Przez milion burz - Agata Czykierda-Grabowska - ebook + książka
NOWOŚĆ

Przez milion burz ebook

Agata Czykierda-Grabowska

0,0

Opis

Martyna, po utracie pracy w korporacji, wyjeżdża na wieś do opuszczonego gospodarstwa dziadków. Na miejscu odkrywa, że posesja jest w gorszym stanie, niż się spodziewała. Postanawia więc posprzątać i choć częściowo ją odnowić. Nieoczekiwane zdarzenia – atak nietoperza, odnalezienie zestawu srebrnych sztućców i spotkanie dawnego znajomego – komplikują jej plany.

Hubert, który od lat mieszka w tym samym miejscu, pracuje w lokalnej przychodni. Pewnego dnia do jego gabinetu trafia Martyna. Spotkanie przywołuje wspomnienia sprzed lat, kiedy dwójkę łączył letni romans.

Czy dawne uczucie ma szansę odżyć? Dlaczego ktoś próbuje włamać się do domu po dziadkach? Jaką tajemnicę skrywają stare widelce? I co ma zrobić Martyna, by były chłopak przestał ją nachodzić?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 281

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Przez milion burz

© Copyright by Agata Czykierda-Grabowska, Warszawa 2026 © Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o.o., Warszawa 2026

Redakcja: Justyna Teterwak

Korekta: Anna Jeziorska

Projekt okładki: Magda Palej

Redaktor inicjująca: Blanka Wośkowiak

Dyrektor produkcji: Robert Jeżewski

Wszelkie podobieństwa zdarzeń, instytucji i osób są przypadkowe i niezamierzone. Opowieść stanowi literacką fikcję.

Wydawnictwo nie ponosi żadnej odpowiedzialności wobec osób lub podmiotów za jakiekolwiek ewentualne szkody wynikłe bezpośrednio lub pośrednio z wykorzystania, zastosowania lub interpretacji informacji zawartych w książce.

ISBN 978-83-8132-746-6

Wydawnictwo Zwierciadło Sp. z o. o. ul. Widok 8, 00-023 Warszawa tel. 603-798-616 Dział handlowy: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Wydanie I, 2026

 1 

Droga wiła się wśród pól i lasów. Popołudniowe wiosenne słońce grzało w dach mojego T-Roca, musiałam więc włączyć klimatyzację. Działała bez zarzutu, choć w tym sezonie nie była jeszcze nabijana. Chyba jedyna rzecz w moim życiu, która nie zawodziła. Westchnęłam ciężko, rozpoczynając festiwal użalania się nad sobą. Trwał nieprzerwanie od dnia, w którym zlikwidowano moje stanowisko w dziale planowania eventów i wręczono mi bilet w jedną stronę – przez szklane drzwi biurowca prosto do mojego auta.

A wszystko przez mojego byłego.

Na samo wspomnienie tamtego dnia czułam, jak wszystko się we mnie burzy. Niedowierzanie, wściekłość, a w końcu – najgorsza – bezsilność. Kilka dni wystarczyło, bym pojęła, jak niedorzecznie tragiczna jest moja sytuacja. I wtedy dołączył do mnie, szusując na bladym rumaku, ostatni jeździec mojej osobistej apokalipsy – przerażenie. Razem gnaliśmy przez stepy długów, zobowiązań i pustego konta oszczędnościowego. Wniosek był oczywisty: jestem w czarnej dupie. A to dopiero początek.

Najpierw odreagowywałam. Dni w piżamie, chińszczyzna na wynos, zaległe seriale. Problem w tym, że ten etap trochę się przeciągnął. Kiedy zdałam sobie sprawę, że na moim koncie jest dokładnie tyle, żeby przeżyć dwa najbliższe tygodnie – i to w wersji budżetowej – wiedziałam, że czas działać.

Poprawiłam moje CV i zaczęłam rozsyłać je po korporacjach, wiedząc, że ktoś w końcu się odezwie, a życie wróci na znajome tory. Niestety, nadzieje szybko zderzyły się z rzeczywistością – rynek pracy szalał, a branża eventowa przeżywała zapaść. Tak przynajmniej tłumaczyli znajomi, do których zwróciłam się w akcie desperacji. Ja jednak podejrzewałam, że chodzi o coś innego – o fałszywe oskarżenia, które posypały się na mnie po zerwaniu z byłym.

W tym świecie stałam się pariasem.

Nie chciałam pożyczać pieniędzy. Nie dam im tej satysfakcji. Dlatego podjęłam decyzję, którą odwlekałam od lat. Do tej pory blokowały ją sentymenty, ale też fakt, że nie wiedziałam, jak podejść do tematu. Jednak to był najlepszy czas, żeby zająć się gospodarstwem na zamojskiej wsi. Miejscem, w którym spędzałam niemal każde wakacje – najpierw jako dziecko, a potem podlotek.

To tam przeżyłam wielką miłość. Tam też pękło mi serce.

Westchnęłam, mijając kolejną małą i typową miejscowość – jeden sklep spożywczy, kościół, parę lokalnych biznesów. Wyłączyłam klimę i otworzyłam okno. Był dopiero początek kwietnia, ale termometr wskazywał dwadzieścia stopni.

Dochodziła dwunasta, samo południe, gdy skręciłam w wąską asfaltową uliczkę prowadzącą do wsi, gdzie od lat niszczało gospodarstwo moich dziadków. Pięć minut później stałam już przed bramą posesji. Zatrzymałam auto, wysiadłam i... uderzyła mnie cisza. Nie było rozmów, klaksonów ani szumu miasta. Tylko śpiew ptaków, szelest gałęzi i wiatr, który zawodził między zielenią.

Moje nozdrza wypełnił zapach wsi.

Posesja dziadków leżała samotnie pośród pól, otoczona sadem, który lada dzień miał obsypać się kwiatami. Poczułam ukłucie smutku – wiedziałam, że raczej nie zostanę tu na tyle długo, by nacieszyć się tym widokiem. Może nawet go nie zobaczę, bo zamierzałam jak najszybciej uprzątnąć dom i podwórko, a potem wszystko sprzedać. Dałam sobie na to dwa tygodnie, choć nawet nie miałam pojęcia, od czego zacząć. Przez ten czas powinno mi się udać ogarnąć największy bardak i znaleźć pośrednika sprzedaży.

A potem?

Potem zamierzałam skorzystać z zaproszenia przyjaciółki, która od roku prowadziła pensjonat B&B w Maladze. Zajęła się tym biznesem po kolejnym ataku paniki, których zaczynała doświadczać coraz częściej. Sprzedała mieszkanie w Warszawie i kupiła maleńki domek w Hiszpanii. Od tego czasu lęki, które ją nękały, zupełnie ustały.

Liczyłam na to, że i mnie uda się złapać oddech, ale też znaleźć jakąś robotę.

Nie chciałam jednak wybiegać wyobraźnią poza ten plan – wiedziałam, że teraz wszystko uzależnione było od tego, kiedy uda mi się sprzedać gospodarstwo dziadków. Nawet nie brałam pod uwagę scenariusza, w którym by do tego nie doszło. Miałam jednak świadomość, że moja desperacja była widoczna i potencjalni klienci z pewnością to dostrzegą – dlatego potrzebowałam pośrednika.

Wyjęłam z auta torebkę i wygrzebałam z niej pęk kluczy. Wśród nich musiały być też te od bramy i furtki. Przerzucałam je na kółku starego breloka z logo jakiegoś sanktuarium, aż udało mi się dopasować ten właściwy. Zamek był zardzewiały. Zaskrzypiał, ale w końcu ustąpił, odblokowując mechanizm z donośnym szczękiem.

– Ufff – sapnęłam pod nosem. Chciałam jak najszybciej rozejrzeć się po domu i podwórzu.

Furtka trochę zarosła, ale nie na tyle, żeby mnie zatrzymać. Pchnęłam ją mocno, aż metalowe drzwiczki wyrwały z ziemi kępę świeżej trawy. Potem było tylko gorzej – zarówno ścieżka, jak i całe podwórko zajęte zostały chaszczami. W niektórych miejscach trawa sięgała mi do ramion, tak samo zresztą pokrzywy, których liście już zdążyły mnie poparzyć – nim udało mi się dotrzeć na ścieżkę. Pod ogrodzeniem wiły się krzewy dzikiej róży, a ich gałązki zaplatały się na drutach, tworząc swego rodzaju żywopłot. Miałam nadzieję, że warunki w domu pozwolą mi zatrzymać się w nim na czas mojego pobytu tutaj.

Weszłam na podwórze i zamarłam. Wszędzie walały się jakieś śmieci – butelki i puszki po alkoholu, reklamówki, wiadra, worki po cemencie i Bóg jeden wie, co mogło leżeć w krzakach.

Dotarłam do stodoły, która wyglądała tak, jakby miała runąć przy pierwszym wiosennym podmuchu wiatru. Cudownie... Po prostu cudownie.

Podwórko miało kształt kwadratu, a otaczały je budynki gospodarcze – stajnia, obora i przybudówka, która służyła jako magazyn na narzędzia. Czasy ich świetności jednak przeminęły. Już wtedy, gdy jako mała dziewczynka przyjeżdżałam do dziadków na wakacje lub ferie, mieli tylko jedną krowę.

Wszystko to teraz przedstawiało sobą obraz nędzy i rozpaczy. Nadawało się jedynie do rozbiórki. Tak przynajmniej mi się wydawało.

– Jezu... – jęknęłam i wyjęłam telefon. Spośród zapisanych kontaktów wybrałam numer do mamy.

Odebrała po trzech sygnałach.

– Halo? Dotarłaś na miejsce, Martysiu?

– Tak – odparłam, wzdychając. – Ale wygląda to fatalnie.

Opisałam jej wszystko, a potem przełączyłyśmy się na videocall. Chciała zobaczyć, o czym mówię.

– Pewnie okoliczna dzieciarnia i pijaczki robią sobie tam melinę – wyjaśniła, chociaż tego już sama zdołałam się domyślić. – Zdaję sobie sprawę, że to będzie ciężka praca i przyjechałabym ci pomóc, ale wiesz, że nie mogę. Jestem zarobiona, a ojciec ciągle siedzi w tej swojej hurtowni.

Rozumiałam doskonale. Moja matka była farmaceutką w aptece, którą musiała odsprzedać swojemu wspólnikowi. Tata zaś nie wychodził ze swojej firmy spedycyjnej.

– Wiem, mamo. Ale nie o to chodzi – westchnęłam. – Powiedz mi lepiej, czy te budynki gospodarcze nadają się jeszcze do zaklepania jakąś zaprawą czy innym kitem, czy trzeba będzie je zburzyć w cholerę.

Mama przez chwilę dumała.

– Nie mam pojęcia. Wiesz, że ostatnio byłam tam wieki temu. Zadzwoń do ojca. On tam pojechał jesienią – powiedziała i dodała: – Muszę kończyć, mam pacjenta, ale oddzwonię wieczorem.

– Tak, tak. Pa! – rzuciłam w pośpiechu i schowałam telefon do kieszeni.

Do taty nie było sensu się teraz dobijać. Wiedziałam, że nie odbierze – w jego firmie trwały godziny szczytu.

Zamiast ruszyć do domu, zaczęłam się przedzierać w stronę sadu, który rozciągał się za stodołą. Wiosna ledwie się zaczęła, więc nie wszystko zdołało zarosnąć. Liście dopiero się pojawiały, a drzewa czekały na swoje kwiaty. Dopiero tutaj poczułam prawdziwego ducha wspomnień.

To właśnie tu, w tym sadzie, po raz pierwszy całowałam się z chłopakiem, który pod koniec wakacji złamał mi serce. Pamiętam to jak dziś. Takich wspomnień nie da się wymazać. Nie zdążyły nawet zblaknąć. Myślałam teraz o tamtym szaleńczym biciu serca, które omal nie rozwaliło mi żeber, niemal usłyszałam szum ciepłego wiatru i poczułam odurzający zapach polnych kwiatów, dotyk jego ust i dłoni obejmujących moją twarz.

„Chryste” – jęknęłam w duchu.

To był jeden z najpiękniejszych momentów mojego życia. Intensywny, świeży i wyryty w sercu na zawsze.

Ptaki zaczęły śpiewać, a ja odzyskałam spokój. Przestałam przejmować się syfem na podwórzu – przecież po to tu przyjechałam, by to wszystko posprzątać. Skoro nie potrafiłam posprzątać we własnym życiu, może przynajmniej tu mi się uda.

Usiadłam na powalonej starej jabłoni, która musiała przewrócić się podczas jakiejś burzy.

Nigdy nie lubiłam się nad sobą użalać. Chciałam być silna – jak moi rodzice, którzy zawsze dawali sobie radę. Przez lata parłam do przodu niczym taran, przebijając się w strukturach korporacji, by mama i tato byli ze mnie dumni, choć nigdy tego ode mnie nie oczekiwali. To we mnie siedziało.

Po śmierci mojego starszego brata Filipa, który zginął w wypadku samochodowym, chciałam być jego namiastką w życiu moich rodziców. Kiedy zmarł, miałam zaledwie dziesięć lat. On – osiemnaście i cały świat u swych stóp. Przystojny, lubiany, dobry uczeń, dobry syn i brat. Jedna noc, jeden błąd i brawura kumpla, który zaraz po tym, jak odebrał prawko, zabrał paczkę przyjaciół na imprezę. Było ich pięcioro. Dwójka – w tym mój brat – zginęła. Reszta długie tygodnie spędziła w szpitalu. Ale przeżyli.

Od tamtego dnia ani mój ojciec, ani moja matka nie byli już tymi samymi ludźmi. Byli tylko częścią siebie. Fragmentami rodziców, którzy musieli iść dalej dla dobra drugiego dziecka. A ja postanowiłam trwać dla nich, za siebie i za Filipa.

Zerwałam gałązkę z martwego drzewa i zaczęłam zdzierać z niej korę. Musiałam czymś zająć ręce.

Rodzice nie wiedzieli o mojej tragicznej sytuacji finansowej. Nie wiedzieli o zwolnieniu dyscyplinarnym w atmosferze skandalu. Myśleli, że jestem na urlopie, aby ogarnąć gospodarstwo i zainwestować pieniądze ze sprzedaży we własne mieszkanie. Przedstawiłam im moją wizję pobieżnie, a oni nie dopytywali. I dobrze – nie chciałam kłamać. Już wystarczająco dużo im naściemniałam.

Nie mogłam też prosić ich o pożyczkę. Apteka matki zaliczyła w zeszłym roku ogromny spadek. Dlatego też mama musiała odsprzedać swoje udziały wieloletniemu wspólnikowi. Tata zresztą też nie miał już takich dochodów z firmy, jak kiedyś.

Poza tym... co by o mnie pomyśleli?

Przetarłam twarz dłońmi, próbując wyrzucić z głowy potok przygnębiających myśli. Zaczynałam być głodna, ale zanim mogłam cokolwiek wrzucić coś na ruszt, musiałam zajrzeć do domu. Obawiałam się tylko jednego – że szczury i myszy urządziły sobie w środku all inclusive na mój koszt. Nienawidziłam gryzoni i wszystkiego, co je przypominało.

Wróciłam na podwórze i wspięłam się po schodkach na ganek. Wsunęłam klucz do zamka i odmówiłam cichą modlitwę za swoje zdrowie psychiczne. Pchnęłam drzwi. Zaskrzypiały głośno, co uznałam za dobry znak – może ten dźwięk wystraszy nieproszonych lokatorów.

Zadrżałam na myśl, że mogą tam być, ale nie miałam wyboru. Musiałam tam wejść, rozejrzeć się. Ten dom był mój. Nie pozwolę, żeby jakieś mendy utrudniły mi do niego dostęp.

Z tą mantrą na ustach wkroczyłam do środka, głośno tupiąc.

– Wynocha! – krzyknęłam na wypadek, gdyby odgłos otwieranych drzwi nie wystarczył.

W korytarzu panował mrok. Wytężyłam słuch. Na szczęście nie usłyszałam żadnego skrobania drobnych pazurów po drewnianej podłodze.

Nie zamykając sobie drogi ucieczki, pchnęłam drzwi do kuchni. Pomieszczenie zalewało kwietniowe słońce, tak jak mnie wspomnienia – jedno po drugim, aż moje serce załomotało głośno w tej ciszy, wywołując echo.

Firany w oknach pożółkły, ale wciąż były całe i piękne. Ich wyjątkowość potrafiłam jednak dostrzec dopiero teraz. Misternie utkane wzory kwiatów i liści wiły się przez całą długość koronki.

Narożnik i stół nadal stały w tym samym miejscu, w którym widziałam je jeszcze kilkanaście lat temu. W mojej głowie zaczęły odtwarzać się wspomnienia. W nozdrzach poczułam zapach placków ziemniaczanych, ściągniętych z żeliwnej patelni, która chyba miała tyle lat co babcia.

Do tej pory w ogóle o tym nie myślałam. To było niesprawiedliwe wobec dziadków, którym tak wiele zawdzięczam. Dali mi jedne z najpiękniejszych, najbardziej swobodnych chwil mojego życia.

Nieopodal mebli z drewnianą okleiną stał piec „koza” – najważniejszy punkt w kuchni, a zimą całego domu. Pełnił wówczas funkcję głównego punktu grzewczego, a zimy bywały kiedyś naprawdę surowe. Nawet ja je pamiętałam.

Uśmiechnęłam się do siebie, tknięta falą nostalgii. Otrząsnęłam się i ruszyłam do przylegającego do kuchni pokoju. Był całkiem spory. Na środku stał stół otoczony czterema tapicerowanymi krzesłami. Babcia właśnie tam zapraszała księdza po kolędzie i rodzinę z dalszych okolic. Całą resztę, w tym liczne grono sąsiadek i przyjaciółek, przyjmowała w przytulnej kuchni.

Pod ścianą stała trzydrzwiowa szafa, która zawsze głośno skrzypiała, gdy babcia wyciągała z niej jesionkę zakładaną do kościoła, i akcesoria, którymi bawiłam się jako mała dziewczynka. Wielkie czerwone korale, boa z prawdziwego lisa (które kiedyś mnie przerażało), kapelusz, srebrny naszyjnik z wielkim zielonym kamieniem, tuzin barwnych, jedwabnych chust... Dzięki nim przenosiłam się w inny czas i niezwykłe miejsca. Spędzałam godziny na wymyślaniu przedziwnych historii, w które angażowałam się całym sercem.

Zwalczyłam odruch zajrzenia do mebla ze strachu przed tym, co tam znajdę. No dobra. Bałam się tylko jednego scenariusza – gniazda szczurów.

W pobliżu okna stały dwa fotele i mała, lakierowana ława, przy której siadałam z książką i herbatą, zaczytana tak bardzo, że nie zwracałam uwagi na nic i na nikogo.

Boże, tyle wspomnień i tyle ciepła otoczyło mnie naraz.

Za dużo wszystkiego – aż ścisnęło mi gardło.

Westchnęłam głośno, żeby się uspokoić, spojrzeć na wszystko z dystansem, skupiając się na moim zadaniu – sprzedaży domu. Ale czy patrząc na tę cudowną przeszłość, będę w stanie to zrobić?

Z dala od tego miejsca, w pełnej gwaru Warszawie, nie miałam czasu na wspomnienia. W zasadzie nie miałam czasu na nic. Żyłam od deadline’u do deadline’u, od spotkania do spotkania, od realizacji do realizacji. Wstawałam o szóstej, wracałam do domu o dziewiętnastej – jeśli dopisało mi szczęście. Jadłam kolację, włączałam muzykę na słuchawkach albo telewizor, żeby coś brzęczało w tle, bo czasami przytłaczały mnie samotność i cisza.

Najczęściej jednak otwierałam laptopa i wracałam do pracy. Aż pewnego dnia całe moje oddanie i poświęcenie po prostu rozdeptano wielkim buciorem sterowanym przez ludzi bez twarzy, których w ogóle nie interesowała moja wersja wydarzeń.

Pokręciłam głową, próbując zatrzymać powódź żali i pretensji, które nie mogły znaleźć ujścia.

Wróciłam do „tu i teraz”. Podeszłam do okna, za którym pięło się drzewo starej czereśni, wkrótce mającej obsypać się kwiatami. Wokół niej rozgościły się chaszcze, aż proszące się o to, żeby je potraktować sekatorem. Uchyliłam okno, którego rama zaczynała już próchnieć, bo dobrały się do niej korniki. Do pomieszczenia wpadło świeże, wiosenne powietrze. Ten dom potrzebował przewietrzenia.

Podeszłam do drugiego okna i je także otworzyłam. Od razu zrobiło się przyjemniej.

Przeszłam do kolejnego pokoju, w którym urządzałam swoją wakacyjną bazę. Było to pomieszczenie przechodnie, ale że do kuchni i pokoju dziennego można było dotrzeć z dwóch stron, babcia i dziadek rzadko mnie tam niepokoili – zwłaszcza gdy stałam się pełnoprawną nastolatką ze swoimi arcyważnymi sprawami. Uśmiechnęłam się na wspomnienie wieczorów spędzonych z discmanem, gdy zasłuchiwałam się w Evanescence, dźwigając na swoich barkach ból całego świata. Zaśmiałam się w głos. To był cudownie intensywny czas. Odczuwałam wszystko tak mocno, że moje zmysły prawie skrzyły się w ciemnościach.

Usiadłam na rozkładanej wersalce – wciąż jakoś się trzymała. Buchnął z niej tuman kurzu, od którego zakaszlałam. Mebel przykrywała nieznana mi narzuta w pasiasty deseń. Na toaletce z lustrem stały jeszcze jakieś pudełeczka po kremach i buteleczka tanich perfum. Przełknęłam ciężką gulę, która nagle utkwiła mi w gardle. Przed oczami mignęła mi scena, jak babcia stoi przed zwierciadłem i szykuje się do kościoła.

Czasami mimochodem rzucała, że trzeba mnie święconą wodą skropić, ale nigdy nie zmuszała mnie do niedzielnych mszy. Wiedziała, że lubię pospać, a przecież to były moje wakacje.

Zamyśliłam się tak bardzo, że hałas, który rozległ się gdzieś na strychu, dotarł do mnie z opóźnieniem. Gdy jednak styki w moim mózgu zaiskrzyły, zerwałam się na równe nogi.

– Szczur – wyszeptałam z przerażeniem.

Coś stuknęło, jakby upadło na podłogę.

„Jezu” – pomyślałam, sparaliżowana strachem. W mojej wyobraźni pojawił się gryzoń rozmiaru dorodnego kota. Zaschło mi w gardle, a całe ciało sparaliżowała zgroza.

– Muszę spierdalać – syknęłam pod nosem i z trudem przełknęłam ślinę, ale miałam wrażenie, że moje nogi przykleiły się do podłogi.

Wreszcie ruszyłam się z miejsca i żeby nie narobić hałasu, zaczęłam wycofywać się do salonu, a potem do kuchni. Wtedy usłyszałam coś w korytarzu. Znajdowały się tam schody prowadzące na strych.

– Kurwaaa! – krzyknęłam.

Ten potwór odciął mi drogę do wyjścia. Hałas w korytarzu stawał się coraz głośniejszy, jakby do sieni zamiast jednego wpadło stado szczurów.

„Zabiją mnie. Zeżrą. Otrą się o mnie. Nie... Tego już bym nie przeżyła” – myślałam oszołomiona strachem.

Musiałam uciekać.

Okno! Okno!

Zawróciłam do mojego dawnego pokoju i złapałam krzesło stojące przy stole. Coś upadło, ale nie zwracałam na to uwagi, bo za mną rozległ się kolejny niezidentyfikowany odgłos. Szuranie, trzepot...

– Boże, Jezu... – jęknęłam.

Stałam już na krześle, szamocząc się z firaną, gdy za mną rozległ się pisk z piekła rodem. Odwróciłam się i zobaczyłam, jak coś leci prosto na mnie. To trwało ułamek sekundy. Stoję na krześle, coś mnie muska po twarzy... łopocze... staję na parapecie, coś ponownie mnie atakuje... skaczę... ląduję w krzakach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki