Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Zobaczyłam swojego pierwszego goblina tego samego dnia, co swój pierwszy wrak okrętu. Pod pełnymi żaglami zmierzałam na wojnę. Płynęłam, by zakochać się w śmierci i w królowej. Płynęłam, by stracić wszystkich swoich przyjaciół i dwóch braci.
Miałam ujrzeć, jak potężne miasto upada pośród krwi i ognia, zdradzone przez fałszywego boga. Później rozkazano mi, abym zginęła na wysokim kamiennym moście, ale nie dałam się nabrać.
Niedobitki pierwszej lanzy Kruczych Rycerzy Jego Królewskiej Wysokości nie zawiodły. To nie jest wesoła opowieść, ale prawdziwa. Nie mam czasu na kłamstwa ani na kłamców.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 448
Tytuł oryginału: The Daughters’ War
Copyright © 2024 by Christopher Buehlman Copyright for the Polish translation © 2026 by Wydawnictwo MAG
Redakcja: Dorota Pacyńska Korekta: MAQ PROJECTS, Magdalena Górnicka Mapy: Tim Paul Ilustracja na okładce: Marie Bergeron Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński
Numer: wydanie II/D0 ISBN 978-83-68591-60-6
Producent/wydawca: MAG Jacek Rodek Pl. Konstytucji 5/10, 00-657 Warszawa www.mag.com.pl han[email protected]
Dystrybucja Dressler Dublin sp. z o.o. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. (+ 48 22) 733 50 31/32 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl www.dressler.com.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Dla Elizabeth, najlepszej chrześnicy w historii
Zobaczyłam swojego pierwszego goblina tego samego dnia, co swój pierwszy wrak okrętu.
Pod pełnymi żaglami zmierzałam na wojnę.
Płynęłam, by zakochać się w śmierci i w królowej.
Płynęłam, by stracić wszystkich swoich przyjaciół i dwóch braci.
Miałam ujrzeć, jak potężne miasto upada pośród krwi i ognia, zdradzone przez fałszywego boga.
Później rozkazano mi, abym zginęła na wysokim kamiennym moście, ale nie dałam się nabrać.
Niedobitki pierwszej lanzy Kruczych Rycerzy Jego Królewskiej Wysokości nie zawiodły.
To nie jest wesoła opowieść, ale prawdziwa.
Nie mam czasu na kłamstwa ani na kłamców.
Okręt, którym płynęłam, nazywał się Sztylet Królowej Deszczu. Był to wojskowy transportowiec wypakowany mięsem dla goblinów, czyli świeżymi żołnierzami, takimi jak ja. Przeciekał i kołysał się podczas sztormów, a na pokładzie tak śmierdziało, że nie dało się nie marszczyć nosa. Próbowałam tego nie robić, ponieważ wtedy wygląda się wyniośle, a poza tym kojarzyło mi się to z pierwszą żoną mojego ojca, Imeldą, która nie jest moją matką.
Tu rozegrała się bitwa.
Morze było wzburzone i usiane masztami, belkami oraz płótnem żaglowym. Tu i ówdzie pod falami płonęły ogniste meduzy, niczym małe słońca w otchłani. Tu i ówdzie unosiły się ciała mężczyzn i kobiet, czasem całe ich kłębowiska, oraz trupy goblinów.
Wszyscy wcześniej widzieliśmy martwe gobliny. Ich ciała nie gniją, tylko kurczą się, wysychają i twardnieją. Muchy nie chcą mieć z nimi do czynienia i tylko najbardziej wygłodniałe ptaki decydują się je dziobać. Rekiny oczywiście je zjadają, ale one pożrą nawet drewniane wiosło, widziałam to na własne oczy. Jako że ciała goblinów nie gniją, każdy, kto mógł, przywoził je do domu po ostatnich dwóch wojnach. Były chętnie wystawiane jako eksponaty w cyrkach. Wykorzystywaliśmy wiele goblinich trupów podczas szkoleń, głównie po to, by bojowe kruki znienawidziły kąsaczy.
I nienawidzą ich jak cholera.
Ale tamtego dnia po raz pierwszy widziałam żywego goblina.
Trzymał się kurczowo tonącej wyspy szczątków.
Jedno trzeba goblinom przyznać, są równie brzydkie, jak wredne. Wyglądają, jakby chciały zjeść mięso z twoich ud, i rzeczywiście tak jest. Ludzie nie są tak łatwi do przejrzenia – wielu z nas ukrywa okrutną naturę pod maską piękna, bądź też niedoskonałości przesłaniają innym naszą dobroć.
Gobliny są uczciwymi zabójcami.
Są kurewsko brzydkie.
Ten miał jakieś cztery stopy wzrostu, czyli sporo w ich wypadku. Wyglądał na żeglarza, sądząc po prostym jutowym bezrękawniku i spodniach z wełny albo z włosów pochodzących z ludzkich farm. Wtedy jeszcze o nich nie wiedziałam. Twarde ciało goblina było różowo-szare, z tej odległości nie widziałam jego zębów – chociaż domyślałam się, że są trójkątne i tak ostre, że można się nimi golić – ani opancerzonego przegubowego języka. Takie języki pozwalają im wydawać brzęczące i zgrzytliwe dźwięki, które pełnią rolę spółgłosek.
Ten kąsacz został poważnie ranny, a jego ręka utknęła między dwoma fragmentami kadłuba. Nie był też sam. Wraku, który miażdżył ramię goblina, trzymała się ludzka kobieta. Miała włosy splecione w marynarski warkocz i skórzane spodnie rozszerzane na udach na żeglarską modłę. Ukazała się naszym oczom, kiedy szczątki okrętu powoli się obróciły. Ona także odniosła rany, jej lniana koszula poczerwieniała po jednej stronie, ale żeglarka nie dbała o to.
Patrzyła na wroga.
– Pomóżcie jej! – zawołała jedna z nas do kapitana.
Był to siwowłosy sześćdziesięciolatek z fajką pełną rychłoliścia w ustach i w bezkształtnym czerwonym kapeluszu na głowie. Wyglądał jak stary żeglarz z kawału. Kobieta, która do niego krzyknęła, przypominała zaś rycerza w swojej eleganckiej zbroi, a gdyby stała za blisko relingu podczas sztormu, skończyłaby jako piękna ozdoba na dnie morza.
– Skręcajcie, kurwa, i uratujcie ją! – powtórzyła, wskazując palcem.
Kapitan pokręcił głową i pyknął z fajki, wypuszczając z ust dym razem ze słowami:
– Nie możemy zwlekać. Jeśli to niszczyciel kąsaczy posłał na dno ten okręt, a słyszałem plotki, że takowy pływa po tych wodach, to my możemy być następni.
Rycerka zrozumiała, że kapitan ma rację i dała spokój, za to trzej łucznicy na rufie zaczęli strzelać do goblina. Pierwsza salwa nie dosięgła celu z powodu odległości, ruchu transportowca oraz obracania się wraku, ale w końcu jedna ze strzał trafiła kąsacza w biodro, a on zachrypiał po swojemu. Trudno zapomnieć ten dźwięk. Żeglarka podpełzła do goblina. Prawie się ześlizgnęła, ale utrzymała równowagę. Kąsacz próbował ją ugryźć, lecz brakowało mu szybkości i siły. Przytrzymała go za szyję, wyrwała mu strzałę z biodra i wbiła w oko, a następnie dla pewności nią pokręciła.
Wstrzymałam oddech.
Widziałam przemoc na placu treningowym – wybite zęby, zakrwawione głowy, złamane palce. Nie były mi także obce krwawe zwyczaje wieśniaków – wieszanie świń i jeleni na hakach, zabijanie chorego bydła, chłostanie złodziei czy wieszanie kłusowników i dezerterów. Ale to wbicie strzały goblinowi w oko i grzebanie w jego mózgu były tak gwałtowne i brutalne, że ogarnął mnie lęk.
To nie pojedynek w akademii ani bokserski mecz.
Płynęliśmy na pole bitwy.
Żołnierze na naszej i sąsiedniej łajbie zaczęli wiwatować. Transportowców było sporo, nie znam dokładnej liczby, ale mieliśmy mało okrętów bojowych, do tego wyłącznie niewielkie. Straciliśmy naszą najlepszą eskortę, królewski pancernik o nazwie Awanturniczy Niedźwiedź, który wpłynął na goblińską pułapkę i został skierowany do regeneracji.
Dopiero nasze wiwaty sprawiły, że żeglarka nas zauważyła. Muszę jej przyznać, że nie błagała o ratunek. Pomachała nam dłonią ciemną od zielonkawej krwi stwora.
Ludzie na pokładach ponownie zaczęli wiwatować i wołać „Niech cię bogowie błogosławią!” albo „Niech cię strzeże Mithrenor”. Jeden z młodych mężczyzn na okręcie pełnym kobiet krzyknął: „Wyjdź za mnie!”.
– Dobrze! – odkrzyknęła słabym głosem.
Rozległa się trzecia fala wiwatów, jeszcze potężniejsza, ponieważ wszyscy widzieliśmy, że to była dzielna i dobra Spanthianka.
A potem niewielka wyspa połamanego drewna i lin jeszcze raz podskoczyła na falach i zatonęła, zabierając ze sobą żeglarkę i goblina.
Wiwaty się urwały.
Wszyscy ucichli.
I tak zobaczyłam śmierć goblina i człowieka, jedną zaraz po drugiej. Wiele razy myślałam o tym, jakie to znaczące.
Nasze gatunki są sobie zaślubione w śmierci.
Od czasu do czasu podczas tej długiej podróży przyglądałam się twarzom na najbliższym transportowcu, wypatrując mojego brata, Amiela, by do niego pomachać. Dodawało mi to otuchy, a myślę, że jemu jeszcze bardziej. Nie był wojownikiem i ta żegluga do okupowanej Gallardii przerażała go jeszcze bardziej niż innych niedoświadczonych młodzieńców, więźniów i starców, z którymi dzielił pokład.
Zobaczyłam go wkrótce po zajściu z goblinem i kobietą.
Miał na sobie elegancki aksamitny dublet w szaro-srebrzystym kolorze, a przy pasie nosił ceremonialny miecz. Nie przeszedł wojskowych prób, ale jako syn księcia podlegał obowiązkowi służby. Został więc nadliczbowym żołnierzem. Przydzielono go do czarownika, by wykonywał wszystkie zadania, które zleci mu jego tymczasowy pan.
Nie chodziło o byle czarownika, który wywołuje niewielkie pożary, tka iluzje, warzy miłosne mikstury czy tworzy tatuaże niekoniecznie chroniące przed pomniejszymi klątwami. Fulvir był chyba najpotężniejszym magiem w Ziemiach Korony, a z pewnością najsilniejszym z tych, którzy otwarcie walczyli po naszej stronie. Gobliny znały go, obawiały się i pragnęły jego śmierci. Mój braciszek nie chciał walki, ale również zmierzał na wojnę, co wcale mi się nie podobało.
Dokładniej przyjrzałam się Amielowi.
Co on ma we włosach?
Białe wstążki urodzinowe!
A więc był czwarty dzień Traw.
– Co za pojebane osiemnaste urodziny – mruknęłam.
– Czyje? – spytał kapitan. – Twoje?
– Na pewno nie twoje – odparłam, a on roześmiał się szaleńczo, jak mieli w zwyczaju żujący rychłoliść.
Nie miałam osiemnastu lat.
Właśnie skończyłam dwadzieścia.
Amiel stał na dziobie swojego okrętu, Pani Gaju, i pisał coś na tabliczce, którą z trudem chronił przed rozbryzgami wody – ocean wciąż był niespokojny. Wiedziałam, że wymiotował przez kilka dni po wypłynięciu z Ispanthii. Mnie również męczyła choroba morska, ale tylko pierwszego dnia. W takich chwilach najlepiej być na pokładzie. Ale dzisiaj wydawało się, że jest w dobrej formie. Martwiłam się o niego, jak mogłoby być inaczej?
Był moim Chichúnem.
No cóż, naszym.
Wszyscy nazywaliśmy go Groszkiem, ponieważ jako jedyne z czwórki dzieci księcia Bragi urodził się łysy. Pozostali z nas przyszli na świat z rzadkimi czarnymi włosami, które wkrótce wypadły, a następnie odrosły znacznie gęstsze. Chichún był mój. Pamiętam, jak z trudem go nosiłam, kiedy miał dwa latka, a ja zaledwie cztery. Opowiadałam wszystkim, że Chichún to moje dziecko.
Wtedy po raz ostatni pragnęłam być matką.
Amiel nie tylko pisał – wykrzykiwał swój poemat w stronę delfinów, które wyskakiwały z wody za statkiem. To był dobry tekst, o Mithrenorze, bogu morza. Długie włosy Amiela powiewały na wietrze, dzięki czemu wyglądał bardzo romantycznie.
Co za pojeb wymyślił, żeby ciągnąć takiego chłopca na wojnę?
No i dlaczego u boku czarownika?
Wiedziałam, że Fulvir, zwany Fulvirem Wiążącym Błyskawice, pomógł stworzyć bojowe kruki, które teraz znajdowały się w ładowni pod moimi nogami. Ze względu na używanie czarów mieszających kości nazywano go także Fulvirem Ojcem Wynaturzeń. Powiadano, że jest obłąkany, ale wszyscy mieszkańcy jego ojczyzny, Molrovii, sprawiali wrażenie częściowo szalonych i mówili językiem kłamstw. Dlaczego mój Amiel został przydzielony do takiego człowieka? Mógłby służyć u naszego brata Pola, który był generałem. Choć, gdyby dołączył do najstarszego brata, Migaéda, byłoby gorzej, ponieważ ten… miał problemy.
Zaciągnęłam się do eksperymentalnej jednostki, żeńskiej pierwszej lanzy Kruczych Rycerzy Jego Królewskiej Wysokości. Miałyśmy sprawdzić, czy nasze ptaki potrafią zabijać gobliny. Chociaż starałyśmy się je wytresować, na razie zdążyły pokazać, że doskonale sobie radzą z zabijaniem nas. Oczywiście moje ptaki jeszcze mnie nie zamordowały, ale widziałam, jak jeden kruk zabił swoją panią. Trzeba przyznać, że zadał jej szybką śmierć, ale trudno było na to patrzeć, jeśli ktoś nie znał tajemnic Panny Młodej.
Zauważyłam, że kilka włóczniczek z Pani Gaju śmieje się nieprzychylnie, patrząc na Amiela recytującego poezję. Ruszyły chwiejnym krokiem w stronę dziobu. Wyraźnie miały złe zamiary, a ja uznałam, że kobiety w ich wieku, które jeszcze nie zostały poddane musztrze, muszą być więźniarkami.
Wiedziałam, że głośne gwizdanie może być użyteczne, więc nauczyłam się tego już jako młoda dziewczyna. Teraz zagwizdałam i wiele osób na pokładzie obejrzało się na mnie, wliczając włóczniczki. Podwinęłam lewy rękaw, żeby pokazać im tatuaż z mieczem oplecionym trzema kwiatami. Zapewne byłam za daleko, żeby mogły policzyć kwiaty, ale rozpoznały ten symbol i zrozumiały, że szkoliłam się w sztuce Calar Bajat u arcymistrza szermierczego. Popatrzyłam na nie znacząco, dając im do zrozumienia, że je zapamiętam. Amiel dopiero teraz mnie zobaczył i mi pomachał. Opuściłam rękaw i odpowiedziałam na pozdrowienie. Następnie posłał mi zamaszysty pocałunek, który również odwzajemniłam, choć bardziej dyskretnie. Nie przepadam za wielkimi gestami, lubię konkrety.
Włóczniczki znalazły sobie lepszy cel.
Później próbowałam sobie przypomnieć poemat, który wykrzykiwał w stronę delfinów, ale nie potrafiłam.
– Co to za szczeniak? – spytała Inocenta.
Będziecie często słyszeć o Inocencie, mojej najlepszej przyjaciółce, jeśli nie liczyć rodzeństwa. Była niższa ode mnie – chociaż wcale nie jestem wysoka – za to krępa, o silnych rękach i nogach. Ludziom najbardziej zapadały w pamięć jej rude włosy, ponieważ to rzadki kolor w Ispanthii. Chyba że ktoś miał okazję walczyć z nią podczas szkolenia. Tacy szczęśliwcy pamiętali przede wszystkim, iż tak szybko wywijała toporem, że trzeba było stale obserwować jej ramiona, a nawet jeśli prawidłowo trzymało się tarczę, uderzała w nią z taką mocą, że ręka drętwiała aż po mostek, a kolejne ciosy następowały po sobie tak szybko, jakby klaskała w dłonie. Mimo wszystko przeważnie z nią wygrywałam, chociaż rzadziej niż z pozostałymi. Ale to na szkoleniu. Wolałabym nie walczyć z nią na śmierć i życie. W Inocencie było coś zwierzęcego.
– To mój brat – odpowiedziałam.
– Amiel.
– Tak.
– Wiedziałam.
– Skąd?
– Ponieważ ten drugi jest generałem, a ten chłopak ma w sobie tyle z generała co moje cycki.
– Mam trzech braci. A ty nie masz cycków, odcięłaś je.
– Twoje też odetnę.
– Może gdybyś była szybsza.
– Przypomnę ci te słowa, kiedy będziesz je podnosić z ziemi. Twój trzeci brat też jest generałem?
Był sikst-generałem, czyli nie dowodził wojskiem, ale nosił elegancką zbroję bez żadnych wgnieceń. Generałem od burdeli i pozowania do portretów.
– Nie takim prawdziwym.
– Czyli kim jest?
Przez chwilę zastanawiałam się, jak opisać Migaéda.
– Pechowym hazardzistą.
Ktoś na pierwszym transportowcu zaczął wołać.
– Ziemia, ziemia!
Zbliżaliśmy się do brzegów Gallardii.
Inocenta popatrzyła na horyzont.
– Jak my wszyscy – stwierdziła.
Przed zejściem na ląd musiałyśmy nakarmić ptaki.
Stają się nieprzyjemne, gdy są głodne.
Kiedy otworzyłam właz i zaczęłam schodzić w ciemność, uderzył mnie smród. Nie chodziło tylko o woń osiemdziesięciu ośmiu ptaków, które przypominały kruki o rozmiarach jeleni – do tego zdążyłyśmy przywyknąć. Nie chodziło także o odór ich odchodów, potęgowany przez ciepło i brak świeżego powietrza. Nie, najgorsze było ich pożywienie, które gniło w beczkach. Po kilku tygodniach na morzu kawałki mięsa kóz, owiec i psów, owoce i spleśniałe herbatniki oraz ryby, które wpadły w nasze sieci, zmieniły się w gulasz, jaki nawet diabły w piekle wstydziłyby się podać potępionym. Ale te ptaszyska, spokrewnione z krukami i gawronami, w głębi serca były padlinożercami i miały żołądki mocne jak kowadła. Oczywiście wolały świeże mięso, a zwłaszcza podroby, które najlepiej im służyły, ale teraz, wygłodniałe, pragnęły świństw kiszących się w beczkach.
Wiedziałam, że będę musiała umyć ręce po ich nakarmieniu.
– Jedzenie – odezwał się jeden z ptaków typowym dla nich chrapliwym głosem.
Kilka kolejnych mu zawtórowało. Któryś nawet powiedział „Galva” – to mój przystojniak Bellu, chyba najsilniejszy z nich, chociaż nie jestem obiektywna. Dalgatha, moja chuderlaczka, dodała: „dom Braga, Galva dom Braga”, ponieważ była najbystrzejsza i potrafiła zapamiętywać długie imiona. Czasami zastanawiałam się, czy mój ojciec, Roderigu Elegius dom Braga, książę tej zamożnej prowincji, okaleczony podczas pierwszej goblińskiej wojny, poczułby się urażony, gdyby usłyszał nasze nazwisko wydobywające się z dzioba, który za chwilę miał spożywać coś tak paskudnego. Może mniej urażony, niż gdyby zobaczył, jak jego córka to coś serwuje.
Wtoczyłam pierwszą beczkę i złapałam za łopatę.
Pracowałyśmy z bojowymi krukami przez niemal rok, zacieśniając więzi ze swoimi parami, ale czasem się nimi wymieniałyśmy, by śmierć rycerki nie oznaczała, że jej ptaki trzeba zabić. Karmiłyśmy kruki na zmianę, dzięki czemu wiedziały, że każda z nas jest przynajmniej użyteczna. Dla swoich własnych ptaków byłyśmy mieszanką rodzica, nauczyciela i towarzysza broni. A przynajmniej lubiłam myśleć, że właśnie tak mnie postrzega moja parka, Bellu i Dalgatha.
Albo chociaż Bellu.
– Galva to suka – powiedział Richu, zwariowany samiec Inocenty.
Słyszałam, jak go tego uczyła. Nie miałam jej za złe, ponieważ słyszałam także, jak Richu mówi: „Inocenta to suka”. Czasami miecz rani także swojego właściciela. Richu najczęściej mówi: „Au”, nie dlatego, że coś go boli, ale dlatego, że często powoduje, iż ludzie wypowiadają to słowo, więc się go nauczył. Lubi sprawiać drobne cierpienie. Oczywiście ostre, stwardniałe dzioby bojowych kruków są w stanie przebić kolczugę i zedrzeć mięsień z kości – chwycić, wykręcić i szarpnąć. Ptaki, które poważnie atakują swoje właścicielki, rzeczywiście się zabija, więc przeżywają tylko te, które nie robią nam krzywdy, i one dobrze o tym wiedzą. Ale Richu potrafi boleśnie uszczypnąć przez skórę albo kolczugę, sprawiając ból i pozostawiając siny ślad. Człowiek wtedy wołał: „Au”, a kruk mu wtórował, jak przystało na okrutnego złośliwego idiotę. Pełne imię ptaka brzmiało Censerichu, ponieważ często paskudnie pierdział, zasmradzając otoczenie niczym chłopak z kadzielnicą, chociaż tego kadzidła nikt by nie kupił na rynku.
Zbliżał się zmierzch i zostałam na pokładzie, zamiast zejść na dół, żeby grać w Polowanie na Damę z pozostałymi żołnierkami lanzy, mimo że lubiłam tę grę karcianą bardziej niż Wieże, które zmieniają ludzi w diabły. Z powodu Wież rozlewa się wiele krwi, widziałam to na własne oczy. Nikt nie ginie podczas Polowania na Damę, ponieważ nigdy nie gra się w to na pieniądze, przynajmniej w dobrym towarzystwie.
Poza tym na pokładzie znajdowała się nasza dowódczyni, Nouva.
– Piękny zachód słońca – powiedziała, zapraszając mnie do rozmowy. Nie wolno nam zagadywać naszych przełożonych o trywialne sprawy, ale jeśli to oni odezwą się pierwsi, możemy mówić swobodnie, a ona wyświadczyła mi tę przysługę. Zresztą miała rację, niebo zrobiło się fioletowe nad powierzchnią morza, które wreszcie się uspokoiło i przypominało metal albo macicę perłową. Tu i ówdzie unosiły się obłoki. Nie jestem poetką jak Amiel, ale wiedziałam, że takie niebo zasługiwało na jego słowa, a nie moje.
– Bardzo piękny – zgodziłam się.
Nouva także była piękna na swój sposób. Nie jak dziewica w kwietnej koronie i nie w romantycznym znaczeniu tego słowa, ale tak jak właściwe narzędzie, które cieszy oko robotnika. Jej ciemna skóra i niebiesko-czarne włosy wskazywały na pochodzenie z gór Ispanthii, gdzie w ludziach wciąż płynie krew dawnego imperium keshyckiego. Wyglądała jak drewniana rzeźba o ostrych kościach policzkowych i szlachetnym wąskim nosie. W mojej rodzinie również pojawiają się takie cechy, ale mamy znacznie jaśniejszą, rozmytą karnację. Nasze oczy są pospolicie niebieskie, nie mają barwy cesarskiego złocistego brązu.
Była ode mnie o dziesięć lat starsza i walczyła w Wojnie Młocarzy. Goblin odgryzł jej lewy kciuk, ale wciąż mogła trzymać tarczę i swobodnie dowodziła ludźmi. Jej ptaki nazywały się Żarłok i Gwizdek. Żarłok był nieco zbyt łagodny jak na tę pracę. Gwizdek wręcz przeciwnie, podobnie jak jego pani. Nouva nigdy nie wyszła za mąż, a raczej należy powiedzieć, że poślubiła miecz i tarczę. Zastanawiałam się, czy ja też mogę podążyć taką ścieżką. Wolałabym to od wydania za jakiegoś zamorskiego księcia, by pół tuzina razy wyć w połogu, a potem, jeśli to przeżyję, nadzorować kucharzy i służących oraz przymykać oko na zdrady i paskudne maniery męża, który będzie mnie kochał mniej niż swojego ogara.
Nouva Livias Monçera była lanzamachurą, czyli główną włóczniczką. Niewiele z nas używa włóczni, ale lanza to także oddział. Wybaczcie, jeśli zanudzam was wojskową gadką, postaram się tego nie robić. Ale kilka spraw domaga się wyjaśnienia. Kiedy mówię: „lanza”, mam na myśli prawdziwą włócznię albo jednostkę złożoną z pięćdziesięciu do stu żołnierzy. Kiedy mówię: „daguera”, mogę mieć na myśli sztylet albo jednego z dowódców podlegających lanzamachurze. Inocenta była pierwszą daguerą, kolejną w hierarchii po Nouvie. Ja byłam drugą daguerą, chociaż nie miałam doświadczenia bojowego. Zaproponowano mi to stanowisko ze względu na moje urodzenie, ale gdybym interesowała sie stopniami wojskowymi, nie zgłosiłabym się do tej jednostki. To właściwe, by dowodziła osoba, która brała udział w walkach. Dołączyłam do tego koszmarnego eksperymentu wbrew życzeniom ojca, by zapomnieć, że jestem córką księcia Bragi, a nie po to, by wykorzystywać to jako swoją przewagę.
Chciałam sprawdzić swoje umiejętności i służyć.
Płynęłam do Gallardii, by zabijać gobliny, ponieważ one zabiły nasze konie.
Nasza rodzina miała wiele koni, zanim goblińska plaga, którą nazywamy chwiejnicą, zupełnie jakby była czymś niepoważnym, nadeszła i zabrała je wszystkie. No cóż, prawie wszystkie.
– Słyszałam, że twój brat Pol po śmierci Jabata został trzecim najważniejszym człowiekiem w całej Zachodniej Armii.
– Wysłał do mnie list, w którym pisze to samo.
Miesiąc temu przegraliśmy bitwę pod Orfay i to z kretesem. Mój brat wiedział o tym więcej niż inni i wszystko mi opisał. Dostałam jego list tuż przed wejściem na pokład. Oto jego treść.
Najdroższa Galvito!
Jestem taki podekscytowany, że znów Cię zobaczę po tylu latach, choć okoliczności oczywiście mogłyby być korzystniejsze. Wiem, że nasze liczne obowiązki nie pozwolą nam spędzać ze sobą tyle czasu, ile byśmy chcieli, ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, abyś mogła odwiedzać mnie w namiocie, gdy będzie to umożliwiał nasz harmonogram. Jeśli mogę jakoś pomóc Tobie albo naszemu Groszkowi, proszę, daj mi znać za pośrednictwem dowolnego wojskowego gońca albo członka Gildii Gońców, jeśli tylko będą dostępni, a ja pokryję koszty.
Twoja flotylla ma przybyć do portowego miasteczka Espalle, które niedawno odbiliśmy. Niedługo znajdowało się w rękach goblinów, ale i tak przygotuj się na to, co tam zobaczysz. Kiedyś to było ładne miasto i miejscami wciąż takie jest, ale Nasi Przyjaciele są morderczą plagą, która niszczy wszystko, czego się dotknie, niech Sath ich spopieli.
Mam dla Ciebie wieści.
Za sprawą godnej pożałowania śmierci generała Jabata, niezwykle dzielnego człowieka, który służył z ojcem w Wojnie Rycerzy, w starych dobrych czasach kawalerii, kiedy wyprzedzaliśmy kąsaczy na każdym polu bitwy i tratowaliśmy ich kopytami, zostałem awansowany z quarut-generała na terce-generała, a moje obowiązki znacznie się zwiększyły. Nie pragnąłem tego, ale król i jego Rada Filarów uważają, że przyda się nieco młodej krwi i świeżych pomysłów. Nie czuję się ani młody, ani świeży, gdyż ciąży na mnie klęska pod Orfay. Czuję wstyd, a zarazem ulgę, że moje oddziały przybyły za późno, w przeciwnym razie byłbym martwy, tak jak Jabat i prima-generał dom Lubezan, główny dowódca zachodnich armii. Lubezana ma zastąpić pewna terce-generał, która odniosła kilka zwycięstw na wschodzie, osoba zasłużona, a nie wysoko urodzona, którą wszyscy nazywają Pragmatyczką.
Mam nadzieję, że zdoła coś zmienić.
Jeśli mam być szczery, przegrywamy.
Orfay to była największa klęska od czasu Wojny Młocarzy.
W tym miejscu przerwę i powiem, że druga wojna z goblinami, zwana Wojną Młocarzy, zapadła mi w pamięć, choć byłam zbyt młoda, by ją zobaczyć.
Walki toczyły się głównie w Gallardii, podobnie jak teraz, ale oczywiście rozlały się także na Unther, Ispanthię i inne Ziemie Korony, które nazywamy Ludzkimi Krainami. Mój ojciec, ze względu na to, kim jest, zawsze jako jeden z pierwszych dowiadywał się o porażkach naszych wojowników, a było ich niemało.
Pamiętam żółte tuniki chłopców z Gildii Gońców, którzy pojawiali się pod bramą posiadłości, gdy byłam jeszcze dziewczynką. Przynosili wieści przeznaczone dla mojego ojca, wypijali pojedynczy łyk wody i gnali tam, gdzie akurat przebywał. Można ocenić pilność wiadomości po tym, czy gońcy w upalny dzień zatrzymują się, by napić się wody, ochłodzić i osuszyć.
Oni tego nie robili, a ja po raz pierwszy coś takiego widziałam.
Ale nie ostatni.
Pamiętam, jak spytałam o to swoją holtyjską guwernantkę, Nunu. Wojna już trwała, a my wysłaliśmy na front pierwszych mężczyzn, nawet dzieci o tym wiedziały. Ale jako że inicjujący konflikt, zwany Wojną Rycerzy, skończył się po naszej myśli, wszyscy sądzili, że tym razem będzie podobnie. Wtedy jeszcze nie używaliśmy nazwy Wojna Młocarzy, ponieważ wciąż nie musieliśmy posyłać do walki rolników z cepami, by padali trupem jak ścinane zboże.
Tak jak wielu dzieciom, śniły mi się gobliny.
Oczywiście wciąż mi się to zdarza.
Ale teraz te sny są bardziej zgodne z prawdą.
– Bałabyś się spotkać goblina, Nunu? – spytałam tamtego dnia, gdy pojawili się pierwsi gońcy.
– Nigdy żadnego nie spotkam – odparła moja guwernantka. – Ty też nie.
– Skąd wiesz?
– Ponieważ gobliny nie pojawiają się w Ispanthii. A zwłaszcza w Bradze.
– A jeśli to zrobią?
– Wtedy popełnią straszliwy błąd, ponieważ twój ojciec je zabije.
– Nie da rady ich zabić, prawda? Przez nie podpiera się dwiema laskami.
– Więc wyśle swoich ludzi, aby to zrobili.
– Tak jak to się dzieje w Gallardii?
– Właśnie.
Wracając do listu, oto co Pol pisze w sprawie Orfay:
Nasze wojska najpierw usłyszały dźwięk karnyksu, osobliwego rogu, w który gobliny dmą, by nas wystraszyć. Usłyszałem ten odgłos z daleka i czasem wciąż go słyszę w nocnych koszmarach.
Jeden z ich czarowników posłał w niebo goblińskie symbole, które sprawiały, że nasi żołnierze źle się czuli. Nie był w stanie bezpośrednio skrzywdzić naszej armii, odzianej w kolczugi i stalowe zbroje, które tłumią magię, ale umieścił symbol wysoko na niebie. Zanim rozeszła się wieść, abyśmy nie patrzyli w górę, jedna trzecia naszej ciężkiej piechoty wymiotowała i nie mogła utrzymać się na nogach. Potem zaatakowali nasze linie za pomocą ghalli, straszliwych istot, które hodują z ludzi, zwiększając ich rozmiary i siłę. Są one blade jak ryby i na wpół ślepe, wysokie na osiem stóp i napojone mykologicznymi wywarami, między innymi bożomlekiem, ich paskudnym eliksirem rozkoszy, który zabarwia białka oczu na żółto i zniewala umysł. Wyobraź sobie te ważące ćwierć tony olbrzymy, które nie czują bólu, są opancerzone od stóp do głów i wymachują potężnymi młotami oraz dwuręcznymi mieczami, jakich żadne z nas nie dałoby rady podnieść, a co dopiero używać. Wbiły się w nasze oddziały w chwili, gdy chłopcy i dziewczęta właśnie zwracali śniadanie i mieli nogi miękkie jak źdźbła traw. Kiedy szeregi zostały rozbite, pojawiły się ostrokoły, rydwany ciągnięte przez bojowe dziki i wyposażone w ostrza umieszczone na wysokości piszczeli. Jechali nimi kąsacze, którzy szyli z kusz lub dźgali włóczniami. Słyszałem, że uczycie się z nimi walczyć. Mamy nadzieję, że Wasze kruki będą potrafiły atakować je od flanki albo z nieba.
Na Satha Wszechwidzącego, przyda nam się każda przewaga.
Zbliża się kolejna bitwa. Wielkie miasto Goltay jest zagrożone, a jeśli upadnie, zginie więcej ludzi niż na równinach Orfay. Zachodnia Armia pomaszeruje, by zapobiec jego upadkowi lub je odbić. To starcie może zdecydować o losach wojny i o tym, czy Gallardia zostanie wyzwolona, czy raczej Ispanthia dołączy do niej w niewoli.
Nie będę ukrywał, że wolałbym, abyś nie przyjechała.
Twoja ranga zapewnia Ci pewne przywileje, król wie, że krew wielkich domów musi przetrwać. Jestem przekonany, że jako jedyna zdatna do wydania córka księcia znajdziesz dobrą partię, pomimo wrażenia, jakie zrobiłaś na synu króla Conmarra, gdy przyjechał zabiegać o Twoje względy trzy lata temu.
Ponownie przerwę czytanie listu i wyjaśnię, że ten Durwain, trzeci syn króla Conmarra z Holtu, zaczepił mnie w przerwie między zajęciami w akademii szermierczej Calar Bajat. Nalegał, przy wsparciu mojego ojca, abym się z nim spotkała. Zaproponował wspólny posiłek nad pobliską rzeką. Potraktowałam go grzecznie. Inni uczniowie oczywiście byli pod wrażeniem jego wizyty, ponieważ holtyjscy książęta rzadko pojawiali się w Ispanthii. Spodobali mi się muzycy, których przywiózł ze sobą, a także to, w jaki sposób ze mną rozmawiał, przynajmniej na początku. Przepiórka była smaczna. Cydr również nie najgorszy, podobnie jak jabłkowa brandy, chociaż wolę wino, ale holtyjski ziąb oszczędza tylko nieprzyjemnie kwaśne winogrona. Durwain powiedział, że doskonale porozumiewam się w jego mowie, a ja odparłam, że jeśli to prawda, to cała zasługa leży po stronie Nunu, mojej guwernantki, która pochodzi z Holtu. Pochwaliłam jego miętowy kaftan z jedwabiu, całkiem elegancki, jeśli kogoś obchodzą takie rzeczy. Kiedy odprawił muzyków, powiedziałam, że powinnam wrócić do swojej sali sypialnej. Nalegał, abym została, więc niechętnie się zgodziłam. Kiedy wykorzystał moje niedoświadczenie i próbował się do mnie dobierać, stało się dla mnie jasne, że więcej czasu poświęcił na sztukę uwodzenia niż na walkę wręcz, gdyż jego mięśnie były wątłe jak wstążki. Muszę mu przyznać, że miejsce nad rzeką, które wybrał, było urokliwe. Wciąż pamiętam, jak pochylał się nad wodą i broczył krwią ze złamanego nosa obok rozbitej butelki cydru i ślicznej wierzby. Pamiętam także rosnące tam pałki i ostróżki. Wróciłam do domu nietknięta, nie licząc drobnego śladu na kolanie po jego zębie, którego potem podobno stracił.
Mój ojciec wysłał przeprosiny do króla Holtu, tłumacząc, że to przykre, iż książę poślizgnął się i zrobił sobie krzywdę, a on powinien był go ostrzec, jak zdradliwy potrafi być ten brzeg rzeki. Król Conmarr odpowiedział, że jego syn musi się nauczyć, jak odróżniać suchy grunt od śliskiego, i postępować odpowiednio do terenu, na którym się znajduje.
Durwain zginął w zasadzce na początku trzeciej wojny. Kolejna trzydziestka jego strażników została wycięta w pień, gdy próbowali ochronić jego ciało przed zabraniem.
Nie udało się im.
Wracając do listu Pola:
Siostrzyczko, nigdy nie byłem w gorszym miejscu i nie piszę tego po to, by Cię wystraszyć, ponieważ wiem, że niełatwo to zrobić, ale chcę szczerze i bez ozdobników opisać, co Cię czeka. Kąsacze postrzegają ludzi jako zwierzęta, a kiedy nas chwytają, nie okazują nawet odrobiny miłosierdzia, jakie my mamy wobec siebie podczas wojny. Nie żądają okupu od naszych rodzin, nie opatrują naszych ran. Nie znajdziesz żadnych relacji z pobytu w ich więzieniach, ponieważ przypominają one obory dla bydła i nikt z nich nie wraca. W miastach, które straciliśmy podczas Wojny Młocarzy, a które nie zostały zniszczone, obowiązuje Prawo Hordy, czyli mogą one rządzić się same, ale nie wolno w nich korzystać z broni, zbroi ani nawet metalowych narzędzi. Miasta te są zobowiązane oddawać podatek ze swojej populacji, przekazując jednego na dziewięć mieszkańców do ludzkich farm, najlepiej osoby, które jeszcze nie miały dzieci. Po osiągnięciu dojrzałości płciowej każdy obywatel otrzymuje cięcie Hordy, gdy przecina się ścięgno w udzie jego dominującej nogi. Tak okaleczony człowiek może chodzić, pracować i uprawiać ziemię, ale nigdy nie będzie w stanie szybko biegać ani skakać. Długi marsz go wycieńczy, a ból nie pozwoli mu utrzymać równowagi. Jak więc widzisz, pod Prawem Hordy jesteśmy jak udomowione bydło, które ma się samo żywić i rozmnażać. Każde miasteczko, które nie spełnia oczekiwań kąsaczy, jest natychmiast wyrzynane.
Dowództwo zastanawia się, dlaczego gobliny tym razem są tak nieustępliwe. Niektórzy uważają, że na ludzkich farmach szerzy się zaraza nasienia, więc kąsacze szukają świeżej krwi. Inni twierdzą, że ich widzący poinformowali Imperatrix oraz jej radę generałów, że wojskowa przewaga Hordy jest tymczasowa, a ludzie wkrótce poczynią postępy w sztuce wojennej lub magii, lecz dopóki wróg ma nad nami przewagę w polu, Gallardia będzie okupowana, a Ispanthia musi się wykrwawiać.
Podoba mi się ta teoria i mam nadzieję, że to prawda.
Oczywiście Ispanthia i pozostałe Dalekie Sztandary walczą, by obronić te części Gallardii, które jeszcze pozostają wolne. Nawet w takim miejscu można znaleźć drobne przyjemności, co jest też moim udziałem. To była piękna kraina, może nawet piękniejsza od Ispanthii, jeśli wolno mi wygłosić taką herezję – ale w miejscach, które dotknęła wojna, królują śmierć, zniszczenie i choroby, a wśród ocalałych panuje namacalna rozpacz, która jest w stanie wniknąć w Twoje kości i odebrać Ci pewność siebie.
Ale taka jest rola bogów, czyż nie?
Mają nas podnosić, gdy jesteśmy złamani, i umacniać, gdy krwawimy wiarą.
Czeka nas ważne zadanie, a dzięki światłu i ciepłu Satha w naszych sercach jeszcze możemy zwyciężyć i odepchnąć Hordę co najmniej do granic ustanowionych za sprawą ostatniego traktatu, a być może nawet wyrzucić ją z Gallardii. Sath jest wielkim wrogiem goblinów, jego światło płonie na obrzeżach ich ciemności i z pewnością je przepędzi, tak jak słońce, które po długiej nocy odbiera to, co do niego należy. Niektórzy powiadają, że Skarbce Tajemnic w świątyniach Satha kryją w sobie fragmenty samego słońca, które płoną chwałą, jaką mogą oglądać tylko kapłani. Słyszałem pieśń o tym, że Sath pewnego dnia uzna, iż wystarczająco się wycierpieliśmy, i nauczy kapłanów przekuwać te fragmenty słońca w broń z oślepiającego światła. Czy właśnie tego boją się goblińscy widzący?
Nie wiem, ile jeszcze Gallardia może wycierpieć.
Być może dźwiga najcięższe brzemię, ponieważ czci tak wielu innych bogów przed Sathem.
Być może właśnie dlatego Ispanthia wygrała Wojnę Rycerzy i mniej ucierpiała w Wojnie Młocarzy – my oczywiście też czcimy innych bogów, zwłaszcza na wsi, ale przynajmniej w cywilizowanych miejscach, takich jak nasza szacowna stolica Seveda, oraz w bogatych krainach nadzorowanych przez naszego ojca, Sath zasiada u szczytu stołu.
Wierzę, że z pomocą Jasnego możemy zwyciężyć. Musimy. Cóż innego nam pozostaje – wycofać się do Ispanthii i czekać, aż tam też po nas przyjdą? Zrobią to, jeśli tutaj ich nie powstrzymamy. Przed zimą spróbują przekroczyć Błękitne Góry i zaprowadzić Prawo Hordy w ispanthiańskich miastach, najpierw na północy, a potem wszędzie.
Rozumiem potrzebę powoływania kobiet, starców oraz osób o łagodniejszej naturze.
Ale wolałbym walczyć, nie martwiąc się cały czas o Ciebie i Chichúna.
Znajdź mnie, siostrzyczko.
Wspomogę Cię, jak tylko będę potrafił.
Twój na zawsze,
Pol dom Braga
Przeczytałam wam ten list, ponieważ Nouva zapytała mnie o awans mojego brata. Wróćmy teraz na pokład Sztyletu Królowej Deszczu, ostatniego wieczoru przed zejściem na ląd, podczas wyjątkowo pięknego zachodu słońca.
– Poznałam go – stwierdziła Nouva, odnosząc się do Pola.
– Tak?
– W Sevedzie. Bardzo miły. Przypomina mi Żarłoka.
Roześmiałam się, ponieważ też dostrzegłam to podobieństwo. Kruk Nouvy, Żarłok, podobnie jak mój brat był potężny i silny, ale nie zawsze wystarczająco szybki, by się obronić, gdy inne ptaki walczyły o przewagę. Ale uważałam, że Pol może tylko awansować. W końcu był taki kompetentny i silny. Do tego uczciwy i prawdomówny, a takie cechy muszą wystarczyć.
Jakże mało wiedziałam o świecie.
Nouva i ja przez jakiś czas rozmawiałyśmy. Nocne ptaki pokrzykiwały, nieznane istoty poruszały się w wodzie, aż w końcu niebo stało się granatowe i równie ciemne jak morze. Dowódczyni zeszła pod pokład do swoich twardych i dzikich podwładnych, a ja zostałam z wiatrem i gwiazdami. Nocne niebo nigdzie nie wygląda tak, jak na morzu, chociaż mówią to samo o pustyni, a nigdy żadnej nie widziałam.
Nad horyzontem na zachodzie lśniły Oczy Nerêne, dwie gwiazdy koloru ametystu. Latem zawsze wznoszą się wysoko na niebie. Nerêne to najpopularniejsza z wielu bogiń, których domeną jest miłość, więc oczywiście pochodzi z Gallardii.
Gallardia była krainą sztuki, jedzenia i rzeźby. Każdy szanujący się dwór zatrudniał gallardiańskiego kucharza, portrecistę lub instruktora tańca. Gleba nigdzie nie była równie płodna i czarna, może za wyjątkiem Untheru. Wino nigdzie nie było tak smaczne, może poza niektórymi odmianami z Ispanthii, które moim zdaniem nie mają sobie równych. Ale wiem, że mogę nie być obiektywna. Najbardziej lubię wina tak ciemne, że aż nieprzejrzyste, i tak wytrawne, że niemal palą gardło, a o takie cechy łatwiej w suchej, gorącej i brązowej Ispanthii z jej kredową glebą.
Wina z Gallardii są lżejsze i słodsze, chociaż niektóre z południa dorównują tym z mojej ojczyzny. Według pieśni tamtejsze wina należy spijać z ciał kochanków. W każdym większym mieście stoją świątynie poświęcone Nerêne. Nie mają tam własnego boga wojny ani śmierci, lecz zapożyczają te bóstwa od nas oraz Untheru i wysp Archipelagu Gunnickiego.
Nic dziwnego, że gobliny wyruszyły do miękkiej i ślicznej Gallardii.
A teraz my też tam płynęliśmy.
Zawinęliśmy do Espalle, średniej wielkości miasteczka ze spokojną, głęboką przystanią. Jej jaskrawo pomalowane domy i posiadłości wybudowano na łagodnych wzgórzach, które półksiężycem obejmowały zatokę. Po wschodniej i zachodniej części miasta urwiska Espalle bieliły się na tle błękitnego nieba i ciemniejszego morza. Na Wyspie Krabów na wschodzie wciąż wznosiła się latarnia morska, która jednak już nie świeciła i nie ostrzegała okrętów przed skałami, które nazywano Wdowimi Zębami. Sterczały one z wody po drugiej stronie wschodniego klifu, widoczne z pokładu, ale nie z samego miasteczka. Na zachodnim urwisku zobaczyliśmy fortecę. Później dowiedzieliśmy się, że zwą ją Bębnem i rzeczywiście wyglądała, jakby ktoś mocno w nią bił. Jej północna ściana się zawaliła, podkopana przez saperów z goblińskiej Hordy, a wapienne mury były osmalone w miejscach, w których spłonęły parkany. Dalej na zachodzie zauważyłam amfiteatr, który pochodził jeszcze z czasów keshyckich, a także dziwaczne olbrzymie twarze.
Wyrzeźbiono je bezpośrednio w zboczu góry; miały proste rysy i za duże oczy. Zgadywałam, że to dzieło dawnych plemion, które żyły tutaj, zanim Kesh ruszył na północ, budując drogi dla swoich słoni, niosąc matematykę, naukę i perspektywę w sztuce. Niedaleko mnie stała wojowniczka z mojej lanzy i patrzyła na mnie tak, jakby wiedziała, że rozmyślam o tych rzeźbach. To była Alisenne, której ojciec pochodził z Gallardii i należał do Gildii Gońców, a w młodości zasłynął wygrywaniem wyścigów. Byłam wyższa rangą, więc odezwałam się pierwsza.
– Wiesz, kim oni są?
– Rybakami z Espalle. To dawni bogowie. Wpatrują się w morze i czarami zapędzają ryby do sieci.
Mewy i rybitwy krzyczały, krążąc po niebie ponad urwiskami.
– Pewnie kąsacze nie spędziły tu wystarczająco dużo czasu, by oczyścić gniazda – zauważyła Alisenne. – Gobliny nienawidzą ptaków. To jedna z niewielu rzeczy, których się boją.
Miała w tej kwestii doświadczenie i zgłosiła się na ochotnika do naszej lanzy. Najlepiej z nas posługiwała się łukiem, a poza tym jako półkrwi Gallardianka, mogła się nam przysłużyć jako poszukiwaczka i tłumaczka.
Inocenta się uśmiechnęła. Miała paskudny uśmiech.
– Tak, chętnie przedstawię im nasze dzieci.
Pod pokładem kilka kruków głośno zakrakało, jakby wiedziały, że to o nich mowa.
Zacumowaliśmy, mocno obijając się o pomost.
Zabranie ptaków na brzeg nie było łatwe.
Kiedy zeszłyśmy po trapie, ustawiłyśmy się na placu Kotwic, w cieniu szubienic, na których wisieli straceni przestępcy. Na tym samym placu liczni ranni czekali na transport do domu. Nękali nas różnej maści żebracy, kurwy, a nawet dzieci, które próbowały sprzedawać nam talizmany sporządzone z goblinich zębów albo uplecione z ich bezbarwnych włosów. W końcu Nouva złamała nos natrętnej męskiej dziwce i wtedy dali nam spokój. Wciąż pamiętam, jak ścierała makijaż z knykci, co bardzo rozbawiło Inocentę, a ja zastanawiałam się, czy facet nie zakrywał nim jakiejś choroby skóry. Nouva potem pachniała jego perfumami, co także wzbudziło w Inocencie wielką wesołość.
Szłyśmy czwórkami po obu stronach kolumny kruków, ale gdy dotarłyśmy do węższych uliczek, musiałyśmy się rozdzielić, co było niezręczne.
Czterdzieści osiem kobiet, osiemdziesiąt osiem ptaków.
Większość z nas miała po dwa kruki, ale niektóre tylko jednego.
Zaczęłyśmy ze stu pięćdziesięcioma, ale niektóre ptaki zachorowały albo trzeba było je zabić – podczas długiego szkolenia w Galimburze jedna z nas została okaleczona, a inna zabita przez swojego kruka.
Oczywiście ludzie w miasteczku, którzy wyszli z ukrycia, chcieli zobaczyć ptaki. Już pojedynczo robiły one duże wrażenie, ale kiedy gromadziły się i poruszały w kolumnie, wyglądały wprost olśniewająco. Kiedy zamykam oczy, wciąż widzę ich czarne jak smoła pióra z niebieskimi refleksami, potężne zakrzywione dzioby oraz napierśniki, które nauczyły się tolerować – nawet Richu pozwolił się tak ubrać. Napierśniki lśniły w silnym świetle słońca. Ostrogi, które przytwierdziliśmy ptakom do łap, dziesięciocalowe ostrza, którymi mogły posiekać na kawałki wołu, czego byłam świadkiem, także jasno świeciły. Jedną z różnic pomiędzy tymi gigantycznymi bojowymi krukami a zwykłymi ptakami, z których wyhodowali je nasi magicy, był sposób, w jaki chodziły. Kruki i wrony są niezdarne na ziemi, chwieją się jak starcy albo podrygują. Ale naszym krukom zaszczepiono nieco krwi biegających ptaków z Axy, dzięki czemu wcale się nie chwiały.
Dumnie kroczyły.
Podobnie jak gobliny, już na pierwszy rzut oka wyglądały na zabójców.
Czasami ignoranci pytają, czy ich dosiadamy. Nawet gdyby to było możliwe, raczej nie pozwoliłyby na takie upokorzenie. Ich kości są na to za lekkie, choć zarazem zbyt ciężkie, by kruki mogły latać. Ale mogą wykorzystywać skrzydła do robienia potężnych skoków.
Gdyby nawet pewnego dnia wyhodowano większego kruka, nie chciałabym go dosiadać.
To nie są konie.
To nie są psy.
To corviscus i nie ma drugich takich istot.
Nikt nie wiwatował na nasz widok.
Wielu ludzi żebrało, ale nie miałyśmy przy sobie jedzenia, wszystko jechało na wozie razem ze zwykłym wojskiem, które przemaszerowało tędy wcześniej.
Trzecia wojna wchodziła w swój trzeci rok.
Gallardianie musieli niewyobrażalnie wiele wycierpieć. Wszyscy już przywykli do widoku powracających do domu żołnierzy – zdruzgotanych, poparzonych, bez nóg i palców, oślepionych lub doprowadzonych do obłędu przez rozmaite trucizny kąsaczy.
Ale nie byłam gotowa na widok okaleczonych i bezsilnych dzieci.
Nie przywykłam do tak dotkliwego głodu.
Niestety, głód nie był ich jedyną bolączką.
Wszystkim mieszkańcom Espalle coś dolegało. Kuleli przez podcięte ścięgna, sprawiali wrażenie starych, nawet mali chłopcy i dziewczęta, albo mieli przerzedzone włosy za sprawą smutku i choroby.
Tylko trochę mówię po gallardiańsku, ale że tutejsza mowa jest spokrewniona z językiem ispanthiańskim, co nieco rozumiem, więc nie wszystko mi umykało. Zobaczyłam małego brzdąca z dużą różową blizną w miejscu włosów, zupełnie jakby ktoś go oskalpował.
Chłopiec spytał swoją matkę, dlaczego nie niesiemy żadnych sztandarów.
– To nie jest parada – odpowiedziała i miała rację.
Odnosiłam wrażenie, że usłyszałam w jej głosie odrobinę nadziei, gdy zobaczyła ptaki. Ciekawe, ile razy ta iskra zapłonęła, by wkrótce zgasnąć. W Espalle mieli dobry port, więc niejedna armia schodziła tu na ląd i maszerowała przez miasto. A ono i tak upadło.
Co pomoże niecała setka kruków i pięćdziesiątka kobiet, w większości zielonych jak trawa? Wojskowi też się nad tym zastanawiali. Niektórzy uważali nasze ptaki za wielce obiecującą nową broń, jednak wśród dowódców wciąż nie brakowało ludzi starej daty, którym nie podobały się takie nowości, jak również całkowicie kobiecy oddział. Nawet między miastowymi kobietami-oficerami nie brakowało wątpiących w magię, która stworzyła nasze ptaki, a na wsi część ludzi potępiała czary.
Ale mieszkańcy Gallardii byli zbyt zdesperowani, by przejmować się, jakie prawa, boskie czy naturalne, złamano, by stworzyć kruki. A widząc nasze ptaki, nie mogli zakwestionować ich potęgi.
Pewna zdecydowanie za chuda dziewczynka wyrwała dłoń z uścisku matki i podeszła do Bellu, zamierzając pogłaskać go po dziobie. Mocno przytrzymałam postronek i odciągnęłam dziób ptaka, a matka w tej samej chwili podniosła dziewczynkę, pomimo jej protestów. Mała rzuciła coś w rodzaju: „Nie, mamo, one mają nas uratować, są naszymi przyjaciółmi!”.
Bellu rzeczywiście był przyjaźnie nastawiony, jak na kruka, ale blada ręka dziewczynki rozmiarem przypominała kończyny goblinów, które nasze ptaki nauczono szarpać i kaleczyć, więc nie wiedziałam, co się dzieje w głowie kruka, który zwrócił złociste oko w stronę dziecka i dwukrotnie zamrugał.
Ale nie skoczył na nią i to wystarczyło.
– Grzeczny Bellu, mój przystojniak.
Dalgatha szarpnęła swój postronek.
– Ty też – odezwałam się. – Chuderlaczka też jest grzeczna.
Chociaż miałam opory, by nazywać ją Chuderlaczką, zobaczywszy ocalałych mieszkańców Espalle.
Maszerując, wypatrywałam Amiela.
Miałam nadzieję, że mag, do którego go przydzielono, potraktuje go łagodnie i pozwoli mu mnie odszukać. Nikt nie kazał mi dbać o jego bezpieczeństwo, sama podjęłam się tego zadania. Obiecałam to Sathowi i powiedziałam mu, aby zabrał raczej mnie niż Amiela, jeśli jedno z nas musi umrzeć, lub pozwolił nam zginąć razem, jeśli obojgu jest pisana śmierć. Ale Sath to milczący bóg, przynajmniej wobec mnie, więc nie otrzymałam żadnego znaku, czy przystał na moją propozycję. Czasami myślałam o tym, a potem spoglądałam w niebo, licząc, że zobaczę jastrzębia bądź sokoła, które są jego wcieleniami. Raz wydało mi się, że widzę dużego jastrzębia, ale to był myszołów. Miałam nadzieję, że to przypadek, a nie znak. Miałam nadzieję, że Sath nie wie, że bardzo boję się śmierci, ale na pewno zdaje sobie z tego sprawę. Pewnie dlatego nie wysłał sokoła, by pocieszyć mnie, że mogę ochronić swojego Chichúna.
Budynki Espalle ucierpiały nie mniej od mieszkańców.
Gobliny nienawidzą symetrii, więc przy każdej okazji ją zaburzają. Jeśli mogą bez trudu oderwać narożnik budynku, to tak zrobią. Tu i ówdzie niegdyś ładne domy pochylały się i ziały dziurami. Jeśli drzwi znajdowały się dokładnie na środku fasady, gobliny wybijały tam otwór, by zniszczyć równowagę. Słyszałam o tym, ale teraz zobaczyłam to na własne oczy. Na ładnym drewnianym łuku zrobiono długie wyżłobienie, by popsuć kształt budowli. W innym miejscu powalono drzewo, by zburzyć krąg fontanny. Wszędzie walały się odpadki. Kawałki oplecionych bluszczem treliaży, które kiedyś okalały alejki. Połamane strzały, bełty i połamane drabiny, martwe bydło, martwe gobliny. Trupy mieszkańców już uprzątano, a przynajmniej się do tego przygotowywano.
Zobaczyłam swojego brata na dziedzińcu przed niegdyś elegancką, a teraz pozbawioną narożników i do połowy spaloną tawerną.
To nie był poeta Amiel.
To nie był generał Pol.
Zobaczyłam Migaéda dom Bragę, który trzymał butelkę wina, pół godziny po południu, i mrużył oczy, wpatrując się w rozłożone karty.
Grał w Wieże.
Migaéd był, jeśli mam być szczera, bardzo przystojnym mężczyzną, chociaż ktoś doświadczony mógł przejrzeć tę fasadę. Jego uroda kojarzyła się mi z warstwą farby na budynku toczonym przez termity. Na pewno znacie takich ludzi. Zawsze są zadłużeni, niezależnie od tego, z jak zamożnej rodziny pochodzą, a w tym wypadku była ona bajecznie bogata. Zawsze zawodzą zaufanie rozkochanej w nich osoby, na którą w oczywisty sposób nie zasługują. Wasz pies nigdy ich nie lubi, a psom w takich kwestiach należy ufać. Wiem, że wbrew swoim zasadom mówię źle o krewnych, ale można mówić prawdę o rodzinie osobom, które także do niej należą, a mnie zostało niewiele bliskich osób.
Będziecie musieli wystarczyć.
Wtedy jeszcze nie znałam swojego najstarszego brata tak dobrze, jak miałam go poznać.
Wciąż go kochałam i ucieszyłam się na jego widok.
Pomachałam, ale mnie nie zauważył.
Dostrzegłam sztandar jego pułku z nazwą Szkarłatna Kompania Miecza i Konia zapisaną złotymi literami i równie złotymi wizerunkami konia stającego dęba oraz miecza. Kojarzyły mi się z herbem rodu dom Braga, na którym koń w koronie staje dęba nad szkieletem. Tę jednostkę założył nasz ojciec, specjalnie dla Migaéda i synów pomniejszych szlachciców. Nieważne, że tak naprawdę nie mieli koni, a przynajmniej mieli ich za mało i to wyłącznie klacze, zbyt stare do służby.
Wspominałam, że umiem głośno gwizdać, i teraz właśnie to zrobiłam.
Obok Migaéda, który miał na sobie doskonałą zbroję, siedział pulchny mężczyzna, również w dobrym pancerzu i z haniebnie farbowanym wąsem. Podniósł na mnie wzrok znad kart i wytrzeszczył oczy na widok ptaków. Każdy z tych zamożnych mięczaków tak na nas popatrzył, podobnie jak usługujące im kobiety, zapewne miejscowe, które oddawały im się za pieniądze. To nic dziwnego w trudnych czasach i nie można ich winić. Wydaje mi się raczej, że ci mężczyźni powinni podzielić się z nimi srebrem z litości, zamiast je wykorzystywać, zwłaszcza w obliczu własnej rychłej śmierci. Uczono nas, że przed śmiercią zrozumiemy, czego bogowie naprawdę od nas chcą. Wątpię, by nawet najgorsi z nich pragnęli, abyśmy zmuszali okaleczone wdowy i sieroty do klękania przed nami za pieniądze.
Migaéd popatrzył na mnie sennie, a ja ponownie do niego pomachałam.
Zmrużył oczy i wstał, chociaż wciąż opierał się o jedną z beczek, która służyła im za stół.
– Galvita? – zawołał, zdrabniając moje imię, jak mieli w zwyczaju, on i mój drugi brat, Pol, mimo że miałam dwadzieścia lat.
– Tak! – odpowiedziałam. – Znajdę cię, kiedy będę miała czas wolny!
– Zaczekaj – rzekł i odszukał wzrokiem Nouvę na czele naszej formacji. – Lanzamachuro, jestem sixt-generał Migaéd dom Braga i chcę porozmawiać ze swoją siostrą. Zatrzymaj tę jednostkę.
– Stać – zawołała Nouva i zacisnęła zęby.
Migaéd nie był pierwszą osobą, która nadużywała swojego honorowego stopnia. Sixt-generałowie zazwyczaj nie dowodzili regularnymi oddziałami i niemal zawsze byli mniej zaradnymi dziećmi wpływowych panów. Mogli wydawać rozkazy i dysponowali własną świtą. Nosili eleganckie stroje, a nawet otrzymywali medale, zazwyczaj niezasłużenie. To był dobry sposób na trzymanie pijaków, hazardzistów i narwańców z ważnych domów z dala od kłopotów w taki sposób, by nie urazić ich rodowej dumy. Wszyscy w Zachodniej Armii wiedzieli, który syn z rodu dom Braga ma żelazo we krwi, i z pewnością nie chodziło o tego.
Ale jego również należało słuchać.
Czułam na karku wzrok swoich towarzyszek, niczym dodatkową porcję słonecznego żaru. Migaéd podszedł do mnie niespiesznie. Zatrzymał się w odległości dziesięciu kroków, onieśmielony przez kruki. Zaciekawiony Bellu nastroszył pióra – być może wiedział, że ten drobny mężczyzna, który cuchnął winem i dziwkami, był spokrewniony z jego panią.
– Podejdź, daguero – zwrócił się do mnie, używając mojego stopnia. – Daguero dom Braga – dodał i roześmiał się bez powodu, a może dlatego, że mój stopień był o wiele mniej znaczący od nazwiska.
Chociaż było mi wstyd, że Migaéd marnuje czas mojej lanzy i dowódczyni, ogarnęła mnie nostalgia, gdy zbliżył się i poczułam woń jego olejków z nutą piżma i cedru. Nagle znów miałam cztery latka, a on nosił mnie na plecach, udając mojego wierzchowca. Miałam osiem lat i właśnie zaczynałam lekcje szermierki, a on z udawaną powagą ściskał moją dłoń, mówiąc, jakim dobrym będę żołnierzem. Kiedyś w Dożynki przyniósł kwiaty z pola i nazwał mnie Królową Żniw, by poprawić mi humor, gdy leżałam w łóżku z gorączką. Już wtedy wiedziałam, że szorstki dotyk jego niestarannie ogolonego policzka różni się od dotyku Pola albo ojca, gdy książę od wielkiego święta pozwalał, by córka go objęła. Zawsze czułam alkohol w oddechu Migaéda, ale jako dziewczynka nie zdawałam sobie sprawy, jakie zło może on spowodować. Wiedziałam tylko, że kiedy mój brat do mnie mówi, czuję się dorosła, wyjątkowa i warta wysłuchania.
To ważne dla każdego dziecka.
– Siostro – odezwał się.
– Bracie – odrzekłam i skinęłam głową. Kiedy znów na niego spojrzałam, poprosiłam go wzrokiem, żeby się streszczał.
– Jak widzisz, moi ludzie i ja znaleźliśmy przyjemną zacienioną tawernę, ukrytą przed upałem, a także beczułkę albo dwie gallardiańskiego wina. Tak dawno cię nie widziałem! Groźna z ciebie wojowniczka, prawda? Daj się namówić na obiad i kilka partyjek Wież!
Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.
Odezwała się Nouva.
– Sixt-generale, z całym szacunkiem, ale teraz potrzebujemy daguery. Musimy zająć nasze kwatery i rozmieścić ptaki. Będzie wolna wieczorem.
Migaéd nie lubił, kiedy ktoś mu się sprzeciwiał. Nikt za tym nie przepada, ale warto umieć nie dawać tego po sobie poznać, tymczasem twarz mojego brata wyrażała pogardę. W końcu zdołał się uśmiechnąć.
– Wieczorem już nie będę się trzymał na nogach – odparł, potrząsając kielichem.
Tarcza dziadka wykonana z wiosennego drewna ześlizgnęła się z pniaka, o który została oparta, i upadła na ziemię, a stalowy wzór dmuchającej burzowej twarzy odcisnął się na piasku. Wzdrygnęłam się na ten widok. Nie widziałam jej od lat, ale bardzo ją lubiłam w dzieciństwie, kiedy wisiała na ścianie w naszej wielkiej sali. Chociaż teraz zobaczyłam ją tylko przez chwilę, jestem przekonana, że ta chwila była ważna, niczym znak od bogów. Ta tarcza odegra istotną rolę w naszej historii, przyjmie na siebie ukłucia włóczni, będzie świadkiem kłótni i otrzyma krwawy odcisk dłoni.
W jej drewnie jest zaklęty grom, a w metalu błyskawica.
Jej właścicielem był Corlu dom Braga, ojciec mojego ojca, mężczyzna, który wolałby zginąć niż złamać dane słowo. W Bradze uwielbiano go za jego szczerość, bardziej niż króla w Sevedzie za złoto i tytuły.
– Daj spokój, lanzamachuro, mogę wysłać z wami kilku chłopaków, którzy zrobią wszystko, co należy do obowiązków daguery dom Braguery… – Popatrzył na Bellu i Dalgathę, które odwzajemniły spojrzenie, przekrzywiając głowy. – …chyba że chodzi o te bestie, ale z pewnością macie wystarczająco dużo kobiet, które mogą się nimi zająć.
Widziałam, że jest o krok od tego, by zmienić tę prośbę w oficjalny rozkaz.
Odezwałam się tak cicho, by tylko on mnie usłyszał.
– Proszę, bracie.
Skrzyżował ze mną spojrzenia. Miał ładnie ukształtowane oczy, ale zmęczone na skutek picia. Ich białka przecinały drobne czerwone żyłki. Przez chwilę wpatrywał się we mnie, aż w końcu zrozumiał, że nie żartuję.
– Na gorące dupsko Satha – rzucił. – Widzę, drogie panie, że jesteście bardzo obowiązkowe, w dużej mierze dzięki tobie. Zaliczyłaś test, siostro Dago-lago-brago. Idź służyć swojemu królowi, niechaj żyje tysiąc lat, a jego wąs o dziesięć więcej.
Grubas z fatalnie ufarbowanym zarostem głośno się roześmiał. Nosił długie czarne wąsy skręcone w kształt rogów, niewątpliwie na podobieństwo naszego suwerena, Kalitha.
Bezgłośnie podziękowałam, a potem rzekłam:
– Znajdę cię wieczorem, sixt-generale dom Braga.
– Zrób to – odpowiedział, a potem jakby na chwilę zapomniał, gdzie się znajduje. W końcu uśmiechnął się i chwiejnym krokiem wrócił do przerwanej gry. Nouva rozkazała nam ruszyć z miejsca, więc pomaszerowałam przed siebie, muskając dłonią Bellu, ponieważ dotyk jego piór dodawał mi otuchy.
Wiedziałam, że jedna z kobiet w naszej lanzie, Vega Charnat, patrzy na mnie z niechęcią. Traktowała pogardliwie wszystko poza piwem i bitką. Obejrzałam się i złowiłam jej spojrzenie. Miała małe oczka w potężnej głowie. Zdjęła hełm, jak większość z nas, więc widziałam jej uszy bokserki, pokiereszowane na ulicach Galimburu, drugiego po Sevedzie największego miasta Ispanthii. Galimbur to surowe miasto, forteca pełna żołnierzy, kowali i rymarzy. Pochodzą stamtąd wszyscy najlepsi specjaliści od walki wręcz.
Vega nienawidziła mnie za to, że mam dwa ptaki – jeden z jej kruków zdechł.
Nienawidziła mnie za to, że pokonałam ją w szermierczym pojedynku.
Nienawidziła mnie za to, że pochodzę z zamożnego domu i mam wysoko postawionych braci.
Wierzyła, że jest w stanie zbić mnie na kwaśne jabłko swoimi potężnymi pięściami, gdyby tylko udało jej się uniknąć kary za uderzenie osoby wyższej rangą i wyzwania na oficjalny pojedynek, podczas którego zabiłabym ją swoim spadínem.
Jeszcze do tego nie doszło, ale wiedziałam, że nasz konflikt jest nieunikniony. Nie chciałam tego nie dlatego, że bałam się dostać po głowie, chociaż oczywiście to nic przyjemnego.
Po prostu była mi obojętna.
To męczące użerać się z kimś, kto uznaje nas za wroga, podczas gdy my w ogóle o nim nie myślimy.
Ale często właśnie dlatego ten ktoś nas nienawidzi.
Zakwaterowano nas na dawnym targu koni w Espalle, gdzie znajdowały się liczne boksy dla naszych ptaków. Mimo że minęło już tyle lat od zarazy, miasto nie zburzyło swoich stajni. Gdyby to zrobili, pogodziliby się z tym, że konie zniknęły na zawsze, ponieważ kilka pozostałych klaczy było za starych, by się oźrebić, nawet gdyby znaleziono gdzieś ogiera. Zarazę przeżyły tylko ciężarne klacze i to nie wszystkie.
Taka nostalgia nie dotyczyła wyłącznie Espalle. W każdym mieście w Ziemiach Korony wciąż można znaleźć stajnie, słupki do wiązania koni oraz koryta, chociaż te ostatnie oczywiście mogły służyć także wołom, osłom i innym zwierzętom. Nie było mnie jeszcze na świecie, kiedy chwiejnica nadeszła z miasta Pigdenay na północy. Zwierzę, które zapadało na chorobę, zaczynało zataczać się, potykać i tracić równowagę. Wtedy najlepiej było je uśpić, ponieważ końcowa faza choroby okazywała się bolesna. Mózg puchnął wewnątrz czaszki i zwierzę dostawało szału. Zaraza potrzebowała nieco czasu, by się rozprzestrzenić. Konie, które poukrywano, zachorowały dopiero po latach, a na niektórych uniwersytetach uważa się, że stało się tak dlatego, że choroba kryje się także w ciałach ludzi, choć nie wyrządza nam krzywdy.
Zachowałam pewne wspomnienie, które może być snem, ale myślę, że dotyczy prawdziwego wydarzenia. Miałam może cztery latka, kiedy zobaczyłam trzy konie mojego ojca na polu o zmierzchu. Dwa kołysały się, jakby w rytm muzyki, którą tylko one mogły usłyszeć. Trzeci stał w pewnym oddaleniu i wyraźnie się ich bał. Poznałam Idalę, czyli Gwiazdę. Kiedy choroba przybyła do Bragi, klacz akurat była ciężarna, co zapewniło jej ochronę. Jej źrebię umarło. Idala to zwyczajny koń, przeznaczony do jazdy, a nie na pole bitwy, ale ze względu na to, że przetrwała, stała się niezwykle cenna.
Bardzo się przyjaźniłyśmy, kiedy byłam mała, i jeszcze coś o niej opowiem.
Nakarmiłyśmy ptaki mięsem z naszych stale kurczących się zapasów, a następnie umieściłyśmy je w boksach dla koni i postawiłyśmy na straży dwie kobiety, które miały je obserwować i nie dopuścić, by coś przeskrobały. Namioty stanęły w sali aukcyjnej, która już nie miała dachu, choć na jej środku wciąż znajdowała się duża rzeźba z brązu, przedstawiająca konia stającego dęba. Gobliny ją przewróciły, ale nie zniszczyły. Ustawiłyśmy posąg pod ścianą, a wiele z nas ucałowało nogi tego pięknego stworzenia.
Kolejnym problemem okazała się kąpiel.
W mieście brakowało świeżej wody, ponieważ gobliny wrzucały oskrobane różowe kości swoich ofiar do studni. Poza tym chętnie do nich srały. A przynajmniej robiły to bliżej wybrzeża, ponieważ, w odróżnieniu od nas, mogą pić morską wodę. Alisenne dowiedziała się od ocalałych, że kąsacze wykorzystywały łaźnię w Espalle jako swoją rzeźnię, więc została ona skażona. Nawet gdyby tak nie było, przybytek nie mógłby obsłużyć całej ispanthiańskiej armii. Jednym, co łączy Spanthian wszystkich stanów, jest pragnienie zachowania czystości. Jeśli chcecie obrazić Spanthianina, stańcie obok niego z cuchnącymi pachami lub kroczem albo z tłustymi, nieuczesanymi włosami. Podczas wojskowej kampanii bądź na pokładzie okrętu jest to wybaczalne, ale nie w porządnym mieście, które posiada jakieś zasoby.
Najgorsi w tej kwestii są Holtyjczycy.
Późnym popołudniem zeszłyśmy nad morze, rozebrałyśmy się i wykąpałyśmy, korzystając z kawałeczków mydła, które nasza kucharka, Bernuz, przygotowała dla nas z potażu, owczego łoju i oleju z rokitnika. W wodzie pływało mnóstwo śmieci, a w pewnym momencie musiałyśmy odepchnąć kijem zwłoki jakiegoś mężczyzny. Kiedy znów nadpłynęły, Inocenta skarciła trupa i powiedziała mu, że między nimi koniec, więc powinien zostawić ją w spokoju. Zawsze uważałam ją za piękną kobietę, szczególnie wtedy, gdy udawało jej się mnie rozśmieszyć.
Ubrałyśmy się i napiłyśmy się wina na plaży, śpiewając piosenki. To był śliczny dzień, pomimo otaczających nas śmierci i ruin. Niewiele rzeczy jest dla żołnierza tak ważne, jak znajdowanie piękna w brzydkich miejscach i humoru na łonie strachu.
Większość z nas miała wolne. Nie chciałam odchodzić, ale zapowiedziałam swojemu bratu Migaédowi, że się z nim spotkam, a to ważne, by zawsze wywiązywać się z obietnic.
– Leży nieprzytomny – powiedział mi grubas z fatalnym wąsem, kiedy wróciłam do tawerny.
Miałam trudności z przypomnieniem sobie, gdzie ona jest, ponieważ ulice Espalle są wąskie i kręte, a ja pamiętałam tylko szyld, na którym widniał wilk albo pies, albo kiepsko narysowany kot oraz trzy gwiazdy. Dlatego nie mogłam kierować się nazwą. Później podążyłam za odgłosem pijackiego śmiechu i w końcu znalazłam Szkarłatną Kompanię Miecza i Konia, wciąż bez koni, choć wielu z tych gości ryczało jak osły. Podejrzewałam, że większość z nich nie zna się na wojaczce, choć mieli w swoich szeregach sporą liczbę żołnierzy z Bragi oraz kilku zagranicznych najemników. Zwróciłam uwagę na mężczyznę w pierścieniowym i skórzanym pancerzu, surowego Galtyjczyka, który trzymał się niedaleko oficerów, ale nie przesadzał z trunkami. Po bosych stopach i włóczni zorientowałam się, że mam do czynienia ze strażnikiem z Zimnych Stóp – oni często zatrudniają się jako najemnicy.
Grubas przedstawił się jako Bolsu dom Gatán, więc ja również podałam mu swoje imię, chociaż już je znał. Zauważyłam, że miał wysokiej jakości zbroję – niemal tak dobrą jak Migaéd – z efektowną ryciną na napierśniku przedstawiającą dwa dziki o groźnych kłach i oszalałych ślepiach stojące na tylnych nogach naprzeciwko siebie, jakby szykowały się do walki. Przyszło mi do głowy, że dzik to niefortunny symbol w wypadku rodziny tłuściochów, ale uznałam, że to niegodna myśl. Potem zauważyłam, że kołnierz jego koszuli, który przypominał parę skrzydełek nad ryngrafem, jest lekko zaplamiony, jakby tuszem, i zdałam sobie sprawę, że to barwnik z wąsów musiał spłynąć po jego szyi.
Mocno przygryzłam wnętrze policzka, by zachować powagę.
– Mogę go zobaczyć? – spytałam.
– Myślę, że nie będzie w tym niczego niestosownego, jeśli siostra obejrzy ciało – odpowiedział albo użył jakichś innych wyszukanych słów, a następnie zawołał Pedru, służącego mojego brata. Pedru był chłopcem o szczerej twarzy i od razu go polubiłam.
Zaprowadził mnie do pokoju, w którym cuchnęło ciepłymi ciałami oraz winem i gdzie w słabym świetle wpadającym przez okno dymiła lampa oliwna. Jakaś kobieta mniej więcej w moim wieku, a może młodsza, właśnie się ubierała i początkowo nie popatrzyła mi w oczy. Wtedy uznałam, że się wstydzi, i być może miałam rację, ale w końcu nie mogła wiedzieć, że jestem siostrą Migaéda, a w swojej zbroi i ze spadínem przy boku wyglądałam na zabójczynię.
Zanim odwróciłam wzrok od jej nagości, dostrzegłam tuż nad jej kolanem jaskraworóżową bliznę zgodną z Prawem Hordy. Próbowałam popatrzeć na nią łagodniej, ale chyba mi się nie udało. Nie jestem w tym dobra.
Ponownie zobaczyłam tarczę dziadka, tym razem z bliska. Nazywano ją Ustami Burzy i była piękna, wykonana z różowego wiosennego drewna i okuta wysokiej jakości metalem, któremu przydałoby się polerowanie. Ostatnio stałam tak blisko niej, kiedy wisiała nad paleniskiem w wielkiej sali w naszej posiadłości w Bradze. Pamiętam, że bardzo mi się wtedy podobała metalowa rycina przedstawiająca dmuchającą twarz z chmur o malutkich ustach i zmarszczonych brwiach. Jak wiele rzeczy z mojego dzieciństwa teraz sprawiała wrażenie mniejszej niż we wspomnieniach. Wtedy wydawała mi się tak wielka, że mogła stać się dachem domku albo niewielką łodzią. Kiedy wyjechałam, żeby zgłębiać tajniki Calar Bajat, bardzo tęskniłam za domem. Często o nim śniłam i w tych snach czasem pojawiała się tarcza. Więcej niż raz śniły mi się potwory próbujące dostać się do posiadłości, a ja musiałam przynieść tarczę i lancę dziadka. Ale stwory zawsze dostawały się do domu przez palenisko i zanim byłam w stanie dotrzeć do głównej sali, stawały pomiędzy mną a tarczą. Budziłam się tuż przed tym, jak miały mnie pożreć, z mocno bijącym sercem, zastanawiając się, dlaczego jestem w internacie, a nie w swoim pokoju.
Ale tarcza czasami pojawiała się także w przyjemnych snach. W moim ulubionym, w lesie rosły malutkie grusze, na których wisiały owoce wielkości ziarenek pieprzu. Ale kiedy je zrywałam, rosły i wypełniały całą moją dłoń, a ja je zjadałam. Jak wiecie, wiosennego drewna już prawie nie ma. Drzewa wycięto szybciej, niż mogły odrosnąć, ponieważ ich drewno pozostaje żywe po ścięciu, więc samo się naprawia, jeśli ma dostęp do światła słońca i wody. Poza tym jest bardzo silne, elastyczne i niemal całkowicie odporne na ogień. Kiedy je osmalić, traci zdolność regeneracji, ale staje się jeszcze twardsze i lżejsze, więc czasem wykorzystuje się je do budowy statków. Ale najczęściej pozostawia się je w żyjącej postaci. Większość drzew zmieniła się w wojskowe okręty, ale z niektórych zrobiono zbroje albo puklerze.
Migaéd powinien lepiej dbać o tarczę dziadka, tymczasem pozwalał jej się walać na podłodze, a na domiar złego ani jej nie polerował, ani nie oliwił.
Kobieta skończyła się ubierać i bez słowa ruszyła do drzwi. Niby co miałaby powiedzieć?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
