Seks, kłamstwa i PRL - Malwina Ferenz - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Seks, kłamstwa i PRL ebook i audiobook

Ferenz Malwina

3,6

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Witold, artysta plastyk, mężczyzna w średnim wieku, zupełnie nieźle radzi sobie w socjalistycznej rzeczywistości gospodarki niedoborów, co wszak wcale nie jest proste. Daje radę również na polu rodzicielskim jako ojciec dwojga nastoletnich dzieci, a to tym bardziej wzbudza szacunek. Ma kochającą żonę, jest lubiany, szanowany i wrażliwy na piękno, zwłaszcza gdy jest to piękno kobiecego ciała.

Być może żyłby sobie dalej spokojnie, do perfekcji opanowawszy funkcję stacza kolejkowego i organizatora dóbr spod lady, gdyby nie pojawienie się Lucyny, a potem Marleny.

Kobiety wywracają jego życie do góry nogami, a Witold zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, na które kompletnie nie jest przygotowany. Kim jest tajemnicza Sylwia i jakie zamiary wobec niego ma poważna Tatiana?

Znajome i nieznajome stają się motorem jego historii. Gdyby jednak zapytać Witolda, ten uparcie by twierdził, że wszystko się zaczęło od drastycznej podwyżki cen wódki.

Jedno jest pewne - codzienność PRL niezmiennie szokuje i zadziwia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 207

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 37 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kamila Brodacka

Oceny
3,6 (10 ocen)
4
1
2
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
katarzynakopka

Całkiem niezła

Głównie dla tych, którzy pamiętają PRL, klimat jest.
00

Popularność




RÉSUMÉ:

Moje niedoceniane tutaj kwalifikacje i osiągnięcia:

ja, ekspert na skalę wschodnioeuropejską w kwestiach odmowy zeznań i mówienia między wierszami,

wielokrotny mistrz osiedla w konkurencji zdobywania miejsca w kolejce,

rekordzista województwa w godzeniu się z losem na bliższą i dalszą metę,

dyplomowany specjalista w dziedzinie czekania na autobus

godzinami, w zamieci, w polu szczerym jak uzasadnienie wyroku; […]

Stanisław Barańczak, Résumé, fragment

Lucyna

W domach z betonu

Nie ma wolnej miłości

Są stosunki małżeńskie oraz akty nierządne

Casanova tu u nas nie gości

Martyna Jakubowicz, W domach z betonu, 1982 r. (muzyka: Martyna Jakubowicz, słowa Andrzej Jakubowicz)

Czasem sobie myślę, że gdyby nie ta drastyczna podwyżka cen wódki w marcu 1981 roku, wszystko potoczyłoby się inaczej. Wóda wystrzeliła w kosmos jak towarzysz Hermaszewski, a władza, która najwidoczniej straciła słuch społeczny, kompletnie głucha na pomruki niezadowolenia rozlegające się już od pewnego czasu, zrobiła to, co zrobiła.

– A daj pan spokój, panie Witku! – Stary pan Edek spod jedynki, emerytowany kolejarz, załamywał wtedy ręce. – Ale że o pięćdziesiąt procent, kurna? Pięćdziesiąt?! Rany boskie, wstydu nie mają!

– Piwo tak bardzo nie skoczyło – zauważyłem, nomen omen, trzeźwo.

Pan Edek machnął lekceważąco spracowaną ręką.

– A idź pan, ja o prawdziwym alkoholu mówię, nie o piwie. Jedno, kurna, człowiekowi zostało. Żony już nie ma, zdrowia nie ma, to chociaż to jedno człowiek miał na pocieszenie. Przynajmniej by se człowiek, kurna, kielonka walnął. A tak…

Znów machnął ręką i splunął na bok, po czym nieco bardziej postawił kołnierz baraniego kożucha i zgarbił się, jakby chciał się schować w tym kożuchu razem z głową. Staliśmy przed bramą, paliliśmy Radomskie i przytupywaliśmy, by się nieco rozgrzać, bo było mroźno.

Zimny to był marzec, nieprzyjemny. Przedwiośnia jakoś niezbyt zabiegają o sympatię ogółu, a przedwiośnia we Wrocławiu nader często bywają szczególnie paskudne. Pamiętam jak dziś, że ołowiane chmury powoli i złowrogo przesuwały się nad miastem, pod byle pretekstem grożąc użyciem swej straszliwej broni, czyli marznącego deszczu. Poszarzało wtedy wszystko i nawet nasze wzorcowo modernistyczne, poniemieckie osiedle, perła na planie miasta (i mówię to wam zupełnie serio), zaprojektowane zgodnie z zasadą, że Ordnung muss sein, porzuciło swoją architektoniczną dumę i wydawało się po prostu przypadkową grupą przytłoczonych czasem budynków, smaganych na zmianę to śniegiem, to deszczem.

– Jak cios w pysk, panie Witku, jak cios w pysk – wycedził pan Edward, zasłużony przedstawiciel klasy robotniczej, z irytacją spluwając na zaśnieżony chodnik.

Miał rację. Podwyżka wywołała oburzenie ogólnonarodowe i ramię w ramię zamarli w zgrozie przedstawiciele polskiej nauki, nieliczni prywaciarze, urzędnicy, pracownicy umysłowi i chłoporobotnicy. W ciągu jednego dnia ustała walka klas i miliony gardeł wydały z siebie zgodny okrzyk, że to już, do diabła, przesada.

– Poradzimy sobie, panie Edziu.

– Poradzimy – żachnął się stary kolejarz. – Jak człowiek musi, to sobie poradzi. Choć dla takiego Sebka zacznie się, ten… jak to się, kurna, mówiło… ta, no, prosperyty.

Sebek, który tak jak my zamieszkiwał blok przy ulicy Katowickiej (tylko w bramie z konikiem, a my w bramie z kotami), był, musicie wiedzieć, przedsiębiorczym człowiekiem po czterdziestce, biorącym sprawy we własne ręce, co przejawiało się tym, że pędził najlepszy bimber w okolicy. Oficjalnie pracował jako robotnik przy budowie jednego z osiedli (wyrastających u nas wtedy jak grzyby po deszczu), ale jego główne źródło dochodu polegało na zaopatrywaniu społeczeństwa w napoje wyskokowe. Do sprawy podchodził profesjonalnie, stosowanym metodom destylacji nie można było nic zarzucić, ceny miał konkurencyjne. Słowem – Seba pędził najlepszy bimber w promieniu pięciu kilometrów, a już na pewno na Księżu Małym. Podwyżka cen wódki oznaczała dla niego ni mniej, ni więcej tylko jeszcze większy ruch w interesie. Sebek przewidywał rozszerzenie rynku zbytu i oczywiście miał rację, naród ruszył bowiem na Katowicką wartkim strumieniem. Poza tym Sebastian bez problemu sprzedawał przed trzynastą, bo – jak mówił – prywatnej inicjatywy zakaz nie obowiązuje.

Wytłumaczę wam jeszcze, o co chodzi z tymi kotami i konikiem, bo, wybaczcie, ale tutaj czegoś takiego nie widziałem. Niemiec, proszę ja was, nie był głupi i jeśli już budował, to myślał perspektywicznie. Zbudował więc świetnie zaprojektowane osiedle mieszkaniowe z wygodnymi mieszkaniami i z terenami zielonymi, ale przecież zdawał sobie sprawę, że w długich blokach z wieloma identycznie wyglądającymi bramami będą zamieszkiwać nie tylko obywatele dysponujący umiejętnością rozkodowywania liter i cyfr; być może nie chodziło wyłącznie o obywateli niepełnoletnich. Dla ułatwienia nad poszczególnymi drzwiami wejściowymi do bram zamieszczono rozmaite wizerunki. Powojenny mieszkaniec tej lokalizacji również aktywnie czerpał z niemieckiej myśli technologicznej i nawet w stanie jedynie iluzorycznego połączenia z rzeczywistością pod własny adres trafiał bez pudła.

Myślę więc sobie, że tym, co przepełniło kielich społecznej goryczy, była ta symboliczna kropla wódki. Społeczeństwo wymęczone ciągłymi podwyżkami cen towarów, których i tak wiecznie brakowało, poczuło w sobie złość, a ta napędziła działanie. Kiedy zaś maszyna raz została wprawiona w ruch, nie tak łatwo było ją zatrzymać. Ludzie zapragnęli i zażądali zmian, których może nie pragnęliby tak mocno i nie żądali tak dobitnie, gdyby nie doznane w marcu upokorzenie. Tak właśnie sądzę.

– Panie, pan się posunie.

Ocknąłem się z zamyślenia i przypomniałem sobie, że jest sobota, dwunasty grudnia 1981 roku, rozejrzałem się trochę nieprzytomnie, a widok, jaki się przede mną rozpościerał, momentalnie przeniósł mnie z powrotem do rzeczywistości. Chrapliwy damski głos zwracający mi uwagę, a i noszący wyraźne znamiona permanentnego niewyspania należał do baby stojącej za mną w kolejce. Kolejka od ostatniej godziny jeszcze urosła, co było oczywiście kompletnie nieracjonalne, bo stojący na jej końcu nie mieli już najmniejszych szans na kupienie czegokolwiek. Niczym ciało gigantycznej stonogi ciągnęła się na chodniku pokrytym iskrzącym się śniegiem, a każda para jej nóg wydawała się żyć własnym życiem. Spojrzałem na zegarek, była szósta rano. Stałem już od dwóch godzin pod sklepem mięsnym, a niedługo miała mnie zmienić Hanka, wracająca właśnie z dyżuru. Nie był łatwy żywot pielęgniarki poczciwej, takiej, wiecie, we właściwym tego słowa znaczeniu, co to i nad pacjentem się pochyli, i zadba o niego należycie, ale jednocześnie nie da się zrobić w bambuko. Z całą pewnością nie Hanka.

– Ale po co mam się posunąć? – odezwałem się do baby. – Przecież otwierają od ósmej.

– Poduszkę oprę i usiądę. Tutaj, o! – Baba z chrapliwym głosem wskazała ręką na witrynę sklepową wzbogaconą o coś w rodzaju niskiego, wąskiego parapetu.

Że też ja sam na to nie wpadłem. Dwie godziny stania zaczęły mi się już dawać we znaki. Było mi zimno, bolały mnie plecy i nogi, zgrabiały ręce i zesztywniał kark. W takich chwilach jak ta szczególnie boleśnie dopadała mnie świadomość, że przegrałem bitwę z własnym organizmem, nieuchronnie dając się wepchnąć w objęcia kryzysu wieku średniego. Kolejki, proszę ja was, wydobywały z człowieka całą prawdę, wyciągały na światło dzienne ukryte skłonności i żądze. Odzierały wszystkich z tajemnic, wystarczyło tylko postać odpowiednio długo. Nic tak nie egzaminowało z życia jak kolejki.

Z mego wnętrza wychynęła więc na wierzch najzupełniej zwyczajna i szczera zawiść wobec baby, która tymczasem zdążyła już umościć się na niewielkiej, acz obficie wypełnionej poduszce w ludowe wzory, na oko kurpiowskie. Może z Cepelii.

Samej babie dyskretnie się przyjrzałem. Była mocno po pięćdziesiątce, wyraźnie więc starsza ode mnie, miała ciemne wory pod oczami, lekko spuchniętą twarz, nos zaczerwieniony od mrozu, a na głowie ręcznie robioną czapkę z grubej, białej wełny, spod której wystawały farbowane blond kosmyki. Kształty baby, zapewne obfite, skrywał długi płaszcz wyposażony w kołnierz z lisa. Kołnierz był najprawdopodobniej sztuczny, co sytuowało babę w jednej z uboższych klas społecznych, zapewne w robotniczej. Jako przedstawiciel inteligencji poczułem kiełkujące nader przyjemne poczucie wyższości nad przedstawicielką proletariatu i zupełnie nie przeszkadzał mi fakt, że sam nie posiadałem kołnierza z lisa, nawet sztucznego. Moją sytuację finansową tylko w stanie kompletnej niepoczytalności można byłoby nazwać bogactwem. Zresztą, który niepartyjny i nieskoligacony z władzą inteligent był wtedy bogaty? A poza tym czyż nadrabianie niedoborów finansowych nadpodażą idei wszelakich nie stanowiło przypadkiem inteligenckiej tradycji? Czyż nie wpisywało się w definicję inteligenta jako taką?

Baba proletariuszka w ręce schowanej w grubej rękawiczce trzymała rozciągliwą siatkę, zapewne w nadziei na większe zakupy. Zerkałem na nią co rusz, bo mój typowo inteligencki brak pomyślunku i wybitna nieumiejętność przystosowania się do warunków socjalistycznej rzeczywistości uwierały mnie jak kamień w bucie. Zaklasyfikowałem ją więc do gatunku zarobionej matki Polki, obarczonej mężem alkoholikiem, która… czy ja wiem? Troje dzieci temu mogła być całkiem niczego sobie. Gdyby tak wziąć ją do pozowania nago, ułożyć na przykład na prawym boku, pozwolić, by obfite ciało, w tym pełne piersi, ułożyło się swobodnie, z pełnym poszanowaniem siły ciążenia, pod biodro dać tę jej cholerną poduszkę z Cepelii…

– No, jestem, Wiciu. – Przyjemnie brzmiący kobiecy alt rozległ się w momencie, gdy byłem na etapie wyboru techniki i wahałem się między szkicem węglem a olejem na płótnie.

Przy moim boku zmaterializowała się drobna postać Hanki. Zdyszana wspięła się na palce i cmoknęła mnie w policzek na powitanie. Haneczka, tyle lat razem. Prawdziwy skarb mojego życia. Naga, podstarzała robotnica zabrała poduszkę oraz siaty i opuściła rejony mojej wyobraźni.

– Pogadałam z główną, udało mi się wyjść trochę wcześniej, ale mam jej za to kupić Suchą Krakowską.

Spojrzałem na nią zdumiony.

– Nie przesadziła aby? A gdzież ty jej, kochanie, wytrzaśniesz Krakowską?

Haneczka rozejrzała się dyskretnie, znów wspięła się na palce i wyszeptała mi do ucha wiadomość godną asów konspiracji.

– Mam w tym mięsnym taki mały układzik. Żona brata Bożeny czeka na miejsce, wezmą ją na oddział poza kolejką, więc będzie i Krakowska.

– A kim jest Bożena?

Hanka przewróciła oczami.

– Stoi tu za ladą, głuptasie. Uf, trochę się zgrzałam. Jezu, ale zimno, pewnie zmarzłeś. Dobrze to wygląda, niewielu przed tobą, przed szóstą stanąłeś, jak prosiłam?

– Pani każe, sługa musi.

– Dobra, dobra, nie zgrywaj się. Zmieniam cię, leć do domu, przypilnuj, by dzieciaki wyszły do szkoły.

– Hanutku, ty po dyżurze jesteś, ty idź do domu, ja jeszcze postoję – zaoferowałem się bohatersko, choć Bóg mi świadkiem, że dalsze tkwienie pod mięsnym było ostatnią rzeczą, jakiej pragnąłem.

– Wiciu – zaczęła Hanka poważnie, wręcz uroczyście – tu chodzi o żonę brata, a ty nawet nie znasz Bożeny. Ja to muszę załatwić. Przed pracownią pójdziesz jeszcze oddać makulaturę. Przygotowałam, jest w piwnicy.

– Znowu?

– Co znowu? Przecież papier toaletowy nam się kończy. Na piękne oczy nawet tobie nie sprzedadzą, musisz mieć zaświadczenie. No, daj kartki i leć.

O kurwa, kartki. Z niemożliwą do ziszczenia nadzieją przeszukałem kieszenie.

– Zapomniałeś? – Ton Hanki wskazywał, że była rozczarowana, ale nie zdziwiona.

Moje tętno podskoczyło, jakby serce chciało pobić rekord liczby uderzeń na minutę. Gdzie ja dałem te cholerne kartki? Jeśli wypadły mi po drodze, to…

– Zostały na stole w kuchni. – Nagle mnie oświeciło.

– A głowy przypadkiem nie zapomniałeś?! „Ja postoję, Hanutku”, jasne! Tyle stania i nic byś nie kupił!

Moja żona była kobietą do rany przyłóż, ale gdy się irytowała, stawała się zła jak osa i wtedy najlepszym wyjściem było jak najszybciej zejść jej z oczu. Wchodzenie z nią w dyskusję świadczyłoby o skłonnościach samobójczych, a tych nie miałem.

– Biegnę po nie, za pięć minut będę.

Pobiegłem zatem, ślizgając się po oblodzonym chodniku, a Bóg mi świadkiem, że bardziej niż biegania nienawidzę już tylko pochodów pierwszomajowych. Nie słyszeliście o nich? No to jeśli nie zapomnę, to wam o nich opowiem.

Wpadłem na klatkę schodową, potem na pierwsze piętro i o mało nie rozbiłem dwóch butelek mleka stojących przy wycieraczce koło naszych drzwi. Mleczarz zdążył już zrobić swój obchód. Zabrałem je i wszedłem do mieszkania.

Trafiłem w sam środek kłótni. Czy powiedziałem, że najbardziej na świecie nienawidzę pochodów pierwszomajowych? Otóż nie, jeszcze bardziej nie cierpię porannych awantur z udziałem nastolatków. Temat zawsze jest ten sam, zawsze kończą się tak samo, a mimo to zawsze wybuchają na nowo. Powód, rzecz jasna, w każdej rodzinie mógł być dowolny, u nas chodziło o naszą niewielką łazienkę. Jagoda jak zwykle blokowała ją przed wyjściem do szkoły (soboty robocze to wymysł szatana), a Paweł jak zwykle dobijał się do środka.

– Wyłaź, kurwa!

– Dopiero co weszłam!

– Bzdura! Już długo siedzisz!

– Nie siedzę, tylko się myję!

– Wchodzę!

– Jestem goła, debilu!

– Na trzy wyrywam zamek i wchodzę!

Osobiście uważam, że rodzice nastolatków powinni otrzymywać odznaczenia. Oczyma wyobraźni ujrzałem, jak przy okazji uroczystości państwowych przewodniczący rady państwa przypina do piersi nas, biedaków, medale za szczególne zasługi, wytrwałość i poświęcenie w walce na froncie wychowawczym. Wszedłem najwidoczniej w odpowiednim momencie, bo skoro mój osiemnastolatek dysponujący słusznym wzrostem i mocną sylwetką (skóra zdjęta ze mnie) sięgnął po wulgaryzmy, temperatura sporu była bliska wrzenia. Znając jego porywczość (zupełnie nie wiem, po kim to ma), nie wątpiłem, że gotów byłby użyć swych mięśni i rzeczywiście zaatakować drzwi, a te, jak podejrzewam, prędzej czy później by skapitulowały. Presja zawsze przynosi skutek. To tylko kwestia czasu.

– Co tu się dzieje?

– No przecież widzisz! – warknął Paweł.

– Tato, on mi nie daje się umyć! – wrzasnęła Jagoda swoim piskliwym głosikiem.

– Chcę umyć zęby.

– Synu, wszyscy mają prawo skorzystać z łazienki. Skończy, to wejdziesz i umyjesz.

– Siedzi tam już chyba z godzinę i się pindrzy!

– Jagoda, wpuść go, on tylko zęby. – Wziąłem stronę syna.

– Ale ja goła jestem, no! – Pisk Jagody przybrał płaczliwy ton. – Pięć minut, już wychodzę!

– Ona to robi specjalnie!

– Nieprawda! Mówię przecież, że muszę się umyć!

– To myj się wieczorem, gówniaro! – krzyknął mój syn.

– Tato, on przeklina!

– Synu, odpuść, jesteś starszy. Poza tym wieczorem często nie ma ciepłej wody, wczoraj akurat nie było. A ty, Jagoda, nie przeciągaj, tylko faktycznie kończ i wychodź.

– Jak byś się częściej mył, to byś wiedział – krzyknęła Jagoda złośliwie.

– Dlaczego zawsze to ja mam ustępować? Niech raz ona ustąpi!

– Jagoda, za pięć minut nie ma cię w łazience.

– Co?! Czemu tak mało?! Dziesięć!

– Siedem – zdecydowałem, bo ostatecznie życie to sztuka kompromisu. – Muszę zanieść mamie kartki, jak wrócę, ma cię tam nie być.

– To niesprawiedliwe! – protestował Paweł.

– Synu, ty jesteś dużo starszy, ona jest jeszcze mała, a poza…

– Jaka mała?! – przerwał oburzony. – Ma trzynaście lat! Wczoraj malowała paznokcie.

– Zdrajco!!!

– Malowałaś paznokcie?!

– Tylko na próbę i od razu zmyłam!

– A mama wie?

– Nie wie, podwędziła jej lakier – uprzejmie i z satysfakcją doniósł Pawełek.

– Ale już oddałam!!! – piszczała rozpaczliwie Jagoda.

– Dobrze, pogadamy, jak wrócę, tymcz…

– No tato, no!!! On się mści!

Order za poświęcenie to zdecydowanie za mało. Odpowiednia byłaby raczej loża honorowa w niebiosach, apostołowie witający z pompą, aniołki, putta, czy co to tam fruwa, w strojach krakowskich, wręczające kwiaty, trąby na wiwat i transparenty z napisem „Chwała bohaterom”. Jeszcze raz dobitnie powiedziałem moim dzieciom, czego od nich oczekuję. Jagoda w odpowiedzi coś zapiszczała, a Paweł odwrócił się na pięcie, wszedł do swojego pokoju i z hukiem zamknął za sobą drzwi.

Cała ta awantura sprawiła, że potrzebowałem chwili, by przypomnieć sobie, po co właściwie wróciłem do domu. Kartki! Leżały na samym wierzchu, na naszej wspaniałej meblościance ze Swarzędza, o której najpierw Hanka zdobyła pokątne informacje przekazane sobie tylko wiadomymi kanałami („będą w sklepie!”), następnie się na nią zapisała, i to wcześniej niż inni, bo – znów to samo – dostała cynk o terminie dostawy, aż w końcu oboje wystaliśmy ją solidarnie w kolejce. Rarytas, bo rzucili tych meblościanek strasznie mało. Orzechowe drewno lakierowane na wysoki połysk u wszystkich gości zawsze wywoływało ten sam nabożny podziw oraz pytanie:

– A gdzieżeście takie cudo dostali?

Wtedy Hanka zaczynała swoją pasjonującą opowieść, stopniowo dawkując emocje aż do wielkiego finału, nie narażając jednakowoż swoich cennych źródeł informacji na dekonspirację. Dostęp do takich źródeł to podstawa w miarę normalnego i bezbolesnego przetrwania w kraju planowej gospodarki socjalistycznej. A tak poza tym źródła mogłyby mieć kłopoty.

Chwyciłem więc te cholerne kartki, wypadłem z domu i pobiegłem pod mięsny, znów rozpaczliwie starając się utrzymać równowagę. Jak ktoś słusznie zauważył, człowiek na poziomie powinien trzymać się w pionie, i o ten pion walczyłem jak lew. Zwycięsko.

Gdy dotarłem do sklepu, Hanka w najlepsze rozmawiała z proletariuszką od poduszki i wyglądało to tak, jakby nawiązały już nie tyle nić, co linę okrętową przyjaźni.

– No wreszcie! – przywitała mnie moja żona. – Co tak długo?

– Musiałem zapobiec wybuchowi trzeciej wojny światowej – poinformowałem, podając jej kartki żywnościowe.

– No tak, pewnie znowu poszło o łazienkę – odparła zupełnie niezaskoczona, jakby sama tam była, jednocześnie sprawdzając, czy jest wszystko to, czego potrzebowała. – Ech, wy artyści, wiecznie z głową w chmurach. Co byście zrobili bez żon stojących mocno nogami na ziemi?

– Kto by dla ciebie stał w kolejkach, gdyby twój mąż nie był artystą i nie miałby luźniejszych godzin pracy?

– Poprosiłabym o pomoc mamę. – Uśmiechnęła się szelmowsko.

Na wspomnienie teściowej temperatura spadła o jakieś dziesięć stopni i zerwał się silny arktyczny wiatr. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego to nie ona stanęła na czele naszej ludowej ojczyzny po towarzyszu Kani, tylko Jaruzelski. Nadawałaby się wybornie. Oczyma wyobraźni ujrzałem jej twarz, na której czas odcisnął swoje piętno w stopniu znacznie mniejszym niż w przypadku innych kobiet przed siedemdziesiątką, jakby nie chciał mieć z nią nic wspólnego i wchodził w interakcję tylko wtedy, gdy absolutnie nie dało się inaczej. Wszystko, co znalazło się w strefie wpływów Stefanii, momentalnie uznawało jej zwierzchnictwo i nawet chomik Jagody stawał przed nią na baczność. Przed oczami objawiła mi się więc Stefania w doskonale dopasowanym mundurze, obwieszona medalami, z ustami zaciśniętymi w wyrazie stanowczości, z nieskalanymi ani siwizną, ani farbą blond włosami upiętymi w gruby kok, w ciemnych okularach na nosie…

O tak, Stefania niczym Armia Czerwona skrzętnie korzystała z okazji, by okazać bratnią pomoc, gdy jakiś element systemu nie działał tak, jak powinien. Dziwnym zbiegiem okoliczności tym elementem zawsze okazywałem się ja.

– Kochanie, a ty zapasy Polleny masz? – mówiła na przykład do swojej córki przy okazji jednego z obowiązkowych obiadków celebrowanych kilka razy do roku w różne święta, rocznice and that sort of… przepraszam, tego typu sprawy.

– Zapasy Polleny? – zdziwił się Hanutek.

Stefania posłała córce spojrzenie pełne troski, jednocześnie nalewając mi dodatkową chochlę rosołu z kury (ktokolwiek jej sprzedał kurę, zapewne nie pozostawiła mu wyboru).

– Myślałam, że już wiecie. Od września wchodzi reglamentacja na proszki. Pollena będzie na kartki.

– Na kartki?! – oburzyła się Hanka. – Przecież ja piorę i piorę! Pawełek brudzi na potęgę…

– Mamo… – jęknął Pawełek, chłop o wzroście metr dziewięćdziesiąt, mający przynajmniej osiemdziesiąt kilo żywej wagi.

– Och, jej. – Teściowa ze smutkiem pokręciła głową. – A ty, Witusiu, też nie wiedziałeś?

– A skąd miałem niby wiedzieć?

– Myślałam, że może tam u ciebie w pracowni coś mówili.

Stefania utkwiła we mnie spojrzenie z rodzaju tych, jakie kat trzymający sznur rezerwuje dla skazańców.

– W pracowni? – zdumiałem się, dając sobie tym samym założyć pętlę na szyję.

– Ach, no tak, zapomniałam, że wy, artyści, innymi sprawami żyjecie, nie takimi prozaicznymi głupotami. – Teściowa w słowo „artyści” włożyła wszystkie skumulowane zasoby dezaprobaty, zacisnęła pętlę, uruchomiła zapadnię i po raz nie wiadomo już który wykonała na mnie wyrok śmierci.

Po takich wizytach siedziałem w domu struty, niewrażliwy na zapewnienia Hanki, że z opinii mamusi nic sobie nie robi, a w łóżku odwracałem się do ściany i nawet ciepło ciała wtulającej się we mnie żony nie mogło wyrwać mnie z minorowego nastroju. Swoją drogą jasne było, po kim Hanka odziedziczyła umiejętność zdobywania cennych informacji.

– Dobrze się czujesz, Wiciu? Kochanie, mówię do ciebie…

Głos Hanutka miał cudowną właściwość przywracania do rzeczywistości. Zapewniłem, że wszystko w porządku i zupełnie niepotrzebnie się o mnie martwi. Potwierdziłem, że przed wyjściem do pracowni odwiedzę skup makulatury, zgarnę glejt na srajtaśmę i jeszcze tak, oczywiście że tak, wrócę do projektu boazerii w przedpokoju, którą wszak obiecałem zrobić pół roku temu. Jednocześnie wyraziłem niedowierzanie, że minęło już pół roku, bo wszystko wskazywało na to, że z tymi datami to jakiś spisek, ale Hania uznała ustalenia za podjęte, co oznaczało koniec rozmowy, dlatego zostawiłem ją na łasce i niełasce baby z poduszką i wróciłem do domu.

Dzieci zakończyły już działania zbrojne i podpisały pakt o nieagresji. W kilka minut zebrały się w przedpokoju (Paweł oczywiście nie wziął czapki) i opuściły dom. Łazienka stała pusta. Cisza.

Redakcja

Aleksandra Zok-Smoła

 

Korekta

Dorota Honek-Sac

 

Skład i łamanie wersji do druku

Agnieszka Kielak

 

Projekt graficzny okładki

Joanna & Grzegorz Japoł – LUNA Design Studio

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Malwina Ferenz, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384302088

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Lucyna

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści