Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
344 osoby interesują się tą książką
Damien Black od lat żyje jednym celem – zemstą. Jako dziecku odebrano mu wszystko: niewinność, bezpieczeństwo i wiarę w ludzi. Dziś jest bezwzględnym prawnikiem, który nie cofnie się przed niczym, by dosięgnąć tych, którzy krzywdzą bezbronnych. Za dnia stoi po stronie prawa. Nocą zakłada maskę – symbol własnego odrodzenia.
Rosalie Hastings wierzy, że dobro zawsze ma sens. Jako córka założycieli fundacji „Haven”, niosącej pomoc skrzywdzonym dzieciom, doskonale rozumie, jak ważne jest dawanie innym nadziei. Gdy w tragicznych okolicznościach traci rodziców, jej świat rozpada się na kawałki. Po latach wraca, by przywrócić fundację do życia i kontynuować dzieło, które było ich życiem.
Ich spotkanie uruchamia lawinę wydarzeń. Damien widzi w niej jedynie nazwisko, którego nienawidzi od dziecka. Rosalie dostrzega mężczyznę, który za maską chłodu i opanowania ukrywa ból, z jakim nikt nie powinien zostać sam. Z każdym kolejnym dniem dziewczynie coraz trudniej jest oprzeć się uczuciu, choć nie ma pojęcia, że to właśnie on skrywa największą tajemnicę związaną z tragedią, która odebrała jej rodzinę.
Oboje są naznaczeni przeszłością. Oboje szukają prawdy. Oboje zaczynają czuć do siebie coś, czego nigdy nie powinni. Najłatwiej zaufać człowiekowi, który najlepiej ukrywa swoje sekrety.
A najgorsze nie jest zakochać się w potworze.
Najgorsze jest odkryć, że potwór od początku znał twoje imię.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 477
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Damien
Uśmiechnij się, mały klaunie, smutek schowaj dziś pod farbę…
Budzę się cały zgrzany, gorączkowo rozglądając się po mieszkaniu. Pot leje się po moim czole, a oddech jest niczym wzburzone morze podczas sztormu. Jestem u siebie, a to sprawia, że od razu czuję niebywałą ulgę. To wszystko, co wydarzyło się lata temu, jest tak popierdolone, że zapewne niejeden psycholog bardzo chciałby wziąć mnie na warsztat. Jednak mrok, który noszę w sobie, przeraziłby każdego. Z uśmiechem na twarzy, niczym chory bydlak spoglądałem na psychologów czy psychiatrów, którzy próbowali mi pomóc. Uważali, że powinienem poradzić sobie z traumą, ale… ja chciałem jedynie karmić w sobie gniew. Proponowali narzędzia, ale nie takie, jakie mi się podobały. Chcieli mnie leczyć, ale nie tego pragnie moja dusza. Ona chce zemsty. Chce poczekać na czas, kiedy nareszcie będę mógł jej dokonać. W końcu każdy medal ma dwie strony. Kiedyś byłem słaby, ale dzisiaj już nie jestem.
– Kurwa. – Przecieram dłonią twarz.
Mam wrażenie, że ten koszmar nigdy się nie skończy. Choć nie zmienia się od lat, to za każdym razem wzbudza we mnie ten sam niepokój. Strach i obrzydzenie, które czułem podczas tamtych dni. Liczyłem, że kiedy pozbędę się skurwieli, którzy zrobili krzywdę nie tylko mnie, ale też innym ofiarom, to wszystko się uspokoi. Jednak ciągle mi mało. Mam ochotę na nowo ich wygrzebać i zabić. Tylko po to, aby poczuć satysfakcję. Tylko po to, aby znów spojrzeć im w oczy i zobaczyć strach. Czasami myślę, że to wydarzyło się dlatego, abym znał swoją siłę. Mam wrażenie, że to jeszcze bardziej nakręca mnie do działania. W końcu osiągnąłem ogromny sukces. Jestem najbardziej znanym prawnikiem w Waszyngtonie. Studia zakończone z wyróżnieniem na Harvardzie dały mi poczucie, że mogę wszystko. Mimo że nie miałem wiele, to trafiłem na ludzi, którzy mi pomogli. Którzy NAPRAWDĘ chcieli mi pomóc. Stypendium otworzyło mi drogę do tego, co założyłem sobie w głowie. Sam zresztą starałem się z całych sił osiągnąć sukces. W pewnym momencie mojego życia to było jedyne, co trzymało mnie przy życiu.
Mam trzydzieści jeden lat i ogrom doświadczenia w czytaniu ludzkiego zachowania. Na sali sądowej czy w codziennym życiu potrafię bez problemu wskazać skurwiela, który dokonał zbrodni lub innego przestępstwa. Najbardziej zdradzają ich oczy, a także styl bycia. Czasami pod najlepiej skrojonym garniturem istnieje potwór, który żeruje na swoich ofiarach. Czasami najpiękniejszy uśmiech skrywa zepsucie, które wylewa się z każdej komórki jego organizmu. Poznałem wiele twarzy, które przypominały aniołów, ale nigdy nie przypuszczałem, że te piękne twarze okażą się złem wcielonym. Czyż nie jest to niesamowite porównanie? Gdy patrzę dzisiaj na to z dystansem i obserwuję otaczającą mnie rzeczywistość, nawet przez moment nie dziwię się, że tyle okrucieństwa mnie kiedyś spotkało. System bezpieczeństwa jest tak beznadziejny, że nie chroni najmłodszych.
Dzieci.
One powinny być otoczone troską, a wszystkie pierdolone fundacje należy od początku do końca rozliczać z ich poczynań. Nie może być tak, że ktoś pod udawaną chęcią pomocy sprawia, że krzywda staje się jeszcze większa. Codziennie przerabiam setki spraw, gdzie dzieci stają się walutą. Podczas rozwodów rodzice walczą o ustalenie opieki. Nie chcą ich dobra, a jedynie satysfakcji dla samych siebie. Kiedy widzę dwoje ludzi kłócących się o własne dziecko, mam ochotę zwymiotować. Zamiast chronić małego człowieka, którego sami powołali na ten świat, to zachowują się tak, jakby to była karta przetargowa.
Fundacje w naszym kraju uwielbiają pod płaszczykiem dobroci udawać, że chcą pomóc dzieciom z rodzin, które nie mają pieniędzy. Z rodzin patologicznych, gdzie rodzice piją, ćpają, sypiają, z kim popadnie, i wcale nie przejmują się losem własnych dzieci. Doskonale znam ten schemat, bo w takim domu się wychowywałem. Moja matka była ćpunką i kurwą, którą ruchali wszyscy mężczyźni na osiedlu. Sprzedawała swoje ciało za pieniądze albo prochy, aby tylko poczuć chwilową ekstazę. Niejednokrotnie byłem świadkiem jej schadzek i to jest coś, czego żadne dziecko nie powinno oglądać. Ojciec z kolei wyszedł kiedyś z domu i nigdy nie wrócił. Zapewne podzielił los tych, którzy jak ostatni debile idą do kasyna, aby przepieprzyć wszystkie zarobione pieniądze. Moi rodzice, których nawet nie powinienem tak nazywać, martwili się tylko o swoje potrzeby – nigdy o moje. Ja byłem przeszkodą. Kimś, kto trafił się im przez przypadek. Nigdy nie czułem, że jestem kochany czy potrzebny, a wręcz przeciwnie. Matka nazywała mnie kupą gówna, problemem i czymś, czego nigdy nie chciała. A ojca nawet nie pamiętam i może tak jest lepiej. Przynajmniej tego obrazu nie pielęgnuję w swojej pamięci. W każdym razie nigdy nie pozbędziesz się uczucia, że nie byłeś mile widziany na tym świecie. Świadomość, że nikt nie cieszył się z twojego przyjścia na świat, jest… rozdzierająca.
Nie dziwię się więc, że wypatrzyła mnie fundacja, która chciała mi pomóc. Pewnego razu do szkoły przyszło zawiadomienie, że fundacja „Haven” jest zainteresowana wsparciem młodych sportowców oraz dzieci, które mają wybitne oceny i osiągnięcia w nauce. Ja spełniałem każde możliwe kryterium, jakie istnieje. Świetnie się uczyłem, a na dodatek grałem w futbol i uchodziłem za zawodnika z ogromnym potencjałem. Szybko trafiłem na ich listę, a ponieważ moi rodzice kompletnie się mną nie interesowali, mieli idealną sytuację. Młody chłopak z ambicjami, który nie ma absolutnie żadnej ochrony ze strony rodziny. Wtedy jeszcze, jako czternastoletni chłopak, wierzyłem, że to dla mnie szansa. Okazja, abym się wykazał i zaznał czegoś lepszego niż tylko spanie w melinie stworzonej przez kobietę, która mnie urodziła. Miałem cel i chciałem go realizować, a oni obiecywali mi pomóc. Czasami, kiedy patrzę na szczęśliwe dzieci biegające po parku, uderza mnie nostalgia, bo nigdy nie zaznałem takiej beztroski. Kręcę głową i staram się wyrzucić z siebie to wszystko, co ciąży w moim umyśle. Jeśli tego nie zrobię, naprawdę zwariuję.
Wzdycham, a następnie wstaję z łóżka. Ciemność nadal spowija wnętrze sypialni, wprowadzając dokładnie taki sam nastrój, jaki mam w sercu. Zgarniam telefon z szafki nocnej i patrzę na wyświetlacz. Pierwsza w nocy. Spałem tylko trzy godziny, co nie jest ani trochę zaskoczeniem. Czasami po koszmarze mam problem z zaśnięciem. Choć z zimną krwią zabiłem swoich oprawców, nadal nie potrafię się otrząsnąć. Niesiony gniewem miałem nadzieję, że to wystarczy, abym rozpoczął nowe życie. Liczyłem wtedy, że uda mi się to spokojnie zakończyć. Myślałem, że pozbędę się chęci okaleczania i zabijania każdego, kto mnie skrzywdził, ale ja… przekułem to w coś innego.
Jest wiele dzieci, które są bezbronne, tak jak kiedyś ja. Nie chcę żyć w świecie, w którym nadal dzieją się takie rzeczy, dlatego stworzyłem coś, co daje mi poczucie misji. Pewnego rodzaju spełnienia w tej pierdolonej, pełnej zła rzeczywistości. Podchodzę do okna w sypialni i obserwuję śpiące miasto. Waszyngton ma w sobie coś tajemniczego i absolutnie urzekającego. Tutaj nie zaznasz pędu, który można zobaczyć w Nowym Jorku. Waszyngton to miasto szeptu, gdzie nocą aleje pustoszeją, a brudne biznesy zamykają się za drzwiami luksusowych klubów. To tam spotkasz tych, którzy dobijają nielegalne interesy albo opowiadają o swoich niezgodnych z prawem planach. Przed drzwiami zostawiane są moralność i sumienie, a po przekroczeniu progu nie ma żadnych zasad.
Ruszam do garderoby, zakładam czarne dżinsy i koszulkę. Wkładam skórzane sztyblety w tym samym kolorze – uwielbiam w nich chodzić na co dzień. Muszę gdzieś wyjść, bo zwariuję, jeśli zostanę w czterech ścianach. Zgarniam z wieszaka skórzaną kurtkę i zerkam na siebie w lustrze. Mimo że mam trzydzieści jeden lat, bardzo dbam o swój wizerunek. Głównie przez aktywność fizyczną, która idealnie zapełnia mój wolny czas. Muszę być wysportowany, aby zajmować się moim hobby po godzinach. Pewne aktywności wymagają siły i zręczności, dlatego siłownia jest dla mnie podstawą. Oprócz tego pomaga mi trzeźwo myśleć, szczególnie przydaje się to na sali sądowej, gdzie ważą się ludzkie losy.
Dzisiaj jednak to nie praca mnie wzywa, a demony, które pragną dostać swoje pożywienie. Wychodzę z pomieszczenia i ruszam korytarzem do wyjścia. Po drodze zabieram telefon i portfel, a następnie wsiadam do windy. Mam osobne wejście do apartamentu, co bardzo sobie cenię. Dzięki temu nie muszę się martwić o nieproszonych gości. To pewnego rodzaju wygoda, bo do apartamentu mają wstęp jedynie sprzątaczka oraz osoby, które zaprosiłem. Zjeżdżam na podziemny parking, gdzie od razu kieruję się do samochodu. Aston Martin to marka sama w sobie. Pamiętam, jak go kupowałem. Do dziś, ilekroć do niego wsiadam, czuję to samo co za pierwszym razem. Ciemna skóra, chłodne podświetlenie oraz znajomy zapach dający poczucie kontroli. Żadnych walających się dokumentów czy śmieci. Uwielbiam wszędzie porządek i kontrolę, dlatego tak dobrze potrafię organizować swoje życie. Auto świetnie się prowadzi i między innymi z tego powodu wybrałem właśnie ten model.
Wyjeżdżam na ulicę i nie dostrzegam żywej duszy. Zapewne wszyscy poczciwi ludzie śpią spokojnie w swoich domach, czekając na kolejny świt. Lampy oświetlają drogę, dając naprawdę niezwykły efekt tonących w półmroku uliczek. Prawdę mówiąc, o tej porze roku zawsze jest pięknie. Czerwiec to okres początku wakacji, upalnych dni i burzowych wieczorów. Para zaczyna unosić się w powietrzu, zapowiadając wysokie temperatury. Ja jednak z uśmiechem czekam na kolejne zlecenie. Jestem ciekawy, jakiego skurwiela tym razem będę mógł pokroić na drobne kawałeczki. Kogo będziemy mieć na tapecie i przede wszystkim do jakich win nam się przyzna.
Pół godziny później dojeżdżam do mojego celu, czyli klubu, którego jestem współwłaścicielem. Nazwa Hushto nie przypadek. Wymyśliłem ją, bo chcę, aby każdy kutas wiedział, że za drzwiami tego klubu można załatwić absolutnie wszystko. Jednocześnie jest to pułapka dla tych, którzy chcą dokonać czegoś złego. Uwielbiam informacje, bo jak wiadomo, to one rządzą światem. Tak wielu ludzi przekroczyło progi tego klubu, a potem ślad po nich zaginął, jak tylko dowiedziałem się, kim tak naprawdę byli. Parkuję na tyłach budynku, a następnie gaszę silnik i wysiadam z samochodu. Ruszam do wejścia, gdzie stoi dwóch naszych ochroniarzy. Na sam ich widok niejeden zapewne by zawrócił, bo nie są to mężczyźni z przypadku.
– Panie Black.
Obaj witają się ze mną z szacunkiem. Bear i Ghost pracują dla nas od założenia klubu. Wiem, że siedzieli za wyłudzenia i handel narkotykami, ale ostatecznie przeszli na jasną stronę życia. Zarabiają u nas wystarczająco dużo, aby nie musieć szukać innego zarobku. Kim zresztą jestem, aby ich oceniać? Robię gorsze rzeczy, mimo że w ciągu dnia pomagam ludziom szukać sprawiedliwości w sądzie.
– Panowie.
Wchodzę do środka, gdzie jak zawsze panuje gwar. O tym miejscu wiedzą wszyscy, ale wejść mogą nieliczni. Gdyby drzwi były otwarte dla każdego, lokal niczym nie różniłby się od innych. Taka selekcja działa na naszą korzyść. Normalnych ludzi nie stać na takie zabawy, a zboczonych i zjebanych bogaczy już tak.
Przechodzę podświetlanym korytarzem, a światło rzuca poświatę na zdjęcia kobiecych ciał na ścianie. Cenię sobie sztukę i uwielbiam oglądać piękne kształty, wszystko jednak musi być zachowane w idealnych proporcjach. Bez wulgaryzmu – sensualne kadry, które nadają klimat wnętrzu. Po chwili moim oczom ukazuje się główna atrakcja lokalu. Ogromny bar wraz z parkietem dla pań, które tańczą dla naszych gości. Niektóre z dziewczyn pracują dla nas, aby dowiedzieć się co nieco o klientach, na których najbardziej nam zależy. Jednak większość z nich to puste lalki ubrane w ładne ciuchy, dające mężczyznom to, na co mają ochotę. Schodzę na dół po schodkach i ruszam do baru. Barman, widząc mnie, od razu kiwa głową, wycierając jednocześnie szkło. Za nim na szklanych półkach ustawione są najdroższe alkohole, aby bogate dupki mogły czuć się tutaj swobodnie.
– Panie Black.
– Macallan – mówię bez ogródek i siadam na hokerze. To, że przyjechałem autem, nie zaprząta mi głowy. Wiem, kiedy powiedzieć sobie „dość”.
Mężczyzna od razu bierze się do roboty, a ja rozglądam się po wnętrzu. Mimo że jest noc, klub tętni życiem. Jest tak wielu polityków i sław, że aż trudno uwierzyć, że czują się tutaj bezpieczni. Podpisują klauzule, a nawet nie wiedzą, że one kompletnie ich nie chronią. Wiem, bo sam je konstruuję. Robię to w taki sposób, aby myśleli, że naprawdę są tutaj bezkarni. To takie proste i jednocześnie ogłupiające ich tępe mózgi. Większość tutejszych mężczyzn jest żonatych. Przychodzą tutaj pierdolić nasze dziewczyny, które udają, że ich sflaczałe fiuty są jeszcze pożyteczne, ale prawda jest inna. Niemniej jednak wolę, aby pieprzyli kobiety, niż żeby zabierali się za kogoś innego. Niewinnego.
– A ty co tutaj robisz?
Szorstki, znajomy głos dochodzi do moich uszu. Odwracam się, a obok mnie staje Killian Kane. Człowiek, z którym współpracuję. Były wojskowy działający jako szpieg. Niezwykle przebiegły i równie brutalny jak ja. Mamy podobne doświadczenie z pierdoloną fundacją i tak naprawdę to nas łączy. Wszystkich nas.
– Bawię się – odpowiadam z powagą. – W końcu jestem klaunem.
Mężczyzna uśmiecha się w przerażający sposób, a potem siada obok mnie. Barman podaje mi moje whisky. Dzięki Bogu, że nikt w tym miejscu nie zadaje mi głupich pytań.
– Dla mnie to samo. – Killian poprawia zegarek na ręce. – Z lodem.
Upijam łyk alkoholu – przyjemne pieczenie, a potem ciepło rozchodzi się po moim gardle. Przymykam oczy, starając się zapanować nad emocjami, które mną targają. Przez które wylądowałem właśnie w tym miejscu.
– Myślałem, że jesteś prawnikiem – mówi z rozbawieniem Kane.
– Jedno drugiego nie wyklucza – odpowiadam ostrożnie. – Lubię być prawnikiem za dnia, a w nocy być śmiesznym, zabawnym klaunem. Chociaż tutaj jeszcze nikogo nie miałem okazji zabawiać.
Killian prycha.
– Nie ma w tobie nic zabawnego.
– I vice versa. A przypominam ci, że jesteś jednym z nich.
Barman podaje mu whisky, a on bez zawahania wlewa ją w siebie jednym haustem. Jako były wojskowy Kane ma ogromne doświadczenie i jest najbardziej brutalnym człowiekiem z naszej paczki. Jeśli ktoś myśli, że jestem nim ja, to najwidoczniej nie poznał jeszcze Killiana. Chociaż czasami cieszę się, że jego brutalność dotyka osób, które dokonywały czegoś znacznie gorszego.
– A ty co tutaj robisz? – pytam, zerkając na niego.
– Theo mnie przysłał – stwierdza spokojnie, odstawiając szkło na blat. – Najwyraźniej podejrzewał, że będę tutaj dziś potrzebny, i chyba się nie mylił.
Unoszę brew. Theo Gray to najstarszy członek naszej paczki. Ma trzydzieści trzy lata i prowadzi firmę zajmującą się cyberbezpieczeństwem. Nie zagłębiam się w to bardzo, bo podejrzewam, że pogubiłbym się w jego świecie zawodowym tak jak on w kodeksie karnym. Jego firma Security Top jest jedną z najlepszych w kraju. Oprócz naszej trójki jest jeszcze Adrian Morgan. Jest w tym samym wieku co Killian, ale ma zupełnie inne usposobienie. Morgan jest patologiem sądowym i osobą, która bardzo dobrze zna anatomię ludzkiego ciała. Wielokrotnie daje temu wyraz na naszych wyskokach. Ktoś taki jak on jest nam potrzebny, bo choć jego demon jest nieco cichy, nie znaczy, że nie potrafi zadać bólu.
– Dobrze, że sam tutaj nie przyjechał – burczę, dopijając whisky.
Kane zaczyna się śmiać.
– Nie powinieneś go kusić, bo zapewne obserwuje nas teraz przez kamery.
Przewracam oczami. Cała nasza czwórka poznała się w naprawdę chujowym momencie życia. Widzieliśmy się w najgorszych i najbardziej upadlających sytuacjach, dlatego ufamy sobie w stu procentach. Kiedy widzisz czyjś strach, wstyd i bezradność, zaczynasz inaczej patrzeć na rzeczywistość. My to przeżyliśmy, dlatego nasze relacje są właśnie takie. To coś znacznie głębszego niż nazwanie tego przyjaźnią czy rodziną. To coś, co powstało w miejscu, z którego mieliśmy nigdy nie wyjść cało.
Theo ma ogromną potrzebę kontrolowania wszystkiego. Ludzi, sytuacji czy ryzyka. To on planuje nasze akcje oraz sam bierze w nich czynny udział. Pilnuje, abyśmy nie zrobili czegoś, co potem będzie trudne do zatuszowania. Najzwyczajniej w świecie stara się zapanować nad nami, abyśmy w naszym szale nie stracili kontroli. Gdyby nie on i jego chłodne podejście, nie raz moglibyśmy trafić do pierdla albo już dawno nie żyć. Jest dla nas liderem i bez wątpienia każdy z nas mu ufa.
Ja z kolei dbam o stronę prawną. O to, aby każdy dokument był nieskazitelny, a każde oskarżenie lądowało tam, gdzie powinno. W koszu. Jeśli ktoś choćby spróbuje dotknąć prawdy, bardzo szybko okazuje się, że nie ma jej czym udowodnić. Każdy z nas musi być bezpieczny i każdy z nas musi mieć czystą kartę, niezależnie od tego, co muszę zrobić.
Killian to nasza broń dalekiego rażenia. Nie jest w tym momencie żołnierzem. Jest bronią. Człowiekiem, który nie zna słowa „niemożliwe” i nigdy się nie cofa. Jeśli sytuacja wymaga przemocy, Kane jest pierwszy w kolejce. Jednocześnie jest osobą, która nas chroni, i zawsze można na nim polegać. Dla nas jest tarczą i mężczyzną, który bez problemu stanąłby między nami a kulą. Jego doświadczenie w wojsku pomaga nam również zaplanować akcje, dzięki czemu są one jeszcze bardziej efektywne.
Adrian z kolei ma łagodne rysy twarzy i na pierwszy rzut oka jest po prostu uznanym lekarzem. Ludzie patrzą na niego i widzą kogoś dobrego, nieskazitelnego. Tymczasem nie mają pojęcia, że mężczyzna potrafi równie łatwo odebrać życie, jak i je uratować. A jeśli ktokolwiek umrze, Morgan zrobi to tak, aby nikt nie dowiedział się, co było powodem zgonu. Wielokrotnie zresztą zszywał nas po akcjach, a także udzielał pomocy ofiarom, a potem kierował do odpowiedniego szpitala.
– No tak, zapomniałem, że jesteśmy obserwowani – oznajmiam, bawiąc się szkłem. – Więc siedzisz tutaj i pilnujesz porządku?
Jakoś nie chce mi się wierzyć, że Killian dał się wrobić do takiej pracy. Jeśli Theo wysyła kogoś w nocy właśnie tutaj, to nie jest to dzieło przypadku.
– Nie wierzysz? – pyta z zaciekawieniem.
Kręcę głową.
– Oczywiście, że nie. Nie jestem debilem, więc lepiej powiedz, po co Theo cię tutaj wysłał.
Kane zerka na mnie z uznaniem, jakby zastanawiał się, jak dodałem dwa do dwóch, a potem wzdycha.
– Dowiedział się, że ma przyjechać tutaj polityk, który ma na swoim koncie lewe interesy. Na dodatek gość chce startować w wyborach. Gdyby choć połowa jego spraw ujrzała światło dzienne, facet nie pomyślałby nawet o tak wysokiej polityce. Nie z taką reputacją. Dlatego Theo poprosił, abym go poobserwował i dał mu na tacy coś, czemu nie będzie mógł się oprzeć.
Rozglądam się po sali, gdzie jest naprawdę sporo osób. Jeśli to znany polityk, musi być gdzieś w pokoju VIP. Szczególnie jeśli jest osobą podatną na wyciąganie od niego prawdy.
– Nicole? – pytam, choć doskonale znam odpowiedź na to pytanie.
On uśmiecha się zadowolony.
– Nicole została przeze mnie zwerbowana, aby pokręciła przed nim dupą i przede wszystkim zdobyła o nim jak najwięcej informacji. Jak wiesz, nasze dziewczyny potrafią być bardzo przekonujące.
Kiwam głową, bo to akurat czysta prawda. Niektóre z naszych dziewczyn zarabiają dodatkowo za to, że zdobywają dla nas cenne informacje. Mamy z nimi konkretne umowy, a one się z nich wywiązują.
– Nazwisko?
– Everett.
Otwieram szeroko oczy, bo nie wierzę w to, co słyszę. Co prawda wiem, że gość jest aktywnym politykiem, ale nie przypuszczałem, że będzie startował.
– Co ma do tego Theo i dlaczego tak się nim interesuje? – pytam autentycznie zainteresowany. – Mamy w dupie polityków, o ile nie dotykają wrażliwego dla nas tematu. Póki rucha dziewczyny, mam w dupie, co robi po godzinach.
Killian wzrusza ramionami.
– Nie mam pojęcia, ale jeśli Theo mnie o coś prosi, to to robię.
Theo nigdy nie sprawdza kogoś z nudów. Najwidoczniej ma jakiś powód, dla którego Everett jest na jego liście. W sumie mam to gdzieś, póki Gray nad wszystkim panuje. Nie mam powodu, aby koniecznie wiedzieć, o co chodzi. Jeśli to będzie coś ważnego, z pewnością się o tym dowiemy.
– A ty po co zjawiłeś się w nocy w klubie? – Kane odwraca się do mnie całym ciałem. – Raczej nie po to, aby wypić Macallana i pogadać ze mną o mojej misji.
Biorę głęboki oddech. Tak naprawdę nie mam pojęcia, co mam powiedzieć, bo z jednej strony znamy się jak łyse konie, a z drugiej jest mi wstyd, że nie potrafię sobie z tym poradzić.
– Powiedzmy, że nie mogłem spać – mamroczę.
– Koszmar?
Zerkam na niego i widzę, że on już wie, co się wydarzyło. Czasami wkurza mnie to, że Killian czyta ze mnie jak z otwartej księgi.
– Ten sam.
Kane oczywiście tego nie komentuje, bo ma swoje własne demony. Każdy z nas je ma i wszyscy staramy się je karmić, aby przetrwać w tym świecie. Czasami jest łatwiej, jednak w większości to stała walka o przetrwanie.
– Nadal tam wracasz?
Jego pytanie lekko wyprowadza mnie z równowagi. Zaciskam nerwowo szczękę, bo tamto miejsce powinno dawno nie istnieć.
– Czasami.
– Ja też – odpowiada od razu. – Kiedy tylko przyśni mi się coś z tamtych dni, muszę się wyładować. Wtedy najlepiej wyjść na jakąś akcję, ale wiadomo, że nie zawsze się to udaje.
Killian ma swoje sposoby na radzenie sobie z demonami. Jego praca pozwala mu wyżyć się na ludziach krzywdzących innych. Mogę sobie jedynie wyobrazić, jak to działa i jak bardzo jest to dla niego wyzwalające.
– Bywają momenty, że chciałbym zapomnieć o tym, co się wydarzyło, a jednocześnie chcę pamiętać, aby móc robić to, co robimy – stwierdzam cicho. – Sumienie i moralność już dawno przestały mnie ruszać. Mam je gdzieś, dopóki uda nam się znowu kogoś uratować albo pozbyć się szkodnika.
Przyjaciel obraca w rękach szklankę. Każdy z nas wie, co przeszliśmy. Połączyła nas nienawiść i chęć zemsty. Przynajmniej mnie, Adriana i Killiana. Theo z kolei na początku był z boku, bo wolał do tego nie wracać. Gdyby nie ja, a potem chłopacy, to z pewnością nie rozpoczęlibyśmy naszych działań, a nasi oprawcy nadal bawiliby się w najlepsze.
– Nie mam czegoś takiego jak sumienie. Nie wierzę w Boga i wcale nie chcę, kurwa, wierzyć, że to, co przeżyłem, ma mnie wzmocnić. To żałosne i absolutnie zjebane, że ludzie w to wierzą – mówi oburzony Kane. – Przerobiłem tak wiele terapii, ale żadna nie wkurwiła mnie tak bardzo, jak ta w kościele.
– Chyba każdy z nas ma mieszane uczucia co do wiary, prawda?
Kane prycha.
– Nie wiem, co musiałoby się stać, abym zaczął postrzegać to inaczej. Każdego dnia zastanawiam się, czym sobie na to zasłużyłem i dlaczego to właśnie ja.
Pewnie każdy z nas się nad tym zastanawia. Jednak odpowiedzi na to pytanie nie udzieli nam nikt. Nasi oprawcy nie żyją, ale na liście jest jeszcze wiele osób, które chętnie widziałbym pod ziemią. Jeśli ktoś się mnie zapyta, czy to jest moralne, odpowiem, że tak. Za to, co przeżyliśmy, mamy prawo do zemsty.
– Póki będę żył, to pragnę eliminować absolutnie każdą kurwę, która robi coś złego najbardziej bezbronnym.
Przytakuję. Stworzyliśmy sobie z naszego bólu pewien rodzaj misji. Coś, co da nam poczucie, że chociaż naprawdę przeżyliśmy piekło, to jesteśmy w stanie wyciągnąć z tego odrobinę dobra.
– Masz rację. – Zerkam na barmana, który niewinnie flirtuje z jedną z dziewczyn. – Każdy z nas ma swoją misję, którą chce szerzyć. Niezależnie od ceny, jaką przyjdzie nam zapłacić.
Nagle czuję delikatny dotyk na swoim ramieniu, który ani trochę nie jest dla mnie przyjemny. Wręcz przeciwnie. Przywołuje dziwne dreszcze i strach, dlatego intuicyjnie odwracam się, łapię czyjąś dłoń i spoglądam tej osobie w oczy.
– Aua…
Choć to znajomy głos, to nadal nienawidzę, jak ktoś dotyka mnie bez mojego pozwolenia. Adele najwidoczniej o tym zapomniała, bo patrzy na mnie bursztynowymi oczami, jakby zaraz miała zemdleć z bólu.
– Pozwoliłem ci się, kurwa, dotknąć? – warczę.
Dziewczyna kręci głową. Swego czasu lubiłem przychodzić tutaj i spuszczać parę. Wielokrotnie wybór padał właśnie na nią. Dlaczego? Nie zadaje beznadziejnych pytań. Każę się wypiąć – robi to. Dochodzę na jej twarzy – nawet nie dyskutuje. Wszystko robi bez mrugnięcia okiem.
– Przepraszam, ale cię zauważyłam i myślałam…
– Myślenie zostaw mądrzejszym – przerywam jej i poluzowuję ucisk. – Nie mam dzisiaj na nic ochoty, więc możesz obciągnąć komukolwiek innemu.
Być może jestem chujem, ale nigdy się z tym nie kryłem. Całe moje życie pracuję na opinię tyrana, despoty, który ubrany jest w ładny garnitur i jeździ drogim samochodem. Chociaż w sumie wszyscy to wiedzą. Każdego oblatuje strach, kiedy wie, że ma spotkać się ze mną na sali sądowej.
– Ale…
– Odejdź – mówię ostro. – A jak nie, to Killian zawsze jest chętny.
Przyjaciel odwraca się i uśmiecha w tak przerażający sposób, że mało kto chciałby mieć z nim w tym momencie do czynienia. Kąciki jej ust drgają, ale nie jest już tak pewna siebie. Najwidoczniej zna reputację Kane’a i nie chce skończyć tak, jak niektóre laski. Killian od zawsze miał dziwne upodobania i nie bez powodu w jego łóżku kończą naprawdę wytrwałe dziewczyny.
– Zastanowię się – szepcze i odchodzi.
Kane w tym momencie prycha i woła za nią:
– I właśnie dlatego nigdy się nie spotkaliśmy. Bo to ja wybieram, a nie na odwrót.
Policzki Adele płoną, a po chwili znika w jednym z korytarzy. Poprawiam marynarkę i zerkam na Killiana.
– Wiedziałem, że sobie poradzisz.
Mężczyzna przewraca oczami.
– Jeszcze żadna kobieta nie miała prawa mnie wybrać, więc takie pierdolenie działa na mnie niezwykle stymulująco. Chętnie przywiązałbym ją do łóżka, aby wyruchać na jej oczach jakieś panienki tylko po to, aby zobaczyła, co się dzieje z tymi, które zostają przeze mnie wybrane.
Parskam śmiechem. Nawet nie chcę wiedzieć, co robi Kane ze swoimi kobietami. Choć sądząc po tym, jak rozprawia się z innymi, to wolę się nie zastanawiać, jak wygląda seks w jego wykonaniu.
– Spotkanie w czwartek aktualne?
Przytakuję i zerkam na niego pewnie.
– Z tego, co widzę na naszej grupie, nic się nie zmieniło, więc pewnie tak. Mam nadzieję, że będziemy mieli ciekawe tematy do omówienia.
Co tydzień mamy spotkanie we czwórkę – rozmawiamy o bieżących sprawach, a także o akcjach, które są zaplanowane. Mamy specjalnie stworzoną aplikację, przez którą swobodnie się kontaktujemy. Dodatkowo dzięki Theo wiemy na bieżąco, co się dzieje w mieście i w okolicach. Dlatego bardzo łatwo nam wszystko zaplanować.
– Oby. – Kane schodzi z hokera. – Bo szczerze powiedziawszy, brakuje mi adrenaliny.
– Tobie brakuje jej każdego dnia – ripostuję. – Może faktycznie przeleć jakąś biedną dziewczynę, to twój testosteron przestanie szaleć.
On jednak kręci głową i zaczyna się rozciągać. Uśmiecha się tak, jakby został władcą całego świata. Jak widać, na nim nic nie może zrobić większego wrażenia niż jego własne myśli i wybujałe ego. Choć podejrzewam, że gdyby nie to, wszyscy wylądowalibyśmy u psychiatry albo w zakładzie zamkniętym.
– To mi nie pomoże – odpowiada ze śmiechem. – Wracam na górę, a ty jedź do domu i się prześpij albo… w sumie rób, co chcesz. Do zobaczenia w czwartek.
Przyjaciel zostawia mnie samego, a ja obserwuję, jak odchodzi. Nie mam dzisiaj ochoty na bzykanie przypadkowych lasek, więc może najlepszą opcją będzie powrót do domu. Jutro i tak mam rozprawę, którą muszę wygrać. Stawka jest zbyt duża, a ja nigdy nie przegrywam. Choć ta sprawa nie jest mi absolutnie na rękę, to zostałem poproszony o reprezentowanie w sądzie samego Jonathana Beaumonta. To człowiek, który jest właścicielem sieci hoteli w Stanach. Kilka lat temu miał romans z o wiele młodszą kobietą – swoją asystentką. Po czasie ta zaczęła go szantażować, że powie o wszystkim żonie. Beaumont oprócz faktu, że jest żonaty, zataił, że ma dwójkę dzieci. W mediach było o tym bardzo mało, bo mężczyzna chronił swoją prywatność. Teraz jednak Jonathan pragnie rozpocząć karierę w polityce i tutaj zaczynają się schody. Pieniądze już ma, dlatego to zapewne dla niego nowa zabawa.
Jednak aby wygrać wybory, należy mieć nieskazitelną opinię. I w tym momencie dawnej kochance nie wystarcza płacenie za milczenie. Ona chce go pogrążyć, i to za wszelką cenę. Dlatego też Beaumont, znając moje sukcesy, zwrócił się do mnie o pomoc. Ta sytuacja nie jest ani trochę moralna, ale pieniądze, które mi oferuje, są naprawdę ogromne. Dzięki temu będę mógł spokojnie dołożyć do biznesu, który prowadzimy z chłopakami. Przyczynią się do czegoś dobrego i mam nadzieję, że pozwolą nam uratować wielu niewinnych. Wyciągam telefon i otwieram ostatni e-mail od niego.
Temat: Sprawa z panną Murphy
Panie Black,
mam nadzieję, że jest Pan gotowy na kolejną batalię sądową. Nie mam zamiaru przyznawać się do żadnej winy, ponieważ nie zrobiłem niczego, czego nie robi połowa ludzi w Waszyngtonie.
Rebecca Murphy próbuje zniszczyć moją reputację, moją rodzinę oraz karierę polityczną. Doskonale zdaje sobie Pan sprawę, że za sześć miesięcy rozpoczyna się kampania wyborcza, a każdy najmniejszy skandal zostanie wykorzystany przez moich przeciwników. Nie interesuje mnie ugoda. Nie interesują mnie przeprosiny. Chcę jedynie zamknąć jej usta i otrzymać pełne uniewinnienie.
Na szali znajduje się nie tylko moje nazwisko, ale również lata pracy, które poświęciłem na budowanie swojej pozycji. Nie zamierzam pozwolić, aby sfrustrowana kobieta odebrała mi wszystko tylko dlatego, że nie potrafi pogodzić się z przeszłością. Doskonale zdawała sobie sprawę, na co się pisze. To były tylko przyjemne chwile, a nie deklaracja małżeństwa.
Moi współpracownicy przesłali już do Pańskiej kancelarii pełną dokumentację sprawy, w tym korespondencję, raporty finansowe oraz materiały przygotowane przez sztab. Wszelkie inne dokumenty zostały przekazane osobiście do Pańskiego biura. Zakładam, że zapozna się Pan z nimi przed jutrzejszym spotkaniem, a sama rozprawa będzie jedynie formalnością.
Jak zawsze liczę na Pańską skuteczność.
Jonathan Beaumont
Zaciskam telefon w dłoni. Z jednej strony jestem wściekły, że muszę bronić tego skurwiela, a z drugiej strony to po prostu czysty biznes. Nie lubię tracić czasu na takie sprawy, choć przynajmniej wpiszę sobie w CV skuteczną obronę Beaumonta. Pieniądze rekompensują wszystko.
Chowam telefon do kurtki i schodzę z hokera. Rzucam barmanowi na ladę pieniądze i wychodzę z lokalu. Mam nadzieję, że uda mi się przespać chociaż kilka godzin, bo muszę wypocząć przed rozprawą, choć podejrzewam, że i tak nie będzie mi łatwo. Mam nadzieję, że w czwartek dowiemy się czegoś ciekawego.
W końcu biała farba już wyschła, a nowa tylko czeka, aby jej użyć.
ROSALIE
Dom zawsze kojarzy mi się z ciepłem.
Pamiętam zapach kwiatów w holu, kiedy mama przywoziła je z kwiaciarni. Ostre perfumy taty, które mogłabym opisać nawet teraz. Zapach bergamotki i goździków. Zawsze elegancko ubrani, prezentowali się najlepiej, jak mogli. Byli ludźmi, których wszyscy szanowali. Przede wszystkim za pomoc bezbronnym i aktywny udział w fundacji, która dawała innym nowy start. Mój ojciec Victor był znanym politykiem, słynącym z ciętego języka i ogromnej dobroci, która potrafiła każdego złapać za serce. Moja mama Eleanor była kobietą pełną gracji i ogromnej miłości do ludzi, ale także do zwierząt. Pełniła funkcję szefowej organizacji społecznych oraz dyrektora różnych wydarzeń charytatywnych. Wraz z innymi wpływowymi rodzinami starali się naprawiać świat. Patrzyłam na nich i chciałam być taka jak oni. Założyć rodzinę i działać w fundacji, aby nadal szerzyć dobro.
Jednak los chciał inaczej.
Wraz z popularnością moich rodziców oraz ich staraniami o naprawę tego świata krąg wrogów zaczął się powiększać. Wiele razy widziałam artykuły, które nie bez powodu mówiły o ich potknięciach. Celowo wymyślano historie, które w żadnym wypadku nie miały pokrycia w rzeczywistości. Mama zawsze mówiła: Muszą tak pisać, żabko. Wszystko po to, aby zniszczyć nas w oczach innych, ale my się nie damy. Zawsze będziemy górą, niezależnie, ile przyjdzie nam za to zapłacić.
Byłam zła na fotoreporterów, a także na tych, którzy tak źle pisali o rodzicach, ale z czasem zrozumiałam rolę mediów w tej farsie. Jednak to nic w porównaniu z tym, co przeżyłam. Pewnego razu do naszego domu włamało się czterech zamaskowanych mężczyzn. Nie mam pojęcia, jak to się mogło wydarzyć, bo mieszkaliśmy w ogromnej fortecy. Ochroniarze na każdym kroku, a jednak nikt nie widział dramatu, który rozgrywał się w naszym domu. Miałam trzynaście lat, a te zdarzenia zostaną we mnie na długo…
– Żabko!
Głos mamy wyrywa mnie z głębokiego snu. Otwieram zaspane oczy, jednak to ostatnie, czego w tym momencie chcę po dość intensywnej nauce do wieczora.
– Kochanie, wstawaj. – Kobieta ciągnie mnie za rękę, przez co niemal wypadam z łóżka. – Musisz się schować.
Zerkam na nią niezrozumiałym wzrokiem. Spoglądam na zegar, jest wpół do drugiej w nocy.
– Mamo, co się dzieje? – pytam zestresowana, zakładając szlafrok. – Powiedz mi!
Mama kładzie palec na moich ustach.
– Cicho. Nie mogą się dowiedzieć, że tutaj jesteś, rozumiesz? – Głaszcze mnie po włosach, a w oczach ma łzy. – Kocham cię, rozumiesz?
Jej głos się łamie, a ja nagle zaczynam odczuwać przytłoczenie całą sytuacją. Przecież wszystko było w porządku. Nawet jeśli ktoś się włamał, mamy ochroniarzy, którzy chodzą po naszej posiadłości. Kobieta całuje mnie w czoło i przytula mocno.
– Zjedź windą do bunkru i nie próbuj z niego wychodzić, rozumiesz? – tłumaczy gwałtownie. – Ludzie, którzy są w naszym domu, będą chcieli skrzywdzić również ciebie.
Podchodzę z mamą do szafy, która ma wbudowaną windę. Schron, który ma bezpiecznie przenieść mnie do bunkru na wypadek włamania czy jakiejkolwiek sytuacji awaryjnej.
– Co to za ludzie?
Tym razem pytam ciszej, aby nie wzbudzić podejrzeń. Wiem, że mama z tatą mają wielu wrogów, ale nie wiedziałam, że odważą się przyjść do domu. Rodzicielka staje przed szafą i otwiera ją, a potem wpisuje kod i otwiera ciężkie drzwi.
– Teraz nie jest to ważne, żabko – mówi szeptem. – Idź i uważaj na siebie.
Wchodzę do środka i klikam przycisk. Ostatnie, co widzę, to mama, która, choć się uśmiecha, to w jej oczach wymalowane jest przerażenie. Coś, co naprawdę rzadko widuję. Metalowe drzwi się zamykają, a ja zjeżdżam w dół. Oby tylko to wszystko okazało się fałszywym alarmem.
Mama jednak tego wieczoru nie wróciła. Ani tego, ani kolejnego dnia, a to, co zobaczyłam po kilku godzinach, jest koszmarem. Tata i mama przywiązani do krzeseł, a wszędzie pełno krwi. Śmierdzącej, o metalicznym zapachu, gęstej i bordowej. Do dziś pamiętam piękny jasnoróżowy szlafrok mamy pokryty czerwoną cieczą, która sączyła się z jej brzucha. Jej twarz wykrzywiona była w bólu, którego nie da się zapomnieć. Było widać, że włamywacze świetnie bawili się w Boga, fundując im tak okrutne cierpienie. Tata zresztą miał odcięte dłonie i stopy, a jego twarzy prawie nie poznałam.
Prawa ręka rodziców – Vincent Graves – wyciągnął mnie ze schronu kilka godzin po wszystkim, co się wydarzyło. Nie chciał mi powiedzieć, gdzie są rodzice, dlatego bez zastanowienia wyrwałam się z jego objęć i ruszyłam do domu. Wszędzie było pełno policji, agentów, którzy patrzyli na mnie z troską, ale to właśnie ten obraz rodziców w naszym salonie roztrzaskał mnie na kawałki. Wszyscy patrzyli na mnie ze współczuciem, a ja czułam, jak beztroskie życie zostaje mi odebrane. Rodzice byli wszystkim, co miałam. Jestem jedynaczką, więc nie mam z kim dzielić tego bólu. Zostałam sama na tym świecie, a jedyne, co wtedy usłyszałam pokątnie, to: Maski. Mieli maski. Wtedy tego nie rozumiałam, ale dzisiaj mogę śmiało powiedzieć, że los naprawdę jest dla mnie okrutny.
– Panienko?
Wyrywam się z myśli, a kierowca uśmiecha się do mnie we wstecznym lusterku. Właśnie wróciłam do Waszyngtonu, który mimo tej tragedii nadal jest moim domem. Niezależnie od tego, ile zła się tutaj wydarzyło, pragnę kontynuować misję rodziców.
– Jesteśmy na miejscu – dopowiada. – W środku czeka na panienkę Graves.
Przytakuję z delikatnym uśmiechem. Mój kierowca Robert to człowiek, którego Vincent zatrudnił po tragicznych wydarzeniach. Prawdę mówiąc, dobrze, że to on został prawą ręką rodziców, bo to dzięki niemu nie muszę się o nic martwić. Jako nieletnia nie mogłam dysponować majątkiem aż do ukończenia dwudziestego pierwszego roku życia. Wtedy powoli zaczęłam brać życie w swoje ręce. Zaczęłam interesować się tym, co dokładnie robili rodzice, a przede wszystkim chciałam wskrzesić fundację dla dzieci. Tę, którą dumnie prowadziła moja mama, będąc jej twarzą. Nie chcę, aby tragedia, którą przeżyłam, wpłynęła na moje życie.
– Dziękuję, Rob – odpowiadam z wdzięcznością. – Z pewnością będę cię jeszcze dzisiaj potrzebować.
– Oczywiście, panienko, nigdzie się nie wybieram.
Zgarniam torebkę z siedzenia i wychodzę z samochodu. Choć mam prawo jazdy, to jazda samochodem nigdy mnie nie relaksowała, a wręcz stresowała. Kiedy miałam przejechać kawałek z punktu A do punktu B, oblewałam się potem, dlatego cieszę się, że mam prywatnego kierowcę. Robert odjeżdża, a ja staję przed domem.
Moim domem.
Zaprojektowany w stylu wiktoriańskim budynek zawsze wzbudza we mnie zachwyt. Mimo tego, co się w nim wydarzyło, kocham to miejsce, bo przypomina mi o szczęśliwych chwilach, które przeżyłam z rodzicami. Z zewnątrz nieruchomość prezentuje się wspaniale. Jasna elewacja, wysokie okna oraz elegancko przycięte żywopłoty, które niesamowicie komponują się z całością. Mama czasami się śmiała, że to nie dom, a siedziba partii politycznej. Z tarasu zwisała flaga naszego kraju, a latem cały ogród tonął w kwiatach. Nagle drzwi się otwierają, a ze środka wychodzi Graves.
– Rosie!
Uśmiecham się do niego i podchodzę bliżej. Mężczyzna rozkłada ręce i przytula mnie mocno. Nie wiem, jak bym sobie bez niego poradziła. Praktycznie zastępował mi rodziców i starał się, aby niczego mi nie brakowało.
– Wujku.
Zaczęłam tak do niego mówić po śmierci rodziców. Potrzebowałam kogoś, kto mi ich zastąpi. Wiem, że to nie jest możliwe, ale z jakiegoś powodu przynosi mi to ulgę. Przynajmniej ktoś dzisiaj na mnie tutaj czeka. Mężczyzna odsuwa się ode mnie, a w jego brązowych oczach błyszczy duma.
– Ale ty pięknie wyglądasz. – Pociera moje ramiona. – Cieszę się, że podjęłaś decyzję o powrocie do domu.
Słyszę w jego głosie, że chce coś powiedzieć, ale się powstrzymuje. Unoszę wysoko brew.
– Ale?
On prycha i kręci głową.
– Zapomniałem, że ty również znasz mnie najlepiej na tym świecie.
To prawda. Każdy z moich pracowników został przeze mnie dokładnie prześwietlony. Nie chcę, aby ktokolwiek okazał się niegodny zaufania.
– Więc? – dopytuję. – Jaka jest kolejna część zdania?
Graves wzdycha.
– Porozmawiamy w domu, dobrze? – Nagle rozgląda się po okolicy. – Wolę, aby pewne rozmowy pozostały właśnie w tamtych ścianach.
Nie dyskutuję z nim, tylko posłusznie idę do środka. Czuję się dziwnie, bo po wszystkich wydarzeniach byłam tutaj raptem kilka razy. Nigdy sama, zawsze z Gravesem albo z Margaret – kobietą, która była naszą gosposią. I nadal nią jest.
Kiedy wchodzę do holu, w oczy od razu rzuca się ogromnych rozmiarów kryształowy żyrandol. Marmurowa podłoga jest tak lśniąca, że można zobaczyć w niej własne odbicie. Na ścianach nadal wiszą nasze rodzinne zdjęcia. Z wygranej kampanii ojca oraz z wydarzeń, które organizowała mama. Są również fotografie dzieci z fundacji, którym pomagali rodzice. Na większości jesteśmy jednak wspólnie: tata, mama i ja. Zatrzymuję się przy jednym z nich i wpadam w nostalgię.
– Rosie. – Vincent odchrząkuje. – Chodźmy.
Zerkam z udręką na jedno ze zdjęć, a potem kieruję się do gabinetu taty. Teraz to będzie moje centrum dowodzenia, o ile Graves przystanie na moją propozycję. Przechodzę obok ogromnego salonu, gdzie wspólnie z rodzicami spędzaliśmy wolny czas. Jest jasny i przestronny. Przeszklone drzwi wychodzą na taras, skąd nieraz oglądałyśmy z mamą ogród. Jasne meble kontrastują z ogromnymi obrazami, które zdobią ściany. Wszystko jest idealnie zaprojektowane. Mama niejednokrotnie właśnie tutaj organizowała spotkania fundacyjne. Za każdym razem w salonie na ogromnym stole stał okazały bukiet świeżych kwiatów. Na parterze znajdują się jeszcze łazienka, czytelnia, a także bar ze stołem bilardowym, gdzie tata przyjmował swoich gości.
Na końcu korytarza zatrzymuję się przed gabinetem taty. Graves grzecznie otwiera przede mną drzwi i uśmiecha się łagodnie. Kiedy tylko wchodzę do środka, przystaję i obejmuję wszystko wzrokiem. Nic się nie zmieniło. Jest zupełnie tak, jak wtedy, kiedy wchodziłam tutaj z kawą lub z owocami, aby sprawdzić, co robi tata. Ciemne drewno, regały pełne książek oraz masywne biurko nadal dają znać, że to tutaj jest centrum dowodzenia. To tu powstawały projekty, które zmieniały los wielu ludzi. Obchodzę biurko i siadam w fotelu taty.
– To z tego miejsca twój ojciec podejmował decyzje, które dawały innym nowy start i życie. Gdyby nadal żył, na świecie działoby się tyle dobra, a teraz musimy jedynie zadowalać się tym, co nam po nim pozostało.
Odchrząkuję.
– Postaram się wykonywać obowiązki jego oraz mamy najlepiej, jak potrafię – stwierdzam pewnie. – Mam dwadzieścia pięć lat. Skończyłam studia i chcę pomagać innym, tak jak oni to robili.
Postanowiłam pójść na studia z zakresu psychologii, a potem uzupełniłam to zarządzaniem, bo wiedziałam, że będę chciała wrócić do tego, co robili rodzice. Vincent siada naprzeciwko mnie, poprawiając swój nieskazitelny garnitur.
– Oni oddali życie za sprawę – mamrocze. – Jeśli się ujawnisz, wrogowie twoich rodziców wezmą cię na celownik.
– Nie boję się ich – odpowiadam twardo. – Chcę wznowić działalność fundacji. Wiem, że nadal istnieje, jednak funkcjonuje na zupełnie innych zasadach. Chcę przywrócić jej pierwotnego ducha, tego, za którego moi rodzice oddali życie. Nie będę czerpać zysków i benefitów ze swojego nazwiska. Nie tego mnie nauczyli.
Choć mama i tata trzymali mnie pod kloszem, dzisiaj jestem zupełnie kimś innym. Ta tragedia zmieniła mnie na zawsze. Odarła ze szczęścia, odebrała ukochanych rodziców i pozbawiła ich miłości.
– Rosie… – mówi z politowaniem. – Dziecko, nie zdajesz sobie sprawy, kim oni są.
Serce bije mi coraz szybciej, jednak tym razem nie mam zamiaru dać sobie przypiąć łatki głupiego, niczego nieświadomego dziecka. Wiem, że Vincent uwielbia mnie tak szufladkować, ale nie mogę na to pozwolić.
– Wiem, kim są, bo widziałam ich okrucieństwo. To, co zrobili rodzicom – odpowiadam ze zdenerwowaniem. – Widziałam to, wujku. Ten obraz to mój największy koszmar. Coś, czego nigdy nie odzobaczę.
– Rozumiem, że jesteś w tym momencie głodna sukcesu oraz masz chęć odbudowy fundacji, ale twoja matka miała na nią zupełnie inną wizję – podkreśla dosadnie. – Działała wraz z ojcem. Miała ogromne poparcie, które zostało w ciągu chwili zrujnowane.
Przewracam oczami. Zdaję sobie sprawę, że pozycja rodziców była ugruntowana i silna, ale ja wiem, że dam sobie radę.
– Po mojej mamie została jedynie nazwa „Haven”, którą sama wymyśliła. A cała reszta nie działa, jak powinna. Rodziny, które wspierały fundację, usunęły się w cień. Owszem, wpłacają datki, ale nie pojawiają się publicznie.
Graves zerka na mnie z nieodgadnioną miną. Od pewnego czasu, kiedy zaczęłam aktywniej grzebać w dokumentach fundacji, widzę, że nie za bardzo jest z tego powodu zadowolony.
– Chcę dla ciebie jak najlepiej, Rosie. – Jego głos jest łagodny. – Obiecałem to twoim rodzicom i dotrzymam słowa.
– Więc mi pomóż. – Uśmiecham się do niego pełna nadziei. – Fundacja „Haven” może zyskać dawną chwałę i dać szansę młodym osobom. Jako jej dyrektor stanę na straży dobra, by niosło się tam, gdzie będzie to potrzebne. Będę organizowała zbiórki, pomagała dzieciakom, prowadziła i wymyślała programy wsparcia.
Moja mama żyła tą działalnością i zapłaciła za to najwyższą cenę. Chcę mieć podobny wkład w czynienie dobra na świecie, szczególnie że mam predyspozycje i pieniądze. Otwieram pierwszy segregator, gdzie są informacje odnośnie do wszystkich darczyńców.
– Mam nadzieję, że rodziny, które współpracowały z rodzicami, będą chciały nas wspomóc.
Spoglądam w oczy Vincentowi, a on pochyla się do przodu i zerka na pierwszą stronę. Pociera intensywnie skronie.
– Jeśli chcesz w to wejść, musisz wiedzieć wszystko o osobach, z którymi współpracujesz – oznajmia po chwili. – Rodzina Sterlingów z pewnością będzie chciała wrócić do gry. Nadal reprezentują elitę, do której chcemy uderzać.
Doskonale wiem, o kim mówi, bo te dokumenty analizowałam już wcześniej. Sterlingowie to potęga, jeśli chodzi o bankowość i pewną część mediów. Ich poparcie będzie dla mnie nieocenione.
– Więc z pewnością się do nich zwrócę – mówię pewnie. – Rodzina Hollowayów nadal pracuje pośród elit akademickich. Wiem, że ich syn i córka przejęli po nich schedę na uniwersytecie w Waszyngtonie, a także na Harvardzie.
Graves kiwa głową i przewraca kilka stron dalej.
– Ashfordowie to stara dynastia mająca wpływy od pokoleń. Od lat związani z miastem. Bardzo oddani fundacji w czasach życia twoich rodziców.
Pamiętam, że bawiłam się z ich synem – Olivierem. Często spędzaliśmy razem czas, kiedy rodzice wychodzili na bankiety. Bardzo się lubiliśmy, więc możliwe, że i on wróci ze mną do gry.
– Rodzina Kingsleyów nadal świeci twarzą wszędzie, gdzie się da, więc z nimi podejrzewam, że nie będzie problemu.
Mimo że są mi potrzebni do osiągnięcia sukcesu, jestem zła za to, jak się zachowali, kiedy rodzice zostali zamordowani. Zrobili z tego szopkę, udzielając wywiadów, jakby to dotyczyło bezpośrednio ich rodziny.
– Wiem, że nie jesteś zadowolona z ich sposobu pracy, ale jedyne, na czym się znają, to na tworzeniu sensacji – mamrocze wuj. – Jeśli chcesz ponownie w to wejść, ich wsparcie, szczególnie jeśli chodzi o media, będzie nieocenione.
Zdaję sobie sprawę, że odpowiednia reklama oraz nagłośnienie naszej działalności pomogą nam dotrzeć do dzieci, które naprawdę tego potrzebują. Być może jeszcze więcej osób zaangażuje się w tę sprawę.
– Została rodzina Caldwellów – zauważam. – Z tego, co słyszałam, Malcolm zmarł.
Vincent przytakuje.
– Jego syn przejął cały farmaceutyczny biznes i z tego, co mi wiadomo, ma się świetnie. Podejrzewam, że on również nie odmówi.
Przewracam kilka kolejnych stron z informacjami, które spisywała mama. Adresy szkół, lista wybitnych uczniów, którzy otrzymali stypendium, oraz ci, którzy byli brani pod uwagę. Oprócz tych głównych rodzin jest jeszcze wielu darczyńców, którzy ich wspierali. Niektórzy anonimowo, ale robili to w dobrych intencjach.
– Więc mamy sporo pracy. – Odkrywam kolejne strony. – Chcę w to wejść na sto procent. Rozpocząć to z pompą, a nie na pół gwizdka, jak jest to robione teraz.
Choć fundacja działa, to na takiej zasadzie, jak każda inna. Wpłacają drobne pieniądze, a za resztę zapewne bawi się cała elita, która udaje, że pomaga. Rodzice organizowali bale, na których przedstawiali tych, którzy otrzymywali pomoc. Dzięki temu wielu z nich już zyskiwało pewną sławę – na przykład jeśli któryś z chłopaków chciał zostać piłkarzem, miał ogromne szanse na zrealizowanie tych planów, bo w naszym otoczeniu ktoś wpływowy mógł otworzyć drzwi do marzeń.
– Nadal nie wiem, czy to dobry pomysł. – Wuj kręci głową i patrzy z posępną miną. – To ryzyko, które może się nie opłacić. Twoi rodzice by tego nie chcieli. Jesteś wszystkim, co po nich pozostało. Widzę ich w tobie, a świadomość, że mogłoby ci się coś stać, sprawia, że boli mnie serce.
Zamykam segregator i odsuwam go na bok. Wysuwam rękę do wujka, a on od razu ją łapie.
– Nie jestem już małą dziewczynką, tylko kobietą, która wie, czego chce – deklaruję. – Wróciłam, aby pomagać, i nic mnie przed tym nie powstrzyma. Czy mogłabym żyć w luksusie do końca życia, korzystając z tego, co rodzice przez lata zgromadzili? Oczywiście. Ale nie chcę takiego życia. To nie jestem ja, wuju.
Vincent zaciska mocniej dłoń na mojej. Zupełnie tak, jakby nie mógł pogodzić się z moją decyzją.
– Ty jesteś dobra, ale świat nie jest. Tych czterech zamaskowanych świrów… – Zatrzymuje się na moment. – Nie wierzę, że ich nie znaleźli.
Uśmiecham się smutno. To boli mnie najbardziej. Mordercy mamy i taty żyją i zapewne mają się świetnie. Podczas śledztwa nie dało się nic ustalić. Praktycznie nie zostawili po sobie żadnych śladów. Każda kamera na terenie domu została uszkodzona, a zapisy z tamtego dnia nie istnieją. Jedyne, co zostało zarejestrowane, to pół maski jednego z nich. Kadr jest rozmazany, ale wskazuje, że zrobiły to osoby kompletnie zaburzone. Oprawcy nosili maski, choć do końca nie wiadomo, czy były one namalowane, czy nakładane. W każdym razie nigdy ich nie znaleziono.
– Pamiętam, jak mama przybiegła do mnie do pokoju i kazała mi schować się w schronie. – Przełykam głośno ślinę. – Może gdybym wyszła wcześniej…
Mężczyzna kręci głową.
– Twoi rodzice byli torturowani przez kilka godzin. Nie było czego ratować, żabciu.
Biorę głęboki oddech, bo te wspomnienia bolą mnie najbardziej. Ich cierpienie staje się moim w momencie, kiedy o tym pomyślę. Byli dobrymi ludźmi, a ktoś potraktował ich jak zwierzęta.
– Myślałem, że skoro wybrałaś psychologię, to będziesz chciała pomagać pacjentom w zaciszu gabinetu.
Prycham.
– Zastanawiałam się nad tym, ale ostatecznie to nie jest droga, którą chcę podążać. Moim celem jest niesienie pomocy i jeśli się uda, to będę ją oferować w ramach praktyki, którą chcę otworzyć. Pomogę dzieciom z trudnych domów stanąć na nogi i wesprę ich działanie w dążeniu do zmiany swojego życia.
Po śmierci rodziców wujek wywiózł mnie do Chicago. Ich morderstwo odbiło się szerokim echem w mediach, a Vincent nie chciał, abym stała w centrum wydarzeń. Postanowił, że wyjadę i zostawię to wszystko, co się wydarzyło, za sobą. Do dziewiętnastego roku życia opiekowała się mną Margaret, która prowadziła dom, a ja skupiłam się na nauce. Uczęszczałam do prywatnego liceum, a potem rozpoczęłam studia na Uniwersytecie w Chicago. Ostatecznie gdzieś w środku czuję, że decyzja o powrocie jest dla mnie czymś dobrym.
– To szczytny cel. – Wzdycha. – Niemniej jednak musimy wzmocnić twoją ochronę. Apartament jest już przygotowany, abyś mogła się do niego wprowadzić.
Otwieram oczy ze zdziwienia, a następnie opieram się wygodnie o fotel.
– Jaki apartament?
– W centrum miasta – mówi spokojnie wuj. – To tam się zatrzymasz, prawda?
Kręcę głową.
– Zostanę w domu. Tutaj.
Nie wiem, dlaczego miałabym nagle zamieszkać gdzieś indziej niż w swoim rodzinnym domu. W końcu po to wróciłam. To za tym miejscem mimo wszystko tęskniłam każdego dnia, będąc w Chicago.
– Nie wiem, czy to dobry pomysł, Rosie. Ja…
– To mój dom? – pytam przekornie.
Wuj śmieje się cicho.
– Wszystko należy do ciebie i doskonale o tym wiesz. Niemniej jednak nie wiem, czy to dobry pomysł, abyś zostawała tutaj sama.
– Nie będę sama – odpowiadam od razu. – Zostanie ze mną Margaret, a ty będziesz dojeżdżać i pomagać mi w przygotowaniach. Możesz zająć się moją ochroną tak, jak wcześniej to robiłeś.
Widzę, że Vincentowi nie podoba się mój pomysł, ale wiem, że jeśli choć raz zawaham się w osądach, to moje decyzje będą podważane, a ja tego nie chcę. Nie boję się zbirów, którzy zabili rodziców, ani innych, którzy myślą, że będą mogli mnie zastraszyć.
– Zrobię wszystko, co w mojej mocy – mówi pokonanym głosem, a ja w duchu przybijam sobie piątkę. – Jeszcze dzisiaj się tym zajmę.
Kiwam głową.
– Oczywiście chcę również, abyś pomógł mi skontaktować się ze wszystkimi rodzinami. Chcę zaznaczyć swoją obecność oraz powrót.
– Każda rodzina miała swojego Gravesa, Rosie. – Wuj uśmiecha się delikatnie. – Od ponad dziesięciu lat nic się nie zmieniło i nadal jestem z nimi w kontakcie. Mogę to załatwić sam, ale jeśli tylko chcesz, dam ci do nich numery i sama zadzwonisz.
Mrużę oczy.
– Przez kilkanaście lat nie zmieniły się struktury w żadnej rodzinie?
Mężczyzna kręci głową zamyślony.
– W takiej pracy liczy się to, aby osoba, która zna twoje największe tajemnice, była przy tobie na dobre i na złe. Kiedy twoi rodzice zaczynali z fundacją, byliśmy młodymi wilkami i każdy z nas chciał dorwać się do struktur najbardziej wpływowych rodzin – opowiada z zapałem. – Tak, wszyscy pracują i starają się najlepiej wykonywać swoje obowiązki. A zmiany… – zatrzymuje się na chwilę – nigdy nie wiadomo, co dobrego wprowadzą. Znałem twoją rodzinę, jeszcze zanim twój ojciec został szanowanym politykiem. Zanim poznał twoją matkę. Byłem obecny podczas zakładania fundacji i wiem o niej wszystko. Znam każdy jej sekret. Dlatego rodzice wybrali mnie do sprawowania nad tobą opieki, gdyby coś im się stało.
Uciekam wzrokiem do ich zdjęcia powieszonego na ścianie. Nie rozumiem, dlaczego ktoś zabił mamę i tatę. Czy chodziło tylko o pieniądze? Czy ojciec naraził się komuś, kto potem pragnął wymierzyć sprawiedliwość?
– Nadal nie wiem, dlaczego to wszystko miało miejsce – mruczę pod nosem. – Nie rozumiem.
Graves odchrząkuje.
– Według policji i biegłych sądowych motyw nadal pozostaje nieznany. Najłatwiej przyjąć, że rodzice byli niewygodni. Szerzyli zbyt wiele dobra, a to nie każdemu się podoba.
– Pomagali dzieciom – mówię ze ściśniętym gardłem. – Wyciągali je z domów, gdzie nie było miłości, pieniędzy i zapewniali im godne życie.
Czasami zastanawiam się, jak to jest, że do dziś sprawcy nie są znani. Dlaczego policji i kryminalnym nie udało się nawet natknąć na jakikolwiek ślad.
– Tak, jak ci powiedziałem, Rosie. Świat jest pełen zła, a oni czynili zbyt wiele dobra. Oddali życie za sprawę, a ja dopilnuję, aby nie spotkał cię podobny los. Wiem, że chcesz być jak mama, i choć jesteś do niej bardzo podobna, to mam nadzieję, że nie będziesz tak samo wrażliwa.
Kiedy wspominam mamę, przed oczami za każdym razem mam jej radosne oczy. Pełne miłości i zrozumienia. To, jak się mną opiekowała, czytała mi bajki na dobranoc czy pozwalała przebierać się w jej wieczorowe kreacje. Odziedziczyłam po niej szarozielone oczy oraz delikatne piegi na nosie. Po ojcu z kolei mam miodowe włosy – nieodłączny znak rodziny Hastings.
– Czy kiedykolwiek znajdę morderców rodziców i spojrzę im w twarz? – pytam nostalgicznie.
Graves wstaje z krzesła i zaczyna chodzić po gabinecie. Wkłada ręce do kieszeni i podchodzi do wielkiego okna.
– Chciałbym, aby odnalezienie ich było tak łatwe, jak większość spraw, które załatwiam. Przez lata doszukiwałem się prawdy, jednak wraz z upływem czasu straciłem nadzieję. Cała czwórka rozpłynęła się w powietrzu. Nie ma żadnego dowodu, pieprzonego odcisku palca, niczego, co mogłoby wskazać nam kierunek poszukiwań.
Pamiętam, jak czytałam w gazetach, że mordercy rodziców nie zostali odnalezieni. Jedyne, co mamy, to marnej jakości zdjęcie gościa w masce. Na dodatek zrobione bokiem, przez jedną z fotopułapek. Więc na dobrą sprawę to żaden dowód.
– Poza tym… – Wuj odwraca się do mnie i patrzy mi prosto w oczy. – Nie chcę, abyś ich szukała. Bo jeśli oni dowiedzą się, że wróciłaś, to uwierz mi, może zrobić się niebezpiecznie. Jeśli chcesz rozpocząć działania, to fundacja musi zmienić swoją autonomię. Może mieć patronat twoich rodziców, ale musisz sama ją zmieniać.
W jego głosie wybrzmiewa stanowczość, ale wyczuwam w nim coś jeszcze. Strach? Nie pierwszy raz wuj reaguje na wszystko, co związane z fundacją i życiem rodziców, z taką trwogą.
– Dlaczego wszystkie rodziny wycofały się z życia fundacji po ich śmierci? Dlaczego nikt nie chciał tego kontynuować?
To pytanie ciąży mi w głowie, odkąd zaczęłam coraz mocniej rozmyślać o powrocie do domu. Tak wielu wpływowych ludzi mogło bez problemu przejąć tę ideę albo stworzyć coś nowego.
– Każdy się bał – mamrocze Graves. – Widząc to, co stało się z twoimi rodzicami, nikt nie chciał nadstawiać karku. Każdy woli wpłacać na domy dziecka, niż bawić się w organizowanie tego, co robiła w głównej mierze twoja matka. Tak jest bezpieczniej.
Mam ochotę przewrócić oczami, ale tego nie robię. Nie rozumiem, jak można być takim tchórzem. Ojciec zawsze powtarzał, że trzeba być dzielnym i stawiać opór każdemu, kto robi coś złego. Gdyby którakolwiek rodzina zdecydowała się kontynuować to dzieło, być może zostałoby uratowanych wiele istnień.
– Widzę, że ci się to nie podoba, ale tak jak mówię, każdy miał prawo do swojej decyzji – dodaje mężczyzna i zerka na zegarek. – Dobrze, skoro ustaliliśmy już najważniejsze kwestie, to powiem ci, jaki mam plan.
Wuj prostuje się i posyła mi rzeczowe spojrzenie.
– Zacznę kontaktować się z rodzinami oraz ich prawymi rękami. Jak na razie porozmawiamy wstępnie o formie powrotu oraz oczywiście o tym, czy będą chcieli wziąć udział w otwarciu. Ty w tym czasie możesz się zadomowić i oczywiście również rozmawiać z firmami czy osobami, które mogłyby nam pomóc.
Przytakuję i również wstaję. Opieram dłonie o blat zimnego biurka.
– Dobrze, ale chcę być o wszystkim informowana. Zero sekretów, wuju. Jeśli się dowiem, że cokolwiek przede mną ukrywasz, uznam to za zdradę.
Graves otwiera szerzej oczy. Wiem, że być może nie powinnam mówić w ten sposób, ale nie chcę, aby nadal traktował mnie jak dziecko. Musi zrozumieć, że to ja przejmuję stery, tak jak robili to rodzice.
– Znam swoje obowiązki, Rosie, i będę pomagał ci z całych sił – odpowiada szczerze. – Nie musisz się obawiać.
– Mam tylko ciebie – mówię dobitnie. – Musisz mi pomóc kontynuować to, co zaczęli rodzice. Tylko na tym mi zależy.
Mężczyzna przytakuje i uśmiecha się do mnie, a potem odwraca się i wychodzi z gabinetu. Zostaję sama wraz z myślami i setkami dokumentów, które pozostają nadal w archiwum. Muszę je wszystkie przejrzeć, aby lepiej zrozumieć funkcjonowanie fundacji. Przeglądam segregatory, które zostały przygotowane przez Gravesa. Jednak zdaję sobie sprawę, że to, co dostałam pod nos, nie jest zapewne najistotniejsze. Ludzie dają ci na stół to, co ma przysłonić najważniejsze informacje. Otwieram szufladę, skąd zgarniam kartę do archiwum, aż nagle słyszę ciche pukanie do drzwi.
– Proszę.
Drzwi uchylają się, a w nich staje moja gosposia. Jedyna i nieoceniona – Margaret. Kobieta mimo średniego wieku nadal wygląda pięknie. Jej rude włosy ułożone są w schludnego koka, a błękitne oczy patrzą na mnie z matczyną troską.
– Rosie.
Ten łagodny głos od razu przypomina mi dzieciństwo. To, jak zajmowała się mną, kiedy rodziców nie było w domu. Obchodzę biurko i podchodzę do niej, a następnie przytulam mocno. Kobieta oddaje uścisk z równym wzruszeniem.
– Tak się cieszę, że cię widzę. Dziękuję, że opiekowałaś się tym domem.
Margaret delikatnie odsuwa się ode mnie. Widzę w jej spojrzeniu ogrom emocji.
– Ten dom to część mojego życia i nie wyobrażam sobie nie zajmować się nim. A teraz będę mogła na nowo dbać o ciebie.
Łapię ją za dłonie.
– Dziękuję ci za to, że jesteś. Niewiele mam osób, którym mogę ufać, dlatego cieszę się, że jesteś ze mną.
– Na mnie zawsze możesz liczyć – deklaruje. – Czegokolwiek będziesz potrzebować, wiesz, gdzie mnie szukać.
Mama bardzo ufała Margaret. Kiedy rodzice wychodzili na bankiety, to właśnie ona się mną zajmowała. Nie była wtedy nianią, a jednak sprawowała taką funkcję i otaczała mnie bezwzględnym bezpieczeństwem.
– Chcesz coś zmienić, jeśli chodzi o prowadzenie domu?
Mrużę oczy, lekko zaskoczona jej pytaniem. Najwidoczniej widzi moją minę, bo dodaje:
– Chodzi mi o to, czy prowadzimy go według zasad, które ustalili twoi rodzice, czy chcesz zmian?
Uśmiecham się do niej z wdzięcznością.
– Póki co róbmy wszystko po staremu – stwierdzam po chwili. – Nie mam teraz nic konkretnego w głowie, ale jeśli będę chciała coś zmienić, dowiesz się pierwsza.
Margaret ściska mocniej moje dłonie. Wiem, że w prowadzeniu domu nie ma lepszej osoby od niej. Pomagała mi w Chicago i to dawało choć namiastkę domu, który miałam w Waszyngtonie.
– Dobrze, więc zapraszam za godzinę na obiad – oznajmia z radością. – Twoje rzeczy wypakuję do garderoby.
Kręcę głową.
– Nie musisz, naprawdę…
– To dla mnie przyjemność – przerywa mi od razu. – Tak dawno nie było w tym domu serca, a teraz nareszcie będzie tutaj ktoś, kto tchnie życie w te mury.
Rozglądam się wokół, a po chwili Margaret wychodzi, zostawiając mnie samą. Dla mnie to nie są tylko mury – to dom. Mój ukochany, rodzinny dom. Jedyne, co zostało mi po rodzicach. Mam nadzieję, że uda mi się zrobić wszystko to, co sobie założyłam. Po pierwsze na nowo wskrzesić ducha fundacji, a po drugie odnaleźć morderców rodziców. Choć od tamtego momentu minęło dwanaście lat, to wierzę, że uda mi się ich odnaleźć.
Nawet jeśli to ostatnie, co zrobię.
DAMIEN
Sala sądowa to dla mnie drugi dom. Wiele czasu upłynęło od momentu, kiedy zrozumiałem, że chcę być prawnikiem. Uwielbiam się uczyć i tym samym lubię być najlepszy. Czyż to nie upajające zmiażdżyć kolejnego śmiesznego konkurenta na rynku, który twierdzi, że ma do mnie jakiś podjazd? Absolutnie tak. Dlatego patrzę ze współczuciem na adwokata Rebeki Murphy i na nią samą, zastanawiając się, czy wiedzą, z kim zaraz będą mieli do czynienia.
– Panie Black.
Zerkam na sędziego, który wbija we mnie surowe spojrzenie.
– Może pan zacząć przesłuchiwanie powódki.
Wstaję i pewnym ruchem poprawiam marynarkę, a następnie wychodzę na środek sali. Odwracam się najpierw do publiczności, a potem mój wzrok pada na kobietę.
– Pani Murphy, jak rozpoczęła się pani relacja z moim klientem?
Zaczynam spokojnie, aby zobaczyć, jak będzie reagowała na proste pytania. Rebecca odchrząkuje.
– Byłam asystentką pana Jonathana Beaumonta. Od zawsze mieliśmy dobry kontakt i wywiązywałam się ze swoich obowiązków. Potem nasza relacja uległa zmianie.
Robię krok do przodu.
– Co dokładnie ma pani na myśli?
Jej policzki czerwienieją. Sąd to nie miejsce, gdzie zwycięża prawda. Tak naprawdę chodzi o to, co można udowodnić.
– Pewnego razu pomagałam panu Beaumontowi podczas jednego z projektów. Wypiliśmy trochę wina, zjedliśmy kolację, a rozmowa sama między nami zaczęła się toczyć. To znaczy, wychodziła poza profesjonalny grunt.
Kiwam głową.
– Czyli rozpoczęła pani romans z moim klientem.
– Tak, a on rozpoczął go ze mną – odgryza się. – Nie byłam w tym sama.
Mam ochotę parsknąć śmiechem, ale tego nie robię. Uwielbiam przekraczać granicę osób, które stają naprzeciwko mnie.
– Ile trwała wasza relacja? – pytam spokojnie.
– Dwa lata.
Jej adwokat pręży się i zapewne czeka, kiedy on będzie mógł wypytać o wszystko mojego klienta. Sęk w tym, że nie wie, że zaraz nie będzie czego zbierać.
– Czy czuje się pani wykorzystana?
Nagle jej obrońca wstaje i zerka na mnie, jakbym zadał jej jakieś nieprzyzwoite pytanie.
– Sprzeciw! – grzmi. – Wysoki sądzie, proszę o oddalenie tego pytania. Jest nieistotne dla postępowania.
Sędzia odchrząkuje.
– Oddalam sprzeciw.
Adwokat siada niezadowolony, a ja mam niebywałą ochotę rozkwasić jego brzydką gębę, tak jak robię to po godzinach. Jednak ze względu na to, że znajdujemy się na sali sądowej, załatwię go na własnym podwórku. Tutaj niszczę ludzi w inny sposób.
– Tak – odpowiada po chwili Rebecca. – Czuję się wykorzystana.
– Mimo że przez dwa lata korzystała pani z apartamentu mojego klienta opłaconego również przez niego?
Kobieta zaciska szczękę, a rumieniec rozlewa się coraz mocniej po policzkach.
– Tak.
Tym razem nie mam zamiaru się zatrzymać. Jeśli ta marna adwokacina chce wojny, to doprowadzę do jej zakończenia już teraz.
– Mimo że przyjęła pani od mojego klienta ponad dwa miliony dolarów?
– Tak.
– Mimo że ani razu nie zgłosiła pani sprawy na policję?
Na sali zapada cisza. Dokładnie taka, jaką lubię. Rebecca zerka nerwowo na wszystkich, byle nie na mnie. Najwyraźniej cała sytuacja zaczyna ją stresować. Pewność siebie, którą miała, właśnie zaczyna ją opuszczać.
– Mimo że przez dwa lata nieustannie dobrowolnie pozostawała pani z nim w kontakcie? – kontynuuję. – Korzystając ze wszystkich przywilejów, jakie dostawała pani od mojego klienta?
– Tak.
Ława przysięgłych zerka po sobie, najwyraźniej nie spodziewając się tego, co właśnie słyszą.
– Czy pan Beaumont zmuszał panią do pozostania z nim w tej relacji?
– Nie.
– Czy kiedykolwiek próbowała ją pani zakończyć?
Zaczynam chodzić po sali z wyższością, którą można odczuć w każdym moim ruchu. Jak widać, proste pytania potrafią zrobić najwięcej szkód.
– Nie – szepcze kobieta, a w jej oczach dostrzegam łzy.
– Czy podpisywała pani dokumenty, otrzymując środki finansowe od mojego klienta?
Pani Murphy przełyka głośno ślinę.
– Tak.
Na sali zapada cisza. Uśmiecham się delikatnie, wiedząc, że właśnie dokonałem jej zagłady. W oczach sądu oraz w oczach ławy przysięgłych.
– Nie mam więcej pytań, wysoki sądzie.
Wracam na swoje miejsce, zostawiając za sobą zgliszcza, z których nic nie powstanie. Od początku wiedziałem, że nie podskoczą wyżej, niż im pozwolę. Jej adwokat myślał, że będzie w stanie mnie przestraszyć kilkoma nic nieznaczącymi faktami, którymi jedynie mnie rozbawił. Na sali zaczynają pojawiać się pierwsze szepty. Zerkam na ławę przysięgłych, która zupełnie inaczej patrzy na kobietę. Może wcześniej jej współczuli, ale teraz – po tym, co sama potwierdziła – nic nie jest pewne. To ona jest swoim końcem.
Beaumont siedzi obok mnie zrelaksowany i zadowolony. Przed wejściem na salę widziałem targające nim emocje. Od złości po nieokiełzaną chęć pokazania, że może wszystko. Dzięki Bogu trzyma się naszego planu i nie próbuje mi przeszkadzać. Zdecydowanie odzyskuje pewność siebie, której nie miał przed samą rozprawą.
– Dobra robota – mamrocze pod nosem.
