Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
24 osoby interesują się tą książką
Ja się o te randki nie prosiłam. Zostałam poderwana nie wiadomo kiedy i jak. Któregoś dnia nagle okazało się, że już od pewnego czasu jesteśmy razem, żyjemy razem, spędzamy razem każdy dzień, ba, dzielimy jedno łoże! Tak po prostu. Wywrócił moje życie do góry nogami i wprowadził własne zasady, mając w nosie, co ja o tym myślę.
- Z nami koniec - powiedziałam mu wreszcie. - Wynoś się i nigdy nie wracaj.
Przewrócił tylko oczami, posyłając mi jeden z tych swoich ironicznych uśmieszków.
- Nie tak prosto się mnie pozbyć - powiedział
Rzeczywiście. Wyjście z tego toksycznego związku wymaga czasu i często pieniędzy.
Co to za koleś, zapytacie. Ha, przedstawił się dość nietypowo.
- Jestem Rrrrrrr...
- Tak?
- Rrrrrr...
- Roman? Ryszard? - próbowałam pomóc.
- Rrrrak. Rak Nowotworiusz Złośliwy.
Zbaraniałam.
- A ta pani koło ciebie, to kto?
- A to jest typiara na Ś. - Puścił do mnie oko.
Sami widzicie, że to wszystko było zdrowo porypane.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 233
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Trochę dziwnie się czuję, pisząc książkę, która nie wiadomo, jak się skończy. Nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi o brak koncepcji finału jako takiego, bo z takimi problemami człowiek rozprawia się szybko. Nawet gdy z początku brakuje wizji zakończenia – co akurat mnie nie zdarzyło się nigdy, bo piszę, mając przed oczyma wymyśloną scenę finałową, do której wszystko inne dąży i z myślą o której wszystko jest konstruowane – to pojawia się ona z biegiem czasu i w miarę ewoluowania akcji. Zanim więc szczęśliwie na świat przyjdzie kolejne pisarskie dziecko, rozwija się ono w trakcie dłuższej lub krótszej (bywa że przenoszonej) pisarskiej ciąży. Zmienia się, nabiera kształtów, dookreśla się, dojrzewa i w końcu objawia się jako w pełni samodzielny twór, posiadający uczciwy początek i koniec. To tak jakby urodzić od razu osiemnastolatka.
W tym przypadku końca po prostu… nie ma. To znaczy nie ma, gdy piszę ten wstęp, bo w chwili oddania tekstu do wydawnictwa albo tym bardziej w momencie druku zakończenie może stać się faktem, albo przynajmniej będzie wiadomo, czy sterujemy bardziej w stronę happy endu, czy raczej niekoniecznie. To tak jakby spisywać wspomnienia i refleksje z pola walki, gdy wojna jeszcze trwa i nie wiadomo, po czyjej stronie stanie zwycięstwo. Człowiek wtedy po prostu przenosi na papier (hm, w dzisiejszych czasach na ekran komputera) stan na tu i teraz, a gdy zwycięstwo jednej ze stron wreszcie stanie się faktem, będzie się można pokusić o wnioski. Na pewno zetknęliście się z takimi relacjami.
To, że nie ma zakończenia, nie oznacza jednak, że nie ma też koncepcji. Wręcz przeciwnie, ta została przeze mnie pracowicie i wnikliwie przemyślana. W roli bohaterki pierwszoplanowej postanowiłam obsadzić siebie, kolesia na R. i nasz toksyczny związek. Nasza relacja spokojnie zasługuje na facebookowy status „to skomplikowane”. Im dłużej jesteśmy „razem”, tym trudniej się zorientować, w którą stronę właściwie to wszystko zmierza. W patologicznej relacji wydaje ci się, że coś znaczysz, że może nawet grasz pierwsze skrzypce, że jesteś krupierem we własnym kasynie, szybko jednak okazuje się, że w rzeczywistości niewiele masz do powiedzenia, a jeśli już zmierzacie gdzieś razem, to kierunek podróży nie zależy od ciebie.
Powiedziałam wam o tych głównych rolach, ale szczerze mówiąc, nie wiem, kto z nas jest tutaj „najgłówniejszy”. Jedno jest pewne – ja się o to randkowanie nie prosiłam. Koleś na R. objawił się pewnego dnia zupełnie nieoczekiwanie. Nie, nie mogę nawet powiedzieć, że stanął w progu (ach, wtedy mogłabym go wszak po prostu nie wpuścić), po prostu nagle okazało się, że od pewnego czasu ze mną mieszka! Co więcej, rości sobie do mnie jakieś prawa. Wyobrażacie to sobie? W pewnym momencie dociera do was, że dzielicie życie – a zatem dni i noce – z kimś, do kogo pasuje jedynie określenie „patus”. „Patus” wami rządzi, ustawia wam rzeczywistość, a pozbycie się go okazuje się nie lada wysiłkiem i wiąże się z kosztami. Ale to jeszcze nic! Koleś na R., ten patus nad patusy, potrafi wrócić. Gdy już nabraliście pewności, że tak się właśnie nie stanie, gdy już otwieracie szampana i strzelają korki, wtedy pojawia on – cały na biało, w glorii i chwale, wyciąga ramiona i woła:
– Wróciłem! Nie mogę bez ciebie żyć! Na zawsze będziemy już razem.
O nie, z kolesiem na R. nie tak łatwo jest zerwać. Od niego się ot tak nie odchodzi, a już na pewno nie robi się tego samemu. Kolesia na R. można ostatecznie wyrzucić z życia, ale to zależy od dwóch ważnych rzeczy. Po pierwsze od tego, jak szybko się zorientowaliście, że koleś z wami sypia, jest, mieszka, żyje, no, po prostu kiedy się wprowadził. Po drugie – potrzebujecie specjalisty. I to niejednego.
Postanowiłam wam opowiedzieć o moim życiu z kolesiem na R., o naszym toksycznym randkowaniu, a ponieważ właśnie jest ono toksyczne i ponieważ koleś jest z gatunku złośliwych i – co tu dużo mówić – niebezpiecznych, sama jeszcze nie wiem, jak się to randkowanie rozwinie. Lub zwinie. Stąd brak ostatecznego zakończenia. Amen.
Dlaczego postanowiłam to zrobić? Znacie to powiedzenie, że łobuz kocha najbardziej? Jeśli tak, to czym prędzej o nim zapomnijcie i na wszelki wypadek spluńcie trzy razy przez lewe ramię. Jeśli jesteście przesądni. Jeśli nie, to tylko dwa. Po pierwsze koleś na R. nikogo nie kocha. To zaborczy typ, który wykorzystuje wszystkich, których dopada, i od razu trzeba takiemu wyznaczyć granice. Po drugie urok bad guya jest bardzo złudny. Spojrzycie z przymrużeniem oka, wybaczycie raz i drugi, a potem zaraz hop – orientujecie się, że tkwicie w szambie po szyję. O nie, nie, z tak zwanymi łobuzami, bad guyami trzeba krótko. Ja dość szybko się zorientowałam, kto ze mną mieszka, ale doskonale pamiętam dzień, który okazał się punktem zwrotnym. I gdybym nie zrobiła wtedy tego, co jednak zrobiłam, to dziś nie czytalibyście tej książki. Ani dwóch poprzednich, które napisałam. Postanowiłam wam więc opowiedzieć, jak doszło do tego, że odkryłam, że jestem w związku z kolesiem na R., oraz co zrobiłam – i robię nadal – żeby się z tej relacji wymiksować. Czy chcę was przestrzec? Ależ skąd! Fiolka Najdenowicz śpiewała piosenkę, w której padają słowa: „Posłuchaj nas, głupia, nie wychodź za niego”. Myślicie, że posłuchała? A skąd! W refrenie nawija: „Takim go kocham, jaki jest!”1. Doskonale wiem, że ostrzeżenia nie działają, ale może po prostu będzie nam się dobrze gadać, hm?
Bo najlepiej będzie, jeśli potraktujecie tę książkę jako rodzaj mojej rozmowy z wami. To znaczy, ściślej rzecz biorąc, ja będę mówić, a wy w tym czasie możecie sobie popijać kawkę, herbatę czy co tam zazwyczaj popijacie. Wyobraźcie sobie, że znajdujemy się w miejscu, które wspólnie uznajemy za miłe, a ja opowiadam wam coś ciekawego. Bo optymistycznie zakładam, że będzie to dla was ciekawe. Ostatecznie ludzie lubią rozmawiać o związkach, zwłaszcza toksycznych. Skoro to pogaduchy, to policja stylistyczna niech zostanie w komisariatach. Tu i słownictwo potoczne się znajdzie, i kurwa jakaś tu i ówdzie wleci. Normalnie, jak to w rozmowie, gdy emocje dochodzą do głosu. A koleś na R. potrafi być wybitnie irytujący, sami zobaczycie, co ja musiałam z nim znosić.
Nie przywiązujcie się też do chronologii zdarzeń, nie próbujcie ich sobie ustawiać, co po czym, a co przed czym. To raczej luźne skakanie od sytuacji do sytuacji, od sceny do sceny. Jak to w zwyczajnej rozmowie, wiadomo. Zdarza mi się zabłądzić w dygresje i włóczyć gdzieś opłotkami, po czym powrócić, ale wcale nie do tego miejsca, do którego chciałam, tylko gdzieś obok. Tak się dzieje z rozmowami.
Relacjonuję więc, jak to się między nami zaczęło, wspominam, ale nie usprawiedliwiam. No, może troszeczkę. Nie będę wam dawać wskazówek życiowych, bo po pierwsze ich nie mam, a po drugie i tak mogłyby do was nie pasować. Każdy ma swoje życie i każdy inne. Ja wam po prostu opowiem o tym patusie i o tym, co mi zrobił, bo koleś na R. nie pozwala nikomu wyjść z relacji ze sobą bez szwanku. A życie po nim nie jest tym samym, co życie przed nim. Taka wredota, mówię wam.
Od patentów na życie są poradniki, a tych jest na rynku liczba nieprzebrana. Znajdziecie w nich wszystko – nawet odpowiedzi na pytania, które jeszcze nie padły. Wszystko podane ustami ekspertów albo też Ekspertów lub nawet EKSPERTÓW. Ja się do nich nie zaliczam i bynajmniej nie mam ambicji, by tak się stało.
Ach, widzicie, byłoby mi umknęło. Podejdźcie z przymrużeniem oka do wszelkich dialogów, jakie w tej książce znajdziecie. Może tak właśnie one przebiegły, a może nie. Czy wy myślicie, że ja to wszystko spamiętam? Jeśli tak, to za wiele sobie wyobrażacie i zbyt wysoko zawieszacie mi poprzeczkę. Ja sobie zupełnie uczciwie mogę przejść dołem. Pamięć ludzka bywa ulotna i nieprecyzyjna. Często bierze się coś za prawdę, bo jest to relacja świadka takich, a nie innych wydarzeń. Ludzie jednak zawsze przepuszczają rzeczywistość przez swój filtr, widzą, co chcą widzieć, pamiętają jedno, a nie pamiętają tego, o czym z różnych względów nie chcą pamiętać (czasem na przykład po to, żeby nie oszaleć). Może tak właśnie było, a może było tylko podobnie, może przedstawione w książce dialogi brzmiały tak, jak je podałam, a może inaczej, może spotkałam poszczególne osoby, a może nie. I już naprawdę nie wchodźmy w buty Piłata i nie pytajmy, cóż to jest prawda. Zresztą najważniejsze, byście poznali kolesia na R.! Zamierzam go zde-mas-ko-wać! Po to tu wszyscy jesteśmy.
Nie znajdziecie w tej książce żadnych imion ani nazwisk czy też nazw istotnych obiektów, choćby szpitala, do którego przyszło mi pielgrzymować i który odwiedzam nadal. To celowe, bo takich Malwin jak ja jest znacznie więcej (i nawet niekoniecznie mają na imię Malwina) i dysponują zbieżnym zasobem doświadczeń. Wszędzie znajdziemy podobnie zachowujących się pacjentów, podobne procedury, podobnych lekarzy, wreszcie podobne Malwiny, które otrzymały diagnozę złośliwego nowotworu, przez co nagle się okazało, że – co za niespodzianka! – tkwią w toksycznym związku z kolesiem na R. Z rakiem.
Podczas pandemii COVID-19 popularne stało się słowo dystans, zwłaszcza we frazie dystans, kurwa, bo wszyscy zginiemy. Zachowajcie więc zdrowy (och, och, ale dowcip, milordzie) dystans do wszystkiego, co w tej książce znajdziecie. Tak tylko mówię.
WSZYSTKIE MOJE RANDKI
O nie, nie, nie, to nie jest dobry czas na badania/dziecko/zmianę pracy* (*niepotrzebne skreślić)
Październik 2023 r.
Plum. Esemes. „Szanowna Pani, zapraszamy Panią na bezpłatne badanie mammograficzne, które może Pani wykonać w wybranej placówce lub w mammobusie”.
W pierwszej chwili pomyślałam, że to pomyłka, ponieważ pomyłki bardzo mnie lubią i lgną do mnie stadami. Muszę się od nich oganiać niemalże jak od komarów w lecie. Na drugie powinnam mieć Pomyłka. Gdyby tak sięgnąć do kultowego filmu Miś, można by powiedzieć, że to właściwie ładne imię dla dziewczynki, ta Pomyłka. Niemalże tak ładne jak Tradycja.
Opcję z pomyłką odrzuciłam, a sekundę później zapytałam sama siebie, kiedy, do licha, zdążyłam przekroczyć pięćdziesiątkę, bo przecież wiedziałam, że darmowe badania mammograficzne przysługiwały kobietom, które mają za sobą tę magiczną barierę, za którą podobno życie zaczyna się jeszcze bardziej niż po czterdziestce. Najwidoczniej jednak coś musiało się zmienić, bo jak bym nie liczyła, wychodziło mi jedynie czterdzieści siedem wiosen. Jedynie, ha!
Chyba nawet pokusiłam się o szybkie wyszukanie podstawowych informacji i wyszło mi, że faktycznie program przesiewowych badań mammograficznych, czyli takich, co to mają pomóc w wykryciu piersiowego bałaganu we wczesnym stadium, jakiś czas temu został rozszerzony, w związku z czym jak najbardziej zostałam włączona w poczet wybranych.
Tylko że, cholera, to było tak bardzo nie w porę!
Nigdy nie ma dobrego czasu na rzeczy ważne i trudne.
Gdyby „bąbelki” (lub jak wielu chce – bombelki) nie atakowały z zaskoczenia, mielibyśmy klęskę demograficzną jeszcze większą niż ta, której właśnie doświadczamy, albowiem nie ma dobrego czasu na dziecko. Niedokończone studia, niepewna praca, kurs, który się robi, by potem żyło się lepiej, za mało pieniędzy, mieszkanie wynajmowane, a nie na własność, starzy za daleko albo dla odmiany – za blisko i żyć nie dają. Brak kasy na wesele lub kasa jest, ale sala, którą się upatrzyło, wolna najwcześniej za dwa lata. Bank nie daje kredytu lub dla odmiany daje i właśnie na tym polega problem, bo teraz trzeba to wszystko pospłacać. Do problemów przyziemnych i podstawowych dochodzą aspiracje, plany, marzenia i wychodzi na to, że kwestia przekazania genów musi na razie zaczekać.
Ale jak to czekać? Co czekać? Gdzie czekać? Dzieci, jak wiadomo, w czekaniu nie są za mocne, dlatego bąbelek jeden z drugim podstępnie przypuszcza atak i hop, ani się obejrzymy i mamy dwie kreski na teście. Po pierwszym szoku okazuje się, że dochodzi do głosu zasada stara jak świat, że gdy człowiek musi, to sobie poradzi.
Radzą więc sobie rodzice z podstępnym bąbelkiem, który rośnie i generuje mnóstwo problemów (w tym dzieci pozostają niezrównane), ale też przynosi ze sobą coś takiego, że zaczynają się zastanawiać, jak to w ogóle możliwe, że mogli do tej pory żyć bez niego. Bąbelek staje się oczywistą oczywistością, stałą częścią świata, jakby był nią od wieków. Za jakiś czas dwie kreski na teście ciążowym znów wołają: „A kuku!” i znów okazuje się, że to, co wydawało się nieprawdopodobne, tak naprawdę daje się całkiem przyzwoicie ogarnąć. Lub dla odmiany czasem nie daje, ale dziecko tak czy inaczej stało się faktem dokonanym, jest z nami i nie da się tego zmienić, nie sięgając po metody prawnie zabronione i moralnie naganne.
Bardzo podobnie jest ze zmianą pracy. Człowiek przychodzi już iks lat do tego samego miejsca na tę samą godzinę, poświęcając jedną trzecią swojej doby na wykonywanie tych samych czynności, częstokroć też latami na tym samym stanowisku. Awanse jakoś wiecznie przechodzą bokiem, a podwyżki już nawet nie bokiem, a zataczają szerokie koło, by ich broń Boże jeden z drugim nie spotkał. Człowiek więc tak chciałby odejść i boi się, bo stare, co prawda, marne, ale jednak znane, a nowe, to nie wiadomo, jakie się trafi, w myśl powiedzenia stanowiącego wyznanie wiary pokolenia X: Szanuj szefa swego, możesz mieć gorszego.
W końcu jednak decyzja zostaje podjęta, tylko pechowo nie przez pracownika, a przez kierownictwo, bo oto człowiek dostaje wiadomość, że pani Krysiu/Asiu/Beatko, pani już dziękujemy. I panu, panie Kamilu, też. Pluje sobie wtedy człowiek w brodę, że gdyby wcześniej sam trzasnął papierami, to inaczej by teraz wyglądał. Że trzeba było wtedy działać, ale przecież, kto to wiedział? Gdyby człowiek wiedział, że upadnie, to by usiadł, co nie?
Ta sama zasada obowiązuje w przypadku badań. Istnieje pewna niebagatelna grupa ludzi, która zdrowieje za sprawą samego wystawienia recepty. Idziemy do lekarza, ten nas opukuje i osłuchuje, dostajemy zalecenie kupienia tego i owego, po czym stwierdzamy, że właściwie to nam się już poprawiło, zwłaszcza gdy zaopatrzenie się w niezbędne medykamenty wiąże się z dłuższym staniem w kolejce. Mój kolega na ten przykład cudownie ozdrowiał, gdy dowiedział się, ile będzie go kosztować drobny zabieg ortopedyczny. Bardzo szybko stwierdził, że już go nie potrzebuje. Gdy mi o tym opowiadał i wspomniał o cenie, przyznałam, że ja też skakałabym jak rącza łania. Zaiste prywatyzacja służby zdrowia przynosi zaskakujące efekty terapeutyczne.
Nie ma dobrego czasu na diagnostykę. Nie, bo w robocie stan do złudzenia przypominający pożar w burdelu, wszystko, co żyje, zasuwa w nadgodzinach, a skoro nawet ludzi ściągają z urlopów, to przecież nie można samemu łazić po lekarzach. Nie, bo deadline’y, zlecenia, klienci, sprzedaż, wyniki, „kejpiaje”, nie, bo pali się nam pod siedzeniem, nie, bo zmiany i to nie wiadomo, czy na dobre, wreszcie nie, bo trzeba się zwalniać, potem nadganiać i już na samą tę myśl wszystkiego się odechciewa.
Albo też już, już się wybieramy na badania, a tu hop, rozchorowuje się bąbelek nasz najmilejszy, a przecież jest oczywistą oczywistością dla każdego rodzica, że bąbelki mają pierwszeństwo. My zajmiemy się sobą, jak znajdziemy wolną chwilę. Kiedyś tam.
Czy tylko praca i latorośle stają na przeszkodzie? Ależ skąd. Wakacje wykupione, all inclusive na Cyprze po taniości, okazja jedna na milion, to przecież nie pójdę do lekarza, bo jeszcze faktycznie coś znajdzie i z upragnionych wakacji nici. Ślub w rodzinie, pogrzeb w rodzinie, chrzciny, komunia, urodziny teścia, imieniny babci, tym razem już pewnie ostatnie, być trzeba. Jest tyle ważnych spraw, trybów działania i okazji, że zwyczajnie nie ma kiedy iść się leczyć. Trzeba mieć zdrowie, żeby chorować, ot co. I dużo czasu.
Prężnie działa na Facebooku profil „Patolodzy na klatce”2, który prowadzi patolożka, Paulina Łopatniuk (autorka książek popularnonaukowych, tak swoją drogą), pokazująca niejednokrotnie efekty pozostawienia pierwszeństwa sprawom innym niż diagnostyka. Skutki błędnych decyzji zjeżyłyby włos na głowie nawet łysym; uparte przekonywanie samego siebie, że wszystko jest w porządku pomimo odpadającej skóry, owrzodzenia połowy ciała czy gnijącej piersi, wydaje się wprost niewiarygodne, ale tym bardziej straszy, że opisywane przypadki są prawdziwe. Jednak niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie odłożył wizyty u lekarza, bo coś tam.
Czy ja byłam inna? Ależ skąd. Patrzyłam na esemes z uprzejmym zaproszeniem na moją pierwszą w życiu mammografię i myślałam sobie, że moment wybrali sobie iście fatalny. Oto dopiero co z powodu choroby nowotworowej pożegnała się z tym światem moja siostra, co nieoczekiwanie odsłoniło całą górę spraw wymagających natychmiastowego zajęcia się nimi. Moja matka, nie mogąc poradzić sobie z jej śmiercią, nie była w stanie podejmować w pełni racjonalnych decyzji, brat z różnych względów pozostawał gdzieś tam na marginesie wydarzeń, a przecież rzeczy musiały się dziać. I to szybko. Ktoś powinien włożyć spodnie, a ja, ku największemu zaskoczeniu siebie samej, gładko weszłam w tryb maszyny, całkowicie odcinając emocje. Zmieniłam się w pozbawioną morderczych zamiarów wersję słynnej T-1000 i na chłodno, metodycznie, stopniowo odhaczałam wszystko z listy to do. Działo się tak dużo i tak intensywnie, że gdybym była Galijką z tej jednej jedynej wioski, która uparcie opierała się zastępom Rzymian, powiedziałabym, że nieomal niebo zwaliło mi się na głowę. Czy będąc całkiem pochłonięta upartym podpieraniem tego nieba tym, co mi wpadło pod rękę, mogłam przerzucić uwagę na cokolwiek innego? W każdym razie nie zrobiłam tego.
Dla spokoju sumienia zadzwoniłam pod wskazany numer, a jakże. Uprzejma pani głosem pełnym słusznego zaangażowania w sprawę zaproponowała mi bardzo bliski termin w mammobusie lub nieco odleglejszy w placówce medycznej. Wybrałam placówkę, bo mammobus z zupełnie nieracjonalnych i zapewne błędnych powodów nie brzmiał mi zbyt, hm, profesjonalnie, po czym, gdy już zbliżał się ten ustalony dzień, odwołałam to placówkowe badanie, obiecując samej sobie, że przecież zrobię je, a jakże, i to już za chwileczkę, już za momencik, jak tylko uporam się z tym cholernym niebem, które trzymam niczym Atlas. Dosłownie tydzień, góra dwa, bo przecież to ważne, wiadomo.
Styczeń 2024 r.
Dryń, telefon. Choć właściwie nie dzwonek, a wibracje, ponieważ mój telefon od nie wiem już jak długiego czasu pozostaje permanentnie wyciszony. Jestem w tym podobna do pokolenia Z, dla którego to ponoć norma, co skądinąd może być prawdą, ponieważ notorycznie nie jestem w stanie dodzwonić się do moich dzieci. I kiedy już jestem na etapie noszenia się z zamiarem zgłoszenia zaginięcia, dziecię odbiera i tonem spokojnym jak Ocean Spokojny skuty podbiegunowym lodem informuje, że sorki, nie odbierało, albowiem miało wyciszony.
Ja sama nie pamiętam nawet, jaką melodię sobie ustawiłam. Zdarza się więc, że kiedy jakimś cudem telefon ustawiony w tryb głośności nagle zaczyna dzwonić, ja nie reaguję, myśląc sobie, że jeśli ten debil jeden z drugim, któremu tak uparcie coś drynda, zaraz nie odbierze, to popełnię zbrodnię w afekcie i jeszcze przedstawię to tak, że każdy sąd mnie uniewinni.
Telefon nie zadzwonił więc, a zabzyczał, a ja odebrałam. Miła pani głosem słusznie zaangażowanym zaprosiła mnie na bezpłatne badanie mammograficzne w ramach programu…
– A jakie są terminy? – zapytałam, uświadamiając sobie, że coś tam w tym temacie zadziało się już nieco wcześniej i to nie jest pierwszy raz, gdy próbują się ze mną skontaktować.
– Och, terminów mamy dużo, rano, po południu. A jaki pani odpowiada?
Niech to szlag, totalnie żaden. W styczniu 2024 roku znajdowałam się na finiszu załatwiania spraw związanych z ustanowieniem rodziny zastępczej, przysięgając sobie jednocześnie, że jeśli mnie to nie zabije, to napiszę o tym osobną książkę, co byłoby pewnie świetnym pomysłem, bo i tak nikt nie uwierzy w ani jedno moje słowo, czytając o natężeniu biurokratycznych absurdów. Gdy miła pani snuła przede mną kuszącą wizję szybkiej diagnostyki, siedziałam na tapczanie, trzymając na kolanach świeżo wydrukowany wniosek do sądu rodzinnego i kompletując załączniki zgodnie z poleceniami z MOPS-u. Załączniki, jak to zwykle u mnie, zajmowały pół pokoju, znajdując się w stanie kompletnego chaosu, przez co wydawało się, że jest ich trzy razy więcej.
Cholera jasna. Sąd, ciągle niedokończone sprawy siostry, w pracy zaczęło się sypać, prawnicy, kancelarie, wzmożona mailoza atakująca z kilku kierunków naraz, a tutaj jeszcze NFZ woła do mnie: „Halo, to ja, pędzę do ciebie światłowodem”.
– Eeeee, a w sobotę?
– W sobotę niestety nie, ale, jak wspomniałam, mamy terminy popołudniowe w naszej placówce…
Jedną z większych zalet pracy w korporacji – która przy obecnym stanie obłożenia placówek na aż taką zaletę już nie wygląda – jest opłacany przez pracodawcę abonament medyczny w jednej ze zdrowotnych „sieciówek”. Badania i wizyty potrafią się odbywać w godzinach iście nieludzkich, nie jest rzadkością dwudziesta pierwsza i później. To oczywiście znakomicie z punktu widzenia ludu pracującego miast i wsi (no dobra, miast), mniej komfortowo z punktu widzenia pracowników branży medycznej, no ale skoro trzeba frontem do klienta, to cóż zrobić. Z usług „mojej” placówki byłam zadowolona, z obszerności pakietu także, do którego doszły teraz mammograficzne badania przesiewowe.
– To ja poproszę popołudniowy. Jak najpóźniej.
Przecież wiadomo, że nie będę się zwalniać z pracy. Już i tak się urywam, gdy latam po urzędach.
Uprzejma pani zaproponowała mi termin nieodległy, nieinwazyjny, wręcz doskonały, wpasowujący się idealnie jak brakujący puzzel w wymagającą układankę mojego życia. Co mogło pójść nie tak?
Dwa tygodnie później odwołałam wizytę, zapewniając, że nie trzeba mi proponować nowego terminu, bo ja tutaj szybko ogarnę, co mam do ogarnięcia (a jestem przecież taka dobra w ogarnianiu, że ho, ho), i sama zadzwonię. Tak, na pewno to zrobię, obiecuję, przecież wiem, że to bardzo ważna sprawa, a na dodatek nie jestem jak ci inni Polacy, którzy w ogóle się nie badają, bo mają to gdzieś. Ja nie mam, ja jestem świadoma powagi sytuacji, ja po prostu szybciutko dokończę, co mi jeszcze do dokończenia zostało. Wolne miejsca są, więc spokojnie. Dosłownie za dwa, trzy dni umówię się na moją pierwszą w życiu mammografię.
Luty 2024 r.
Dryń, telefon. To znaczy, wiadomo, w moim przypadku takie umowne „dryń”. Miła pani tonem pełnym słusznego zaangażowania zaprosiła mnie na bezpłatne badanie mammograficzne, z programu, który… Nieomal nie pozwoliłam jej dokończyć. Gromadzona już od października góra wyrzutów sumienia zaczęła się niebezpiecznie osuwać, grożąc przytłoczeniem. Mogłabym się spod tych zwałów nie wygrzebać, zdecydowałam więc, że dłużej zwlekać już nie można, sprawy należy załatwiać tak, jak na to zasługują, a w tym przypadku nie zasługują na prokrastynację, dlatego ochoczo się zgłosiłam na zaproponowaną godzinę, a ponieważ była to, o ile pamiętam, 17.00 lub później, to pięć minut później bardzo z siebie zadowolona wpisywałam wizytę w elektroniczny kalendarz.
Na badanie pojechałam na rowerze, ponieważ rower stanowił dla mnie podstawowy środek lokomocji. Bo jestem tak sportowo nastawiona? Ależ skąd. Przyczyna pozostaje dużo bardziej prozaiczna: próba przedostania się przez miasto w godzinach szczytu komunikacją miejską (a już, nie daj Boże, samochodem!) jest we Wrocławiu przedsięwzięciem z góry skazanym na porażkę. Wrocławski zwykły pasażer, taki zupełnie umowny Kowalski, nigdy nie wie, czy jego tramwaj lub autobus w ogóle przyjedzie, kiedy przyjedzie, czy nie utknie w korku (należy zakładać, że utknie) albo czy nieoczekiwanie nie zmieni trasy z powodu jakiegoś wykolejenia, wypadku czy innego zdarzenia drogowego. O zdarzenia drogowe we Wrocławiu nietrudno, oj nie.
Artykuł na portalu wro.com.pl z 26 marca 2024 roku podaje, że „od początku stycznia do połowy lutego 2024 roku autobusy MPK Wrocław oraz pojazdy firm współpracujących nie dotarły do celu aż 4988 razy”3. Wyobrażacie to sobie? I nie chodzi bynajmniej o jakość sprzętu. Miasto dysponuje bardzo nowoczesnymi pojazdami, do których zresztą zdążyło przyzwyczaić swoich pasażerów i ci, dajmy na to ja, gdy zdarzy im się korzystać z komunikacji publicznej w innym mieście, przeżywają coś w rodzaju szoku kulturowego. Część autobusów jest w pełni elektryczna, część hybrydowa, siedzenia są wygodne, pojazdy przestronne, ładowarki zamontowane niemal przy każdej parze siedzeń ładują szybko, co niejednokrotnie ratowało mi moje szanowne cztery litery, bo mój bilet miesięczny mam w apce na telefonie. Ten sam portal podaje, że „ponad połowa – dokładnie 2532 niewykonane kursy – jest rezultatem braku kierowców. Zdarzenia losowe, takie jak awarie, zatrzymania czy zmiany tras są odpowiedzialne za kolejne 2364 przypadki”. Przypomnę, mówimy o zaledwie trzech miesiącach 2024 roku.
Problem braku kierowców jest dotkliwy. Zarobki wcale nie są niskie, kurs uprawniający do prowadzenia tramwaju czy autobusu jest dla przyszłego kierowcy lub motorniczego darmowy, zatrudnienie niemal pewne, oczywiście na umowę o pracę. Doliczmy do tego jeszcze różne dodatki, nagrody czy premie, szczególnie dobrze płatne godziny pracy w dni ustawowo wolne i święta, godziny nocne… A jednak pracowników brakuje. Część odeszła na zasłużoną emeryturę, a na ich miejsce naród jakoś nie pcha się drzwiami i oknami. Cóż, praca jest wymagająca, a wie to każdy, kto kiedykolwiek jechał przez miasto w trakcie Juwenaliów. W takie dni wypuszczane są najstarsze i najgorsze składy, bo rozochocona alkoholem i innymi wspomagaczami brać studencka zwykła dość swobodnie podchodzić do poszanowania dobra wspólnego.
Motorniczowie jeżdżący trasami przebiegającymi przez takie osiedla jak Nadodrze regularnie wyprowadzają z pojazdów tych samych od lat nawalonych jak messerschmitty „pilotów oblatywaczy”. Wystarczy wspomnieć też o meczach, festiwalach, koncertach, zlotach, sylwestrach, jarmarkach świątecznych i innych okazjach, by zrozumieć, że w mieście dużo się dzieje i praca kierowcy lub motorniczego bynajmniej nie należy ani do łatwych, ani bezstresowych.
Na Facebooku znakomicie radzi sobie fanpage o nazwie: „Czy wrocławskie MPK dziś już jebło?”. Wchodzisz więc sobie na niego i okazuje się, że… voilà, jebło, i to niejednokrotnie.
Jeśli więc do braku wykwalifikowanej kadry (ktoś idzie na L4 i planista naprawdę ma problem) dodać stłuczki, tłok i to niezwykłe, niezrozumiałe, a obecne u wielu użytkowników wrocławskich dróg błędne założenie „jedźmy samochodem, będzie szybciej”, to całość poruszania się komunikacją miejską składa się na prawdziwą przygodę życia. Wpadasz, chcąc nie chcąc, do króliczej nory, nie mając pojęcia, dokąd cię zaprowadzi. Rower pozostawał i pozostaje najpewniejszym sposobem przemieszczania się po Wrocławiu, jako że i dróg rowerowych ci u nas dostatek. Okej, zdarza się, że częściowo wytyczonych bez sensu, ale nie będziemy się już teraz nad tym rozwodzić.
Wróćmy do lutowego popołudnia 2024 roku, kiedy wyskoczyłam z korpo, popedałowałam do szpitala i zdążyłam na czas. Sport, jaki by nie był, zawsze podnosi poziom endorfin, zajęłam więc miejsce przy stoliku przed pracownią mammografii, szczerząc się po same ósemki. Oto jestem, dotarłam, mam się świetnie, nie złapałam gumy po drodze, a teraz szybko wypełniam wymagany przed badaniem kwestionariusz.
– Pani Malwina? Zapraszam – usłyszałam, gdy tylko odłożyłam długopis.
Dziarskim krokiem wkroczyłam do pracowni, próbując jednocześnie zapanować nad plecakiem, kaskiem, szalikiem i czapką, które jako żywo nie chciały wejść ze mną, a przynajmniej nie jednocześnie. W końcu jednak udało mi się jako tako okiełznać chaos i zasiąść na drewnianym krzesełku, a potem porozglądać się po gabinecie.
– Pani ma lat ile? Mhm… Formularz pani wypełniła? Mhm… – Miła pani cierpliwie pracowała nad tabelką widoczną na monitorze komputera. – To pierwsza mammografia? Mhm… Proszę się nie bać, zrobimy to bardzo sprawnie.
– Ale ja się kompletnie nie boję – przyznałam zupełnie uczciwie, bo faktycznie nie odczuwałam niczego poza ciekawością i charakterystycznym dla mnie, permanentnym napięciem adehadowca.
– To bardzo dobrze. Jak człowiek się nie boi, to badanie idzie sprawniej. Przypadki raka piersi w rodzinie były?
– Nigdy.
– A raka jajnika?
– Też nie. Moja siostra miała raka, ale zupełnie innego typu.
– A co to było?
– Chondrosarcoma.
– Ajajaj. – Pani smutno pokręciła głową.
– No wiem, trudne się wylosowało.
– No dobrze, to proszę się rozebrać do połowy i podejść tutaj, ja panią ustawię.
Pierwszy raz w życiu widziałam mammograf i pierwszy raz przy nim stałam. „Półeczka” na piersi była zimna i nieprzyjemna, choć z tworzywa sztucznego. W pracowni jednak panowało ciepło, wrażenie nie było więc takie dojmujące. Techniczka kręciła się koło mnie próbując mnie właściwie ustawić, co wcale nie okazało się takie proste.
– Tu rękę proszę położyć, o tak. Trochę w lewo, ale nie tak bardzo. O tak. Ramiona trochę w dół, dobrze. Ale rozluźnić proszę, rozluźnić, bo pierś się nie złapie.
– I tak będzie problem ze złapaniem, coś tak czuję. Trudno złapać coś, czego prawie nie ma.
– Oj tam, oj tam, zrobimy, pani się nie boi. Musimy tu pani nabrać trochę skóry, o tak. No jeszcze, jeszcze. Wiem, że niewygodnie, ale musimy, musimy. O tak. Pani stoi teraz i się nie rusza, nic a nic!
Ostatnie zdanie techniczka wypowiedziała, zmierzając jednocześnie rączym kłusem w stronę tej części pomieszczenia, za którym znajdowało się jej centrum sterowania mammograficznym wszechświatem.
– Jak bozia dawała cycki, stałam po sarkazm. Nie powiem, dostałam w obfitości – mruknęłam.
– Bywa, że sarkazm lepszy. Pani przynajmniej nie ma problemów z kręgosłupem. Pani wie, co kobiety z dużym biustem mają? Te to się męczą. Bardzo dobrze wyszło, teraz jeszcze rzut skośny.
Po mniej więcej dziesięciu minutach wiedziałam już, że to nie będzie mój ulubiony rodzaj diagnostyki. „Półeczka” ścisnęła strategiczną część ciała na tyle mocno, że w moim umyśle pojawiła się nieprzyjemna wizja posiadania dwóch doskonale płaskich naleśników. Zapewne miałam to przekonanie wypisane na twarzy, a może takich jak ja pacjentek przewinęły się przez pracownię prawdziwe tabuny, bo techniczka uspokoiła mnie.
– Niech pani się nie obawia, piersi są bardzo elastyczne, nic się nie dzieje.
– To kiedy będą wyniki? – zapytałam, ubierając się.
– Pani z programu, tak? No to za jakieś dwa tygodnie. Tu pani odbierze, w rejestracji.
– A na maila dostanę?
– A to ja nie wiem. Jak pani wpisała maila w formularzu… Wpisała pani, tak? No, to może coś na maila przyjdzie. Wie pani, oni teraz coś zmieniają, że pacjenci mają mailem te wyniki też dostawać, ale czy to już weszło, to ja nie wiem.
Podziękowałam za wszystkie informacje, jednocześnie układając sobie w głowie strategię działania, jak tu odebrać wynik w dzień roboczy z punktu czynnego do godziny piętnastej, w zupełnie innej części miasta niż ta, po której zazwyczaj się kręciłam. Nijak nie dało się tego zrobić bez urwania się z pracy, skażona pracoholizmem spora część mojego umysłu zgłosiła gwałtowne votum separatum, w wyniku czego plan działania powędrował do szufladki „do zrobienia, ale nie na cito”. Przysięgłam sobie, że pomyślę o tym w najbliższej wolnej chwili.
Pięć minut później dopinałam kask, zapalałam lampki, których przy rowerze miałam prawdziwą obfitość, poprawiałam kurtkę w kolorze zwanym brzydko, acz trafnie „oczojebną zielenią” i odpalałam audiobooka w telefonie (to najważniejsze, wiadomo!). Świecąc się nie gorzej niż bożonarodzeniowe dekoracje z corocznego jarmarku na wrocławskim rynku, pędziłam ścieżką rowerową z poczuciem dobrze wykonanego obowiązku. Dobrze było mieć to już za sobą. Teraz można było żyć dalej. Za dwa tygodnie miałam zamiar odebrać wynik, który z całą pewnością będzie zawierał jednozdaniową informację, że wszystko w porządku, a cała przygoda zostanie zapamiętana jako coś, co trzeba było zrobić, ale nie ma to dalszego ciągu, a przez to i żadnego znaczenia.
1 Fiolka Najdenowicz, Takim go kocham, z płyty Fiolka, 2001.
2https://www.facebook.com/patolodzynaklatce [dostęp: 15.05.2026].
3http://wro.com.pl/2024/03/26/wroclawskie-mpk-zanotowaloponad-75-tysiaca-nieukonczonych-kursow-przyczyny-to-awarie-zmiany-trasy-i-niedobor-pracownikow/ [dostęp: 15.04.2026].
Redakcja
Aleksandra Zok-Smoła
Korekta
Beata Gołkowska
Skład i łamanie wersji do druku
Agnieszka Kielak
Projekt graficzny okładki
Paweł Panczakiewicz
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Malwina Ferenz, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384304105
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Bez zakończenia
CZĘŚĆ PIERWSZA
Przypisy
Strona redakcyjna
Spis treści
