Wszystkie nasze sekrety - Aleksandra Polańska - ebook + książka

Wszystkie nasze sekrety ebook

Polańska Aleksandra

0,0
52,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Być może ktoś kłamie.
Ale co wtedy, gdy kłamią wszyscy?

Ada wprowadza się do swojego partnera Miłosza i zaczyna opiekować się jego sześcioletnią córką Kamilą. Ich sąsiadujący z lasem dom wydaje się być idealnym azylem. Albo perfekcyjną pułapką. Adrianna zauważa niepokojące ślady w ogrodzie, dowiaduje się także, że sprawa śmierci byłej żony Miłosza pozostaje niejasna. Na domiar złego, w życiu Ady pojawia się tajemnicza kobieta, która twierdzi, że jeśli Ada nie dowie się, co przytrafiło się jej poprzedniczce, podzieli jej los.
Adrianna zaczyna odkrywać mroczne sekrety żony Miłosza, przy okazji starając się nie dopuścić, by jej własne tajemnice ujrzały światło dzienne.
„Nie wierzcie ludziom, którzy mówią, że nie mają sekretów. Każdy je ma.”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 281

Rok wydania: 2026

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Aleksandra Polańska, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: © Maciej Szymanowicz

Redakcja: Kamila Recław

Korekta: Dorota Filip

Skład i łamanie: Andrzej Owsiany

PR & marketing: Sławomir Wierzbicki

ISBN: 978-83-8441-324-1

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Można ignorować rzeczywistość, ale nie da się zignorować skutków ignorowania rzeczywistości.

Ayn Rand

PROLOG

Wyciągam kuchenny nóż wystający z mojego barku i przeraźliwie krzyczę.

Metaliczny zapach i widok wszechobecnej krwi przyprawia mnie o mdłości, ale staram się je stłumić. Czołgam się z trudem w kierunku schodów. Ból jest nieznośny, nigdy w życiu jeszcze nie czułam podobnego, nie patrzę nawet w kierunku rany. Odgarniam mokre pasmo włosów z czoła, ktoś coś do mnie mówi, lecz nie jestem w stanie wyłapać poszczególnych słów.

Spoglądam w dół i przykładam dłoń do ust, ogarnia mnie poczucie odrealnienia. Widok powykrzywianych kończyn i zamglonego wzroku osoby leżącej u podnóża schodów ostatecznie powoduje u mnie odruch wymiotny. Po tym, jak oddaję całą treść żołądka, ciężko mi nabrać powietrza i z trudem, przez zaciśnięte zęby pytam:

– Czy ona…?

Nasz piękny, idealny dom stał się niemym świadkiem tragedii.

Kolejny raz.

Powinnam zbiec na dół, wezwać karetkę i zacząć resuscytację, ale moje ciało jest kompletnie obezwładnione.

– Chyba oddycha.

Słowa odbijają się echem w mojej głowie. Czy to ja je wypowiedziałam, czy ktoś inny? Czy wolałabym, żeby ona żyła, czy lepiej by było, gdyby umarła?

Jedyna osoba, która stanowiła dla mnie zagrożenie.

Albo jedyna, która chciała mnie ochronić.

Jeszcze nie do końca zdążyłam to rozgryźć.

1

Doskonale wiem, co mnie zaraz czeka, a mimo to nie potrafię o siebie zawalczyć.

Szef przychodni – Jacek Niedzielski wkracza do swojego gabinetu pewnym krokiem, zaszczycając mnie jedynie przelotnym spojrzeniem. Podciąga rękawy znoszonej kraciastej koszuli i unosi prawą brew, czym daje klarowny sygnał, że osiągnął limit swojej cierpliwości. Jego biuro jest urządzone w mało gustowny sposób i zawsze, gdy w nim przebywam, cisną mi się na język kąśliwe uwagi. Tym razem mocno zaciskam usta i wpatruję się w mężczyznę wręcz błagalnym wzrokiem. Jacek spogląda w górę, tuż nad moją głową wisi kiczowaty kryształowy żyrandol i niewykluczone, że mój przełożony marzy właśnie, by to okropieństwo spadło prosto na mnie.

Pokłóciliśmy się i wyszedł na kilka minut z pomieszczenia. Wrócił, dzierżąc w dłoniach białą kartkę, którą ciska na biurko i przeciąga po drewnianym blacie w moim kierunku.

– Pisz, że rozwiązujemy umowę za porozumieniem stron – rzuca i ucieka wzrokiem w bok. Nie jest mu przykro, że wyrzuca mnie na bruk, raczej ma po prostu dosyć i wolałby wrócić już do domu zamiast znosić moje tłumaczenia.

– Nic złego nie zrobiłam. – Zakładam nogę na nogę, bo nie potrafię powstrzymać ich drżenia, po czym przesuwam papier z powrotem w jego stronę.

– Jesteś wścibska. Narażasz naszą opinię na szwank. Nie jesteś cholerną psycholożką od udręczonych kobiet. Masz odbierać telefon – wykonuje ręką gest połączenia, gdy przykłada sobie kciuk do skroni – i rejestrować pacjentów, a gdy już tu są, wytłumaczyć im, do którego gabinetu powinni się skierować i zainkasować opłatę za wizytę. Tylko tyle!

– Ta kobieta miała siniaki na rękach… – Próbuję się bronić, choć on doskonale zna moją wersję zdarzeń, ale nie chwali mnie za czujność i szlachetność, a zamiast tego jego twarz przyjmuje wyraz lodowatej nieczułości.

– To nie twoja sprawa. Rozumiesz, że nagabywanie do zgłoszenia męża na policję jest przekroczeniem wszelkich granic? – Wstaje z krzesła i otwartą dłonią wali w biuro. Huk odbija się od ścian i atmosfera ze złej staje się podła.

– Pisz.

– Chcę tu pracować, potrzebuję tej pracy.

Zaczynam obgryzać z nerwów skórkę paznokcia. Za odłożone z etatu w przychodni pieniądze kupiłam w zeszłym miesiącu auto, by w końcu być niezależną i nie musieć tłoczyć się w miejskich autobusach, bo szczerze nie znoszę komunikacji zbiorowej. Gdybym wiedziała, że kilka tygodni później stracę zatrudnienie, nie odważyłabym się na wydanie praktycznie wszystkich oszczędności. Na usta ciśnie mi się soczyste przekleństwo.

– Każdy pracownik to powtarza. Niestety ta kobieta złożyła na ciebie skargę.

Po jego słowach otwieram szeroko oczy ze zdumienia. Chciałam jedynie jej pomóc. Czy w telewizji nie słychać bez przerwy, jak niebezpieczna jest obojętność?

– Może zatrudnij się w policji – dodaje – skoro taka z ciebie obrończyni uciemiężonych.

– Rozważę to.

– Ada, nie rób mi problemów. Znajdziesz pracę gdzieś indziej.

– Pewnie masz rację, ale muszę za coś żyć. Daj mi czas do końca miesiąca.

– Dobrze. Dostaniesz wypłatę za cały miesiąc z góry, ale od jutra się tu nie pokazuj.

– Jedno potknięcie ma zadecydować o moim losie? Naprawdę?

– Nie tylko jedno – rzuca Niedzielski, starając się przy tym brzmieć łagodnie.

Powstrzymuję się, by nie wybuchnąć płaczem. Wiem, że zapewne wpłynęło na mnie jeszcze kilka donosów od innych pracowników przychodni. Przyłapałam Janinę, naszą sprzątaczkę, na niedokładnym czyszczeniu toalet i Wiktorię, drugą recepcjonistę, z którą często dzielę swoją zmianę, na flirtowaniu z przystojnym pediatrą, a to tylko początek góry lodowej przewinień kadry. Czasem pisnęłam Jackowi, że powinien lepiej zarządzać personelem. Chyba w ramach rewanżu ktoś „uprzejmy” obsmarował mnie, że nie przykładam się do obowiązków i kilkukrotnie pomyliłam dane pacjentów. Pewności nie mam, ale całkiem prawdopodobne, że Wiktoria mogła zmieniać nazwiska i godziny wizyt w systemie. Czasem przyłapywałam tego pediatrę Pawlika na powłóczystych spojrzeniach rzucanych w moją stronę. Skoro ja je zauważyłam, Wiktoria tym bardziej. Nie wykłócałam się z Jackiem, kiedy dostałam od niego reprymendę, jednocześnie ciągle mając z tyłu głowy, że Wiki mnie nie znosi. Uparła się dla samego uporu czy to naprawdę zazdrość odebrała jej rozum?

Zresztą nie zamierzam roztrząsać psychiki swojej koleżanki z pracy, bo wbrew sugestii szefa nie chcę zmieniać fachu i zostawać detektywem. Biorę w rękę niebieski długopis i z rezygnacją opuszczam ramiona. Zauważam przy tym, że Jacek odetchnął. Ciekawe, czy Wiktoria często narzekała mu na moje towarzystwo. Przeczuwam, że szef potrzebował lepszego pretekstu do zwolnienia mnie niż niechęć ze strony współpracowniczki. Szkoda, że sama dostarczyłam mu go jak na tacy.

Bazgram wypowiedzenie i podpisuję je, połykając słone łzy płynące po moich zaczerwienionych policzkach.

– Dam ci dobre referencje, jeśli będą pytać. Ale na Boga, przestań się tak wtrącać w cudze sprawy – rzuca mi na pożegnanie, zanim trzaskam drzwiami i wychodzę z jego gabinetu.

Jestem przytłoczona, a serce mi łomocze. Przy recepcji dostrzegam Wiktorię. Jest dwudziesta druga, więc siedzi w pracy już od dwunastu godzin. Podczas, gdy ja wyglądam już i czuję się jak siedem nieszczęść, po niej nie widać nawet lekkiego zmęczenia. Bezsprzecznie wizja pozbycia się mnie stąd działa na nią aż nazbyt pozytywnie.

– Wszystko w porządku? – pyta ciepłym głosem. Pogasiła już większość świateł, panuje przyjemny półmrok.

– Wyrzucił mnie.

Na jej twarzy maluje się uczucie ulgi, co jedynie wzmaga moją irytację. Wiktoria wychodzi zza kontuaru i bierze mnie w objęcia. Nie odpowiadam tym samym, po prostu stoję jak kołek i czekam, aż ona skończy odgrywać przedstawienie, choć kosztuje mnie to mnóstwo wysiłku. Pachnie intensywnymi, zbyt słodkimi perfumami, mam wrażenie, że ten zapach, gdziekolwiek jeszcze kiedyś go poczuję, będzie mi się kojarzył z upokorzeniem, które właśnie przeżywam.

– Tak mi przykro.

Prycham. Nie jestem zainteresowana jej współczuciem.

– Jeśli chcesz, zawsze możemy się spotkać i pogadać na neutralnym gruncie. Naprawdę cię polubiłam.

Moja komórka przerywa niewygodną konwersację wibrowaniem. Żegnam się z Wiktorią i obiecuję się odezwać. Gdy wychodzę z klimatyzowanej przychodni, uderza mnie czerwcowa duchota na zewnątrz. Na pracowniczym parkingu panuje martwa cisza. Chwilę się nią napawam, aż w końcu odbieram połączenie.

– Jesteś już w domu?

Uśmiecham się w reakcji na znajomy troskliwy głos. Gdyby utrata pracy spotkała mnie pół roku temu, byłabym dwa razy bardziej zrozpaczona. Teraz jednak nie jestem już zdaną wyłącznie na siebie samotniczką przemierzającą ocean życia.

– Dopiero wracam.

– Czemu tak późno?

– Wolałabym ci opowiedzieć, jak się spotkamy.

Niby zero podejrzliwości, po prostu czyste zainteresowanie. Nie cierpię tych samczych uwag rzucanych pozornie pod płaszczykiem miłości, a zahaczających o chorą potrzebę kontroli partnerki. Bo pewnie jeśli wraca do domu o nieprzyzwoitej porze, to znaczy, że zdradza. Co za prymitywny tok myślenia.

Rozglądam się, bo z prawej strony parkingu dochodzi mnie niepokojący szmer. Zaparkowałam w najodleglejszym miejscu z obawy, że jeśli stanę pomiędzy dwoma innymi samochodami, ktoś niechcący obije drzwiami moje cacko. Nie przewidziałam jednak, że dojście tam w nieprzeniknionych ciemnościach będzie mnie kosztowało sporo stresu i zaryzykuję skręcenie kostki na nierównym, podniszczonym chodniku. Przyspieszam kroku, w myślach wyzywając się od kretynek.

– Mogę wpaść, jeśli chcesz. Jestem we Wrocławiu.

Znów moich uszu dobiega złowrogi odgłos. Słyszę chrzęst żwiru pod stopami, odwracam się raptownie i lustruję mrok panujący na parkingu, ale nikogo nie dostrzegam. Nagle zrywa się świszczący wiatr, drzewa uginają się pod jego naporem, a ja dodatkowo przyspieszam.

– Jestem zmęczona. Może rano?

– Rano… – zastanawia się, a ja jestem stuprocentowo pewna, że właśnie pociera dwudniowy zarost na brodzie. Często tak robi, kiedy musi nad czymś pomyśleć albo sprawy się komplikują. – Wolałbym jeszcze dziś. O ósmej muszę zmienić swoją mamę, ma wizytę u kardiologa.

– O rany, dobrze. Za dwadzieścia minut u mnie.

Pakuję się do auta, oddycham z ulgą, bo znów czuję się bezpiecznie, zdejmuję czarne czółenka na obcasie i pospiesznie zmieniam je na wygodne baleriny. Dziecinny, nieuzasadniony niczym logicznym niepokój zdaje się ze mnie ulatywać.

Padam z nóg i nie wiem nawet, czy powinnam przyznać, że straciłam posadę. Wolałabym dzisiejszy wieczór spędzić w samotności, przepracować w głowie fakt, że znów czeka mnie szukanie pracy. Ale czy nie byłam samotna już wystarczająco długo? Data urodzenia bezwzględnie wskazuje, że wybiło mi dwadzieścia dziewięć wiosen, większość moich znajomych ma już dzieci. Marzyłam o wyrozumiałym, przystojnym, czułym i opiekuńczym, a jednocześnie pociągającym fizycznie mężczyźnie. I takiego znalazłam, trafił mi się Święty Graal wśród morza beznadziejnych facetów z wybujałym ego. Nasz związek, choć niedługi, mogłabym postawić wielu ludziom za przykład, więc powinnam się przyzwyczajać, że wspólnie dzielimy nie tylko nasze radości, ale także troski.

Gdy wyjeżdżam z parkingu, w oknie przychodni majaczy mi sylwetka Wiktorii, która, gdy zauważa światła auta, momentalnie cofa się w głąb recepcji, a we mnie coś pęka. Gwałtownie wciskam hamulec i wzburzona wychodzę z samochodu. Na chodniku wyłożonym kostką brukową o mały włos nie wpadam w jedną ze zdradliwych dziur. Potem szarpię za klamkę, by się dostać do środka. Mogę się cieszyć, że mam faceta, ale na litość boską właśnie zostałam bezrobotna, bo ta leniwa dziewczyna się na mnie uwzięła. Drzwi jednak stawiają opór i chociaż mam ogromną ochotę, by tłuc w nie i krzyczeć, po prostu odwracam się na pięcie. Nienawidzę jej. Tak mocno, że aż brakuje mi tchu. Nigdy nie zapomnę, jak w zeszłym tygodniu zaczęła wypytywać o Miłosza i jak zdegustowaną minę zrobiła, gdy dowiedziała się, że jest wdowcem.

– Pocałujcie mnie wszyscy w dupę – syczę.

Wracam ze zwieszoną głową do auta, przerażona własnym wybuchem złości. Już kiedyś negatywne emocje przejęły nade mną kontrolę, nie mogę dopuścić do tego ponownie.

Chcę wpaść w ramiona Miłosza i zapomnieć o przeszłości. Wymazać ją ze swoich wspomnień i dłużej nie zadręczać się faktem, że nie zawsze byłam szlachetną osobą. Po tylu doznanych rozczarowaniach nareszcie spotkało mnie coś dobrego. I tego muszę się trzymać.

2

Opieram brodę o zaciśniętą pięść i walczę z opadającymi z senności powiekami. Miłosz stoi przy kuchence bokiem do mnie. Wciąż nie mogę się nadziwić, jak atrakcyjnym jest mężczyzną, ma w sobie naturalny, nieudawany urok. Nie musi specjalnie się starać, by przyciągać uwagę towarzystwa. Przeczesuje dłonią rozwichrzone jak u nastolatka włosy i wyciąga z szuflady drewnianą łyżkę, po czym zaczyna mieszać jajecznicę. Zaraz każe mi ją zjeść, mimo iż nie mam na to najmniejszej ochoty. Kto normalny wmusza w siebie posiłek o tak późnej porze? Miałam tylko chwilę dla siebie, zanim się zjawił. Wzięłam prysznic, włączyłam telewizor i wyłożyłam nogi na stoliku kawowym, do pełni wizerunku pokonanej brakowało mi tylko puszki piwa i rozciągniętego podkoszulka. Adrenalina i złość, tworzące wybuchową mieszankę, zniknęły jak ręką odjął. Przyszło za to przytłaczające otępienie. Ręce mi ciążą, a nogi wydają się zwiotczałe. Zgodnie z wcześniejszym postanowieniem zwierzam się jednak Miłoszowi z przebiegu tego dnia. Chyba niepotrzebnie, ale przecież sam prędzej czy później zauważyłby, że nie mam ochoty na romantyczny wieczór, nie wspominając nawet o jakimkolwiek zbliżeniu.

– Opowiedz jeszcze raz, dlaczego cię zwolnili. – Kładzie przede mną biały talerz.

Ledwo trzymam się na krześle. Zasnęłabym nawet na stojąco. Jajka nie są idealnie ścięte, rozlane żółtko przypomina mi zupę i dostaję na ich widok mdłości. Zanim Miłosz przyjechał, zdążyłam wypić z rozpaczy drinka na pusty żołądek, co oczywiście nie polepszyło mojego samopoczucia.

– Zauważyłam siniaki na rękach u jednej z naszych stałych klientek. Szepnęłam jej na ucho, że może warto byłoby zgłosić obrażenia policji. Jestem wrażliwa na przemoc domową.

Sięgam po widelec i grzebię w jedzeniu z widoczną niechęcią. Miłosz przez ułamek sekundy przybiera pochmurną miną i mam wrażenie, że zabierze mi talerz, ale szybko się reflektuje.

– Poza tym koleżanka z recepcji się na mnie uwzięła – ciągnę.

– Dlaczego tak uważasz?

– Bo jest wredna – ucinam, nie wdając się w tłumaczenie, że kieruje nią zazdrość. Ukrywam przed nim także, że czasem zdarzało mi się narzekać na współpracowników. Mógłby zbyt pochopnie mnie ocenić. – Niektórzy są wredni i czerpią satysfakcję z cierpienia innych. Nie potrzebują powodów.

Nie umiem wywnioskować, czy mi wierzy. Ja sama nie potrafię uwierzyć, że ludzka, empatyczna postawa mogła skutkować wylaniem mnie.

– Znajdę coś innego, na pewno gdzieś szukają rejestratorki lub recepcjonistki – dopowiadam, bo Miłosz ciągle milczy, przez co wpędza mnie w panikę.

Pewnie jest mną zawiedziony, jego firma deweloperska odnosi coraz większe sukcesy i bez ustanku się rozwija, podczas gdy ja nie potrafię utrzymać stanowiska, w którym podstawowym obowiązkiem jest odbieranie telefonów. Jeśli przygotowuje moralizatorską pogawędkę, to nie mam dziś na nią siły.

Za ścianą rozlega się okropne dudnienie. Jest piątek, naprawdę to rozumiem, aczkolwiek moja nowa sąsiadka zajmująca lokal obok hałasuje praktycznie każdego dnia. Ostentacyjnie zatykam sobie uszy dłońmi, mając przed oczami jej różowe włosy, uszy naszpikowane kolczykami i nonszalancki styl bycia. Płakałam, podpisując rozwiązanie umowy, lecz dopiero teraz, przy akompaniamencie głośnego techno, dociera do mnie z pełną mocą, że w poniedziałek nie pojadę do pracy i nie spotkam już niektórych pacjentów, z którymi naprawdę się zżyłam. Obudzę się rano i nie będę wiedziała, co ze sobą zrobić.

– Jestem bezrobotna – mruczę – i beznadziejna.

– Wprowadź się do mnie…

Upuszczam widelec, który z brzdękiem spada na jasnoszare kafle. Miłosza chyba bawi moja reakcja, ale dla mnie jego propozycja jest przedwczesna i zbyt odważna. Zagryzam wnętrze policzka, starając się nie zareagować przesadnie, czym mogłabym go urazić. Lubię swoje niewielkie, lecz przytulne mieszkanko. Dokupiłam tu sporo drobiazgów nadających mu charakteru, zawiesiłam trzy kiczowate obrazy po samodzielnym wbiciu w ścianę gwoździ, co nie było wcale łatwe. Lubię sąsiedzkie życie. Z Miłoszem znamy się od roku i nawet jeśli snułam już wizje wspólnej przyszłości, to po prostu na ten krok jest teraz za wcześnie.

– Nie powinniśmy…

– O co chodzi? – Miłosz obchodzi stół i przyklęka obok mnie. W jego oczach rozczarowanie miesza się z obawą o naszą relację.

Bez wątpienia chcę wspólnej przyszłości, do żadnego mężczyzny nie żywiłam tak silnych uczyć jak do niego. Żaden z nich nie potrafił sprawić, że w moim brzuchu latało stado motyli.

– Uważasz, że to byłoby dobre dla Kamili?

Próbuję skoncentrować jego uwagę na sześcioletniej córce, która dwa lata temu straciła matkę. Miłosz zdradził na naszej trzeciej randce, że jego żona zmarła. Na dwóch pierwszych nie dawał do zrozumienia, że jest rozwodnikiem, ponieważ, jak tłumaczył, chciał uniknąć mojego współczucia. Dodał przy okazji tamtego wyznania, że jeśli chcę uciec, to powinnam zrobić to jak najszybciej i nie robić mu złudnych nadziei. Nie byłam jednak w stanie z niego zrezygnować. Rosnące we mnie uczucia kiełkowały zbyt intensywnie, bym się przestraszyła rysującej przed nami przyszłości. Nie miałam wątpliwości, że będę się starała zostać najlepszą macochą dla dziecka, które doświadczyło dojmującej straty matki, i to w tak wczesnym wieku.

– Ona potrzebuje kobiety, która będzie dla niej wzorem i której będzie mogła zaufać. Wiem, że brakuje jej Moniki.

Wzdycham, by odpędzić od siebie wyrzuty sumienia. Może to kwestia wypitego wcześniej alkoholu, a może po prostu wreszcie zdałam sobie sprawę, jak wielką odpowiedzialnością jest opieka nad nie swoim dzieckiem. Nerwowo drapię się po ramieniu, a podrażniona skóra coraz mocniej czerwienieje.

– Ja nie zastąpię Moniki.

Z trudem wypowiadam imię jego zmarłej żony. Jakby była jakąś świętością, lub przeciwnością stojącą na naszej drodze do szczęścia. Kłuje mnie myśl, że Miłosz jest mój, ponieważ ona umarła, a gdyby nadal żyła, nigdy byśmy się nie poznali, albo poznalibyśmy się, ale każde z nas poszłoby w inną stronę.

– I nie masz jej zastępować. Bądź sobą, bo taka jesteś najlepsza.

– Pomyślę nad tym. Obiecuję, że szybko dam ci odpowiedź. Jak tam ta nowa inwestycja, o której ostatnio mi wspominałeś?

Przekierowuję naszą rozmowę na inne tory, modląc się, by przynajmniej przez najbliższy czas Miłosz nie wracał do tematu wspólnego mieszkania. Nie odmawiam kategorycznie, ale targają mną poważne wątpliwości. Kamila mnie akceptuje w roli „przyjaciółki” swojego ojca, ale skąd mam wiedzieć, czy da mi szansę, bym nawiązała z nią głębszą relację?

Sprzątam ze stołu, zgarniam szklanki i prawie nietkniętą jajecznicę, podczas gdy Miłosz bierze prysznic. Pół godziny później lądujemy w mojej maleńkiej sypialni, gdzie mieszczą się jedynie łóżko ze skrzypiącym materacem i dwudrzwiowa lakierowana szafa.

On przytula się do moich pleców i po wsłuchaniu się w jego regularny oddech wiem, że śpi jak dziecko.

Delikatnie go odpycham i przewracam się z boku na bok, usiłując poskładać myśli.

Straciłam pracę, a mężczyzna mojego życia zaproponował mi, żebym się do niego przeprowadziła. O ile byłoby to łatwiejsze, gdyby nie miał córki, myślę, choć nie żywię negatywnych uczuć wobec małej. Ona jest zupełnie niewinna. Jeśli nie skorzystam z szansy danej przez los, znów narażę się na dezaprobatę własnej matki, wciąż sączącej mi do ucha bolesne słowa o tym, jak bardzo szczęśliwa jest moja siostra, która ma męża, dzieci i robi karierę. Ja zawsze byłam tą gorszą. Z góry skazaną na drugie, a zarazem ostatnie miejsce w wyścigu o uznanie rodziców.

Mogłabym awansować w drabinie społecznej o kilka dobrych szczebli. Poza tym uwielbiam przebywać w towarzystwie Miłosza. Jego milczenie podczas kolacji nie oznaczało, że źle o mnie myśli. Milczenie matki było karą. Jego – wyrazem troski i poszukiwaniem rozwiązania problematycznej sytuacji, w której się znalazłam.

Wyślizguję się z łóżka i podchodzę do okna. Mieszkam na trzecim piętrze, co daje mi całkiem niezły widok na miasto. Otwieram okno, by wpuścić do środka świeże powietrze, i się nim zaciągam. Spoglądam na śpiącego mężczyznę i z satysfakcją stwierdzam, że to bardzo miły obrazek. Jeszcze kilka lat temu nie śmiałam nawet marzyć o relacji opartej na wzajemnym szacunku i na świetnym seksie. Wracam wspomnieniami do naszego pierwszego spotkania we wrocławskim ZOO. Kilka dni po pierwszym czerwca zaciągnęłam tam swoją pięcioletnią siostrzenicę. Wyprawa wydawała mi się bardzo udana, przynajmniej dopóty dopóki Misi nie użądliła pszczoła. Mała wpadła w histerię i trudno było mi ją uspokoić. Na pomoc przybył nam Miłosz. Już przed tym incydentem zwróciłam na niego uwagę. On też był w ogrodzie zoologicznym sam z córką i nietrudno było zauważyć, że łączy ich mocna więź.

Kiedy udało nam się wspólnymi siłami uspokoić Michalinę, wybraliśmy się na pobliskie, popularne w mieście lody i wymieniliśmy numerami telefonów.

Nie spodziewałam się, że Miłosz do mnie zadzwoni.

Skontaktował się ze mną tydzień później, gdy już całkowicie uleciała ze mnie nadzieja. Pierwsza rozmowa szła nam z pewnym trudem, badaliśmy teren, a ja wciąż nie mogłam się pozbyć goszczącej w moim sercu trwogi, że nie jest nam dane być razem. Zignorowałam pesymistyczne podszepty umysłu.

Zamykam delikatnie okno, bo chcę zasnąć, a ciągły szum przejeżdżających samochodów będzie mi to skutecznie utrudniał. Zegarek wskazuje pierwszą. Znam siebie i wiem, że mogłabym rozmyślać i roztrząsać koleje własnego losu do białego rana. Kładę się obok Miłosza i badam spojrzeniem jego symetryczną twarz. Mam ochotę przesunąć palcem po gładkich policzkach, żeby się upewnić, że mężczyzna istnieje nie tylko w mojej wyobraźni, że jest autentyczny i mam wreszcie okazję przeżyć swoje życie szczęśliwie.

Tylko skąd we mnie tyle lęku, że skoro on jest taki doskonały, a ja jestem tylko niezbyt ogarniętą dziewczyną bez spektakularnych sukcesów na koncie, to czy na pewno do siebie pasujemy… Nie mogę dać sobie wmówić, że nie jestem warta jego uwagi. On mnie kocha.

Wreszcie ktoś mnie kocha.

3

Niedzielę i poniedziałek spędzam na przemieszczaniu się ze skrzypiącego materaca na kanapę i na odwrót. Owinięta jasnym polarowym kocem drepczę w kierunku kuchni, gdy zachce mi się pić. Lodówka świeci pustkami, ale i tak niczego bym nie przełknęła, bo żołądek mam zaciśnięty w supeł. Otwieram laptop, wpatruję się kilka minut w ekran i z płaczem zamykam klapę. Kładę się na łóżku i po prostu czekam, aż kolejne fale łkania przestaną wstrząsać moim ciałem. Miłosz wyjechał na cztery dni do Frankfurtu, córką opiekuje się jego teściowa. Cieszę się, że jest zajęty załatwianiem biznesowych spraw i nie dzwoni, kontaktujemy się tylko poprzez wiadomości tekstowe na tyle rzadko, że udaje mi się sprawiać przed nim wrażenie pogodzonej z losem.

Po wypłakaniu ostatnich, jak mi się przynajmniej wydaje, łez, oczy mam tak suche, że ledwie patrzę na siebie w lustrze. Od razu żałuję, że wisi ono na drzwiach szafy i nie mam jak uciec od własnego odbicia. Podnoszę się z trudem, nogi mam jak z waty. Od rana powstrzymuję chęć przejażdżki do przychodni, by wygarnąć Wiktorii, co o niej sądzę. Nie wiem, jak długo zajmie mi szukanie nowej pracy, niedługo lipiec i pani Antonina zjawi się tu po swój czynsz. Może matka ma rację, że jestem niedorajdą. Dla innych ludzi utrata zatrudnienia nie byłaby końcem świata, a już na pewno nie powodem do wegetowania całymi dniami i przygwożdżenia się do łóżka.

Nastawiam wodę w czajniku, nie zalewam jednak herbaty. Siadam na krześle wciąż zdumiona własną bezradnością w obliczu kolejnej życiowej porażki i biorę do ręki telefon. Odpowiadam zwięźle na pytanie Miłosza, czy już coś postanowiłam. Nie jestem lekkomyślna, wpychanie się siłą do życia jego i jego córki wydaje mi się na ten moment nieuzasadnione. Na moje słowa, że potrzebuję więcej czasu, on stwierdza stanowczo, że nie ma sensu zwlekać, skoro się kochamy, po czym dodaje, że oczywiście uszanuje każdą moją decyzję.

Przez resztę dnia krzątam się po mieszkaniu bez celu, w końcu zaczynam odczuwać głód, mój burczący brzuch coraz mocniej domaga się jedzenia. Nie jestem jednak gotowa wyjść z domu. Musiałabym wziąć prysznic, wysuszyć włosy i przebrać się w świeże ubrania, a to dla mnie na tę chwilę zbyt duży wysiłek. Znów zwijam się w kłębek w sypialni, chcąc zniknąć. Dawni znajomi, z którymi nie utrzymuję już kontaktów, często sugerowali mi, że powinnam się udać na terapię, porozmawiać z kimś, kto postara się mnie zrozumieć. Mimo iż trzymałam w ręku wizytówkę jednego z najlepszych specjalistów we Wrocławiu, nie odważyłam się wykonać telefonu.

Słyszę stukot obcasów na klatce schodowej. Żwawe kroki raz po raz odbijają się od betonowej posadzki i ich echo niesie wzdłuż ścian. Zamykam powieki, modląc się do Najwyższego, by osobą przemierzającą właśnie korytarz nie była moja matka. Ale Bóg albo nie istnieje, albo śmieje się ze mnie do rozpuku. Kroki zatrzymują się zaledwie na kilka sekund i dobiega mnie pukanie do drzwi. Mogłabym nie otwierać, jestem dorosłą kobietą i może mnie przecież nie być właśnie w mieszkaniu. Nie ruszam się z łóżka, które stało się moim okopem, i czekam, aż matka odejdzie, lecz ona dzwoni do mnie, a ponieważ nie wyciszyłam telefonu, jego donośny dzwonek rozlega się w całym mieszkaniu i z pewnością jest słyszalny także za drzwiami. Klnę bezgłośnie. Pukanie się wzmaga, staje się coraz bardziej natarczywe.

– Adrianno, otwórz, bo skontaktuję się z panią Antoniną i poproszę, by dała mi swoje klucze, albo wezwę policję i każę im wtargnąć do środka.

Jej słowa, choć stłumione, bez problemu dobiegają moich uszu. Okrywam się ponownie kocem niczym zbroją i wlokę w kierunku drzwi. Przekręcam zamek, ale nie ruszam klamki. Matka sama sobie otwiera, a sekundę później stoi w ciasnej kuchni, czym narusza moją przestrzeń osobistą tak drastycznie, jak to tylko możliwe.

Łączy nas specyficzna relacja. Jestem tą gorszą córką i choćbym dostała Pokojową Nagrodę Nobla nigdy nie usłyszę szczerego komplementu. Byłam wychowywana w przeświadczeniu, że nie dorównam o pięć lat starszej Anieli. Zawsze starałam się usprawiedliwić zachowanie matki względem mnie, ponieważ nie byłam bezproblemowym dzieckiem. Miałam pewne trudności w nauce, a także w zawieraniu koleżeńskich znajomości. Nie zmienia to faktu, że przez deficyt matczynej miłości jestem zagubionym dorosłym człowiekiem. Niepewnym siebie, niestabilnym, nieumiejącym radzić sobie z przeciwnościami, które dla innych są jedynie przystankiem w drodze do celu, a mnie torpedują. A może tak to sobie tłumaczę i szukam winy we wszystkich innych, tylko nie w sobie.

– Jak ty wyglądasz? Dziecko… – jęczy matka i załamuje ręce z prawdziwą udręką wymalowaną na twarzy.

W jednej dłoni trzyma foliową reklamówkę z nadrukiem popularnej sieci supermarketów i wyrzuca z niej na stół ptasie mleczko i trzy duże czekolady z orzechami. Wzdycham ciężko, przytłacza mnie jej obecność, jednocześnie jestem zbyt słaba, by się kłócić. Gdyby rzeczywiście kierowała nią troska, przyniosłaby mi cokolwiek, co ma wartości odżywcze, a nie tonę cukru, zwłaszcza że jako nastolatka nieustannie byłam skazana na przytyki rówieśników ze względu na nadwagę.

– Wiem, że zostałaś zwolniona.

– Nie – odpowiadam, otwierając ostrożnie opakowanie pianek w czekoladzie. Wpycham do ust pierwszą i przeżuwam z namaszczeniem. Mój brzuch w odpowiedzi bulgocze, czym przerywa ciężką ciszę zalegającą między mną a nią. – To znaczy, zostałam bez pracy, ale dlatego, że uwzięła się na mnie druga recepcjonistka. Zupełnie niesprawiedliwie.

Prawą dłonią przesuwam po niewytartym blacie stołu. Są na nim plamy po kubkach, okruchy i skórka od banana, którego znalazłam wcześniej w lodówce. Wstyd mi przed matką, spuszczam wzrok i kolejna mleczna pianka ląduje na moim podniebieniu. Jak bardzo bym się nie starała udowodnić przed całym światem, że radzę sobie doskonale, ona zawsze wyczuje moment mojej słabości.

– Skąd w ogóle o tym wiesz? – pytam.

– Poleciłam koleżance z pracy twoją przychodnię. Jej córka często choruje, pomyślałam, że dasz radę załatwić po znajomości szybszy termin do pulmonologa. Miała się powołać na ciebie. Tym większy był szok, gdy powiedziano jej, że od poniedziałku już nie pracujesz w „Zdrowym Maluszku”. – Jej głos ocieka satysfakcją. Coś na zasadzie „wiedziałam, że i tak ci nie wyjdzie, ale zobacz, nie pisnęłam nawet słówkiem, wspierałam cię”. – Nie wierzę, że dopuściłaś, by znów cię wyrzucili.

– Znajdę coś innego.

– Dostałaś tę pracę, bo znam Jacka.

– Dostałam ją, bo byłam dobra w kontaktach z pacjentami.

– Och, kochanie, każdy umiałby odbierać telefony, uwierz mi.

Policzki zaczynają mi płonąć i pewnie przybierają odcień nieładnej purpury. Marginalizowanie moich służbowych obowiązków i wypominanie, że zatrudniono mnie przez wzgląd na jej znajomości, a także przynoszenie niezdrowych przekąsek, bym znów zaczęła tyć – to wszystko zdarzyło się, chociaż od jej wejścia do mojego mieszkania minęło maksymalnie dziesięć minut.

– Znajdę coś innego – powtarzam, tym razem nieco głośniej. – Wrocław jest duży, w Internecie jest sporo ogłoszeń. Nie musisz się mną przejmować.

Nie potrafię się obronić, rzucić argumentem przeważającym szalę na moją korzyść. W ustach mam sucho, a gardło ściska mi żal.

– Nie powinnaś jeść tyle słodyczy. – Matka zamyka pudełko i zabiera mi je spod nosa. – I uprzejmie ostrzegam, jeśli przejdzie ci przez myśl pożyczenie od nas pieniędzy na czynsz, to nie wchodzi w grę. W lipcu lecimy z ojcem na Kretę, więc chwilowo krucho u nas z finansami. Musisz jak najszybciej znaleźć pracę. Popytam wśród znajomych.

– Nie zamierzam o nic prosić…

– Tak się mówi, Ada, ale zamiast się kisić w tych czterech ścianach, lepiej wyjdź do ludzi, porozglądaj się w pobliskich firmach, czy nie potrzebują pracownika biurowego, albo księgowej.

– Nie znam się na rachunkowości…

– Czy ty uważasz, że to jest ważne? – Znów mi przerywa. – W tych czasach trzeba być elastycznym, szybko się przebranżawiać, a nie tkwić w kokonie własnej niemocy.

– Dobrze, mamo.

– Ja po prostu nie chcę, żebyś znowu się załamała.

W oczach jak na zawołanie stają jej łzy. Powstrzymuję się, by nie prychnąć, bo mogę się założyć, że nie są szczerą, lecz wystudiowaną reakcją. Miałam gorszy czas w życiu, a wtedy oprócz odwiedzania mnie i strofowania na zmianę z moją siostrą matka niczego nie zrobiła, już bardziej starała się Aniela. Schudłam wówczas dziesięć kilo, męczyły mnie ataki paniki i ledwie byłam w stanie zejść do spożywczaka na parterze.

– Nie porównujmy tych sytuacji.

– Wtedy zostawił cię chłopak, a teraz straciłaś pracę. Niby nie to samo, ale jak na ciebie patrzę i widzę wrak człowieka, nic innego nie przychodzi mi na myśl.

– Ksawery to już przeszłość.

– Omal nie popełniłaś przez niego samobójstwa.

Zastygam w bezruchu. Dawno nie słyszałam tego słowa rzucanego z niczyich ust. Jest jak obelga, jak ostry kamień. Naznacza mnie w ten negatywny sposób. Przyglądam się siwiejącym skroniom mamy i zmarszczkom mimicznym wokół jej oczu. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek w jej oczach będę bardziej wartościową osobą.

– Szukałam powodów, dla których chciałam żyć…

Ale ich nie znalazłam, chcę dopowiedzieć, lecz z perspektywy czasu wiem, że gdyby nie było mnie już na tym świecie, nie poznałabym Miłosza i nie doświadczyłabym jego miłości. Przypominam sobie wpatrzone we mnie oczy mężczyzny, tak pełne uczucia, jego przyjemnie zachrypnięty głos, który szepcze mi do ucha pieszczotliwe, czasem niegrzeczne słowa. Nasze zbliżenia, nasze gesty i pocałunki.

– Nie będę tu mieszkać w lipcu. Wyprowadzam się.

Matka posyła mi zdziwione spojrzenie, a potem wybucha perlistym śmiechem. Znam to połączenie i niewątpliwie zaraz wymyśli niezbyt przyjemny komentarz.

– Dokąd?

– Do mojego partnera – odpowiadam bez zawahania.

Dostrzegam, że jest bliska utraty panowania nad sobą, nieznaczne drżenie jej rąk i zaciśnięte mocno wargi oznaczają zaintrygowanie i dezorientację. Po chwili jednak wraca do zwyczajowej równowagi, a jej głos znów przybiera ten bezbarwny ton.

– Masz kogoś?

Potwierdzam kiwnięciem głowy. Potem ostentacyjnie podwijam rękaw znoszonej koszulki, czym zmuszam ją, by spojrzała na bliznę, której nabawiłam się w dzieciństwie, kiedy wylałam na siebie garnek z wrzącym mlekiem. Matka przełyka ślinę. Wiem, że kipi ze złości, ale nie raczy mnie żadną uwagą. Zaczyna za to wypytywać o Miłosza. Odpowiadam cierpliwie, a w tym czasie zabieram ze zlewu wymiętoszoną gąbkę, którą zaczynam wycierać brudny stół. Lepi się od słodkich plam również kuchenny blat, a lustro w salonie obsiadł kilkudniowy kurz. Dopiero teraz oprzytomniałam i zauważam, jak zapuściłam i siebie, i otoczenie. Znów zalewa mnie fala zażenowania i czekam tylko, aż matka opuści mieszkanie. Od razu po jej wyjściu dam znać Miłoszowi, jaką podjęłam decyzję.

4

Wycieram spocone dłonie o krótkie dżinsowe spodenki, Miłosz łapie mnie za rękę, więc uśmiecham się do niego uspokajająco. W środku cała się trzęsę, mimo upału panującego na zewnątrz. Skłamałabym, gdybym przyznała, że nie targają mną wyrzuty sumienia, bo nagła decyzja oraz ta cała przeprowadzka są podyktowane prymitywną chęcią zrobienia na złość matce.

Skręcam klimatyzację, ale zaraz zaczynam się pocić i już sama nie wiem, co lepsze – słone krople osadzające się na skroni czy ciarki na rękach.

Dziś równo połowa czerwca, nie czekałam na koniec miesiąca, zdałam wynajmowane mieszkanie, podziękowałam pani Antoninie, której płaciłam czynsz, i spakowałam cały swój dobytek ledwie do czterech walizek. Jak to mnie świadczy, jeśli całe moje jestestwo mieści się w tak niewielu bagażach? Oglądam się za siebie, jedna z toreb przesuwa się po tylnym siedzeniu i smętnie upada na podłogę, ale nie kłopoczę się jej podnoszeniem. Miłosz uparł się, żebyśmy pojechali tylko jego samochodem, a w najbliższych dniach przetransportuje pod dom także mój. Zgodziłam się, choć nie końca rozumiałam jego logikę, lecz tępy upór nie doprowadziłby do niczego dobrego, a nie chcę stawiać między nami murów. Wiem, jak wiele kosztowało go odzyskanie radości życia po śmierci ukochanej i jaką odwagą musiał się wykazać, gdy zaprosił do swego domu nową kobietę.

Z córką Miłosza rozmawialiśmy wspólnie podczas wypadu do kina. Wcześniej podobno ojciec dawał jej subtelne sygnały i próbował wysondować, czy nie miałaby nic przeciwko, gdybym się do nich wprowadziła. Kamilka na szczęście dla mnie zaakceptowała fakt, że zamieszkam z nimi pod jednym dachem. O ile oczywiście można uznać za zgodę jej niemrawe kiwnięcie głową.

Jestem okropnie zestresowana, czuję nudności i, by odciągnąć uwagę od swojego kiepskiego stanu, zaczynam przeglądać zawartość foliowej reklamówki ze składnikami na lazanię, bo obiecałam obojgu, że przygotuję dziś wspólną kolację. Marzę, by szybko zaadaptować się w nowym otoczeniu i sąsiedztwie. Kamilką zajmuje się w czasie wakacji niania, wiem także, że Miłosz zatrudnia ogrodnika i pomoc domową, dlatego postaram się jak najszybciej znaleźć przyzwoitą pracę, być wyrozumiałą partnerką i pielęgnować nasz związek. Pierwszy raz w życiu dostałam od losu taką wspaniałą szansę. Nie byłam w wielu relacjach i zwykle kończyły się one decyzjami moich ekschłopaków. Dawid oświadczył, że musi się wyszaleć, a Kuba, że potrzebuje stabilizacji i chciałby mieć dzieci. Pamiętam, jak przysięgałam, że ja także marzę o stworzeniu rodziny, wówczas on przyznał, że poznał inną kobietę i właśnie spodziewa się z nią upragnionego potomka. Nie daję się zalać nieprzyjemnym wspomnieniom i odtrącam je niczym natrętną końską muchę. Chcę się skupić na teraźniejszości, która klaruje się w całkiem niezłych barwach.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Epigraf

Meritum publikacji