37,90 zł
Mazurska tajemnica, która nie powinna ujrzeć światła dziennego
Spokojna tafla jeziora Omulew od dziesięcioleci skrywa sekret, którego strzegą nie tylko mroczne wydarzenia z przeszłości, ale również ludzie gotowi zrobić wszystko, by prawda nigdy nie wyszła na jaw. Czy można odkryć tajemnicę ukrytą od czasów II wojny światowej i ujść z życiem?
Młody pasjonat historii trafia na trop zagadki sięgającej ostatnich miesięcy wojny. To, co początkowo wydaje się fascynującą podróżą do przeszłości, szybko zamienia się w niebezpieczne śledztwo. Mazurskie lasy pełne bunkrów, zapomnianych schronów i śladów dawnych mieszkańców skrywają odpowiedzi, za które niegdyś płacono najwyższą cenę.
Thriller historyczny inspirowany tajemnicami Mazur
„Wilcze sekrety” to pełen napięcia thriller historyczny, w którym piękno mazurskiej przyrody kontrastuje z mrocznymi wydarzeniami sprzed lat. Każdy odkryty trop prowadzi do kolejnych pytań – kim byli ludzie strzegący tajemnicy jeziora Omulew? Co wydarzyło się w zamkniętej strefie wojskowej? I dlaczego ktoś wciąż nie chce, by prawda ujrzała światło dzienne?
Przemysław Kawecki – miłośnik historii, pasjonat Mazur oraz twórca popularnego kanału „Mazurskie Tajemnice” – zaprasza czytelników do świata pełnego sekretów, zagadek i historycznych odkryć. To lektura dla miłośników historii, sensacji i opowieści, które nie pozwalają odłożyć książki aż do ostatniej strony.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 347
Data ważności licencji: 5/6/2030
Copyright © by Przemysław Kawecki 2026
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Esprit 2026
All rights reserved
Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym.
PROJEKT OKŁADKI: Eliza Luty
REDAKCJA: Monika Łojewska-Ciępka
KOREKTA: Monika Baran
ISBN 978-83-68845-39-6
Wydanie I, Kraków 2026
Published by Quello, an imprint of Wydawnictwo Esprit sp. z o.o.
WYDAWNICTWO ESPRIT SP. Z O.O.
ul. Władysława Siwka 27a, 31-588 Kraków
tel. 12 267 05 69, 12 264 37 09
e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa: www.esprit.com.pl
Ciało płetwonurka unosiło się na powierzchni jeziora. Poruszane delikatnymi falami powoli dryfowało w kierunku największej wyspy na długim, przypominającym rzekę jeziorze Omulew. Ciemna toń akwenu pomarszczona przez zachodni wiatr nie pozwalała dostrzec zbyt wielu szczegółów. Wędkarz, który jeszcze kilkadziesiąt minut temu cieszył się, że złowił ogromnego szczupaka, teraz siedział przerażony w swojej łódce i mimowolnie wpatrywał się w plecy trupa. Siedząca obok niego żona ze łzami w oczach szeptała jakieś niezrozumiałe modlitwy.
Policja wezwana na miejsce zdarzenia spóźniała się, bo wszystkie patrole wyjechały na oględziny spalonej daczy, znajdującej się w przytulonej do jeziora miejscowości Wikno. Wiatr roznosił po całej okolicy zapach spalenizny i coraz już wątlejsze strużki ciemnego, gryzącego dymu. Przy dogasających zgliszczach kręciły się dwa zastępy strażaków, policjanci i prokurator. Krzątali się tam również elegancko ubrani mężczyźni, których zarówno strój, jak i zachowanie przywodziły na myśl służby ochraniające położone niedaleko ośrodki wypoczynkowe należące do rządu i wojska. Na piaszczystej drodze prowadzącej do posesji w samych szlafrokach stali generał, jego żona i wnuczka. Trwali w bezruchu. Opuścili budynek w ostatnim momencie, zabierając tylko to, co mieli na sobie. Z terenówki na niemieckich rejestracjach zaparkowanej nieopodal radiowozów całą sytuację obserwował samotny mężczyzna. Był spokojny i opanowany. A jednak jego spojrzenie przypominało zachmurzone, ołowiane niebo. W ogólnym zamęcie: ryku syren, dziesiątkach pytań i spojrzeń nikt nie zauważył trzech starszych mężczyzn, którzy oderwali się od tłumu gapiów. Jeden z nich wrócił do łódki. Pozostali wsiedli na stare, zdezelowane rowery i pojechali w stronę lasu – największego strażnika mazurskich tajemnic.
Sierpień 1944
Ciężarówka jechała powoli, raz po raz podskakując na kamieniach, którymi wybrukowana była droga. Po lewej stronie nad bagniskiem unosiła się poranna mgła, której nie zdążyły rozgonić promienie wschodzącego słońca. Pośród wszechogarniającej bieli rozświetlonej światłem budzącego się dnia majaczyły konary powalonych drzew. W oddali jakaś zabłąkana sarna podniosła głowę, czujnie nasłuchując warkotu samochodu. Po drugiej stronie drogi wznosiło się łagodne wzgórze porośnięte starymi, wielkimi dębami. Ich korzenie rozłożyły się na ziemi niczym potężne węże strzegące tajemnicy góry, która od wielkiej wojny poryta była okopami. Dzisiaj również działali tu wojskowi, ale prace przeniesiono na obszar nieuchwytny dla niewprawnego oka. Nikt nie wiedział, po co każdego dnia dwie zakryte plandekami ciężarówki wjeżdżają do zamkniętej strefy lasu rozpoczynającej się tuż za leśniczówką Terten. Jedni mówili, że żołnierze montują jakiś specjalny rodzaj broni, inni – że z samochodów słychać rosyjskie głosy, prośby o pomoc. Żadna z tych teorii dotychczas nie znalazła potwierdzenia i to, co naprawdę działo się w lesie na południowym skraju jeziora Omulew, wciąż pozostawało zagadką.
Koła pierwszej ciężarówki zadudniły na moście przerzuconym nad rzeką Koniuszanką, która kilkadziesiąt metrów dalej wpadała do jeziora. Samochód zaczął wspinać się kamienistą drogą, by nagle skręcić w wąską, choć dobrze już rozjeżdżoną ścieżkę prowadzącą w głąb lasu. Drugi wóz zatrzymał się tuż przed mostem. Z kabiny wyskoczył żołnierz w mundurze SS i podniósł plandekę, spod której wyskoczyło dwóch kolejnych żołnierzy z odbezpieczonymi karabinami.
– Schnella! Raus!
Z samochodu zaczęli schodzić mężczyźni w mundurach czerwonoarmistów. Nie mieli żadnych oznaczeń, jedynie charakterystyczny fason wskazywał, w jakiej armii wcześniej służyli. Obok wschodnich, okrągłych twarzy pojawiły się skośnookie oczy Mongołów i innych, jeszcze bardziej egzotycznych mieszkańców sowieckiej Rosji. Wychodzili niespiesznie. Niektórzy, przeciągając się, prostowali kości. Niemcy szybko, nie pozwalając na zbyt długie ociąganie, ustawili ich w dwóch szeregach, policzyli i poprowadzili w kierunku najstarszego w tej okolicy dębu. Dąb Cesarza Wilhelma już w czasach Bismarcka został uznany za pomnik przyrody. Trzeba było pięciu ludzi, aby go objąć. Drzewo swoimi potężnymi konarami dokładnie zasłaniało to, co działo się w pobliżu.
Jeńcy zatrzymali się przy kępie choinek. Na pierwszy rzut oka wydawała się naturalnym zagajnikiem, w którym przycupnęło mnóstwo młodych drzewek. Tymczasem Rosjanie zaczęli wyciągać świerczki z ziemi z taką łatwością, jakby mieli nienaturalną siłę w rękach. Zagajnik w ciągu kilku minut został rozebrany. Usunięto również siatkę maskującą, pod którą ułożono stos drewnianych palet zasłaniających wejście do wnętrza góry. Robotnicy – jeden po drugim – zniknęli w czeluściach ziemi. Żołnierze, z wyjątkiem jednego, zostali na zewnątrz. Zapalili papierosy i wesoło o czymś rozmawiali. Oprócz ich głosów słychać było tylko szum płynącej rzeki, śpiew ptaków i szelest drzew. W powietrzu unosił się zapach ropy ze stygnącego silnika ciężarówki. Trudno było uwierzyć, że jeszcze kilka minut temu roiło się tu od ludzi wyposażonych w narzędzia do pracy.
Trzech chłopców ukrytych w resztkach porannej mgły za wielkim zwalonym pniem olchy z szeroko otwartymi oczami obserwowało całą scenę. Kiedy nastała cisza, z przerażeniem, ale i błyskiem w oku spojrzeli jeden na drugiego. W końcu najmłodszy z nich wydusił szeptem:
– Co to może być? Was soll das sein? Czego oni szukają pod ziemią?
Chyłkiem zaczęli wycofywać się z zakazanego terenu. Nagle skoczył na nich potężny wilczur. Krzyknęli z przerażenia. W tym samym momencie czyjeś ręce chwyciły ich za karki i pociągnęły w górę.
Sierpień 1944
Zgrzytający łańcuch i skrzypiące pedały zdradzały, że rower nadaje się już tylko na szmelc. Franzowi przeleciała nawet przez głowę myśl, że warto byłoby postarać się u władz o nowy. Ale kto by się teraz zajmował takimi drobiazgami, kiedy kraj znajdował się w coraz większym kryzysie i nawet tu, w mazurskiej głuszy, coraz częściej i głośniej mówiono o porażkach, jakie ponosiła na wszystkich frontach jeszcze do niedawna zwycięska armia. Najbardziej przerażające było jednak to, że samoloty wroga zrzucały bomby na niewinnych cywilów. O okropieństwach wyrządzanych przez alianckie naloty słyszeli już pół roku temu od rodziny z Essen. Teraz bomby spadały również w Prusach. Dlatego jego siostra Gertruda przysłała swoje dzieci z Elbląga, twierdząc, że tu, z dala od dużego miasta, pośród jezior i lasów, nic im nie grozi. „To nawet dobrze – pomyślał. – Erwin będzie miał kamratów do zabawy i może dzięki starszym kuzynom przestanie w końcu myśleć o kolejnych głupstwach”.
Jedynak miał dopiero dziesięć lat, ale co chwila były z nim jakieś problemy. Chłopak posiadał niepowtarzalny talent do ściągania na siebie kłopotów, za co potem musieli świecić oczami Franz i jego biedna żona Lotta. Gdy w lipcu dla zabawy rozkołysał dzwon w cmentarnej dzwonnicy, zirytowany pastor ofuknął Franza, tłumacząc, że chłopaka należy trzymać krótko. Ale to, co zrobił na początku sierpnia, przysporzyło rodzicom jeszcze większego wstydu, a jego samego skazało na równo obite plecy. Młokos zakradł się do sadu sąsiadów i po sowitej uczcie postanowił napchać jeszcze owocami kieszenie oraz nogawki spodni. Był tak zajęty, że nie zauważył gospodarza, który zaszedł go od tyłu i żelaznym uściskiem złapał za kark. Ręce starego rolnika trzymały mocno. Mały Erwin dotarł na posterunek żandarmerii, choć opierał się dzielnie, to błagając o litość, to próbując kopnąć właściciela jabłek. Na miejscu wielki jak niedźwiedź żandarm, którego często widać było w wiosce jadącego na koniu lub rowerze, również nie zamierzał folgować młodemu przestępcy.
– Jest wojna, młokosie! – krzyczał do chłopca w polskiej gadce, by za chwilę dodać po niemiecku: – Ordnung muss sein! Verstehst du Junge?
Złapał za stojącą w rogu miotłę i z precyzją pruskiego nauczyciela obłożył Erwina razami po tyłku i plecach. Chłopak dobrze zapamiętał lekcję – pytany przez matkę, czy nie zjadłby jabłka, jeszcze długo odwracał się ze wstrętem.
„Taki jest ten mój chłopak. Żywy ogień! – Franz uśmiechnął się z radością, myśląc o swoim potomku. – Może teraz, przy kuzynach z Elbląga, coś się zmieni? Młody nabierze ogłady…” Rozmyślania o synu nagle przerwał mu wystający z ziemi korzeń, o który zahaczył rowerem. Łapiąc równowagę, Franz zorientował się, że przejechał skrzyżowanie, na którym miał skręcić.
– Scheisse! – zaklął pod nosem i wrócił do rozwidlenia dróg, przy którym rosła stara, wielka sosna. Z takich drzew niegdyś robiono okrętowe maszty. Dla przeciętnego człowieka była zwykłym drzewem, ale dla niego stanowiła swoisty drogowskaz. Na wysokości około czterech metrów, pośród wyschłych gałęzi znajdowały się wycięte w drzewie znaki: trzy strzałki, a przy każdej z nich duża litera z cyfrą. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak zapomniane oznaczenie leśniczego klasyfikujące drzewo do wycinki, ale dla wtajemniczonych było jasne, co wskazują strzałki i co oznaczają liczby. Franz spojrzał na zegarek i przycisnął pedały mocniej, bo przed zmierzchem chciał jeszcze objechać wszystkie powierzone jego opiece, ukryte pośród lasów budowle.
Sierpień 2010
Rower mknął przez las. Teleskopy amortyzowały wstrząsy, gdy przejeżdżał po wertepach i wystających z ziemi korzeniach. Upał dawał się powoli we znaki, ale Kuba za wszelką cenę chciał dojechać przed południem do Brzeźna, małej mazurskiej wioski. Można tam wypożyczyć kajak i popłynąć Łyną aż do miejscowości Kurki, w której, jak wyczytał w przewodniku, warto zobaczyć stary ewangelicki kościół oraz tablicę upamiętniającą szczególne wydarzenie. To właśnie w Kurkach ksiądz Karol Wojtyła przesiadł się z kajaka na pakę przejeżdżającego samochodu, którym dojechał do Olsztynka, a stamtąd prosto do Krakowa, gdzie dowiedział się o swojej nominacji na arcybiskupa. Kuba przypomniał też sobie, że blisko Kurek znajduje się granica Mazur z Warmią, i na chwilę zajęło to jego myśli. „Ciekawe, po czym poznać, gdzie jeszcze są Mazury, a gdzie już jest Warmia? Może widać różnice w zabudowie?” Od dzieciństwa słyszał od rodziców, że jadą na wakacje „na Mazury” w okolice Olsztyna. Dziś, jako student drugiego roku historii na Uniwersytecie Warszawskim, wspominał te rodzicielskie pomyłki z lekkim uśmiechem. Wiedział, że dla większości jego znajomych z Warszawy Warmia i Mazury to jedno i to samo: las, jezioro i ognisko. Ale on zakochany był w tych ziemiach od dzieciństwa, kiedy to rodzice po raz pierwszy przywieźli go do uroczego pensjonatu Gawra nad jeziorem Omulew. W młodości jego fantazję mocno rozpalały rzeczy takie jak sylwetka nidzickiego zamku, spacer po polach bitwy pod Grunwaldem, a nawet drewniane domy w skansenie leżącym na przedmieściach Olsztynka.
Pewnego razu znajomy leśniczy zawiózł ich terenowym uazem do lasu, gdzie ich oczom ukazała się samotna wieża kościoła zbudowanego z czerwonej cegły. Stała niewzruszona, otoczona plątaniną drzew i krzewów. Oprócz niej nie było tam nic. Jednak gdy przedarli się przez chaszcze, dostrzegli cmentarne nagrobki, fundamenty plebanii i… karczmy? Dla Kuby i jego rodziców była to pierwsza taka okazja, aby zobaczyć coś, o czym nie wspomniano w żadnym przewodniku. Zasypali leśniczego gradem pytań, ale albo nie potrafił, albo nie chciał za wiele powiedzieć. Wspomniał tylko, że kiedyś ta miejscowość nazywała się Małga i była dla Mazurów swoistym centrum kultury. Tu pielęgnowano mazurski język i mazurskie tradycje. Dodał jeszcze, rozglądając się wokół nerwowo, że po wojnie komuniści wysiedlili wieś, a wszystko, co nadawało się do użytku: cegły, belki, deski, wywieźli na odbudowę Warszawy.
– Została tylko ta wieża kościoła. Dlaczego? Nikt tego nie wie… – powiedział leśniczy, po czym zarządził powrót do Gawry.
To właśnie po tej wyprawie w Kubie zrodziła się pasja do Mazur i ich skomplikowanej historii. Później często stawały mu przed oczami nagrobki z Małgi, a w głowie rodziły się setki pytań: Jak tamtejsi ludzie żyli przed wojną? Czym zasłużyli sobie na to, że dziś nikt o nich nie pamięta? Czy gdzieś żyją jeszcze ich potomkowie?
Początkowe niewinne zainteresowanie poskutkowało tym, że po maturze Kuba rozpoczął studia historyczne. I tak oto historia stała się całym jego życiem. Lubił o niej czytać, lubił ją poznawać. Nawet teraz, na wakacjach, zmysł historyka i poszukiwacza przygód nie pozwalał o sobie zapomnieć.
Cały lipiec ciężko pracował jako kelner we włoskiej restauracji tylko po to, by kupić sobie wymarzony wykrywacz metali. Liczył, że dzięki niemu przy odrobinie szczęścia uda mu się znaleźć coś ciekawego, a może nawet całkiem wartościowego!
Zatrzymał się, by poprawić plecak, w którym obok detektora znajdowały się jeszcze saperka, mapa i zwykła cyfrówka do dokumentacji poszukiwań. Rozejrzał się wokół i zauważył, że musiał pomylić kierunki, bo zamiast na rowerowym Szlaku Generała Samsonowa, prowadzącym do miejscowości Orłowo, znajdował się na nieznanej mu drodze. Po krótkiej analizie mapy doszedł jednak do wniosku, że wracając na szlak, zmarnowałby zbyt wiele czasu, więc nie zwalniając, popędził przed siebie. Niewiele dalej zatrzymał się na chwilę przy drwalach, którzy okorowywali potężne, chyba stuletnie sosny, i na wszelki wypadek dopytał o kierunek. Kiedy odjeżdżał z wyrąbiska, kątem oka dostrzegł wielki kloc sosny, na którym ktoś nożem lub dłutem wyciął jakieś strzałki, litery i cyfry. „Pewnie leśniczy…” – pomyślał Kuba i pojechał dalej.
Sierpień 1944
We wszystkich sprawdzanych obiektach kłódki były dobrze naoliwione, a klucz nie natrafiał na żaden opór. Franz sumiennie kontrolował wejścia i zawartość każdego ze schronów. Przekręcił klucz, brudząc sobie ręce smarem. I choć spodziewał się tego, to uczucie lepkiej, oleistej mazi na dłoniach za każdym razem budziło w nim wstręt. Szybko wytarł ręce w starą koszulę, którą woził w torbie, i wszedł do środka. Żelbetonowe wnętrze witało lekkim chłodem i wyczuwalną w powietrzu wilgocią. Otworzył szeroko drewniane drzwi obite grubą blachą i pozwolił, by do środka wpadło jak najwięcej świeżego powietrza. Schron składał się z dwóch małych pomieszczeń szczelnie zastawionych różnymi przedmiotami. Po lewej stronie stał mały piecyk, który Polacy nazywali kozą, pod ścianami na wprost od wejścia było miejsce na amunicję. Nieco wyżej, na półkach znajdowały się puszki z chlebem i inne artykuły spożywcze – szczelnie zamknięte w blaszanych opakowaniach. Po bokach podwieszono do ściany składane łóżka, na których od biedy można się było wyspać. Kiedyś Franz rozłożył jedno z nich, by je wypróbować. W pełnych zgnilizny ziemiankach, które kopał, wojując z Francuzami, nie było takich udogodnień.
Po sprawdzeniu pierwszego z pomieszczeń trzeba było przecisnąć się przez niewielki otwór do drugiego. Tu podobnie – wszystko miało swoje miejsce i znać było panujący porządek. Wątłe światło latarki omiatało skrupulatnie oznakowane skrzynie i urządzenia. Franz nie zauważył niczego niepokojącego, więc prześlizgnął się z powrotem, wyszedł ze schronu i starannie zamknął za sobą drzwi. Był to rutynowy i wyjątkowo nudny obowiązek, bo zawartość schronów oczywiście zawsze się zgadzała. Nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby przecież narazić się na rozstrzelanie, szabrując wojskową własność. Jednak żołnierska dyscyplina zdobyta jeszcze pod Verdun nie pozwalała Franzowi na jakiekolwiek odstępstwo od otrzymanych dyspozycji. Raz na dwa tygodnie otwierał więc i zamykał powierzone mu obiekty. Rozkaz był jasny: utrzymać w pełnej gotowości bojowej na czas nagłej mobilizacji lub działań frontowych. Franz doskonale wiedział, co to znaczy.
Młodość spędził w okopach i gdyby nie to, że francuski odłamek paskudnie poharatał mu nogę, teraz zapewne też walczyłby gdzieś na wschodzie. Zamiast tego marnotrawił czas nad brzegiem jeziora. Poszedł nawet na komisję poborową do Niborka, ale nic nie wskórał. Ostatecznie, przez wzgląd na jego losy, doświadczenie i żołnierską lojalność, zaproponowano mu funkcję w lokalnym oddziale Volkssturmu. I tak oto stał się odpowiedzialny za utrzymywanie w gotowości bojowej kilku strategicznych punktów linii obronnej, ciągnącej się w lasach niedaleko jego rodzinnej Jabłonki. Jeszcze do niedawna miał kilku pomocników, ale kiedy i tych młodych chłopców powołano na front, został sam na odcinku ciągnącym się od Nataci Wielkiej aż po ufortyfikowane wzgórze w Bolejnach. Tam miała swój obóz Organizacja Todta i to jej członkowie mimo rozlicznych prac, jakie prowadzili w tym rejonie, znajdowali czas, aby zerknąć na stan umocnień utrudniających dostęp do tej położonej na zboczu wzgórza wioski. Mimo ogromu terenu, który Franz musiał regularnie przemierzać, dbanie o tych kilka kilometrów okopów wzmocnionych tu i ówdzie całunem z drutu kolczastego, a także o kilkanaście różnego rodzaju schronów sprawiało mu wiele radości i pomagało zapomnieć o męskiej dumie zszarganej francuskim odłamkiem.
Ostatni schron, który miał dziś skontrolować, został pięknie wtopiony we wzgórze, za którym wiła się Łyna, święta rzeka Mazurów. Ten obiekt budził w nim podziw. Przypominał mu z jednej strony grecki amfiteatr, z drugiej – domek Baby Jagi z dziecinnych bajek.
– Piękna robota, naprawdę piękna robota – mruczał pod nosem Franz, siadając na rower.
W ostatniej chwili przypomniał sobie jeszcze o telefonie. Na szczęście nie musiał brudzić znowu rąk. Szybkim ruchem otworzył małą wnękę zabezpieczoną żelaznymi drzwiczkami i jego oczom ukazało się łącze, do którego wystarczyło podpiąć aparat.
– No, wszystko dobrze, tu też nikt nie grzebał. – Zagwizdał z radością i spokojnie wdrapał się na rower, by ruszyć w drogę powrotną.
W domu czekał na niego obiad. Zanim dojechał do duktu łączącego Orłowo z Brzeźnem, na wzgórzu po jego prawej stronie mignęła krępa sylwetka schronu, który odwiedził godzinę temu. Kierując się w stronę Brzeźna, mijał wszystkich swoich „podopiecznych”.
W drodze do domu chciał jeszcze sprawdzić, na jakim etapie są prace przy budowie nowego bunkra, który miał stanąć na samym brzegu rowu wykopanego niedawno przez rosyjskich jeńców. Franz nie bardzo rozumiał, po co w środku pól, na skraju wykopu chroniącego Prusy Wschodnie przed rosyjskimi czołgami stawiać wielki bojowy bunkier, ale nie on był tu od myślenia. Budową zajmowali się ci z opaską na ramieniu. On miał tylko doglądać tego, co już zbudowane. Korciło go jednak, aby zobaczyć, co się dzieje na jego terenie, więc kiedy tylko dotarł do wielkiej sosny, podążył za znajomymi oznaczeniami.
Sierpień 2010
Kuba z radością wracał do przystani po całodziennym wiosłowaniu w trzydziestostopniowym upale. Pierwszym, co ukazało się jego oczom, kiedy dotarł do mostu w Brzeźnie Łyńskim, były piękne kobiece kształty wciśnięte w ten rodzaj spodenek, które mógł przeoczyć chyba tylko niewidomy. „Dobry Boże, co za cudo!” – pomyślał z nieukrywanym zachwytem. „Ciekawe, jak reagował na takie widoki Wojtyła, kiedy tu pływał” – przemknęła mu przez głowę kolejna myśl.
W tym momencie dziewczyna wyprostowała się i odwróciła na chwilę w jego stronę. Kiedy zobaczył jej twarz, ujęła go jeszcze bardziej niż kilka sekund wcześniej. Była śliczna. Piękną, lekko pociągłą twarz otaczały długie blond włosy. Grzywkę miała przyciętą pod takim kątem, że część twarzy była zakryta i tylko przy szybkim ruchu odsłoniła się na chwilę, pokazując cały urok dziewczyny. „Tak musiała wyglądać bogini Afrodyta” – myślał, rzucając okiem na wydatne piersi, płaski brzuch przyozdobiony delikatnym kolczykiem i tatuaż różyczki na lewej, pięknie opalonej łydce.
Jako dżentelmen z wrodzonym talentem aktorskim udał jednak, że bardziej niż powabami dziewczyny zainteresowany jest sprawnym dopłynięciem do brzegu. Rzucił więc tylko obojętnie: „Cześć!” i zajął się wypakowywaniem swoich gratów na brzeg. Dziewczyna, nieco zdziwiona, równie obojętnie odpowiedziała na powitanie i wróciła do pakowania swoich rzeczy.
Kiedy Anka, z którą Kuba chodził od szkoły średniej, zaraz po letniej sesji oznajmiła mu, że musi trochę od niego odpocząć, po czym rzuciła się w objęcia jakiegoś trzydziestolatka, postanowił, że nieprędko ktoś nowy znajdzie miejsce w jego sercu. Jednak w zaistniałej sytuacji, mimo usilnych prób trzymania emocji na wodzy, myśli samowolnie krążyły wokół obiektu, który znajdował się kilka metrów od niego. „Jak by tu… Może zapytam, skąd jest i co robi w tych okolicach, i potem jakoś pójdzie… – kombinował. – A jeśli ona ma tu gdzieś chłopaka? Wyjdę na totalnego palanta”.
– Długo jeszcze będziesz się grzebał? Może w końcu pomożesz samotnej kobiecie? – usłyszał za plecami.
– Słucham? – rzucił wyrwany z rozmyślań i odwrócił się do źródła głosu.
– Przecież sama tego nie zaniosę na górę – zaczepnie oznajmiła blondynka, spoglądając wymownie na kajak. Przez jej twarz przemknął delikatny uśmiech sugerujący, że w gruncie rzeczy bawi ją ta sytuacja.
– No tak! Sama tego nie zaniesiesz… – odparł, spoglądając w kierunku wypożyczalni. – Właśnie miałem, no… zaproponować ci pomoc… – Próbował ratować swój honor.
Kiedy uporali się z kajakami, dziewczyna odwróciła się do Kuby, rzuciła krótkie: „Dzięki!” i poszła w swoją stronę. Chciał coś powiedzieć, żeby ją zatrzymać, ale w tej samej chwili przypomniał sobie ból po niedawnym rozstaniu, więc tylko pokręcił głową zrezygnowany, sięgnął po plecak i ruszył w drogę powrotną.
Wybrał nieco dłuższą trasę, by choć przez chwilę móc podziwiać położone w samym sercu lasu jezioro Zdręczno. Lustro wody znajdowało się jakieś trzydzieści metrów poniżej drogi, którą jechał. Z tej wysokości widok był bardzo malowniczy. Nagle jego serce zabiło mocniej. Poza kilkoma wędkarzami, którzy ukryli się w sitowiu, na małej kładce zbitej z belek siedziała dziewczyna spotkana w Brzeźnie i wpatrywała się w ciemną zieleń wody. Najwyraźniej była sama. „Przypadek czy przeznaczenie?” – pomyślał mimowolnie. Minął szlaban zamykający drogę i ruszył w dół. Odwaga połączona z brawurą wiodła go prosto do celu. Kiedy był już prawie przy kładce, zahamował i nie rozumiejąc do końca, co się dzieje, poczuł, jak ogromna siła wyrzuca go z siodełka w powietrze. Nim uderzył o ziemię, pomyślał, że nie zadziałał tylny hamulec.
– Żyjesz? Nic ci nie jest? – Usłyszał gdzieś nad sobą, ale nie do końca potrafił połączyć te słowa w logiczną całość. – Wszystko w porządku? Dasz radę wstać?
Próbował się zmusić, by otworzyć oczy. Kiedy nieco doszedł do siebie, poczuł intensywny, słodkawy zapach olejku kokosowego. Wziął głęboki wdech i skupił się na zapachu. Powoli wracała mu pełna świadomość. Uniósł lekko głowę i spojrzał na dziewczynę. Teraz wyglądała niczym bogini, która przed chwilą wyszła z wodnej otchłani. Z całym spokojem, na jaki potrafił się zdobyć, zapytał obolałym głosem:
– Co z moim sprzętem?
Na te słowa dziewczyna parsknęła śmiechem.
– Aż tak dobrze nie sprawdzałam! – W mig pojął dwuznaczność. Poczuł się zakłopotany jej bezpośredniością.
– Chodziło mi raczej o zawartość mojego plecaka… – wydukał, powoli podnosząc się na łokciach.
Dziewczyna uśmiechnęła się, podała mu rękę, pomogła wstać i po chwili oboje wsiedli na rowery. Zanim dojechali piaszczystą drogą do asfaltu, dowiedział się, że ma na imię Ines, mieszka w Nidzicy, tam chodzi do szkoły i w przyszłym roku zdaje maturę. Każde wakacje spędza u dziadka na wsi, w Jabłonce, i ma już tego serdecznie dosyć.
– W moim mieście nie ma niczego oprócz zamku i trzech dyskotek na krzyż – skarżyła się. – Totalna nuda. W kółko ci sami ludzie, nic się nie dzieje. Chciałabym stamtąd w końcu wyjechać.
– Planujesz iść na studia?
– Jasne, tylko jeszcze nie wiem na co. Mogłabym zdawać na anglistykę, ale myślałam też o dziennikarstwie. Spotykanie ciekawych ludzi, robienie wywiadów, tropienie afer… To musi być życie! Codziennie coś nowego!
– Próbowałaś już gdzieś swoich sił? – Kuba drążył temat.
– Daj spokój – żachnęła się. – O czym tu pisać? Szczególnie w takiej Jabłonce. Gdy wyjeżdżają turyści, to pies z kulawą nogą tu nie zagląda. Poza widokami nie ma tu nic ciekawego.
– Wiesz, ja przyjeżdżam tu od kilkunastu lat i co roku odkrywam jakieś nowe, fascynujące miejsce. Najchętniej przeprowadziłbym się tu na stałe. – Kuba zapomniał o bolącej nodze i rozbitym łokciu. – Tu praktycznie każdy kąt kryje jakąś historię, jakąś tajemnicę do odkrycia. Te tereny to temat nie na jeden artykuł, ale na kilka dobrych książek!
Dziewczyna, która jechała obok na swojej damce, patrzyła na niego z lekkim niedowierzaniem. Zorientował się, że mimo najszczerszych chęci nowa znajoma nie rozumie jego fascynacji.
– Może jak wpadasz w te okolice raz w roku na dwa tygodnie, to wszystko wydaje ci się ciekawe i pasjonujące, ale kiedy musisz tu żyć, to po prostu umierasz z nudów. – Z lekkim cynizmem, ale jednocześnie jakimś subtelnym ciepłem w głosie próbowała bronić swoich przekonań. Było w niej coś intrygującego, co z jednej strony go onieśmielało, a z drugiej prowokowało do podtrzymywania rozmowy.
– Gdybyś dała mi szansę, mógłbym pokazać ci kilka ciekawych miejsc – powiedział bez przekonania, choć chciał, aby zabrzmiało to pewnie i szarmancko. Dziewczyna spojrzała na niego z lekkim uśmiechem.
– No, no! – odparła zaciekawiona. – Możemy spróbować.
– Naprawdę, masz ochotę? – Czuł się już znacznie pewniej.
– Przecież powiedziałam. Próbuj! – Dziewczyna nieco szybciej zakręciła pedałami i Kuba został w tyle, ale już po chwili jechał znowu przy niej. Szybsza jazda sprawiła, że przyjemny chłód zaczął omiatać ich młode ciała.
– Możemy zacząć nawet za chwilę. Tu po drodze jest miejscówka warta odwiedzenia.
Kiedy skończył mówić, wśród drzew zamajaczyła sylwetka dużego bunkra ukrytego w gęstym lesie po prawej stronie drogi. Jego obecność zdradzał wielki kawał żelbetu, który gdzieś w połowie lat pięćdziesiątych, podczas wysadzania schronu przez polskich saperów, oderwał się od reszty konstrukcji i teraz stanowił zagrożenie dla narwanych kierowców.
– Znasz to miejsce? – zapytał.
– Tak, wiem o nim. Zimą, kiedy nie ma liści, te ruiny dobrze widać z drogi. Szczerze powiedziawszy, nigdy nie byłam w środku… – Zawiesiła głos, a po chwili dodała z lekką ironią: – Bo niby po co? Pewnie jest tam mnóstwo śmieci i łatwo wdepnąć w czyjeś… no wiesz… więc wolałam oszczędzić sobie takich atrakcji.
– Dziewczyno! – powiedział z aktorskim zacięciem. – Cudze chwalicie, swego nie znacie! Ten bunkier to największa zagadka tej okolicy, a przynajmniej jedna z większych. Przyjeżdżają tu pasjonaci historii z całej Europy, a ty mówisz: śmieci, psie kupy… Kobieto! – Teatralnie złapał się za głowę. – Zostaw tu rower i chodź zwiedzać. Musimy się pospieszyć, bo zaraz się ściemni – zarządził i wszedł między drzewa.
Nieśmiałość i brak pewności odeszły w niepamięć. Był w swoim żywiole. Ines z grymasem obrzydzenia na twarzy dzielnie pomaszerowała za swoim przewodnikiem.
Sierpień 1944
Franz wrócił do domu, gdy zmierzch już na dobre zagościł nad jeziorem Omulew. Kiedy otworzył furtkę i wszedł na podwórze, zdziwił się, że tylko szczekający pies zareagował na jego powrót. Poza tym na podwórzu panowała zupełna cisza. Gdzieś w głębi poczuł delikatny niepokój. Sekundę później drzwi domostwa otworzyły się z hukiem i wybiegła z nich zapłakana Lotta. Rzuciła się mężowi na szyję i zaczęła spazmatycznie szlochać, powtarzając w kółko:
– Erwin… dzieci… zabrali… masz iść… musisz iść…
Franza zlał zimny pot, ale panując nad sobą, silnymi rękoma ujął żonę za ramiona, potrząsnął i lekko podniesionym głosem zapytał:
– Uspokój się i powiedz, co się stało. Gdzie mam iść?
Łkając, Lotta opowiedziała o wizycie żandarma i żołnierza w czarnym mundurze z trupią czaszką na czapce. Franz poczuł, że uginają się pod nim kolana.
– Powiedzieli, że jak tylko wrócisz, masz się stawić na posterunku. Straszyli, że jak zabiorą chłopaków do kopania okopów, to może im się odechce głupot – dokończyła swoją opowieść zapłakana kobieta.
– Co znowu nawyrabiały te gałgany, że po raz kolejny muszę się meldować na policji?
– Nie wiem, ale widziałam, że nawet stary Brenner był przerażony obecnością tego żołnierza. Ten czarny mundur…
Franz dobrze wiedział, że mundury SS nie wróżą niczego dobrego, a od pewnego czasu widywał je tu coraz częściej. Kilka tygodni temu jakiś oddział zajął bunkier przy drodze do Nidzicy i inne schrony na wzgórzach porośniętych starymi dębami. Wystawili warty i zakazali wchodzić do lasu. Z jednej strony była to dobra wiadomość, bo odpadło mu kilka obiektów do sprawdzania, ale z drugiej nikt nie wiedział, co żołnierze tutaj robią, skoro walki trwają na wschodzie i tam byliby pewnie bardziej potrzebni. Tu nie działo się przecież nic złego.
Posterunek żandarmerii znajdował się tuż za Jabłonką, mniej więcej w połowie drogi do Wikna. W okolicy rozmieszczono niedawno kilka małych schronów przeznaczonych dla jednego strzelca, które żołnierze ironicznie nazwali „garnkami Kocha”. Nazwa wzięła się stąd, że podobno ten typ małego bunkra wymyślił sam miłościwie panujący w Prusach Wschodnich Erich Koch. Na polach między Jabłonką a Wiknem powkładano w ziemię mnóstwo tych małych, betonowych studzienek, z których mieli prażyć do wroga nasi żołnierze. Wszystkie garnki połączone były siecią nowo powstałych okopów. To akurat zasługa kobiet. „Ruskie niewolniki” kopali rów przeciwczołgowy, a kobiety kilka razy w tygodniu wychodziły do kopania okopów.
Zjeżdżając z górki, zobaczył najpierw światło w oknach, a potem samochody stojące przed budynkiem. Lustrzana tafla jeziora, w której odbijały się gwiazdy, uspokoiła nieco jego przerażone serce. Zapukał do drzwi, po czym wszedł do środka.
Powitały go kamienne twarze dwóch żołnierzy, którzy stali, celując w niego karabinami. Pierwszy niemal mechanicznym głosem zapytał:
– Wer sind Sie?
– Jestem Franz, Franz Ollesch. Kazano mi tu przyjść…
– Wpuśćcie go! – usłyszał znajomy głos starego, wielkiego jak niedźwiedź Brennera.
Kiedy wszedł do pokoju oświetlonego lampą naftową, zobaczył wysokiego rangą żołnierza SS, który siedział przy biurku i sączył lampkę koniaku. Brenner stał prawie na baczność w połowie drogi między Franzem a biurkiem. Wyglądał jak uczeń, który po wywiadówce nie jest pewien, czy spodziewać się pochwały, czy kary wymierzonej parcianym pasem. W pomieszczeniu poza nimi nie było nikogo. Serce ojca zawrzało.
– Gdzie moje dzieci? – wycedził przez zęby.
– Uspokój się, Franz – powiedział żandarm. – Tym razem nie pójdzie tak łatwo…
– Herr Ollesch! Niech pan usiądzie i dobrze posłucha tego, co powiem – przemówił nieznoszącym sprzeciwu głosem mężczyzna w mundurze SS.
– Postoję. – Franz próbował zachować się honorowo.
– Siadaj i słuchaj! – ryknął dobrze zbudowany blondyn. – Jesteśmy na wojnie, nie ma czasu na przekomarzanie – powiedział już spokojniej, ale równie dobitnie. – Twoi synowie wtargnęli do zakazanej strefy. Nie upilnowałeś ich. Wiesz, co za to grozi?
– Herr Obersturmführer, to tylko dzieci! W czym one mogą zaszkodzić wojnie?
– Nie czytałeś obwieszczeń gauleitera? Nadleśnictwa Zimna Woda, Napiwoda, Koniuszyn i Dłużek zostają zamknięte dla osób cywilnych. Poza ogólnodostępnymi drogami wstęp do lasów jest tylko za zezwoleniem wystawionym przez lokalny posterunek żandarmerii. Natomiast leśnictwa Dębowa Kępa, Terten i Wilczy Ogród stają się na czas nieokreślony zamkniętą strefą militarną.
– Ja wohl, Herr Oberleutnant, czytałem, ale co ci mali chłopcy mogli zrobić albo zobaczyć, że trzeba ich było zamknąć na cały dzień w kozie?
Przez twarz SS-mana przebiegł grymas furii, ale opanował się i ze stoickim spokojem zapytał:
– Ma pan jeszcze jakieś pytania, Herr Ollesch, czy może chce pan dołączyć do swoich dzieci?
Franz zwiesił pokornie głowę i powiedział cicho:
– Nein.
– To dobrze, Herr Ollesch. Znamy pańskie zasługi dla Rzeszy. Wiemy, że jest pan wiernym synem tej ziemi, bohatersko walczącym przeciwko Francuzom w okopach pod Verdun. Doceniamy też pańską służbę w Volkssturmie, dlatego uznamy ten incydent za niebyły, ale musi pan zadbać o to, aby chłopcy równie szybko zapomnieli o tym, co widzieli. Rozumie pan?
– Tak jest. Rozumiem – odparł Franz uspokojony tym, co usłyszał.
W głębi duszy czuł jednak, że przypadkiem znalazł się w centrum jakiejś większej afery związanej z SS i tym, co dzieje się wokół rzeczki Kommusin. Teraz wiedział już na pewno, że żelbetonowy kolos ukryty przy drodze do Nidzicy nie jest tylko propagandowym chwytem lokalnego oddziału NSDAP, ale budowlą specjalnie przygotowaną na stacjonowanie większej liczby żołnierzy. Co tu robią? Dlaczego ufortyfikowali całe wzgórze od drogi aż do rzeczki? Czyżby testowali jakąś nową broń na czerwonych? Nie miał pojęcia, ale z tonu SS-mana wywnioskował, że lepiej o nic nie pytać.
Podniósł się z krzesła, jeszcze raz przeprosił za zamieszanie, pożegnał się i ruszył do wyjścia, gdzie czekali już chłopcy w asyście żołnierzy. Będąc już przy drzwiach, ponownie usłyszał głos blondyna w czarnym mundurze:
– Herr Ollesch… – Franz zatrzymał się w pół kroku i odwrócił pokornie przez ramię.
– Tak?
– Czy chciałby pan jeszcze bardziej przysłużyć się swojej ojczyźnie?
Zaskoczony pytaniem, nie wiedząc, co o tym myśleć, po chwili wahania zebrał się w sobie i wojskowym okrzykiem potwierdził gotowość do służby.
– Dobrze, Herr Ollesch, bardzo dobrze… Niedługo ktoś się do pana zgłosi z nowymi rozkazami. A teraz niech pan zabiera młokosów, przetrzepie im porządnie skórę i wraca do żony. Pewnie czeka na was z kolacją.
Sierpień 2010
Bunkier powitał ich intensywnym zapachem moczu i wilgoci. W pierwszym pomieszczeniu leżało mnóstwo śmieci i stara wersalka.
– Boże, jak tu śmierdzi – powiedziała dziewczyna, zatykając nos. – Nie rozumiem, co w tym takiego niesamowitego – burknęła przez zaciśnięte usta.
– Przestań marudzić i wchodź! – rzucił Kuba, oświetlając sobie drogę latarką w komórce. Blondynka zniesmaczona zapachem żelbetonowego śmietnika ani drgnęła. Chłopak, widząc kobiece niezdecydowanie, wyciągnął w jej kierunku rękę.
– Jeśli to ma ci w czymś pomóc, to trzymaj się mocno i chodź.
Zadziałało. Chwyciła jego dłoń, a drugą pomogła sobie wdrapać się do wąskiego, owalnego wejścia, wyglądającego jak gigantyczna dziupla w starym dębie. W środku panował mrok, wilgoć, a nieprzyjemną atmosferę grozy potęgował brzydki zapach z pierwszego pomieszczenia. Po przejściu małego, wąskiego korytarzyka znaleźli się w dużej sali, której sufit pokryty był żelaznymi belkami, a gdzieniegdzie pojawiły się stalaktyty, takie same jak w jaskiniach.
– Jak można tu było w ogóle wytrzymać? – Nie wiedzieć czemu zaczęła mówić szeptem, jak gdyby nie chciała budzić złych duchów mieszkających w tej obrzydliwej grocie.
– W czasach swojej świetności bunkry bywały całkiem przytulne – tłumaczył Kuba z nutą akademickiego zacięcia. – Przede wszystkim nie było w nich tak wilgotno. Wewnątrz każdego bunkra budowanego przez Niemców znajdował się system wentylacyjny i odwadniający. Zobacz! – Pokazał na wystające ze ścian rury. – To pozostałości tego, o czym mówię. Wentylacja chroniła nie tylko przed wilgocią, ale przede wszystkim przed atakiem gazowym. No i wyprowadzała ze schronu wszelkie niechciane zapachy i dymy.
– Szczególnie jak któryś z żołnierzy przypalił schabowego – próbowała zakpić. Żart jednak nie wywołał spodziewanej reakcji, bo chłopak ciągnął swój wywód.
– Żebyś wiedziała. Przecież mogli tu siedzieć tygodniami, czy nawet miesiącami, więc pewnie musieli jeść coś ciepłego. O tam, gdzie wystaje ta gruba rura, stał taki mały piecyk, na którym mogli sobie coś od biedy upichcić.
W trakcie tego miniwykładu przeszli do kolejnego pomieszczenia, które zachowało się tylko w części. Ze ścian wystawały żelazne pręty, na których miejscami zwisały kawałki betonu. Zapewne jakiś potężny wybuch odrzucił część sufitu i dwie ściany.
– Wiesz, co to jest? – Wskazał mały kwadratowy otwór umieszczony blisko ziemi. Widniały nad nim fragmenty jakichś słów. Ines bezskutecznie próbowała odszyfrować napis.
– To po niemiecku. Przecież mówiłam ci, że znam tylko angielski i trochę francuskiego. Wygląda jak buda dla psa!
Przewodnik uśmiechnął się szeroko i z poważną miną oznajmił:
– To jest tajne przejście.
– Chyba nie chcesz powiedzieć, że będziemy się tam wciskać? – nerwowo upewniła się dziewczyna.
– Nie będziemy, bo się nie da. Tunel jest zawalony. Chciałem ci tylko pokazać, jak dobrze przygotowani byli Niemcy na wypadek wojny. Podobnie jak każda dawna twierdza, zamek czy warowne kościoły, bunkry miały tunel, którym można było się wydostać z oblężenia. Takie… wyjścia awaryjne.
– A dokąd prowadziło to przejście? – Dziewczyna po raz pierwszy wykazała zainteresowanie i nachyliła się nad ciemnym otworem prowadzącym w nieznane. Kuba spojrzał ukradkiem na wypięte w jego kierunku krągłości, ale szybko odwrócił wzrok w stronę wlotu i zaczął wyjaśniać:
– Zazwyczaj takim wyjściem można było dostać się na dach schronu, ale w wypadku tego obiektu tunel mógł kończyć się kilka metrów za bunkrem. Wokół tego schronu porozmieszczano garnki Kocha, więc pewnie wyjście znajdowało się w którymś z nich.
– Czyje garnki? – Dziewczyna zatrzymała pytający wzrok na swoim przewodniku.
– Chodź, zamiast tłumaczyć, wolę ci pokazać.
Pomógł jej wydostać się z dołu, w którym stali. W tym miejscu bunkier był mocno zniszczony i przypominał nieco wejście do górskiej jaskini. Po kilku krokach znaleźli się obok czegoś, co przypominało studzienkę kanalizacyjną.
– Oto i garnek Kocha. To taki minibunkier dla jednego żołnierza. W środku stał strzelec, który obsługiwał duży karabin maszynowy. Widzisz te obręcze? Na nich umieszczano żelazne szyny, w które wkładano podstawę karabinu. Dzięki temu żołnierz mógł szybko obracać się w wybranym kierunku.
Dziewczyna zaczęła rozglądać się po terenie otaczającym betonową jamę, w której byli przed chwilą. Wszędzie widać było okopy i regularnie rozłożone garnki Kocha, niczym małe, śmieszne studnie. Teraz przypomniała sobie, że widziała dużo takich cembrowin w lasach wokół Jabłonki i na przydrożnych polach. Faktycznie przypominały garnki. Wdrapała się na dach kolosa.
– Uważaj, bo łatwo można tu skręcić nogę – krzyknął ostrzegawczo Kuba, który obszedł bunkier z drugiej strony.
– Tak, tato! – przedrzeźniała go. – Powiedz lepiej, co tu jest takiego wyjątkowego oprócz tego tajemnego tunelu ostatniej szansy.
