‌Więzy namiętności - Manuela Dziącko - ebook
NOWOŚĆ

‌Więzy namiętności ebook

Manuela Dziącko

0,0

63 osoby interesują się tą książką

Opis

Czy najbardziej lubieżny i zepsuty do szpiku kości młodzieniec może w jednej chwili porzucić swe nawyki i przeistoczyć się we wzór cnót?

 

XVIII-wieczny Londyn. Właściciel ziemski hrabia Edward Davis, dostrzegając szerzącą się deprawację swojego jedynego syna, stawia mu ultimatum. Rozpustny wicehrabia musi znaleźć sobie żonę, jeśli nadal chce dysponować rodzinnym majątkiem. Początkowa niechęć George’a do pomysłu ojca wkrótce przeistacza się w obsesję na punkcie tajemniczej damy z portretu, którą za wszelką cenę postanawia zdobyć. Jest gotowy na wszystko i nie cofnie się przed niczym, byle tylko zrealizować swój plan. Ale czy do miłości można kogoś zmusić?

 

Sara Harris jest młodą i pełną życia kobietą. Dalekie są jej marzenia o zamążpójściu. W sercu bowiem wciąż tli się uczucie, które już w dzieciństwie żywiła do swojego sąsiada, Jacka Greena. Pewnego dnia opuścił on rodzinne miasto, a wspomnienia wspólnych zabaw zdążyły zatrzeć się w jej pamięci. Czy po latach na nowo odżyją i pokonają próbę czasu? Czy Jack powróci i zdoła przezwyciężyć wszelkie przeciwności losu, które staną mu na drodze do ukochanej?

 

Więzy namiętności to przejmująca, romantyczna opowieść o pożądaniu, zemście, zakazanej miłości i mrocznej tajemnicy z przeszłości, która w nieoczekiwany sposób splata losy głównych bohaterów, stawiając ich w obliczu trudnych wyborów i decyzji.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 354

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Manuela DziąckoCopyright © by Wydawnictwo WasPos, 2026All rights reservedWszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja: Kinga Szelest

Korekta: Magdalena Czmochowska

Projekt okładki: Adam Buzek

Zdjęcie wewnątrz okładki: Gemini AI

Zdjęcie na drugiej stronie: Obraz Annette Meyer z Pixabay

Ilustracje przy nagłówkach: pngtree.com

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]

Wydanie I – elektroniczne

Wyrażamy zgodę na udostępnianie okładki książki w Internecie

ISBN 978-83-8464-024-1

Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

ROZDZIAŁ I

Człowiek stojący u bram dworu Ashcroft miał nieodparte wrażenie, że są to wrota do innego świata. Podobny widok mógł bowiem oglądać dotychczas jedynie w snach, i to tych najpiękniejszych, które zapamiętuje się do końca życia. Za progiem złoconego wejścia, strzeżonego przez posągi lwów usytuowanych na dwóch masywnych filarach, wiła się kamienna droga, prowadząca wprost do wielkiej rezydencji. Nad nią zaś sklepiały się rozrośnięte gałęzie kwitnących jabłoni, tworzące śnieżnobiały baldachim pachnącego kwiecia.

Ach, jaką ucztą dla ludzkiego oka był ów widok, wiedział tylko ten, komu dane było ujrzeć go na własne oczy, a przecież był to zaledwie przedsionek, odkrywający jedynie namiastkę obecnych tam cudowności.

Dalej rozciągały się całe połacie malowniczych ogrodów, gdzie lśniące wody stawów przyciągały całe hordy wszelkiego rodzaju ptactwa. Latem przepełnione były kaskadami kolorowych kwiatów – od splecionych ze sobą krwistoczerwonych róż aż po błękitne, jak odbicie nieba, niezapominajki przywołujące wspomnienia z dzieciństwa, gdy widziało się je na łąkach.

Między nimi rosły wysokie, niczym drzewa, krzewy przycięte w idealnie stożkowy kształt, a zza ich bujnych form wyłaniały się marmurowe figury przedstawiające ludzkie ciało w najwspanialszej z odsłon. Krajobraz dopełniał rozbrzmiewający wokół cichy szum fontanny, której białe strumienie mieniły się w słońcu, podobnie jak tysiące maleńkich kryształów.

Tuż za nią, w cieniu roślinności, wznosiły się porośnięte bluszczem schody prowadzące wprost do rezydencji. Majestatyczna budowla, przypominająca pałac samego króla, zapierała dech w piersiach, a liczne rzeźby i kolumny zdobiące jej elewację ujmowały precyzją w każdym detalu. Bez wątpienia był to symbol splendoru, dążenia do doskonałości i pychy, chcącej zaspokoić najgłębsze żądze drzemiące w umyśle człowieka.

Był rok tysiąc siedemset pięćdziesiąty drugi, a szare londyńskie ulice dalece odbiegały wizerunkiem od dworskich posiadłości arystokracji. W kraju, gdzie głód, choroby i ubóstwo były codziennością, żyli oni tak, jakby ten świat zupełnie ich nie dotyczył. Najdroższa biżuteria, perfumy sprowadzane z Francji na zamówienie kapryśnych dam, ogromne posiadłości, służba, a nad nimi pan, dyrygujący tym wszystkim, mający się za boga w swoim świecie.

Powszechnie wiadomo, że bogactwo potrafi zdeprawować nawet najbardziej przyzwoitych ludzi, wyciągając z nich cechy, o jakie sami siebie wcześniej nie podejrzewali. Szczególnie władza powoduje zaślepienie, a dzierżący ją człowiek winien znać brzemię odpowiedzialności, która na nim spoczywa. Taką władzę bez wątpienia miał hrabia Edward Davis. To właśnie on był właścicielem posiadłości Ashcroft, jak i wszystkich wspaniałości znajdujących się na jej rozległych równinach.

Hrabia był ziemianinem iście powściągliwym, a jego kamienny wyraz twarzy potrafiłby wprawić w trwogę nawet najbardziej odważnego męża. Niegdyś jednak był to człowiek o pogodnym usposobieniu i wbrew pozorom wielkim sercu. Mimo pozycji traktował wszystkich z równością i nie potrafił przejść obojętnie, gdy komuś działa się krzywda. Otworzył nawet szpital, w którym zatrudniał najlepszych lekarzy sprowadzanych z najdalszych zakątków kraju, wszystko po to, by zwykli ludzie otrzymali choć namiastkę normalności w tym trudnym świecie.

W Londynie i okolicach nie ostał się nikt, kto nie słyszałby o jego szlachetnych czynach. Biedni okazywali mu szacunek i nigdy źle się o nim nie wypowiadali, zaś równi pozycją twierdzili, że postradał rozum, wszak zwykli obywatele byli dla nich nic nieznaczącymi zjadaczami chleba, a tym należało dobitnie ukazać, gdzie jest ich miejsce.

Wszystko zmieniło się z chwilą, gdy przed dziesięcioma laty, chłodnego, jesiennego poranka Edwarda obudził przeraźliwy krzyk służącej, który słychać było w całym domu. Dobiegał on z najwyższej części budynku, gdzie znajdowała się pracownia, w której żona Edwarda, Laura, zwykła przesiadywać całymi dniami, malując pejzaże.

W tym małym, niepozornym pokoju, pełnym wspomnień, na drewnianej posadzce leżało jej zakrwawione ciało. Ostry sztylet wbity był w jej pierś, a biała, niczym płatek śniegu, twarz zastygła w bezruchu, jak gdyby czas nagle się zatrzymał.

Widok ten wstrząsnął Edwardem tak bardzo, że stracił przytomność. Odzyskał ją na drugi dzień, łudząc się, że to, co zobaczył, było tylko złym snem, koszmarem pozostającym jedynie wytworem umysłu, a nie rzeczywistością. Na nic zdały się jednak jego nadzieje.

Kto mógł zrobić coś tak strasznego?

Tragedia ta stała się numerem jeden na językach wszystkich. Podejrzanym mógł być każdy, wszak mimo swej dobroci hrabia miał również wielu wrogów, a ci, z zazdrości, gotowi byli posunąć się do najpodlejszych czynów.

Po pogrzebie Laury Edward zamknął się w sobie, a z tryskającego energią człowieka stał się wrakiem opuszczającym dom tylko, gdy sprawa tego wymagała. Zwolnił całą służbę, pozostawiając przy pracy wyłącznie guwernantkę zajmującą się jego jedynym synem George’em, który miał wtedy zaledwie czternaście lat. Strasznie przeżył śmierć matki, co również odcisnęło na nim piętno.

Tak minęły lata.

Gdy George dorósł, szybko przejął obowiązki w posiadłości ojca i na nowo zrobił z niej miejsce spotkań śmietanki towarzyskiej. Miał za złe, że ten nigdy nie szukał mordercy jego matki, choć znalezienie go graniczyło z cudem.

Od tamtej pory każdy z nich żył we własnym świecie.

Edward zamieszkał w pokoju, w którym niegdyś malowała jego żona, całkowicie rezygnując z życia towarzyskiego.

George mianował siebie nowym panem rodzinnego dworu, zatrudniając multum służby i dyrygując nią według własnego uznania. Trwonił rodzinny majątek i wywoływał skandale, wdając się w kolejne romanse, gdyż wszystkie damy na widok jego kiesy gotowe były zrobić niemal wszystko, łącznie z poświęceniem własnego dziewictwa. Niestraszne mu były nawet kobiety zamężne, wszak George nie myślał o ustatkowaniu się, a jedynie o zaspokajaniu własnych żądz i potrzeb ciała.

Gdy ktoś prosił go o pomoc, zwykł śmiać się w głos, drwiąc sobie z losu tych, którzy mieli mniej szczęścia i nie dane było im zaznać łaski. Był zupełnym przeciwieństwem swojego ojca.

Czy to tragedia sprzed lat go tak zmieniła? A może był taki od zawsze?

Nie mógł znać odpowiedzi na te pytania, nikt prócz niego.

Szpital, zbudowany niegdyś przez jego ojca, zamienił w dom schadzek, potajemnie czerpał z niego dodatkowe zyski, przy okazji będąc tam dość częstym gościem, zwykle pod osłoną nocy i ukradkiem.

George nie był wyjątkiem, bowiem ci, którzy za dnia wydawali się najdostojniejszymi mężami z nienaganną opinią, nocą pierwsi ustawiali się w kolejce, by korzystać z usług miejscowych ladacznic.

Któż mógłby dawniej przypuszczać, że z jedynego syna hrabiego wyrośnie prawdziwy czarci pomiot?

Z pozoru niewinna twarz i wielkie, szmaragdowe oczy potrafiły zwodzić i były zaprzeczeniem mrocznej natury, jaką w sobie skrywał. Był to młodzieniec o niewątpliwej urodzie i smukłej posturze, z gładkimi rysami i zarysowaną szczęką. Jak na prawdziwego arystokratę przystało, młody panicz unikał słońca, twierdząc, że nawet delikatna opalenizna kojarzy się z pracą w polu i jest zarezerwowana wyłącznie dla niższych warstw społecznych.

George był nad wyraz dumny z tego, jak na nowo urządził rodzinny pałac. Każdego tygodnia wydawał wystawne przyjęcia i zapraszał wszystkich, których warto było zaprosić. Uchodził za człowieka towarzyskiego, a przemawiał tak, że nawet najmniej zainteresowany z gości chętnie z nim rozmawiał.

Mimo pysznego charakteru miał dar przekonywania, talent do prowadzenia dyskusji i urok, którym oczarowałby każdego. Był jak wąż kuszący swoim wdziękiem, a gdy ktoś nabrał się na jego grę, był stracony.

Szczególnie przekonywała się o tym służba, ponieważ na niej wyładowywał wszelkie frustracje związane z przeciwnościami losu. Ulgowo zdawał się traktować jedynie pana Jamesa Smitha, wszak ten był jego prawą ręką i informował go o tym, co dzieje się w mieście i okolicach. O wszystkim George miał wiedzieć pierwszy, a James świetnie sprawował się w roli informatora i tym zaskarbił sobie jego względy.

Przystrojony w zdobioną haftami burgundową kamizelkę i mlecznobiałą koszulę, wyglądał niczym członek szanowanego rodu. Jego powab i szlachetność rysów nieraz sprawiały, że ludzie myśleli, że mają do czynienia z wielmożnym panem, a nie prostym sługą. Był to bez wątpienia człowiek pragmatyczny, a jego stoicki spokój i trzeźwy ogląd sytuacji już niejeden raz uratowały młodego panicza z opałów.

George tracił rozum, gdy tylko coś nie szło zgodnie z jego planem, a pan Smith, zachowując zimną krew, podsuwał mu najlepsze rozwiązania.

Tym razem jednak zdawał się nie przynosić George’owi dobrych wieści, o czym ten wkrótce miał się przekonać.

Smith z nieśmiałością przekroczył próg przestronnego salonu, w którym wicehrabia zwykł wypoczywać po całym dniu szaleńczych ekscesów. W dłoniach trzymał zawinięte w rulon pismo, a wyraz jego twarzy wyrażał swoiste zakłopotanie. Widok podwładnego sprawił, że George natychmiast się ożywił, bowiem samotne chwile w towarzystwie wina zaczynały nużyć go niesłychanie. Pan Smith, nie odezwawszy się ni słowem, położył na orzechowym stoliku egzemplarz codziennej prasy, wicehrabia zaś szybko wywnioskował, że owa publikacja zapewne musi dotyczyć jego.

Nim jednak spojrzał na nakreślony wielkimi literami nagłówek, napełnił jeszcze raz kielich i wychyliwszy go, duszkiem wypił całą jego zawartość.

– Czyżbym znów stał się bohaterem pierwszych stron gazet? – spytał, przecierając usta wierzchem dłoni, po czym chwycił za brukowiec i przeczytał zapisane na nim słowa. – „Rozpustne życie wicehrabiego. Kto będzie jego następną ofiarą?” Ofiarą?! – zagrzmiał z oburzeniem. – Przecież te dziewki same proszą, bym zechciał z nimi pofolgować! Drogi Jamesie, wiesz przecież, że takie wydmuszki nie robią na mnie wrażenia. Widać jako jedyny wzbudzam powszechne zainteresowanie, a sława, jak wiesz, jest rzeczą pożądaną. Poza tym nie wymieniono mnie z nazwiska, więc kto by się tym przejmował?

– Jest tu twoja podobizna, panie. Wszyscy wiedzą, że chodzi o ciebie. Niektórzy nawet porównują cię do owianego przed laty złą sławą hrabiego Rochester, Johna Wilmonta. Powiadają, że skończysz podobnie, zatruty kiłą, z różańcem w dłoni, w modlitwie o ostatnie namaszczenie – rzekł z powagą Smith.

– Niech mówią. Zupełnie mi ten fakt nie przeszkadza. Tobie też nie powinien – odparł niewzruszenie wicehrabia.

– Panie, obawiam się, że hrabia ma na ten temat zgoła odmienne zdanie.

– Cóż to ma znaczyć?!

– Panie, wyjrzyj tylko na podwórze, a przekonasz się na własne oczy.

George, zdezorientowany słowami wiernego sługi, pędem ruszył w stronę okna. To, co zobaczył, zmroziło go na tyle, że zastygł niczym głaz, a ciało jego przeszył dreszcz podobny do uderzenia piorunem. Był to widok, którego za nic w świecie nie mógł się spodziewać.

Hrabia Edward gotów był właśnie do drogi, a w rękach trzymał nieszczęsny brukowiec, w którym tak niegodziwe rzeczy padły pod adresem jego jedynego syna. Nie mogło to wróżyć niczego dobrego, toteż twarz George’a poczerwieniała, a niepewność zamieniła się w gniew, dając wreszcie ujście nagromadzonym wewnątrz emocjom.

– Powiedz, jak to jest możliwe?! – wrzasnął. – Jakim cudem ten szmatławiec trafił w jego ręce?! Przecież on nawet nie wychodzi z domu! Mam nadzieję, że nie masz z tym nic wspólnego!

– Nie śmiałbym, panie. Za pozwoleniem, złość nic tu nie da – zaczął spokojnie Smith. – Burza musi minąć sama – skwitował.

– Co masz na myśli?

– Hrabia to twój ojciec, panie. Gdy wróci, po prostu z nim porozmawiaj. To tylko gazeta, w dodatku często mijająca się z prawdą dla większego rozgłosu. Hrabia to mądry człowiek i na pewno weźmie pod uwagę także twoje zdanie, szczególnie jeśli wyrazisz przed nim skruchę.

– Ziarno zasiane raz może kiełkować w nieskończoność! Dowiedz się lepiej, kto podsunął mu te plotki, i przyprowadź go do mnie, bym osobiście mógł go ukarać!

Edward pozostawał jedyną osobą, do której młody wicehrabia żywił szacunek, ale i czuł nieustanny strach przed jej osądem. Bał się, że ojciec jednym słowem mógłby pozbawić go życia, do którego tak bardzo przyzwyczaił się przez ostatnie lata. Bał się, że jego władza mogłaby się zmniejszyć, a to byłby cios równający się z porażką, której nie byłby w stanie zaakceptować.

Zdawał sobie sprawę, że teraz może tylko czekać. W otchłani własnego umysłu snuł najczarniejsze scenariusze, a to doprowadzało go do coraz większego szaleństwa. Do tej pory ojciec ani razu nie wtrącił się w jego życie, a George był pewien, że ma pod kontrolą to, w jakim widzi go świetle. Myśl o tym, że wszystko legło w gruzach, frustrowała go, a kolejne godziny wyczekiwania zdawały się dłużyć nieskończenie.

Wkrótce nastała noc, a hrabia jakby zapadł się pod ziemię. George w milczeniu wpatrywał się w tykające wskazówki zegara, a każda kolejna minuta niepewności była dla niego niczym najgorsza z tortur. Właśnie wtedy usłyszał za plecami ciche kroki, a kiedy spojrzał za siebie, ujrzał Rose Brown, guwernantkę, która zajmowała się nim niemal całe życie.

Gdy stracił matkę, to ona stała się dla niego najbliższą osobą. Chcąc zrekompensować tragedię, której doświadczył, przymykała oko na jego występki, lecz z czasem zauważyła, że tak wielkie pobłażanie nie wyszło młodemu wicehrabiemu na dobre.

– Drogi chłopcze, nie zamartwiaj się. Już późno, powinieneś się położyć. Czasem na wszelkie strapienia sen okazuje się najlepszym lekarstwem – rzekła Rose, poklepując go po ramieniu.

– Mam się nie zamartwiać? Gdybym tylko wiedział, jak to zrobić, poszedłbym za twoją radą. Och, moja Rose, masz pojęcie, co się stało? Ktoś umyślnie doniósł ojcu, co ci przeklęci adwersarze o mnie piszą! Mam schować głowę w piasek? Dowiem się, kto ma czelność występować przeciw mnie we własnym domu, a wtedy niech Bóg ma go w opiece, bo nie ręczę za własne opanowanie!

– Moje dziecko, to ja.

– Ty? – spytał z widocznym zakłopotaniem malującym się na jego twarzy.

– Starałam się wspierać cię całe życie, ale nie takiego życia dla ciebie chciałam. Zatraciłeś się, a wartości, które niegdyś widziałam w małym chłopcu, wyparowały. Musiałam porozmawiać z twoim ojcem. Nie miałam innego wyjścia.

– Jak śmiesz?! Nie jesteś moją matką! Jesteś tu służbą, jak reszta! Znaj swoje miejsce!

– To prawda. Nigdy nie chciałam jej zastąpić. Pragnęłam jedynie, byś wyrósł na prawego człowieka. Niestety, nie zdołałam podołać mej roli.

– Prawego? A cóż znaczy prawość w obecnym świecie? Liczą się ci, którzy są na szczycie. Jestem wdzięczny, żeś była przy mnie, gdy nie miałem wokół siebie nikogo. Nigdy tego nie zapomnę. Wiedz jednak, że zawiodłaś mnie jak nikt inny i w jednej chwili wymazałaś wszystkie dobre wspomnienia. A ja, głupiec, myślałem, że mogę ci ufać. Spakuj swoje rzeczy, Rose… panno Brown. Rankiem opuścisz Ashcroft i wrócisz do rodzinnej wsi. Nie martw się, dostaniesz sowitą odprawę za spędzone tutaj lata.

Wtenczas wicehrabia odwrócił się do swojej opiekunki plecami, w milczeniu czekając, aż ta zostawi go samego. Wypowiedziane przez George’a słowa niesłychanie ją dotknęły, lecz Rose wiedziała, że szczerość, na którą się odważyła, musiała zebrać swe żniwo. Nie żałowała jednak tej decyzji, wszak była przekonana, że to jedyne słuszne wyjście.

George nigdy nie wybaczał wymierzonych w niego zniewag. Nie traktował ich jako lekcji, lecz atak, który za wszelką cenę trzeba było odeprzeć. W mgnieniu oka zaufanie, którym darzył Rose, legło w gruzach, a w miejscu miłości i wdzięczności w jednej chwili pojawiły się nienawiść i niezrozumienie.

Nim gorycz zdążyła do reszty wypełnić jego wnętrze, szybko spostrzegł, że powóz hrabiego zatrzymał się tuż przed rezydencją. Edward niczym grom przekroczył jej próg, podając po drodze służbie swój szeroki, trójgraniasty kapelusz, a krok jego był żywy i gwałtowny, wprawiający w lęk każdego, kto wówczas stał mu na drodze.

George, nie mając wyjścia, wyszedł mu naprzeciw, natychmiast wcielając się w rolę skruszonego syna, będącego ofiarą bałamucących potwarzy i kalumnii.

– Ojcze, gdzie byłeś? Martwiłem się! Coś się stało? – pytał jakże przejmującym głosem.

Hrabia w odpowiedzi rzucił w jego stronę zimne, wyzute z wszelkich uczuć spojrzenie, nakazując, by udał się wraz z nim do gabinetu. Owe słowa na dobre utwierdziły George’a w przekonaniu, że niełatwo mu przyjdzie rozmawiać z Edwardem.

Nie odstępując ojca na krok, próbował wytłumaczyć się, mówiąc, że owo pismo to zwyczajny brukowiec chcący zepsuć mu reputację, że dobrze zarządza majątkiem i nie zrobił nic, co mogłoby go zasmucić. Hrabia ignorował jego słowa, a on, idąc za radą pana Smitha, okazał skruchę i zaczął przepraszać oraz przyznawać, że popełniał błędy, ale od teraz wszystko się zmieni.

Wtedy obaj przekroczyli próg starego, nadszarpniętego zębem czasu pomieszczenia, w którym przed laty każdego dnia gościli urzędnicy i inni wielcy panowie, załatwiający wszelkie sprawy w zgiełku ówczesnej codzienności.

Edward westchnął, z sentymentem wspominając czasy swej świetności, a następnie usiadł przy mahoniowym biurku i w milczeniu rozłożył na nim dokumenty sporządzone przez notariusza, u którego spędził ostatnich kilka godzin.

– Co to takiego? – wydukał zdziwiony wicehrabia.

Nie usłyszawszy odpowiedzi ze strony ojca, usiadł naprzeciw niego, po czym chwycił papier w dłonie, a to, co ujrzał na zapisanych stronicach, niezmiernie go zaskoczyło.

– Mam się ożenić? – spytał zmieszany.

– Tak, synu. Do końca lata znajdziesz sobie żonę, w przeciwnym razie sam ci ją wybiorę.

– Ojcze, to nieporozumienie. Nie chcę się jeszcze żenić. To wszystko, co piszą, to pomówienia!

– Oczywiście… – przytaknął Edward.

Zmęczony kłamstwami syna, postawił sprawę tak jasno, że jaśniej nie było sposób.

– Czy ty masz mnie za durnia?! Może i osiągnąłem podeszły wiek, lecz umysł mam nadal przejrzysty! Dałem ci swobodę, ale wiedziałem o wszystkim! O każdym twoim najmniejszym ruchu! O tym, że sprzedałeś większość naszych ziem, podrabiając moje podpisy! Mało tego, zamknąłeś szpital, mimo że wiedziałeś, ile dla mnie znaczył! Wszystko to wiedziałem.

George od razu pomyślał o pani Brown, wszak ta już od dawna musiała w szczegółach opisywać Edwardowi jego życie. Tym też sposobem pozbył się resztek wyrzutów sumienia, które nachodziły go w związku z jej zwolnieniem.

– Skoro o tym wiedziałeś, dlaczego wcześniej nic nie zrobiłeś? – spytał po chwili milczenia.

– Bo łudziłem się, że odzyskasz rozum! Majątek będzie twój tylko wtedy, gdy pojawi się następca. Jeżeli nie spełnisz warunków umowy, nie dostaniesz ani szylinga więcej. To moje ostatnie słowo.

Bezwzględna stanowczość Edwarda wzbudziła w George’u trwogę, jakiej nie czuł od dawna.

Hrabia opuścił gabinet, a on, dając upust nagromadzonym emocjom, uderzył pięścią w blat z tak wielką mocą, że zostawił na nim krwawy odcisk. To sprawiło, że jego umysł nieco się rozjaśnił.

Może to wcale nie jest zły pomysł.

Jednak wyobrażenie sobie, że będzie musiał dzielić z kimś własną przestrzeń, nadal przyprawiało go o dreszcz i odrazę. Z drugiej strony ożenek nie musiał oznaczać końca zwyczajów, które wyrobił sobie przez ostatnie lata.

Większość arystokratycznych małżeństw istniała w istocie tylko na papierze. W rzeczywistości mężowie nadal korzystali z wszelkich uciech, nie licząc się z żonami, a w najgorszych przypadkach nawet tego nie ukrywali.

Gdy George pomyślał o tym w ten sposób, całe jego obawy zdawały się nie mieć najmniejszego znaczenia. Uśmiechnął się na myśl, że po spełnieniu owego warunku nie będzie już musiał martwić się o swoją pozycję, bowiem według umowy cały majątek będzie formalnie należał wyłącznie do niego.

ROZDZIAŁ II

Wicehrabia przez resztę wieczoru i nocy rozmyślał nad wizją własnej przyszłości. Prawdą było, że krew wrzała w nim niczym w kotle, a myśl o prędkim mariażu po stokroć potęgowała to uczucie.

Gdy tylko pierwszy promień słońca pojawił się na zaciemnionym niebie, uznał, że nie warto zwlekać, a jak najszybciej zacząć wdrażać owo postanowienie w życie. Z tym nastawieniem udał się do jadalni, gdzie przy długim jesionowym stole zaczął spisywać listę potencjalnych kandydatek, racząc się przy tym miętowym naparem, mającym otrzeźwić mu umysł.

Kątem oka dostrzegł pana Smitha przechodzącego przez sień, gestem wyraźnie nakazał, by zaraz stawił się przed jego obliczem. Ten niezwłocznie wypełnił polecenie, choć wyraz jego twarzy wyrażał niemałe zaskoczenie, bowiem George wydawał się w wyśmienitym nastroju, a przecież dzień wcześniej był jak huragan, gotowy roznieść wszystko, co tylko miał na drodze. Smith nie omieszkał przemilczeć trawiącej go ciekawości;

– Panie, co cię wprawiło w tak dobry nastrój?

– Rozwiązanie moich kłopotów jest prostsze, niż mogło się wydawać – odpowiedział nad wyraz chełpliwie George.

– To znaczy?

– To znaczy, że się ożenię – oznajmił ze stoickim spokojem, który rzadko go wypełniał.

– To pomysł pańskiego ojca?

– No przecież nie mój! Szykuj powóz, nie będziemy tracić czasu! Trzeba przygotować zaproszenia, stroje! Za tydzień zaroi się tu od młodych panienek, zaręczam ci!

– Oczywiście – odpowiedział Smith, udając się pospiesznie do wyjścia.

W tej właśnie chwili przez próg przechodziła służąca, a w rękach niosła tacę z naparem przygotowanym dla wicehrabiego. Pech chciał, że zagapiła się, a dzbanek z esencją przewrócił się, następnie wylądował na podłodze i roztrzaskał się w drobny mak.

– Ja nie chciałam… – rzekła cicho, a ciało jej zastygło w bezruchu.

– Co robisz, głupia?! – wrzasnął George, wydając się w swoim żywiole. – Zapłacisz mi za to!

– Naprawdę nic się nie stało. To moja wina, ja pokryję straty – wtrącił Smith.

Widząc przerażenie młodej służki, nachylił się, by zebrać stłuczoną porcelanę, lecz wicehrabia nie zamierzał mu na to pozwolić. Podszedł do niego, z impetem wytrącając mu z dłoni ostre odłamki naczynia.

– Chyba kazałem ci przygotować powóz. Czy się mylę? – spytał, a wzrok jego dosadnie dał do zrozumienia, by mu się nie sprzeciwiać.

Pan Smith wiedział, że cokolwiek by zrobił, nie ma szans wygrać ze swoim panem. Pokornie wykonał więc polecenie, po raz ostatni rzucając spojrzenie w stronę służącej, która drżąc, gotowa była wysłuchać najgorszego wyroku.

W końcu błagalnym tonem rzekła:

– Niech mi pan wybaczy! Proszę mi wybaczyć!

– To była drogocenna rodzinna pamiątka. Właściwie bezcenna! Jak mniemam, twoja pensja nie wystarczy, by pokryć jej stratę – stwierdził z powagą George.

Przestraszona załamała wówczas ręce i kryjąc w nich poczerwieniałą twarz, zaczęła głośno szlochać.

– Przepraszam za mój wybuch złości, nie powinienem był na ciebie krzyczeć. Droga Ruby, nie płacz – nakazał, objąwszy ją ramieniem. – Powiedz, czy jestem złym gospodarzem?

– Ależ nie. Jest pan bardzo wyrozumiały – wydukała, ocierając łzy.

– Nie bój się więc. Nie jestem potworem! Ani nie zabiorę twojej pensji. Jakże mógłbym pozwolić, byś z mojej winy przymierała głodem? Nigdy!

– Naprawdę?

– Naprawdę. Myślę jednak, że natura była dla ciebie łaskawa, moja miła. Masz wiele cennych rzeczy, którymi możesz się ze mną podzielić. Twe krągłości w mig sprawią, że zapomnę o tym drobnym incydencie – rzekł, gładząc wierzchem dłoni jej policzek.

Jego zwinne palce szybko powędrowały w niższe rejony, wsuwając się pod bawełnianą suknię, by pieścić miejsca, których dotyk wprawiał w uniesienie i rozkosz. Służka nie miała czasu, by odmówić bądź wyrazić sprzeciw, bowiem każdy kolejny ruch powodował, że wydawała z siebie jedynie głośne jęki, a te skutecznie zagłuszały nachodzące ją wyrzuty.

Wicehrabia bez trudu potrafił mamić młode dziewczęta, wykorzystując ich uległość do zaspokojenia najskrytszych żądz i potrzeb.

A one, biedne niewiasty, cóż mogły począć? Oprzeć się urokowi, którego pozazdrościć mógłby sam diabeł? Niepojęta była to wizja, gdyż George napierał, póki nie osiągnął zamierzonego celu, a cel w tym przypadku był tylko jeden.

Po wszystkim czuł upojenie większe niźli to, które zapewniał najmocniejszy trunek. Właśnie to uczucie sprawiało, że nie potrafił oprzeć się pokusie.

Przez to również o mały włos nie zapomniał, że przed rezydencją oczekuje już powóz przygotowany zawczasu przez pana Smitha, wszak musiał dopełnić owego dnia wielu formalności związanych z planowanym balem. Nie zwlekając, wszedł do środka i rozsiadł się na miękkim, aksamitnym siedzeniu, a wtedy woźnica ruszył, uderzywszy batem konie, które pognały, udając się w krótką trasę wprost do centrum Londynu.

Tego dnia poranek zapowiadał się wyjątkowo słonecznie, a ulice z każdą godziną wypełniały się tłumami. Wystrojone damy odwiedzały najbardziej prestiżowe sklepy w okolicy, oglądały najdroższe jedwabie, a dżentelmeni załatwiali w biegu coraz większe interesy, by powiększać swoje już i tak okazałe majątki.

W głowie George’a grzmiała tylko jedna myśl – jak najszybciej się ożenić.

Problem stanowił wybór potencjalnej kandydatki. Wicehrabia mierzył jak najwyżej, więc przyszła pani Davis musiała być piękna i, co najważniejsze, pokorna wobec męża.

W ciągu dnia udało mu się załatwić wszelkie niezbędne sprawunki. Stroje zostały zamówione, zaproszenia przygotowane i wszystko wydawało się dopięte na ostatni guzik.

Sam jednak postanowił wręczyć zaproszenie swojemu najlepszemu przyjacielowi, lordowi Johnowi Collinsowi. Można było rzec, że są ulepieni z tej samej gliny, a ich podejście do życia nie różni się zupełnie niczym. Pewnie dlatego tak dobrze się rozumieli, a każdą wolną chwilę spędzali w swoim towarzystwie, jeżdżąc na polowania lub bawiąc na lokalnych przyjęciach.

John nie mógł więc przypuszczać, że George w końcu się ustatkuje, bowiem zawsze żartował, że małżeństwo to kajdany, z których nie da się już wyswobodzić, a wolność to bezcenny dar, którego nie ma zamiaru oddawać tak łatwo.

Po długiej jeździe woźnica wjechał wreszcie w progi posiadłości Collinsów leżącej na przedmieściach Londynu. Co prawda nie była ona tak okazała, jak dwór hrabiego Davisa, jednak nadal był to jeden z najbogatszych i najbardziej cenionych rodów w okolicy. Gdy tylko powóz się zatrzymał, George pędem ruszył w stronę drzwi, wołając przy tym donośnie.

– Johnie Collins! Nie zgadniesz, co mnie do ciebie sprowadza!

– Witam, panie wicehrabio – rzekł w progu lokaj. – Pan wybaczy, ale lord Collins pozuje właśnie do portretu i prosił, by pod żadnym pozorem mu nie przeszkadzano.

– Ależ ja nie mam zamiaru przeszkadzać. Przychodzę z nowiną – odpowiedział, wywracając oczami.

Wtedy niezwłocznie zaczął przemierzać kręte korytarze, nie bacząc na lokaja, który szedł za nim krok w krok, powtarzając, że była to wyraźna prośba pana Johna, by nikt mu nie przeszkadzał, gdyż artysta, który go maluje, ceni się niezmiernie i przyjechał z bardzo daleka.

Podobno malował samego króla Francji, a w pracy swojej potrzebował przede wszystkim skupienia i spokoju.

George nie przejmował się tym, co mówi ów sługa, ponieważ to swoją wiadomość uważał za ważniejszą. Bez uprzedzeń wtargnął do salonu, gdzie John usilnie wyginał swoje ciało przed francuskim malarzem.

– Drogi Johnie, zechcesz powiedzieć swojemu sługusowi, żeby się odczepił? – spytał George, zmęczony nieustępliwością poddanego.

– Niech pan wybaczy, panie Collet. Nie zapraszałem tu dziś nikogo – rzekł z wszelką stanowczością Collins.

Jego twarz przystrajał wówczas grymas niezadowolenia, ale George zdawał się ani trochę nie przejmować reakcją przyjaciela, bo ilekroć miał sposobność, tylekroć uwielbiał drażnić go do granic możliwości. Uznał to za świetną zabawę, wszak nigdy przedtem nie widział, by ten tak bardzo przejął się czyjąś wizytą.

Pan Collet, nie odezwawszy się ni słowem, odłożył swój pędzel i poprawił na nosie duże okulary, przeszywając wzrokiem George’a z prawdziwym rozsierdzeniem.

– Pan Collet to najwybitniejszy artysta, jakiego zesłał Bóg! W Wersalu malował dla samego króla! A w Rzymie zdobił freskami najwspanialsze świątynie! Przyjechał do Londynu na miesiąc i miałem to szczęście spotkać go i zaprosić do siebie. Niestety, przyjacielu, ale będziesz musiał przyjść innym razem!

John, wypowiedziawszy te słowa, spojrzał na George’a błagalnym wzrokiem, wyrażającym niemoc i gniew, lecz dla młodego panicza owa sytuacja okazała się nie lada gratką, więc ani myślał odpuszczać.

– Doprawdy? – spytał, uśmiechając się pod nosem. – Jakoś nigdy o panu, panie Collet, nie słyszałem.

– Głuchy pozostanie głuchy, choćby trąby obwieszczały dzień sądu – odpowiedział malarz.

Wicehrabiemu niezwykle spodobało się prowokowanie starszego pana, którego ego zdawało się przewyższać ego jego samego.

– Mogę zatem zerknąć na pana prace? – spytał po chwili George.

– Kret żyjący pod ziemią nie doceni powiewu wiatru – odparł z niezmienną powagą Collet.

– Ale czasem wychodzi na powierzchnię, prawda?

George zaśmiał się, a wtedy na kredensie dostrzegł prace, których francuski malarz był autorem. Nie widząc z jego strony sprzeciwu, podszedł, wpatrując się w nie z uwagą, a ku jego zaskoczeniu, zrobiły na nim wrażenie tak wielkie, że przez kolejne minuty nie wypowiedział ani jednego słowa. Collet nie malował pejzaży, wyłącznie ludzkie odbicia. Namalowane były one z taką starannością i precyzją, iż miało się wrażenie realności tak prawdziwej, że niemal niemożliwej do uzyskania.

– Faktycznie, panie Collet, ma pan prawdziwy dar – stwierdził, oddając mu honor.

W tej samej chwili jego uwagę zwrócił portret młodej dziewczyny.

George chwycił go w dłonie i zawiesił na nim wzrok, jak gdyby nigdy wcześniej w całym swoim życiu nie widział niczego cudowniejszego. Była to kobieta o długich, złotych lokach i alabastrowej cerze. Usta miała delikatnie rozchylone, a niebieskie oczy wbijały się w patrzącego, hipnotyzując go swoim pięknem. Milczenie i malująca się na twarzy wicehrabiego powaga zaciekawiły samego Collinsa, któremu złość na przyjaciela zdawała się przeminąć. Wiedział, że potrzeba rzeczy wielce wyjątkowej, by wzbudzić w nim podobne emocje.

– Och, prawdziwa piękność – powiedział John, rzucając okiem na portret. – Przygarnąłbym ją do siebie.

– Kupię ten obraz – rzekł George, zwracając się do malarza.

– Pan wybaczy, ale nie jest na sprzedaż – odpowiedział stanowczo Collet.

George odchrząknął nad wyraz głośno, po czym zdjął największy z pierścieni, które nosił, i wręczył go Francuzowi. Wiedział, że wszystko jest jedynie kwestią ceny. Pan Collet nie spodziewał się takiej hojności, gdyż za ów pierścień mógłby kupić nawet dom. Obejrzał go tylko z każdej strony i schował szybko do kieszeni, pieczętując tym samym transakcję.

– I jeszcze jedno! Kim ona jest? – spytał wicehrabia.

– Niestety, panie, ale nie mam pojęcia – odrzekł Collet.

– Zapłacę, tylko mówże – odparł George, pewien, że staruszek udaje, by znów dostać coś w zamian.

– Spotkałem ją kilka dni temu w porcie. Urzekła mnie jej uroda i zaproponowałem, by zapozowała, gdyż mój wysłannik prosił, bym przywiózł mu z podróży kilka obrazów. Zgodziła się, gdy powiedziałem, jak się nazywam, ale niestety nie pamiętam jej imienia. Mogę jednak stwierdzić, że z całą pewnością jest damą.

– Z całą pewnością – powtórzył George.

– Słońce już zachodzi, dokończymy jutro, panie Collins – rzekł starzec.

John szybko wezwał lokaja, by odprowadził pana Colleta do pokoju gościnnego, gdzie miał spędzić jeszcze kilka następnych dni.

Postawa George’a bardzo zdziwiła Collinsa, bowiem mimo swojej rozrzutności nigdy nie tracił głowy nawet dla najpiękniejszych kobiet. Zwykł traktować je przedmiotowo, wyłącznie dla cielesnych uciech. Gdy został sam na sam z przyjacielem, nie omieszkał przemilczeć trawiącej go ciekawości.

– Warto było oddawać rodowy pierścień za kawałek płótna?

George spojrzał na Collinsa, po czym wyjął z kieszeni zaproszenie na wyczekiwany bal.

Ten, ująwszy papier w dłonie, zaczął z uwagą czytać zapisaną na nim treść.

– Och, bal maskowy! – zawołał z zachwytem. – Uwielbiam bale… ale, ale! Co takiego zamierzasz ogłosić? – zdziwił się, wszak w ostatniej linijce zaproszenia mowa była o ogłoszeniu przez wicehrabiego niecodziennej nowiny.

– Żenię się.

Wyznanie George’a wprawiło Johna Collinsa w osłupienie. Nie był pewien, czy dobrze usłyszał to, co młody Davis przed chwilą oznajmił. Pomyślał, że to zapewne kolejny z żartów, które często mu sprawiał, a wtedy zaśmiał się w głos, klepiąc go po ramieniu.

– Ha! Prawie mnie nabrałeś! A tak poważnie, to o co chodzi?

– Jestem śmiertelnie poważny, przyjacielu – odrzekł George.

Twarz Collinsa natychmiast posępniała, a dotychczasowy entuzjazm uleciał z niego w jednej chwili.

Ślub Davisa wydawał mu się pomysłem tak absurdalnym i niedorzecznym, że nie mógł uwierzyć w prawdziwość owych słów. W końcu kiedyś obiecywali sobie, że żadna kobieta nigdy nie odbierze im wolności, którą tak cenili. John czuł się wtedy tak, jak zwykł czuć się człowiek zdradzony.

Spojrzał na wicehrabiego z gniewem, a następnie z całą gwałtownością wymierzył mu policzek, by choć w taki sposób ukarać go za złamanie przyrzeczenia.

– Oszalałeś?! – wrzasnął George, cofając się o krok.

– Ja oszalałem? To tobie odebrało rozum! Już nie pamiętasz, co sobie obiecywaliśmy? Zapomniałeś o wszystkim? Tyle dla ciebie znaczą przyjacielskie obietnice?! – zapytał z poruszeniem Collins.

– To nie jest mój pomysł, głupcze! Gdyby to zależało ode mnie, nie pakowałbym się w to, ale staruszek zaczął się wtrącać, więc na razie muszę tańczyć tak, jak sobie zażyczy, rozumiesz?

– A więc to tak! Najbardziej odważny i nieustraszony, podziwiany przez wszystkich panicz Davis kuli ogon przed swoim tatusiem! Wiesz, kim jesteś? Zwykłym zerem.

– Wybacz, przyjacielu, ale wolę być zerem z pieniędzmi niż żebrakiem z honorem – odparł niewzruszony wicehrabia. – Jedno mogę ci obiecać, zawsze będziesz dla mnie pierwszy – powiedział, gładząc Johna po twarzy, a następnie objął go z czułością i poklepał po plecach.

Collins w odpowiedzi spuścił swój wzrok i tylko westchnął głośno, odwzajemniając uścisk przyjaciela.

– Żadna baba nie stanie między nami – rzekł ze stanowczością.

– Oczywiście, że nie.

– Mogę przynajmniej wiedzieć, komu masz zamiar oddać swoją wolność?

– Ha! O tym akurat mogę zdecydować sam! I uwierz, że gdyby to było możliwe, ożeniłbym się właśnie z tobą! – George się zaśmiał.

– Och, naprawdę? Twój tatuś jest bardziej łaskawy, niż przypuszczałem. Zatem ja pomogę ci wybrać. Chociaż tyle mi się należy po złamanej obietnicy, nieprawdaż? – zapytał z satysfakcją John.

– Masz na myśli kogoś konkretnego?

– Oczywiście. Myślę, że idealnym wyborem byłaby wdowa po lordzie Russellu. Sędziwy wiek, brak uzębienia i te ponętne piersi, które wykarmiły już tuzin dzieci. Myślę, że to idealna kandydatka dla ciebie – rzekł z powagą.

George na samą myśl o owej damie dostał mdłości.

– Idealna, zatem z chęcią ci ją odstąpię, przyjacielu – odparł z uśmiechem.

– Dlaczego nie? Jak twój ojczulek zobaczy synową, to odechce mu się wtykania nosa w nie swoje sprawy.

– Bo musi urodzić następcę! Nie jest aż tak głupi, inaczej z majątku nici, a ta stara ropucha już dawno zwiędła – skwitował. – Poza tym chyba już dokonałem wyboru, przekonasz się o tym wkrótce. Tymczasem bywaj, przyjacielu. Mam nadzieję, że przyjedziesz na bal. Liczę na ciebie.

George, wypowiedziawszy te słowa, opuścił dom Collinsa, zabierając z sobą nowy nabytek w postaci obrazu tajemniczej damy.

Na zewnątrz przez cały czas oczekiwał na niego powóz, a przy nim wierny sługa Smith, który sokolim wzrokiem natychmiast dostrzegł na twarzy swego pana ślad będący pamiątką po tej krótkiej, aczkolwiek owocnej wizycie.

– Panie, co tam się wydarzyło?! Pańska twarz…

– To nic.

– Ale pańskie oko jest sine. Na pewno wszystko dobrze? – dopytywał się Smith.

– Martw się tym – rzekł George, a następnie obrócił obraz przodem do Jamesa, tak by ten mógł zobaczyć go w całej okazałości.

– Piękny portret. Mam znaleźć do niego odpowiednią ramę?

– Masz ją znaleźć! I to jak najszybciej!

James w odpowiedzi pokiwał jedynie głową, bowiem nie chciał rozjuszać swojego pana jeszcze bardziej. George wszedł do powozu, po czym ułożył obraz na kolanach, a w drodze do domu wpatrywał się w ciszy w nieznajomą piękność. Wyobrażał sobie wtedy najbardziej nieprzyzwoite rzeczy, jakie tylko mogły wpaść mu do głowy, a to sprawiało, że jak najszybciej chciał ją poznać. Od zawsze dostawał to, czego chciał, więc i tym razem nie dopuszczał do siebie innej myśli, niż ta, że dama z portretu niedługo zostanie jego kolejną zdobyczą.

ROZDZIAŁ III

Mijały dni, a pan Smith nadal nie przynosił wieści o pięknej dziewczynie z portretu.

Wściekłość George’a nabrzmiewała za to coraz bardziej. Następnego dnia miał odbyć się wyczekiwany bal, a on całe dnie spędzał na wpatrywaniu się w obraz, paleniu fajki i opróżnianiu kieliszków wina, choć to wzbudzało w nim napady niekontrolowanego gniewu.

Za każdym razem, gdy pan Smith wracał po całym dniu poszukiwań bez rezultatów, George wpadał w furię, demolował wszystkie pomieszczenia w rezydencji i rzucał przypadkowymi przedmiotami w służbę, jak i samego Smitha.

Chciwość to idealne określenie tego, co wówczas nim kierowało. George miał manię bycia najlepszym we wszystkim i zdobycia wszystkiego, co najbardziej pożądane; nieważne, czy chodziło o rzeczy, czy ludzi. Zawsze stawiał na swoim, więc i tym razem nie zamierzał odpuszczać, tym bardziej że za ów obraz zapłacił niemałą fortunę.

Dym fajki unosił się w całym pomieszczeniu, tworząc mgłę, przez którą ledwie można było coś dostrzec. Ciemne zasłony przysłaniały okna, nie wpuszczając światła, a służba bez słowa przynosiła kolejne butelki z trunkami, które wicehrabia wypijał w błyskawicznym tempie.

Wydychając dym, zamknął oczy, rozmyślając nad przyszłością. Widział siebie jako przyszłego hrabiego, niezależnego od niczyich decyzji. Mimo że Edward dał mu dużą swobodę, George’owi to nie wystarczało. Pogrążony w myślach, omal nie przysnął wbity w oparcie fotela, lecz wtedy usłyszał głos pana Smitha, będący niczym głuche echo, z trudem przebijające się przez białą poświatę dymu.

– Panie, mam dla ciebie wieści.

– Wieści… – odrzekł George, po czym chwycił za jeden z kieliszków leżących na stoliku i rzucił go w stronę Jamesa. – Mówiłem, że masz się nie pokazywać, póki jej nie znajdziesz!

– Znalazłem, panie – rzekł Smith z niezmiennym spokojem.

– Naprawdę? – spytał George, a słowa jego sługi natychmiast go ożywiły.

– Tak, panie, po prostu nie szukałem tam, gdzie trzeba.

– No! – krzyknął, od razu podnosząc się na równe nogi. – To teraz opowiadaj, chcę wiedzieć wszystko! Kim jest, z jakiej rodziny podchodzi, gdzie bywa, z kim się przyjaźni, wszystko!

– Wiem tyle, że nazywa się Sara Harris. Jej ojciec, William Harris, ma jedynie tytuł kawalera. Nie są zbyt zamożni, praktycznie nigdzie nie bywają. Mieszkają w pobliżu portu. Na razie tyle udało mi się ustalić.

– Zatem, mój drogi, poślij im zaproszenie na jutrzejszy bal. Na własne oczy muszę się przekonać, czy ta gołąbeczka naprawdę jest tak piękna, czy też pan Collet miał zbyt wybujałą wyobraźnię.

Po tych słowach George usiadł na powrót w fotelu, nalewając kolejny kieliszek wina, pan Smith zaś spoglądał na niego wzrokiem, jakim patrzy się wtedy, gdy widzi się przed sobą człowieka upadłego. Mimo że był jedynie prostym sługą, doskonale widział, jak wicehrabia każdego dnia stacza się w przepaść. Co się stanie, gdy w końcu w nią wpadnie? James nie chciał zaprzątać sobie głowy tymi myślami, jednak przeczucie mówiło mu, że to wszystko nie skończy się dobrze.

Tymczasem nieopodal Tamizy, tuż przy Fleet Street, mieszkali państwo Harrisowie. W Londynie, gdzie wyścig szczurów trwał bez ustanku, rodzina Williama Harrisa borykała się z dość przyziemnymi problemami. Oprócz tego, że miał tytuł kawalera, który otrzymał niegdyś za państwowe zasługi, nie był niestety zbyt zamożny. Dzięki interesom Williama z kupcami, które przynosiły zyski, udawało im się wiązać koniec z końcem. Byli szczęśliwi, a kwestie materialne nie były dla nich pierwszorzędne.

Nie dostawali zaproszeń na wielkie uroczystości ani nie przyjaźnili się z nikim z londyńskiej elity, wszystko przez to, że William wziął sobie za żonę francuską aktorkę, co arystokracja uważała za hańbę. Z czasem nikt o znaczącej pozycji nie chciał być kojarzony z rodziną Harrisa, przez co stracił on znaczną część majątku i musiał prowadzić żywot nieco skromniejszy od tego, jaki prowadził niegdyś.

William i Michelle, bo tak miała na imię jego żona, wychowali razem swoją jedyną córkę, Sarę. Harris od zawsze pragnął mieć syna, dlatego też w dniu narodzin córki nie krył rozczarowania. W dodatku okazało się, że po trudnym porodzie Michelle nie może ponownie zajść w ciążę. W ten sposób marzenia o synu legły w gruzach, lecz z biegiem czasu William zaakceptował ten fakt, tłumacząc sobie, że zapewne taka była wola niebios.

Od tamtej pory przychylniej patrzył na córkę i uczył ją wszystkiego, czego zawsze chciał nauczyć syna. Jazdę konną i szermierkę Sara opanowała nie gorzej od mężczyzn. Mimo nietuzinkowej urody skupiała się głównie na nauce, a względy adoratorów odrzucała, za każdym razem wymyślając coraz to nowsze wymówki. Wierzyła bowiem, że małżeństwo powinna łączyć naturalna więź i prawdziwa miłość. Rodzice nigdy nie naciskali na nią w tej sferze, ponieważ uważali, że przyjdzie na to jeszcze odpowiedni czas.

Środowy dzień zapowiadał się pięknie, a zegary wskazywały, że właśnie nastało południe. William Harris zajmował się akurat czytaniem świeżej gazety i pewnie dzień ten wyglądałby tak, jak każdy inny, gdyby nie rozległo się nagłe pukanie do drzwi. Służąca otworzyła je, a w progu zastała doręczyciela, który przekazał jej gruby plik listów. Zaskoczona nazwiskiem widniejącym na jednym z nich, od razu pobiegła przekazać je do rąk gospodarza.

– Przyszły listy, panie Harris – rzekła donośnym głosem.

– Listy? Zapewne to kolejne z tych powiadomień o zadłużeniu. Później się tym zajmę – odpowiedział z niesmakiem Harris.

– Nie tym razem, proszę spojrzeć.

William, zdziwiony odpowiedzią służki, chwycił koperty w dłoń, jednocześnie zastanawiając się cóż za treści mogą kryć się w ich wnętrzu. W końcu od bardzo dawna nie dostawał od nikogo żadnych wiadomości, poza ponagleniami o spłatach zadłużeń, które zaciągał, by móc utrzymać godny poziom życia swojej rodziny. Przeglądając je, dostrzegł na jednej z nich nazwisko, które znał bardzo dobrze.

– Jack Green, no proszę – rzekł, gładząc się po posiwiałej brodzie.

William zdziwił się, gdyż Jack Green był synem jego dawnego przyjaciela, Edmunda Greena. Obaj mieszkali niegdyś nieopodal domu Harrisów. Niestety, nieoczekiwanie opuścili Londyn z dnia na dzień, a kontakt się urwał. Harris miał za złe swojemu przyjacielowi, że ten zostawił go bez choćby słowa wyjaśnienia. Nigdy też nie napisał żadnego listu, a nikt nie miał pojęcia, gdzie się udali, dlatego też nagła wiadomość od Jacka, po wielu latach milczenia, bardzo go zaskoczyła.

Postanowił nie czytać listu, wszak w głębi ducha nadal chował żal i urazę. Nie chcąc rozdrapywać starych ran, przekazał go służącej, by ta od razu zaniosła go Sarze, bo to właśnie z Sarą Jack spędził całe swoje dzieciństwo, a owa korespondencja zaadresowana była do niej.

– Co my tu jeszcze mamy – powiedział do siebie, w dłoniach trzymając przystrojoną zdobieniami kopertę.

Nie zwlekając, otworzył ją, a jego oczom ukazało się zaproszenie na bal od wicehrabiego George’a Davisa. Harris od razu pomyślał, że to zapewne pomyłka, bo przecież jego rodziny nigdy nie zapraszano na wystawne przyjęcia, a tym bardziej bale, i to do tak sławnego i bogatego człowieka, którego przecież osobiście nie znali.

Zaskoczony postanowił jednak przeczytać treść, a to rozwiało jego wątpliwości, ponieważ na wstępie wyraźnie było napisane, że chodzi o Harrisów. William zdawał się nic z tego nie rozumieć, choć prawdą było, że ucieszył go ten fakt, bowiem byłaby to idealna okazja do nawiązania nowych, owocnych znajomości. Nie domyślał się, że prawdziwy powód zaproszenia okaże się bardziej zawiły, niż wygląda na pierwszy rzut oka, a bal stanie się początkiem znajomości z człowiekiem, którego oblicze nie jest tak idealne, jak może mu się wydawać.

W tym samym czasie Sara jeszcze smacznie spała w swojej sypialni na piętrze. Niespodziewanie do jej pokoju weszła podekscytowana Anna – Uśmiechnięta od ucha do ucha drobna osóbka z oczami czarnymi jak dwa węgielki i długim warkoczem sięgającym do pasa. Podśpiewując, podeszła do okna, zwinnym ruchem rozsunęła firanki tak, że w jednej chwili promienie słońca rozświetliły cały pokój złotą poświatą.

– Panienko Saro! Czas wstawać!

Radosna pokojówka udała się w kierunku Sary i odsunęła pościel, którą dziewczyna była przykryta od stóp do głów.

– Anno! – krzyknęła Sara, a na jej twarzy pojawił się wyraźny grymas niezadowolenia. – Idź sobie! Jest zbyt wcześnie, chcę spać!

Rozbawiona Anna zaczęła śmiać się w głos i kręcąc głową, odparła:

– Wcześnie? Niech panienka zerknie na zegar, już południe!

– Naprawdę? Więc dlaczego budzisz mnie dopiero teraz?!

Sara natychmiast podniosła się, ze zdziwieniem wpatrując się w Annę wielkimi oczami.

– Niech panienka lepiej nie krzyczy, bo inaczej nie dam panience listu – powiedziała Anna z wyraźną satysfakcją.

– Listu? Jakiego listu?

Sara zmarszczyła brwi, bo nie przypominała sobie, by kiedykolwiek w całym swoim życiu dostała od kogoś list. Anna zaśmiała się, po czym wyciągnęła zza pleców kopertę, którą zaczęła machać Sarze tuż przed nosem. Ta od razu chwyciła ją w dłonie, a zdumienie jej było tak wielkie, że kilkukrotnie przetarła oczy, by upewnić się, czy wzrok nie płata jej figli.

– Jack Green! – krzyknęła wreszcie z radością.

Sara często wspominała Jacka, wszak niegdyś był on jej najlepszym przyjacielem. Razem jeździli konno, ścigając się do wyznaczonego celu, a Sara nigdy nie dawała mu wygrać, za każdym razem śmiejąc się z niego do rozpuku. Wspomnienia wspólnych zabaw wydawały się tak świeże i prawdziwe, że aż trudno było uwierzyć, że minęło tyle lat od tych wydarzeń.

Prędko otworzyła kopertę, z zaciekawieniem wczytując się w gęsto zapisaną treść.

Droga Saro,

pewnie niemałym zaskoczeniem jest, że piszę do Ciebie ten list po tak wielu latach milczenia. Zapewne zdążyłaś już o mnie zapomnieć, lecz ja pamiętam każdą chwilę, jakby to było wczoraj.

Nagły wyjazd był dla mnie ciosem, z którym nigdy się nie pogodziłem. Paryż to piękne miasto, jednak sercem zawsze byłem w ukochanym Londynie. Tutaj budynki, ludzie, a nawet gołębie wydają się zupełnie obce, pomimo uderzającego podobieństwa.

Mój ojciec często wspomina Twojego ojca. Powtarza, że w życiu tylko raz trafiamy na bratnią duszę, która rozumie nas bez słów. Taką duszą był dla niego sir William, ale nie wiedzieć czemu, z jakiegoś powodu wciąż unika powrotu do ojczyzny.

Ja natomiast zdążyłem przez te lata dorosnąć, dlatego też postanowiłem przypłynąć do Londynu najprędzej, jak zdołam. Pragnę zobaczyć, jak zmieniła się ta niedobra, blondwłosa buntowniczka, która za każdym razem przegrywała ze mną w wyścigach. Mam nadzieję, że już niedługo będzie nam dane zobaczyć się w rzeczywistości.

Jack Green