Wróżbitka z Berlina - J. C. Maetis - ebook + audiobook

Wróżbitka z Berlina ebook i audiobook

J. C. Maetis

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.
Opis

Zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami, wciągająca opowieść o miłości i niezłomności podczas II wojny światowej, gdzie jedna kobieta zmienia bieg historii.

Berlin, rok 1940. W cieniu rosnącej potęgi nazistowskich Niemiec Edith Creutzen zostaje zmuszona do przyjęcia niezwykłej roli – osobistej wróżki Hitlera. Z każdym dniem jej wpływ staje się coraz większy, a ona sama zaczyna dostrzegać szansę na zmianę biegu wydarzeń.
Jest jednak ktoś, kto bacznie ją obserwuje – człowiek, którego intencje są trudne do rozszyfrowania. Czy Edith zdoła wykorzystać swoją pozycję i dokonać niemożliwego, czy też stanie się pionkiem w niebezpiecznej grze? Cena sukcesu jest wysoka – im bliżej celu, tym więcej ma do stracenia.
W świecie, gdzie każdy krok może mieć konsekwencje, Edith musi podjąć decyzje, które odmienią nie tylko jej los, ale także historię.

„Wciągająca lektura” – The Times

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 419

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 27 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Olga Żmuda

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: The Fortune Teller of Berlin

Copyright © 2024 by J. C. Maetis

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © 2025 by Grupa Wydawnicza FILIA

Wszelkie prawa zastrzeżone

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2025

Cover photographs © Trevillion and © Getty Images

Redakcja, korekta, skład i łamanie: Editio

PR & marketing: Sławomir Wierzbicki

ISBN: 978-83-8402-592-5

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Prolog

Deià, Majorka, październik 1973

Podczas spaceru przez miasteczko zawsze zatrzymywała się w tym samym miejscu.

Być może z powodu stromego podejścia, które teraz, gdy miała ponad sześćdziesiąt lat, sprawiało, że lekko brakowało jej tchu. Lubiła jednak myśleć, że przystaje głównie z powodu widoku: niewielkie wzniesienie z kamiennym murem oraz gajem drzew figowych i oliwnych, okolonych terakotowymi dachami domów, a dalej chaotyczną mozaiką innych dachów przeplatanych zielenią, różem, burgundem i żółcią bugenwilli, palm, winorośli i hibiskusa, tonących w oddali w intensywnym błękicie Morza Śródziemnego.

Teresa Delmar zatrzymała się, by zaczerpnąć powietrza i podziwiać krajobraz. Na początku października było jeszcze ciepło, temperatura nie przekraczała dwudziestu kilku stopni, uciążliwe letnie upały zelżały i można było poczuć pierwsze powiewy chłodnej morskiej bryzy. Jeden z jej ulubionych miesięcy w roku. Zmierzała do willi należącej do najbardziej znanego wieloletniego mieszkańca Deià – pisarza Roberta Gravesa. To właśnie stamtąd roztaczał się widok na góry i dolinę.

Jeszcze na chwilę zatrzymała wzrok na nadmorskim krajobrazie, aby się uspokoić, ponieważ tym razem miała podzielić się swoją historią z dwuosobową publicznością.

– Odwiedza mnie stary dobry przyjaciel. Wiem, że z przyjemnością wysłuchałby twojej opowieści – rzucił Graves, kiedy dwa dni temu spotkała go w jego ulubionym lokalnym sklepiku, Estanco. – Myślę, że byłaby dla niego szczególnie interesująca.

Graves, wielbiciel intryg, nie wyjawił jej, kim jest przyjaciel, który do niego przyjeżdża.

Kilka razy zaczerpnęła powietrza, by wyciszyć towarzyszące jej emocje, po czym ruszyła dalej prowadzącą w dół drogą, a następnie pokonała ostatnie trzysta metrów wąskimi uliczkami i ścieżką prowadzącą do willi Gravesa, Ca n’Alluny.

Graves podniósł się z krzesła na tarasie i przywitał ją serdecznie.

– Tak się cieszę, Tereso, że znalazłaś czas, żeby dziś do nas wpaść. – Wyciągnął dłoń w stronę drobniejszego mężczyzny z potarganymi, siwiejącymi włosami, który po sekundzie wstał z krzesła. – Pozwól, że ci przedstawię mojego starego dobrego przyjaciela: Jacoba Bronowskiego, przez przyjaciół czule nazywanego Brunem.

Kiwnęła głową, uśmiechnęła się i uścisnęła dłoń mężczyzny.

– Bardzo mi miło.

Gospodarz przysunął jej krzesło, usiedli na zewnątrz przy owalnym stole, na którym stała butelka białego wina i dzbanek wody, a także trzy kieliszki, dwa do połowy wypełnione winem.

– Przyłączysz się do nas? – Graves dłonią wskazał szkło.

– Dziękuję, napiję się tylko wody. – Uśmiechnęła się, kiedy gospodarz napełnił jej kieliszek. – Jak dla mnie trochę za wcześnie na wino.

– Ja kiedyś też stosowałem zasadę „nie przed południem”, dopóki nie straciłem orientacji, jaka jest pora dnia. – Graves uśmiechnął się szelmowsko.

Słyszała w miasteczku pogłoski na temat powolnej demencji Gravesa, ale skoro potrafił się do niej przyznać, a nawet z niej żartować, to widocznie nie osiągnęła zaawansowanego stadium. Właściwie każdy aspekt życia Gravesa był tematem miejscowych plotek – część z nich dotyczyła również Jacoba Bronowskiego. Oczywiście od razu rozpoznała wybitnego naukowca z jego ostatniego programu w BBC – Powstawanie człowieka – ale nie miała pojęcia, że wrócił do Deià. Gravesa i Bronowskiego wiele lat temu łączyła wielka przyjaźń, a w miasteczku krążyły opowieści o szalonych imprezach bohemy urządzanych w willi Gravesa. W swingujących latach sześćdziesiątych były one rzeczą powszechną, ale przyjęcia u Gravesa odbywały się w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, tak jakby on i jego przyjaciele wytyczali drogę nowemu pokoleniu, które miało podążyć za nimi dekadę lub dwie później. Od tego czasu Deià słynęła jako przystań artystów i hipisów.

Jednak Graves i Bronowski pokłócili się wiele lat temu, a Teresa nie zwróciła uwagi na stosunkowo świeże plotki o ich rzekomym pojednaniu, aż do teraz, kiedy miała przed sobą dowód.

– Pomyślałem, że Bruna szczególnie zaciekawi twoja historia – powiedział gospodarz. – W Holokauście stracił połowę swojej rodziny.

Bronowski skinął głową, rumieniąc się lekko.

– Z oczywistych względów nie lubię o tym opowiadać na prawo i lewo.

Teresa spojrzała na niego ponuro.

– Rozumiem.

Graves podniósł jedną rękę, jakby przepraszał za swoją niedelikatność.

– Chodziło mi o to, że Bruno chyba najbardziej z nas wszystkich zainteresuje się historią upadku Hitlera.

Bronowski uśmiechnął się na tę próbę ratowania sytuacji i wypił łyk wina. Teresa uznała, że najwyraźniej brał już poprawkę na demencję Gravesa i jego nieprzewidywalne zachowanie.

Z Gravesem wcześniej podzieliła się jedynie zarysem historii, ponieważ sam odłożył na później wysłuchanie pełnej wersji. Być może od razu pomyślał o Jacobie Bronowskim, z którym chciał jej wysłuchać, a może przeszkodziła im przy stoliku w kawiarni, gdy zaczynała opowieść.

– Ze strzępów informacji, którymi podzielił się ze mną Robert, historia wydaje się fascynująca. – Bronowski wzdrygnął się i wyciągnął rękę. – I rzeczywiście, może jestem bardziej zainteresowany niż inni z powodu tragicznych losów mojej rodziny.

Teresa pokiwała głową ze współczuciem i wypiła łyk wody.

– Od czego zacząć? – Przez chwilę patrzyła w dal i nagle znalazła się z powrotem na swoim ulubionym wzniesieniu, z którego spoglądała w stronę morza. Jednak tym razem woda zmieniła kolor na kobaltowy, prawie czarny, jakby znów w ciemnym, szklanym lustrze wróżebnym oglądała zmieniające się ponure obrazy. – Tak… Paryż, czterdziesty rok. To chyba najlepszy moment na rozpoczęcie opowieści o Edith Creutzen – powiedziała niemal bez tchu, czując, jak zmieniające się obrazy ożywają i ją wciągają. – Młodej kobiecie, która w pojedynkę zmieniła bieg drugiej wojny światowej.

1

Paryż, czerwiec 1940

Nie miał wielkiego wyboru.

Wiedział, że jeśli spudłuje, zginie od strzału przeciwnika. Jeśli trafi, czeka go to samo; lub, co gorsza, zostanie schwytany i będzie torturowany, żeby jeszcze przed egzekucją wydał innych spiskowców.

Tak czy inaczej, czekała go śmierć. Un choix qui n’en est pas un1, wybórHobsona.

Henri Benoît rozmyślał nad swoim losem, sekundy płynęły, a jemu coraz mocniej drżały dłonie, pocące się na trzymanym karabinie Lee Enfield. Miał zaledwie dwadzieścia sześć lat i czuł, że jest za młody na śmierć. Podczas tej wojny wielu z pewnością myślało to samo – dlaczego miałby być wyjątkiem?

Z ostatniej wiadomości radiowej wiedział, że za trzy lub cztery minuty dotrze do niego cel. Nastroił radio i wyczekiwał wiadomości, jeślimiała nadejść. Warkoczący pojazd wiozący Adolfa Hitlera i Alberta Speera mógł pojawić się po jego prawej stronie dwieście metrów dalej, w pierwszym widocznym punkcie, a wtedy będzie musiał skoncentrować się i w odpowiedniej chwili trafnie wycelować.

Hitler przyjechał do Paryża nagle, bez zapowiedzi, zaledwie osiem dni po tym, jak stolica Francji trafiła w ręce niemieckich najeźdźców. Ponad połowa mieszkańców miasta uciekła, a ci, którzy pozostali, na ogół siedzieli w domach, obawiając się zatrzymania i przesłuchania przez SS lub gestapo. Ulice Paryża były opustoszałe. Miasto światła nagle stało się miastem ciszy i ciemności, zwłaszcza że wprowadzono godzinę policyjną, która obowiązywała od dwudziestej pierwszej.

Słońce wzeszło prawie dwie godziny temu, ale na ulicach panowała niesamowita cisza, a w tej ciszy wyraźnie było słychać warkot silnika.

Mimo to nadszedł alarm radiowy: Zbliżają się. Zaraz ich zobaczysz. Ważna uwaga: nasz cel znajduje się na przednim siedzeniu trzeciego samochodu.

Niespodziewana wizyta Hitlera zaskoczyła ruch oporu, który miał niewiele czasu na przygotowania – i właśnie o to chodziło. Zabójstwo Hitlera w metropolii byłoby gigantycznym ciosem, który zniweczyłby chwałę nazistów za zdobycie miasta, dlatego Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy za wszelką cenę chciał tego uniknąć. Członkowie ruchu oporu dowiedzieli się o wizycie Hitlera dzień wcześniej, nie mieli jednak pojęcia, jaką trasą pojedzie. Mieli jedynie pewność, że podczas swojej błyskawicznej wycieczki odwiedzi dwa miejsca – wieżę Eiffla i grobowiec Napoleona. Uzgodniono więc, że Benoît zostanie umieszczony na trasie między tymi dwoma punktami, z karabinem w pogotowiu. Szybko znaleziono puste mieszkanie na parterze z widokiem na Avenue de La Bourdonnais.

Łączność radiowa była szczególnie utrudniona. Jeśli wiadomości zostałyby przechwycone, konwój Hitlera po prostu zmieniłby trasę lub się zatrzymał. Ale na wychwycenie sygnałów radiowych trzeba było zwykle od ośmiu do dziesięciu minut, a to, co mówiono, można było usłyszeć dopiero po złapaniu odpowiedniej częstotliwości. Radiostacje ruchu oporu zmieniały ją co pięć minut, a w ramach dodatkowych środków ostrożności zmieniano również długość fal. Tylko odbiorcom wiadomości, takim jak Benoît, przekazywano informacje na temat sekwencji długości fal dla każdego połączenia.

Benoît usłyszał warkot zbliżających się pojazdów, ocenił odległość i prędkość konwoju, po czym ponownie skupił się na celowniku. Lufa wystawała przez małą szczelinę w otwartym oknie, zza zasłon, za którymi się ukrywał. Spojrzał jeszcze raz na nadjeżdżający konwój – za nie więcej niż dwadzieścia lub dwadzieścia pięć sekund miał się znaleźć na jego wysokości.

Ścisnął mocniej karabin, próbując opanować drżenie rąk. Tak, prawdopodobnie zginie w ostrzale, ale okryje się chwałą. Człowiek, który zabił Hitlera! Jego nazwisko przeszłoby do historii.

SS i Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy były równie przebiegłe w przygotowaniach. Koledzy z ruchu oporu wyraźnie go poinformowali, że mogą zostać wypuszczone również dwa konwoje z sobowtórami Hitlera. Człowiek, którego zamierzał zastrzelić, mógł być jednym z nich, a wtedy straciłby życie na darmo.

Na samą myśl o tym poczuł ucisk w żołądku. Gdy konwój zbliżył się do niego, skoncentrował się jeszcze bardziej i zaczął śledzić pojazdy przez celownik karabinu, pięćdziesiąt metrów po swojej prawej stronie. Nie, to jest Hitler. Chwała, chwała… chwała!

Trzydzieści metrów, dwadzieścia. Przez szybę mercedesa po raz pierwszy wyraźnie zobaczył Hitlera w jasnoszarym prochowcu, siedzącego z przodu zaraz obok szofera, oficera SS oraz dwóch strażników z Oddziału Eskorty Wodza2 na tylnej kanapie. Profil Hitlera stał się nagle wyraźniejszy: charakterystyczny wąsik, kosmyk czarnych włosów opadający na czoło i na nim przygładzony.

Wystrzelił, gdy samochód znalazł się w jego zasięgu, ale z powodu presji i powagi sytuacji, nagłych rozterek, czy może odrzutu karabinu – strzelił odrobinę za wysoko i pocisk odbił się od dachu mercedesa. Szybko wystrzelił drugi nabój, gdy samochód go mijał, ale i tym razem chybił.

W jednej chwili do akcji wkroczyło dwóch motocyklistów, jeden ze zwykłym karabinem, drugi z maszynowym. Zawrócili, zatrzymali się i wykorzystując wózki boczne jako częściową ochronę, oddali serię strzałów w jego kierunku. Benoît zanurkował pod parapet, a odłamki szkła i ram okiennych spadły na niego niczym grad. Mercedes Hitlera zatrzymał się na chwilę, aby wypuścić oficera SS z wycelowaną bronią, po czym pojechał dalej.

– Nie strzelaj!Jestem po waszej stronie – krzyknął Benoît. – Mam informacje, które mogą wam pomóc.

Kilka ostatnich strzałów rozległo się zza bocznych wózków, a później oficer SS uniósł jedną rękę.

– Rzuć karabin i podnieś ręce – rozkazał. – Wyjdź, żebyśmy mogli cię zobaczyć.

Benoît kiwnął głową i wykonał polecenie: wspiął się na parapet i podniósł ręce. Niemiecki oficer celował w Benoîta ze sceptyczną miną.

– Jeśli jesteś po naszej stronie, po co te strzały?

– Zmusili mnie, nie chciałem tego robić… dlatego strzelałem wysoko – wyjaśnił Benoît. Oficer SS skinął głową, ale nadal wyglądał na niezbyt przekonanego. – Mam cenne informacje na temat ludzi, którzy…

Dwa strzały – jeden w ramię Benoîta, drugi w szyję – sprawiły, że zamilkł i padł na ziemię.

Xavier Achard czuł smutek i wyrzuty sumienia z powodu oddanych strzałów, zwłaszcza że to on wprowadził Henriego, zaledwie trzy lata młodszego od siebie, do ruchu oporu i przez ostatnie osiem lat bardzo się zaprzyjaźnili. Zaledwie dzień wcześniej zdecydowanie stanął po stronie Henriego, ratując go przed innymi członkami organizacji, którzy chcieli zabić go na miejscu.

Nie strzelaj! Jestem po waszej stronie. Mam informacje, które mogą wam pomóc…

Te słowa udowodniły jednak Xavierowi, że się mylił, dlatego nie miał wyjścia.

Poprzedni tydzień był pełen dramatycznych zwrotów akcji i zmian w sojuszach. Ci, którzy obawiali się najgorszego lub czuli się zagrożeni – a więc ponad połowa populacji Paryża – natychmiast uciekli, gdy do miasta wkroczyła armia niemiecka. Pozostali tylko ludzie obojętni lub w niewielkim stopniu opowiadający się za lub przeciw okupantom – nie stanowili żadnego zagrożenia dla ostatnich dziesięciu procent najtwardszych. Działających w ruchu oporu, którzy przysięgli pozostać i utrudniać życie nazistom tak bardzo, jak to tylko możliwe. Jednak kilku dotychczas lojalnych członków ruchu uznało, że powinni zmienić stronę – posuwając się nawet do prób zdobycia przychylności nazistów poprzez dostarczanie im cennych informacji na temat swoich towarzyszy – i ci stanowili zagrożenie. Do tej kategorii zaliczał się Henri Benoît.

Informacje demaskujące Benoîta dostarczył asystent komendanta policji jedenastego okręgu, Philippe’a  Jouberta, który przedstawiał się jako sympatyk nazistów. Był jedną z pierwszych osób, do której zwracali się ludzie chcący przejść na drugą stronę. Joubert prowadził jednak podwójną grę – przekazywał ruchowi oporu istotne informacje na temat potencjalnych zdrajców, którzy mogliby stanowić zagrożenie.

Benoît został zatrzymany następnego dnia i przesłuchany przez grupę sześciu kluczowych członków organziacji, między innymi Xaviera Acharda. Zapewniał, że nadal jest oddanym członkiem ruchu oporu i tylko „badał grunt”, jeśli chodzi o Jouberta. Jego wyjaśnienia nie spotkały się z aprobatą grupy. W głosowaniu opowiedziano się za szybką kulą w głowę, ale Xavier usiłował przekonać resztę, że należy dać mu szansę, aby mógł się wykazać.

Przywódca grupy, Pierre Meunier, mężczyzna po czterdziestce z głową oprószoną siwizną, zamyślił się.

– Xavier, nie dziwię się, że stajesz w obronie Benoîta, zaprzyjaźniłeś się z nim. Ale ryzykujesz, że reszta z nas, włącznie z tobą, znajdzie się w niebezpieczeństwie. – Meunier wyciągnął rękę. – Jaką szansę wykazania się masz na myśli?

Xavier zaprowadził Meuniera do pokoju obok i wyłuszczył sprawę. Nagły przyjazd Hitlera ich zaskoczył. Mieli snajpera, który mógł strzelać z okna na drugim lub trzecim piętrze, ale wciąż brakowało im strzelca na poziomie ulicy. Meunier skinął głową w zamyśleniu. Dwóch snajperów dawało większe szanse. Strzelanie z wysokości było trudniejsze ze względu na duży kąt i większe prawdopodobieństwo odbicia się pocisków od szyby – za to strzelec miał spore szanse ucieczki. Strzał z poziomu ulicy zapewniał większe prawdopodobieństwo przebicia szyby i trafienia do celu, ale szanse na ucieczkę były praktycznie zerowe. W gruncie rzeczy była to misja samobójcza.

– Jeśli zgodzi się na to zadanie, przynajmniej będzie miał szansę coś udowodnić – podsumował Xavier.

– Racja. I na to, żeby na zawsze zapisać się w historii. – Meunier spojrzał na Xaviera. – A ty nadal będziesz na górze, na wypadek, gdyby nas zawiódł?

– Tak. Jakieś osiemdziesiąt metrów dalej. Ale chyba lepiej, żeby o tym nie wiedział, mógłby to wykorzystać jako wymówkę, żeby się wymigać.

– Albo się zorientować, że to właściwie misja samobójcza?

– Jest chyba na tyle bystry, że sam się tego domyśli. Ale przy znikomym prawdopodobieństwie, że nie padnie natychmiast od strzałów odwetowych, i jeśli wcześniej przećwiczy ucieczkę na piętro i wyjdzie przez okno z tyłu, może mieć dwadzieścia procent szans na to, że ujdzie z życiem. – Xavier wzruszył ramionami. – Znacznie więcej niż teraz.

Po tym, jak Benoît zgodził się na udział w misji, trzymali go pod nadzorem przez osiemnaście godzin pozostałych do akcji, nie spuszczając z oczu. Nie tylko po to, żeby przeprowadzić ostatnie przygotowania, ale także na wypadek, gdyby przestraszył się i zbiegł, by zdradzić nazistom ich wielki plan.

Gdy jednak odezwał się do oficera SS i wyszedł na otwartą przestrzeń, Xavier stanął przed dylematem. Był zapasowym snajperem wyznaczonym do zlikwidowania Hitlera, którego samochód znajdował się niemal przed nim. Gdyby jednak zostawił Benoîta, bez wątpienia zostałby zabrany po pierwszym strzale i w ciągu kilku dni ich oddział rozerwano by na strzępy.

Nie ma czasu na namysły! Wycelował w Benoîta i oddał dwa strzały, po czym skierował broń na mercedesa Hitlera, który był już trzydzieści metrów za nim. Gdy strzelił, na tylnej szybie auta pojawiły się dwie gwiazdy, ale Xavier nie był pewien, czy przebiły szkło.

Po strzałach, które zabiły Benoîta, oficer SS spojrzał najpierw na swoich ludzi, jakby się zastanawiał, czy to nie któryś z nich się pospieszył. Ale kolejne pociski skierowane w samochód Hitlera natychmiast wskazały, skąd celowano. Odwet nastąpił od razu. W ruch poszły karabiny maszynowe, a oficer SS strzelał ze swojego pistoletu, biegnąc co sił w kierunku wejścia do budynku. Do pościgu przyłączyło się trzech innych strażników ze świty Hitlera. Xavier odskoczył od okna, które roztrzaskało się w drobny mak pod wpływem gradu kul, i rzucił się do biegu. Zostawił radio tam, gdzie leżało – było zbyt nieporęczne – a po zaledwie trzech krokach wyrzucił karabin: człowiek z karabinem był jawnym celem. Swoją jedyną broń, Browninga HP, miał schowaną głęboko w kieszeni kurtki.

Puścił się biegiem przez korytarz na klatce budynku i ruszył w górę po schodach na jego końcu. W połowie drogi usłyszał stukot butów na tych samych stopniach, trzy piętra niżej.

Na szczycie zaryzykował, obejrzał się za siebie i dostrzegł fragment hełmu SS. Prawdopodobnie młody strażnik, który zeskoczył z motocykla po strzałach do Hitlera, miał jakieś dwadzieścia metrów przewagi nad kolegami.

W jego stronę poleciała kula, ale był już poza jej zasięgiem, pokonywał korytarz na trzecim piętrze. Drogę ucieczki znał na pamięć: do załomu na drugim zakręcie, przez okno na jego końcu, a następnie trzy piętra w dół schodami przeciwpożarowymi do roweru na klatce.

Ale młody strażnik przewodzący grupie żołnierzy był szybki i zdążył pojawić się na szczycie schodów wcześniej, niż Xavier dotarł do zakrętu. Padł strzał, niecelny, a on natychmiast wyciągnął pistolet, odwrócił się i strzelił – dopiero po chwili zdał sobie sprawę ze swojej pomyłki. Przez ułamek sekundy strażnik widział jego twarz, zanim schował się za ścianą naprzeciwko schodów.

Xavier wystrzelił jeszcze dwa razy. Za wszelką cenę musiał unieruchomić żołnierza, żeby nie widział, w którą stronę kieruje się Xavier – zbyt dużym ryzykiem byłoby zbieganie pod ostrzałem z wysokości trzech pięter – po czym wskoczył do załomu, dobiegł do okna i wydostał się na zewnątrz, a później co tchu ruszył w dół.

Pokonał trzy segmenty schodów, gdy rozległy się pierwsze strzały, z których jeden wzbił w powietrze ceglany pył. Xavier w odpowiedzi wystrzelił kilka razy, pokonując ostatnią kondygnację, ale ażurowe żelazne stopnie utrudniały celność, przez co strzały były właściwie przypadkowe; głównym zamiarem Xaviera było skłonienie strażnika do wycofania się i zaprzestania na chwilę ostrzału, by zyskać szansę wskoczenia na rower i ucieczki.

Na szczęście żołnierze uzbrojeni w karabiny i pistolety maszynowe byli nieco z tyłu, więc choć salwa pocisków wzbiła odłamki bruku i pyłu nieprzyjemnie blisko niego, pedałując gorączkowo, zdołał wjechać w pierwszy zakręt dwadzieścia metrów dalej, poza zasięg wzroku i kul.

1 Wybór, który nie jest wyborem (przyp. tłum.).
2 Niem.: Führerbegleitkommando (przyp. tłum.).

2

Xavier wiedział, że wciąż ma przed sobą nie lada wyzwanie. Połowa oddziałów SS i Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy tropiła go w kontrolowanym przez nich mieście. Człowieka, który próbował zabić ich ukochanego Führera. A może jego strzały dosięgnęły celu i polowanie na niego było jeszcze bardziej zaciekłe, a w dodatku prawdopodobnie pokazał twarz!

Ogarnęło go poczucie beznadziei, dyszał od szaleńczego pedałowania. Powinien wkrótce zwolnić, żeby nie wyróżniać się spośród paryżan zmierzających do pracy lub domu.

Ze swoim wzrostem niemal stu osiemdziesięciu centymetrów, szerokimi barkami, niesforną czupryną brązowych włosów i orzechowymi oczami – był przystojny, ale nie w zniewalający sposób; potrafił wtopić się w tłum i łatwo się w nim ukryć. Tym bardziej że miał teraz na sobie czarne materiałowe spodnie, wytartą i zabrudzoną brązową wełnianą kurtkę, ciemnoszary kaszkiet naciągnięty nisko na czoło – strój wielu paryskich robotników fabrycznych. Rowery zaś, z powodu niedoboru paliwa, były zdecydowanie najpopularniejszą formą transportu. Motocykle i samochody widywało się coraz rzadziej i na ogół jeździli nimi funkcjonariusze SS lub żołnierze Wehrmachtu.

Gdy skręcił w pierwszą główną arterię, Rue de Monttessuy, zwolnił w nadziei, że będzie wyglądał jak zwykły obywatel, który spokojnie przemierza tę ulicę. Zbliżył się do dwóch strażników na posterunku wartowniczym na rogu Avenue Rapp, podenerwowany, ale na szczęście byli zajęci sprawdzaniem dokumentów dwóch młodych mężczyzn – jednego w garniturze, drugiego w sportowej kurtce – i właściwie nie zwrócili na niego uwagi, gdy ich mijał. Wątpił, aby zdążył do nich dotrzeć alarm radiowy, nie mówiąc już o jego rysopisie. Skręcił w Avenue Bosquet, a wkrótce potem w Rue Saint-Dominique z kawiarnianymi ogródkami, już bardziej zdenerwowany. Połowę klientów kafejek stanowili niemieccy oficerowie, popijający kawę i raczący się ciastkami na śniadanie. Przenośne radia należały jeszcze do rzadkości, ale niektórzy z tych wojskowych mogli być na tyle wysoko postawieni, by je przy sobie nosić i odbierać pilne komunikaty dotyczące bezpieczeństwa.

Radia były dość duże, mierzyły pół metra i nie dostrzegł żadnego na stołach. Zauważył przed sobą dwóch rowerzystów w ubraniach niezbyt różniących się od jego stroju i zdawało się, że nikt nie zwraca na nich uwagi, więc miał nadzieję, że z nim będzie tak samo. Chyba że alerty miały dopiero nadejść.

Nagle go zmroziło, gdy zauważył oficera Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy w średnim wieku, wyjmującego z torby radio, do którego zaczął mówić. Żołnierz wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w dal i co jakiś czas kiwał głową, gdy odpowiadał, nie zwracając uwagi na przejeżdżającego obok niego Xaviera.

Xavier odetchnął, gdy minął wszystkie kawiarnie i skręcił w Rue Malar. Ta ulica była spokojniejsza, a od kryjówki z miejscem spotkań dzieliło go już tylko dwie trzecie kilometra. Wciąż jednak pozostawał czujny i wypatrywał kogokolwiek, kto mógłby go śledzić.

Właśnie o to zapytał go od razu Pierre Meunier po tym, jak Xavier postawił rower we wnęce korytarza na dole i wszedł do mieszkania na piętrze.

– Nie, dopilnowałem, żeby nikt mnie nie śledził. – Oddech Xaviera powoli uspokajał się po nerwowej jeździe. – Przez ostatnie pół kilometra właściwie nikogo nie minąłem.

Mimo to jeden z pozostałych trzech członków organizacji wyglądał z niepokojem przez okno, wypatrując nadjeżdżających pojazdów, gdy Xavier zdawał relację z tego, co zaszło.

Meunier skinął głową z powagą.

– Nie powinieneś się czuć winny z powodu Benoîta. Niestety, okazało się, że miałem rację. Przynajmniej w ostatniej chwili postąpiłeś słusznie. – Meunier wyciągnął rękę w stronę swojego kolegi Bernarda Calviera, mężczyzny po trzydziestce, o wyglądzie latynoskiego bożyszcza z ciepłymi brązowymi oczami i zaczesanymi do tyłu czarnymi włosami, pochylającego się nad półmetrowym zestawem radiowym. – Oczywiście na podstawie napływających wiadomości zdołaliśmy się domyślić, co się wydarzyło.

– Hitler dostał? – dopytywał Xavier. – Trafiłem go?

– Wygląda na to, że nie. – Calvier westchnął i podniósł wzrok. – Nie jesteśmy nawet pewni, czy został choćby draśnięty, chyba że SS i Führerbegleitkommando trzymają to w tajemnicy. Ewentualnie trafiłeś fałszywego Hitlera.

Xavier wyglądał na przygnębionego, ale Meunier poklepał go po ramieniu.

– Nie zniechęcaj się. Dałeś z siebie wszystko, od początku wiedzieliśmy, jakie są szanse, biorąc pod uwagę duży kąt strzału.

Calvier był jedynym Żydem w ich oddziale. Kiedy naziści wkroczyli do jego rodzinnego Amiens, przeniósł się do Paryża. Był mistrzem radiotechniki, ale Meunier musiał ważyć korzyść dla jednostki z ryzykiem posiadania żydowskiego członka w swoich szeregach. Decyzja była trudna, ale postanowili zastosować dodatkowy środek ostrożności: kazali zmienić dokumenty tożsamości Calviera na dokumenty pobożnego katolika z Korsyki. Najbardziej pasował wyglądem do tej tożsamości.

To właśnie Calvier wymyślił system połączeń trwających maksymalnie pięć minut i natychmiastowych zmian częstotliwości oraz długości fali. Z kryjówki nigdy nie nadawali wiadomości, jedynie je odbierali.

– Gdzie jest teraz Hitler i jego świta? – zapytał Xavier.

Odpowiedział mu Meunier.

– Spodziewaliśmy się, że przejedzie obok grobowca Napoleona. Jednak wygląda na to, że obrał nieoczekiwany kierunek. – Skrzywił się. – Być może poufne spotkanie z marszałkiem Pétainem, które chciał zachować w tajemnicy.

Calvier sprawdził notatnik przy radiu.

– Adres przy Rue Oudinot, konkretnie.

Xavier poczuł, że wstrzymuje oddech.

– Który numer?

– Hm… czterdzieści siedem – odparł Calvier, nieco zbity z tropu ostrym tonem Xaviera. – Działa tam chyba jakiś mały teatr.

Wszystkie oczy zwróciły się na Xaviera, a jego twarz spochmurniała.

– Znam ten teatr. To tam Edith Creutzen organizuje swoje sesje.

– Sesje? – zdziwił się Meunier.

– Tak. Jest jasnowidzką. Wróżką.

Meunier wciąż wyglądał na zdezorientowanego. Bez wątpienia trudno było mu przeskoczyć myślami od spotkania z Pétainem do wróżki.

– Skąd znasz tę Edith Creutzen?

– Jest przyjaciółką mojej dziewczyny, Teresy Delmar.

3

Gdy sześciu mężczyzn weszło do małego audytorium, w lustrze wróżebnym pojawił się dodatkowy cień. Mogła to być sztuczka świetlna – oświetlenie w pomieszczeniu było dobrze rozplanowane i postacie na krótko zasłaniające słaby blask od wejścia mogły rzucać cień. Połowa widowni teatru została odgrodzona kurtyną, a pozostała przestrzeń idealnie nadawała się na małe trzydziestoosobowe audytorium ustawione w półkole, które otaczało główne oświetlenie w pomieszczeniu – duży reflektor zawieszony nisko nad centralnym lustrem wróżebnym. Światło odbijało się od wklęsłego ciemnego szkła i rzucało upiorną poświatę na pierwsze rzędy.

Kiedy mężczyźni weszli do pokoju i zajęli miejsca z tyłu półkola, starałam się wyrzucić z głowy myśl, że to zwiastun, omen. Nie można było ich nie rozpoznać: Führer Rzeszy Adolf Hitler, Albert Speer, Arno Breker i trzech strażników z Oddziału Eskorty Wodza. Bez wątpienia kolejnych czterech lub pięciu członków Führerbegleitkommando pilnowało wejścia do teatru. Tam, gdzie siedziało teraz sześciu mężczyzn, panowała niemal całkowita ciemność.

Kilkoro widzów odwróciło głowy, by zerknąć na wchodzącą grupę, ale szybko skierowali wzrok z powrotem na mnie i centralnie oświetlone zwierciadło, jakby jawne wpatrywanie się w Führera mogło wywołać dotychczas niespotykaną karę.

Atmosfera zepsuła się na chwilę, magia uleciała. Musiałam ją przywrócić.

– Przepraszam… – Jeszcze przez moment wpatrywałam się w ciemne lustro, aż w końcu spojrzałam na kobietę w średnim wieku przede mną – orzechowe oczy, kasztanowe włosy dotykające ramion bordowej aksamitnej marynarki – lekko musnęłam grzbiet jej dłoni, aby ponownie nawiązać więź. Yvette Massin, druga osoba na porannej sesji. – Nie widzę pani brata.

Yvette powoli skinęła głową i spuściła wzrok.

– Wiem. Tego się obawiałam. Zmarł siedem miesięcy temu.

Mógł to być podstęp lub celowy sprawdzian – nie po raz pierwszy – ale postanowiłam uznać to za zwykłą pomyłkę.

– Jeśli chce się pani dowiedzieć, jak mu jest lub nawiązać z nim kontakt, powinna pani raczej zwrócić się do medium. Ja zajmuję się wyłącznie życiem, w tym przypadku paniżyciem i tym, co przyniesie.

– Wiem. Przepraszam. – Speszona, zerknęła w bok. – Po prostu od czasu do czasu rozmawiam z nim, kiedy jestem sama w swoim pokoju. Bardzo za nim tęsknię.

Jej skrucha wydawała się szczera. Uśmiechnęłam się pod nosem i spojrzałam znów na lustro.

– Ale widzę tu innego mężczyznę i z pewnością nie chodzi o pani brata. Pojawił się w pani życiu niedawno. Trzyma się dość blisko i wydaje się, że ma na panią silny wpływ.

Yvette pochyliła się wyczekująco.

– Tak… tak. To pewnie Claude. Mój brat Pascal robił tak wiele dla mnie i mojej matki, a kiedy go straciłyśmy, w naszym życiu powstała ogromna luka. I wtedy pojawił się Claude, niemal zesłany przez niebiosa, akurat w chwili, kiedy potrzebowałyśmy pomocy. Myśli pani, że on pomoże wypełnić pustkę?

Tak łatwo byłoby mówić ludziom to, co chcą usłyszeć i sprawić, by odchodzili zadowoleni. Spojrzałam z powrotem w lustro i zobaczyłam coś innego.

– Niestety nikt nie jest w stanie zastąpić pani brata. Ten nowy mężczyzna wydaje się specyficzny, ma swoją własną aurę.

– W jakim sensie? – W pierwszej chwili zdawała się zaniepokojona, ale potem szybko na powrót uchwyciła się nadziei, której desperacko pragnęła. – Nie sprawdzi się jako wsparcie dla mnie i mojej matki, choćby w inny sposób niż brat?

Nie mogłam już dłużej owijać w bawełnę. Naraziłabym ją i jej matkę na niebezpieczeństwo. Spojrzałam na nią beznamiętnie.

– Obawiam się, że nie. Ten mężczyzna wydaje mi się czarujący, ale także zdolny do manipulacji. – Spojrzałam znów na ciemne plamy przesuwające się po lustrze. – Mógłby wykorzystać panią i pani matkę. Nie sądzę, aby kierowały nim szlachetne intencje.

Zastanawiałam się jednak, czy przyczyną pojawienia się ciemniejszych kształtów nie była obecność innych osób, a ja przedstawiałam kobiecie nieprawidłową ocenę.

Yvette na chwilę spuściła wzrok i delikatnie pokręciła głową.

– A wydaje się taki miły.

Zrobiło mi się jej żal, tak kurczowo trzymała się tej resztki nadziei.

– Nic dziwnego, skoro chce zdobyć zaufanie obu pań.

W lustrze pojawiły się nowe obrazy: płomienie liżące krawędzie dużego budynku. Wiedziałam jednak, że nie mają nic wspólnego z kobietą, którą mam przed sobą, i że moja pamięć powraca do pożaru Reichstagu.

Wydarzenia, które doprowadziło do śmierci mojego mentora – Erika Jana Hanussena, czołowego niemieckiego mistyka i wróżbity. Jego egzekucję zarządził człowiek siedzący teraz na tyłach audytorium, Adolf Hitler.

– Co według pani powinnam zrobić? – W spojrzeniu Yvette było widać smutek z powodu rozwianych nadziei. – Poprosić, by odszedł i więcej się z nim nie spotykać?

– Nie mogę pani doradzić w tej sprawie. Sugeruję poczekać na oznaki cech, które przewidziałam i wtedy podjąć decyzję. A do tego czasu najlepiej unikać sytuacji, w których ten mężczyzna mógłby wykorzystać panią lub pani matkę. – Skrzywiłam się lekko. – Na pewno nie powinna mu pani dawać żadnych pieniędzy ani nic podpisywać.

Kolejne obrazy: Uścisk z dwoma moimi kolegami, uczniami Hanussena, po jego pogrzebie. Ja młodsza od nich o dwa lata, szczupła, wysoka, dziewiętnastoletnia blondynka. Wszyscy ze łzami w oczach przeżywamy śmierć naszego nauczyciela. Z trudem powstrzymuję się przed wyznaniem, dlaczego mogę odczuwać tę stratę boleśniej niż oni.

Czy dlatego zjawił się tu Hitler, który najwyraźniej mnie odnalazł? Nie zadowolił się wydaniem rozkazu uśmiercenia Hanussena i polował teraz na jego żyjących akolitów? Nie miałam z nimi kontaktu od ponad pięciu lat. Czy w ogóle jeszcze żyli?

– Dziękuję. Wiele się dowiedziałam. – Yvette skinęła głową, w końcu chyba akceptując sytuację. – Skorzystam z rady.

– Mam nadzieję, że wszystko się ułoży. – Uśmiechnęłam się życzliwie i wyciągnęłam rękę, by dać znać, że sesja dobiegła końca, a gdy Yvette Massin wróciła na swoje miejsce na widowni, z niewielkiego audytorium rozległy się pomruki aprobaty i ciche oklaski.

Gdy sala ucichła, rozległ się głos – jak rozpoznałam – Alberta Speera.

– Führer zapytał, czy widzi pani sukces niedawnego przejęcia Francji przez Rzeszę?

Zrozumiałam, dlaczego to pytanie wypowiedział Speer. Płynnie mówił po francusku i choć Hitler wiedział, że urodziłam się i wychowałam w Berlinie, dlatego biegle znam niemiecki, chciał, żeby tę wymianę zdań zrozumiała także publiczność.

Poczułam ucisk w żołądku. To mógł być test. Jeśli Führer rzeczywiście odszukał mnie dlatego, że uczyłam się pod okiem Hanussena, być może był to mój ostatecznytest. Spojrzałam jeszcze raz w lustro i odpowiedziałam ostrożnie.

– Pojawił się pewien opór, o czym bez wątpienia mieli panowie okazję się przekonać. Widzę, że okres niepewności będzie trwał jeszcze przez jakiś czas, ale w dużej mierze jest spowodowany strachem przed nieznanym. Gdy wszystko się ustabilizuje, sytuacja zmieni się na lepsze.

Speer i Hitler zamienili kilka słów, po czym Speer ponownie spojrzał w moją stronę.

– Czy ten opór nie okaże się zbyt silny? A może pani widzi nasze ostateczne zwycięstwo?

Jeszcze raz spojrzałam w lustro, po czym znów skierowałam wzrok na Speera i Hitlera.

– Widzę utrzymujący się silny opór. Ale ma pan także duże poparcie paryżan, którzy widzą świetlaną przyszłość pod rządami Rzeszy. Więc tak, biorąc pod uwagę potęgę i siłę niemieckiej armii, widzę, że zwyciężycie.

Speer przekazał Hitlerowi moje uwagi po niemiecku, a on przyjął je z kamienną twarzą, po chwili zamyślenia skinął mi głową i wstał, a jego świta podążyła za nim. Wyraz twarzy Hitlera nic nie zdradzał. Hanussen nie miał pojęcia, że zostanie stracony po pożarze Reichstagu – właściwie był przekonany, że skoro przewidział pożogę, to nadal jest w łaskach Führera. I bez wątpienia wykazałabym się podobnym brakiem przeczucia, jeśli swoimi ostatnimi słowami nieświadomie przypieczętowałam własny wyrok śmierci.

Xavier powiedział Meunierowi o tym, że być może ktoś go zobaczył, dopiero pod koniec krótkiego spotkania.

– Widział cię tylko jeden strażnik? – zapytał Meunier, wyraźnie zaniepokojony. – Czy inni też zdążyli spojrzeć?

– Tylko jeden, znacznie wyprzedził resztę. I tylko przelotnie. – Xavier gestykulował. – Musiałem zerknąć w jego stronę, żeby odpowiedzieć ogniem, powstrzymać go na chwilę i uciec.

Meunier wyjął paczkę Gitanes’ów i zapalił papierosa, pogrążając się w rozmyślaniach. Palił bardzo dużo, a jego nałóg się nasilał, gdy był niespokojny. Dopiero po chwili się zreflektował i poczęstował Xaviera, choć on sięgał po papierosa ledwie kilka razy dziennie. Zwykle odmawiał, ale w tej chwili też odczuwał niepokój, więc z przygaszonym uśmiechem skorzystał z propozycji, zapalił i już pierwsze zaciągnięcie podziałało kojąco na rozstrojone od prawie dwóch godzin nerwy.

– Wątpię, by do jutra pojawił się jakiś rysopis. – Meunier wciągnął mocno dym papierosa. – Ale lepiej, żebyś nie mieszkał u siebie przez jakiś czas, na wypadek gdyby sąsiedzi rozpoznali osobę z rysunku.

– Wydano już alarm radiowy, z tego co udało nam się wychwycić w eterze – poinformował Calvier. – Ale opis jest dość niejasny: mężczyzna od dwudziestu pięciu do trzydziestu pięciu lat, czarne spodnie, brązowa kurtka, szary kaszkiet, pasowałby do połowy robotników.

Meunier kiwnął głową.

– Niemniej jednak bezpieczniej byłoby nosić kurtkę w innym kolorze i czapkę w innym stylu.

– A może nawet przefarbować włosy – wtrącił Calvier. Uśmiechnął się szeroko. – Coraz większą popularność zdobywa teraz jasny blond.

Xavier wzruszył ramionami.

– Przez racjonowanie farba do włosów staje się takim rarytasem jak benzyna.

– Fakt. Może na razie wystarczyłby wybielacz – zastanawiał się Meunier. – A masz pomysł, gdzie mógłbyś się zatrzymać, żeby cię nie rozpoznano?

– Nie wiem. – Xavier wyglądał niepewnie. – U rodziców nie ma wolnego pokoju, u mojej dziewczyny też nie. Poza tym bywam u niej tak często, że jej sąsiedzi też mogliby mnie rozpoznać.

Meunier ponownie pogrążył się w myślach, szukając rozwiązania, ale Xavierowi po chwili przyszedł do głowy pewien pomysł.

– Można by spróbować poprosić o pomoc przyjaciółkę Teresy, Edith, wróżkę, o której wcześniej wspomniałem. Ma duże mieszkanie z pokojem muzycznym dla młodszej córki i wolnym łóżkiem. Mogłaby nas przez jakiś czas przenocować.

Meunier milczał jeszcze chwilę z zapalonym papierosem kilka centymetrów od ust.

– Byłbyś tam bezpieczny, gdyby zjawił się tam ktoś niepożądany?

– To duże mieszkanie, z wieloma pomieszczeniami, w których moglibyśmy się ukryć – skomentował Xavier po chwili namysłu.

Meunier skinął głową.

– Tylko na cztery czy pięć dni, najwyżej tydzień, dopóki nie znajdziemy ci nowego, stałego miejsca. Myślisz, że ona się na to zgodzi?

– Chyba tak. Mogę poprosić Teresę, żeby ją zapytała.

– Dobrze, ale porozmawiaj o tym z Teresą jeszcze dziś wieczorem, żebyś znalazł się u tej Edith do jutrzejszego ranka, zanim w gazetach pojawi się szkic pamięciowy. – Meunier zaciągnął się, a na jego wargach pojawił się zawadiacki uśmiech. – Może przy okazji spytasz Edith, dlaczego wszechmocny Führer zaszczycił ją wizytą? Upieklibyśmy dwie pieczenie na jednym ogniu, że tak powiem.

4

Wydawało mi się, że moje życie ukształtowało pięć istotnych wydarzeń: przyjęcie do elitarnej szwajcarskiej szkoły muzycznej, gdy miałam zaledwie jedenaście lat, zachorowanie na zapalenie opon mózgowych, kiedy miałam lat czternaście, przez co otarłam się o śmierć – tamta walka zahartowała mnie na nadchodzące bitwy – następnie mianowanie jedną z pięciu praktykantów Erika Jana Hanussena, gdy byłam zaledwie osiemnastolatką; później śmierć Erika, niedługo po tym, jak mój chłopak Christof Lange zginął w wypadku motocyklowym, i wreszcie narodziny mojej córki Louise. Śmierć Christofa i Erika zawsze łączyłam, ponieważ wydarzyły się w nieodległym od siebie czasie – dzieliły je zaledwie dwa tygodnie – i choć nie były ze sobą powiązane, wywarły na mnie taki sam wpływ: czułam się tak, jakby wrzucono mnie do szarej, bezdennej studni, z której wydostanie się zajęło mi ponad rok.

Pierwszym krokiem do tego, by wydostać się z otchłani, była wyprowadzka z Berlina – za bardzo przypominał mi o tym, co stało się z Christofem i z Erikiem, nie czułam się tam już bezpiecznie. Hitler zdobywał coraz większe poparcie, a mi nie podobało się to, co widziałam – choć mój mentor to przewidział. Miałam w Paryżu dobrą przyjaciółkę Teresę Delmar, z którą uczęszczałam do tej samej szwajcarskiej szkoły muzycznej. Zapytałam ją, czy mogłabym zatrzymać się u niej na jakiś czas, dopóki nie znajdę własnego mieszkania. „Zatrzymam się w Paryżu najwyżej na rok… dwa lata. Mam nadzieję, że przez ten czas gwiazda Hitlera zblednie”. Ale oczywiście nie dość, że nie zbladła, to świeciła coraz mocniejszym blaskiem, a kiedy zjawił się na mojej sesji, we Francji mieszkałam od siedmiu lat.

W Paryżu urodziła się moja córka Louise, i to właśnie ona w końcu uratowała mnie od szarości i przygnębienia – a raczej marazmu, z jakim zareagowałam na pojawienie się jej. Gdyby nie pomoc Teresy przy karmieniu i zmianie pieluch, poszłabym na dno. Na własnym mleku nie mogłam polegać – być może była to jeszcze reakcja na śmierć Christofa i Erika – i Louise musiała być intensywnie dokarmiana butelką. Pewnego wieczoru, gdy zapomniałam o świecie i o nakarmieniu córeczki, Teresa w końcu warknęła: „Nie możesz wiecznie tkwić w tym mroku. Edith to dziecko potrzebuje twojej miłości i uwagi. Nie pozwól, żeby całun śmierci Christofa i Erika spowił też twoją córkę”.

To mnie otrzeźwiło niczym porażenie prądem. Moje oczy wypełniły się łzami, wzięłam małą Louise na ręce i mocno przytuliłam, przysięgając, że nigdy więcej jej nie zaniedbam. I słowa dotrzymałam. Od tej chwili Louise stała się sensem mojego życia. Urodzenie dziecka miało również tę zaletę, że przybrałam na wadze. Wiem, że dla wielu kobiet to przekleństwo, ale mnie wyszło na dobre. Do tego czasu byłam boleśnie szczupła, a macierzyństwo sprawiło, że moje biodra i biust nabrały przyjemnych krągłości, zmieniając mnie z sierotki w kobietę.

Składając maleńkie ubranka Louise i chowając je do szafki, uśmiechałam się z zadowoleniem, gdy z sąsiedniego pokoju dobiegały dźwięki Sonaty Księżycowej. Ja nie zdołałam zrealizować swoich muzycznych marzeń, ale zamierzałam zadbać o to, żeby moja córka miała takie możliwości.

Mój ojciec, Szwajcar urodzony w Bazylei, podjął się zawodu introligatora, ale popyt na tego typu usługi był znacznie większy w Niemczech, dlatego przeniósł firmę do Berlina i to tam poznał moją matkę. Kiedy miałam zaledwie siedem lat, ojciec opowiedział mi historię o tym, jak prasa Gutenberga zmieniła branżę księgarską: „Do tej pory zszywam wiele książek w oryginalny sposób, zamiast używać kleju”. Często przypominam sobie, jak wchodziłam do warsztatu ojca, a w powietrzu unosił się zapach zadrukowanego papieru i kleju. Dla wielu była to woń nieprzyjemna, ale ja się nią zachwycałam – po dziś dzień upajam się nią, otwierając świeżo wydrukowaną książkę.

Kiedy w 1929 roku nastąpił wielki kryzys, interes mojego ojca podupadł. Nie było już stać nas na opłacenie szkoły muzycznej, więc przeniosłam się do berlińskiej szkoły państwowej. Każda szanująca się niemiecka lub francuska rodzina miała w pokoju gościnnym pianino, więc kiedy w końcu stanęłam w Paryżu na nogi – dzięki sesjom jasnowidzenia, na których zaczęli pojawiać się stali bywalcy – znalazłam mieszkanie z bardzo dużymi pokojami i zdecydowałam się na fortepian. Mojej małej Louise niczego nie zamierzałam szczędzić!

Wyjeżdżając z Berlina, bardzo żałowałam, że zostawiam swojego młodszego brata Tobiasa, który cierpiał na bardzo poważny zespół Downa. Rodzice wychowywali go, a kiedy ja dorosłam, on pozostał uwięziony w dziecięcej krainie czarów, w której bawiliśmy się, gdy byliśmy mali. Pamiętam, jak pewnego dnia, niedługo po dojściu Hitlera do władzy, urzędnik SA zadzwonił do naszych drzwi, komentując: „Widzę, że mieszka u was osoba z mongolizmem. Nie powinna być w specjalnym domu opieki lub azylu?”.

Matka w odpowiedzi przedstawiła dokumenty wystawione przez lekarza rodzinnego, który opiekę nad Tobiasem powierzył moim rodzicom. Napomknęła też, że woli, żebyśmy chorobę Tobiasa określali jej medyczną nazwą – zespołem Downa, a nie „mongolizmem”. Krążyły już plotki o programach eutanazji takich jak akcja T4, mających na celu wyeliminowanie z narodu ludzi chorych psychicznie i niedołężnych. Moi rodzice rozpaczliwie bali się, że Tobias zostanie zabrany i wysłany do przytułku dla osób „specjalnej troski”. Ludzie tacy jak on byli postrzegani jako problem większy niż Żydzi, ponieważ dla nazistów stanowili niewygodny dowód na to, że rasa aryjska nie jest idealna. Jedynie w tym aspekcie, pomimo pochwały tego, co Hitler robił dla ulepszenia Niemiec, moi rodzice byli krytyczni wobec nazistów. „Radzimy sobie z opieką, dziękuję”, odparła stanowczo moja matka.

Wybór między dobrem moim i małej Louise a pozostaniem, aby pomagać rodzicom przy Tobiasie, był bardzo trudny.

Do tego wszystkiego moje umiejętności jasnowidzenia, z których nie od razu zdałam sobie sprawę, jeszcze bardziej utrudniały mi wybór. To dar czy przekleństwo?

Pierwsze oznaki moich zdolności pojawiły się, kiedy miałam zaledwie sześć lat. Matka trzymała mnie za rękę, gdy przechodziłyśmy przez ulicę, a ja niespodziewanie szarpnęłam ją. Sekundę później zza pobliskiego rogu wyjechała furgonetka i przemknęła obok nas. Matka mocno mnie przytuliła.

– Dzięki Bogu, że to usłyszałaś, Liebling.

Tyle że ja tego wcale nie usłyszałam. Wyraźnie widziałam furgonetkę wyjeżdżającą zza rogu, zanim faktycznie się pojawiła.

Później miałam jasne wizje Tobiasa pozostającego na etapie dziecięcym, mimo dorastania, jeszcze przed diagnozą – która została w pełni potwierdzona dopiero, gdy skończył pięć lat. Ja miałam wtedy dziewięć lat, a obrazy pojawiały się od prawie dwóch, nie wspomniałam o nich rodzicom z obawy, że uznają je za dziwactwo. Być może trzymałam się też nadziei, że te wizje nic nie znaczą i jednak się mylę.

Główna przemiana miała miejsce pod wpływem otarcia się o śmierć, kiedy zachorowałam na zapalenie opon mózgowych, tak jakby to doświadczenie otworzyło we mnie jakieś dodatkowe drzwi. Później zaczęły pojawiać się wizje znacznie mroczniejsze, bardziej niepokojące, które często dotyczyły osób znajdujących się w pobliżu, choćby przez chwilę, a nie mnie i mojej rodziny. Na początku było mi trudno je zrozumieć i nie miałam możliwości przekonać się, czy mają związek z rzeczywistością. Nie łatwo było mi podejść do kobiety w tramwaju, na którą w niewytłumaczalny sposób zwróciłam wzrok, i zapytać, czy ma chorą siostrę, o którą się martwi. Nawet gdybym spróbowała, to ta kobieta z pewnością nie chciałaby usłyszeć, że jej siostra wkrótce umrze.

Dlatego po prostu zamykałam oczy, próbując bronić się przed obrazami, chciałam je od siebie odsunąć.

Pierwsza okazja do sprawdzenia, czy mają one jakikolwiek sens, nadarzyła się, gdy przyłączyłam się do Erika Hanussena jako stażystka – natknęłam się na jego ogłoszenie w „Berliner Tageblatt”,jakby było z góry mi przeznaczone. Sesje pytań i odpowiedzi z kandydatami szybko ich weryfikowały; osiemdziesiąt procent stażystów odpadło w ciągu dwóch miesięcy.

Hanussen skomentował to, obserwując mnie podczas tego pierwszego okresu:

– Masz dar.

Odparłam, że to nic w porównaniu z jego talentem, a on przyznał, że jego sesje to po części starannie dopracowane popisy, co wprawiło mnie w lekkie zakłopotanie.

– Jeśli jesteś obdarowany prawdziwymi zdolnościami, po co bawisz się w popisy?

– Bo korzystanie z tych umiejętności mnie wyczerpuje i nie byłbym w stanie wytrzymać dwu- czy trzygodzinnego przedstawienia. Mam wrażenie, że ciebie to nie dotyczy.

Najważniejszą rzeczą, jakiej nauczyłam się od Hanussena, było czytanie ze zwierciadła – moje przypuszczenia, że służy ono głównie występom lub stworzeniu atmosfery, zniknęły, gdy tylko nabrałam wprawy w interpretowaniu szybko zmieniających się cieni i odcieni, podobnej z jaką kapitan statku interpretuje fale.

Kiedy już zadomowiłam się u Hanussena, pewnego dnia zapytał, jakie jest moje pierwsze wspomnienie związane ze zdolnościami jasnowidzenia, a ja opowiedziałam mu o tym, że z wyprzedzeniem zobaczyłam nadjeżdżającą furgonetkę i gwałtownie odciągnęłam matkę.

Kiedy o tym mówiłam, nagle znalazłam się na miejscu mojej matki, a za rękę szarpnęła mnie mała dziewczynka. Dopiero później dowiedziałam się, że to moja córka Louise, i tego, jakie znaczenie miała ta wizja.

Gdy usłyszałam dwa stuknięcia do drzwi mojego mieszkania, oderwałam się od układania ubrań Louise i podeszłam zerknąć przez judasza: Teresa i Xavier. Ucieszyłam się na ich widok, ale miny mieli poważne i zatroskane.

– Tak, oczywiście, że możecie się u mnie zatrzymać na tydzień. Albo miesiąc lub dwa, jeśli zajdzie taka potrzeba. – Ze względu na moją przyjaźń z Teresą i to, jak pomogła mi po narodzinach Louise, przynajmniej tyle mogłam zrobić. – Mam jedynie prośbę, żebyście po przebudzeniu większość czasu spędzali w salonie, tak by Louise miała dla siebie pokój muzyczny i mogła ćwiczyć.

– Ja pewnie spędzę u ciebie tylko kilka nocy – powiedziała Teresa. – Masz tylko jedno dodatkowe łóżko.

– Możesz zostać, ile chcesz. – Zerknęłam w stronę pokoju z pianinem. – Pod łóżkiem mam zapasowy materac, możecie go wykorzystać. Kupiłam go dwa lata temu, kiedy przyjechali do nas moi rodzice z bratem. – Po raz pierwszy mieli okazję zobaczyć małą Louise i bardzo się cieszyłam z odwiedzin, ale część wizyty była stresująca, bo matka pytała, kiedy wracam do Berlina. „Hitler nie jest taki zły, jak go przedstawia zagraniczna prasa. Przynajmniej wyciągnął nas z zapaści i sprawił, że gospodarka znów ruszyła”.

Nie chciałam wchodzić w szczegóły i wyjaśniać, dlaczego nie byłam w stanie zaufać Hitlerowi i jego poplecznikom po tym, jak skazali na śmierć Erika Hanussena, więc po prostu powiedziałam, że interesy w Paryżu dobrze mi idą i mogę liczyć na niezłe dochody, a Louise doskonale odnajduje się w dobrej miejscowej szkole: „Więc prawdopodobnie nie wrócę w ciągu kilku najbliższych lat”.

Powód, dla którego Xavier musiał przez jakiś czas się ukrywać, w pierwszej chwili mnie zaniepokoił, ale patrzyłam na niego z podziwem i z niedowierzaniem.

– Człowiek, który próbował zabić Hitlera. Sława.

Xavier wzruszył ramionami i uśmiechnął się, skrępowany.

– Sława byłaby o wiele bardziej zasłużona, gdybym odniósł sukces.

Zauważyłam, że Xavier na chwilę zatrzymał na mnie wzrok. Nie ulegało wątpliwości, że chodzi mu po głowie coś jeszcze. Odwrócił spojrzenie, gdy Teresa spytała:

– Więc mogę przynieść trochę naszych rzeczy?

– Pewnie – odparłam. – Przynieś wszystko, czego będziecie potrzebować.

Uzgodnili, że po rzeczy pojedzie Teresa. Xavier swoją walizkę zostawił u niej – im mniej go widywano na ulicach, zwłaszcza w pobliżu jej mieszkania, tym lepiej – a ja miałam w tym czasie zaparzyć dzbanek świeżej kawy i podgrzać ją, gdy wróci.

Zostawiłam gości, żeby położyć Louise do łóżka.

– Tante Teresa zatrzyma się u nas na jakiś czas. Cieszysz się?

Louise uśmiechnęła się promiennie. Teresa była dla niej jak druga matka, posłała małej buziaka i pomachała jej przed wyjściem.

Po ułożeniu Louise do snu spędziłam chwilę z Xavierem sam na sam, przy kawie na pogawędce i uprzejmościach:

– Tak miło, że pozwoliłaś zatrzymać się nam u siebie. Jak Louise sobie radzi w szkole?

– Dobrze. Potrzebowała prawie roku, żeby się zaaklimatyzować – Skończyły nam się tematy, a ja widziałam, że to, co krążyło wcześniej Xavierowi po głowie, wróciło.

– Przepraszam, że o tym wspominam – powiedział, wzdychając. – Powiedz mi, żebym nie wsadzał nosa w nie swoje sprawy, jeśli nie chcesz o tym rozmawiać. Ale koledzy mi wspomnieli, że miałaś niespodziewaną wizytę Hitlera.

– To prawda. – Moje westchnienie było cięższe. Powinnam była się domyślić, że koledzy Xaviera z ruchu oporu śledzili każdy krok Hitlera. – Była dla mnie wielkim zaskoczeniem. Minęło ponad siedem lat, odkąd widziałam tego potwora po raz ostatni. Było to zaledwie kilka tygodni przed tym, jak zlecił zabójstwo mojego mentora Hanussena. I nagle się u mnie zjawił.

– Masz jakieś przypuszczenia, dlaczego postanowił złożyć ci wizytę?

– Niczego nie wyjaśniał, po prostu przez chwilę obserwował sesję, pod koniec kazał Albertowi Speerowi zadać kilka pytań po francusku, po wszystkim wyszedł. – Rozłożyłam ręce. – Więc jestem tak samo zakłopotana jak ty.

– Myślisz, że to może mieć związek z Hanussenem?

– Tak, jestem pewna. Nie przychodzi mi do głowy żaden inny powód. – Wyjaśniłam, że Hanussen był ulubionym wróżbitą Hitlera, zanim ten kazał go zabić. Przepowiedział dramatyczne dojście Hitlera do władzy. – Teraz pozostało tylko czterech uczniów Hanussena i ja. – Pokręciłam głową. – W pierwszej chwili wystraszyłam się, że Hitlera nie zadowoliła śmierć mojego mistrza i teraz poluje na resztę jego uczniów. Ale potem uznałam, że prawdopodobnie popadam w paranoję z powodu jego reputacji.

Xavier spojrzał na mnie poważnie.

– Wielu pożałowało, że nie doceniło bezwzględności Hitlera, między innymi twój były mentor.

Machnęłam ręką nad kawą, żeby zbyć tę uwagę. Nie chciałam znów nosić na barkach tego strachu.

– Może po prostu był ciekawy. Moje plakaty wiszą w całym mieście już od dobrych kilku lat, z dużym napisem na dole: „Uczennica wielkiego Erika Jana Hanussena”.

– Możliwe.

Xavier nie wyglądał na przekonanego i szczerze mówiąc, ja też w to nie wierzyłam. Powód wizyty Hitlera pozostawał dla mnie tajemnicą.

Wkrótce wróciła Teresa i przez następne pół godziny robiłam dla nich miejsce w szafie i w szufladach. Później, używając mieszanki herbaty i wybielacza, zabrałyśmy się z Teresą za rozjaśnianie włosów Xaviera. Sam wybielacz sprawiłby, że jego włosy byłyby zbyt białe – naszym celem był ciemny blond i mniej więcej po godzinie udało nam się go osiągnąć.

Następnego ranka Teresa wyszła do miasta i kupiła ciemnozieloną kurtkę, bordowy beret i brązową fedorę. Kupiła też kilka gazet, w jednej z nich przedstawiano portret pamięciowy „niedoszłego zabójcy Hitlera”. Położyła ją na blacie kuchennym po naszej stronie i machnęła ręką, wskazując rysunek. Pozwoliłam Xavierowi spojrzeć pierwszemu, a później sama przysunęłam się, żeby przyjrzeć się ilustracji.

– Jest pewne podobieństwo, ale na tyle odległe, że nie ma co się martwić – orzekłam. – Zwłaszcza teraz, kiedy masz jaśniejsze włosy i inne ubranie.

Z sąsiedniego pokoju od piętnastu minut dobiegały dźwięki synkopowanych kadencji ćwiczącej grę na pianinie Louise.

Kiedy w najlepsze oceniałyśmy odmieniony wygląd Xaviera, każąc mu stać przed wysokim lustrem, gdy przymierzał nowe ubrania – wciąż upajając się uczuciem ulgi z powodu niezbyt trafnego portretu pamięciowego – ktoś głośno zapukał trzy razy do drzwi, a serce nagle podskoczyło mi do gardła.

Podeszłam do wizjera: za progiem stał oficer SS po pięćdziesiątce, z przyprószonymi siwizną skroniami, a tuż za nim drugi, młodszy funkcjonariusz. Poczułam ucisk w żołądku – najwyraźniej sąsiad Teresy lub mój dostrzegł podobieństwo, którego my nie widzieliśmy, i przysłał ich tutaj!

Przegoniłam Teresę i Xaviera, podając im szeptem kilka potencjalnych kryjówek – w nadziei, że moje słowa skutecznie zagłuszała gra Louise. Ze ściśniętym żołądkiem odwróciłam się do drzwi i otworzyłam.

5

Starszy oficer, który przedstawił się jako „SS-Sturmbannführer Gustav Strehl, trzeci dowódca Paryża i okolic”, przez chwilę rozglądał się po salonie w milczeniu, a później rozpoczął uprzejmą pogawędkę.

– Całkiem przyjemne miejsce. Mieszka pani sama?

– Nie. Z małą córką. To ona gra na fortepianie. – Skinęłam w stronę drzwi do pokoju muzycznego. Nie uciszyłam Louise po części dlatego, że nie zdążyłam jej uprzedzić, że mamy kolejnych gości, a poza tym miałam nadzieję, że dźwięki zagłuszą ciche odgłosy wydawane przez Teresę i Xaviera.

– Ile lat ma pani córka?

– Dopiero siedem.

Strehl uniósł lekko brew, przysłuchując się przez chwilę grze.

– Moim zdaniem bardzo zdolna, jak na tak młody wiek.

– Dziękuję. Ćwiczy regularnie i pobiera lekcje u korepetytora.

Strehl był dość krępy i miał rumianą twarz, z którą dziwnie kontrastowały jego wodniste, jasnoniebieskie oczy. Powoli skinął głową, dalej przechadzając się po pokoju, jakby był jego właścicielem – oglądał obrazy, liczne książki w skórzanej oprawie na półkach na przeciwległej ścianie, zdjęcia oraz dyplom Louise w ramce na szczycie orzechowej szafki zdobyty w konkursie muzycznym – aż w końcu spojrzał na mnie ze skupieniem. – Cóż, okazałe miejsce jak na panią i pani córkę.

Wtedy poczułam, że podejrzewa, że w mieszkaniu jest ktoś jeszcze.

Wysiliłam się na uśmiech, modląc się, by nie było po mnie widać zdenerwowania.

– Moja córka jest mała, ale fortepian zajmuje dużo miejsca. Potrzebowałam sporej przestrzeni, żeby go zmieścić.

Strehl na chwilę zatrzymał na mnie wzrok i miałam wrażenie, że przeszywa mnie nim na wylot. W końcu skinął głową, jakby powoli przyjmował moje wyjaśnienia i odwrócił spojrzenie.

W tym momencie gra ucichła i docierały do nas jedynie przytłumione odgłosy z Rue du Bac dwa piętra niżej. Modliłam się, żeby w innej części mieszkania nie rozległo się szuranie – nie miałam pojęcia, czy Xavier i Teresa ukryli się pod prysznicem z matową szybą, czy też w kuchennej spiżarni. Wiedziałam, że zostaliby odnalezieni nawet podczas nieszczególnie intensywnego przeszukania. Przez chwilę miałam wrażenie, że łomot mojego serca i dudniąca w skroniach krew zagłuszają wszystkie inne dźwięki, aż w końcu Louise na nowo zaczęła grać.

– Pozwoli pani? – Strehl wyciągnął rękę w kierunku pokoju z fortepianem. Było to raczej oznajmienie niż pytanie, ponieważ od razu ruszył w konkretnym kierunku. Przytaknęłam bezwiednie. Z pewnością pierwszy pokój z jego listy.

Gdy otworzył drzwi, Louise spojrzała na niego zaskoczona i w jednej chwili przestała grać.

– Nie przerywaj, dziecko, mną się nie przejmuj. – Strehl się uśmiechnął. – Właśnie mówiłem twojej matce, że bardzo dobrze grasz jak na swój wiek.

Skinęłam z tyłu na Louise, a ona uśmiechnęła się lekko i znów zaczęła grać Sonatę d-moll Beethovena, tym razem mniej pewnie.

Strehl przez chwilę kiwał ręką do taktu, po czym z aprobatą skinął głową w kierunku Louise:

– Bardzo dobrze. – Ostrożnie zamknął drzwi, podszedł do najbliższego fotela i usiadł, po raz pierwszy od przybycia. Młody oficer SS przez cały czas milczał i prawie nie ruszał się z miejsca przy drzwiach wyjściowych. – Do rzeczy – odezwał się. – Z pewnością zastanawia się pani, dlaczego Führer złożył wizytę w pani skromnych progach.

– Rzeczywiście, zastanawiałam się. – Poczułam ulgę, że nie chodziło o poszukiwanie Xaviera. Jednak wróciły do mnie wcześniejsze obawy, że celem Hitlera jestem ja, jedna z dawnych podopiecznych Hanussena.

– Prawdopodobnie domyśliła się pani, że wizyta ma związek z pani byłym mentorem, Erikiem Janem Hanussenem?

– Tak, cóż… Tylko takie wyjaśnienie przyszło mi do głowy. – Ze ściśniętym gardłem spojrzałam Strehlowi w oczy tak pewnie, jak tylko potrafiłam.

Strehl odwrócił wzrok, jakby zbierał myśli.

– Führer szczególnie interesuje się żyjącymi uczniami Hanussena, śledził ich postępy na przestrzeni lat. Dwóch wybrało inną profesję i skończyło z wróżeniem. A z pozostałej dwójki, pani i Ehrena Grafa, to właśnie pani wydaje się bardziej skoncentrowana na podążaniu za światłem Hanussena. Godna uczennica.

Choć byłam spięta, uśmiechnęłam się, próbując okazać wdzięczność.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Epilog

Punkty orientacyjne

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Spis treści

Meritum publikacji