Zawsze ty - Samantha Young - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Zawsze ty ebook i audiobook

Samantha Young

0,0
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły z Katalogu Klubowego+ w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Arrochar Adair, siostra Lachlana, właściciela zamku w szkockim Ardnoch, jest od wielu lat zakochana w Macu Galbraicie. Kiedyś była dla niego za młoda, ale teraz, jako kobieta po trzydziestce, uważa, że różnica wieku nie stanowi problemu. Dzieli ich wszakże coś innego – pewien głębszy problem, o wiele trudniejszy do przezwyciężenia.

Mac dobrze pamięta noc, podczas której Arro stała się dlań wszystkim, nie tylko przyjaciółką i siostrą szefa. Niestety, popełnił w życiu wiele błędów i nie chce ich powtórzyć: nie wolno mu uwierzyć, że jest godzień uczucia Arrochar Adair. To, że się do niej zbliżył, kiedy przyjechała córka Robyn, okazało się jego zgubą. Sądzi, że bliskość między nimi może się skończyć tylko źle. Kiedy Arro chce się dowiedzieć, co ich naprawdę łączy, Mac ją odpycha. Załamana odrzuceniem kobieta postanawia zapomnieć o Macu i żyć bez niego, choć on nie zamierza z niej rezygnować.

Kiedy rodzina Adairów musi zmierzyć się z nowym niebezpieczeństwem, mającym związek z przeszłością Maca, zrobi on wszystko, by ją chronić. Czy Arrochar pozwoli mu zbliżyć się do siebie na tyle, by ustrzegł ją przed zagrożeniem… zanim będzie za późno?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 440

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 15 min

Lektor: Kim Sayar

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Always You

Copy­ri­ght © by Saman­tha Young, 2024 Copy­ri­ght © for the Polish Edi­tion by Pur­ple Book Wydaw­nic­two, War­szawa 2026 Copy­ri­ght © for the Trans­la­tion by Ewa Gór­czyń­ska, 2026

Pro­du­cent: Pur­ple Book Sp. z o.o. ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki han­dlowy@pur­ple­book.com.pl

Dane kon­tak­towe: Pur­ple Book Wydaw­nic­two ul. Han­kie­wi­cza 2 02-103 War­szawa face­book.com/pur­ple­bo­okwy­daw­nic­two insta­gram.com/purple_book_wydawnictwo www.pur­ple­book.com.pl

Dyrek­tor Zarzą­dza­jąca: Iga Rem­bi­szew­ska Wydawca: Ewdo­kia Cydejko Pro­duk­cja: Klau­dia Lis Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Renata Bogiel-Miko­łaj­czyk, Beata Gon­tar­ska Digi­tal i pro­jekty spe­cjalne: Tatiana Drózdż Dys­try­bu­cja i sprze­daż: Iza­bela Łazicka (tel. 601 457 030), Beata Tro­cho­no­wicz (tel. 506 626 661)

Redak­cja: Olga Gor­czyca-Popław­ska Korekta: Kry­styna Pod­le­ska Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Kamil Pru­szyń­ski

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, czy­tam.pl, ksiazki.pl

Dys­try­bu­tor: Dres­sler Dublin Spółka z ogra­ni­czoną odpo­wie­dzial­no­ścią ul. Poznań­ska 91 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki

ISBN 978-83-8310-967-1

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Repro­du­ko­wa­nie, kodo­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia danych, odtwa­rza­nie w jakiej­kol­wiek for­mie oraz wyko­rzy­sty­wa­nie w wystą­pie­niach publicz­nych w cało­ści lub w czę­ści tylko za wyłącz­nym zezwo­le­niem wła­ści­ciela praw autor­skich.

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Podziękowania

Nie­które postaci przy­cią­gają czło­wieka odro­binę moc­niej niż inne, a Mac­ken­non Gal­bra­ith bez wąt­pie­nia był jedną z nich. Pisa­nie histo­rii miło­snej jego i Arro było czy­stą rado­ścią, a ich wspólna podróż zosta­nie we mnie na zawsze. Mam nadzieję, że czy­ta­nie o ich epic­kiej, oku­pio­nej ciężką walką miło­ści sprawi Wam tyle samo przy­jem­no­ści, ile mi przy­nio­sło jej opi­sy­wa­nie.

Pisa­nie to w prze­wa­ża­ją­cej mie­rze samotne zaję­cie, ale wyda­wa­nie ksią­żek z całą pew­no­ścią już nim nie jest. Muszę podzię­ko­wać mojej wspa­nia­łej przy­ja­ciółce, Cathe­rine Cow­les, za prze­czy­ta­nie wcze­snych wer­sji Zawsze ty oraz za mądrość i rady, które pomo­gły uczy­nić histo­rię Maca i Arro tak auten­tyczną, jak to tylko moż­liwe. Jesteś nie­sa­mo­wi­tym źró­dłem wspar­cia i życz­li­wo­ści w spo­łecz­no­ści książ­ko­wej (i nie tylko!) i jestem ogrom­nie wdzięczna za Twoją przy­jaźń!

Oczy­wi­ście muszę podzię­ko­wać mojej nie­sa­mo­wi­tej redak­torce, Jen­ni­fer Som­mersby Young, za to, że zawsze, ale to zawsze służy mi pomocą i spra­wia, że staję się lep­szą pisarką i nar­ra­torką. Dzię­kuję, że poko­cha­łaś Maca rów­nie mocno jak ja!

Dzię­kuję Julie Deaton za korektę i wyła­pa­nie abso­lut­nie wszyst­kiego! Masz nie­sa­mo­wite oko do szcze­gó­łów. I dzię­kuję, że Ty też poko­cha­łaś Maca! Zro­bił nam się z tego nie­zły fan­klub.

Dzię­kuję też mojej bestie i nie­zrów­na­nej asy­stentce, Ash­leen Wal­ker, za ogar­nia­nie wszyst­kich dro­bia­zgów i wspie­ra­nie mnie w każ­dej sytu­acji. Tak bar­dzo Cię doce­niam. Kocham mocno!

Życie pisa­rza nie koń­czy się na samej książce. Nasza praca wykra­cza daleko poza napi­sane słowo – obej­muje mar­ke­ting, reklamę, pro­jek­to­wa­nie gra­ficzne, pro­wa­dze­nie mediów spo­łecz­no­ścio­wych i wiele wię­cej. Pomoc ze strony pro­fe­sjo­na­li­stów jest wtedy na wagę złota. Ogromne podzię­ko­wa­nia dla Niny Grin­stead z Valen­tine PR za wspar­cie, moty­wa­cję, cenne wska­zówki i rady. Jesteś gwiazdą!

Dzię­kuję każ­demu blo­ge­rowi, insta­gra­me­rowi i miło­śni­kowi ksią­żek, który pomógł gło­sić wieść o moich powie­ściach na świe­cie. Jestem Wam wszyst­kim ogrom­nie wdzięczna! Skoro o tym mowa, wiel­kie dzięki dla fan­ta­stycz­nych czy­tel­ni­ków z mojej pry­wat­nej grupy na Face­bo­oku, Sam’s Clan McBo­okish. Jeste­ście naprawdę wyjąt­kowi i jeste­ście naj­wspa­nial­szymi czy­tel­ni­kami, o jakich dziew­czyna mogłaby marzyć! Wasze nie­usta­jące i nie­słab­nące wspar­cie budzi we mnie podziw. Dzię­kuję, że jeste­ście.

Ogromne podzię­ko­wa­nia dla Hang Le za ponowne stwo­rze­nie olśnie­wa­ją­cej okładki, która buduje ide­alną atmos­ferę wizu­alną dla tej histo­rii i całej serii. Nie prze­sta­jesz mnie zadzi­wiać! Dzię­kuję rów­nież Regi­nie Wamba za piękne zdję­cie pary, które ide­al­nie oddaje tęsk­notę mię­dzy Makiem a Arro.

Jak zawsze dzię­kuję mojej agentce, Lau­ren Abramo, za to, że dzięki niej czy­tel­nicy na całym świe­cie mogą tra­fiać na moje książki. Jesteś feno­me­nalna i to wiel­kie szczę­ście, że Cię mam!

Wiel­kie dzięki dla mojej rodziny i przy­ja­ciół za to, że zawsze mnie wspie­rają i moty­wują, oraz za wysłu­chi­wa­nie moich opo­wie­ści – cza­sem powta­rza­nych w kółko – o świa­tach, w któ­rych żyję.

Na koniec dzię­kuję Tobie – za to, że czy­tasz. To zna­czy dla mnie wszystko.

Prolog

Arro

Sześć lat i cztery mie­siące wcze­śniej

Zamek Ard­noch, hrab­stwo Suther­land

Szko­cja

Widok rodzin­nego domu, w któ­rym kłę­bił się tłum ele­ganc­kich gości o zna­nych twa­rzach, w błysz­czą­cych suk­niach wie­czo­ro­wych, kil­tach i smo­kin­gach, wyda­wał mi się dziwny. Załoga kel­ner­ska, ubrana w tra­dy­cyjne stroje – żakiety o kroju fraka, fulary zawią­zane pod szyją i białe ręka­wiczki – krą­żyła wśród zapro­szo­nych, roz­no­sząc tace z tar­tin­kami i kie­lisz­kami szam­pana.

Z dzie­ciń­stwa spę­dzo­nego w tym wspa­nia­łym zamku zapa­mię­ta­łam, że nie­ustan­nie wyma­gał on remon­tów i napraw. Zaj­mo­wa­li­śmy wtedy tylko kilka pokoi. Cała reszta, włącz­nie z prze­stron­nymi kory­ta­rzami, była wil­gotna, chłodna i ponura. W zimie pano­wał tu lodo­waty ziąb.

Ale mój naj­star­szy brat, Lachlan Adair, zain­we­sto­wał w naszą rodową sie­dzibę część swo­jej for­tuny, któ­rej doro­bił się jako gwiazda hol­ly­wo­odz­kich fil­mów akcji. Namó­wił też kil­koro boga­tych zna­jo­mych, żeby zro­bili to samo. No i zmie­nili Ard­noch wła­śnie w to – pry­watny klub dla elity prze­my­słu fil­mo­wego i tele­wi­zyj­nego.

Nie będę kła­mać. Po czę­ści nie­na­wi­dzi­łam tych zmian. Mam silny instynkt tery­to­rialny, oba­wia­łam się więc, że goście nie wykażą nale­ży­tego sza­cunku dla sie­dziby i histo­rii naszej rodziny. W głębi duszy wie­dzia­łam jed­nak, że tak się nie sta­nie, ponie­waż Lachlan ni­gdy by na to nie pozwo­lił. Zda­wa­łam sobie też sprawę, że gdyby nie klub zało­żony w zamku i posia­dło­ści Ard­noch, nasza rodzina stra­ci­łaby swą sie­dzibę na zawsze. Lachlan musiałby ją sprze­dać. A tak przy­naj­mniej pozo­stała w naszych rękach.

– Dla­czego sto­isz tu samot­nie? I skąd ta nie­szczę­śliwa mina? – Thane, mój drugi z kolei star­szy brat pod­szedł do mnie z żoną Fran­cine u boku.

Wzru­szy­łam ramio­nami i uśmiech­nę­łam się do niego smutno.

– Nie wydaje ci się to dziwne?

Rozej­rzał się wokół.

– Ow­szem, bar­dzo. Ale to jest wielka, wspa­niała budowla, jakby stwo­rzona na takie oka­zje.

Przy­zna­łam mu rację, lekko uno­sząc kie­li­szek.

– Przy­naj­mniej pasu­jesz do oto­cze­nia. – Fran­cine objęła mnie ramie­niem i lekko uści­snęła. – Wyglą­dasz olśnie­wa­jąco i wcale nie róż­nisz się od tych wszyst­kich hol­ly­wo­odz­kich gwiazd. Ja nato­miast przy­po­mi­nam wie­lo­ryba.

– Wcale nie – zapro­te­sto­wa­łam. – Jesteś zachwy­ca­jąca i pro­mienna. – Fran była w pią­tym mie­siącu ciąży. Ocze­ki­wali z Thane’em dru­giego dziecka. Uwiel­bia­łam swo­jego bra­tanka Lewisa i nie mogłam się już docze­kać nowego członka rodziny.

Fran przy­gła­dziła ciemne loki i prze­su­nęła dło­nią po zaokrą­glo­nym brzu­chu.

– Dzięki, ale wcale się tak nie czuję.

– Jesteś piękna – rzekł Thane szorst­kim tonem. Zauwa­ży­łam jed­nak, że przy­cią­gnął ją do sie­bie.

Mój brat i bra­towa w miej­scach publicz­nych zwy­kle oka­zy­wali sobie tyle czu­ło­ści, że na ten widok chcia­łam ucie­kać gdzie pieprz rośnie. Po pierw­sze, nie mia­łam ochoty patrzeć, jak przy­sy­sają się do sie­bie, po dru­gie, czu­łam lekką zazdrość. Cie­szy­łam się szczę­ściem Thane’a, ale cza­sami tęsk­ni­łam za taką miło­ścią, jaką darzył żonę. Nie­stety, praw­do­po­do­bień­stwo, że kie­dyś znajdę podobne uczu­cie, było nikłe, wziąw­szy pod uwagę, że zako­cha­łam się bez wza­jem­no­ści. Prze­ra­żała mnie myśl, że ni­gdy się nie odko­cham.

Nie byłam na tyle ego­cen­tryczna, żeby nie zauwa­żyć napię­cia mię­dzy Thane’em a Fran. Albo tego, że mój brat ostat­nio odsu­nął się od ludzi. Nie zda­wa­łam sobie sprawy, jak inten­syw­nie mu się przy­glą­dam, dopóki nie chwy­cił żony za rękę, tak jakby sły­szał moje myśli. Ona zaś z widoczną ulgą przy­lgnęła do jego boku.

– Gdzie są Bro­dan i Arran? – zapy­tał.

Wzru­szy­łam ramio­nami i poszu­ka­łam wzro­kiem braci.

– Muszą gdzieś tu być. Pew­nie szu­kają kogoś, kogo mogliby poca­ło­wać o pół­nocy.

– A ty, Arro? Zna­la­złaś kogoś takiego? – zapy­tała z sze­ro­kim uśmie­chem Fran.

„Ow­szem”, pomy­śla­łam, ale potrzą­snę­łam głową. Cho­ciaż zna­la­złam kogoś, z kim mogła­bym się cało­wać do końca życia, wąt­pi­łam, żeby odwza­jem­nił moje poca­łunki. A skoro już o tym mowa…

– Gdzie jest Mac? – zapy­ta­łam. – Nie widzia­łam go tu dzi­siaj. Chyba nie pra­cuje?

Fran wzru­szyła ramio­nami.

– Prze­cież jest sze­fem ochrony.

– Nie pra­cuje – oznaj­mił Thane. – Lachlan dał mu wolny wie­czór, żeby mógł razem z nami powi­tać Nowy Rok. Ktoś z zespołu prze­jął jego obo­wiązki.

– No to gdzie jest Mac?

Moja bra­towa prych­nęła roz­ba­wiona.

– Pew­nie ucieka przed sta­dem bab, które chcą go zacią­gnąć do łóżka.

Wzdry­gnę­łam się lekko na te słowa, a Thane puścił do mnie oko.

– Skar­bie – zwró­cił się do żony. – Faceci przed tym nie ucie­kają.

– Ach, ty… – Odwró­ciła się, żeby przy­wo­łać go do porządku, ale przy­cią­gnął ją do sie­bie i poca­ło­wał.

Cie­szyło mnie, że znów zacho­wują się wobec sie­bie nor­mal­nie, ale nie chcia­łam na to patrzeć.

– Baw­cie się dobrze! – zawo­ła­łam, prze­krzy­ku­jąc muzykę, i ruszy­łam w stronę wyj­ścia z sali balo­wej.

Maca na pewno tu nie było, a szcze­rze mówiąc, tylko jego twarz mia­łam ochotę oglą­dać tego wie­czoru.

Jak zwy­kle.

Tak było, odkąd zmarł tata.

A może dłu­żej. Pozna­łam Maca, kiedy mia­łam czter­na­ście lat, ale wtedy nie spę­dza­łam z nim zbyt wiele czasu. On i Lachlan stale włó­czyli się po świe­cie – mój brat był akto­rem, a Mac sze­fem jego ochrony. Dokład­nie pamię­tam jed­nak Gwiazdkę, którą spę­dzi­li­śmy razem, kiedy mia­łam osiem­na­ście lat. Wła­śnie zaczę­łam pierw­szy semestr stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie w Aber­deen i cie­szy­łam się na święta w domu, z rodziną. Mac i Lachlan rów­nież spę­dzili dwa tygo­dnie prze­rwy w Ard­noch, a ja zadu­rzy­łam się po uszy w doj­rza­łym męż­czyź­nie, któ­rego mój brat uwa­żał za naj­bliż­szego przy­ja­ciela. Mac miał wtedy trzy­dzie­ści jeden lat i nie wyka­zy­wał naj­mniej­szego zain­te­re­so­wa­nia nasto­let­nią sio­strą przy­ja­ciela. Wtedy mnie to nie mar­twiło. Uwiel­bia­łam takie prze­lotne zauro­cze­nia, które dostar­czały mi dresz­czyku emo­cji, pobu­dzały zmy­sły, uru­cha­miały roman­tyczne fan­ta­zje o obiek­cie fascy­na­cji. To była świetna zabawa!

Miłość jed­nak wcale nie była zabawna.

Miłość raniła.

Po tym pierw­szym zauro­cze­niu i odbu­do­wa­niu naszej posia­dło­ści przez Lachlana i Maca, po upły­wie nie­mal ośmiu lat zako­cha­łam się w Mac­ken­no­nie Gal­bra­icie. Byłam prze­ko­nana, że na­dal postrzega mnie jedy­nie jako młod­szą sio­strzyczkę Lachlana.

I wła­śnie dla­tego tak się dzi­siaj wystro­iłam. Cho­ciaż ten jeden raz wyko­rzy­sta­łam drobną część spadku, którą otrzy­ma­łam od Lachlana, kiedy sprze­dał poło­żony w dużej odle­gło­ści od Ard­noch kawa­łek ziemi nale­żą­cej do rodziny. Kupi­łam sobie nie­do­rzecz­nie drogą suk­nię, dzięki któ­rej czu­łam się piękna i sek­sowna. Z zawodu byłam inży­nie­rem leśni­kiem, co ozna­czało, że naj­czę­ściej prze­by­wa­łam w górach, ubrana w dżinsy lub spor­towe spodnie, wygod­nie bluzy i T-shirty. Tym razem chcia­łam pod­kre­ślić figurę.

Wygła­dziw­szy dłońmi suk­nię, krą­ży­łam w poszu­ki­wa­niu Maca po mniej­szych poko­jach, zmie­nio­nych przez Lachlana w salo­niki, w któ­rych goście mogli swo­bod­nie gawę­dzić i udzie­lać się towa­rzy­sko.

Lachlan miał nieco ziry­to­waną minę, kiedy mnie zoba­czył, ale na szczę­ście powstrzy­mał się przed komen­ta­rzem. Bar­dzo chciał na­dal widzieć we mnie swoją smar­katą sio­strzyczkę, ale ja już nią nie byłam. Sta­łam się kobietą. Mia­łam dwa­dzie­ścia pięć lat, pra­wie dwa­dzie­ścia sześć, i mogłam podej­mo­wać samo­dzielne decy­zje. Jak tę, żeby wło­żyć długą suk­nię, w któ­rej czu­łam się pra­wie naga. Była dopa­so­wana, uszyta z jedwa­biu w chłod­nym odcie­niu błę­kitu, który ide­al­nie paso­wał do moich oczu. Gdyby ozdo­biono ją koron­kami, wyglą­da­łaby jak peniuar.

Popro­si­łam sty­listkę, żeby roz­ja­śniła moje natu­ral­nie jasne włosy do pla­ty­no­wego blondu. W efek­cie moje oczy wyda­wały się jesz­cze bar­dziej nie­bie­skie, co tak mi się spodo­bało, że posta­no­wi­łam nie upi­nać fry­zury, tylko pozwo­lić luź­nym falom opaść na ramiona.

W ciągu pierw­szej godziny przy­ję­cia flir­to­wało ze mną dwóch hol­ly­wo­odz­kich gwiaz­do­rów.

Rzadko potrze­bo­wa­łam tego rodzaju zain­te­re­so­wa­nia, żeby dodać sobie pew­no­ści sie­bie, ale Mac nie przy­po­mi­nał żad­nego z face­tów, któ­rzy wcze­śniej mi się podo­bali. Przede wszyst­kim był moją pierw­szą miło­ścią.

Nie nale­żał do męż­czyzn skłon­nych do poważ­nych związ­ków, ale widy­wa­łam go w towa­rzy­stwie kobiet, z któ­rymi spo­ty­kał się bez zobo­wią­zań. Nie zauwa­ży­łam, żeby miał swój ulu­biony typ urody, ist­niała więc wielka szansa, że mu się spodo­bam. Ze względu na to, jak zosta­łam wycho­wana, nie bra­ko­wało mi pew­no­ści sie­bie i nie mia­łam kom­plek­sów. Kogo zresztą obcho­dzi, co myślą inni? O czym­kol­wiek! Dora­sta­łam w miej­sco­wo­ści, w któ­rej wszy­scy wszystko o sobie wie­dzieli. Zwa­rio­wa­ła­bym, gdy­bym przej­mo­wała się opi­niami innych.

Tego wie­czoru wystę­po­wa­łam bez sta­nika i mia­łam to gdzieś. Sukienka miała wąskie ramiączka, a jedwab był tak cienki, że wło­że­nie cze­goś pod spód nie wcho­dziło w grę.

No dobra. To był świa­domy wybór. Chcia­łam spraw­dzić, czy Mac zauważy. Przy­znaję się do winy.

Trudno jed­nak, by zauwa­żył, skoro nie mogłam go ni­gdzie zna­leźć.

Nagle przy­szło mi do głowy, że mógł się skryć w swoim biu­rze. Zawró­ci­łam i uni­ka­jąc kon­taktu wzro­ko­wego z gośćmi, skrę­ci­łam w kory­tarz prze­zna­czony dla per­so­nelu.

Drzwi do biura Maca były zamknięte.

Wzię­łam głę­boki wdech, po czym zapu­ka­łam i weszłam do środka.

Mac sie­dział w fotelu na środku nie­wiel­kiego pokoju wypeł­nio­nego pół­kami na książki. Odwró­cił się, a moje serce stop­niało na widok jego pięk­nych oczu i melan­cho­lij­nego spoj­rze­nia.

Bez słowa zro­bi­łam krok naprzód i zamknę­łam za sobą drzwi.

– Mac?

Jego wzrok prze­su­nął się po moim ciele, zatrzy­mu­jąc na biu­ście. Zabra­kło mi tchu, a z emo­cji ści­snęło w żołądku.

Mac jed­nak tylko skrzy­wił się lekko i spu­ścił oczy.

– Co tutaj robisz? Powin­naś się bawić na przy­ję­ciu.

– Z gro­madą nie­zna­jo­mych ludzi? – Prych­nę­łam iro­nicz­nie i przy­sia­dłam na skraju biurka. – Nie, dzię­kuję.

Upar­cie wpa­try­wał się w pod­łogę, a mnie emo­cje na­dal zapie­rały dech w piersi.

Na ogół Mac zacho­wy­wał się tak cza­ru­jąco, że trudno było z nim nie flir­to­wać. Uśmie­chał się łobu­zer­sko i zwy­kle miał coś miłego do powie­dze­nia.

Jed­nak przez ostat­nie dwa lata nie­raz widy­wa­łam go pogrą­żo­nego w ponu­rej zadu­mie. Lachlan nie chciał zdra­dzić, co go wpę­dzało w tak dziwny nastrój, choć despe­racko sta­ra­łam się tego dowie­dzieć. Żeby go pocie­szyć, ukoić ból, cokol­wiek to było. Tak jak on i Lachlan pocie­szali mnie i wspie­rali po tym, jak ojciec zmarł w moich ramio­nach.

Na to wspo­mnie­nie łzy zapie­kły mnie pod powie­kami, odwró­ci­łam wzrok.

– Co takiego jest w nocy syl­we­stro­wej, że działa na ludzi tak depre­syj­nie? – rzu­ci­łam.

Usły­sza­łam szorst­kie prych­nię­cie i znów spoj­rza­łam na Maca. Nasze oczy się spo­tkały, serce zaczęło mi bić szyb­ciej.

Kur­czę, czy kie­dy­kol­wiek jakiś inny męż­czy­zna będzie na mnie dzia­łał tak mocno jak on?

– Nowy rok ozna­cza nowy począ­tek – odrzekł.

Jego niski głos zda­wał się prze­ni­kać moje ciało, wywo­łu­jąc we mnie nagły dreszcz.

Nie. Głę­boko wąt­pi­łam, czy ktoś kie­dyś będzie mnie pocią­gał tak jak Mac­ken­non Gal­bra­ith. Czu­łam się tak, jakby moje strefy ero­genne łączyły się z jego cia­łem nie­wi­dzial­nymi nićmi.

– A nowy począ­tek, chcąc nie chcąc, przy­po­mina nam o prze­szło­ści i o tym, o czym chcemy zapo­mnieć.

Ostroż­nie wypu­ści­łam powie­trze i odwa­ży­łam się na pyta­nie:

– A ty o czym chciał­byś zapo­mnieć, Mac?

Cho­ciaż było to dość ego­istyczne, bałam się, że cho­dzi o jakąś kobietę.

Nie odpo­wie­dział. Wstał z wolna z fotela, a ja powio­dłam za nim wzro­kiem. Był solid­nie zbu­do­wany, miał metr dzie­więć­dzie­siąt pięć wzro­stu i syl­wetkę fil­mo­wego super­bo­ha­tera – sze­roką w ramio­nach, a wąską w pasie. Kiedy pierw­szy raz zauwa­ży­łam pod obci­słym T-shir­tem jego wydatne bicepsy, kolana się pode mną ugięły. Chyba byłam wyjąt­kowo płytka.

Zawsze uwa­ża­łam się za osobę, która nie zwraca uwagi na powierz­chow­ność – moi byli part­ne­rzy pre­zen­to­wali się róż­nie – ale bijąca od Maca siła dzia­łała na mnie nie­sa­mo­wi­cie. Siła połą­czona z surową szorst­ko­ścią. Zupeł­nie nie przy­po­mi­nał gład­kich przy­stoj­nia­ków, ale był nie­wia­ry­god­nie męski. Począw­szy od wyso­kiego czoła przez orli nos aż po wyraź­nie zary­so­waną szczękę, któ­rej kształtu nie zdo­łałby ukryć nawet lekki zarost.

Wize­ru­nek Maca Gal­bra­itha mógł słu­żyć za ilu­stra­cję słow­ni­ko­wego hasła „męski”. Mimo że uwa­ża­łam się za osobę w pełni cywi­li­zo­waną, jego fizycz­ność budziła we mnie jakieś pier­wotne instynkty, któ­rych nie umia­ła­bym się wyprzeć.

I być może nawet potra­fi­ła­bym się oprzeć fizycz­nemu pocią­gowi do tego faceta, gdyby nie to, że jed­no­cze­śnie od dwóch lat był on moim naj­cu­dow­niej­szym, naj­tro­skliw­szym przy­ja­cie­lem.

Mac pod­szedł do kre­densu sto­ją­cego pod ścianą i sta­nął przy nim, odwró­cony do mnie ple­cami. Wokół jego umię­śnio­nych łydek koły­sał się kilt. Zagry­złam wargę, sta­ra­jąc się nie myśleć o tym, jak ten szkocki strój uła­twia dostęp do pew­nych czę­ści ciała.

To zakra­wało na zbo­cze­nie.

Maca wyraź­nie coś gnę­biło, tym­cza­sem ja nie mogłam prze­stać myśleć o sek­sie.

Wró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści i sta­ra­łam się sku­pić myśli, pod­czas gdy on wyjął butelkę whi­sky i dwie krysz­ta­łowe szklanki.

– Napi­jesz się?

Wypi­łam już dwa kie­liszki szam­pana i tylko dzięki nim odwa­ży­łam się wyru­szyć na poszu­ki­wa­nie Maca. Kto wie, do czego mogę być zdolna po whi­sky?

– Jasne.

Pod­szedł do mnie ze szklanką w ręce, a ja cały czas patrzy­łam mu pro­sto w oczy.

– Dobrze ci w kil­cie – stwier­dzi­łam, gdy odbie­ra­łam od niego drinka.

Kąciki jego warg lekko się unio­sły.

– Dzięki. – Obrzu­cił mnie spoj­rze­niem i uciekł wzro­kiem w bok. – Wyglą­dasz bar­dzo ład­nie.

Zmarsz­czy­łam nos.

– Dzię­kuję. – Chyba.

Pocią­gnę­łam wzmac­nia­jący łyk whi­sky Cly­ne­lish i poczu­łam, jak przy­jem­nie pali w gar­dle.

– A dla­czego ty jesteś dziś przy­gnę­biona? – zapy­tał.

Na­dal stał przy mnie, więc musia­łam odchy­lić głowę, żeby spoj­rzeć mu w twarz. Wyobra­ża­łam sobie, że seks z Makiem musi być tro­chę jak pod­da­nie się pod­bo­jowi. Cho­ciaż poza sypial­nią byłam cał­ko­wi­cie nie­za­leżną kobietą i jeży­łam się na samą myśl o tym, że ktoś mógłby mnie kon­tro­lo­wać, to wizja Maca prze­zwy­cię­ża­ją­cego mój opór spra­wiała mi przy­jem­ność. Ale fan­ta­zjo­wa­łam rów­nież o tym, że przy­wią­zuję mu ręce do ramy łóżka i ujeż­dżam go, aż oboje nie­mal tra­cimy przy­tom­ność z roz­ko­szy. Tak to wyglą­dało.

Prze­łknę­łam wię­cej trunku niż zazwy­czaj, żeby zmu­sić się do powrotu do rze­czy­wi­sto­ści.

– Arro? – Mac zmarsz­czył brwi.

Przy­po­mnia­łam sobie, o co spy­tał, i wzru­szy­łam ramio­nami.

– Po pro­stu dziw­nie się czuję, kiedy widzę dom rodzinny wypeł­niony tłu­mem gości… a nie ma wśród nich taty.

Stu­art Adair był trud­nym czło­wie­kiem i nie­ła­two się było do niego zbli­żyć. Prawdę mówiąc, to Lachlan odgry­wał wobec mnie rolę ojca, kiedy byłam dziec­kiem. Wie­dzia­łam jed­nak, że tata mnie kocha, a kiedy wró­ci­łam do Ard­noch po stu­diach na Uni­wer­sy­te­cie Aber­deen, bar­dzo się do sie­bie zbli­ży­li­śmy.

Mijały już nie­mal dwa lata, odkąd zmarł na zawał serca. Spa­ce­ro­wa­li­śmy po plaży z jego psem, Bra­mem, wiel­kim char­tem szkoc­kim, któ­rego adop­to­wał, kiedy wyje­cha­łam na stu­dia.

Nie mogłam mu pomóc.

Nie mogłam go ura­to­wać.

Ta bez­sil­ność była…

Prze­łknę­łam jesz­cze jeden łyk whi­sky, powstrzy­mu­jąc łzy wywo­łane bole­snym wspo­mnie­niem. I poczu­ciem winy.

– Hej. – Mac ujął mnie za pod­bró­dek i uniósł go lekko, żebym popa­trzyła mu w oczy. Spo­glą­dał na mnie z nie­wy­po­wie­dzianą czu­ło­ścią. – Musisz się pozbyć tego poczu­cia winy, Arro.

– Mac­ken­no­nie, czyż­byś potra­fił czy­tać w myślach?

Cof­nął dłoń, nieco zdzi­wiony, kiedy jego imię w peł­nej for­mie roz­nio­sło się echem po biu­rze. Nikt się tak do niego nie zwra­cał, więc w moich ustach „Mac­ken­non” zabrzmiało dziw­nie intym­nie.

Podo­bało mi się to.

Przez sekundę patrzył badaw­czo na moją twarz, a ja spo­glą­da­łam w jego stale zmie­nia­jące się oczy. W zasa­dzie były brą­zowe, ale ich kolor zale­żał od oświe­tle­nia. W ostrym świe­tle biura przy­brały barwę nie­bie­sko­szarą.

– Nie, nie potra­fię tego. Po pro­stu na odle­głość umiem roz­po­znać poczu­cie winy. Chyba dzi­siaj drę­czy nas ono oboje.

– Masz jakiś powód, by czuć się winny?

Wes­tchnął ciężko.

– Jeśli ci powiem, będziesz źle o mnie myślała, a z tym pew­nie nie dał­bym sobie rady.

Dotknę­łam jego ramie­nia.

– Ni­gdy bym o tobie źle nie pomy­ślała.

Zanim odwró­cił się i jed­nym hau­stem wypił resztę whi­sky, zauwa­ży­łam drobny nerw drga­jący na jego szczęce. Pod­szedł do kre­densu i nalał sobie drugą szklankę alko­holu. Jego nastroje były tak zmienne i nie­prze­wi­dy­walne. Nie podo­bało mi się to, tym bar­dziej że pod tym wzglę­dem bar­dzo się od niego róż­ni­łam.

– Mac­ken­no­nie, pro­szę, powiedz mi, co się dzieje.

Rzu­cił mi przez ramię groźne spoj­rze­nie.

– Dla­czego nazy­wasz mnie Mac­ken­no­nem?

– Ponie­waż jest to piękne imię i lubię je wyma­wiać.

Cze­ka­łam na reak­cję, ale się nie docze­ka­łam.

Mac nalał sobie kolej­nego drinka i oparł się o kre­dens. Jakby celowo chciał zacho­wać dystans mię­dzy nami.

– Powin­naś wró­cić na przy­ję­cie – rzekł wresz­cie.

Zsu­nę­łam się z biurka, nie pode­szłam jed­nak do niego.

– Nie wrócę tam, dopóki nie powiesz mi, co cię drę­czy.

– Mam córkę! – wypa­lił nagle.

Znie­ru­cho­mia­łam, wstrzą­śnięta tym wyzna­niem.

Mac lekko się skrzy­wił.

– Nie spo­dzie­wa­łaś się takiej nowiny, prawda?

– Co takiego? – zdzi­wi­łam się i zro­bi­łam krok w jego stronę. – To zna­czy… kiedy…? Jak to…? – „Czy to świeża sprawa?”, prze­mknęło mi przez głowę.

Na myśl o tym, że jakaś baba mogła wkro­czyć w jego życie i mi go ode­brać, wpa­dłam w panikę. Samo­lubna reak­cja, ale tak wła­śnie było!

– Kiedy mia­łem pięt­na­ście lat, zro­bi­łem dziecko pew­nej dziew­czy­nie.

O mój Boże.

– To było nie­długo po tym, jak prze­nio­słem się do Sta­nów, żeby pra­co­wać w warsz­ta­cie wujka.

Wie­dzia­łam, że bab­cia wysłała go do wuja, do Bostonu, gdzie pra­co­wał jako mecha­nik, a kiedy osią­gnął odpo­wiedni wiek, wstą­pił do bostoń­skiego wydziału poli­cji. Póź­niej prze­niósł się do pracy w pry­wat­nej fir­mie ochro­niar­skiej.

Ale córka…?

– Mac?

– Nazywa się Robyn. Ma dwa­dzie­ścia trzy lata.

Na litość… Mac liczył zale­d­wie trzy­dzie­ści osiem lat, a wyglą­dał, jakby był nie­wiele po trzy­dzie­stce. I on, na miłość boską, miał dwu­dzie­sto­trzy­let­nią córkę?

– Jak to moż­liwe, że nic o tym nie wie­dzia­łam?

– Nie mia­łem z nią kon­taktu, odkąd skoń­czyła czter­na­ście lat. Unie­moż­li­wiała mi to jej mama. – Potarł twarz dło­nią. – Nie wal­czy­łem wystar­cza­jąco zażar­cie. Wszyst­kie listy, wszyst­kie pre­zenty wra­cały do mnie. Teraz jest doro­słą kobietą, poli­cjantką. – Wzru­szył bez­rad­nie ramio­nami. – To swo­jego ojczyma uważa za tatę. Ja jestem tylko dawcą spermy. – Wychy­lił resztę whi­sky. – Dup­kiem, który ją opu­ścił, tak samo jak moja mama opu­ściła mnie. – Zdu­miona dostrze­głam łzy w jego oczach. – Nie wie, jak bar­dzo ją kocham. Szcze­rze mówiąc, nie zasłu­guję na taki przy­wi­lej. Nie zasłu­guję na to, żeby się o tym dowie­działa.

– Och, Mac. – Pode­szłam do niego, odsta­wi­łam szklankę na sto­lik sto­jący za nim i uści­ska­łam przy­ja­ciela.

Przy­tu­lił twarz do mojej szyi i objął mnie kur­czowo. Poczu­łam, że drży z emo­cji, i łzy napły­nęły mi do oczu.

Nie mia­łam o niczym poję­cia.

Zacie­śni­łam uścisk i przy­war­łam do niego tak mocno, jak tylko mogłam.

W końcu się roz­luź­nił i – na­dal do mnie przy­tu­lony – pod­niósł głowę, by spoj­rzeć mi w oczy. Cier­pie­nie na jego twa­rzy zelżało. Przy­ci­snę­łam dło­nie do jego piersi i poczu­łam, jak szybko bije mu serce. Dotarły do mnie jego bli­skość, cie­pło męskiego ciała, idąca od niego siła, zapach… Sta­ra­łam się tego nie dostrze­gać, wydało mi się to cał­kiem nie na miej­scu, ale czu­łam, że jego dotyk wywo­łuje we mnie mro­wie­nie i ciarki na skó­rze.

– Spraw­dzi­łem się jako tata małej Robyn – pod­jął. – Z jej mamą, Sta­cey, roz­sta­li­śmy się, kiedy Rob­bie była jesz­cze malutka. Ale zawsze słu­ży­łem jej wspar­ciem. Sta­cey miała wybu­chową naturę i kon­flik­towy cha­rak­ter. Trudno się było z nią poro­zu­mieć, ale robi­łem, co musia­łem, byle tylko nie stra­cić Robyn. Sytu­acja się popra­wiła, kiedy moja eks wyszła za mąż za Setha. Wszy­scy dobrze się doga­dy­wa­li­śmy. Seth był kolegą z bostoń­skiej poli­cji. Cie­szy­łem się, że będzie w życiu Robyn w chwi­lach, w któ­rych ja nie mogłem przy niej być. I ni­gdy nie sta­rał się odciąć mnie od córki.

Wszystko się zmie­niło, kiedy zaczą­łem pracę w fir­mie ochro­niar­skiej i musia­łem czę­ściej wyjeż­dżać ze względu na obo­wiązki zawo­dowe. Sta­cey znów stała się opry­skliwa i agre­sywna. Kiedy Lachlan zapro­po­no­wał mi pracę u sie­bie, a to ozna­czało prze­pro­wadzkę na drugi koniec kraju, nie chciała sły­szeć o wspól­nej opiece nad dziec­kiem. Pro­po­no­wa­łem, żeby Robyn spę­dzała waka­cje ze mną w Kali­for­nii. Ba! Zamie­rza­łem odwie­dzać ją nawet w Bosto­nie, kiedy mia­łem kilka dni wol­nego. Nie­stety Sta­cey posta­wiła sprawę na ostrzu noża. Wszystko albo nic.

Wzru­szył ramio­nami.

– A ja oka­za­łem się samo­lub­nym sukin­sy­nem i wybra­łem pracę. Dobrze mi pła­cili. Mogłem kupo­wać Robyn różne rze­czy, na co ina­czej nie mógł­bym sobie pozwo­lić. Tyle że tę decy­zję pod­ją­łem nie tylko ze względu na córkę. Pod­ją­łem ją dla sie­bie. Byłem zbyt dumny, żeby pozwo­lić Sta­cey dyk­to­wać warunki doty­czące mojego życia. Przed­ło­ży­łem dumę nad wła­sne dziecko.

– A gdy­byś wie­dział, że przy­ję­cie tej pracy ozna­cza utratę córki, też wybrał­byś dumę?

– Ni­gdy – odrzekł szorstko, jakby bła­gał, żebym mu uwie­rzyła. – Arro, ni­gdy. Robyn jasno dała mi do zro­zu­mie­nia, że nie chce mieć ze mną nic wspól­nego. Rok w rok wysy­ła­łem jej listy i pre­zenty, ale zawsze do mnie wra­cały. Już tego nie napra­wię. – Gła­dził mnie po nagich ramio­nach, jakby to on mnie pocie­szał. Robił to bez­wied­nie. – Kocham Lachlana jak brata i kocham Ard­noch. Nie zamie­nił­bym tego na nic innego, z wyjąt­kiem niej. Dla niej wyrzekł­bym się wszyst­kiego, co dawało mi szczę­ście, byle tylko znów zaist­niała w moim życiu. Żałuję, że w ogóle przy­ją­łem tę pracę.

Łzy współ­czu­cia napły­nęły mi do oczu. Nie wie­dzia­łam, że nosi w sobie tyle bólu i żalu.

– Mac­ken­no­nie – wyszep­ta­łam, kła­dąc dłoń na jego policzku. Szorstki zarost lekko mnie ukłuł, a nasze oczy się spo­tkały. – Nie zmie­nisz prze­szło­ści. Możesz się tylko z nią pogo­dzić. Chcia­ła­bym cof­nąć czas, ale w rze­czy­wi­stym świe­cie to tak nie działa. Żyjemy tu i teraz. To jed­nak nie zna­czy, że niczego nie można zmie­nić. – Bez­wied­nie przy­war­łam do niego cia­śniej i poczu­łam, że oparł dło­nie na moich bio­drach. – Można zmie­nić przy­szłość.

– Nie zasłu­guję na przy­szłość z córką.

Z bólem zro­zu­mia­łam, że on naprawdę tak myśli, że nie wie­rzy w swoją war­tość.

– Jesteś dobrym czło­wie­kiem – wychry­pia­łam gło­sem peł­nym emo­cji. – Naj­lep­szym.

Potrzą­snął głową, ale unie­ru­cho­mi­łam go, kła­dąc mu dło­nie na policz­kach.

– To moje zda­nie. I uwa­żam, że jesteś wspa­niały. Wiem, że nie prze­trwa­ła­bym ostat­nich dwóch lat bez two­jej pomocy. Szkoda, że nie możesz spoj­rzeć na sie­bie moimi oczami.

Zaci­snął dło­nie na moich bio­drach, wzrok mu pociem­niał.

– Arro…

Wtedy ogar­nęło mnie jakieś sza­leń­stwo. Przy­cią­gnę­łam jego głowę do sie­bie i przy­war­łam do ust. Kiedy poczu­łam na nich smak whi­sky, z pod­nie­ce­nia aż zady­go­ta­łam. Mac jęk­nął i zasko­czony roz­chy­lił wargi. Wyko­rzy­sta­łam to natych­miast i dotknę­łam języ­kiem jego języka.

Jego głu­che stęk­nię­cie zawi­bro­wało w moim ciele. Poczu­łam, że odpo­wiada poca­łun­kiem na mój poca­łu­nek.

Natych­miast zapło­nął we mnie ogień, mózg prze­stał pra­co­wać, otu­ma­niony pożą­da­niem i potrzebą bli­sko­ści. Całe lata tłu­mio­nych pra­gnień wybu­chły ze zwie­lo­krot­nioną siłą.

Nasz poca­łu­nek stał się dziki i łap­czywy. Wsu­nę­łam palce w ciemne włosy Maca, jego zarost dra­pał mi policzki, dło­nie mięły jedwab sukni, roz­cią­ga­jąc ją na moich wraż­li­wych pier­siach.

Tak, tak, TAK.

Ni­gdy jesz­cze nie dozna­łam tak gwał­tow­nego pożą­da­nia.

Chcia­łam czuć jego ręce na całym ciele.

Ale naj­bar­dziej pra­gnę­łam je poczuć mię­dzy nogami. Nie. Wola­ła­bym, żeby zna­la­zły się tam jego usta.

Jęk­nę­łam na samą myśl o tym.

Mac chwy­cił mnie mocno za ramiona.

I gwał­tow­nie od sie­bie odsu­nął.

Zachwia­łam się, gdy wpa­dłam na opar­cie fotela.

Mia­łam wra­że­nie, że każdy cen­ty­metr mojej skóry roz­grzał się do czer­wo­no­ści. Wargi mi nabrzmiały.

Mac patrzył na mnie, jakby zoba­czył mnie pierw­szy raz w życiu. Opu­ścił wzrok na moje piersi i oczy mu pociem­niały. Odwró­cił się, po czym mocno zaci­snął dło­nie po bokach.

Zer­k­nę­łam w dół i spo­strze­głam, że stward­niałe sutki odzna­czały się widocz­nie pod cien­kim mate­ria­łem sukni. Policzki zapło­nęły mi żywym ogniem, ale posta­no­wi­łam się nie zasła­niać.

Spoj­rza­łam wojow­ni­czo na sto­ją­cego do mnie tyłem męż­czy­znę.

– Może byś tak na mnie spoj­rzał?

Odwró­cił się gwał­tow­nie. Twarz mu spo­chmur­niała, malo­wało się na niej uczu­cie, któ­rego nie potra­fi­łam ziden­ty­fi­ko­wać, ale wie­dzia­łam, że mi się nie podoba. Prze­cze­sał włosy pal­cami i zaklął pod nosem.

– Mac, wszystko jest w porządku.

– Nic nie jest w porządku. – Patrzył na mnie gniew­nie. – Wła­śnie dobra­łem się do smar­ka­tej sio­stry mojego przy­ja­ciela. Do smar­ka­tej sio­stry szefa! Chry­ste, jesteś zale­d­wie trzy lata star­sza od mojej córki.

Skrzy­wi­łam się z nie­za­do­wo­le­niem.

– Nie mów tak. Kiedy for­mu­łu­jesz to w ten spo­sób, brzmi gorzej, niż jest w rze­czy­wi­sto­ści. Jesteś ode mnie o trzy­na­ście lat star­szy, Mac­ken­no­nie. To nic wiel­kiego.

– Wręcz prze­ciw­nie. – Mówił teraz ciszej, a jego twarz zła­god­niała, przy­bie­ra­jąc nie­mal bła­galny wyraz. – Arro… Lachlan to jedyna rodzina, jaką mam. Ni­gdy nie zra­nił­bym ani jego, ani cie­bie. – To… – wska­zał gestem dłoni na nas oboje – …to, moja droga, nie może się stać. Ni­gdy się nie wyda­rzy. Nie rozu­muję dzi­siaj jasno, więc nie powi­nie­nem… nie powin­ni­śmy… Nie myślę o tobie w ten spo­sób.

Odrzu­cił mnie, a to zabo­lało jak pchnię­cie nożem.

Nie chcia­łam, żeby zauwa­żył moją reak­cję.

„Nie myślę o tobie w ten spo­sób”.

W porządku. Teraz przy­naj­mniej mia­łam pew­ność, prawda?

Czyż­bym wyko­rzy­stała chwilę sła­bo­ści przy­ja­ciela? Ta myśl prze­szyła mnie na wylot.

Nie chcia­łam utra­cić jego przy­jaźni z takiego powodu.

– Prze­pra­szam, Mac. To był tylko poca­łu­nek. Oboje za dużo wypi­li­śmy. Nikt nie musi się o nim dowie­dzieć i to się… to się ni­gdy wię­cej nie powtó­rzy. Już ni­gdy tego nie zro­bię. Prze­pra­szam. Mię­dzy nami wszystko w porządku. Już dobrze, prawda?

Lekko zmru­żył oczy i spoj­rzał na mnie badaw­czo. Z całych sił sta­ra­łam się zacho­wać neu­tralny wyraz twa­rzy. W końcu ode­tchnął z ulgą i wyraź­nie się roz­luź­nił.

– Moja droga, nie ma za co prze­pra­szać. Wszystko w porządku. Mię­dzy nami jest dobrze.

– Świet­nie. – Przy­gła­dzi­łam włosy, z wysił­kiem zacho­wu­jąc spo­kój. – Lepiej będzie, jeśli wrócę na przy­ję­cie przed pół­nocą. Ty też powi­nie­neś tam pójść. Wejść mię­dzy ludzi. Zająć czymś myśli, żeby choć przez chwilę nie zadrę­czać się roz­wa­ża­niami o Robyn.

Ponuro ski­nął głową.

– Zja­wię się tam za chwilę.

Kiedy wyszłam z biura, na kory­ta­rzu owio­nął mnie nagły chłód. Oszo­ło­miona powę­dro­wa­łam z powro­tem do wiel­kiej sali, tym razem ski­nie­niem głowy wita­jąc krę­cą­cych się wokół gości. Na języku wciąż czu­łam smak Maca, wargi na­dal pul­so­wały od jego poca­łunku, a ciało wibro­wało od nie­speł­nio­nego pożą­da­nia.

„Otrzą­śnij się, Arro”.

Usły­sza­łam dono­śny głos Lachlana. Brat wygła­szał wła­śnie nowo­roczne prze­mó­wie­nie i dokład­nie w chwili, w któ­rej weszłam do sali balo­wej, zawo­łał, sto­jąc u szczytu scho­dów:

– Oby­ście byli szczę­śliwi, a wasi wro­go­wie o tym wie­dzieli! Slàinte Mhath!

Wszy­scy goście unie­śli kie­liszki i odpo­wie­dzieli okrzy­kiem:

– Slàinte Mhath!

Cze­ka­łam pod ścianą, kiedy poja­wił się per­so­nel z ple­dami ze sztucz­nego futra dla gości. Ludzie zaczęli się nimi otu­lać, a ja nagle zoba­czy­łam, że przede mną stoi Lachlan.

– Tu jesteś. – Narzu­cił mi pled na ramiona. – Czas na fajer­werki, zanim dzwon wybije pół­noc.

Ski­nę­łam głową i pozwo­li­łam mu popro­wa­dzić się na zewnątrz, dokąd zmie­rzali rów­nież inni zapro­szeni.

– Gdzie się podzie­wa­łaś?

– Musia­łam chwilę ode­tchnąć – skła­ma­łam. – Ta impreza nieco mnie przy­tła­cza.

Lachlan przy­cią­gnął mnie do swo­jego boku.

– Wiem, skar­bie. Ale zapew­niam cię, że warto to wytrzy­mać.

Przy­tak­nę­łam i sta­nę­łam obok niego na pod­jeź­dzie, gdzie zgro­ma­dzili się wszy­scy goście. Z oddali roz­le­gły się dźwięki Auld Lang Syne, grane przez dudzia­rza.

Nagle powie­trze prze­szył ostry, świsz­czący dźwięk, a po sekun­dzie roz­legł się ogłu­sza­jący huk. Na ciem­nym nie­bie eks­plo­do­wały sre­brzy­ste, nie­bieskie i różowe bły­ski, a goście zaczęli gromko wiwa­to­wać i bić brawa.

Na chwilę zatra­ci­łam się w tym wspa­nia­łym poka­zie świa­tła i kolo­rów.

Poczu­łam go, zanim zoba­czy­łam.

Odwró­ci­łam głowę i spoj­rza­łam na Maca, który wła­śnie sta­nął u mojego dru­giego boku.

Nie odwró­cił wzroku, tylko patrzył na mnie nie­pew­nie, pełen wyrzu­tów sumie­nia.

Abso­lut­nie nie chcia­łam, żeby czuł się wobec mnie winny.

I tak już zbyt wiele musiał dźwi­gać na swo­ich bar­kach.

Nie powi­nien na doda­tek żało­wać cze­goś, co wią­zało się ze mną. Wola­łam już pogo­dzić się z odrzu­ce­niem.

Wsu­nę­łam dłoń w jego rękę.

– Przy­ja­ciele na zawsze – powie­dzia­łam bez­gło­śnie.

Jego spoj­rze­nie natych­miast poja­śniało i z wdzięcz­no­ścią lekko uści­snął moją dłoń.

A ja unio­słam wzrok ku niebu i obser­wo­wa­łam pokaz sztucz­nych ogni, uda­jąc, że przy każ­dej barw­nej eks­plo­zji serce nie pęka mi na tysiąc kawał­ków.

1

Arro

OBEC­NIE

ARD­NOCH, HRAB­STWO SUTHER­LAND

SZKO­CJA

Przez sie­dem lat obser­wo­wa­łam, jak w głów­nej sali mojego rodzin­nego zamku raz po raz odby­wały się naj­róż­niej­sze imprezy i przy­ję­cia. Ni­gdy dotąd żadna z tych uro­czy­sto­ści nie wyda­wała się jed­nak tak paso­wać do tego miej­sca jak obecna. Kro­czy­łam środ­kiem sali jako druhna na ślu­bie mojego naj­star­szego brata. Po obu stro­nach dłu­giego, wąskiego dywanu w jasno­zło­tym kolo­rze usta­wiono rzędy krze­seł. Sta­ro­modne lam­piony zna­czyły począ­tek każ­dego rzędu, pro­wa­dząc do impo­nu­ją­cych scho­dów na końcu sali, które wio­dły do pode­stu na pół­pię­trze, oświe­tlo­nego słoń­cem wpa­da­ją­cym przez wyso­kie, witra­żowe okna, które brat kazał pie­czo­ło­wi­cie odre­stau­ro­wać. Cze­kali tam Lachlan, Thane, nasz pastor i mój mały bra­ta­nek Lewis, pre­zen­tu­jący się zachwy­ca­jąco w takim samym kil­cie, jaki mieli na sobie jego ojciec i wuj.

Córka Thane’a, Eilidh, szyb­kimi kro­kami wbie­gła na schody, roz­rzu­ca­jąc wokół ostat­nie płatki czer­wo­nych róż. Oso­bi­ście wybrała na tę oka­zję sukienkę, która przy każ­dym kroku pod­ska­ki­wała, uka­zu­jąc war­stwę halek. Wła­śnie taki efekt chciała osią­gnąć. Wargi same roz­cią­gnęły mi się w uśmie­chu, kiedy patrzy­łam, z jakim prze­ję­ciem moja bra­ta­nica wyko­nuje swój obo­wią­zek. Pod­nio­sła roz­ra­do­wane oczy na wuja i ojca, a oni obaj spoj­rzeli na nią z taką miło­ścią, że aż coś mnie ści­snęło w sercu. Zale­d­wie kilka mie­sięcy wcze­śniej Eilidh i Lewis zna­leźli się w wyjąt­kowo dra­ma­tycz­nej sytu­acji, jakiej nie powinno doświad­czyć żadne dziecko. Mar­twi­łam się bar­dzo, czy przy naszej pomocy uda im się odzy­skać rów­no­wagę. Ale dzieci oka­zały się nad­zwy­czaj odporne i ku mojej nie­opi­sa­nej uldze znów wyda­wały się szczę­śliwe i spo­kojne.

Regan Pen­ha­li­gon, młod­sza sio­stra narze­czo­nej Lachlana, szła wdzięcz­nym kro­kiem przede mną, ubrana w suk­nię star­szej druhny. Czu­łam do niej wielką wdzięcz­ność, ponie­waż to w dużej mie­rze dzięki niej Eil i Lew znów mogli się cie­szyć szczę­śli­wym dzie­ciń­stwem. Wyglą­dała pro­mien­nie w sre­brzy­stej sukni, z mister­nie upię­tymi mie­dzia­no­ru­dymi lokami. Lekko weszła po scho­dach, uno­sząc skraj sukni, i sta­nęła naprze­ciw Thane’a. Spoj­rzeli na sie­bie z takim żarem, że aż ukłuła mnie zazdrość. Wzięła Eilidh za rękę, a dziew­czynka przy­tu­liła się do jej boku. Mój brat spo­gla­dał na nią z taką miło­ścią, jakby za chwilę miał eks­plo­do­wać z jej nad­miaru.

Jesz­cze nie widzia­łam Thane’a w takiej wer­sji. Ani kiedy dora­sta­łam, ani kiedy był w mał­żeń­stwie z Fran. Regan spra­wiła, że na nowo prze­ży­wał mło­dość. Wła­ści­wie ni­gdy nie wyda­wał się tak mło­dzień­czy, nawet kiedy był w jej wieku. Oboje mar­twili się dzie­lącą ich róż­nicą trzy­na­stu lat, ale nie na tyle, by z sie­bie zre­zy­gno­wać. Rzu­cili się na oślep w swą namiętną miłość, ponie­waż wie­dzieli, że nie potra­fią ina­czej.

Ta mie­sza­nina rado­ści i ulgi, jaką czu­łam ze względu na brata, łączyła się ze świa­do­mo­ścią, że jego uczu­cie stało się kata­li­za­to­rem uni­ce­stwie­nia mojej miło­ści.

„Prze­stań”, upo­mnia­łam się w duchu, kro­cząc po scho­dach. Ode­pchnę­łam od sie­bie ego­istyczne, melan­cho­lijne myśli i posła­łam uśmiech Lachla­nowi. On rów­nież uśmiech­nął się do mnie czule. Następ­nie, sta­nąw­szy obok Regan, wymie­ni­łam uśmie­chy też z nią. Dzi­siaj to nie ja byłam ważna.

Powio­dłam spoj­rze­niem po gościach, któ­rzy repre­zen­to­wali naj­róż­niej­sze śro­do­wi­ska i zawody. Sta­wili się miesz­kańcy mia­steczka i przy­ja­ciele, z któ­rymi dora­sta­li­śmy, akto­rzy, pio­sen­ka­rze, spor­towcy, znani reży­se­rzy, pisa­rze. Dostrze­głam też kilka nie­zna­jo­mych twa­rzy przy­ja­ciół Robyn i jej rodziny z Bostonu. W pierw­szym rzę­dzie sie­działo dwóch moich braci, Bro­dan i Arran, któ­rzy wró­cili na łono rodziny z oka­zji ślubu.

Arrana nie widzie­li­śmy od tak dawna, że jego obec­ność wpro­wa­dziła lekko ner­wową atmos­ferę. Jed­nak w takim szczę­śli­wym dniu pra­gnę­łam czuć tylko ulgę, że brat – naj­bar­dziej zbli­żony do mnie wie­kiem – za któ­rym bie­ga­łam jako dziecko, wró­cił do domu i był tu bez­pieczny. Przy­naj­mniej cza­sowo.

Nasze oczy się spo­tkały i Arran posłał mi swój cha­rak­te­ry­styczny chło­pięcy uśmiech, tak bar­dzo podobny do uśmie­chu Lachlana. Tyle że natych­miast stra­ci­łam jego uwagę, ponie­waż prze­niósł ją na mija­jącą go jedną z dru­hen.

Nasza przy­ja­ciółka, Ere­dine Wil­lows, pre­zen­to­wała się nie­zwy­kle ele­gancko w sre­brzy­stej sukni. Miała tak bujne włosy, że sty­listka upięła tylko połowę jej ciem­no­brą­zo­wych loków, a resztę roz­pu­ściła luźno na ple­cach. Poły­skliwa srebrna tka­nina pięk­nie kon­tra­sto­wała ze zło­to­brą­zową kar­na­cją Ere­dine i zgrab­nie opi­nała jej ele­gancką syl­wetkę. Ery wyglą­dała jak gwiazda fil­mowa lub super­mo­delka.

Nie tylko Arran nie mógł ode­rwać od niej oczu. Wie­dzia­łam, że dziew­czyna nie znosi być w cen­trum uwagi, więc gdy zatrzy­mała się obok mnie, przy­su­nę­łam się bli­żej, by wes­przeć ją bez słów. Za Ery szła bostoń­ska przy­ja­ciółka Robyn, Jasmine, a raczej Jaz, ponie­waż tak wła­śnie chciała, żeby się do niej zwra­cać. Wyglą­dała po kró­lew­sku. Sre­bro sukni kon­tra­sto­wało z jej ciem­no­brą­zową skórą, a włosy sple­cione w war­ko­czyki miała upięte tak mister­nie, że moja fry­zura wyglą­dała przy nich nudno.

Nie wiem, jak Robyn udało się wybrać na suk­nie dla dru­hen meta­liczną tka­ninę i krój, które paso­wały do każ­dego odcie­nia kar­na­cji i typu figury. Może pomo­gło jej wprawne oko foto­grafki. Po pro­stu ogar­niała takie sprawy instynk­tow­nie, jak kom­po­zy­cję i świa­tło na zdję­ciach.

A oto nade­szła i ona sama.

Robyn Pen­ha­li­gon, już wkrótce Adair.

Oczy­wi­ście już dziś ją widzia­łam. Spę­dzi­ły­śmy cały ranek w jed­nym z pokoi gościn­nych, zmie­nio­nych dzi­siaj w gar­de­robę panny mło­dej.

W bia­łej, roz­sze­rza­ją­cej się ku dołowi sukni była naj­bar­dziej sek­sowną, a jed­no­cze­śnie naje­le­gant­szą panną młodą, jaką widzia­łam. Kre­acja miała głę­boki dekolt, obszyty deli­katną koronką. A ponie­waż pod nią znaj­do­wał się cie­niutki prze­zro­czy­sty mate­riał, koronka wyglą­dała tak, jakby ktoś arty­stycz­nie wyma­lo­wał ją na skó­rze. Rękawy rów­nież uszyto z koronki, przez którą tu i ówdzie prze­świ­ty­wała skóra. Suk­nia opi­nała ciało, jakby i ona została na nim nama­lo­wana. Od kolan w dół roz­sze­rzała się, prze­cho­dząc w tren, także wykoń­czony koronką. Wie­dzia­łam, że dekolt na ple­cach jest wyzy­wa­jąco głę­boki, a obcią­gnięty jedwa­biem guzik w jego dol­nej czę­ści przy­cią­gał wzrok do krą­głej pupy, któ­rej kształt do per­fek­cji dopro­wa­dziły bie­ga­nie i upra­wia­nie mie­sza­nych sztuk walki.

Jed­nym sło­wem, Robyn wyglą­dała olśnie­wa­jąco.

Spoj­rza­łam na Lachlana i wzru­szy­łam się, kiedy zoba­czy­łam go onie­mia­łego z zachwytu, kiedy narze­czona szła ku niemu, cały czas patrząc mu w oczy. Czy kie­dy­kol­wiek jakiś męż­czy­zna tak głę­boko kochał kobietę? Coś ści­snęło mnie bole­śnie w piersi. Nikt bar­dziej od niego nie zasłu­gi­wał na takie dozna­nia. Lachlan opie­ko­wał się nami wszyst­kimi od lat, aż nazbyt długo, i nad­szedł naj­wyż­szy czas, żeby zyskał towa­rzyszkę życia, dzięki któ­rej poczuje się mniej samotny.

Z tru­dem prze­nio­słam wzrok na Robyn, a wła­ści­wie na męż­czy­znę, na któ­rego ramie­niu się wspie­rała w dro­dze do narze­czo­nego. Uni­ka­łam spo­tka­nia z nim, kiedy przy­je­chał po córkę, ażeby popro­wa­dzić ją do ołta­rza. Miała przed nim poślu­bić jego przy­ja­ciela i zara­zem szefa.

Mac Gal­bra­ith.

Zupeł­nie nie wyglą­dał na kogoś, kto mógłby mieć córkę w wieku Robyn, ale prze­cież został ojcem jako szes­na­sto­la­tek. Robyn pochy­liła się ku niemu, on wyszep­tał jej coś do ucha, a ona uśmiech­nęła się, patrząc na niego z miło­ścią. Mac pew­nie w naj­śmiel­szych marze­niach nie przy­pusz­czał, że nadej­dzie w jego życiu taka piękna chwila.

Rok wcze­śniej Robyn przy­była do Ard­noch wła­śnie po to, żeby spo­tkać się z ojcem. Chciała uzy­skać od niego wyja­śnie­nie, dla­czego znik­nął z jej życia. Nie wie­działa, że matka odsy­łała jego listy i pre­zenty. Zamar­twia­łam się wtedy, że przy­je­chała wzbu­dzać w nim poczu­cie winy z powodu zerwa­nych więzi rodzin­nych, tym­cza­sem prędko się oka­zało, że Robyn bar­dzo kocha Maca i bar­dzo go potrze­buje.

Ich pojed­na­nie z wielu powo­dów nie oka­zało się łatwe, ale byli do sie­bie zbyt podobni, łączyło ich zbyt wiele, żeby do niego nie doszło. Nikt nawet sobie nie wyobra­żał, że pod­czas odtwa­rza­nia więzi z ojcem Robyn zako­cha się w moim naj­star­szym bra­cie ani że Lachlan straci dla niej głowę do tego stop­nia, że oświad­czy się led­wie po kilku mie­sią­cach zna­jo­mo­ści i będzie nale­gał na popro­wa­dze­nie jej do ołta­rza w ciągu roku.

„Kiedy jest się cze­goś pew­nym, to jest się pew­nym”, mówił.

Ich zwią­zek oka­zał się bar­dzo korzystny dla Maca, ponie­waż Robyn mogła teraz pozo­stać w Szko­cji na stałe i posta­no­wiła to zro­bić. Nie musiał znów się z nią roz­sta­wać. Wie­dzia­łam, jak wiele to dla niego zna­czy. Po pro­stu uwiel­biał córkę.

I wła­śnie z tego powodu, przez tę miłość łączącą go z Robyn i z całą resztą mojej rodziny, moja przy­szłość zapo­wia­dała się okrop­nie. Za każ­dym razem, kiedy znaj­dziemy się w jed­nym pomiesz­cze­niu, będę musiała uda­wać, że go nie nie­na­wi­dzę. Że nie czuję do niego urazy i nie żałuję, że go w ogóle pozna­łam.

Przy­spo­rzył mi jedy­nie bólu.

A teraz doszło do tego upo­ko­rze­nie.

Nie­na­wi­dzi­łam go.

Trzy­na­ście lat róż­nicy mię­dzy Regan i Thane’em.

Trzy­na­ście lat róż­nicy mię­dzy Makiem a mną.

Skoro oni mogli się ze sobą zwią­zać, to prze­cież my też możemy, prawda?

Tak naiw­nie zakła­da­łam.

Jed­nak Mac jed­no­znacz­nie wska­zał mi błąd w rozu­mo­wa­niu. Jego reak­cja na to, co mię­dzy nami zaszło kilka tygo­dni temu, była bru­tal­nie upo­ka­rza­jąca. Posta­no­wi­łam ni­gdy mu tego nie wyba­czyć.

Na samo wspo­mnie­nie poczu­łam ostry skurcz w gar­dle. Mac pochwy­cił moje spoj­rze­nie, zanim zdą­ży­łam odwró­cić wzrok.

Ten drań miał czel­ność przy­brać nie­szczę­śliwą minę!

Z wysił­kiem sku­pi­łam uwagę na Lachla­nie.

Widać było, że z tru­dem docze­kał chwili, kiedy Robyn odstą­piła od boku Maka i pode­szła do niego. Wbrew tra­dy­cji przy­cią­gnął ją do sie­bie i wyszep­tał ochry­ple:

– Jesteś taka piękna. – A potem lekko dotknął ustami jej warg.

On przy­naj­mniej zdo­był swoją miłość.

I Thane odna­lazł swoją.

Cóż, skoro ja nie mogłam zdo­być wła­snej miło­ści, cie­szy­łam się, że naj­bliżsi mi ludzie mieli wię­cej szczę­ścia.

* * *

Orga­ni­za­torka przy­ję­cia zmie­niła wielką jadal­nię zamku w salę weselną. Usta­wiono w niej okrą­głe stoły nakryte bia­łymi obru­sami i ozdo­bione lam­pio­nami, a wszę­dzie wokół skrzyły się gir­landy świetlne. Z czę­ści jadal­nej można było przejść do następ­nej sali, rów­nież odmie­nio­nej. Zamon­to­wano w niej tym­cza­sowy par­kiet. Póź­niej muzyką miał się zająć didżej, ale na począ­tek Lachlan spro­wa­dził z Orka­dów kapelę skrzyp­cową, gra­jącą współ­cze­sną muzykę szkocką. Ich występ zapla­no­wano po obie­dzie; wie­dzia­łam, że szybka, rado­sna muzyka ludowa spodoba się gościom. Już kie­dyś zda­rzyło się nam zatrud­nić ten zespół i został dosko­nale przy­jęty przez wszyst­kich uczest­ni­ków imprezy.

Gości popro­szono o zosta­wie­nie tele­fo­nów komór­ko­wych w poko­jach lub dom­kach na tere­nie posia­dło­ści. Jedyną osobą, która mogła robić zdję­cia, był wyna­jęty na tę oka­zję zawo­dowy foto­graf. Lachlan nie chciał, żeby fotki z jego wesela zdo­biły strony tytu­łowe wszyst­kich bru­kow­ców w kraju. Kiedy porzu­cił karierę w Hol­ly­wood, żeby zająć się pro­wa­dze­niem naszego eks­klu­zyw­nego klubu, wie­dział, że ni­gdy nie zdoła cał­kiem zerwać z daw­nym życiem gwiazdy filmu. Chciał jed­nak, by jego ślub pozo­stał uro­czy­sto­ścią pry­watną. I tak w ciągu ostat­nich mie­sięcy wia­do­mo­ści z życia rodziny Ada­irów zbyt czę­sto poja­wiały się w mediach.

Sie­dzia­łam z boku stołu w kształ­cie pod­kowy. Na prawo od Robyn spo­czął Mac; Thane zajął miej­sce na lewo od Lachlana; Regan sie­działa obok Thane’a, za nią Eli­lidh, Lewis i ja. Spe­cjal­nie umie­ści­li­śmy dzieci mię­dzy mną, Regan i Thane’em, ponie­waż naszą trójkę darzyły naj­więk­szym zaufa­niem, a takie duże przy­ję­cie mogło być dla nich nieco przy­tła­cza­jące. Chcie­li­śmy, żeby czuły się bez­pieczne i szczę­śliwe, zwłasz­cza po tym, co je spo­tkało.

Obok Maka wyzna­czono miej­sce jego byłej dziew­czy­nie, a matce Robyn, Sta­cey. Kiedy się uśmie­chała, było widać, że to ładna kobieta, nie­stety przez więk­szość dnia poka­zy­wała światu gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. Obok Sta­cey, po prze­ciw­le­głej czę­ści stołu sie­dział ojczym Robyn, a ojciec Regan, Seth Pen­ha­li­gon. Polu­bi­łam go. Był przy­ja­ciel­ski, trzeźwo myślący i wylu­zo­wany.

Robyn musiała pod­jąć trudną decy­zję i wybrać, który z ojców popro­wa­dzi ją do ołta­rza. Odbyła długą roz­mowę z Sethem, a ten w końcu jej pora­dził, żeby popro­siła o to Maca. Powie­działa mi, że jego zda­niem, jeśli chciała, żeby Mac był jej ojcem już do końca życia, powinna tak wła­śnie go trak­to­wać.

Moim zda­niem to wiele mówiło o tym, jakim czło­wie­kiem jest Seth Pen­ha­li­gon. Prze­cież to on wycho­wy­wał Robyn przez więk­szość jej życia. Nie­stety, od chwili przy­jazdu do Szko­cji Sta­cey jasno dawała do zro­zu­mie­nia, jak bar­dzo ją wku­rza, że to nie Seth wypełni ten obo­wią­zek. Wszy­scy jed­nak, włącz­nie z mężem, igno­ro­wali jej nabur­mu­szoną minę i nie­przy­ja­zne zacho­wa­nie.

Obok Setha usia­dła Ere­dine, dalej Jaz, a przy okrą­głym stole naj­bli­żej nas sie­dzieli Bro­dan, Arran, mąż Jaz, Autry, i ich dwie córki, Asia i Jada.

Pod­czas obiadu więk­szość czasu spę­dzi­łam, poma­ga­jąc Regan przy dzie­ciach lub śmie­jąc się z dow­ci­pów, które opo­wia­dał Bro­dan. Ani razu nie spoj­rza­łam na Maca.

W pew­nej chwili muzyka uci­chła i roz­legł się cichy brzęk szkła. Ktoś ude­rzał łyżeczką o kie­li­szek, sygna­li­zu­jąc, że za chwilę nastąpi prze­mó­wie­nie. Serce pod­sko­czyło mi do gar­dła, kiedy Mac wolno wstał zza stołu. Zer­k­nął na mnie, a potem spoj­rzał na Robyn. Pod­nio­sła na niego wzrok z nie­skry­wa­nym uwiel­bie­niem, a wtedy – mimo że tak bar­dzo mnie zra­nił – oprócz gory­czy poczu­łam wielką radość. Przez całe swoje doro­słe życie tęsk­nił za takim spoj­rze­niem córki.

Jed­no­cze­śnie jed­nak radość z powodu jego szczę­ścia budziła we mnie wście­kłość.

Sły­sza­łam, jak Regan uci­sza papla­jącą Eilidh, ale nie mogłam ode­rwać oczu od Maca.

Wziął do ręki mikro­fon.

– Infor­ma­cja dla tych, któ­rzy nie wie­dzą. Jestem Mac, ojciec Robyn.

Przez salę prze­szedł szmer zasko­cze­nia.

– Czyli nie­któ­rzy jed­nak nie wie­dzieli – prych­nął z roz­ba­wioną miną.

Goście się roze­śmiali, a ja sobie uświa­do­mi­łam, jak sil­nie działa na mnie jego uśmiech.

– Ow­szem, to może być spora nie­spo­dzianka. – Spoj­rzał na Robyn, a ta uśmiech­nęła się poro­zu­mie­waw­czo. – Oba­wiam się, że jeśli Robyn usły­szy jesz­cze jeden komen­tarz w stylu: „Chyba jesteś za młody, żeby mieć córkę w tym wieku”, to może komuś zle­cić sprząt­nię­cie mnie, żeby wię­cej nie musieć tego słu­chać.

Goście wybuch­nęli śmie­chem, ale Robyn lekko się skrzy­wiła.

– To nie zabrzmiało zbyt miło – powie­działa cicho, ale Lachlan oto­czył ją ramie­niem i przy­cią­gnął do sie­bie. Wyszep­tał jej do ucha coś, co ją roz­śmie­szyło, i poca­ło­wał w skroń.

Znów poczu­łam w piersi ukłu­cie bólu.

– Kiedy Robyn przy­szła na świat, byłem bar­dzo młody. – Mac mówił teraz poważ­nym tonem. – Zbyt młody. Wła­ści­wie sam byłem jesz­cze dziec­kiem. I popeł­ni­łem wię­cej błę­dów, niż chciał­bym pamię­tać.

– Tato… – ode­zwała się Robyn bez­gło­śnie, po czym ści­snęła go za ramię.

Mac uśmiech­nął się do niej blado.

– Kiedy jed­nak byłem nie­obecny, matka Robyn, Sta­cey… – poło­żył dłoń na jej ramie­niu, a ona drgnęła zasko­czona; potem wska­zał na Setha – … i jej ojczym, Seth, wycho­wali nie­zwy­kłą kobietę, która jest świa­dec­twem ich miło­ści i tro­ski.

Słowa Maca wyci­snęły łzy z oczu Sta­cey. Twarz jej zła­god­niała, a Seth z wdzięcz­no­ścią ski­nął głową.

Cały Mac. Zawsze spra­wie­dliwy. Zawsze życz­liwy.

No… może nie zawsze.

Znów spoj­rzał na Robyn, a jego głos stał się ochry­pły z emo­cji.

– Jesteś nie­zwy­kła, Robyn. Mówię to nie jako zaśle­piony ojciec. Taka jest prawda. Jesteś wyjąt­kowa na wiele spo­so­bów, odważna, inspi­ru­jąca, dobra, lojalna i uczciwa. Wszyst­kie te cechy chcia­łem sam posia­dać, a teraz widzę je u cie­bie. A to naj­więk­szy dar od losu, o jaki rodzice mogą pro­sić – żeby dziecko stało się lep­sze od nich, żeby ich prze­ro­sło.

Wargi Robyn zadrżały. Zoba­czy­łam, że ści­ska Lachlana za rękę.

Kątem oka spo­strze­głam, że Regan ociera łzy.

Ja czu­łam, jak palą mnie w gar­dle, ale posta­no­wi­łam nie pła­kać.

– Jako twój ojciec mam prawo uwa­żać, że nikt nie jest cie­bie godny – cią­gnął Mac. – Jeśli jed­nak już ktoś musiał się poja­wić, cie­szę się, że to Lachlan. – Sku­pił uwagę na moim bra­cie. – Jesteś moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem i powie­rzam ci osobę, którą kocham ponad wszystko.

Lachlan i Mac przez chwilę patrzyli sobie w oczy, roz­ma­wia­jąc bez słów. Wyraź­nie dało się wyczuć napię­cie emo­cjo­nalne i z wiel­kim tru­dem udało mi się powstrzy­mać te cho­lerne łzy.

Mac się­gnął po kie­li­szek z szam­pa­nem. Jego wzrok nagle pobiegł w moją stronę, a potem znów do Robyn i mojego brata.

– Gdy­by­śmy wszy­scy mogli zna­leźć tak wielką miłość jak wasza, świat stałby się lep­szym miej­scem. Za Robyn i Lachlana!

– Za Robyn i Lachlana! – Zgro­ma­dzeni unie­śli zgod­nie kie­liszki.

Zer­k­nę­łam na gości sie­dzą­cych przy dru­giej czę­ści stołu. Wielu z nich ocie­rało ser­we­tami łzy z oczu, tak wzru­szyła ich emo­cjo­nalna prze­mowa Maca. Miał w sobie coś takiego. Dar wzbu­dza­nia miło­ści. Siłę przy­cią­ga­nia.

Poczu­łam, że nara­sta we mnie gorycz, i pró­bo­wa­łam zdu­sić to uczu­cie. Nagle napo­tka­łam spoj­rze­nie Maca. Nie wiem, co zoba­czył w mojej twa­rzy, ale drgnął lekko i natych­miast odwró­cił wzrok. Ja rów­nież ucie­kłam wzro­kiem w inną stronę i spo­strze­głam, że przy­gląda mi się Regan.

Zwę­żo­nymi oczami popa­try­wała to na mnie, to na Maca.

Cho­lera jasna.

Uśmiech­nę­łam się do niej ner­wowo i szybko pochy­li­łam się nad Lewi­sem, chcąc go zapy­tać, czy ma ochotę jesz­cze coś zjeść. W tej samej chwili Thane prze­jął mikro­fon i wstał. Gwar roz­mów znów ucichł.

– Jestem Thane Adair, jeden z braci Lachlana i jego drużba – przed­sta­wił się. – Bar­dzo żałuję, że wypa­dło mi prze­mó­wić tuż po Macu – dodał, jak zwy­kle samo­kry­tyczny.

Roze­śmia­łam się wraz z innymi. Teraz, kiedy Mac zakoń­czył swoją mowę, nieco się roz­luź­ni­łam.

– Cóż mogę rzec o swoim star­szym bra­cie? – Poło­żył dłoń na ramie­niu Lachlana i spoj­rzał na jego świeżo poślu­bioną żonę. – Chyba już za późno, żeby powie­dzieć: „Ucie­kaj, Robyn! Ucie­kaj ile sił w nogach”!

Znów roz­le­gły się wybu­chy śmie­chu, a Lachlan zmie­rzył brata żar­to­bli­wie groź­nym wzro­kiem.

– Żar­to­wa­łem. Lachlan to wspa­niały mate­riał na męża. – Thane z prze­ko­na­niem ski­nął głową. – Teraz. Ale to dobrze, że Robyn nie poznała go, kiedy miał dwa­dzie­ścia kilka lat… ponie­waż była wtedy nie­let­nia, więc… – Ze zna­czą­cym gry­ma­sem na twa­rzy spoj­rzał na gości, a ci znów się roze­śmiali.

– Naprawdę chcesz drą­żyć ten temat? – zapy­tał Lachlan, wska­zu­jąc na Regan.

Więk­szość gości nie mogła tego usły­szeć, ale domy­ślili się, co powie­dział, i par­sk­nęli śmie­chem.

Thane uniósł ramiona w geście pod­da­nia.

– Zgoda – odrzekł roz­ba­wiony.

Dobrze było usły­szeć, jak żar­tuje z róż­nicy wieku dzie­lą­cej jego i Regan. Do nie­dawna był to dla niego draż­liwy temat.

– Chcę tylko powie­dzieć, że jako dwu­dzie­sto­la­tek Lachlan był zupeł­nie innym czło­wie­kiem – cią­gnął. – Nie wiem, czy wtedy spodo­bałby się Robyn. Z dru­giej strony, o ile dobrze pamię­tam, przez pierw­sze mie­siące zna­jo­mo­ści też nie bar­dzo jej się podo­bał.

Roz­le­gły się ciche okrzyki zdzi­wie­nia. Robyn przy­tak­nęła, a Lachlan z rezy­gna­cją prze­wró­cił oczami.

– To rodzi pewne podej­rze­nia – mówił Thane z zasta­no­wie­niem. Spoj­rzał na Robyn, uśmie­cha­jąc się poro­zu­mie­waw­czo, i wyszep­tał do mikro­fonu: – Jeśli zna­la­złaś się tu pod przy­mu­sem, wystar­czy, że mru­gniesz. – Sam z prze­sad­nym zapa­łem puścił do niej oko. – Ura­tu­jemy cię.

Wszy­scy roze­śmiali się jesz­cze gło­śniej, a Lachlan posłał bratu mor­der­cze spoj­rze­nie, choć rów­nież zachi­cho­tał.

Całe to przed­sta­wie­nie napeł­niło mnie rado­ścią.

To znów był Thane, któ­rego pamię­ta­łam z dzie­ciń­stwa. On i Lachlan zawsze byli naj­po­waż­niejsi z braci, ale też wyka­zy­wali się sar­ka­stycz­nym, czę­sto prze­wrot­nym poczu­ciem humoru. Gdzieś po dro­dze Thane zatra­cił tę cechę. Aż do czasu, gdy poja­wiła się Regan.

– Nie…? – zapy­tał teraz bra­tową, prze­cią­ga­jąc tę scenkę.

Robyn ze śmie­chem potrzą­snęła głową.

– Skoro tak twier­dzisz… – Uda­jąc, że jej nie dowie­rza, powiódł zna­czą­cycm spoj­rze­niem po zgro­ma­dzo­nych. Roz­le­gły się gło­śnie chi­choty. Mój brat miał ukryty talent kome­diowy. Zaraz potem uśmiech­nął się sze­roko i zwró­cił do szczę­śli­wych nowo­żeń­ców. – Ale żarty na bok. Nie­zmier­nie się cie­szę waszym szczę­ściem. Mac się mar­twił, czy jaki­kol­wiek męż­czy­zna będzie godny jego córki, a ja się mar­twiłem, czy znaj­dzie się kobieta, która dorówna mojemu bratu duchem, poczu­ciem lojal­no­ści, umi­ło­wa­niem rodziny i ape­ty­tem na życie. A póź­niej w nasze życie wkro­czyła Robyn Gal­bra­ith Pen­ha­li­gon i już wie­dzia­łem, że mimo nie­zbyt uda­nego startu ci dwoje są dla sie­bie stwo­rzeni.

Kiw­nął głową.

– Byłeś dla mnie naj­lep­szym bra­tem, jakiego mogłem sobie życzyć. – Thane mocno chwy­cił Lachlana za ramię. – Jestem cho­ler­nie zado­wo­lony, że zna­la­złeś Robyn… – Jego uśmiech stał się łobu­zer­ski. – Jestem zado­wo­lony ze względu na cie­bie i na sie­bie, ponie­waż Robyn spro­wa­dziła tu… – Spoj­rzał na Regan. – Cóż, Robyn wnio­sła w nasze życie wiele dobrego i jestem jej za to dozgon­nie wdzięczny.

Thane wyraź­nie musiał wytę­żyć całą siłę woli, żeby ode­rwać wzrok od Regan. Po chwili odchrząk­nął i uniósł kie­li­szek z szam­pa­nem.

– Oboje musie­li­ście się zmie­rzyć z dra­ma­tycz­nymi wyda­rze­niami i wyszli­ście z tego umoc­nieni, sta­jąc się dla nas wszyst­kich inspi­ra­cją i lek­cją, jak powinna wyglą­dać miłość. Za Robyn i Lachlana!

Kiedy Lachlan pod­niósł się zza stołu, żeby wygło­sić swoją mowę, nie byłam pewna, czy moje serce to wytrzyma.

– Jako aktor pew­nie was zasko­czę, ponie­waż moja mowa będzie krótka i miła – powie­dział do mikro­fonu. – Po pierw­sze, dzię­kuję Macowi i Thane’owi za wszyst­kie ser­deczne słowa. Cho­ciaż, drogi bra­cie, mogłeś się powstrzy­mać przed insy­nu­acją, że moja żona nie jest tu z wła­snej woli.

Roz­le­gły się salwy śmie­chu.

– Moja żona – powtó­rzył ciszej, patrząc na Robyn z uwiel­bie­niem. – Cho­lera, jak to fan­ta­stycz­nie brzmi.

Odpo­wie­działy mu pełne zachwytu jęki gości.

– Po dru­gie, dzię­kuję wszyst­kim za przy­by­cie na naszą uro­czy­stość. To dla nas wiele zna­czy. – Zato­czył koło ręką z kie­lisz­kiem. – Posta­no­wi­li­śmy z Robyn użyć tra­dy­cyj­nych słów przy­sięgi mał­żeń­skiej, ale po namy­śle chciał­bym coś dodać. Jestem wiel­kim szczę­ścia­rzem – cią­gnął, patrząc w oczy żony. – Zjeź­dzi­łem cały świat, prze­ży­łem nie­zwy­kłe chwile, robi­łem rze­czy, które tylko nie­wiel­kiej czę­ści ludzi udało się zro­bić. Mam dobrych przy­ja­ciół, rodzinę, którą kocham nad życie.

Serce ści­snęło mi się w piersi.

– Doświad­czy­łem też straty. Poważ­nej straty. Może nie czyni to ze mnie szczę­ścia­rza, ale dzięki temu dosta­łem lek­cję, która mnie wiele nauczyła. Teraz wiem, że liczą się ludzie, któ­rymi się ota­czasz. To dzięki ludziom, któ­rych kochasz, życie jest coś warte. Robyn, kiedy poja­wi­łaś się w moim życiu, po pro­stu zwa­li­łaś mnie z nóg. Sta­łaś się dla mnie wszyst­kim. Jesteś naj­od­waż­niej­szą osobą, jaką spo­tka­łem, i każ­dego dnia nie­ustan­nie mnie zdu­mie­wasz.

Łzy ciur­kiem popły­nęły mi z oczu.

– Za Robyn, moją żonę. Moją naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. – Wzniósł kie­li­szek.

– Za Robyn!

Kiedy Lachlan zajął miej­sce za sto­łem, Robyn poca­ło­wała go tak długo i głę­boko, że dopiero gwizdy gości (to zna­czy Bro­dana i Arrana) ode­rwały ich od sie­bie.

Widok ich szczę­ścia spra­wił, że zapo­mnia­łam o drę­czą­cej mnie gory­czy. Znów poczu­łam się sobą.

2

Arro

– Wyda­jesz się tro­chę szczę­śliw­sza – zauwa­żył Arran, kiedy tań­czy­li­śmy wolny utwór zespołu Idle­wild.

– Szczę­śliw­sza? – Zmarsz­czy­łam czoło, koły­sząc się w wol­nym ryt­mie muzyki. – Doprawdy? A ja wła­śnie myśla­łam o tym, jaka ta pio­senka jest przy­gnę­bia­jąca.

Zespół ludowy gra­jący rado­sną, szybką muzykę, która pod­ry­wała wszyst­kich do tańca, zakoń­czył swój występ. Teraz do dzieła przy­stą­pił didżej i grał ulu­bione pio­senki Robyn i Lachlana.

– Prze­stań uni­kać tematu.

– Jakiego tematu?

– Tematu swo­jego nastroju. Wiem, że od czasu mojego przy­jazdu do domu panuje mię­dzy nami wszyst­kimi tro­chę napięta atmos­fera, ale cie­bie drę­czy coś innego. – Arran pochy­lił głowę, żeby zmu­sić mnie do spoj­rze­nia mu w oczy, rów­nie nie­bie­skie jak oczy Lachlana.

Wszy­scy moi bra­cia byli przy­stoj­nymi nie­bie­sko­okimi blon­dy­nami, ale Lachlan i Thane pre­zen­to­wali szorstki, surowy typ męskiej urody, Bro­dan zaś był kla­sycz­nie przy­stojny, a Arran wyglą­dał jak młod­sza, gład­sza wer­sja Lachlana.

Cho­ciaż Lachlan i Thane nie poj­mo­wali, dla­czego Arran odczuwa taką potrzebę wyrwa­nia się z domu i prze­by­wa­nia z dala od nas, ja sta­ra­łam się to zro­zu­mieć. Kiedy dora­sta­łam, Lachlan odgry­wał wobec mnie rolę ojca, Thane był typo­wym, nado­pie­kuń­czym star­szym bra­tem, ale Bro­dan i Arran byli nie tylko moimi star­szymi braćmi, lecz także kum­plami. Zwłasz­cza Arran. Odkąd pamię­ta­łam, zawsze marzył o przy­go­dach. Prze­by­wa­nie w jed­nym miej­scu przez dłuż­szy czas po pro­stu nie leżało w jego natu­rze.

Musia­łam jed­nak szcze­rze przy­znać, że jego prze­dłu­ża­jąca się nie­obec­ność mnie raniła. Nie rozu­mia­łam tego. Arran był wędrow­cem z wyboru, ale jesz­cze kilka lat temu jasno dawał do zro­zu­mie­nia, że rodzina jest dla niego naj­waż­niej­sza.

– Gdzie się podzie­wa­łeś? – Zmie­ni­łam temat roz­mowy.

Zaci­snął moc­niej rękę na mojej dłoni.

– Prze­pra­szam, że tak długo mnie nie było.

– Arra­nie – powie­dzia­łam, przy­su­wa­jąc się bli­żej, żeby nikt nas nie pod­słu­chał. – W tym cza­sie ktoś pró­bo­wał zamor­do­wać Lachlana. Pewien czło­wiek porwał i zwią­zał twoją bra­ta­nicę i bra­tanka, żeby zastra­szyć Regan. Czy ty to w ogóle rozu­miesz?

Zbladł i było widać, że ogar­nia go poczu­cie winy.

– Tak mi przy­kro.

– Po pro­stu wyja­śnij mi – cią­gnę­łam bła­gal­nie – dla­czego nie wró­ci­łeś, kiedy tak bar­dzo cię potrze­bo­wa­li­śmy?

Jego mina stward­niała.

– Co się dzieje mię­dzy tobą a Makiem? – wypa­lił.

Zesztyw­nia­łam.

– Nic się nie dzieje.

Uśmiech­nął się z chłodną iro­nią.

– W takim razie nie ma chyba dobrego powodu, dla któ­rego nie przy­je­cha­łem tu wcze­śniej. Po pro­stu jestem zwy­kłym zła­ma­sem.

– Nie wie­rzę.

– W takim razie się mylisz. – Odwró­cił wzrok, a drobny nerw na jego policzku zdra­dził zde­ner­wo­wa­nie.

Znów ści­snął moc­niej moją dłoń, a oczy mu się zwę­ziły. Podą­ży­łam za jego spoj­rze­niem i ze zdu­mie­niem stwier­dzi­łam, że patrzy na Ere­dine tań­czącą z Bro­da­nem.

Bro­dan przy­cią­gnął ją bar­dzo bli­sko sie­bie i szep­tał jej do ucha coś, co spra­wiło, że nie­śmiało się uśmie­chała.

Podej­rze­wa­łam, że od dłuż­szego czasu Bro­dan czuje coś do Ery, ale z jakie­goś powodu nie wyko­nał żad­nego ruchu. Ery była tak zamknięta w sobie, że jakie­kol­wiek dzia­ła­nia z jego strony i tak naj­praw­do­po­dob­niej nie spo­tka­łyby się z życz­li­wym przy­ję­ciem. Jed­nak cza­sami zda­rzało mi się spo­strzec, że patrzy na niego w spo­sób, który świad­czył, że i ona jest nim zafa­scy­no­wana.

Ze zmarsz­czo­nym czo­łem spoj­rza­łam na Arrana. Nie znał zbyt dobrze Ere­dine, ponie­waż nie gościł w domu wystar­cza­jąco długo, by się dowie­dzieć o niej cze­goś wię­cej. Nie dzi­wiło mnie, że zwró­cił na nią uwagę. Po pierw­sze, była fan­ta­styczną osobą, miłą i sym­pa­tyczną, a jed­no­cze­śnie inte­li­gentną i obda­rzoną poczu­ciem humoru. Oczy­wi­ście tę ostat­nią cechę można było zauwa­żyć dopiero po bliż­szym pozna­niu. Po dru­gie, przez całą mło­dość, odkąd zaczęli inte­re­so­wać się płcią prze­ciwną (to zna­czy, kiedy Arran skoń­czył dzie­sięć lat – on i Bro­dan szybko doj­rzeli, jeśli cho­dzi o roman­tyczne zapędy), moi bra­cia rywa­li­zo­wali o te same dziew­czyny. Nie­stety, jeśli cho­dzi o dam­ską urodę, mieli nie­po­ko­jąco podobne gusty. Jakoś sobie z tym radzili, dopóki Arran nie prze­spał się z bli­ską przy­ja­ciółką Bro­dana, Mon­roe Sinc­lair. Wtedy pokłó­cili się na dobre.

Bro­dan twier­dził, że Arran prze­kro­czył gra­nicę, gdy poszedł do łóżka z tą dziew­czyną, cho­ciaż przed­tem usta­lili, że żaden z nich tego nie zrobi. Ja podej­rze­wa­łam, że kryje się za tym coś jesz­cze. Być może Mon­roe zna­czyła dla Bro­dana wię­cej, niż chciał sam przed sobą przy­znać. Jak­kol­wiek było, po tym zda­rze­niu dziew­czyna zosta­wiła moich braci i swoją rodzinę i wyje­chała z Ard­noch. Arran i Bro­dan w końcu się pogo­dzili i już ni­gdy wię­cej nie uga­niali się za tą samą kobietą.

– Jest piękna, miła, bystra, powścią­gliwa i nie­ła­two się do niej zbli­żyć. Nawet ja, jej naj­bliż­sza przy­ja­ciółka tutaj, tak naprawdę jej nie znam.

Arran zmarsz­czył czoło, wciąż sku­piony na Ery.

– Co?

– Mówię o Ere­dine.

Teraz patrzył na mnie.

– Ale że niby co?

– To zaka­zany teren – ostrze­głam. – Dla was obu.

Jego wargi zadrgały.

– Naj­droż­sza sio­strzyczko, nie mam żad­nych zamia­rów wobec two­jej przy­ja­ciółki. Czy facet nie może gapić się na kobietę bez ukry­tych inten­cji?

– Jeśli tylko o to cho­dzi, to w porządku.

– Wiesz… – zaczął, pro­wa­dząc mnie w tańcu prze­sad­nie zama­szy­ście. – Spo­dzie­wa­łem się, że spo­śród całej rodziny to ty będziesz trak­to­wać mnie naj­przy­jaź­niej.

– Prze­cież jestem dla cie­bie miła. Tań­czymy, prawda?

– To taki taniec z lito­ści. – Wyraź­nie się ze mną draż­nił. Oczy roz­bły­sły mu łobu­zer­sko. – Znam się na tym.

– Spa­daj! – wymam­ro­ta­łam pod nosem. – Przez całe życie muszę zno­sić kobiety, które uga­niają się za moimi braćmi. Dzi­siej­szy wie­czór nie jest wyjąt­kiem. Dzi­wię się, że jesz­cze żadna nie roz­dzie­liła nas siłą, żeby się do cie­bie dobrać.

– Nie nasza wina, że skut­kiem prze­kleń­stwa losu zosta­li­śmy obda­rzeni wybitną urodą i zwie­rzę­cym magne­ty­zmem.

Uda­łam, że się krztu­szę, jak­bym zaraz miała zwy­mio­to­wać, a mój brat roze­śmiał się uba­wiony.

Coś za moimi ple­cami przy­cią­gnęło jego wzrok i nagle zmie­nił mu się wyraz twa­rzy. Nie spodo­bało mi się to.

– Widzę, że nie tylko bra­cia Ada­iro­wie cie­szą się dzi­siaj powo­dze­niem u kobiet. Mac też nie ma na co narze­kać.

Zamar­łam, ale się nie odwró­ci­łam.

– No tak – cią­gnął mój brat. – Jego dzi­siej­sza prze­mowa na pewno spra­wiła, że kilka pań miało mokro w majt­kach.

Otwartą dło­nią ude­rzy­łam go w głowę. Tylko czę­ściowo żar­to­bli­wie.

– A za co to? – wyję­czał jak mały chło­piec.

– Nie mów do mnie w ten spo­sób. Jestem twoją sio­strą. Okaż mi tro­chę sza­cunku.

– Phi. Chyba bar­dziej cho­dzi tu o Maca niż o mnie – burk­nął. – O mało nie wybi­łaś mi oka – bia­do­lił.

– To było tylko lek­kie klep­nię­cie. Prze­stań się mazać.

– Dobry pomysł, Arro. – Lachlan i Robyn zbli­żyli się do nas w tańcu. Lachlan wycią­gnął rękę i pac­nął brata w tył głowy, dużo sil­niej, niż ja to zro­bi­łam. – To za karę, że przez ostat­nie dwa lata musia­łem się o cie­bie mar­twić.

– Ożeż, kurwa! – Arran wypu­ścił mnie z uści­sku, żeby roz­ma­so­wać poty­licę. – Czy to było konieczne?

– Zde­cy­do­wa­nie tak. Czuję się teraz o wiele lepiej. Powiem Thane’owi, jakie to oczysz­cza­jące uczu­cie. Też powi­nien ci przy­ło­żyć. Przy­go­tuj się. – Z łobu­zer­skim uśmie­chem wraz z Robyn odda­lił się w tańcu na drugi koniec par­kietu.

– Żar­to­wał, prawda? – Arran czuj­nie rozej­rzał się wokół.

Nie wyglą­dał teraz na swoje trzy­dzie­ści pięć lat.

Roze­śmia­łam się wesoło.

– Na twoim miej­scu do końca imprezy zacho­wa­ła­bym wzmo­żoną czuj­ność.

– Nie ma jak w domu – wymam­ro­tał zre­zy­gno­wany.

* * *

Ledwo wró­ci­łam na swoje miej­sce obok Ere­dine, nio­sąc kolejny kie­li­szek szam­pana, kiedy pod­szedł do mnie jakiś męż­czy­zna. Wyglą­dał zna­jomo, więc doszłam do wnio­sku, że to jakiś aktor. Przy­wi­tał nas ski­nie­niem głowy i uśmie­chem. Potem wycią­gnął do mnie rękę.

– Czy mogę pro­sić o następny taniec?

Grano wła­śnie pio­senkę Adele.

– Idź. – Ere­dine wzięła ode mnie kie­li­szek i lekko popchnęła w kie­runku wyglą­da­ją­cego zna­jomo Ame­ry­ka­nina.

„Dla­czego nie?”, pomy­śla­łam.

Uśmiech­nę­łam się i poda­łam mu rękę. Kiedy szli­śmy w stronę par­kietu, przed­sta­wił mi się.

– Jestem Gray. Pięt­na­ście lat temu gra­łem z twoim bra­tem w jed­nym fil­mie. Zaprzy­jaź­ni­li­śmy się.

Gdy podał swoje imię, sko­ja­rzy­łam, kto to jest. Nie był sław­nym akto­rem, ale pamię­ta­łam, że Lachlan o nim mówił.

– Gray­son Evans? – upew­ni­łam się.

– To ja – potwier­dził z uśmie­chem. Weszli­śmy na par­kiet, gdzie lewą dło­nią ujął mnie za rękę, a prawą poło­żył na mojej talii. – A ty jesteś Arro­char. Dziwne, że znam Lachlana od dawna, a my dwoje ni­gdy dotąd się nie spo­tka­li­śmy.

– Nie pra­cuję w prze­my­śle fil­mo­wym. – „I ni­gdy bym tam nie chciała pra­co­wać”, doda­łam w myślach.

– A powin­naś. Masz fil­mową urodę.

Odpo­wie­dzia­łam mu chłod­nym uśmie­chem i prze­nio­słam wzrok w głąb sali, ponad jego ramie­niem.

– To zna­czy… Oczy­wi­ście, mogła­byś wnieść do aktor­stwa o wiele wię­cej niż urodę.

Prych­nę­łam lek­ce­wa­żąco, a on pojął swój błąd.

– Bar­dzo w to wąt­pię. Bar­dziej nadaję się do inży­nie­rii leśnic­twa niż do gra­nia w fil­mach.

– Jesteś inży­nie­rem leśni­kiem? – Otwo­rzył usta ze zdu­mie­nia.

Nie­stety, z takimi reak­cjami mia­łam do czy­nie­nia przez całe życie zawo­dowe. Pra­co­wa­łam w branży zdo­mi­no­wa­nej przez męż­czyzn. Odpo­wia­da­łam za prace w tere­nie, za wykre­śla­nie map topo­gra­ficz­nych dla tere­nów obję­tych wyrę­bem, za pla­no­wa­nie i kie­ro­wa­nie budową tras dro­go­wych i szy­no­wych, nie­zbęd­nych do trans­portu bali z poręby do skła­dów drewna i punk­tów prze­ła­dun­ko­wych. To ja musia­łam nad­zo­ro­wać budowę obo­zo­wisk, ramp, mostów, maga­zy­nów sprzętu i sys­te­mów dostawy wody. Wybie­ra­łam metody i sprzęt do trans­portu bali, zarzą­dza­łam face­tami wyko­nu­ją­cymi tę robotę. Oględ­nie mówiąc, byłam wete­ranką bitew z naj­róż­niej­szymi prze­ja­wami mizo­gi­nii.

– Tak, jestem – odrze­kłam krótko.

– Prze­pra­szam. – Skrzy­wił się lekko. – Głu­pio to zabrzmiało. Zro­bi­łem fatalne wra­że­nie. Ale po pro­stu jesz­cze ni­gdy nie spo­tka­łem leśniczki. Tak naprawdę nawet nie wiem, na czym polega ta praca.

Zmię­kłam, czu­jąc lek­kie ukłu­cie winy za opry­skliwe zacho­wa­nie, które zupeł­nie nie leżało w mojej natu­rze. Wytłu­ma­czy­łam mu, na czym polega mój zawód.

– O, kur­czę. Czyli masz praw­dziwą pracę!

Roze­śmia­łam się pogod­nie.

– A ty nie?

– Ludzie nie uwa­żają aktor­stwa za pracę.

– Ależ to jest praw­dziwa praca – zapew­ni­łam go. – Wiem od Lachlana, jakie to cięż­kie zaję­cie.

– Miło, że tak mówisz.

– Nie mogę uwie­rzyć, że Gal­bra­ith jest ojcem Robyn – ode­zwała się jakaś kobieta obok, odcią­ga­jąc moją uwagę od Ame­ry­ka­nina.

Roz­po­zna­łam w niej angiel­ską aktorkę, Ange­line Pot­ter. Nie wie­dzia­łam, kim jest jej towa­rzysz, ale oboje gapili się na Maca tań­czą­cego z Jasmine. Tego wie­czoru nie bra­ko­wało mu part­ne­rek, ale przy­naj­mniej mia­łam pew­ność, że Jaz to teren, na który nie ma wstępu. Inne jego part­nerki budziły we mnie nie­chęć i zazdrość, o którą sama sie­bie nie podej­rze­wa­łam.

– Wła­śnie. Nic dziw­nego, że ludzie stale mu mówią, że jest za młody na jej ojca. – Z akcentu wywnio­sko­wa­łam, że towa­rzysz Ange­line to Ame­ry­ka­nin.

– Cie­kawe, ile miał lat, kiedy się uro­dziła. Trzy­na­ście? Nie może mieć wię­cej niż czter­dzie­ści, prawda?

– Wtedy Robyn musia­łaby mieć dwa­dzie­ścia kilka, a jestem pewien, że ma ze trzy­dzie­ści.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki