Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Dwadzieścia lat temu siostry Malina i Jagoda zakochały się w tym samym mężczyźnie. Fabian zdeptał miłość do Jagody i ożenił się z Maliną. Siostrzane uczucia kobiet zamieniły się w długoletnią niechęć. Mimo upływu lat zranione dusze wciąż nie potrafią się zabliźnić.
Jagoda po nieudanym małżeństwie wraca w rodzinne strony. W chacie pod starym świerkiem - rodzinnym domu sióstr próbuje stworzyć przygarniętemu dziecku bezpieczny dom. Jednak przeszłość nie pozwala o sobie zapomnieć. Fabian coraz częściej pojawia się w jej życiu - pragnie odzyskać utraconą godność, a może... coś znacznie więcej?
Malina spełnia się w roli matki, ale w nadmiarze obowiązków i szarej codzienności zapomina o sobie. Cieszy się z powrotu siostry, ale nie potrafi poradzić sobie z zazdrością, zwłaszcza gdy okazuje się, że Fabian jest jedynie pozłacaną, a nie złotą rybką. W chwili, gdy najbardziej potrzebuje wsparcia, zostaje sama - z winą, której przez lata nie potrafiła unieść.
Gdy los ponownie rzuci siostry w sam środek dramatycznych wydarzeń, obie przekonają się, że największe burze nadchodzą wtedy, gdy wydaje nam się, że wszystko wreszcie zaczyna się układać.
Dziś obie boją się wszystkiego: zazdrości, żalu i tajemnic, które mogą zniszczyć ich rodziny.
Czy siostry odnajdą drogę do siebie, zanim przeszłość znów rozdzieli je na zawsze?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 300
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wspaniałej społeczności z Zespołu Ludowego Sasanki w Suchaczu, z podziękowaniem za Waszą serdeczność i wsparcie, a także za cudne kreacje podczas moich książkowych premier.
Świst wiatru wybudził Jagodę ze snu. Wtulona w kołdrę, przysłuchiwała się cichnącej wichurze i ze smutkiem rozmyślała o rozpadzie swojego małżeństwa. Mąż ją zawiódł, a jego zdrada mocno ugodziła jej kobiecość i zachwiała poczuciem własnej godności. Gdyby to jeszcze było jednorazowe zapomnienie się, może spojrzałaby na to inaczej, ale Artur prowadził podwójne życie, owocem którego była kilkuletnia córka, gdy tymczasem ona dzieci mieć nie mogła. Doznane od męża upokorzenie jeszcze wciąż paliło w sercu. Kobieta stłumiła westchnienie i mocniej zacisnęła powieki.
Jeszcze chwilę nasłuchiwała odgłosów za oknem, ale w końcu sięgnęła po leżącą na taborecie przy łóżku komórkę i zmrużyła oczy przed zbyt jasnym ekranem telefonu. Osłoniła ręką wyświetlacz, by nie zbudzić śpiącego na drugim tapczanie chłopca. Dochodziła szósta. Wczesna pora jak dla kogoś, kto nie ma zaplanowanego rytmu dnia.
Za oknem powoli budził się marcowy świt. Jagoda Kowalik odłożyła telefon i przekręciła się na drugi bok. Sprężyna w wysłużonym materacu jęknęła głucho. Gdzieś pod podłogą skrobnęła spłoszona mysz, chata pod starym świerkiem od lat prosiła się o gruntowny remont. Przez szpary do wewnątrz dostawało się nie tylko zimno, ale i gryzonie szukały tu schronienia.
W pokoju niemal zupełnie się wychłodziło, przeszło jej przez myśl, żeby wstać i dorzucić kilka szczap do znajdującego się na parterze pieca, ale zaniechała tego pomysłu. Wiedziała, że niedługo przyjedzie z Pęklewa szwagier specjalnie po to, by napalić w centralnym ogrzewaniu i wynieść popiół. Była mu wdzięczna za pomoc, ale ze względu na zaprzeszłe młodzieńcze uczucie między nimi, a także by nie drażnić siostry, unikała przebywania z Fabianem sam na sam.
W ciągu całego życia kochałam dwóch mężczyzn. Fabiana, a potem Artura. Obaj mnie zdradzili, zawiedli, okłamali – analizowała niechętnie w ciemności, musiała jeszcze przyznać, że największego zawodu doznała od ukochanej siostry. Przekręciła się na plecy. Sprężyna znów jęknęła przeciągle.
– Już wstajemy, mamusiu? – doleciał do niej chłopięcy szept, a jej na to czułe słowo ciepło rozlało się wokół serca. Piotruś zwracał się tak do niej już niemal trzy miesiące, a ona wciąż tak samo pieściła i celebrowała w głowie ten zwrot.
– Jeszcze nie, śpij, synku – zapewniła stłumionym głosem i bojąc się rozbudzić go na dobre, ostrożnie wysunęła nogi spod kołdry.
Zimno oblepiło ją swoimi mackami tak przenikliwie, że nie ściągając piżamy, po omacku włożyła na siebie dość grube dresowe spodnie, bluzę, wełniane skarpety i wyszła z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi. Drewniane deski trzeszczały przy każdym kroku, gdy szła długim, wąskim korytarzem do łazienki. Myjąc zęby, przyglądała się zmatowiałej ze starości terakocie i łuszczącej się nad wanną farbie. Oby do wiosny – pomyślała. Gdy tylko sprzedam dom w Skarżysku, wyremontuję naszą starą chatę.
Rozczesała długie, kasztanowe włosy i związała je tuż nad karkiem w koński ogon. Narzuciła na ramiona kożuch świętej pamięci ojca, trzewiki nałożyła dopiero na werandzie i zbiegła schodami do wyjścia.
Miała chęć zajść do znajdującej się na parterze kuchni i w wielkim kubku zaparzyć kawę, jak to czyniła prawie każdego ranka, i z gorącym napojem powitać nad Zalewem nowy dzień, ale zauważyła odbijające się w szybie reflektory samochodu. Zapewne Fabian, zdając sobie sprawę, że w nocy temperatura mocno spadła, szybciej przyjechał poratować ich w kłopocie. Przekręciła klucz i nim auto zatrzymało się przy przerdzewiałej bramie, wyszła z domu i udała się na wysunięty w wody Zalewu Wiślanego niewielki cypel.
Odkąd zamieszkała w Suchaczu, na nowo odkryła wschody i zachody słońca, rześkie powietrze muskające jej twarz lodowatymi igiełkami, słone od lekkiej bryzy wargi, niespieszne samotne poranki nad wodą, skrzek rybitw i plusk fal uderzających o falochron. Lubiła patrzeć na oddalony za horyzontem zarys Mierzei Wiślanej i wypatrywać zielonego światła latarni morskiej.
Starała się nie myśleć o wciąż bolącej przeszłości, o zdradzie męża, którego miała za przyjaciela, o utracie dobrego, spokojnego, bezpiecznego życia, jakie wiodła w Skarżysku-Kamiennej. Artura poznała tuż po rozstaniu z Fabianem, gdy dostała się na wymarzone studia medyczne. Znajomi mówili im, że są parą idealną, i jej się również zdawało, że tak właśnie było. Niestety, jak się okazało, on prowadził życie na dwa domy.
Przede mną rozwód, podział majątku – westchnęła i wzdrygnęła się, próbując odpędzić przykre rozważania.
Nad wodą unosiła się mgła, w magii wczesnego poranka Jagoda, kuląc głowę w kołnierz, nasłuchiwała pomruków cichnącego wiatru. Nie usłyszała zbliżających się kroków, dopiero gdy szwagier stanął tuż za jej plecami, zaskoczona odwróciła głowę.
Fabian spoglądał na nią niepewnie, nie wiedząc, jak zareaguje na jego towarzystwo. Ubrany w dżinsy i brązowy, krótki kożuch z futrzanym kołnierzem, spod którego wystawał granatowy golf, wydawał się czymś podekscytowany. Oczy mu błyszczały, a w kącikach ust błąkał się uśmiech.
– Przestraszyłeś mnie – upomniała go, niechętna jego towarzystwu.
– Nie bój się, to tylko ja. Zrobiłem sobie kawę, a przy okazji i tobie… – Wyciągnął rękę z parującym aromatycznym napojem. – No weź – ponaglił, bo stała z rękoma w kieszeniach. – Nie daj się prosić – przekomarzał się.
Z tym niewinnym uśmieszkiem i wracającą pewnością siebie przypominał jej dawnego Fabiana. Niezauważalnie drgnęły jej kąciki ust.
– Skąd wiedziałeś, że mam ochotę na kawę? – spytała, chwytając w zmarznięte dłonie gorący kubek. Miłe ciepło nie od razu ogrzało jej ciało, ale przynajmniej przestały nią szarpać dreszcze.
– Okno kotłowni wychodzi na tę stronę, siłą rzeczy widzę, jak co rano przychodzisz w to miejsce z wielgachnym kubkiem kawy. Dziś przyszłaś z rękoma w kieszeniach, więc pomyślałem… Jagoda… jak tak patrzę na ciebie każdego ranka, przypomina mi się czas, gdy przychodziliśmy tu razem, pamiętasz? Byliśmy tacy szczęśliwi, rwaliśmy życie jak młode szpaki wiśnie… – Głos mu lekko zachrypł, gdy wymawiał ostatnie słowa.
Milczała, a on się zasępił. By zatrzeć niefortunne wrażenie, skrępowany uniósł kubek i upił niewielki łyk. Mimo że bał się kontynuować temat ich wspólnej młodości, narzeczeństwa, wielkich planów, bo zawiódł ją i zdradził, nie potrafił się oprzeć tej rozmowie. Od czasu, gdy Jagoda znów zamieszkała w Suchaczu, biczował się w duchu wspomnieniami, wróciły wyrzuty sumienia i żal do siebie, do losu, do własnej żony, że go wtedy podstępnie uwiodła. Nabrał pewności, że gdyby związał się z Jagodą, a nie z Maliną, jego życie wyglądałoby zupełnie inaczej.
– Dziękuję za kawę, miły gest, szczególnie że rzeczywiście trochę zmarzłam. – W głosie Jagody dało się słyszeć wahanie. Nie bardzo miała ochotę na pogawędkę sam na sam z dawnym narzeczonym, mężem jej młodszej siostry, ale nie wypadało przecież uciekać. Była wdzięczna Fabianowi za to, że po śmierci rodziców przyjeżdżał tu codziennie, zimą palił w piecu i jako tako dbał o ten dom. Wiedziała, że w wielu sprawach może na niego liczyć. Zarazem nieco drażnił ją fakt, że szwagier dwa razy dziennie tu przyjeżdżał.
Fabian Drążek odczuł wielką ulgę, że się nie odsunęła, nie odwróciła na pięcie i nie odeszła. Zdał sobie sprawę, że od czasu zerwanych zaręczyn ponad dwadzieścia lat temu nie miał sposobności ani jednego razu rozmawiać z byłą narzeczoną w cztery oczy, w dodatku zahaczając w rozmowie o ich dawne relacje. Kiedyś tak bardzo pragnął jej wytłumaczyć, że nie chciał jej skrzywdzić, że to była głupia jednorazowa wpadka, że ją, Jagodę, kocha nad życie. Nie miał tej możliwości, ale też uznał, że nie ma żadnego usprawiedliwienia na swoją zdradę.
Gdy tuż po zdradzie okazało się, że Malina spodziewa się dziecka, wziął na siebie odpowiedzialność i nie bez żalu szybko się z nią ożenił. Z upływem czasu szara codzienność zatarła tamtą chęć wyjaśnienia i błagania Jagody o wybaczenie. Bo i komu to było potrzebne i po co? Co by to zmieniło? Życie i tak toczyłoby się dalej. Ona zresztą wyjechała na drugi koniec Polski, a jego dopadła proza życia i mierzenie się z wyrzutami sumienia.
Teraz namiastka wielkiego uczucia wróciła, nie przyznawał się do tego nawet przed samym sobą, ale serce szybciej biło mu na myśl, że ona jest w pobliżu. Tylko że na wszystko było już za późno. Stał się spracowanym, zabieganym człowiekiem, steranym przez życie, kłopoty finansowe i rodzinne. Musiało mu wystarczyć, że pojawiała się jedynie w jego snach, choć i to coraz rzadziej.
Pili w milczeniu, jedynie skrzek rybitw przeszywał świt piskliwym jazgotem. Szarość poranka rozpraszała się z minuty na minutę, a on przestraszył się, że za chwilę jego dawna narzeczona odejdzie bez słowa.
– Jeszcze ci nie podziękowałem za wybawienie nas z kłopotów. – Chrząknął, bo głos uwiądł mu w gardle. – Odgoniłaś wilka spod naszych drzwi, a właściwie nie wilka, a bank. – Umilkł, czekając na jej słowa, ale się nie odezwała. Zagryzł usta, a potem wyznał jednym tchem, niczym usprawiedliwiający się z nieprzygotowania do lekcji uczeń: – Niepotrzebnie chciałem wszystko zrobić naraz, remont domu, obory, eh, głupi byłem albo narwany. Chyba pragnąłem udowodnić ojcu i całemu światu, że będę lepiej gospodarował. – Zdobył się na szczerość. – W dodatku ubiegłoroczne plony jasny szlag trafił, wszystko jakby się sprzysięgło, eh, nieważne. W każdym razie jeszcze raz ci dziękuję. – Wyciągnął rękę, by dotknąć jej dłoni, ale Jagoda albo nie dostrzegła tego gestu, albo celowo zapatrzyła się gdzieś przed siebie. Nieśmiało musnął jej ramię. Drgnęła, ale odezwała się dopiero po chwili.
– Nie przesadzaj, nie zrobiłam niczego nadzwyczajnego. Malinie połowa domu po rodzicach się należała, a skoro ja zamierzam tu mieszkać, to przecież normalne, że powinnam siostrę spłacić. – Lekko wzruszyła ramionami.
– Jesteś pewna, że chcesz tu mieszkać? To bardzo stary dom. No i co tu dużo mówić, tutaj u nas straszne zadupie. Oczywiście ma to swoje plusy, ale ty mieszkałaś w wielkim mieście, byłaś szanowanym lekarzem, nie wiem, czy się przyzwyczaisz. Taki przeskok. – Pokiwał głową, a w jego głosie wybrzmiało powątpiewanie.
– Niczego nie jestem bardziej pewna, jak właśnie tej decyzji – odparła, chcąc uciąć pytania o osobiste sprawy. Czuła się nieswojo, rozmawiając z Fabianem o życiowych planach, zwątpieniu, troskach i radościach. Nie miała już do niego żalu o to, co się wydarzyło między nimi przed laty. Czas zrobił swoje, opadły z niej niegdysiejsze emocje, pozostała tylko sztywność i dziwne napięcie, gdy przebywali sami, co na szczęście zdarzało się rzadko.
– Piotruś ma szczęście, że ciebie spotkał – rzucił na wdechu, niemal wstrzymując oddech. Pragnął zmienić temat na taki, który jej sprawi przyjemność. – Będziesz dla niego najlepszą mamą. Już jesteś – przymilał się, szukając dojścia do ich dawnego porozumienia dusz.
– To ja mam szczęście, że to dziecko stanęło na mojej drodze. Jest dla mnie wszystkim – odparła. W jej głosie wybrzmiały zadziwiająca siła i wielka determinacja, a on pomyślał, że Jagoda stoczy o tego niechcianego przez własną matkę chłopca prawdziwy bój, mimo że szansę na jego pełną adopcję ma niewielką.
Zatopiła usta w aromatycznym napoju, upiła niespiesznie kilka łyków i zapatrzyła się w szarą mgłę. Tak, Piotruś był w jej życiu cudem. Pokochała go całym sercem, całą duszą i mogłaby przysiąc, że nawet gdyby miała własne dziecko, nie darzyłaby go takim uczuciem jak Piotrusia. – Uśmiechnęła się do swoich myśli, bo obraz śpiącego słodko ośmiolatka zamajaczył miło pod powiekami.
– Nic się nie zmieniłaś – szepnął Fabian, widząc ten uśmiech. Chciał powiedzieć, że oddałby wszystko, absolutnie wszystko, co ma, byleby tylko móc cofnąć czas. Jednak zachował te myśli dla siebie, bo doskonale zdawał sobie sprawę, że po takiej deklaracji Jagoda z pewnością odsunęłaby się od niego, ale też i od Maliny. Nie chciał psuć dopiero co odnowionych relacji między siostrami. Po prostu lubił patrzeć na dawną narzeczoną, lubił wiedzieć, że jest blisko, że może jej pomóc w drobnych sprawach. To było silniejsze od niego. Nie to, że nie kochał swojej żony, owszem, kochał Malinę na swój sposób. Była dobrą, gospodarną i pracowitą żoną, a także oddaną matką, ale Jagoda pozostała w jego sercu niespełnionym marzeniem, bo przecież wiedział o tym doskonale, że byli sobie pisani. – Zawsze lubiłaś pomagać innym – rzucił, gdy cisza między nimi wydała mu się niezręczna.
Nic nie odrzekła, jakby jego słowa do niej nie dotarły. Widział, jak się ledwo zauważalnie cofnęła, zapewne szukała sposobności, by wrócić do domu. Zakłuła go ta myśl. Odebrał to jak odrzucenie. Żałował, że nie może dotknąć dłoni Jagody i poprosić, by podarowała mu ten jeden poranek, ten krótki moment, kiedy znów stali obok siebie, niewinnie popijając kawę i rozmawiając o błahych i o ważnych sprawach.
Tymczasem ona odwróciła się i już jawnie zrobiła krok w stronę domu.
– Poczekaj, proszę… poczekaj… – powtórzył niemal błagalnie. – Chcę ci jeszcze coś powiedzieć… – Przełknął ślinę i nabrał powietrza w płuca, a potem wypuścił je ze świstem.
– Tak?
Zatrzymała się, ale nie wróciła. Patrzyła na niego wyczekująco, niemal niezauważalnie zmarszczyła brwi, a on gorączkowo szukał tematu, który mógłby z nią poruszyć i na jeszcze jeden moment Jagodę zatrzymać.
– Piec już jest stary, trzeba go pilnie wymienić – bąknął w końcu, nic sensowniejszego nie wymyśliwszy.
– Wiem, to jest pierwsza rzecz, którą zrobię, gdy zacznę remont. Głupio mi, że tak was wykorzystuję. Mam nadzieję wkrótce ruszyć z pracami, ale najpierw powinnam sprzedać dom w Skarżysku.
Usłyszał wyraźną ulgę w jej głosie, zapewne ucieszyła się, że porzucił osobiste tematy.
– Wybrałaś już model pieca? – spytał idiotycznie, przedłużając na siłę to spotkanie.
– Nie mam teraz do tego głowy, no i nie ukrywam, że nie znam się na tym, mam nadzieję, że mi pomożesz. – Uśmiechnęła się rozbrajająco. Wyglądała jak mała, świadoma swojego uroku dziewczynka.
– No pewnie, że tak – oświadczył gorliwie, a potem niespodziewanie nabrał odwagi i poprosił: – Wypij ze mną tę kawę… proszę.
Wahała się, ale w końcu wróciła dwa kroki i stanęła obok. Początkowo się ucieszył, ale gdy pili w zupełnym milczeniu, niezręczność zaczęła mu ciążyć. Szukał pospiesznie tematu, który mógłby Jagodę zainteresować, ale nie znalazł. Poczuł się starym, zmęczonym człowiekiem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że między nim a jego dawną narzeczoną nic się nie wydarzy, nie liczył nawet na to. Sam nie wiedział, czego właściwie oczekiwał, a mimo wszystko, świadomie lub nie, dążył, by być blisko, na wyciągnięcie ręki, gdyby tylko zechciała tę rękę pochwycić. Czuł się przy niej lepszym, wartościowszym człowiekiem. Przyzwyczajony do kobiecej atencji, nawet czasami zbyt wylewnej, mierzył się ze skałą. Z jednej strony podświadomie cieszył się z tego, że w końcu ma przed sobą kogoś, kto się przed nim nie płaszczy, nie ugina, nie zabiega o niego, z drugiej – drażniło go, że zdobycie uwagi Jagody idzie mu niezgrabnie, a właściwie nie idzie mu wcale.
– Dzięki za kawę. Zapowiada się piękny dzień, niech tylko ta mgła się rozproszy i wiatr całkiem ucichnie. Pewnie Piotruś już się obudził, trzymaj się, ja już lecę.
Rzucone od niechcenia słowa wyrwały Fabiana z zamyślenia. Nim zdążył Jagodzie odpowiedzieć, odeszła. Obejrzał się i pomyślał w duchu, że nawet w starym, sfatygowanym futrze swojego ojca wyglądała odświętnie. Obserwował, jak idzie z wysoko uniesioną głową i wyprostowanymi ramionami. Nie zerknęła za siebie, a on podświadomie na to liczył. Wypuścił ze świstem powietrze, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że wstrzymał oddech.
Nie dopiwszy kawy, postawił kubek na falochronie i z rękoma w kieszeniach ruszył w stronę bramy do zaparkowanego w wąskiej uliczce Jeepa. Usiadł za kierownicą, wyciągnął paczkę Marlboro, zaciągnął się kilka razy i dopiero uruchomił silnik. Początkowo przygnębiło go rozczarowanie, że nie udało mu się porozmawiać z Jagodą dłużej, ale po chwili odczuł coś na kształt satysfakcji, że w ogóle zechciała z nim swobodnie rozmawiać. A może specjalnie wychodzi na cypel licząc, że do niej podejdę? – pomyślał zuchwale. Pogwizdując, brawurowo wycofał auto po rozmokłym od niedawnych opadów wąskim gardle Alei Radości, a potem wcisnął pedał gazu i pomknął do Pęklewa.
Jagoda nie od razu weszła na górę. Postała chwilę na werandzie, nasłuchując, czy Fabian odjechał, a gdy umilkł ryk silnika, weszła do pomieszczeń na dole. Odstawiła kubek i rozejrzała się po wnętrzach, chcąc rozplanować pierwsze remontowe prace.
Parter był bardziej nadgryziony zębem czasu niż piętro. W dodatku wszędzie stały przywiezione ze Skarżyska-Kamiennej meble, oklejone szarą taśmą kartony i worki. Tuż przed Bożym Narodzeniem, gdy przyjechała tu z Piotrusiem, rozpakowała tylko najpotrzebniejsze rzeczy, resztę zostawiła na po remoncie.
Chodziła od pokoju do pokoju, wspominała czasy swojego dzieciństwa i planowała przyszłość. Rodzice wynajmowali pokoje uczniom pobliskiej szkoły ogrodniczej w Połoninach, ale kiedy szkołę zamknięto, krótki czas przyjmowali jeszcze letników, a potem zaprzestali wynajmu i tym samym nawet drobnych remontów parteru, bo nie mieli już do tego zdrowia ani motywacji. Ona też jeszcze nie do końca wiedziała, jak zagospodaruje parter budynku, czy urządzi tam swój gabinet lekarski, czy wynajmie letnikom, czy pozostawi niewykorzystany.
Usłyszała nad sobą skrzypnięcie i mimowolnie spojrzała w górę. Pewnie Jadzia już wstała, a może i Piotruś? – zastanawiała się, rozpinając kożuch i kierując się w stronę schodów.
W połowie korytarza doleciał do niej zapach smażonego boczku i jajek. Ucieszyła się, bo stojąc nad brzegiem Zalewu Wiślanego dłużej niż co dzień, zgłodniała. Odwiesiła kożuch, jeszcze na werandzie zdjęła trzewiki i weszła do kuchni.
– Dobrze, że jesteś, bo akurat jajecznica dochodzi. Piotruś też już wstał, myje zęby w łazience – zdawała relację Jadzia, mieszając jajeczną masę na patelni. Babcia Piotrusia mimo uśmiechu i pogodnego tonu wydawała się zamyślona. – Zimno na dworze? – zagadała nieco roztargniona.
– Bardzo zimno, niby idzie na wiosnę, ale nie czuć tego w powietrzu. Lodowaty ziąb i wiatr dokuczają bardzo mocno.
Jagoda nastawiła wodę w czajniku, rozstawiła na stole talerze, kubki i sztućce, wyjęła masło z lodówki i ułożyła w wiklinowym koszyku pokrojone kromki chleba.
– Długo rozmawialiście z Fabianem… – zaczęła ostrożnie kobieta, jakby zawstydzona poruszaną kwestią, nie dokończyła jednak, bo po korytarzu rozniosły się energiczne kroki Piotrusia.
– Dzień dobry, mamusiu. – Ubrany w granatowy golf i dżinsy ośmiolatek wszedł do kuchni i skierował się wprost do Jagody. Schyliła się, by pocałować malca w czubek głowy, i przytuliła jego szczupłe ramiona. – Z babcią już się witaliśmy – świergotał radośnie, wyswobodził się z czułego uścisku i usiadł przy stole.
– Jesteś przygotowany do lekcji? – Jadzia odwróciła się do chłopca, ale nie czekając na odpowiedź, rzuciła: – Jajka gotowe.
– Będę jeszcze czytał, pani nauczycielka przychodzi dzisiaj dopiero o jedenastej – wyjaśnił chłopiec. – Ale tak, babciu, czuję się przygotowany – dodał.
– Szkoda, że nie chodzisz do szkoły tak, jak inne dzieci – rzuciła z westchnieniem starsza pani, ale Jagoda łagodnie ją upomniała.
– Tak trzeba, Jadziu. Piotruś musi całkiem dojść do siebie. Wiem, że blizny na ciele się zagoiły, ale wierz mi, te w duszy, niewidoczne dla oczu, goją się znacznie dłużej.
Lekarka ku lekkiemu zmartwieniu Jadwigi zadbała o to, by chłopiec po przeprowadzce do Suchacza korzystał z indywidualnego toku nauczania, przynajmniej do końca roku szkolnego. Maluch bał się dzieci, bo te jeszcze w Skarżysku niejednokrotnie śmiały się z niego i dokuczały mu, gdy matka lub jej konkubent zbyt mocno go pobili. Mimo że blizny pod oczami i pręga na szyi rzeczywiście się zagoiły, ośmiolatek nadal nosił tylko golfy i często przysłaniał dłonią szyję, a wychodząc na zewnątrz, zawsze zakładał ciemne okulary. Zapewnienia, że nie ma śladu po siniakach, nie przekonywały chłopca. Zaparł się, że do szkoły nie pójdzie, a nawet napomknął, że woli odebrać sobie życie niż znaleźć się wśród rówieśników. Jedynym chłopcem, którego akceptował, był Hubert Drążek.
Sytuacja rodzinna Piotra Bąka wciąż była nieunormowana. Matka chłopca i jej konkubent przebywali w areszcie, a ojciec pozostawał nieznany. Babcia Piotrusia rozpoczęła starania o ustanowienie jej rodziną zastępczą wnuka, ale sprawa wciąż była w toku.
– Jagoda, chyba twój telefon dzwoni. – Jadzia uniosła głowę.
– Kto tak rano do mnie wydzwania? – zdziwiła się Jagoda. Nie zamierzała odbierać, ale telefon nie przestawał tarabanić.
– Już trzeci raz dzisiaj dzwoni, wcześniej dzwonił dwa razy, jak byłaś z panem Drążkiem nad Zalewem – dorzuciła starsza pani z wyraźnym przestrachem w oczach, ale też z lekkim rozczarowaniem, którego lekarka nie dostrzegła.
– Musiało coś się stać. – Zaniepokoiła się Jagoda, przeszła pospiesznie do pokoju i spojrzała na wyświetlacz. Dzwoniła siostra. – Malina? Stało się coś?
– Cześć. Nie, nic się nie stało, tak dzwonię… chciałam zapytać… co tam u was… i… czy… Fabian już wyszedł – wyznała wyraźnie skrępowana.
– Tak, już pojechał, na pewno nic się nie stało?
– Nie, nic się nie stało. – W słuchawce dało się słyszeć westchnienie. Na chwilę zaległa cisza, a potem Malina dopytała zdławionym głosem: – Dawno… od ciebie wyjechał?
– Jakiś czas temu, czy ja wiem, z kilkanaście minut, a dlaczego pytasz? Naprawdę nic się nie stało? – powtórzyła pytanie.
– Nie, nie, nic… tak tylko… – Rozmówczyni chrząknęła i dokończyła radośniejszym głosem: – Dobrze cię słyszeć, siostra. O, właśnie podjeżdża Fabian, to kończę, do potem – rzuciła pospiesznie i się rozłączyła.
Jadzia chciała coś powiedzieć, parę razy otworzyła usta, ale najwidoczniej zabrakło jej odwagi. Spojrzała wymownie na Jagodę, ale ta z telefonem w ręku podeszła do okna i oparła czoło o chłodną szybę. Trzeba będzie szybko uporać się ze sprzedażą domu w Skarżysku i w końcu zrobić remont – stwierdziła w duchu lekarka. Dochodziły do niej plotki, że siostra jest potwornie o męża zazdrosna, ale nie przypuszczała, że tak chorobliwie. Bardzo nie chciała zepsuć dopiero co z takim trudem odnowionej siostrzanej relacji. – Tak, dom w Skarżysku trzeba sprzedać natychmiast – szepnęła do siebie.
Tłuszcz z rozgrzanej patelni pryskał na kuchenny blat, a także na hiszpańską terakotę imitującą marmur, ale Malina Drążek zdawała się tego nie zauważać. Nie czuła też gryzącego w oczy dymu ani nie słyszała skwierczenia.
Z drewnianą packą w jednej dłoni i z telefonem w drugiej wpatrywała się we własnego męża, który właśnie wyskoczył z auta. Mrużąc oczy, ściągnęła brwi ku sobie, na czole pogłębiła jej się lwia zmarszczka, a w zewnętrznych kącikach oczu uwidoczniły się kurze łapki. Przyklapnięte ciemne włosy sięgające do połowy szyi byle jak założone za uszy dodawały kobiecie lat. Luźna śliwkowa tunika zamiast maskować nadwagę uwypuklała ją, gumka od czarnych leginsów nieprzyjemnie wpijała się kobiecie w pas.
Śledziła wzrokiem każdy ruch męża. Obserwowała, jak wyciąga z kieszeni kożucha paczkę papierosów i z uśmiechem macha ręką w stronę wychodzącego z obory pomagiera, jak tamten odkłada widły, częstuje się papierosem, a po chwili zatapiają się w rozmowie, co rusz wybuchając głośnym śmiechem.
Nie była to typowa sytuacja, Fabian przez ostatnie lata chodził skwaszony, zgryźliwy, nadąsany i wybuchał gniewem z byle powodu, rzadko kiedy się w ogóle uśmiechał. Wprawdzie sytuacja w styczniu zmieniła się na lepsze po spłaceniu długów, ale kobieta zastanawiała się, czy na zmianę mężowskiego usposobienia nie wpłynął powrót w rodzinne strony Jagody. Czyżby to ona była przyczyną jego szampańskiego humoru?
Malina odłożyła telefon, ale wciąż intensywnie wpatrywała się w to, co dzieje się za oknem. Zastanawiała się, co takiego wydarzyło się dzisiejszego ranka w Suchaczu, że mąż wrócił w tak doskonałym humorze, i dlaczego do starego pieca i wynoszenia popiołu założył nowy kożuch i kaszmirowy golf, który wkładał tylko do kościoła lub na inne specjalne okazje.
– Dasz w końcu te naleśniki czy będziesz śledzić każdy ruch własnego chłopa? Chałupa się dymi, placek skwierczy, tłuszcz pryska, a ty się zachowujesz jak podlotek na wydaniu – zrzędził siedzący przy kuchennym stole teść. Obserwował synową spod zsuniętych na czubek nosa okularów i złościł się na nią, że nie ma za grosz kobiecego sprytu, by własnego męża trzymać krótko. Często drażnił się z Maliną, przygadywał, drwił, ale w gruncie rzeczy lubił ją, cenił też jej gospodarność i smaczną kuchnię, a także miłość do dzieci. Żal mu jej było, szczególnie przez ostatnie miesiące, gdy Fabian odnosił się do niej z nieukrywaną niechęcią. – Dajże w końcu jeść, a tego ostatniego naleśnika, spalonego jak podeszwa, to nawet świnie nie zjedzą – oświadczył zgryźliwie. – Jak tak dalej będziesz oczy wypatrywać za własnym chłopem, to tylko patrzeć, jak się za jakąś babą zacznie oglądać i cię zdradzać.
– Po co ojciec to mówi? Jeśli tylko po to, by zrobić mi na złość, to się tacie udało. – Broda jej zadrgała, ale zwarła szczękę, żeby się nie rozpłakać. Powstrzymywała się, by teściowi nie odpyskować. Była mu bezgranicznie wdzięczna za to, że dał pieniądze na wesele najstarszego wnuka i tym samym wybawił ich z kłopotu, jednak jego codzienne przygaduszki niekiedy ją rozsierdzały.
– No dajże w końcu te placki, bo sobie oczy wypatrzysz i z zezem skończysz – stwierdził ze spokojem starszy pan.
Malina wyrzuciła przypalony placek, odwróciła się na pięcie i bez słowa zaczęła smarować mięsnym farszem ułożone w stos naleśniki, ponownie rozgrzała tłuszcz na patelni, zrumieniła cebulę i dopiero polane tłuszczem nałożyła teściowi na talerz.
W wiatrołapie trzasnęły drzwi i do kuchni, pogwizdując wesoło, wszedł Fabian Drążek. Pachniał wiatrem, tytoniem, ale też dobrą wodą po goleniu.
– Ależ w tej kuchni smakowite zapachy. – Zatarł zmarznięte ręce, ściągnął wierzchnie okrycie, rzucił byle jak na krzesło obok i usiadł przy stole naprzeciwko ojca. – Następna patelnia dla mnie – zawołał w stronę żony. – Hubert już wstał? Zdaje się, że ma na dziesiątą?
– Do palenia w piecu ubierasz się w najlepsze ciuchy? – zauważyła kąśliwie, pominąwszy pytanie o syna. – Kożuch za miliony, golf z kaszmiru i zapach Diora. No, no…
– Malina, daj sobie spokój. Ja tobie nie zabraniam się stroić, a nawet chciałbym chociaż od czasu do czasu zobaczyć cię ładnie ubraną, a nie wciąż w domowych, starych wyświechtanych ciuchach – odciął się.
– Mam się ubierać w odświętne kiecki, żeby wam śniadanie pod nos podtykać? A może do sprzątania toalety? Albo do dojenia? – krzyknęła rozdrażniona, ale zaraz pożałowała swojego bezsensownego wybuchu gniewu. Próbując wyrównać wzburzony oddech, odwróciła się od męża tak energicznie, że mało nie upadła na śliskiej od tłuszczu terakocie. Sapiąc, zerwała kilka listków jednorazowego ręcznika, przetarła posadzkę, obmyła ręce i bez słowa wróciła do obsmażania naleśników.
– Znowu krzyki? – mruknął Hubert, który ziewając schodził ze schodów. – U nas tylko krzyki i krzyki. A już przez jakiś czas było względnie spokojnie – wymamrotał pod nosem. – Nie mogę tego słuchać, najchętniej przeprowadziłbym się do cioci Jagody. Ona zawsze jest uśmiechnięta i spokojna.
– Najlepiej wszyscy się przeprowadźcie do Jagody! – warknęła, przekręciła kurek od gazu, by zagasić płomień, i wyszła z kuchni, trzaskając drzwiami.
– O co mamie chodzi? – doleciał do niej pytający lekko nadąsany głos syna, ale wkrótce rozmowę w kuchni zagłuszyły jej własne kroki dudniące na schodach.
Wpadła do sypialni, usiadła na brzegu łóżka i oddychała ciężko, próbując uspokoić skołatane nerwy. Miała cień nadziei, że Fabian pobiegnie za nią, choć właściwie nie było podstaw, by tak sądzić. Owszem ostatnio zachowywał się grzeczniej, mniej się złościł, pogwizdywał od czasu do czasu, a nawet w nocy częściej się do siebie zbliżali. Tylko że w jej głowie zrodziły się podejrzenia: kogo tak naprawdę pożąda? Jej czy Jagody? Była pewna, że Fabian podczas ostatnich upojnych nocy wyobraża sobie dawną narzeczoną, a nie ją. Był czulszy, delikatniejszy, uważny na kobiece potrzeby. Tylko czy aby na pewno na moje? – zastanawiała się zgnębiona. Nie potrafiła znieść tych podejrzeń.
Rozpłakała się z bezsilności, najpierw cicho, a potem głośno jak rozkapryszone dziecko. Płakała dobrych kilka minut, zanim przyszło otrzeźwienie.
– Co ja robię? – powiedziała do siebie na głos. – Odbija mi po prostu. Jestem zazdrosna o Jagodę. Przecież ona nigdy nie spoufali się z Fabianem. Ale co z tego? – dopowiedziała natychmiast. – Przecież on za nią lata. Jaką mam pewność, że w nocy, kochając się ze mną, nie myśli o niej? Skąd mam wiedzieć, czy ta jego wesołość nie jest spowodowana tym, że ona jest blisko?
Zagryzła wargę i zmarszczyła brodę. Targały nią sprzeczne uczucia, radość z powodu nawiązania przyjacielskich relacji z siostrą i obawa, że w jej mężu ożyło dawne uczucie. A może nigdy nie wygasło?
To jest dla mnie kara, mój krzyż, który dźwigam. Dobrze mi tak, to ja zniszczyłam ich miłość, to ja podstępem wmówiłam mu nie jego dziecko. Teraz przyszło mi odpokutować, ale czy nie odpokutowałam tego całym dorosłym życiem? Ciężką harówą na roli, znoszeniem awantur teściowej, codziennych przygaduszek teścia, fochów Fabiana? – pytała samą siebie, mamrocząc po cichu i znów zalewając się łzami.
– Mamo, nie płacz. Przecież nic takiego nie powiedziałem. – Hubert wkradł się niepostrzeżenie do sypialni, usiadł koło niej i spróbował oderwać jej ręce od twarzy. Nawet nie usłyszała, kiedy wszedł.
– Nie płaczę – burknęła, pociągając nosem.
– Mamo, proszę. Już tak było dobrze w naszym domu, nawet uśmiechaliście się do siebie z tatą, i znów awantury. Jesteś zazdrosna, bo powiedziałem, że u cioci Jagody jest spokojnie? – dopytywał zakłopotany.
– Nie jestem o nikogo zazdrosna. Kocham moją siostrę. Po prostu mam zły dzień, sama nie wiem, co we mnie wstąpiło. – Opuściła dłonie. – Przepraszam, że wybuchłam.
Nie chciała, by syn pojechał do szkoły z poczuciem winy czy żalu. Tym bardziej że rzeczywiście nic złego nie powiedział. Nocował często w weekendy w Suchaczu, bo lubił z Piotrkiem pograć w gierki. Jagodę też oczywiście bardzo lubił. Dobrze się tam czuł, a ona cieszyła się, że syn ma dobre towarzystwo.
– Mamo, o co tak naprawdę ty się wciąż ciskasz? Przecież sama lubisz jeździć do cioci Jagody, często wpadasz do niej na ploteczki, na kawę… Ciocia jest bardzo fajna. Wszyscy ją lubimy, to chyba dobrze? – Patrzył na nią ze źle skrywaną pretensją.
– Wiem, synku, jeszcze raz cię przepraszam. – Objęła go ramieniem, a on dał się przytulić, co nie zdarzało mu się zbyt często. – Zjadłeś śniadanie?
– Nie, wszystkie naleśniki zjadł tata, zresztą samemu nie chciało mi się smarować farszem, lubię, jak ty mi zrobisz – przymilał się pojednawczo.
– Dobrze, idź, ja zaraz przyjdę, tylko obmyję twarz w łazience. Ostatnio łapie mnie jakieś przygnębienie, pewnie przez tę wichurę. Kiedyś się mówiło, że jak taki silny wiatr wieje, to się ktoś powiesił. – Rozciągnęła usta w wymuszonym uśmiechu.
– Głupie powiedzonko – rzucił już w progu i zbiegł po schodach.
– I co? Przeszło jej naburmuszenie? – doleciał do niej z dołu głos Fabiana.
– Tak, zaraz zejdzie – odpowiedział Hubert, ale Malina nie słuchała dalszej wymiany zdań między ojcem, synem i teściem.
Wstydziła się swojego wybuchu. Ociężale podniosła się z łóżka i przeszła do znajdującej się tuż obok sypialni obszernej łazienki. Miała zamiar tylko opłukać twarz zimną wodą, ale gdy spojrzała w lustro, posmutniała jeszcze bardziej. Z jej oczu wyzierała rezygnacja, zlepione, niemyte od trzech dni, klapnięte włosy były wypłowiałe i poprzetykane siwizną.
Wzięła szczotkę i spróbowała je jakoś ułożyć, ale niewiele pomogło. Muszę coś ze sobą zrobić, bo inaczej zwariuję – stwierdziła. W końcu byle jak założyła za uszy rozczesane, ale wciąż przyklapnięte pasma, sięgnęła po dezodorant i rozpyliła go na śliwkowej tunice. Skorzystała z toalety, umyła dłonie, zeszła na dół i bez słowa zajęła się podsmażaniem naleśników dla Huberta.
– Chciałem jechać po południu do Elbląga, mam sprawę do załatwienia. – Fabian odchrząknął i zawiesił głos, jakby czekał na reakcję żony, ona jednak milczała. – Może byś pojechała ze mną? – kontynuował po chwili. – Kupiłabyś sobie coś nowego, ładnego… – dorzucił łagodniejszym tonem.
– I gdzie mam w tym chodzić? Do obory? – odburknęła, ale w duchu znów się skarciła, dodała więc spokojniej: – W sumie na ślub Kuby chcę dwie nowe sukienki, ale to jeszcze czas.
– Nie taki znowu czas, bo to już za nieco ponad miesiąc. Pojedź ze mną, Malina, poszalejemy po sklepach. – Mrugnął okiem porozumiewawczo.
– No, no, tylko nie szalejcie za bardzo, bo zaraz w nowe długi popadniecie. – Zygmunt złożył gazetę, którą czytał, i rozparł się na krześle, obrzucając wzrokiem to synową, to syna.
– Długi pospłacane i nie wracajmy do tego. A poza tym nie musisz się wtrącać, mamy forsę na koncie i widoki na przyszłość, przecież nie zawsze się trafia nieurodzajny rok – burknął w stronę ojca i zabębnił palcami po stole. – To co, jedziemy po południu?
– Tato, jak jest kasa, to może byś mi quada kupił? Obiecałeś. – Hubertowi rozbłysły oczy. Spoglądał błagalnie to na ojca, to na matkę.
– Mowy nie ma. Jesteś za młody, same tylko wypadki na tych quadach – stwierdziła kategorycznie Malina.
– Mamo, proszę cię, nie jestem dzieckiem – zaperzył się. – Inni mogą, tylko ja nie mogę mieć. Najpierw nie było kasy, a teraz się okazuje, że nie, bo nie. – Odsunął od siebie ostentacyjnie talerz z niedojedzonym naleśnikiem, wstał od stołu i nadąsany poczłapał do swojego pokoju po szkolny plecak.
– Obiecaliśmy mu tego quada. Wszyscy mają, a przynajmniej ci, co się liczą. Nie chcę, by odstawał od paczki. W końcu po to pracujemy, żeby dzieciaki miały lepiej niż my. – Fabian poklepał się po kieszeniach w poszukiwaniu papierosów, a gdy ich nie znalazł, sięgnął ręką po przewieszony przez poręcz krzesła kożuch. Wyciągnął paczkę i pstrykał przez chwilę zapalniczką. Nie palił w domu, ale wyjść przed końcem rozmowy też nie chciał, choć po jedzeniu poczuł wzmożoną potrzebę zachłyśnięcia się nikotyną.
– Już ty, synu, nie narzekaj, miałeś wszystko, co chciałeś – wtrącił się stary Drążek. – Na nic ci z matką nie żałowaliśmy, więc nie gadaj bzdur, żeś czegoś nie miał. Sąsiedzi wiecznie nam dogadywali, że cię zbytnio rozpieszczamy, i racja w tym ichnim gadaniu była – podsumował.
– Tato, czy ja coś mówię? Przecież nie narzekam. Chcę tylko, żeby mój syn też coś miał z naszej ciężkiej harówki. To co, żoneczko, kupimy mu tego quada? – zapalił się jak mały chłopiec.
Malina nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. Fabian miał w sobie dużo młodzieńczego uroku, teraz też zapewne tego całego quada nie chce tyle dla Huberta, co dla siebie – pomyślała.
– No widzisz, potrafisz być miła. – Wstał i dotknął dłonią ramienia żony. – To możemy zabrać po szkole Huberta i we trójkę jechać na Elbląg poszaleć – stwierdził prosząco.
– Naprawdę? Jupi! Dostanę quada! – Hubert najwidoczniej słyszał wymianę zdań rodziców, bo wparował do kuchni i zaczął skakać jak szalony.
– Nie teraz, jeśli już, to po ślubie Kuby, jeszcze przecież nie wiemy, ile ostatecznie na to wesele wydamy – zaprotestowała matka.
– Ale po weselu kupimy? Mamo, powiedz „tak” – prosił piskliwym, rozentuzjazmowanym głosem, bo już wiedział, że jak ojciec coś postanowi, to matka i tak mu w końcu ulegnie. – Jeszcze dziś powiem chłopakom – ekscytował się.
– No widzisz, kochanie. Nie lepiej to w zgodzie żyć? – Fabian przytulił Malinę, gdy wstała, by pozbierać talerze po śniadaniu. Poczuła męski zapach jego perfum i gładką, świeżo ogoloną twarz. Przymknęła powieki, by nie widzieć nawet w myślach, by nie snuć domysłów, nie kreować w wyobraźni obrazów, jak rano w łazience goli się dla Jagody. On, taki śpioch, nagle zaczął wcześniej wstawać, golić się, perfumować i stroić w najlepsze ciuchy, by ładnie wyglądać przy piecu – kpiła w duchu. Zacisnęła jednak zęby i nie skomentowała cisnących się na usta oskarżeń.
– Nie szalej, puść mnie. – Wywinęła się z jego ramion, gdy próbował okręcić ją niczym w tańcu. – Posprzątam kuchnię i się ogarnę, przecież nie pojadę tak do miasta.
– A zatem jedziemy? – upewnił się.
– Możemy jechać, potem, wracając, razem zajedziemy do Suchacza, od razu nałożysz na noc do pieca, żeby kilka razy nie jeździć.
– Dalej chcesz, by twoja siostra zamieszkała u nas na czas remontu? – Zmrużył oczy i przyjrzał jej się z ciekawością, ale i z rozbawieniem.
– Głupie pytanie, no pewnie, że chcę. – Wzruszyła ramionami. – Po co pytasz? Przecież wiesz, że zaprosiłam Jagodę, by mieszkała tu podczas remontu. Idiota – powiedziała już do siebie, ale Fabian usłyszał obelgę. Puścił ją jednak mimo uszu.
– Tak pytam. Dobra, jadę odwieźć Huberta do szkoły, potem się przebiorę i pójdę do obory, a po obiedzie jedziemy zaszaleć.
Już miała na końcu języka przygadać mu, że skoro do pieca chodzi wystrojony, to dlaczego nie do krów, ale się powstrzymała. Po wyjściu męża i syna wzięła się dziarsko do sprzątania kuchni, a także przygotowywania obiadu. Humor jej się poprawił, nawet zaczęła podśpiewywać do piosenki Zenka Martyniuka, którą ustawiła sobie w komórce.
– Ja wiem, dlaczego chcesz, żeby Jagoda u nas zamieszkała. – Zygmunt zaśmiał się chytrze. – Znam cię chyba jak nikt inny. Wiem, wiem – przekomarzał się.
– Niby dlaczego? – Zjeżyła się jak lwica gotowa do ataku. Była zła na teścia, że prowokuje ją, gdy ona z wielkim trudem się uspokoiła.
– Bo będziesz miała ją na oku, a właściwie ich oboje. Jesteś zazdrosna, bo Fabian jeździ tam do niej codziennie, a ty nie widzisz, co i jak – zadrwił.
Już chciała mu coś ostro odpowiedzieć, ale nagle odkryła, że teść ma całkowitą rację. Kiedy Jagoda z Piotrusiem pomieszkiwali kilka dni u Drążków, ani razu nie odczuła zazdrości, ba, nawet rozmyślała o tym wtedy, że się tego przykrego uczucia permanentnej zazdrości wyzbyła. Jednak kiedy Fabian zaczął dwa, a czasami trzy razy w ciągu doby jeździć do Jagody, cały niepokój podsycany wyobraźnią powrócił ze zdwojoną siłą.
Czy tak już będzie zawsze? – pomyślała i zmarkotniała. Jak mam się nauczyć z tym żyć? Przecież Jagoda przyjechała tu już na zawsze, czy dam radę dźwignąć tę jego fascynację starą miłością? – spytała samą siebie, ale odpowiedzi nie znała.
Redakcja
Agnieszka Czapczyk
Korekta
Dorota Honek-Sac
Skład i łamanie wersji do druku
Łukasz Slotorsz
Projekt graficzny okładki
Anna Slotorsz
Zdjęcie wykorzystane na okładce
© AdobeStock
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Wioletta Piasecka, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 978-83-8430-134-0
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
