Wojna córek. Prequel "Czarnego języka" - Christopher Buehlman - ebook

Wojna córek. Prequel "Czarnego języka" ebook

Buehlman Christopher

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Zobaczyłam swojego pierwszego goblina tego samego dnia, co swój pierwszy wrak okrętu. Pod pełnymi żaglami zmierzałam na wojnę. Płynęłam, by zakochać się w śmierci i w królowej. Płynęłam, by stracić wszystkich swoich przyjaciół i dwóch braci.

Miałam ujrzeć, jak potężne miasto upada pośród krwi i ognia, zdradzone przez fałszywego boga. Później rozkazano mi, abym zginęła na wysokim kamiennym moście, ale nie dałam się nabrać.

Niedobitki pierwszej lanzy Kruczych Rycerzy Jego Królewskiej Wysokości nie zawiodły. To nie jest wesoła opowieść, ale prawdziwa. Nie mam czasu na kłamstwa ani na kłamców.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 448

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: The Dau­gh­ters’ War

Copy­ri­ght © 2024 by Chri­sto­pher Buehl­man Copy­ri­ght for the Polish trans­la­tion © 2026 by Wydaw­nic­two MAG

Redak­cja: Dorota Pacyń­ska Korekta: MAQ PRO­JECTS, Mag­da­lena Gór­nicka Mapy: Tim Paul Ilu­stra­cja na okładce: Marie Ber­ge­ron Opra­co­wa­nie gra­ficzne okładki: Piotr Chy­liń­ski

Numer: wyda­nie II/D0 ISBN 978-83-68591-60-6

Pro­du­cent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Kon­sty­tu­cji 5/10, 00-657 War­szawa www.mag.com.pl han­[email protected]

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91, 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl www.dres­sler.com.pl

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Dla Eli­za­beth, naj­lep­szej chrze­śnicy w histo­rii

Mapa 1

Mapa 2

Księga 1

Espalle

1

Zoba­czy­łam swo­jego pierw­szego goblina tego samego dnia, co swój pierw­szy wrak okrętu.

Pod peł­nymi żaglami zmie­rza­łam na wojnę.

Pły­nę­łam, by zako­chać się w śmierci i w kró­lo­wej.

Pły­nę­łam, by stra­cić wszyst­kich swo­ich przy­ja­ciół i dwóch braci.

Mia­łam ujrzeć, jak potężne mia­sto upada pośród krwi i ognia, zdra­dzone przez fał­szy­wego boga.

Póź­niej roz­ka­zano mi, abym zgi­nęła na wyso­kim kamien­nym moście, ale nie dałam się nabrać.

Nie­do­bitki pierw­szej lanzy Kru­czych Ryce­rzy Jego Kró­lew­skiej Wyso­ko­ści nie zawio­dły.

To nie jest wesoła opo­wieść, ale praw­dziwa.

Nie mam czasu na kłam­stwa ani na kłam­ców.

* * *

Okręt, któ­rym pły­nę­łam, nazy­wał się Szty­let Kró­lo­wej Desz­czu. Był to woj­skowy trans­por­to­wiec wypa­ko­wany mię­sem dla gobli­nów, czyli świe­żymi żoł­nie­rzami, takimi jak ja. Prze­cie­kał i koły­sał się pod­czas sztor­mów, a na pokła­dzie tak śmier­działo, że nie dało się nie marsz­czyć nosa. Pró­bo­wa­łam tego nie robić, ponie­waż wtedy wygląda się wynio­śle, a poza tym koja­rzyło mi się to z pierw­szą żoną mojego ojca, Imeldą, która nie jest moją matką.

Tu roze­grała się bitwa.

Morze było wzbu­rzone i usiane masz­tami, bel­kami oraz płót­nem żaglo­wym. Tu i ówdzie pod falami pło­nęły ogni­ste meduzy, niczym małe słońca w otchłani. Tu i ówdzie uno­siły się ciała męż­czyzn i kobiet, cza­sem całe ich kłę­bo­wi­ska, oraz trupy gobli­nów.

Wszy­scy wcze­śniej widzie­li­śmy mar­twe gobliny. Ich ciała nie gniją, tylko kur­czą się, wysy­chają i tward­nieją. Muchy nie chcą mieć z nimi do czy­nie­nia i tylko naj­bar­dziej wygłod­niałe ptaki decy­dują się je dzio­bać. Rekiny oczy­wi­ście je zja­dają, ale one pożrą nawet drew­niane wio­sło, widzia­łam to na wła­sne oczy. Jako że ciała gobli­nów nie gniją, każdy, kto mógł, przy­wo­ził je do domu po ostat­nich dwóch woj­nach. Były chęt­nie wysta­wiane jako eks­po­naty w cyr­kach. Wyko­rzy­sty­wa­li­śmy wiele gobli­nich tru­pów pod­czas szko­leń, głów­nie po to, by bojowe kruki znie­na­wi­dziły kąsa­czy.

I nie­na­wi­dzą ich jak cho­lera.

Ale tam­tego dnia po raz pierw­szy widzia­łam żywego goblina.

Trzy­mał się kur­czowo toną­cej wyspy szcząt­ków.

Jedno trzeba gobli­nom przy­znać, są rów­nie brzyd­kie, jak wredne. Wyglą­dają, jakby chciały zjeść mięso z two­ich ud, i rze­czy­wi­ście tak jest. Ludzie nie są tak łatwi do przej­rze­nia – wielu z nas ukrywa okrutną naturę pod maską piękna, bądź też nie­do­sko­na­ło­ści prze­sła­niają innym naszą dobroć.

Gobliny są uczci­wymi zabój­cami.

Są kurew­sko brzyd­kie.

Ten miał jakieś cztery stopy wzro­stu, czyli sporo w ich wypadku. Wyglą­dał na żegla­rza, sądząc po pro­stym juto­wym bez­rę­kaw­niku i spodniach z wełny albo z wło­sów pocho­dzą­cych z ludz­kich farm. Wtedy jesz­cze o nich nie wie­dzia­łam. Twarde ciało goblina było różowo-szare, z tej odle­gło­ści nie widzia­łam jego zębów – cho­ciaż domy­śla­łam się, że są trój­kątne i tak ostre, że można się nimi golić – ani opan­ce­rzo­nego prze­gu­bo­wego języka. Takie języki pozwa­lają im wyda­wać brzę­czące i zgrzy­tliwe dźwięki, które peł­nią rolę spół­gło­sek.

Ten kąsacz został poważ­nie ranny, a jego ręka utknęła mię­dzy dwoma frag­men­tami kadłuba. Nie był też sam. Wraku, który miaż­dżył ramię goblina, trzy­mała się ludzka kobieta. Miała włosy sple­cione w mary­nar­ski war­kocz i skó­rzane spodnie roz­sze­rzane na udach na żeglar­ską modłę. Uka­zała się naszym oczom, kiedy szczątki okrętu powoli się obró­ciły. Ona także odnio­sła rany, jej lniana koszula poczer­wie­niała po jed­nej stro­nie, ale żeglarka nie dbała o to.

Patrzyła na wroga.

– Pomóż­cie jej! – zawo­łała jedna z nas do kapi­tana.

Był to siwo­włosy sześć­dzie­się­cio­la­tek z fajką pełną rychło­li­ścia w ustach i w bez­kształt­nym czer­wo­nym kape­lu­szu na gło­wie. Wyglą­dał jak stary żeglarz z kawału. Kobieta, która do niego krzyk­nęła, przy­po­mi­nała zaś ryce­rza w swo­jej ele­ganc­kiej zbroi, a gdyby stała za bli­sko relingu pod­czas sztormu, skoń­czy­łaby jako piękna ozdoba na dnie morza.

– Skrę­caj­cie, kurwa, i ura­tuj­cie ją! – powtó­rzyła, wska­zu­jąc pal­cem.

Kapi­tan pokrę­cił głową i pyk­nął z fajki, wypusz­cza­jąc z ust dym razem ze sło­wami:

– Nie możemy zwle­kać. Jeśli to nisz­czy­ciel kąsa­czy posłał na dno ten okręt, a sły­sza­łem plotki, że takowy pływa po tych wodach, to my możemy być następni.

Rycerka zro­zu­miała, że kapi­tan ma rację i dała spo­kój, za to trzej łucz­nicy na rufie zaczęli strze­lać do goblina. Pierw­sza salwa nie dosię­gła celu z powodu odle­gło­ści, ruchu trans­por­towca oraz obra­ca­nia się wraku, ale w końcu jedna ze strzał tra­fiła kąsa­cza w bio­dro, a on zachry­piał po swo­jemu. Trudno zapo­mnieć ten dźwięk. Żeglarka pod­peł­zła do goblina. Pra­wie się ześli­zgnęła, ale utrzy­mała rów­no­wagę. Kąsacz pró­bo­wał ją ugryźć, lecz bra­ko­wało mu szyb­ko­ści i siły. Przy­trzy­mała go za szyję, wyrwała mu strzałę z bio­dra i wbiła w oko, a następ­nie dla pew­no­ści nią pokrę­ciła.

Wstrzy­ma­łam oddech.

Widzia­łam prze­moc na placu tre­nin­go­wym – wybite zęby, zakrwa­wione głowy, zła­mane palce. Nie były mi także obce krwawe zwy­czaje wie­śnia­ków – wie­sza­nie świń i jeleni na hakach, zabi­ja­nie cho­rego bydła, chło­sta­nie zło­dziei czy wie­sza­nie kłu­sow­ni­ków i dezer­te­rów. Ale to wbi­cie strzały gobli­nowi w oko i grze­ba­nie w jego mózgu były tak gwał­towne i bru­talne, że ogar­nął mnie lęk.

To nie poje­dy­nek w aka­de­mii ani bok­ser­ski mecz.

Pły­nę­li­śmy na pole bitwy.

Żoł­nie­rze na naszej i sąsied­niej łaj­bie zaczęli wiwa­to­wać. Trans­por­tow­ców było sporo, nie znam dokład­nej liczby, ale mie­li­śmy mało okrę­tów bojo­wych, do tego wyłącz­nie nie­wiel­kie. Stra­ci­li­śmy naszą naj­lep­szą eskortę, kró­lew­ski pan­cer­nik o nazwie Awan­tur­ni­czy Niedź­wiedź, który wpły­nął na gobliń­ską pułapkę i został skie­ro­wany do rege­ne­ra­cji.

Dopiero nasze wiwaty spra­wiły, że żeglarka nas zauwa­żyła. Muszę jej przy­znać, że nie bła­gała o ratu­nek. Poma­chała nam dło­nią ciemną od zie­lon­ka­wej krwi stwora.

Ludzie na pokła­dach ponow­nie zaczęli wiwa­to­wać i wołać „Niech cię bogo­wie bło­go­sła­wią!” albo „Niech cię strzeże Mith­re­nor”. Jeden z mło­dych męż­czyzn na okrę­cie peł­nym kobiet krzyk­nął: „Wyjdź za mnie!”.

– Dobrze! – odkrzyk­nęła sła­bym gło­sem.

Roz­le­gła się trze­cia fala wiwa­tów, jesz­cze potęż­niej­sza, ponie­waż wszy­scy widzie­li­śmy, że to była dzielna i dobra Span­thianka.

A potem nie­wielka wyspa poła­ma­nego drewna i lin jesz­cze raz pod­sko­czyła na falach i zato­nęła, zabie­ra­jąc ze sobą żeglarkę i goblina.

Wiwaty się urwały.

Wszy­scy uci­chli.

I tak zoba­czy­łam śmierć goblina i czło­wieka, jedną zaraz po dru­giej. Wiele razy myśla­łam o tym, jakie to zna­czące.

Nasze gatunki są sobie zaślu­bione w śmierci.

2

Od czasu do czasu pod­czas tej dłu­giej podróży przy­glą­da­łam się twa­rzom na naj­bliż­szym trans­por­towcu, wypa­tru­jąc mojego brata, Amiela, by do niego poma­chać. Doda­wało mi to otu­chy, a myślę, że jemu jesz­cze bar­dziej. Nie był wojow­ni­kiem i ta żegluga do oku­po­wa­nej Gal­lar­dii prze­ra­żała go jesz­cze bar­dziej niż innych nie­do­świad­czo­nych mło­dzień­ców, więź­niów i star­ców, z któ­rymi dzie­lił pokład.

Zoba­czy­łam go wkrótce po zaj­ściu z gobli­nem i kobietą.

Miał na sobie ele­gancki aksa­mitny dublet w szaro-sre­brzy­stym kolo­rze, a przy pasie nosił cere­mo­nialny miecz. Nie prze­szedł woj­sko­wych prób, ale jako syn księ­cia pod­le­gał obo­wiąz­kowi służby. Został więc nad­licz­bo­wym żoł­nie­rzem. Przy­dzie­lono go do cza­row­nika, by wyko­ny­wał wszyst­kie zada­nia, które zleci mu jego tym­cza­sowy pan.

Nie cho­dziło o byle cza­row­nika, który wywo­łuje nie­wiel­kie pożary, tka ilu­zje, warzy miło­sne mik­stury czy two­rzy tatu­aże nie­ko­niecz­nie chro­niące przed pomniej­szymi klą­twami. Fulvir był chyba naj­po­tęż­niej­szym magiem w Zie­miach Korony, a z pew­no­ścią naj­sil­niej­szym z tych, któ­rzy otwar­cie wal­czyli po naszej stro­nie. Gobliny znały go, oba­wiały się i pra­gnęły jego śmierci. Mój bra­ci­szek nie chciał walki, ale rów­nież zmie­rzał na wojnę, co wcale mi się nie podo­bało.

Dokład­niej przyj­rza­łam się Amie­lowi.

Co on ma we wło­sach?

Białe wstążki uro­dzi­nowe!

A więc był czwarty dzień Traw.

– Co za poje­bane osiem­na­ste uro­dziny – mruk­nę­łam.

– Czyje? – spy­tał kapi­tan. – Twoje?

– Na pewno nie twoje – odpar­łam, a on roze­śmiał się sza­leń­czo, jak mieli w zwy­czaju żujący rychło­liść.

Nie mia­łam osiem­na­stu lat.

Wła­śnie skoń­czy­łam dwa­dzie­ścia.

Amiel stał na dzio­bie swo­jego okrętu, Pani Gaju, i pisał coś na tabliczce, którą z tru­dem chro­nił przed roz­bry­zgami wody – ocean wciąż był nie­spo­kojny. Wie­dzia­łam, że wymio­to­wał przez kilka dni po wypły­nię­ciu z Ispan­thii. Mnie rów­nież męczyła cho­roba mor­ska, ale tylko pierw­szego dnia. W takich chwi­lach naj­le­piej być na pokła­dzie. Ale dzi­siaj wyda­wało się, że jest w dobrej for­mie. Mar­twi­łam się o niego, jak mogłoby być ina­czej?

Był moim Chichúnem.

No cóż, naszym.

Wszy­scy nazy­wa­li­śmy go Grosz­kiem, ponie­waż jako jedyne z czwórki dzieci księ­cia Bragi uro­dził się łysy. Pozo­stali z nas przy­szli na świat z rzad­kimi czar­nymi wło­sami, które wkrótce wypa­dły, a następ­nie odro­sły znacz­nie gęst­sze. Chichún był mój. Pamię­tam, jak z tru­dem go nosi­łam, kiedy miał dwa latka, a ja zale­d­wie cztery. Opo­wia­da­łam wszyst­kim, że Chichún to moje dziecko.

Wtedy po raz ostatni pra­gnę­łam być matką.

Amiel nie tylko pisał – wykrzy­ki­wał swój poemat w stronę del­fi­nów, które wyska­ki­wały z wody za stat­kiem. To był dobry tekst, o Mith­re­no­rze, bogu morza. Dłu­gie włosy Amiela powie­wały na wie­trze, dzięki czemu wyglą­dał bar­dzo roman­tycz­nie.

Co za pojeb wymy­ślił, żeby cią­gnąć takiego chłopca na wojnę?

No i dla­czego u boku cza­row­nika?

Wie­dzia­łam, że Fulvir, zwany Fulvi­rem Wią­żą­cym Bły­ska­wice, pomógł stwo­rzyć bojowe kruki, które teraz znaj­do­wały się w ładowni pod moimi nogami. Ze względu na uży­wa­nie cza­rów mie­sza­ją­cych kości nazy­wano go także Fulvi­rem Ojcem Wyna­tu­rzeń. Powia­dano, że jest obłą­kany, ale wszy­scy miesz­kańcy jego ojczy­zny, Mol­ro­vii, spra­wiali wra­że­nie czę­ściowo sza­lo­nych i mówili języ­kiem kłamstw. Dla­czego mój Amiel został przy­dzie­lony do takiego czło­wieka? Mógłby słu­żyć u naszego brata Pola, który był gene­ra­łem. Choć, gdyby dołą­czył do naj­star­szego brata, Migaéda, byłoby gorzej, ponie­waż ten… miał pro­blemy.

Zacią­gnę­łam się do eks­pe­ry­men­tal­nej jed­nostki, żeń­skiej pierw­szej lanzy Kru­czych Ryce­rzy Jego Kró­lew­skiej Wyso­ko­ści. Mia­ły­śmy spraw­dzić, czy nasze ptaki potra­fią zabi­jać gobliny. Cho­ciaż sta­ra­ły­śmy się je wytre­so­wać, na razie zdą­żyły poka­zać, że dosko­nale sobie radzą z zabi­ja­niem nas. Oczy­wi­ście moje ptaki jesz­cze mnie nie zamor­do­wały, ale widzia­łam, jak jeden kruk zabił swoją panią. Trzeba przy­znać, że zadał jej szybką śmierć, ale trudno było na to patrzeć, jeśli ktoś nie znał tajem­nic Panny Mło­dej.

Zauwa­ży­łam, że kilka włócz­ni­czek z Pani Gaju śmieje się nie­przy­chyl­nie, patrząc na Amiela recy­tu­ją­cego poezję. Ruszyły chwiej­nym kro­kiem w stronę dziobu. Wyraź­nie miały złe zamiary, a ja uzna­łam, że kobiety w ich wieku, które jesz­cze nie zostały pod­dane musz­trze, muszą być więź­niar­kami.

Wie­dzia­łam, że gło­śne gwiz­da­nie może być uży­teczne, więc nauczy­łam się tego już jako młoda dziew­czyna. Teraz zagwiz­da­łam i wiele osób na pokła­dzie obej­rzało się na mnie, wli­cza­jąc włócz­niczki. Pod­wi­nę­łam lewy rękaw, żeby poka­zać im tatuaż z mie­czem ople­cio­nym trzema kwia­tami. Zapewne byłam za daleko, żeby mogły poli­czyć kwiaty, ale roz­po­znały ten sym­bol i zro­zu­miały, że szko­li­łam się w sztuce Calar Bajat u arcy­mi­strza szer­mier­czego. Popa­trzy­łam na nie zna­cząco, dając im do zro­zu­mie­nia, że je zapa­mię­tam. Amiel dopiero teraz mnie zoba­czył i mi poma­chał. Opu­ści­łam rękaw i odpo­wie­dzia­łam na pozdro­wie­nie. Następ­nie posłał mi zama­szy­sty poca­łu­nek, który rów­nież odwza­jem­ni­łam, choć bar­dziej dys­kret­nie. Nie prze­pa­dam za wiel­kimi gestami, lubię kon­krety.

Włócz­niczki zna­la­zły sobie lep­szy cel.

Póź­niej pró­bo­wa­łam sobie przy­po­mnieć poemat, który wykrzy­ki­wał w stronę del­fi­nów, ale nie potra­fi­łam.

* * *

– Co to za szcze­niak? – spy­tała Ino­centa.

Będzie­cie czę­sto sły­szeć o Ino­cen­cie, mojej naj­lep­szej przy­ja­ciółce, jeśli nie liczyć rodzeń­stwa. Była niż­sza ode mnie – cho­ciaż wcale nie jestem wysoka – za to krępa, o sil­nych rękach i nogach. Ludziom naj­bar­dziej zapa­dały w pamięć jej rude włosy, ponie­waż to rzadki kolor w Ispan­thii. Chyba że ktoś miał oka­zję wal­czyć z nią pod­czas szko­le­nia. Tacy szczę­śliwcy pamię­tali przede wszyst­kim, iż tak szybko wywi­jała topo­rem, że trzeba było stale obser­wo­wać jej ramiona, a nawet jeśli pra­wi­dłowo trzy­mało się tar­czę, ude­rzała w nią z taką mocą, że ręka drę­twiała aż po mostek, a kolejne ciosy nastę­po­wały po sobie tak szybko, jakby kla­skała w dło­nie. Mimo wszystko prze­waż­nie z nią wygry­wa­łam, cho­ciaż rza­dziej niż z pozo­sta­łymi. Ale to na szko­le­niu. Wola­ła­bym nie wal­czyć z nią na śmierć i życie. W Ino­cen­cie było coś zwie­rzę­cego.

– To mój brat – odpo­wie­dzia­łam.

– Amiel.

– Tak.

– Wie­dzia­łam.

– Skąd?

– Ponie­waż ten drugi jest gene­ra­łem, a ten chło­pak ma w sobie tyle z gene­rała co moje cycki.

– Mam trzech braci. A ty nie masz cyc­ków, odcię­łaś je.

– Twoje też ode­tnę.

– Może gdy­byś była szyb­sza.

– Przy­po­mnę ci te słowa, kiedy będziesz je pod­no­sić z ziemi. Twój trzeci brat też jest gene­ra­łem?

Był sikst-gene­ra­łem, czyli nie dowo­dził woj­skiem, ale nosił ele­gancką zbroję bez żad­nych wgnie­ceń. Gene­ra­łem od bur­deli i pozo­wa­nia do por­tre­tów.

– Nie takim praw­dzi­wym.

– Czyli kim jest?

Przez chwilę zasta­na­wia­łam się, jak opi­sać Migaéda.

– Pecho­wym hazar­dzi­stą.

Ktoś na pierw­szym trans­por­towcu zaczął wołać.

– Zie­mia, zie­mia!

Zbli­ża­li­śmy się do brze­gów Gal­lar­dii.

Ino­centa popa­trzyła na hory­zont.

– Jak my wszy­scy – stwier­dziła.

3

Przed zej­ściem na ląd musia­ły­śmy nakar­mić ptaki.

Stają się nie­przy­jemne, gdy są głodne.

Kiedy otwo­rzy­łam właz i zaczę­łam scho­dzić w ciem­ność, ude­rzył mnie smród. Nie cho­dziło tylko o woń osiem­dzie­się­ciu ośmiu pta­ków, które przy­po­mi­nały kruki o roz­mia­rach jeleni – do tego zdą­ży­ły­śmy przy­wyk­nąć. Nie cho­dziło także o odór ich odcho­dów, potę­go­wany przez cie­pło i brak świe­żego powie­trza. Nie, naj­gor­sze było ich poży­wie­nie, które gniło w becz­kach. Po kilku tygo­dniach na morzu kawałki mięsa kóz, owiec i psów, owoce i sple­śniałe her­bat­niki oraz ryby, które wpa­dły w nasze sieci, zmie­niły się w gulasz, jaki nawet dia­bły w pie­kle wsty­dzi­łyby się podać potę­pio­nym. Ale te pta­szy­ska, spo­krew­nione z kru­kami i gaw­ro­nami, w głębi serca były padli­no­żer­cami i miały żołądki mocne jak kowa­dła. Oczy­wi­ście wolały świeże mięso, a zwłasz­cza podroby, które naj­le­piej im słu­żyły, ale teraz, wygłod­niałe, pra­gnęły świństw kiszą­cych się w becz­kach.

Wie­dzia­łam, że będę musiała umyć ręce po ich nakar­mie­niu.

– Jedze­nie – ode­zwał się jeden z pta­ków typo­wym dla nich chra­pli­wym gło­sem.

Kilka kolej­nych mu zawtó­ro­wało. Któ­ryś nawet powie­dział „Galva” – to mój przy­stoj­niak Bellu, chyba naj­sil­niej­szy z nich, cho­ciaż nie jestem obiek­tywna. Dal­ga­tha, moja chu­der­laczka, dodała: „dom Braga, Galva dom Braga”, ponie­waż była naj­by­strzej­sza i potra­fiła zapa­mię­ty­wać dłu­gie imiona. Cza­sami zasta­na­wia­łam się, czy mój ojciec, Rode­rigu Ele­gius dom Braga, książę tej zamoż­nej pro­win­cji, oka­le­czony pod­czas pierw­szej gobliń­skiej wojny, poczułby się ura­żony, gdyby usły­szał nasze nazwi­sko wydo­by­wa­jące się z dzioba, który za chwilę miał spo­ży­wać coś tak paskud­nego. Może mniej ura­żony, niż gdyby zoba­czył, jak jego córka to coś ser­wuje.

Wto­czy­łam pierw­szą beczkę i zła­pa­łam za łopatę.

Pra­co­wa­ły­śmy z bojo­wymi kru­kami przez nie­mal rok, zacie­śnia­jąc więzi ze swo­imi parami, ale cza­sem się nimi wymie­nia­ły­śmy, by śmierć rycerki nie ozna­czała, że jej ptaki trzeba zabić. Kar­mi­ły­śmy kruki na zmianę, dzięki czemu wie­działy, że każda z nas jest przy­naj­mniej uży­teczna. Dla swo­ich wła­snych pta­ków były­śmy mie­szanką rodzica, nauczy­ciela i towa­rzy­sza broni. A przy­naj­mniej lubi­łam myśleć, że wła­śnie tak mnie postrzega moja parka, Bellu i Dal­ga­tha.

Albo cho­ciaż Bellu.

– Galva to suka – powie­dział Richu, zwa­rio­wany samiec Ino­centy.

Sły­sza­łam, jak go tego uczyła. Nie mia­łam jej za złe, ponie­waż sły­sza­łam także, jak Richu mówi: „Ino­centa to suka”. Cza­sami miecz rani także swo­jego wła­ści­ciela. Richu naj­czę­ściej mówi: „Au”, nie dla­tego, że coś go boli, ale dla­tego, że czę­sto powo­duje, iż ludzie wypo­wia­dają to słowo, więc się go nauczył. Lubi spra­wiać drobne cier­pie­nie. Oczy­wi­ście ostre, stward­niałe dzioby bojo­wych kru­ków są w sta­nie prze­bić kol­czugę i zedrzeć mię­sień z kości – chwy­cić, wykrę­cić i szarp­nąć. Ptaki, które poważ­nie ata­kują swoje wła­ści­cielki, rze­czy­wi­ście się zabija, więc prze­ży­wają tylko te, które nie robią nam krzywdy, i one dobrze o tym wie­dzą. Ale Richu potrafi bole­śnie uszczyp­nąć przez skórę albo kol­czugę, spra­wia­jąc ból i pozo­sta­wia­jąc siny ślad. Czło­wiek wtedy wołał: „Au”, a kruk mu wtó­ro­wał, jak przy­stało na okrut­nego zło­śli­wego idiotę. Pełne imię ptaka brzmiało Cen­se­ri­chu, ponie­waż czę­sto paskud­nie pier­dział, zasmra­dza­jąc oto­cze­nie niczym chło­pak z kadziel­nicą, cho­ciaż tego kadzi­dła nikt by nie kupił na rynku.

* * *

Zbli­żał się zmierzch i zosta­łam na pokła­dzie, zamiast zejść na dół, żeby grać w Polo­wa­nie na Damę z pozo­sta­łymi żoł­nier­kami lanzy, mimo że lubi­łam tę grę kar­cianą bar­dziej niż Wieże, które zmie­niają ludzi w dia­bły. Z powodu Wież roz­lewa się wiele krwi, widzia­łam to na wła­sne oczy. Nikt nie ginie pod­czas Polo­wa­nia na Damę, ponie­waż ni­gdy nie gra się w to na pie­nią­dze, przy­naj­mniej w dobrym towa­rzy­stwie.

Poza tym na pokła­dzie znaj­do­wała się nasza dowód­czyni, Nouva.

– Piękny zachód słońca – powie­działa, zapra­sza­jąc mnie do roz­mowy. Nie wolno nam zaga­dy­wać naszych prze­ło­żo­nych o try­wialne sprawy, ale jeśli to oni ode­zwą się pierwsi, możemy mówić swo­bod­nie, a ona wyświad­czyła mi tę przy­sługę. Zresztą miała rację, niebo zro­biło się fio­le­towe nad powierzch­nią morza, które wresz­cie się uspo­ko­iło i przy­po­mi­nało metal albo macicę per­łową. Tu i ówdzie uno­siły się obłoki. Nie jestem poetką jak Amiel, ale wie­dzia­łam, że takie niebo zasłu­gi­wało na jego słowa, a nie moje.

– Bar­dzo piękny – zgo­dzi­łam się.

Nouva także była piękna na swój spo­sób. Nie jak dzie­wica w kwiet­nej koro­nie i nie w roman­tycz­nym zna­cze­niu tego słowa, ale tak jak wła­ściwe narzę­dzie, które cie­szy oko robot­nika. Jej ciemna skóra i nie­bie­sko-czarne włosy wska­zy­wały na pocho­dze­nie z gór Ispan­thii, gdzie w ludziach wciąż pły­nie krew daw­nego impe­rium keshyc­kiego. Wyglą­dała jak drew­niana rzeźba o ostrych kościach policz­ko­wych i szla­chet­nym wąskim nosie. W mojej rodzi­nie rów­nież poja­wiają się takie cechy, ale mamy znacz­nie jaśniej­szą, roz­mytą kar­na­cję. Nasze oczy są pospo­li­cie nie­bie­skie, nie mają barwy cesar­skiego zło­ci­stego brązu.

Była ode mnie o dzie­sięć lat star­sza i wal­czyła w Woj­nie Mło­ca­rzy. Goblin odgryzł jej lewy kciuk, ale wciąż mogła trzy­mać tar­czę i swo­bod­nie dowo­dziła ludźmi. Jej ptaki nazy­wały się Żar­łok i Gwiz­dek. Żar­łok był nieco zbyt łagodny jak na tę pracę. Gwiz­dek wręcz prze­ciw­nie, podob­nie jak jego pani. Nouva ni­gdy nie wyszła za mąż, a raczej należy powie­dzieć, że poślu­biła miecz i tar­czę. Zasta­na­wia­łam się, czy ja też mogę podą­żyć taką ścieżką. Wola­ła­bym to od wyda­nia za jakie­goś zamor­skiego księ­cia, by pół tuzina razy wyć w połogu, a potem, jeśli to prze­żyję, nad­zo­ro­wać kucha­rzy i słu­żą­cych oraz przy­my­kać oko na zdrady i paskudne maniery męża, który będzie mnie kochał mniej niż swo­jego ogara.

Nouva Livias Monçera była lan­za­ma­churą, czyli główną włócz­niczką. Nie­wiele z nas używa włóczni, ale lanza to także oddział. Wybacz­cie, jeśli zanu­dzam was woj­skową gadką, posta­ram się tego nie robić. Ale kilka spraw domaga się wyja­śnie­nia. Kiedy mówię: „lanza”, mam na myśli praw­dziwą włócz­nię albo jed­nostkę zło­żoną z pięć­dzie­się­ciu do stu żoł­nie­rzy. Kiedy mówię: „dagu­era”, mogę mieć na myśli szty­let albo jed­nego z dowód­ców pod­le­ga­ją­cych lan­za­ma­chu­rze. Ino­centa była pierw­szą dagu­erą, kolejną w hie­rar­chii po Nouvie. Ja byłam drugą dagu­erą, cho­ciaż nie mia­łam doświad­cze­nia bojo­wego. Zapro­po­no­wano mi to sta­no­wi­sko ze względu na moje uro­dze­nie, ale gdy­bym inte­re­so­wała sie stop­niami woj­sko­wymi, nie zgło­si­ła­bym się do tej jed­nostki. To wła­ściwe, by dowo­dziła osoba, która brała udział w wal­kach. Dołą­czy­łam do tego kosz­mar­nego eks­pe­ry­mentu wbrew życze­niom ojca, by zapo­mnieć, że jestem córką księ­cia Bragi, a nie po to, by wyko­rzy­sty­wać to jako swoją prze­wagę.

Chcia­łam spraw­dzić swoje umie­jęt­no­ści i słu­żyć.

Pły­nę­łam do Gal­lar­dii, by zabi­jać gobliny, ponie­waż one zabiły nasze konie.

Nasza rodzina miała wiele koni, zanim gobliń­ska plaga, którą nazy­wamy chwiej­nicą, zupeł­nie jakby była czymś nie­po­waż­nym, nade­szła i zabrała je wszyst­kie. No cóż, pra­wie wszyst­kie.

– Sły­sza­łam, że twój brat Pol po śmierci Jabata został trze­cim naj­waż­niej­szym czło­wie­kiem w całej Zachod­niej Armii.

– Wysłał do mnie list, w któ­rym pisze to samo.

Mie­siąc temu prze­gra­li­śmy bitwę pod Orfay i to z kre­te­sem. Mój brat wie­dział o tym wię­cej niż inni i wszystko mi opi­sał. Dosta­łam jego list tuż przed wej­ściem na pokład. Oto jego treść.

Naj­droż­sza Galvito!

Jestem taki pod­eks­cy­to­wany, że znów Cię zoba­czę po tylu latach, choć oko­licz­no­ści oczy­wi­ście mogłyby być korzyst­niej­sze. Wiem, że nasze liczne obo­wiązki nie pozwolą nam spę­dzać ze sobą tyle czasu, ile byśmy chcieli, ale zro­bię wszystko, co w mojej mocy, abyś mogła odwie­dzać mnie w namio­cie, gdy będzie to umoż­li­wiał nasz har­mo­no­gram. Jeśli mogę jakoś pomóc Tobie albo naszemu Grosz­kowi, pro­szę, daj mi znać za pośred­nic­twem dowol­nego woj­sko­wego gońca albo członka Gil­dii Goń­ców, jeśli tylko będą dostępni, a ja pokryję koszty.

Twoja flo­tylla ma przy­być do por­to­wego mia­steczka Espalle, które nie­dawno odbi­li­śmy. Nie­długo znaj­do­wało się w rękach gobli­nów, ale i tak przy­go­tuj się na to, co tam zoba­czysz. Kie­dyś to było ładne mia­sto i miej­scami wciąż takie jest, ale Nasi Przy­ja­ciele są mor­der­czą plagą, która nisz­czy wszystko, czego się dotknie, niech Sath ich spo­pieli.

Mam dla Cie­bie wie­ści.

Za sprawą god­nej poża­ło­wa­nia śmierci gene­rała Jabata, nie­zwy­kle dziel­nego czło­wieka, który słu­żył z ojcem w Woj­nie Ryce­rzy, w sta­rych dobrych cza­sach kawa­le­rii, kiedy wyprze­dza­li­śmy kąsa­czy na każ­dym polu bitwy i tra­to­wa­li­śmy ich kopy­tami, zosta­łem awan­so­wany z quarut-gene­rała na terce-gene­rała, a moje obo­wiązki znacz­nie się zwięk­szyły. Nie pra­gną­łem tego, ale król i jego Rada Fila­rów uwa­żają, że przyda się nieco mło­dej krwi i świe­żych pomy­słów. Nie czuję się ani młody, ani świeży, gdyż ciąży na mnie klę­ska pod Orfay. Czuję wstyd, a zara­zem ulgę, że moje oddziały przy­były za późno, w prze­ciw­nym razie był­bym mar­twy, tak jak Jabat i prima-gene­rał dom Lube­zan, główny dowódca zachod­nich armii. Lube­zana ma zastą­pić pewna terce-gene­rał, która odnio­sła kilka zwy­cięstw na wscho­dzie, osoba zasłu­żona, a nie wysoko uro­dzona, którą wszy­scy nazy­wają Prag­ma­tyczką.

Mam nadzieję, że zdoła coś zmie­nić.

Jeśli mam być szczery, prze­gry­wamy.

Orfay to była naj­więk­sza klę­ska od czasu Wojny Mło­ca­rzy.

W tym miej­scu prze­rwę i powiem, że druga wojna z gobli­nami, zwana Wojną Mło­ca­rzy, zapa­dła mi w pamięć, choć byłam zbyt młoda, by ją zoba­czyć.

Walki toczyły się głów­nie w Gal­lar­dii, podob­nie jak teraz, ale oczy­wi­ście roz­lały się także na Unther, Ispan­thię i inne Zie­mie Korony, które nazy­wamy Ludz­kimi Kra­inami. Mój ojciec, ze względu na to, kim jest, zawsze jako jeden z pierw­szych dowia­dy­wał się o poraż­kach naszych wojow­ni­ków, a było ich nie­mało.

Pamię­tam żółte tuniki chłop­ców z Gil­dii Goń­ców, któ­rzy poja­wiali się pod bramą posia­dło­ści, gdy byłam jesz­cze dziew­czynką. Przy­no­sili wie­ści prze­zna­czone dla mojego ojca, wypi­jali poje­dyn­czy łyk wody i gnali tam, gdzie aku­rat prze­by­wał. Można oce­nić pil­ność wia­do­mo­ści po tym, czy gońcy w upalny dzień zatrzy­mują się, by napić się wody, ochło­dzić i osu­szyć.

Oni tego nie robili, a ja po raz pierw­szy coś takiego widzia­łam.

Ale nie ostatni.

Pamię­tam, jak spy­ta­łam o to swoją hol­tyj­ską guwer­nantkę, Nunu. Wojna już trwała, a my wysła­li­śmy na front pierw­szych męż­czyzn, nawet dzieci o tym wie­działy. Ale jako że ini­cju­jący kon­flikt, zwany Wojną Ryce­rzy, skoń­czył się po naszej myśli, wszy­scy sądzili, że tym razem będzie podob­nie. Wtedy jesz­cze nie uży­wa­li­śmy nazwy Wojna Mło­ca­rzy, ponie­waż wciąż nie musie­li­śmy posy­łać do walki rol­ni­ków z cepami, by padali tru­pem jak ści­nane zboże.

Tak jak wielu dzie­ciom, śniły mi się gobliny.

Oczy­wi­ście wciąż mi się to zda­rza.

Ale teraz te sny są bar­dziej zgodne z prawdą.

– Bała­byś się spo­tkać goblina, Nunu? – spy­ta­łam tam­tego dnia, gdy poja­wili się pierwsi gońcy.

– Ni­gdy żad­nego nie spo­tkam – odparła moja guwer­nantka. – Ty też nie.

– Skąd wiesz?

– Ponie­waż gobliny nie poja­wiają się w Ispan­thii. A zwłasz­cza w Bra­dze.

– A jeśli to zro­bią?

– Wtedy popeł­nią strasz­liwy błąd, ponie­waż twój ojciec je zabije.

– Nie da rady ich zabić, prawda? Przez nie pod­piera się dwiema laskami.

– Więc wyśle swo­ich ludzi, aby to zro­bili.

– Tak jak to się dzieje w Gal­lar­dii?

– Wła­śnie.

Wra­ca­jąc do listu, oto co Pol pisze w spra­wie Orfay:

Nasze woj­ska naj­pierw usły­szały dźwięk kar­nyksu, oso­bli­wego rogu, w który gobliny dmą, by nas wystra­szyć. Usły­sza­łem ten odgłos z daleka i cza­sem wciąż go sły­szę w noc­nych kosz­ma­rach.

Jeden z ich cza­row­ni­ków posłał w niebo gobliń­skie sym­bole, które spra­wiały, że nasi żoł­nie­rze źle się czuli. Nie był w sta­nie bez­po­śred­nio skrzyw­dzić naszej armii, odzia­nej w kol­czugi i sta­lowe zbroje, które tłu­mią magię, ale umie­ścił sym­bol wysoko na nie­bie. Zanim roze­szła się wieść, aby­śmy nie patrzyli w górę, jedna trze­cia naszej cięż­kiej pie­choty wymio­to­wała i nie mogła utrzy­mać się na nogach. Potem zaata­ko­wali nasze linie za pomocą ghalli, strasz­li­wych istot, które hodują z ludzi, zwięk­sza­jąc ich roz­miary i siłę. Są one blade jak ryby i na wpół ślepe, wyso­kie na osiem stóp i napo­jone myko­lo­gicz­nymi wywa­rami, mię­dzy innymi bożom­le­kiem, ich paskud­nym elik­si­rem roz­ko­szy, który zabar­wia białka oczu na żółto i znie­wala umysł. Wyobraź sobie te ważące ćwierć tony olbrzymy, które nie czują bólu, są opan­ce­rzone od stóp do głów i wyma­chują potęż­nymi mło­tami oraz dwu­ręcz­nymi mie­czami, jakich żadne z nas nie dałoby rady pod­nieść, a co dopiero uży­wać. Wbiły się w nasze oddziały w chwili, gdy chłopcy i dziew­częta wła­śnie zwra­cali śnia­da­nie i mieli nogi mięk­kie jak źdźbła traw. Kiedy sze­regi zostały roz­bite, poja­wiły się ostro­koły, rydwany cią­gnięte przez bojowe dziki i wypo­sa­żone w ostrza umiesz­czone na wyso­ko­ści pisz­czeli. Jechali nimi kąsa­cze, któ­rzy szyli z kusz lub dźgali włócz­niami. Sły­sza­łem, że uczy­cie się z nimi wal­czyć. Mamy nadzieję, że Wasze kruki będą potra­fiły ata­ko­wać je od flanki albo z nieba.

Na Satha Wszech­wi­dzą­cego, przyda nam się każda prze­waga.

Zbliża się kolejna bitwa. Wiel­kie mia­sto Gol­tay jest zagro­żone, a jeśli upad­nie, zgi­nie wię­cej ludzi niż na rów­ni­nach Orfay. Zachod­nia Armia poma­sze­ruje, by zapo­biec jego upad­kowi lub je odbić. To star­cie może zde­cy­do­wać o losach wojny i o tym, czy Gal­lar­dia zosta­nie wyzwo­lona, czy raczej Ispan­thia dołą­czy do niej w nie­woli.

Nie będę ukry­wał, że wolał­bym, abyś nie przy­je­chała.

Twoja ranga zapew­nia Ci pewne przy­wi­leje, król wie, że krew wiel­kich domów musi prze­trwać. Jestem prze­ko­nany, że jako jedyna zdatna do wyda­nia córka księ­cia znaj­dziesz dobrą par­tię, pomimo wra­że­nia, jakie zro­bi­łaś na synu króla Con­marra, gdy przy­je­chał zabie­gać o Twoje względy trzy lata temu.

Ponow­nie prze­rwę czy­ta­nie listu i wyja­śnię, że ten Dur­wain, trzeci syn króla Con­marra z Holtu, zacze­pił mnie w prze­rwie mię­dzy zaję­ciami w aka­de­mii szer­mier­czej Calar Bajat. Nale­gał, przy wspar­ciu mojego ojca, abym się z nim spo­tkała. Zapro­po­no­wał wspólny posi­łek nad pobli­ską rzeką. Potrak­to­wa­łam go grzecz­nie. Inni ucznio­wie oczy­wi­ście byli pod wra­że­niem jego wizyty, ponie­waż hol­tyj­scy ksią­żęta rzadko poja­wiali się w Ispan­thii. Spodo­bali mi się muzycy, któ­rych przy­wiózł ze sobą, a także to, w jaki spo­sób ze mną roz­ma­wiał, przy­naj­mniej na początku. Prze­piórka była smaczna. Cydr rów­nież nie naj­gor­szy, podob­nie jak jabł­kowa brandy, cho­ciaż wolę wino, ale hol­tyj­ski ziąb oszczę­dza tylko nie­przy­jem­nie kwa­śne wino­grona. Dur­wain powie­dział, że dosko­nale poro­zu­mie­wam się w jego mowie, a ja odpar­łam, że jeśli to prawda, to cała zasługa leży po stro­nie Nunu, mojej guwer­nantki, która pocho­dzi z Holtu. Pochwa­li­łam jego mię­towy kaftan z jedwa­biu, cał­kiem ele­gancki, jeśli kogoś obcho­dzą takie rze­czy. Kiedy odpra­wił muzy­ków, powie­działam, że powin­nam wró­cić do swo­jej sali sypial­nej. Nale­gał, abym została, więc nie­chęt­nie się zgo­dzi­łam. Kiedy wyko­rzy­stał moje nie­do­świad­cze­nie i pró­bo­wał się do mnie dobie­rać, stało się dla mnie jasne, że wię­cej czasu poświę­cił na sztukę uwo­dze­nia niż na walkę wręcz, gdyż jego mię­śnie były wątłe jak wstążki. Muszę mu przy­znać, że miej­sce nad rzeką, które wybrał, było uro­kliwe. Wciąż pamię­tam, jak pochy­lał się nad wodą i bro­czył krwią ze zła­ma­nego nosa obok roz­bi­tej butelki cydru i ślicz­nej wierzby. Pamię­tam także rosnące tam pałki i ostróżki. Wró­ci­łam do domu nie­tknięta, nie licząc drob­nego śladu na kola­nie po jego zębie, któ­rego potem podobno stra­cił.

Mój ojciec wysłał prze­pro­siny do króla Holtu, tłu­ma­cząc, że to przy­kre, iż książę pośli­zgnął się i zro­bił sobie krzywdę, a on powi­nien był go ostrzec, jak zdra­dliwy potrafi być ten brzeg rzeki. Król Con­marr odpo­wie­dział, że jego syn musi się nauczyć, jak odróż­niać suchy grunt od śli­skiego, i postę­po­wać odpo­wied­nio do terenu, na któ­rym się znaj­duje.

Dur­wain zgi­nął w zasadzce na początku trze­ciej wojny. Kolejna trzy­dziestka jego straż­ni­ków została wycięta w pień, gdy pró­bo­wali ochro­nić jego ciało przed zabra­niem.

Nie udało się im.

Wra­ca­jąc do listu Pola:

Sio­strzyczko, ni­gdy nie byłem w gor­szym miej­scu i nie piszę tego po to, by Cię wystra­szyć, ponie­waż wiem, że nie­ła­two to zro­bić, ale chcę szcze­rze i bez ozdob­ni­ków opi­sać, co Cię czeka. Kąsa­cze postrze­gają ludzi jako zwie­rzęta, a kiedy nas chwy­tają, nie oka­zują nawet odro­biny miło­sier­dzia, jakie my mamy wobec sie­bie pod­czas wojny. Nie żądają okupu od naszych rodzin, nie opa­trują naszych ran. Nie znaj­dziesz żad­nych rela­cji z pobytu w ich wię­zie­niach, ponie­waż przy­po­mi­nają one obory dla bydła i nikt z nich nie wraca. W mia­stach, które stra­ci­li­śmy pod­czas Wojny Mło­ca­rzy, a które nie zostały znisz­czone, obo­wią­zuje Prawo Hordy, czyli mogą one rzą­dzić się same, ale nie wolno w nich korzy­stać z broni, zbroi ani nawet meta­lo­wych narzę­dzi. Mia­sta te są zobo­wią­zane odda­wać poda­tek ze swo­jej popu­la­cji, prze­ka­zu­jąc jed­nego na dzie­więć miesz­kań­ców do ludz­kich farm, naj­le­piej osoby, które jesz­cze nie miały dzieci. Po osią­gnię­ciu doj­rza­ło­ści płcio­wej każdy oby­wa­tel otrzy­muje cię­cie Hordy, gdy prze­cina się ścię­gno w udzie jego domi­nu­ją­cej nogi. Tak oka­le­czony czło­wiek może cho­dzić, pra­co­wać i upra­wiać zie­mię, ale ni­gdy nie będzie w sta­nie szybko bie­gać ani ska­kać. Długi marsz go wycień­czy, a ból nie pozwoli mu utrzy­mać rów­no­wagi. Jak więc widzisz, pod Pra­wem Hordy jeste­śmy jak udo­mo­wione bydło, które ma się samo żywić i roz­mna­żać. Każde mia­steczko, które nie speł­nia ocze­ki­wań kąsa­czy, jest natych­miast wyrzy­nane.

Dowódz­two zasta­na­wia się, dla­czego gobliny tym razem są tak nie­ustę­pliwe. Nie­któ­rzy uwa­żają, że na ludz­kich far­mach sze­rzy się zaraza nasie­nia, więc kąsa­cze szu­kają świe­żej krwi. Inni twier­dzą, że ich widzący poin­for­mo­wali Impe­ra­trix oraz jej radę gene­ra­łów, że woj­skowa prze­waga Hordy jest tym­cza­sowa, a ludzie wkrótce poczy­nią postępy w sztuce wojen­nej lub magii, lecz dopóki wróg ma nad nami prze­wagę w polu, Gal­lar­dia będzie oku­po­wana, a Ispan­thia musi się wykrwa­wiać.

Podoba mi się ta teo­ria i mam nadzieję, że to prawda.

Oczy­wi­ście Ispan­thia i pozo­stałe Dale­kie Sztan­dary wal­czą, by obro­nić te czę­ści Gal­lar­dii, które jesz­cze pozo­stają wolne. Nawet w takim miej­scu można zna­leźć drobne przy­jem­no­ści, co jest też moim udzia­łem. To była piękna kra­ina, może nawet pięk­niej­sza od Ispan­thii, jeśli wolno mi wygło­sić taką here­zję – ale w miej­scach, które dotknęła wojna, kró­lują śmierć, znisz­cze­nie i cho­roby, a wśród oca­la­łych panuje nama­calna roz­pacz, która jest w sta­nie wnik­nąć w Twoje kości i ode­brać Ci pew­ność sie­bie.

Ale taka jest rola bogów, czyż nie?

Mają nas pod­no­sić, gdy jeste­śmy zła­mani, i umac­niać, gdy krwa­wimy wiarą.

Czeka nas ważne zada­nie, a dzięki świa­tłu i cie­płu Satha w naszych ser­cach jesz­cze możemy zwy­cię­żyć i ode­pchnąć Hordę co naj­mniej do gra­nic usta­no­wio­nych za sprawą ostat­niego trak­tatu, a być może nawet wyrzu­cić ją z Gal­lar­dii. Sath jest wiel­kim wro­giem gobli­nów, jego świa­tło pło­nie na obrze­żach ich ciem­no­ści i z pew­no­ścią je prze­pę­dzi, tak jak słońce, które po dłu­giej nocy odbiera to, co do niego należy. Nie­któ­rzy powia­dają, że Skarbce Tajem­nic w świą­ty­niach Satha kryją w sobie frag­menty samego słońca, które płoną chwałą, jaką mogą oglą­dać tylko kapłani. Sły­sza­łem pieśń o tym, że Sath pew­nego dnia uzna, iż wystar­cza­jąco się wycier­pie­li­śmy, i nauczy kapła­nów prze­ku­wać te frag­menty słońca w broń z ośle­pia­ją­cego świa­tła. Czy wła­śnie tego boją się gobliń­scy widzący?

Nie wiem, ile jesz­cze Gal­lar­dia może wycier­pieć.

Być może dźwiga naj­cięż­sze brze­mię, ponie­waż czci tak wielu innych bogów przed Sathem.

Być może wła­śnie dla­tego Ispan­thia wygrała Wojnę Ryce­rzy i mniej ucier­piała w Woj­nie Mło­ca­rzy – my oczy­wi­ście też czcimy innych bogów, zwłasz­cza na wsi, ale przy­naj­mniej w cywi­li­zo­wa­nych miej­scach, takich jak nasza sza­cowna sto­lica Seveda, oraz w boga­tych kra­inach nad­zo­ro­wa­nych przez naszego ojca, Sath zasiada u szczytu stołu.

Wie­rzę, że z pomocą Jasnego możemy zwy­cię­żyć. Musimy. Cóż innego nam pozo­staje – wyco­fać się do Ispan­thii i cze­kać, aż tam też po nas przyjdą? Zro­bią to, jeśli tutaj ich nie powstrzy­mamy. Przed zimą spró­bują prze­kro­czyć Błę­kitne Góry i zapro­wa­dzić Prawo Hordy w ispan­thiań­skich mia­stach, naj­pierw na pół­nocy, a potem wszę­dzie.

Rozu­miem potrzebę powo­ły­wa­nia kobiet, star­ców oraz osób o łagod­niej­szej natu­rze.

Ale wolał­bym wal­czyć, nie mar­twiąc się cały czas o Cie­bie i Chichúna.

Znajdź mnie, sio­strzyczko.

Wspo­mogę Cię, jak tylko będę potra­fił.

Twój na zawsze,

Pol dom Braga

Prze­czy­ta­łam wam ten list, ponie­waż Nouva zapy­tała mnie o awans mojego brata. Wróćmy teraz na pokład Szty­letu Kró­lo­wej Desz­czu, ostat­niego wie­czoru przed zej­ściem na ląd, pod­czas wyjąt­kowo pięk­nego zachodu słońca.

– Pozna­łam go – stwier­dziła Nouva, odno­sząc się do Pola.

– Tak?

– W Seve­dzie. Bar­dzo miły. Przy­po­mina mi Żar­łoka.

Roze­śmia­łam się, ponie­waż też dostrze­głam to podo­bień­stwo. Kruk Nouvy, Żar­łok, podob­nie jak mój brat był potężny i silny, ale nie zawsze wystar­cza­jąco szybki, by się obro­nić, gdy inne ptaki wal­czyły o prze­wagę. Ale uwa­ża­łam, że Pol może tylko awan­so­wać. W końcu był taki kom­pe­tentny i silny. Do tego uczciwy i praw­do­mówny, a takie cechy muszą wystar­czyć.

Jakże mało wie­dzia­łam o świe­cie.

* * *

Nouva i ja przez jakiś czas roz­ma­wia­ły­śmy. Nocne ptaki pokrzy­ki­wały, nie­znane istoty poru­szały się w wodzie, aż w końcu niebo stało się gra­na­towe i rów­nie ciemne jak morze. Dowód­czyni zeszła pod pokład do swo­ich twar­dych i dzi­kich pod­wład­nych, a ja zosta­łam z wia­trem i gwiaz­dami. Nocne niebo ni­gdzie nie wygląda tak, jak na morzu, cho­ciaż mówią to samo o pustyni, a ni­gdy żad­nej nie widzia­łam.

Nad hory­zon­tem na zacho­dzie lśniły Oczy Nerêne, dwie gwiazdy koloru ame­ty­stu. Latem zawsze wzno­szą się wysoko na nie­bie. Nerêne to naj­po­pu­lar­niej­sza z wielu bogiń, któ­rych domeną jest miłość, więc oczy­wi­ście pocho­dzi z Gal­lar­dii.

Gal­lar­dia była kra­iną sztuki, jedze­nia i rzeźby. Każdy sza­nu­jący się dwór zatrud­niał gal­lar­diań­skiego kucha­rza, por­tre­ci­stę lub instruk­tora tańca. Gleba ni­gdzie nie była rów­nie płodna i czarna, może za wyjąt­kiem Untheru. Wino ni­gdzie nie było tak smaczne, może poza nie­któ­rymi odmia­nami z Ispan­thii, które moim zda­niem nie mają sobie rów­nych. Ale wiem, że mogę nie być obiek­tywna. Naj­bar­dziej lubię wina tak ciemne, że aż nie­przej­rzy­ste, i tak wytrawne, że nie­mal palą gar­dło, a o takie cechy łatwiej w suchej, gorą­cej i brą­zo­wej Ispan­thii z jej kre­dową glebą.

Wina z Gal­lar­dii są lżej­sze i słod­sze, cho­ciaż nie­które z połu­dnia dorów­nują tym z mojej ojczy­zny. Według pie­śni tam­tej­sze wina należy spi­jać z ciał kochan­ków. W każ­dym więk­szym mie­ście stoją świą­ty­nie poświę­cone Nerêne. Nie mają tam wła­snego boga wojny ani śmierci, lecz zapo­ży­czają te bóstwa od nas oraz Untheru i wysp Archi­pe­lagu Gun­nic­kiego.

Nic dziw­nego, że gobliny wyru­szyły do mięk­kiej i ślicz­nej Gal­lar­dii.

A teraz my też tam pły­nę­li­śmy.

4

Zawi­nę­li­śmy do Espalle, śred­niej wiel­ko­ści mia­steczka ze spo­kojną, głę­boką przy­sta­nią. Jej jaskrawo poma­lo­wane domy i posia­dło­ści wybu­do­wano na łagod­nych wzgó­rzach, które pół­księ­ży­cem obej­mo­wały zatokę. Po wschod­niej i zachod­niej czę­ści mia­sta urwi­ska Espalle bie­liły się na tle błę­kit­nego nieba i ciem­niej­szego morza. Na Wyspie Kra­bów na wscho­dzie wciąż wzno­siła się latar­nia mor­ska, która jed­nak już nie świe­ciła i nie ostrze­gała okrę­tów przed ska­łami, które nazy­wano Wdo­wimi Zębami. Ster­czały one z wody po dru­giej stro­nie wschod­niego klifu, widoczne z pokładu, ale nie z samego mia­steczka. Na zachod­nim urwi­sku zoba­czy­li­śmy for­tecę. Póź­niej dowie­dzie­li­śmy się, że zwą ją Bęb­nem i rze­czy­wi­ście wyglą­dała, jakby ktoś mocno w nią bił. Jej pół­nocna ściana się zawa­liła, pod­ko­pana przez sape­rów z gobliń­skiej Hordy, a wapienne mury były osma­lone w miej­scach, w któ­rych spło­nęły par­kany. Dalej na zacho­dzie zauwa­ży­łam amfi­te­atr, który pocho­dził jesz­cze z cza­sów keshyc­kich, a także dzi­waczne olbrzy­mie twa­rze.

Wyrzeź­biono je bez­po­śred­nio w zbo­czu góry; miały pro­ste rysy i za duże oczy. Zga­dy­wa­łam, że to dzieło daw­nych ple­mion, które żyły tutaj, zanim Kesh ruszył na pół­noc, budu­jąc drogi dla swo­ich słoni, nio­sąc mate­ma­tykę, naukę i per­spek­tywę w sztuce. Nie­da­leko mnie stała wojow­niczka z mojej lanzy i patrzyła na mnie tak, jakby wie­działa, że roz­my­ślam o tych rzeź­bach. To była Ali­senne, któ­rej ojciec pocho­dził z Gal­lar­dii i nale­żał do Gil­dii Goń­ców, a w mło­do­ści zasły­nął wygry­wa­niem wyści­gów. Byłam wyż­sza rangą, więc ode­zwa­łam się pierw­sza.

– Wiesz, kim oni są?

– Ryba­kami z Espalle. To dawni bogo­wie. Wpa­trują się w morze i cza­rami zapę­dzają ryby do sieci.

Mewy i rybi­twy krzy­czały, krą­żąc po nie­bie ponad urwi­skami.

– Pew­nie kąsa­cze nie spę­dziły tu wystar­cza­jąco dużo czasu, by oczy­ścić gniazda – zauwa­żyła Ali­senne. – Gobliny nie­na­wi­dzą pta­ków. To jedna z nie­wielu rze­czy, któ­rych się boją.

Miała w tej kwe­stii doświad­cze­nie i zgło­siła się na ochot­nika do naszej lanzy. Naj­le­piej z nas posłu­gi­wała się łukiem, a poza tym jako pół­krwi Gal­lar­dianka, mogła się nam przy­słu­żyć jako poszu­ki­waczka i tłu­maczka.

Ino­centa się uśmiech­nęła. Miała paskudny uśmiech.

– Tak, chęt­nie przed­sta­wię im nasze dzieci.

Pod pokła­dem kilka kru­ków gło­śno zakra­kało, jakby wie­działy, że to o nich mowa.

* * *

Zacu­mo­wa­li­śmy, mocno obi­ja­jąc się o pomost.

Zabra­nie pta­ków na brzeg nie było łatwe.

Kiedy zeszły­śmy po tra­pie, usta­wi­ły­śmy się na placu Kotwic, w cie­niu szu­bie­nic, na któ­rych wisieli stra­ceni prze­stępcy. Na tym samym placu liczni ranni cze­kali na trans­port do domu. Nękali nas róż­nej maści żebracy, kurwy, a nawet dzieci, które pró­bo­wały sprze­da­wać nam tali­zmany spo­rzą­dzone z gobli­nich zębów albo uple­cione z ich bez­barw­nych wło­sów. W końcu Nouva zła­mała nos natręt­nej męskiej dziwce i wtedy dali nam spo­kój. Wciąż pamię­tam, jak ście­rała maki­jaż z knykci, co bar­dzo roz­ba­wiło Ino­centę, a ja zasta­na­wia­łam się, czy facet nie zakry­wał nim jakiejś cho­roby skóry. Nouva potem pach­niała jego per­fu­mami, co także wzbu­dziło w Ino­cen­cie wielką weso­łość.

Szły­śmy czwór­kami po obu stro­nach kolumny kru­ków, ale gdy dotar­ły­śmy do węż­szych uli­czek, musia­ły­śmy się roz­dzie­lić, co było nie­zręczne.

Czter­dzie­ści osiem kobiet, osiem­dzie­siąt osiem pta­ków.

Więk­szość z nas miała po dwa kruki, ale nie­które tylko jed­nego.

Zaczę­ły­śmy ze stu pięć­dzie­się­cioma, ale nie­które ptaki zacho­ro­wały albo trzeba było je zabić – pod­czas dłu­giego szko­le­nia w Galim­bu­rze jedna z nas została oka­le­czona, a inna zabita przez swo­jego kruka.

Oczy­wi­ście ludzie w mia­steczku, któ­rzy wyszli z ukry­cia, chcieli zoba­czyć ptaki. Już poje­dyn­czo robiły one duże wra­że­nie, ale kiedy gro­ma­dziły się i poru­szały w kolum­nie, wyglą­dały wprost olśnie­wa­jąco. Kiedy zamy­kam oczy, wciąż widzę ich czarne jak smoła pióra z nie­bie­skimi reflek­sami, potężne zakrzy­wione dzioby oraz napier­śniki, które nauczyły się tole­ro­wać – nawet Richu pozwo­lił się tak ubrać. Napier­śniki lśniły w sil­nym świe­tle słońca. Ostrogi, które przy­twier­dzi­li­śmy pta­kom do łap, dzie­się­cio­ca­lowe ostrza, któ­rymi mogły posie­kać na kawałki wołu, czego byłam świad­kiem, także jasno świe­ciły. Jedną z róż­nic pomię­dzy tymi gigan­tycz­nymi bojo­wymi kru­kami a zwy­kłymi pta­kami, z któ­rych wyho­do­wali je nasi magicy, był spo­sób, w jaki cho­dziły. Kruki i wrony są nie­zdarne na ziemi, chwieją się jak starcy albo podry­gują. Ale naszym kru­kom zaszcze­piono nieco krwi bie­ga­ją­cych pta­ków z Axy, dzięki czemu wcale się nie chwiały.

Dum­nie kro­czyły.

Podob­nie jak gobliny, już na pierw­szy rzut oka wyglą­dały na zabój­ców.

Cza­sami igno­ranci pytają, czy ich dosia­damy. Nawet gdyby to było moż­liwe, raczej nie pozwo­li­łyby na takie upo­ko­rze­nie. Ich kości są na to za lek­kie, choć zara­zem zbyt cięż­kie, by kruki mogły latać. Ale mogą wyko­rzy­sty­wać skrzy­dła do robie­nia potęż­nych sko­ków.

Gdyby nawet pew­nego dnia wyho­do­wano więk­szego kruka, nie chcia­ła­bym go dosia­dać.

To nie są konie.

To nie są psy.

To corvi­scus i nie ma dru­gich takich istot.

Nikt nie wiwa­to­wał na nasz widok.

Wielu ludzi żebrało, ale nie mia­ły­śmy przy sobie jedze­nia, wszystko jechało na wozie razem ze zwy­kłym woj­skiem, które prze­ma­sze­ro­wało tędy wcze­śniej.

Trze­cia wojna wcho­dziła w swój trzeci rok.

Gal­lar­dia­nie musieli nie­wy­obra­żal­nie wiele wycier­pieć. Wszy­scy już przy­wy­kli do widoku powra­ca­ją­cych do domu żoł­nie­rzy – zdru­zgo­ta­nych, popa­rzo­nych, bez nóg i pal­ców, ośle­pio­nych lub dopro­wa­dzo­nych do obłędu przez roz­ma­ite tru­ci­zny kąsa­czy.

Ale nie byłam gotowa na widok oka­le­czo­nych i bez­sil­nych dzieci.

Nie przy­wy­kłam do tak dotkli­wego głodu.

Nie­stety, głód nie był ich jedyną bolączką.

Wszyst­kim miesz­kań­com Espalle coś dole­gało. Kuleli przez pod­cięte ścię­gna, spra­wiali wra­że­nie sta­rych, nawet mali chłopcy i dziew­częta, albo mieli prze­rze­dzone włosy za sprawą smutku i cho­roby.

Tylko tro­chę mówię po gal­lar­diań­sku, ale że tutej­sza mowa jest spo­krew­niona z języ­kiem ispan­thiań­skim, co nieco rozu­miem, więc nie wszystko mi umy­kało. Zoba­czy­łam małego brzdąca z dużą różową bli­zną w miej­scu wło­sów, zupeł­nie jakby ktoś go oskal­po­wał.

Chło­piec spy­tał swoją matkę, dla­czego nie nie­siemy żad­nych sztan­da­rów.

– To nie jest parada – odpo­wie­działa i miała rację.

Odno­si­łam wra­że­nie, że usły­sza­łam w jej gło­sie odro­binę nadziei, gdy zoba­czyła ptaki. Cie­kawe, ile razy ta iskra zapło­nęła, by wkrótce zga­snąć. W Espalle mieli dobry port, więc nie­jedna armia scho­dziła tu na ląd i masze­ro­wała przez mia­sto. A ono i tak upa­dło.

Co pomoże nie­cała setka kru­ków i pięć­dzie­siątka kobiet, w więk­szo­ści zie­lo­nych jak trawa? Woj­skowi też się nad tym zasta­na­wiali. Nie­któ­rzy uwa­żali nasze ptaki za wielce obie­cu­jącą nową broń, jed­nak wśród dowód­ców wciąż nie bra­ko­wało ludzi sta­rej daty, któ­rym nie podo­bały się takie nowo­ści, jak rów­nież cał­ko­wi­cie kobiecy oddział. Nawet mię­dzy mia­sto­wymi kobie­tami-ofi­ce­rami nie bra­ko­wało wąt­pią­cych w magię, która stwo­rzyła nasze ptaki, a na wsi część ludzi potę­piała czary.

Ale miesz­kańcy Gal­lar­dii byli zbyt zde­spe­ro­wani, by przej­mo­wać się, jakie prawa, boskie czy natu­ralne, zła­mano, by stwo­rzyć kruki. A widząc nasze ptaki, nie mogli zakwe­stio­no­wać ich potęgi.

Pewna zde­cy­do­wa­nie za chuda dziew­czynka wyrwała dłoń z uści­sku matki i pode­szła do Bellu, zamie­rza­jąc pogła­skać go po dzio­bie. Mocno przy­trzy­ma­łam postro­nek i odcią­gnę­łam dziób ptaka, a matka w tej samej chwili pod­nio­sła dziew­czynkę, pomimo jej pro­te­stów. Mała rzu­ciła coś w rodzaju: „Nie, mamo, one mają nas ura­to­wać, są naszymi przy­ja­ciółmi!”.

Bellu rze­czy­wi­ście był przy­jaź­nie nasta­wiony, jak na kruka, ale blada ręka dziew­czynki roz­mia­rem przy­po­mi­nała koń­czyny gobli­nów, które nasze ptaki nauczono szar­pać i kale­czyć, więc nie wie­dzia­łam, co się dzieje w gło­wie kruka, który zwró­cił zło­ci­ste oko w stronę dziecka i dwu­krot­nie zamru­gał.

Ale nie sko­czył na nią i to wystar­czyło.

– Grzeczny Bellu, mój przy­stoj­niak.

Dal­ga­tha szarp­nęła swój postro­nek.

– Ty też – ode­zwa­łam się. – Chu­der­laczka też jest grzeczna.

Cho­ciaż mia­łam opory, by nazy­wać ją Chu­der­laczką, zoba­czyw­szy oca­la­łych miesz­kań­ców Espalle.

* * *

Masze­ru­jąc, wypa­try­wa­łam Amiela.

Mia­łam nadzieję, że mag, do któ­rego go przy­dzie­lono, potrak­tuje go łagod­nie i pozwoli mu mnie odszu­kać. Nikt nie kazał mi dbać o jego bez­pie­czeń­stwo, sama pod­ję­łam się tego zada­nia. Obie­ca­łam to Sathowi i powie­dzia­łam mu, aby zabrał raczej mnie niż Amiela, jeśli jedno z nas musi umrzeć, lub pozwo­lił nam zgi­nąć razem, jeśli obojgu jest pisana śmierć. Ale Sath to mil­czący bóg, przy­naj­mniej wobec mnie, więc nie otrzy­ma­łam żad­nego znaku, czy przy­stał na moją pro­po­zy­cję. Cza­sami myśla­łam o tym, a potem spo­glą­da­łam w niebo, licząc, że zoba­czę jastrzę­bia bądź sokoła, które są jego wcie­le­niami. Raz wydało mi się, że widzę dużego jastrzę­bia, ale to był myszo­łów. Mia­łam nadzieję, że to przy­pa­dek, a nie znak. Mia­łam nadzieję, że Sath nie wie, że bar­dzo boję się śmierci, ale na pewno zdaje sobie z tego sprawę. Pew­nie dla­tego nie wysłał sokoła, by pocie­szyć mnie, że mogę ochro­nić swo­jego Chichúna.

Budynki Espalle ucier­piały nie mniej od miesz­kań­ców.

Gobliny nie­na­wi­dzą syme­trii, więc przy każ­dej oka­zji ją zabu­rzają. Jeśli mogą bez trudu ode­rwać naroż­nik budynku, to tak zro­bią. Tu i ówdzie nie­gdyś ładne domy pochy­lały się i ziały dziu­rami. Jeśli drzwi znaj­do­wały się dokład­nie na środku fasady, gobliny wybi­jały tam otwór, by znisz­czyć rów­no­wagę. Sły­sza­łam o tym, ale teraz zoba­czy­łam to na wła­sne oczy. Na ład­nym drew­nia­nym łuku zro­biono dłu­gie wyżło­bie­nie, by popsuć kształt budowli. W innym miej­scu powa­lono drzewo, by zbu­rzyć krąg fon­tanny. Wszę­dzie walały się odpadki. Kawałki ople­cio­nych blusz­czem tre­liaży, które kie­dyś oka­lały alejki. Poła­mane strzały, bełty i poła­mane dra­biny, mar­twe bydło, mar­twe gobliny. Trupy miesz­kań­ców już uprzą­tano, a przy­naj­mniej się do tego przy­go­to­wy­wano.

Zoba­czy­łam swo­jego brata na dzie­dzińcu przed nie­gdyś ele­gancką, a teraz pozba­wioną naroż­ni­ków i do połowy spa­loną tawerną.

To nie był poeta Amiel.

To nie był gene­rał Pol.

Zoba­czy­łam Migaéda dom Bragę, który trzy­mał butelkę wina, pół godziny po połu­dniu, i mru­żył oczy, wpa­tru­jąc się w roz­ło­żone karty.

Grał w Wieże.

Migaéd był, jeśli mam być szczera, bar­dzo przy­stoj­nym męż­czy­zną, cho­ciaż ktoś doświad­czony mógł przej­rzeć tę fasadę. Jego uroda koja­rzyła się mi z war­stwą farby na budynku toczo­nym przez ter­mity. Na pewno zna­cie takich ludzi. Zawsze są zadłu­żeni, nie­za­leż­nie od tego, z jak zamoż­nej rodziny pocho­dzą, a w tym wypadku była ona bajecz­nie bogata. Zawsze zawo­dzą zaufa­nie roz­ko­cha­nej w nich osoby, na którą w oczy­wi­sty spo­sób nie zasłu­gują. Wasz pies ni­gdy ich nie lubi, a psom w takich kwe­stiach należy ufać. Wiem, że wbrew swoim zasa­dom mówię źle o krew­nych, ale można mówić prawdę o rodzi­nie oso­bom, które także do niej należą, a mnie zostało nie­wiele bli­skich osób.

Będzie­cie musieli wystar­czyć.

Wtedy jesz­cze nie zna­łam swo­jego naj­star­szego brata tak dobrze, jak mia­łam go poznać.

Wciąż go kocha­łam i ucie­szy­łam się na jego widok.

Poma­cha­łam, ale mnie nie zauwa­żył.

Dostrze­głam sztan­dar jego pułku z nazwą Szkar­łatna Kom­pa­nia Mie­cza i Konia zapi­saną zło­tymi lite­rami i rów­nie zło­tymi wize­run­kami konia sta­ją­cego dęba oraz mie­cza. Koja­rzyły mi się z her­bem rodu dom Braga, na któ­rym koń w koro­nie staje dęba nad szkie­le­tem. Tę jed­nostkę zało­żył nasz ojciec, spe­cjal­nie dla Migaéda i synów pomniej­szych szlach­ci­ców. Nie­ważne, że tak naprawdę nie mieli koni, a przy­naj­mniej mieli ich za mało i to wyłącz­nie kla­cze, zbyt stare do służby.

Wspo­mi­na­łam, że umiem gło­śno gwiz­dać, i teraz wła­śnie to zro­bi­łam.

Obok Migaéda, który miał na sobie dosko­nałą zbroję, sie­dział pulchny męż­czy­zna, rów­nież w dobrym pan­ce­rzu i z hanieb­nie far­bo­wa­nym wąsem. Pod­niósł na mnie wzrok znad kart i wytrzesz­czył oczy na widok pta­ków. Każdy z tych zamoż­nych mię­cza­ków tak na nas popa­trzył, podob­nie jak usłu­gu­jące im kobiety, zapewne miej­scowe, które odda­wały im się za pie­nią­dze. To nic dziw­nego w trud­nych cza­sach i nie można ich winić. Wydaje mi się raczej, że ci męż­czyźni powinni podzie­lić się z nimi sre­brem z lito­ści, zamiast je wyko­rzy­sty­wać, zwłasz­cza w obli­czu wła­snej rychłej śmierci. Uczono nas, że przed śmier­cią zro­zu­miemy, czego bogo­wie naprawdę od nas chcą. Wąt­pię, by nawet naj­gorsi z nich pra­gnęli, aby­śmy zmu­szali oka­le­czone wdowy i sie­roty do klę­ka­nia przed nami za pie­nią­dze.

Migaéd popa­trzył na mnie sen­nie, a ja ponow­nie do niego poma­cha­łam.

Zmru­żył oczy i wstał, cho­ciaż wciąż opie­rał się o jedną z beczek, która słu­żyła im za stół.

– Galvita? – zawo­łał, zdrab­nia­jąc moje imię, jak mieli w zwy­czaju, on i mój drugi brat, Pol, mimo że mia­łam dwa­dzie­ścia lat.

– Tak! – odpo­wie­dzia­łam. – Znajdę cię, kiedy będę miała czas wolny!

– Zacze­kaj – rzekł i odszu­kał wzro­kiem Nouvę na czele naszej for­ma­cji. – Lan­za­ma­churo, jestem sixt-gene­rał Migaéd dom Braga i chcę poroz­ma­wiać ze swoją sio­strą. Zatrzy­maj tę jed­nostkę.

– Stać – zawo­łała Nouva i zaci­snęła zęby.

Migaéd nie był pierw­szą osobą, która nad­uży­wała swo­jego hono­ro­wego stop­nia. Sixt-gene­ra­ło­wie zazwy­czaj nie dowo­dzili regu­lar­nymi oddzia­łami i nie­mal zawsze byli mniej zarad­nymi dziećmi wpły­wo­wych panów. Mogli wyda­wać roz­kazy i dys­po­no­wali wła­sną świtą. Nosili ele­ganc­kie stroje, a nawet otrzy­my­wali medale, zazwy­czaj nie­za­słu­że­nie. To był dobry spo­sób na trzy­ma­nie pija­ków, hazar­dzi­stów i narwań­ców z waż­nych domów z dala od kło­po­tów w taki spo­sób, by nie ura­zić ich rodo­wej dumy. Wszy­scy w Zachod­niej Armii wie­dzieli, który syn z rodu dom Braga ma żelazo we krwi, i z pew­no­ścią nie cho­dziło o tego.

Ale jego rów­nież nale­żało słu­chać.

Czu­łam na karku wzrok swo­ich towa­rzy­szek, niczym dodat­kową por­cję sło­necz­nego żaru. Migaéd pod­szedł do mnie nie­spiesz­nie. Zatrzy­mał się w odle­gło­ści dzie­się­ciu kro­ków, onie­śmie­lony przez kruki. Zacie­ka­wiony Bellu nastro­szył pióra – być może wie­dział, że ten drobny męż­czy­zna, który cuch­nął winem i dziw­kami, był spo­krew­niony z jego panią.

– Podejdź, dagu­ero – zwró­cił się do mnie, uży­wa­jąc mojego stop­nia. – Dagu­ero dom Braga – dodał i roze­śmiał się bez powodu, a może dla­tego, że mój sto­pień był o wiele mniej zna­czący od nazwi­ska.

Cho­ciaż było mi wstyd, że Migaéd mar­nuje czas mojej lanzy i dowód­czyni, ogar­nęła mnie nostal­gia, gdy zbli­żył się i poczu­łam woń jego olej­ków z nutą piżma i cedru. Nagle znów mia­łam cztery latka, a on nosił mnie na ple­cach, uda­jąc mojego wierz­chowca. Mia­łam osiem lat i wła­śnie zaczy­na­łam lek­cje szer­mierki, a on z uda­waną powagą ści­skał moją dłoń, mówiąc, jakim dobrym będę żoł­nie­rzem. Kie­dyś w Dożynki przy­niósł kwiaty z pola i nazwał mnie Kró­lową Żniw, by popra­wić mi humor, gdy leża­łam w łóżku z gorączką. Już wtedy wie­dzia­łam, że szorstki dotyk jego nie­sta­ran­nie ogo­lo­nego policzka różni się od dotyku Pola albo ojca, gdy książę od wiel­kiego święta pozwa­lał, by córka go objęła. Zawsze czu­łam alko­hol w odde­chu Migaéda, ale jako dziew­czynka nie zda­wa­łam sobie sprawy, jakie zło może on spo­wo­do­wać. Wie­dzia­łam tylko, że kiedy mój brat do mnie mówi, czuję się doro­sła, wyjąt­kowa i warta wysłu­cha­nia.

To ważne dla każ­dego dziecka.

– Sio­stro – ode­zwał się.

– Bra­cie – odrze­kłam i ski­nę­łam głową. Kiedy znów na niego spoj­rza­łam, popro­si­łam go wzro­kiem, żeby się stresz­czał.

– Jak widzisz, moi ludzie i ja zna­leź­li­śmy przy­jemną zacie­nioną tawernę, ukrytą przed upa­łem, a także beczułkę albo dwie gal­lar­diań­skiego wina. Tak dawno cię nie widzia­łem! Groźna z cie­bie wojow­niczka, prawda? Daj się namó­wić na obiad i kilka par­ty­jek Wież!

Otwo­rzy­łam usta, ale nie wydo­był się z nich żaden dźwięk.

Ode­zwała się Nouva.

– Sixt-gene­rale, z całym sza­cun­kiem, ale teraz potrze­bu­jemy dagu­ery. Musimy zająć nasze kwa­tery i roz­mie­ścić ptaki. Będzie wolna wie­czo­rem.

Migaéd nie lubił, kiedy ktoś mu się sprze­ci­wiał. Nikt za tym nie prze­pada, ale warto umieć nie dawać tego po sobie poznać, tym­cza­sem twarz mojego brata wyra­żała pogardę. W końcu zdo­łał się uśmiech­nąć.

– Wie­czo­rem już nie będę się trzy­mał na nogach – odparł, potrzą­sa­jąc kie­li­chem.

Tar­cza dziadka wyko­nana z wio­sen­nego drewna ześli­zgnęła się z pniaka, o który została oparta, i upa­dła na zie­mię, a sta­lowy wzór dmu­cha­ją­cej burzo­wej twa­rzy odci­snął się na pia­sku. Wzdry­gnę­łam się na ten widok. Nie widzia­łam jej od lat, ale bar­dzo ją lubi­łam w dzie­ciń­stwie, kiedy wisiała na ścia­nie w naszej wiel­kiej sali. Cho­ciaż teraz zoba­czy­łam ją tylko przez chwilę, jestem prze­ko­nana, że ta chwila była ważna, niczym znak od bogów. Ta tar­cza ode­gra istotną rolę w naszej histo­rii, przyj­mie na sie­bie ukłu­cia włóczni, będzie świad­kiem kłótni i otrzyma krwawy odcisk dłoni.

W jej drew­nie jest zaklęty grom, a w metalu bły­ska­wica.

Jej wła­ści­cie­lem był Corlu dom Braga, ojciec mojego ojca, męż­czy­zna, który wolałby zgi­nąć niż zła­mać dane słowo. W Bra­dze uwiel­biano go za jego szcze­rość, bar­dziej niż króla w Seve­dzie za złoto i tytuły.

– Daj spo­kój, lan­za­ma­churo, mogę wysłać z wami kilku chło­pa­ków, któ­rzy zro­bią wszystko, co należy do obo­wiąz­ków dagu­ery dom Bra­gu­ery… – Popa­trzył na Bellu i Dal­ga­thę, które odwza­jem­niły spoj­rze­nie, prze­krzy­wia­jąc głowy. – …chyba że cho­dzi o te bestie, ale z pew­no­ścią macie wystar­cza­jąco dużo kobiet, które mogą się nimi zająć.

Widzia­łam, że jest o krok od tego, by zmie­nić tę prośbę w ofi­cjalny roz­kaz.

Ode­zwa­łam się tak cicho, by tylko on mnie usły­szał.

– Pro­szę, bra­cie.

Skrzy­żo­wał ze mną spoj­rze­nia. Miał ład­nie ukształ­to­wane oczy, ale zmę­czone na sku­tek picia. Ich białka prze­ci­nały drobne czer­wone żyłki. Przez chwilę wpa­try­wał się we mnie, aż w końcu zro­zu­miał, że nie żar­tuję.

– Na gorące dup­sko Satha – rzu­cił. – Widzę, dro­gie panie, że jeste­ście bar­dzo obo­wiąz­kowe, w dużej mie­rze dzięki tobie. Zali­czy­łaś test, sio­stro Dago-lago-brago. Idź słu­żyć swo­jemu kró­lowi, nie­chaj żyje tysiąc lat, a jego wąs o dzie­sięć wię­cej.

Gru­bas z fatal­nie ufar­bo­wa­nym zaro­stem gło­śno się roze­śmiał. Nosił dłu­gie czarne wąsy skrę­cone w kształt rogów, nie­wąt­pli­wie na podo­bień­stwo naszego suwe­rena, Kali­tha.

Bez­gło­śnie podzię­ko­wa­łam, a potem rze­kłam:

– Znajdę cię wie­czo­rem, sixt-gene­rale dom Braga.

– Zrób to – odpo­wie­dział, a potem jakby na chwilę zapo­mniał, gdzie się znaj­duje. W końcu uśmiech­nął się i chwiej­nym kro­kiem wró­cił do prze­rwa­nej gry. Nouva roz­ka­zała nam ruszyć z miej­sca, więc poma­sze­ro­wa­łam przed sie­bie, muska­jąc dło­nią Bellu, ponie­waż dotyk jego piór doda­wał mi otu­chy.

Wie­dzia­łam, że jedna z kobiet w naszej lan­zie, Vega Char­nat, patrzy na mnie z nie­chę­cią. Trak­to­wała pogar­dli­wie wszystko poza piwem i bitką. Obej­rza­łam się i zło­wi­łam jej spoj­rze­nie. Miała małe oczka w potęż­nej gło­wie. Zdjęła hełm, jak więk­szość z nas, więc widzia­łam jej uszy bok­serki, pokie­re­szo­wane na uli­cach Galim­buru, dru­giego po Seve­dzie naj­więk­szego mia­sta Ispan­thii. Galim­bur to surowe mia­sto, for­teca pełna żoł­nie­rzy, kowali i ryma­rzy. Pocho­dzą stam­tąd wszy­scy naj­lepsi spe­cja­li­ści od walki wręcz.

Vega nie­na­wi­dziła mnie za to, że mam dwa ptaki – jeden z jej kru­ków zdechł.

Nie­na­wi­dziła mnie za to, że poko­na­łam ją w szer­mier­czym poje­dynku.

Nie­na­wi­dziła mnie za to, że pocho­dzę z zamoż­nego domu i mam wysoko posta­wio­nych braci.

Wie­rzyła, że jest w sta­nie zbić mnie na kwa­śne jabłko swo­imi potęż­nymi pię­ściami, gdyby tylko udało jej się unik­nąć kary za ude­rze­nie osoby wyż­szej rangą i wyzwa­nia na ofi­cjalny poje­dy­nek, pod­czas któ­rego zabi­ła­bym ją swoim spadínem.

Jesz­cze do tego nie doszło, ale wie­dzia­łam, że nasz kon­flikt jest nie­unik­niony. Nie chcia­łam tego nie dla­tego, że bałam się dostać po gło­wie, cho­ciaż oczy­wi­ście to nic przy­jem­nego.

Po pro­stu była mi obo­jętna.

To męczące uże­rać się z kimś, kto uznaje nas za wroga, pod­czas gdy my w ogóle o nim nie myślimy.

Ale czę­sto wła­śnie dla­tego ten ktoś nas nie­na­wi­dzi.

5

Zakwa­te­ro­wano nas na daw­nym targu koni w Espalle, gdzie znaj­do­wały się liczne boksy dla naszych pta­ków. Mimo że minęło już tyle lat od zarazy, mia­sto nie zbu­rzyło swo­ich stajni. Gdyby to zro­bili, pogo­dzi­liby się z tym, że konie znik­nęły na zawsze, ponie­waż kilka pozo­sta­łych kla­czy było za sta­rych, by się oźre­bić, nawet gdyby zna­le­ziono gdzieś ogiera. Zarazę prze­żyły tylko cię­żarne kla­cze i to nie wszyst­kie.

Taka nostal­gia nie doty­czyła wyłącz­nie Espalle. W każ­dym mie­ście w Zie­miach Korony wciąż można zna­leźć staj­nie, słupki do wią­za­nia koni oraz koryta, cho­ciaż te ostat­nie oczy­wi­ście mogły słu­żyć także wołom, osłom i innym zwie­rzę­tom. Nie było mnie jesz­cze na świe­cie, kiedy chwiej­nica nade­szła z mia­sta Pig­de­nay na pół­nocy. Zwie­rzę, które zapa­dało na cho­robę, zaczy­nało zata­czać się, poty­kać i tra­cić rów­no­wagę. Wtedy naj­le­piej było je uśpić, ponie­waż koń­cowa faza cho­roby oka­zy­wała się bole­sna. Mózg puch­nął wewnątrz czaszki i zwie­rzę dosta­wało szału. Zaraza potrze­bo­wała nieco czasu, by się roz­prze­strze­nić. Konie, które poukry­wano, zacho­ro­wały dopiero po latach, a na nie­któ­rych uni­wer­sy­te­tach uważa się, że stało się tak dla­tego, że cho­roba kryje się także w cia­łach ludzi, choć nie wyrzą­dza nam krzywdy.

Zacho­wa­łam pewne wspo­mnie­nie, które może być snem, ale myślę, że doty­czy praw­dzi­wego wyda­rze­nia. Mia­łam może cztery latka, kiedy zoba­czy­łam trzy konie mojego ojca na polu o zmierz­chu. Dwa koły­sały się, jakby w rytm muzyki, którą tylko one mogły usły­szeć. Trzeci stał w pew­nym odda­le­niu i wyraź­nie się ich bał. Pozna­łam Idalę, czyli Gwiazdę. Kiedy cho­roba przy­była do Bragi, klacz aku­rat była cię­żarna, co zapew­niło jej ochronę. Jej źre­bię umarło. Idala to zwy­czajny koń, prze­zna­czony do jazdy, a nie na pole bitwy, ale ze względu na to, że prze­trwała, stała się nie­zwy­kle cenna.

Bar­dzo się przy­jaź­ni­ły­śmy, kiedy byłam mała, i jesz­cze coś o niej opo­wiem.

Nakar­mi­ły­śmy ptaki mię­sem z naszych stale kur­czą­cych się zapa­sów, a następ­nie umie­ści­ły­śmy je w bok­sach dla koni i posta­wi­ły­śmy na straży dwie kobiety, które miały je obser­wo­wać i nie dopu­ścić, by coś prze­skro­bały. Namioty sta­nęły w sali aukcyj­nej, która już nie miała dachu, choć na jej środku wciąż znaj­do­wała się duża rzeźba z brązu, przed­sta­wia­jąca konia sta­ją­cego dęba. Gobliny ją prze­wró­ciły, ale nie znisz­czyły. Usta­wi­ły­śmy posąg pod ścianą, a wiele z nas uca­ło­wało nogi tego pięk­nego stwo­rze­nia.

Kolej­nym pro­ble­mem oka­zała się kąpiel.

W mie­ście bra­ko­wało świe­żej wody, ponie­waż gobliny wrzu­cały oskro­bane różowe kości swo­ich ofiar do studni. Poza tym chęt­nie do nich srały. A przy­naj­mniej robiły to bli­żej wybrzeża, ponie­waż, w odróż­nie­niu od nas, mogą pić mor­ską wodę. Ali­senne dowie­działa się od oca­la­łych, że kąsa­cze wyko­rzy­sty­wały łaź­nię w Espalle jako swoją rzeź­nię, więc została ona ska­żona. Nawet gdyby tak nie było, przy­by­tek nie mógłby obsłu­żyć całej ispan­thiań­skiej armii. Jed­nym, co łączy Span­thian wszyst­kich sta­nów, jest pra­gnie­nie zacho­wa­nia czy­sto­ści. Jeśli chce­cie obra­zić Span­thianina, stań­cie obok niego z cuch­ną­cymi pachami lub kro­czem albo z tłu­stymi, nie­ucze­sa­nymi wło­sami. Pod­czas woj­sko­wej kam­pa­nii bądź na pokła­dzie okrętu jest to wyba­czalne, ale nie w porząd­nym mie­ście, które posiada jakieś zasoby.

Naj­gorsi w tej kwe­stii są Hol­tyj­czycy.

Póź­nym popo­łu­dniem zeszły­śmy nad morze, roze­bra­ły­śmy się i wyką­pa­ły­śmy, korzy­sta­jąc z kawa­łecz­ków mydła, które nasza kucharka, Ber­nuz, przy­go­to­wała dla nas z potażu, owczego łoju i oleju z rokit­nika. W wodzie pły­wało mnó­stwo śmieci, a w pew­nym momen­cie musia­ły­śmy ode­pchnąć kijem zwłoki jakie­goś męż­czy­zny. Kiedy znów nad­pły­nęły, Ino­centa skar­ciła trupa i powie­działa mu, że mię­dzy nimi koniec, więc powi­nien zosta­wić ją w spo­koju. Zawsze uwa­ża­łam ją za piękną kobietę, szcze­gól­nie wtedy, gdy uda­wało jej się mnie roz­śmie­szyć.

Ubra­ły­śmy się i napi­ły­śmy się wina na plaży, śpie­wa­jąc pio­senki. To był śliczny dzień, pomimo ota­cza­ją­cych nas śmierci i ruin. Nie­wiele rze­czy jest dla żoł­nie­rza tak ważne, jak znaj­do­wa­nie piękna w brzyd­kich miej­scach i humoru na łonie stra­chu.

Więk­szość z nas miała wolne. Nie chcia­łam odcho­dzić, ale zapo­wie­dzia­łam swo­jemu bratu Migaédowi, że się z nim spo­tkam, a to ważne, by zawsze wywią­zy­wać się z obiet­nic.

* * *

– Leży nie­przy­tomny – powie­dział mi gru­bas z fatal­nym wąsem, kiedy wró­ci­łam do tawerny.

Mia­łam trud­no­ści z przy­po­mnie­niem sobie, gdzie ona jest, ponie­waż ulice Espalle są wąskie i kręte, a ja pamię­ta­łam tylko szyld, na któ­rym wid­niał wilk albo pies, albo kiep­sko nary­so­wany kot oraz trzy gwiazdy. Dla­tego nie mogłam kie­ro­wać się nazwą. Póź­niej podą­ży­łam za odgło­sem pijac­kiego śmie­chu i w końcu zna­la­złam Szkar­łatną Kom­pa­nię Mie­cza i Konia, wciąż bez koni, choć wielu z tych gości ryczało jak osły. Podej­rze­wa­łam, że więk­szość z nich nie zna się na wojaczce, choć mieli w swo­ich sze­re­gach sporą liczbę żoł­nie­rzy z Bragi oraz kilku zagra­nicz­nych najem­ni­ków. Zwró­ci­łam uwagę na męż­czy­znę w pier­ście­nio­wym i skó­rza­nym pan­ce­rzu, suro­wego Gal­tyj­czyka, który trzy­mał się nie­da­leko ofi­ce­rów, ale nie prze­sa­dzał z trun­kami. Po bosych sto­pach i włóczni zorien­to­wa­łam się, że mam do czy­nie­nia ze straż­ni­kiem z Zim­nych Stóp – oni czę­sto zatrud­niają się jako najem­nicy.

Gru­bas przed­sta­wił się jako Bolsu dom Gatán, więc ja rów­nież poda­łam mu swoje imię, cho­ciaż już je znał. Zauwa­ży­łam, że miał wyso­kiej jako­ści zbroję – nie­mal tak dobrą jak Migaéd – z efek­towną ryciną na napier­śniku przed­sta­wia­jącą dwa dziki o groź­nych kłach i osza­la­łych śle­piach sto­jące na tyl­nych nogach naprze­ciwko sie­bie, jakby szy­ko­wały się do walki. Przy­szło mi do głowy, że dzik to nie­for­tunny sym­bol w wypadku rodziny tłu­ścio­chów, ale uzna­łam, że to nie­godna myśl. Potem zauwa­ży­łam, że koł­nierz jego koszuli, który przy­po­mi­nał parę skrzy­de­łek nad ryn­gra­fem, jest lekko zapla­miony, jakby tuszem, i zda­łam sobie sprawę, że to barw­nik z wąsów musiał spły­nąć po jego szyi.

Mocno przy­gry­złam wnę­trze policzka, by zacho­wać powagę.

– Mogę go zoba­czyć? – spy­ta­łam.

– Myślę, że nie będzie w tym niczego nie­sto­sow­nego, jeśli sio­stra obej­rzy ciało – odpo­wie­dział albo użył jakichś innych wyszu­ka­nych słów, a następ­nie zawo­łał Pedru, słu­żą­cego mojego brata. Pedru był chłop­cem o szcze­rej twa­rzy i od razu go polu­bi­łam.

Zapro­wa­dził mnie do pokoju, w któ­rym cuch­nęło cie­płymi cia­łami oraz winem i gdzie w sła­bym świe­tle wpa­da­ją­cym przez okno dymiła lampa oliwna. Jakaś kobieta mniej wię­cej w moim wieku, a może młod­sza, wła­śnie się ubie­rała i począt­kowo nie popa­trzyła mi w oczy. Wtedy uzna­łam, że się wsty­dzi, i być może mia­łam rację, ale w końcu nie mogła wie­dzieć, że jestem sio­strą Migaéda, a w swo­jej zbroi i ze spadínem przy boku wyglą­da­łam na zabój­czy­nię.

Zanim odwró­ci­łam wzrok od jej nago­ści, dostrze­głam tuż nad jej kola­nem jaskra­wo­ró­żową bli­znę zgodną z Pra­wem Hordy. Pró­bo­wa­łam popa­trzeć na nią łagod­niej, ale chyba mi się nie udało. Nie jestem w tym dobra.

Ponow­nie zoba­czy­łam tar­czę dziadka, tym razem z bli­ska. Nazy­wano ją Ustami Burzy i była piękna, wyko­nana z różo­wego wio­sen­nego drewna i okuta wyso­kiej jako­ści meta­lem, któ­remu przy­da­łoby się pole­ro­wa­nie. Ostat­nio sta­łam tak bli­sko niej, kiedy wisiała nad pale­ni­skiem w wiel­kiej sali w naszej posia­dło­ści w Bra­dze. Pamię­tam, że bar­dzo mi się wtedy podo­bała meta­lowa rycina przed­sta­wia­jąca dmu­cha­jącą twarz z chmur o malut­kich ustach i zmarsz­czo­nych brwiach. Jak wiele rze­czy z mojego dzie­ciń­stwa teraz spra­wiała wra­że­nie mniej­szej niż we wspo­mnie­niach. Wtedy wyda­wała mi się tak wielka, że mogła stać się dachem domku albo nie­wielką łodzią. Kiedy wyje­cha­łam, żeby zgłę­biać taj­niki Calar Bajat, bar­dzo tęsk­ni­łam za domem. Czę­sto o nim śni­łam i w tych snach cza­sem poja­wiała się tar­cza. Wię­cej niż raz śniły mi się potwory pró­bu­jące dostać się do posia­dło­ści, a ja musia­łam przy­nieść tar­czę i lancę dziadka. Ale stwory zawsze dosta­wały się do domu przez pale­ni­sko i zanim byłam w sta­nie dotrzeć do głów­nej sali, sta­wały pomię­dzy mną a tar­czą. Budzi­łam się tuż przed tym, jak miały mnie pożreć, z mocno biją­cym ser­cem, zasta­na­wia­jąc się, dla­czego jestem w inter­na­cie, a nie w swoim pokoju.

Ale tar­cza cza­sami poja­wiała się także w przy­jem­nych snach. W moim ulu­bio­nym, w lesie rosły malut­kie gru­sze, na któ­rych wisiały owoce wiel­ko­ści zia­re­nek pie­przu. Ale kiedy je zry­wa­łam, rosły i wypeł­niały całą moją dłoń, a ja je zja­da­łam. Jak wie­cie, wio­sen­nego drewna już pra­wie nie ma. Drzewa wycięto szyb­ciej, niż mogły odro­snąć, ponie­waż ich drewno pozo­staje żywe po ścię­ciu, więc samo się napra­wia, jeśli ma dostęp do świa­tła słońca i wody. Poza tym jest bar­dzo silne, ela­styczne i nie­mal cał­ko­wi­cie odporne na ogień. Kiedy je osma­lić, traci zdol­ność rege­ne­ra­cji, ale staje się jesz­cze tward­sze i lżej­sze, więc cza­sem wyko­rzy­stuje się je do budowy stat­ków. Ale naj­czę­ściej pozo­sta­wia się je w żyją­cej postaci. Więk­szość drzew zmie­niła się w woj­skowe okręty, ale z niektó­rych zro­biono zbroje albo pukle­rze.

Migaéd powi­nien lepiej dbać o tar­czę dziadka, tym­cza­sem pozwa­lał jej się walać na pod­ło­dze, a na domiar złego ani jej nie pole­ro­wał, ani nie oli­wił.

Kobieta skoń­czyła się ubie­rać i bez słowa ruszyła do drzwi. Niby co mia­łaby powie­dzieć?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki