Warmiński ogród wspomnień - Małgorzata Mikos - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Warmiński ogród wspomnień ebook i audiobook

Małgorzata Mikos

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Czasem trzeba wyruszyć w daleką podróż, by odkryć, że najpiękniejsze jest to, co mieliśmy zawsze na wyciągnięcie ręki...

Wiele lat temu Lena postanowiła opuścić rodzinne strony i poszukać szczęścia w Warszawie. Teraz, jako trzydziestoparoletnia kobieta po życiowym kryzysie, wraca do Zaciszan, by uporządkować dom po babce. Tam odnajduje spokój, którego tak bardzo potrzebowała – w sielskich krajobrazach, zapachu ziół i bliskości natury. Jest też i on, Jan, jej dawna miłość. To dzięki niemu odżywają wspomnienia czasów, kiedy dni toczyły się leniwym rytmem, a radość miała smak zerwanych w sadzie wiśni. Czy stojąc na życiowym rozdrożu, Lena zrozumie, że w prostej codzienności kryje się prawdziwa magia? Jaką drogę wskażą jej tajemnice sprzed lat, ukryte w starych listach?

To opowieść o pojednaniu z przeszłością i o tym, że czasem trzeba stracić wszystko, by odnaleźć prawdziwe szczęście. W warmińskim ogrodzie na skraju wsi usłyszycie nie tylko melodię kołysanych letnim wiatrem kwiatów, ale również echa najpiękniejszych wspomnień, dzięki którym w naszych sercach może zagościć miłość…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 286

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 12 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Monika ChrzanowskaChrzanowska Monika

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja

Anna Seweryn

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Slotorsz

Ilustracje na okładce

© Andrews, Anna Repp | stock.adobe.com

Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.

Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.

Wydanie I, Katowice 2026

tekst © Małgorzata Mikos, 2025

© Wydawnictwo Dobre Strony, Katowice

ISBN 978-83-68689-29-7

Wydawnictwo Dobre Strony

ul. Uniwersytecka 13

40-007 Katowice

[email protected]

+48 884 666 213

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dla tych, którzy wybierają polne ścieżki zamiast miejskich dróg i wierzą, że natura potrafi uleczyć każde serce.

Rozdział 1

Lena od kilku godzin leżała na kanapie w salonie przyjaciółki, wpatrując się w sufit, jakby tam miała znaleźć odpowiedź na pytania, które bała się głośno zadać. Myśli krążyły chaotycznie, splatając się w niekończący się węzeł z wydarzeń, jakie miały miejsce w minionych tygodniach. Najpierw rozpad związku i pierwsze pęknięcie w jej codzienności. Potem utrata posady, której poświęciła ostatnie lata. A teraz tymczasowe życie na walizkach, w obcym mieszkaniu, które nie pachniało jej historią.

Z westchnieniem podniosła się z sofy i powoli podeszła do otwartego na oścież okna. Było późne popołudnie, a wielkie miasto tętniło swoim własnym, nieustępliwym rytmem. Z ulic dobiegał gwar, w którym mieszały się klaksony, rozmowy i odległy szum tramwaju. Powietrze było ciężkie, gęste nie tylko od spalin i pyłu, ale i od upału, który przywarł do murów i chodników jak lepki osad. Na horyzoncie piętrzyły się chmury w kolorze ciemnego granatu, zwiastując burzę.

Warszawa miała być dla niej rajem. Miejscem, w którym wreszcie zacznie jej się układać, a ona udowodni światu, w tym sobie, że miała rację, stawiając wszystko na jedną kartę. Miała osiągnąć tak wiele, a zamiast tego codziennie coś traciła. Odrobinę siły, odrobinę wiary, kilka cennych sekund ze swojego życia, kawałek samej siebie. Stolica okazała się grą o wysoką stawkę, wymagającą wyrzeczeń, w której nagrodą były rachunki, parę marnych groszy i samotność, a ceną dni w ciągłym napięciu i strachu, że kolejny krok okaże się błędem.

Zrozumiała dopiero teraz, że biegła zbyt długo w tym kołowrotku. Świat coraz bardziej przyśpieszał, a jej oddech stawał się coraz płytszy. Może powinna zrezygnować z takiego życia wcześniej? Może poddanie się nie byłoby porażką, a ocaleniem, którego tak bardzo potrzebowała, choć bała się do tego przyznać?

Myślami wróciła do pierwszych dni po przyjeździe. Miała kilka banknotów w kieszeni i wiarę, że wystarczy jej determinacji, by coś osiągnąć i znaleźć własne miejsce na ziemi. Zatrzymała się u Dominiki – starszej o dwa lata serdecznej dziewczyny, której ciotka znała matkę Leny jeszcze z młodzieńczych czasów. To ona dała jej dach nad głową i pierwsze wskazówki, jak się poruszać w tym mieście, które potrafiło pożreć człowieka w całości.

Lena szybko złożyła papiery na studia, które wydawały się ciekawe i przyszłościowe. Równocześnie znalazła pracę, wymagającą i źle płatną, ale pozwalającą przeżyć. Wkrótce przyszły pierwsze sukcesy i pierwsze porażki, krótkie znajomości, z których większość kończyła się szybciej, niż się zaczęła. Po dyplomie rozpoczęła trudną walkę o posadę w zawodzie. Tygodnie stresu i bezsenności przyniosły wreszcie efekt – zdobyła stanowisko w dużej firmie PR.

Tam też pojawiła się miłość. Może nie była gwałtowna ani wielka, ale dawała iluzję, że samotność to tylko słowo, nie odczucie. Kolejna przeprowadzka, do jeszcze mniejszego mieszkania po drugiej stronie miasta, wydawała się początkiem czegoś trwałego. Miał być „tym jedynym”. Nie był. I kiedy ich drogi się rozeszły, po tym związku pozostała pustka.

Każdy dzień w Warszawie wymagał od niej zaciśniętych zębów i stalowych nerwów. Walczyła o wyniki w pracy, o zachowanie pozorów, o to, by nie zawieść oczekiwań – cudzych i własnych. Żyła bez planów, z poczuciem winy, że coś jest nie tak, choć nie potrafiła tego zmienić. Nocami budziła się z przyspieszonym oddechem, czując, że niewidzialna dłoń zaciska się na jej gardle. A rano znów wychodziła do pracy, mijając własne demony na ulicach, w tramwajach, w biurze.

Teraz, stojąc w oknie, patrzyła na ciemne chmury zbierające się nad horyzontem. Powietrze poruszyło się lekko, chłodząc jej rozgrzaną skórę. Pierwsze krople deszczu uderzyły o parapet, a w oddali cicho zagrzmiało. Dźwięk przypominał przywitanie. I obietnicę nadchodzących zmian.

Nagle jej myśli zaczęły zataczać coraz szersze kręgi wokół wszystkiego, co przez minione lata utraciła bezpowrotnie, żyjąc w tym bezosobowym mieście, gdzie chaos był jedyną stałą. Pomyślała o mamie i babci, o domu, prawdziwym domu, w którym czas płynął inaczej, wolniej. O kuchni pachnącej świeżym chlebem i suszonymi ziołami, o podwórzu, gdzie rosły dziesiątki kwiatów, a zachodzące słońce barwiło okolicę złotym blaskiem. O łąkach ciągnących się aż po horyzont, o lasach, w których szumiały opowieści starsze od niej samej. O nocnym niebie pełnym gwiazd i o porankach, gdy powietrze było tak rześkie, że mogło obudzić nawet największego śpiocha. O świerszczach w wysokich trawach, motylach trzepoczących skrzydłami nad grządkami, pszczołach poszukujących pyłku w kwiatach, o jabłkach zrywanych prosto z drzewa i marchewkach wyciąganych z ziemi, jeszcze mokrych od rosy. O wolności, którą tam oddychała, a którą tutaj zgubiła, powoli przystosowując się do życia w ciągłym pędzie i pod nieustanną presją.

Bez ostrzeżenia niebo przecięła błyskawica. Sekundę później miasto zadrżało od głośnego grzmotu, bliższego, niż się spodziewała.

Przymknęła powieki i wciągnęła powietrze głęboko w płuca. Było duszne, ciężkie, naznaczone zapachem spalin i nagrzanego betonu, z dziwnym posmakiem pozostającym na języku, do którego sądziła, że się przyzwyczai, a jednak tak się nie stało. Znów ogarnęło ją to dobrze znane uczucie. To, gdy odnosiła wrażenie, że tkwi w przejrzystej, szczelnej bańce, w której nie ma miejsca na prawdziwe życie. Tu nie było gwiazd, tylko migoczące neony. Zamiast śpiewu ptaków był warkot silników. Zamiast dzikich ścieżek były chodniki i drogi, przecinające miasto wzdłuż i wszerz. Pszczoły i motyle pojawiały się tu jak zagubieni wędrowcy. Wpadały na chwilę, a jeśli przetrwały, uciekały w panice tam, gdzie było więcej zieleni niż kamienia. To był wielkomiejski świat w pigułce. Efektowny, ale nijaki.

Zamknęła okno. Szyba odcięła ją od odgłosów ulicy, ale nie od poczucia osaczenia. Z obojętnością wróciła na kanapę, tę samą, na której spędziła pierwsze miesiące po przyjeździe do Warszawy, próbując uwierzyć, że znalazła się tu z własnego wyboru. Teraz nie miała pojęcia, co zrobić dalej. Plan awaryjny nigdy nie istniał, bo przecież wszystko miało się udać. Nie miała swojego miejsca – ani tutaj, ani tam, na Warmii. Już nie…

Sięgnęła po kubek z kawą. Była zimna, gorzka i miała lekko stęchły posmak, ale przełknęła łyk, jakby chciała udowodnić, że potrafi znosić rzeczy, które jej nie smakują. Na ekranie laptopa w jednym oknie widniały oferty pracy, w drugim – mail z byłej firmy. Bezosobowe podziękowania za współpracę, życzenia powodzenia w dalszym życiu. Ironia zawarta w tych kilku zdaniach bolała bardziej, niż była gotowa to przyznać.

Spojrzała na torbę podróżną stojącą w rogu. Na wierzchu leżał jej dwuczęściowy kostium. Ten sam, w którym jeszcze wczoraj próbowała udawać, że wszystko jest w porządku. Oficjalnie zwolniono ją z powodu redukcji etatów. Ona jednak wiedziała, że powód był zupełnie inny. Od miesięcy nie dawała z siebie tego, czego od niej oczekiwano. Brakowało jej energii, unikała kolegów, przestała zaskakiwać błyskotliwymi pomysłami, coraz trudniej przychodziło jej sprzedawanie produktów, które wymagały zręcznych kłamstw. Z czasem doprowadziła tę sztukę do perfekcji. Przez lata okłamywała innych i siebie. Żyła z dnia na dzień, zaciskając zęby i wykonując swoje obowiązki jak automat.

Tak samo było z jej związkiem. Od początku była to gra, a nie miłość. Nieudana próba ucieczki przed samotnością. Kilka uprzejmych słów rano i wieczorem, parę chwil bliskości, która bardziej przypominała transakcję niż czułość. Od dawna nie byli kochankami. Byli dwiema osobami, które dzieliły przestrzeń i rachunki, a przy okazji łóżko. Nic więcej i aż tyle.

Wyprowadzka zajęła jej kwadrans. Jedna torba podróżna, dwa czarne worki i karton po owocach, który znalazła przed pobliskim sklepem. Spakowała wszystko bez wahania. W mieszkaniu nie było niczego, co mogłoby ją zatrzymać choćby na minutę dłużej. Kiedy zamknęła za sobą drzwi, poczuła ulgę. I tego uczucia nie żałowała nigdy.

Momentalnie w mieszkaniu przyjaciółki zapadł półmrok. Za oknami niebo ściemniało, jakby ktoś rozlał po nim atrament. Powietrze zrobiło się jeszcze cięższe. Chwilę później błyskawica rozdarła mrok, odsłaniając na ułamek sekundy zalaną deszczem ulicę, i huknęło tak potężnie, że szyby zadrżały. Krople spadały już nie pojedynczo, a w strugach, bębniąc o parapet i dachy pobliskich budynków.

– Natura się gniewa… – wyszeptała Lena, patrząc, jak kolejne błyski przecinają niebo.

Te słowa otworzyły w jej pamięci drzwi, które przez lata próbowała zamknąć. Wracały do niej wspomnienia rodzinnych stron i babci Anieli. Kobiety, która ją wychowała, trzymała w ryzach, a jednocześnie dawała jej przestrzeń, by mogła poznawać świat i być sobą. Kobiety, która uczyła ją prawdziwego życia. Życia, którego w mieście się nie poznaje. Życia, w którym dzień zaczyna się od spojrzenia w dal na pola i lasy, nie na beton i szkło.

Przypomniała sobie wszystkie te razy, kiedy obiecywała: „Wkrótce przyjadę. Zostanę na kilka dni”. A potem zawsze znajdowało się coś pilniejszego. Praca, spotkanie, jakieś zobowiązania, które wydawały się ważne, dopóki nie zrozumiała, ile naprawdę ją kosztowały. Aż przyszedł ten dzień, gdy było już za późno.

Poczuła ukłucie w sercu na wspomnienie tamtego popołudnia, gdy odebrała telefon od pani Janinki, dobrej znajomej babci. Jej głos drżał, a każde wypowiedziane przez starszą kobietę słowo zadawało Lenie ból. „Odeszła” – to słowo było jak nóż wbity w pierś. W kadrach odmówiono jej dnia wolnego. Mieli ważny projekt „na wczoraj”, którym ktoś musiał się zająć. W tym mieście, jeśli coś jest „na wczoraj”, to nawet śmierć najbliższej osoby nie może być wymówką. Pamiętała dobrze, jak tłumiła łzy, oddzwaniając później do pani Janinki, aby powiedzieć, że nie da rady przyjechać na pogrzeb. To, jak przez resztę dnia udawała w pracy, że jest w stanie skupić się na przydzielonym zadaniu. Wtedy udowodniła sobie, że jest doskonałym kłamcą, a umiejętność ukrywania własnych emocji, zanim zdążą nad człowiekiem zapanować lub wypłynąć na powierzchnię, opanowała do perfekcji.

Potem były już tylko wymówki. „Przyjadę, gdy tylko będę mogła”. „Jeszcze nie teraz”. Dni zamieniały się w tygodnie, tygodnie w miesiące. Minęło prawie pół roku, a ona wciąż nie stanęła nad grobem. Nie weszła do domu, który nadal nosił ślady babcinej obecności. Nie pożegnała się.

– Dom… – wyszeptała z tęsknotą, tak cicho, że jej własny głos zabrzmiał obco.

Wiedziała, że musi tam pojechać. Uprzątnąć wszystko. Przygotować do sprzedaży. Może jednak zaczekać jeszcze trochę? Ta myśl, choć ledwo zarysowana, coś w niej poruszyła. Lena zapadła się głębiej w oparcie kanapy, tej samej, na której spała od kilku nocy. Teraz miała czas. Nim znajdzie nową pracę. Nim wciągnie ją kolejny mechanizm, który zmieli każdy odruch serca.

I wtedy, bez zapowiedzi, fala wspomnień runęła na nią jak ta ulewa na miasto za oknem. W oczach zaszkliły się łzy, piekące, gorące, od dawna powstrzymywane. Zobaczyła babcię Anielę. Jej twarz pooraną zmarszczkami, w których kryła się historia całego życia. Oczy, w których mieszkała bezwarunkowa miłość, i dłonie – spracowane, ale zawsze ciepłe. Zawsze chętne do uścisku czy pomocy. Usłyszała jej nucenie, tę cichą melodię, którą powtarzała przy codziennych pracach, jakby była modlitwą. Poczuła nawet zapach jej skóry, mieszankę mydła, mąki i polnych ziół. Siwe włosy, splecione w warkocz. Taki sam, jaki kiedyś robiła Lenie, wsuwając w niego kwiaty. Bo babcia Aniela kochała naturę tak, jak inni kochają ludzi. Ale ludzi też kochała, zwłaszcza swoją córkę i wnuczkę. Dla nich mogła zrobić wszystko.

Przypomniała sobie twarz matki, jej spokojny ton głosu i troskliwe dłonie. I jego twarz…

– Wszystko w porządku?

Lena wzdrygnęła się na dźwięk głosu Dominiki. Nie usłyszała, kiedy przyjaciółka wróciła do mieszkania. Nie zauważyła nawet, że burza ucichła, a zza ciężkich chmur zaczęły się nieśmiało przebijać promienie słońca. Świat za oknem powoli wracał do normy, ale w jej wnętrzu wciąż szalał sztorm.

– Przepraszam. – Dominika oparła się o framugę drzwi, obserwując ją z troską. – Nie chciałam cię przestraszyć.

– Przestań, nic się nie stało. – Lena spróbowała się uśmiechnąć, choć wyszedł jej tylko blady grymas. – Zwyczajnie się zamyśliłam. Nic takiego. – Wyprostowała się i odruchowo potarła policzki, jakby chciała ukryć ślady łez, choć w tej chwili były suche. – Pomyślałam… Mam trochę wolnego czasu, więc pomyślałam, że może to jest ten moment. Muszę w końcu pojechać do domu. Ale nie wiem, czy dam radę… – Jej głos załamał się niepostrzeżenie. – Tyle razy obiecywałam babci, że przyjadę. Zwłaszcza po śmierci mamy. A teraz i jej już nie ma… – szepnęła, czując, że pieczenie oczu zapowiada kolejną falę łez.

Dominika podeszła bliżej i usiadła obok niej na kanapie. Bez słów objęła przyjaciółkę, przyciągając ją do siebie w mocnym, uspokajającym uścisku.

– Boję się, że nie dam rady spojrzeć na jej grób – wyszeptała Lena. – Że nie będę w stanie przekroczyć progu domu, w którym wszystko będzie ją przypominać. A jej już tam nie będzie. Nigdy…

– Dasz radę – odpowiedziała cicho Dominika, gładząc przyjaciółkę po ramieniu. – Przecież to twój dom.

– Pojadę tam na kilka dni, może tydzień – oznajmiła, jakby wypowiadając te słowa na głos, próbowała dodać sobie odwagi. – Pożegnam się. Uprzątnę wszystko, zabiorę kilka rzeczy, przygotuję dom na sprzedaż.

– Chcesz go sprzedać? – W głosie Dominiki zabrzmiało szczere zdziwienie.

– Nie mam innego wyjścia. – Lena wbiła wzrok w swoje dłonie. – Muszę znaleźć jakiś własny kąt, ale tam nie wrócę. Nie mogę. Tam już nie ma dla mnie miejsca.

– Wiem, ale…

– To jedyne rozwiązanie – przerwała jej łagodnie. – Za pieniądze ze sprzedaży będę mogła zacząć od nowa. A tymczasem powoli będę szukać jakiejś pracy. Może nawet dorywczej. – Ruchem głowy wskazała na ekran laptopa, gdzie wciąż widniała niezamknięta wiadomość firmowa. – Rozesłałam już CV w kilka miejsc. Jeśli w Warszawie nic się nie trafi, z pewnością znajdę coś gdzie indziej. Muszę na nowo ułożyć sobie życie. A do tego czasu będę spać na tej kanapie i dokładać się do wydatków. Oczywiście jeśli nie masz mnie już dosyć…

– Lena… – Dominika uśmiechnęła się ciepło, ściskając jej dłoń. – Przecież wiesz, że możesz zostać tak długo, jak chcesz. Głupio mi tylko, że mam ci do zaoferowania jedynie tę kanapę.

– Jest zaskakująco wygodna – rzuciła z lekkim uśmiechem, próbując rozładować napięcie. Po chwili jednak objęła mocno Dominikę. – Dziękuję. Za to, że jesteś. Za opiekę. Za wszystko.

– Od tego są przyjaciele – odpowiedziała, odwzajemniając uścisk. – I pamiętaj… wszystko się ułoży. Zobaczysz.

Lena chciała w to uwierzyć. Chciała podzielać ten optymizm, który pozwala sądzić, że życie ma w sobie coś więcej niż pasmo drobnych zwycięstw przerywanych dotkliwymi porażkami. Jednak w tej chwili wciąż czuła, że przez lata zbyt często wybierała kręte ścieżki, wiele razy skręcała w ślepe zaułki. A teraz stała w tym życiowym labiryncie, nie wiedząc, czy kiedykolwiek znajdzie drogę wyjścia.