzyjemnych sytuacji i nie musiał myśleć, czy po wypiciu całej butelki whisky nadal będzie pamiętał nierzadko dziwne obietnice występów. Oczywiście rozsądku nauczyły go nieprzyjemne doświadczenia.
Tom White to upadły gwiazdor estrady włoskiego pochodzenia. Po obiecujących początkach kariery stoczył się, wyjechał do Nowego Jorku i zarabia tu na życie, grając w podrzędnym klubie Better Night. Podczas jednego z jego występów dochodzi do niespodziewanej strzelaniny, w której ginie starszy mężczyzna. Tom przypadkiem usłyszał rozmowę, z której wynika, że za masakrę jest odpowiedzialna amerykańska mafia. Muzyk staje się niewygodnym świadkiem. Tymczasem za rozwiązanie sprawy bierze się policjant James Garcia. Mężczyzna działa na własną rękę, bo nie ufa swoim skorumpowanym przełożonym.
