100 osób interesuje się tą książką

Opis

Epicka powieść o przyjaźni i odkupieniu w obliczu tragedii, finalistka nagrody Pulitzera oraz National Book Award, a przy tym jedna z najważniejszych książek ostatnich lat wg „New York Timesa”, „The Washington Post” i „Entertainment Weekly”.W 1985 roku młody Yale Tishman, dyrektor rozwoju chicagowskiej galerii sztuki, zamierza namieszać w środowisku amerykańskiej bohemy, wprowadzając na wystawę zbiór nadzwyczaj udanych obrazów z lat 20. Jego kariera zdaje się kwitnąć, ale wokół AIDS zbiera okrutne żniwo – przyjaciele Yale’a jeden po drugim umierają i wkrótce zostaje on niemal zupełnie sam.

Trzydzieści lat później Fiona, przyjaciółka Yale'a, próbuje odnaleźć w Paryżu swoją zaginioną córkę. Zatrzymuje się na pewien czas u starego przyjaciela, znanego fotografa, który przed laty uwiecznił chicagowską epidemię. Z czasem kobieta zdaje sobie sprawę, w jak wielkim stopniu wydarzenia sprzed lat mogą ukształtować nas samych i nasze relacje z najbliższymi.

Losy Yale'a i Fiony przeplatają się na przestrzeni lat, zabierając tym samym czytelników w rozdzierającą podróż przez lata osiemdziesiąte aż po chaos czasów współczesnych. „Porywająca opowieść... Nie oderwiecie się od tej książki”. Michael Cunningham

„Wciąga i urzeka”. Tea Obreht

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 719

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

Tytuł oryginału: The Great Believers

Copyright © 2018 by Rebecca Makkai Freeman

All rights reserved, including the right of reproduction

in whole or in part in any form.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation by Sebastian Musielak sp. z o.o., 2020

 

Redaktor prowadzący • Adrian Tomczyk

Redakcja• Mirosław Ruszkiewicz

Korekta• Gabriela Niemiec

Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała

Łamanie • MELES-DESIGN

Projekt okładki• Jasiek Krzysztofiak

Fotografia na okładce •Aa Dil / Pexels

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej• Dariusz Nowacki

 

Na okładce wykorzystano fragment obrazuLe Garçon d’étage

Chaïma Soutine’a ze zbiorów Musée de l’Orangerie w Paryżu

(domena publiczna).

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66517-59-2

 

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.com

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nikt tak nie wierzył, jak myśmy wierzyli.

Nigdy nie kochałem nikogo tak bardzo, jak mych rówieśników, którzy przeżywali swoje pierwsze wiosny w ten sam czas co ja, którzy patrzyli już w oczy śmierci, lecz dostąpili łaski – i teraz brną przez to długie, burzliwe lato.

F. Scott Fitzgerald, Moje pokolenie

 

 

Świat jest cudem, lecz porcje są małe.

Rebecca Hazelton, Slash Fiction

 

 

 

 

 

1985

 

 

 

 

 

Trzydzieści kilometrów od Belden, trzydzieści kilometrów na północ, zaczynała się msza pogrzebowa. Yale zerknął na zegarek i zagadnął Charliego:

– Jak myślisz, bardzo pusto będzie w kościele?

– Miejmy to gdzieś – odpowiedział Charlie.

Im bliżej byli domu Richarda, tym więcej dostrzegali znajomych zmierzających w tę samą stronę. Niektórzy ubrani byli schludnie, jakby to była część pogrzebu, inni szli w dżinsach, skórzanych kurtkach.

W kościele zgromadziła się na pewno tylko rodzina, najbliżsi znajomi rodziców, ksiądz. Jeśli potem gdzieś podadzą kanapki, większość się zmarnuje.

Yale znalazł w kieszeni kartę z wczorajszego czuwania i ułożył z niej coś w rodzaju piekła – nieba; w dzieciństwie robili takie z kolegami w autobusie szkolnym, z tym że jego przepowiadało przyszłość („Sława!” lub „Śmierć!”), w zależności od tego, którą stronę się otworzyło. To nie było tak rozbudowane, ale w każdym kwadracie mieściły się jakieś słowa, niektóre do góry nogami, wszystkie skrócone przez zagięcie karty: „Ojciec George H. Whitb”, „ukochany syn i brat, niech...”, „Wszystko, co jasne i”, „miast kwiatów darowiz”. Wszystkie te słowa zdaniem Yale’a trafnie przepowiedziały przyszłość Nica. Nico był jasny i piękny. Kwiaty nic by nie pomogły.

Domy na tej ulicy były wysokie, wymyślnie zdobione. Z werand nie zniknęły jeszcze dynie, lecz z niewielu wyrzeźbiono twarze – stanowiły raczej ozdobniki artystycznych kompozycji z tykw i kolb kukurydzy. Płoty z kutego żelaza, bramy na zawiasach. Kiedy skręcili w podjazd przed domem Richarda (szlachetny czerwonobrązowy piaskowiec stykający się ścianą ze szlachetnym sąsiedztwem), Charlie szepnął:

– Wnętrza robiła mu żona. Kiedy był żonaty. W siedemdziesiątym drugim.

Yale wybuchnął śmiechem w najgorszym możliwym momencie, bo akurat mijali w progu Richarda, który z poważnym uśmiechem stał w otwartych drzwiach i wpuszczał gości do środka. Wyobraził go sobie w roli heteryka w Lincoln Park z babką o zacięciu do aranżacji wnętrz. Wyszedł mu z tego slapstick: spanikowany Richard upycha w garderobie jakiegoś faceta, bo jego żona zapomniała wziąć z domu swoją torebkę Chanel.

Yale zmusił się do powagi i spojrzał na Richarda.

– Piękny dom – powiedział.

Od tyłu napierała na nich fala kolejnych gości, pchając Yale’a i Charliego w stronę salonu.

Krzykliwy wystrój wnętrza rzeczywiście mógł pochodzić z siedemdziesiątego drugiego, ale ubiegłego wieku: sofy w chintz, obite aksamitem krzesła z rzeźbionymi poręczami, orientalne dywany. Kiedy zanurkowali w tłum, Yale poczuł, jak Charlie ściska go za rękę.

Nico wyraził się jasno, że ma być impreza. „Jeżeli zostanę zbłąkaną duszą, to myślicie, że będę chciał patrzeć, jak się tu mażecie? Będę was straszył. Jeśli będziecie mi tu siedzieć i płakać, rzucę w was lampą, jasne? Powtykam wam w dupy pogrzebacz, i to tą gorszą stroną”. Gdyby zmarł dwa dni wcześniej, nie byliby w stanie spełnić tego życzenia. Ale Nico nie żył już od trzech tygodni, bo rodzice odwlekali czuwanie i pogrzeb, żeby mógł w nich wziąć udział jego dziadek z Hawany – gość, którego nikt nie widział od dwudziestu lat. Matka Nica była owocem przelotnego małżeństwa córki dyplomaty i kubańskiego muzyka jeszcze przed nastaniem Fidela Castro – i nagle cała organizacja pogrzebu kręciła się wokół jakiegoś prehistorycznego Kubańczyka, podczas gdy mężczyzna, z którym Nico od trzech lat żył w związku, nie mógł być tego dnia w kościele na mszy pogrzebowej. Yale nie chciał nawet o tym myśleć, bo zaraz by się wściekł, a tego Nico z pewnością by sobie nie życzył.

Tak więc mieli za sobą trzy tygodnie żałoby i dom Richarda rozsadzała atmosfera wymuszonej fety. Przybyli już Julian i Teddy, machali im właśnie z piętra zza opasującej salon poręczy. Nad nimi była jeszcze jedna kondygnacja, a nad całością górował wymyślny, okrągły świetlik. Dom Richarda miał w sobie więcej z katedry niż kościół, w którym wczoraj byli. Ktoś wybuchnął głośnym śmiechem zdecydowanie za blisko ucha Yale’a.

– Mieliśmy podobno dobrze się bawić – odezwał się Charlie. Yale zawsze twierdził, że w ironii jego brytyjski akcent wybija się wyraźniej.

– Czekam na tancerzy go-go – odpowiedział Yale.

Richard miał fortepian i ktoś grał Fly Me to the Moon.

Co tu się, kurwa, dzieje?

Charliego objął jakiś chudzielec, którego Yale nigdy wcześniej nie widział. Domyślił się, że to ktoś z przyjezdnych, którzy kiedyś tu mieszkali, ale potem wyjechali z miasta, zanim na scenie pojawił się Yale.

– Jak ty to robisz, że ciągle młodniejesz? – spytał go Charlie. Yale czekał, aż zostanie przedstawiony, ale chudy przekazywał już Charliemu jakieś ważne informacje o kimś, kogo Yale nie znał. Charlie był osią bardzo wielu kręgów.

– Pijemy Cuba Libre – ktoś powiedział Yale’owi prosto do ucha. Fiona, młodsza siostra Nica. Yale obrócił się i ją objął, poczuł cytrynowy zapach jej włosów. – Czy to nie śmieszne?

Nico był dumny ze swojej kubańskości, ale gdyby wiedział, jaki chaos wywoła przyjazd jego dziadka, na pewno zawetowałby wybór drinków.

Poprzedniego dnia Fiona oznajmiła im wszystkim, że nie przyjdzie na pogrzeb – że woli być na imprezie – ale mimo to Yale zadrżał, kiedy ją zobaczył, kiedy uświadomił sobie, że spełniła życzenie brata. A to oznaczało, że ostatecznie skreśliła swoich rodziców, tak jak jej rodzice skreślili Nica w tamtych latach, jeszcze przed chorobą. (By w jego ostatnich dniach znów się o niego upomnieć – i głupio się uprzeć, że Nico będzie umierać daleko za miastem, w tragicznie wyposażonym szpitalu z ładnymi tapetami). Tusz do rzęs rozmazał się jej na policzkach. Szpilki gdzieś zrzuciła, a chwiała się tak, jakby ciągle miała je na nogach.

Podała mu swoją szklaneczkę – upiła najwyżej połowę, zostawiając na brzegu różowy łuk. Dotknęła palcem jego rowka pod nosem.

– Ciągle nie mogę uwierzyć, że je zgoliłeś. Ale nie, dobrze ci tak. Wyglądasz trochę…

– Bardziej hetero?

Roześmiała się.

– O, nie! Chyba nie każą ci się golić, co? – spytała. – W Northwestern?

Yale w życiu nie widział twarzy lepiej nadającej się do wyrażania troski – brwi zmartwionej Fiony zderzały się ze sobą, wargi znikały w ustach – ale nie mógł pojąć, jakim cudem Fiona zdołała jeszcze wykrzesać z siebie jakąkolwiek emocję.

– Nie, no wiesz... – odpowiedział. – Pracuję w dziale rozwoju. Rozmawiam przede wszystkim ze starszymi absolwentami.

– Pozyskujesz pieniądze?

– Pieniądze i sztukę. To dziwny taniec. – Yale zaczął pracę w nowej Galerii Briggów Uniwersytetu Northwestern w tym samym tygodniu sierpnia, w którym Nico zachorował, i do tej pory nie rozpoznał jeszcze zakresu swoich obowiązków. – Oni wiedzą o Charliem. To znaczy koledzy z pracy. I jest w porządku. To galeria, nie bank.

Posmakował drinka. Cuba Libre nie pasował do trzeciego listopada, ale ciepłe popołudnie było jak żywcem wzięte z innej pory roku i właśnie czegoś takiego było mu trzeba. Może cola w drinku zdoła go nawet obudzić.

– Miałeś tę charyzmę Toma Sellecka. Nie znoszę, kiedy blondyni zapuszczają wąsa; meszek na brzoskwini, ble! Bruneci to zupełnie inna bajka! Nie trzeba go było golić! Ale tak też jest okej, bo wyglądasz teraz jak Luke Duke. W pozytywnym sensie. Nie, czekaj, jak Patrick Duffy!

Nie zdołał się roześmiać, więc Fiona przekrzywiła głowę, spojrzała na niego z powagą.

Yale najchętniej ukryłby twarz w jej włosach i zaszlochał, ale się powstrzymał. Przez cały dzień hodował odrętwienie, próbował się go trzymać jak tonący brzytwy. Gdyby to było trzy tygodnie temu, mogliby teraz razem się rozpłakać. A tak rany zdążyły się już zasklepić i na domiar złego doszedł jeszcze pomysł z tą całą imprezą, na której trzeba wszystkim pokazać, że nic się nie dzieje. Że mamy przecież powody do radości.

A kimże Nico był dla Yale’a? Tylko bliskim przyjacielem. Nikim z rodziny, nikim z kochanków. Nico był w istocie pierwszą osobą, z którą Yale naprawdę się zaprzyjaźnił po przyjeździe do miasta, pierwszą osobą, z którą chciał po prostu pogadać – i to nie przy barze, gdzie trzeba krzyczeć, żeby się usłyszeć. Yale uwielbiał rysunki Nica, zapraszał go na naleśniki, pomagał mu się uczyć do GED i powtarzał mu, że ma talent. Kochanek Nica Terrence nie interesował się sztuką, tak samo jak Charlie, więc to Yale zabierał Nica do galerii i na debaty o sztuce, przedstawiał go artystom. Ale jeśli siostra Nica trzymała się tak dobrze, to czy Yale nie powinien jednak być w lepszym stanie?

– Każdy to przeżywa – stwierdziła Fiona.

Jej rodzice wyrzucili Nica z domu, gdy miał piętnaście lat, ale Fiona w tajemnicy przed nimi woziła mu jedzenie, pieniądze i leki na alergię, szmuglowała je do mieszkania, które dzielił z czterema innymi chłopakami na Broadwayu, najpierw wsiadała w pociąg w Highland Park, a w mieście przesiadała się na Elkę. Mając jedenaście lat. Kiedy Nico przedstawiał Fionę, zawsze mówił: „Oto dama, która mnie wychowała”.

Dla jedynych słów, jakie znajdował teraz Yale, nie warto było nawet otwierać ust.

Fiona poradziła mu, żeby przy okazji poszedł obejrzeć piętro.

– Tam to prawdziwy Wersal.

Yale nie mógł wypatrzyć Charliego w gęstniejącym tłumie. Pomimo potężnego wzrostu Charlie lokował się tutaj zaledwie nieco powyżej średniej – i w podobnych sytuacjach Yale był zawsze zdumiony, że nie widzi ponad głowami jego jeża, starannie przystrzyżonej brody, posępnych oczu.

Ale przy Yale’u stał już Julian Ames, właśnie zszedł z piętra.

– Chlejemy od lunchu! Ale mam banię!

Była piąta, niebo nabierało już atramentowej czerni. Julian wsparł się na Yale’u i zachichotał.

– Splądrowaliśmy łazienki. Nie ma tu nic, chyba że zdążył schować. No, okej, ktoś znalazł w lodówce trochę starych poppersów. Ale na co ci poppersy, jak nikt cię nie posuwa?

– Jezu, nie. Poppersy?

– To było poważne pytanie!

Julian z trudem się wyprostował. Na oczy opadł mu pukiel czarnych włosów, który zdaniem Charliego nadawał mu wygląd Supermana. („Albo jednorożca”, dodawał wtedy Yale). Julian odgarnął go na bok i wydął wargi. Jeśli można mu było coś zarzucić, to jedynie to, że był zbyt doskonały. Po wyjeździe z Atlanty dał sobie zrobić nos – większe szanse na karierę aktorską – nad czym Yale ubolewał. Wolał Juliana niedoskonałego.

– I udzieliłem poważnej odpowiedzi. Branie poppersów na imprezie upamiętniającej Nica absolutnie mija się z celem.

– Ale to nie pogrzeb, tylko impreza. I trochę jak… – Julian znów był blisko, szepcząc mu konspiracyjnie do ucha – …jak w tej opowieści Poego o Czerwonym Morze. Po komnatach krąży śmierć, ale my bawimy się na całego.

– Julian. – Yale wychylił swoje Cuba Libre i wypluł do szklaneczki kawałek lodu. – Nie o to chodzi. To nie tak się kończy ta opowieść Poego.

– Nigdy nie byłem dobry w czytaniu lektur do końca.

Julian wsparł brodę na ramieniu Yale’a – miał już taką manierę i Yale zawsze się modlił, żeby tylko Charlie nie spojrzał wtedy na nich. Ostatnie cztery lata upłynęły Yale’owi na zapewnianiu Charliego, że nie ucieknie od niego z kimś takim jak Julian albo Teddy Naples, który z nogami nad ziemią balansował właśnie niebezpiecznie na balustradzie na piętrze i wołał kogoś z parteru. (Teddy był taki mały, że ktoś by go pewnie złapał, gdyby przypadkiem spadł, no ale zawsze – Yale się wzdrygnął i spojrzał w inną stronę). Charlie nie miał powodu do niepokoju, mimo całej ich urody i kokieterii. Z tym że Charlie nigdy się nie wyleczy z niepewności. Chociaż to Yale zaproponował monogamię, Charlie bezustannie rozważał jej rychły upadek. I musiał tę swoją niepewność zafiksować akurat na dwóch najpiękniejszych facetach w całym Chicago. Yale strząsnął z barku Juliana, który uśmiechnął się pijacko i odpłynął w tłum.

W salonie było coraz głośniej, rozgwar rezonował na wyższych kondygnacjach, do środka tłoczyli się kolejni goście. Między nimi krążyli dwaj bardzo ładni i bardzo młodzi mężczyźni z tacami kanapek, faszerowanych pieczarek i jajek w majonezie. Yale się zdziwił, że jedzenie nie jest już kubańskie, tak jak napoje, ale wszystkie imprezy u Richarda miały chyba jeden scenariusz: otwarte drzwi, otwarty bar, chłopcy z kanapkami.

Tak czy owak, było to o niebo lepsze od tego dziwacznego i nieszczerego czuwania poprzedniego wieczoru. Kościół pachniał przyjemnie kadzidłem, ale to pewnie wszystko, co spodobałoby się Nicowi. „Prędzej padłby trupem, niż wziął udział w czymś takim”, powiedział Charlie i kiedy usłyszał sam siebie, zaśmiał się słabo. Rodzice Nica wystosowali do Terrence’a ostrożne zaproszenie, mówiąc, że czuwanie będzie „właściwą porą dla przyjaciół, którzy chcą okazać szacunek Nicowi”. Czytaj: „proszę nie przychodzić do kościoła na mszę pogrzebową”. Czytaj: „w sumie to wolelibyśmy cię nie oglądać nawet podczas czuwania, ale znaj nasze dobre serce”. Terrence jednak pojawił się wczoraj w kościele, razem z ośmioma przyjaciółmi Nica. Ci przyszli głównie dla niego, no i żeby wesprzeć Fionę, bo to ona, jak się okazało, przekonała rodziców do zawiadomienia przyjaciół; powiedziała im wprost, że jeśli tego nie zrobią, wstanie podczas mszy pogrzebowej i o wszystkim powie. Jednak wielu przyjaciół Nica odpuściło sobie czuwanie. Asher Glass oznajmił, że po przekroczeniu progu katolickiego kościoła nie odpowiada za siebie. („Zacznę wrzeszczeć o gumkach! Bóg mi świadkiem!”)

Cała dziewiątka usiadła razem w głębi kościoła, falanga garniturów na obu skrzydłach Terrence’a. Byłoby miło, gdyby facetowi Nica pozwolono wtopić się w tłum i pozostać incognito, lecz nie zdążyli jeszcze usiąść, kiedy Yale już zobaczył, jak jakaś starsza kobieta pokazuje go palcem i mówi mężowi: „Tam. Ten czarny dżentelmen w okularach”. Jakby w kościele był jeszcze drugi czarnoskóry facet, z oczami bez zarzutu. Zresztą nie ona jedna oglądała się za siebie przez całą mszę z zacięciem antropologa, żeby zaobserwować, kiedy – jeśli w ogóle – czarnoskóry osobnik zacznie płakać.

Yale przyciskał dłoń Charliego do uda – nie w ramach jakiejś deklaracji, ale dlatego, że Charlie miał paskudną alergię na kościoły. „Wystarczy, że zobaczę ludzi na klęczkach i śpiewniki na ławkach – mawiał – i już mam na karku pięciotonowe chomąto anglikańskiego poczucia winy”. Tak więc szeroki kciuk Yale’a dyskretnie masował kościsty kciuk Charliego, tak by nikt nie widział.

Krewni dzielili się historyjkami o małym Nicu, jak gdyby Nico zmarł jako nastolatek. Dobra była ta, którą opowiedział ze stoickim spokojem jego poszarzały ojciec: pewnego razu Fiona, miała wówczas siedem lat, chciała dwadzieścia centów na garść szwedzkich żelków, które pani w sklepie sprzedawała z pojemnika przy ladzie. Kiedy ojciec zauważył, że już wydała swoje kieszonkowe, Fiona zaczęła płakać. I wtedy Nico, a miał już jedenaście lat, usiadł na środku przejścia w sklepie i przez pięć minut wykręcał i szarpał swoją piątkę, która dopiero zaczynała się ruszać, aż w końcu ją wyrwał. Było sporo krwi – i ojciec Nica i Fiony, lekarz ortodonta, przeraził się na widok odsłoniętego, ułamanego korzenia. Ale Nico schował ząb do kieszeni i spytał: „Czyli Wróżka Zębuszka przyniesie mi dzisiaj ćwierćdolarówkę, zgadza się?”. Przy Fionie pan doktor Marcus nie mógł zaprzeczyć. „To jak będzie, udzielisz mi kredytu?”

Zgromadzeni wybuchnęli śmiechem i pan doktor Marcus w zasadzie nie musiał już tłumaczyć, że Nico od razu oddał monetę siostrze i że minął jeszcze cały rok, zanim w dziurze po wyrwanym mleczaku pojawił się stały ząb.

Teraz Yale szukał wzrokiem Terrence’a. Zajęło mu to chwilę, ale w końcu go wypatrzył: Terrence siedział w połowie schodów na piętro i otoczony był tak ciasnym kręgiem, że na razie nie można było z nim normalnie pogadać. Yale wziął więc jedną z kanapek z mijającej go właśnie tacy i podał mu ją przez tralki balustrady.

– Zakorkowany jesteś! – krzyknął do niego.

Terrence wsunął kanapkę do ust, wyciągnął znowu rękę i odpowiedział:

– Dawaj jeszcze tego towaru!

Fiona chciała nabrać rodziców, podmienić prochy Nica na popiół z kominka i te prawdziwe oddać Terrence’owi. Trudno powiedzieć, czy mówiła to serio. Ale Terrence nie miał dostać ani prochów, ani w ogóle niczego – poza kotem Nica, którego wziął do siebie, kiedy Nico pierwszy raz trafił do szpitala. Rodzice Nica dali mu wyraźnie do zrozumienia, że gdy następnego dnia zaczną opróżniać mieszkanie Nica, jego ma tam nie być. Nico nie zostawił testamentu. Choroba zaatakowała nagle, jej porażające skutki były natychmiastowe – z początku, przez pierwsze dni, wyglądało to na zwykły półpasiec, ale już miesiąc później przyszły tropikalne gorączki i demencja.

Terrence uczył matematyki w ósmej klasie do tego lata, kiedy Nico zaczął go potrzebować na okrągło, i wtedy też się dowiedział, że sam jest zarażony. Jak teraz przeżyje tę jesień, zimę, bez Nica, bez pracy? Nie była to tylko kwestia finansowa. Terrence kochał szkołę, kochał te dzieciaki.

Miał kilka wczesnych, niespecyficznych objawów, trochę schudł, nie było to jednak jeszcze nic poważnego, nic takiego, co pozwoliłoby mu przejść na rentę. Zrobił sobie test, kiedy Nico zachorował – czy z poczucia solidarności, czy po to, żeby wiedzieć, co do tego Yale nie miał pewności. Leku przecież nie było. Na wiosnę Yale i Charlie zrobili sobie test jako jedni z pierwszych, wyłącznie dla zasady. Pismo Charliego propagowało badania, edukację i bezpieczny seks, nic więc dziwnego, że i on czuł się zobligowany do dania dobrego przykładu. Tak naprawdę jednak Yale po prostu chciał już mieć to za sobą. Uznał, że życie w nieświadomości będzie z gruntu szkodliwe dla jego zdrowia. Kliniki jeszcze nie oferowały testów, oferował je za to doktor Vincent. Kiedy Yale i Charlie otrzymali negatywne wyniki, odkorkowali szampana. Toast był rzeczowy, butelki nawet nie dopili do końca.

Julian był znowu przy uchu Yale’a:

– Idź po nowego drinka, zaraz będzie pokaz slajdów.

– Pokaz slajdów?

– No wiesz. Richard.

Przy barze Yale spotkał Fionę, rozmawiała z gościem, którego nie znał; wyglądał na heteryka, miał szczękę boksera. Fiona okręcała sobie jasne włosy wokół palca. Piła za szybko, w dłoni trzymała pustą już szklaneczkę. Musiała wziąć ją po oddaniu Yale’owi swojego napoczętego drinka, a Fiona ważyła góra czterdzieści pięć kilo. Dotknął jej ramienia.

– Pamiętasz o jedzeniu? – spytał.

Zaśmiała się, spojrzała na swojego rozmówcę i znów się roześmiała.

– Yale – ucieszyła się i pocałowała go w policzek, na tyle mocno, że pewnie zostawiła na nim ślad szminki. Obróciła się do tamtego i rzekła: – Mam dwustu starszych braci. – Yale się bał, że Fiona lada chwila padnie. – Ale, jak sam widzisz, ten ma najwięcej kindersztuby. No i spójrz na jego ręce. Tylko spójrz.

Yale uważnie przyjrzał się swojej dłoni; wszystko wyglądało na swoim miejscu.

– Nie! – skarciła go. – Mówię o grzbietach! Nie wyglądają jak łapy jakiegoś zwierza? Są pokryte sierścią! – Przeciągnęła palcem po czarnych włosach gęsto porastających zewnętrzną krawędź dłoni Yale’a. I teatralnym szeptem powiedziała do tamtego: – Ma to też na stopach!

Po chwili Fiona spojrzała na Yale’a i spytała:

– Ty, z ciotką rozmawiałeś?

Yale zlustrował salon. Widział tylko kilka kobiet i żadna nie mogła mieć więcej niż trzydzieści parę lat.

– Na czuwaniu? – spytał.

– Nie. Ciotka nie prowadzi auta! Ale musieliście rozmawiać, bo jej powiedziałam. A od tego będzie już, słuchaj, ładnych parę miesięcy. I powiedziała mi, że rozmawiała.

– Twoja ciotka?

– Nie, ciotka mojego ojca. Ona kochała Nica. Yale, musisz o tym wiedzieć. Ona go kochała.

– Daj jej coś do jedzenia – zwrócił się Yale do heteryka.

Gość skinął głową. Fiona poklepała Yale’a po piersi i odwróciła się, jakby to on był w tej rozmowie zupełnie nielogiczny.

Yale zdobył nowego drinka, prawie czysty rum, i rozejrzał się po sali w poszukiwaniu Charliego. Czy to nie tam widzi jego zarośnięty podbródek, jego niebieski krawat? Ale kurtyna ludzka znowu się zasunęła, a Yale nie miał takiego wzrostu, żeby spojrzeć ponad głowami tłumu. W tej samej chwili jednak Richard przygasił lampy i rozwinął ekran, i Yale widział już tylko ramiona i plecy pchające go w tamtą stronę.

Jeżeli Richard Campo miał w życiu jakąś pracę, to był fotografem. Yale nie miał pojęcia, skąd Richard bierze pieniądze, za które może ciągle kupować sobie fajne aparaty i czas potrzebny na wałęsanie się po mieście i pstrykanie niepozowanych zdjęć, robił też sporadyczne śluby. Niedługo po przenosinach do Chicago Yale wylądował na plaży na Belmont Rocks z Charliem i jego przyjaciółmi, choć on i Charlie wtedy nie byli jeszcze parą. To był raj, choć Yale zapominał ręcznika i zawsze się spalił. Faceci robiący to w biały dzień! Gejowski świat ukryty przed spojrzeniami miasta, za to otwarty frontem na wielkie jezioro Michigan. No i bywał tam z nimi jeden z przyjaciół Charliego, gość o falujących, przedwcześnie posiwiałych włosach, który tylko siedział w tych swoich limonkowych gejowskich kąpielówkach i pstrykał im fotki nikonem, ładował nowy film i potem pstrykał każdego z nich z osobna. „Co to za perwers?”, spytał raz Yale, na co Charlie odpowiedział: „Niewykluczone, że geniusz”. To właśnie był Richard. Oczywiście Charlie widział geniusza w nich wszystkich, popychał ich to w tę, to w tamtą stronę, żeby odkryć ich pasje i je stymulować, ale Richard naprawdę miał talent. Richard nigdy nie był dla niego kimś bliskim – Yale do tej pory nie przekroczył nawet progu jego domu – lecz z czasem do niego przywykł. Richard był zawsze gdzieś na peryferiach, Richard tylko patrzył i fotografował. Dobre piętnaście lat starszy od pozostałych: ojcowska troska, chęć rozpieszczania, gotowość postawienia następnej kolejki. To on zasilił kasą pismo Charliego w jego pierwszych dniach istnienia. A to, co z początku wydawało się dziwactwem, w ciągu ostatnich kilku miesięcy stało się dla nich sprawą wielkiej wagi. Słysząc trzask migawki, Yale łapał się często na myśli: „Chociaż to pstryknął”. Czytaj: cokolwiek będzie – za trzy lata, za dwadzieścia – ta chwila już nie przeminie.

Ktoś majstrował przy adapterze i kiedy pojawił się pierwszy slajd (Nico i Terrence rok temu, podczas wznoszenia toastu na dwudziestych urodzinach Fiony), rozbrzmiało akustyczne intro do Ameriki, wersja z koncertu Simona i Garfunkela w Central Parku. Ulubiony utwór Nica, który traktował go jak jakiś protest song, a nie zwykłą piosenkę o podróży przez Stany. W tamten wieczór przed rokiem, gdy Reagan wygrał reelekcję, wściekły Nico puszczał ją w kółko na szafie grającej w Little Jim’s tak długo, aż w końcu już cały pijany bar śpiewał o zagubieniu, liczeniu aut i szukaniu Ameryki. I tak samo było teraz.

Yale nie mógł się przemóc i nie śpiewał z innymi. I choć wiedział, że nie tylko on będzie płakał, czuł, że nie zdoła wytrzymać tego pokazu. Wycofał się z tłumu i wszedł na kilka stopni prowadzących na piętro, spoglądając na morze głów w salonie. Wszyscy stali jak zahipnotyzowani, niezdolni oderwać oczu od ekranu. A jednak nie tylko on zrezygnował z oglądania. Teddy Naples stał już przy ciężkich frontowych drzwiach rezydencji, już wsuwał ramiona w swoją marynarkę i wolno przekręcał gałkę. Zazwyczaj Teddy był jak piłka naładowana energią kinetyczną, podskakiwał w miejscu jak sprężyna i wystukiwał palcami rytm melodii słyszalnej tylko dla niego. Teraz jednak poruszał się niczym duch. Może to nie był głupi pomysł. Gdyby Yale nie był uwięziony po drugiej stronie tłumu, poszedłby pewnie w ślady Teddy’ego. Nie poszedłby sobie, tylko wyszedłby na dwór, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza.

Slajdy: Nico w spodenkach, na piersiach przypięty numer. Nico i Terrence oparci o drzewo, obaj pokazują środkowy palec. Nico z profilu, w czarnym płaszczu i pomarańczowym szaliku, z papierosem między wargami. I niespodziewanie sam Yale, wtulony w zgięte ramię Charliego, po drugiej stronie Nico: sylwestrowa impreza na cześć pisma Charliego. Nico był projektantem grafiki dla „Out Loud Chicago”, miał też tam regularny strip i właśnie zaczął się bawić w projektowanie scenografii dla teatru. Doskonały samouk. To miało być dopiero preludium do jego życia. Nowy slajd: Nico śmieje się z Juliana i Teddy’ego, wtedy na Halloween, kiedy przebrali się za Sonny’ego i Cher. Nico otwiera prezent. Nico trzyma puchar lodów czekoladowych. Nico w zbliżeniu, połyskujące zęby. Kiedy Yale widział go ostatnim razem, Nico był nieprzytomny – i nagle z ust i nosa zaczął toczyć pianę, jakąś taką paskudną białą pianę. Terrence wybiegł na korytarz, wołając pielęgniarkę, i wtedy wpadł na wózek sprzątaczki i zranił się w kolano, a te pierdolone piguły bardziej były przejęte tym, czy Terrence nie zostawił gdzieś krwi, niż tym, co się dzieje z Nikiem. A teraz, na kolejnym slajdzie, jego pełna, piękna twarz – i tego już było Yale’owi za wiele. Wbiegł po schodach na piętro.

Bał się, że w pokojach będzie pełno gości naprutych po poppersach, ale akurat pierwszy z brzegu był pusty. Yale zamknął drzwi i usiadł na łóżku. Na zewnątrz było już ciemno, rzadko rozstawione latarnie Belden ledwo oświetlały ściany i podłogi. Yale nie wiedział, jak było z innymi pomieszczeniami, ale przynajmniej ten pokój Richard musiał urządzić na nowo po wyprowadzce tajemniczej żony. Po obu stronach szerokiego łoża stały dwa krzesła obite czarną skórą. Na ścianie wisiała niewielka półka z książkami o sztuce. Yale odstawił szklaneczkę na podłogę i położył się na wznak, wbił wzrok w sufit i zaczął wykonywać sztuczkę z powolnym oddychaniem, której nauczył go Charlie.

Przez całą jesień karbował sobie w pamięci listę regularnych ofiarodawców galerii. I teraz, żeby wyciszyć rozgwar parteru, robił to samo co często w domu, kiedy nie mógł zasnąć: wyliczał wszystkich darczyńców zaczynających się na literę „A”, potem wszystkich na „B”. Spora część tej nowej listy pokrywała się z listą osób, z którymi współpracował przez ostatnie trzy lata w Instytucie Sztuki, ale były na niej również setki nowych nazwisk – absolwenci Northwestern, typy z North Shore – które powinien natychmiast kojarzyć.

Ostatnio wyliczanie nazwisk budziło w nim dziwny niepokój – sprawę otaczała nużąca aura zażenowania. Przypomniał sobie, jak miał osiem lat i spytał ojca, czy w okolicy mieszkają jeszcze jacyś Żydzi („Czy Rothmanowie są Żydami? A Andersenowie?”), na co ojciec potarł podbródek i odpowiedział: „Dajmy sobie z tym spokój, kolego. Historia nas uczy, że kiedy robi się listy Żydów, zaczynają dziać się złe rzeczy”. Ile lat musiało upłynąć, żeby Yale sobie uświadomił, że to dziwactwo typowe dla jego ojca, dla wyhodowanej przez niego odmiany nienawiści do samego siebie. Ale Yale był młody i łatwo ulegał wpływom. I może dlatego recytowanie nazwisk zaczęło go złościć.

Albo i nie; może tu chodziło o coś innego: ostatnio prowadził przecież dwie równoległe listy – listę ofiarodawców i listę chorych. Spis osób, które mogły ofiarować galerii dzieła sztuki albo pieniądze, i spis przyjaciół, którzy mogli zachorować; wielcy darczyńcy, których nazwisk człowiek nie zapomni, i przyjaciele, których już nie ma na tym świecie. Nie byli to jednak Yale’a bliscy przyjaciele – aż do tego dnia. Byli to raczej znajomi, przyjaciele przyjaciół: Jonathan, dawny współlokator Nica; dwóch właścicieli galerii; barman; znajomy z księgarni. Ile to w sumie – sześć? Sześć osób, o których wiedział, goście, z którymi witał się w barze przelotnym „cześć”, których znał tylko z imienia, tego częściej używanego, bo nazwiska z pewnością nie potrafiłby już sobie przypomnieć. Był na trzech nabożeństwach żałobnych. Ale od teraz nowa lista: jeden bliski przyjaciel.

Poprzedniego roku Yale i Charlie byli na spotkaniu informacyjnym, które prowadził gość z San Francisco. Facet powiedział: „Znam chłopaków, którzy nie stracili nikogo. Grupy, które nie zostały nawet draśnięte. Ale znam też osoby, którym ubyło dwudziestu przyjaciół. Opustoszały całe kamienice”. I Yale – jak idiota, jak desperat – pomyślał sobie, że może on znajdzie się w tej pierwszej grupie. Co z tego, że przez Charliego znał praktycznie każdego w Boystown. Co z tego, że wszyscy jego przyjaciele chcieli być najlepsi w swoich dziedzinach – i chyba też w tej nowej, przerażającej dyscyplinie.

Na szczęście dla Yale’a – i dla Charliego – spotkali się wtedy, kiedy się spotkali, i zakochali się w sobie tak szybko. Byli razem od lutego osiemdziesiątego pierwszego i – ku konsternacji niemal całego środowiska – mieli na siebie wyłączność od jesieni tego samego roku. Tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty pierwszy to nie było wcale za wcześnie, żeby się zarazić – bynajmniej – ale nie żyli w San Francisco, nie żyli w Nowym Jorku. Tutaj, dzięki Bogu, życie toczyło się znacznie wolniej.

Jak Yale mógł zapomnieć, że nie znosi rumu? Zawsze miał po nim podły nastrój i rozregulowany żołądek. Suszyło go, miał gorączkę.

Tuż obok drzwi pokoju na korytarzu znalazł łazienkę wielkości garderoby. Usiadł na zimnym sedesie, spuszczając głowę między kolana.

Na jego liście chłopaków, którzy mogli zachorować, którzy nie zachowywali należytej ostrożności, którzy już może nawet byli chorzy: no cóż, na pewno Julian. Richard. Asher Glass. Teddy – o Boże, Teddy Naples, który twierdził, że raz zdołał nie wychodzić z sauny Man’s World przez pięćdziesiąt dwie godziny, że tylko drzemał (przy odgłosach seksu i głośnej, rytmicznej muzyki) w prywatnych pokoikach, które starsi jegomoście wynajmowali dla swoich kochanków, a żywił się snickersami z automatu.

Teddy był przeciwnikiem testów, bał się, że wyniki badań mogą zostać powiązane z nazwiskami i wykorzystane przez rząd, wykorzystane tak samo jak listy Żydów. Tak przynajmniej mówił. Może był po prostu przerażony, tak jak wszyscy. Teddy robił doktorat z filozofii na Loyoli i miał skłonność do opakowywania porażająco przeciętnych uczuć w prawdziwe traktaty. Teddy i Julian co jakiś czas spędzali noc ze sobą, ale Teddy zasadniczo dryfował między Kierkegaardem, barami i klubami. Yale zawsze przypuszczał, że Teddy ma co najmniej siedem odrębnych grup przyjaciół i ta nie zajmowała na jego liście szczególnie wysokiej pozycji. O czym mogło świadczyć jego szybkie wyjście z imprezy. Może ten pokaz slajdów to był już dla niego ten jeden krok za daleko, tak jak dla Yale’a, a może wyszedł na zewnątrz, żeby zrobić sobie rundkę po okolicy, choć Yale w to wątpił. Teddy miał do wyboru inne miejsca, lepsze imprezy.

No i była lista znajomych, którzy już byli chorzy i choć ukrywali liszaje na ramionach, nie ukrywali twarzy; ci straszliwie kaszleli, chudli, czekali na pogorszenie – albo leżeli w szpitalu czy lecieli do domu, żeby umrzeć blisko rodziców, żeby lokalna gazeta w ich rodzinnym mieście napisała, że zmarli na gruźlicę. Na razie było ich tylko paru, ale na tej liście było dużo miejsca. Zdecydowanie za dużo.

Yale w końcu znowu się dźwignął, tym razem, żeby nalać do filiżanki wody z kranu i spryskać sobie twarz. W lustrze wyglądał strasznie: sińce pod oczami, oliwkowo blada cera. Trochę bolało go serce, ale to nic nowego – serce go zawsze trochę bolało.

Pokaz slajdów musiał już się skończyć i gdyby Yale spojrzał z góry na salon, pewnie wypatrzyłby gdzieś Charliego. Mogliby wtedy razem się wymknąć. Może nawet zamówiliby taksówkę i Yale mógłby oprzeć głowę o okno. W domu Charlie rozmasowałby mu kark i pewnie by się uparł, żeby mu zrobić herbatę. To byłoby cudowne.

Otworzył drzwi łazienki i usłyszał zbiorową ciszę, jak gdyby wszyscy wstrzymywali oddech, słuchając jakiegoś przemówienia. Tylko że Yale jakoś nie słyszał, żeby ktoś coś mówił. Spojrzał z piętra na dół, w salonie nikogo nie było. Wszyscy gdzieś się wynieśli.

Powoli zszedł po schodach, nie chciał dać się niczym zaskoczyć. Nagły dźwięk mógłby sprowokować wymioty.

Ale w salonie usłyszał tylko szum adaptera, talerz z płytą obracał się jeszcze po wygraniu ostatniej piosenki, ramię z igłą spoczywało już na widełkach z boku. Stoły i oparcia kanap obstawione były butelkami piwa i szklaneczkami Cuba Libre, napoje były przeważnie niedopite. Na dużym stole leżały porzucone tace z kanapkami. Yale’owi przez głowę przemknęła myśl o nalocie, nalocie policji, ale to była przecież prywatna rezydencja, wszyscy na imprezie byli pełnoletni i nie zajmowali się raczej niczym nielegalnym. Ktoś mógł mieć przy sobie odrobinę ziela, ale bez przesady.

Jak długo był na górze? Może dwadzieścia minut. No, może trzydzieści. Yale pomyślał, że mógł zasnąć na łóżku, że mogła być już druga w nocy. Ale nie, chyba że mu stanął zegarek. Pokazywał dopiero za kwadrans szóstą.

Yale robił z siebie idiotę, a wszyscy byli w ogródku. Takie rezydencje mają ogródki. Przeszedł przez pustą kuchnię, przez wypełniony książkami gabinet. Znalazł drzwi na tyłach, ale były zamknięte na klucz. Osłonił oczy dłońmi, przytknął je do szyby: markiza w paski, kupa suchych liści, księżyc. Ani żywej duszy.

Odwrócił się i zawołał:

– Eeej! Richard! Ludzieee! Eeej!

Przeszedł do drzwi wejściowych – też były zamknięte na klucz, zaczynało się robić bardzo ciekawie – i trochę się musiał namęczyć, nim w końcu je sforsował. Na ciemnej ulicy nie było nikogo.

Do głowy przyszła mu niejasna, absurdalna myśl, że to koniec świata, że doszło do jakiejś apokalipsy i tylko on jeden został zapomniany. Roześmiał się pod nosem, ale zarazem: nie widział ruchomych cieni w oknach sąsiadów. W domach naprzeciwko paliły się światła, lecz i tutaj lampy się świeciły. Na skrzyżowaniu przy końcu kwartału sygnalizator pokazywał na zmianę światła: zielone, żółte, czerwone. Yale słyszał nieokreślony szum samochodów w oddali, ale mógł to też być wiatr, prawda? Albo nawet jezioro. Yale z nadzieją nasłuchiwał, czy nie usłyszy karetki, klaksonu, samolotu przelatującego przez ciemne niebo. Nic.

Wrócił do domu i zamknął drzwi.

– Ludzieee! – krzyknął znów.

I wtedy poczuł, że robią go w konia, że zaraz skądś wyskoczą, wybuchając śmiechem. Ale to była przecież impreza ku pamięci Nica, no tak czy nie? Nie byli już przecież w dziesiątej klasie. Nie wszyscy bez przerwy kombinowali, jak by go tu skrzywdzić.

Zobaczył swoje odbicie w kineskopie telewizora. Ciągle tu był, ciągle był widzialny.

Na oparciu krzesła dostrzegł znajomą niebieską wiatrówkę, nosił ją Asher Glass. Kieszenie były puste.

Uznał, że musi się ewakuować. Tylko gdzie tu się teraz podziać?

Popielniczki ginęły pod stertami niedopałków. Żaden papieros nie był niedopalony, żaden nie został zduszony w pośpiechu. Komiksy Nica, na początku imprezy wyłożone na stolikach i na barze, teraz walały się po całym salonie – zapewne nie tak to miało wyglądać, ale tak właśnie wyszło – i Yale schylił się po jeden z nich. Drag queen Martina Luther Kink. Głupiutka puenta o tym, że też miała sen.

Zajrzał do każdego pokoju na dole, otworzył każde drzwi – spiżarnia, garderoba z płaszczami, schowek na odkurzacze – aż natrafił na ścianę zimnego powietrza nad prowadzącymi do podziemia betonowymi schodami. Znalazł włącznik i ruszył w dół. Pralki, skrzynie, dwa zardzewiałe rowery.

Wrócił na parter, a potem wszedł na samą górę, na drugie piętro – gabinet, mała siłownia, jakiś magazynek – po czym zszedł piętro niżej i pootwierał wszystkie drzwi. Zdobione mahoniowe komody, łóżka z baldachimem. Sypialnia gospodarzy, cała w bieli i zieleni. Jeśli to było dzieło owej żony Richarda, wyszło jej całkiem nieźle. Na ścianie fotografia Diane Arbus, ta z chłopcem trzymającym granat.

Przy łóżku Richarda stał telefon i Yale podniósł słuchawkę. Przez chwilę słuchał sygnału – co za ulga – i powoli wykręcił własny numer domowy. Nikt nie odebrał.

Chciał usłyszeć jakiś głos, głos człowieka, więc wcisnął przycisk na aparacie i zadzwonił na informację.

– Poproszę nazwisko, imię i miasto – odezwała się telefonistka.

– Halo? – Yale chciał się upewnić, że nie słyszy nagrania.

– Tu informacja telefoniczna. Zna pan nazwisko osoby, do której chce pan zatelefonować?

– Tak… Marcus. Nico Marcus z North Clark w Chicago. – Przeliterował nazwisko i adres.

– Mam N. Marcus na North Clark. Połączyć?

– Nie… nie, dziękuję.

– Proszę się nie rozłączać, podyktuję panu numer.

Yale odłożył słuchawkę.

Jeszcze raz obszedł cały dom i wreszcie stanął pod drzwiami frontowymi. Nikt go nie słyszał, lecz mimo to zawołał:

– Idę! Wychodzę!

Po czym przestąpił próg i wyszedł w mrok.

 

 

 

 

 

2015

 

 

 

 

 

Kiedy znaleźli się nad Atlantykiem, gostek przy okienku nagle się ocknął. Spał od samego Chicago i w tym czasie Fiona zabijała czas fantazjowaniem o tym, jak bardzo go pożąda. Od godziny trzymała na kolanach otwarte czasopismo linii lotniczej, ale cała jej lektura sprowadzała się do rolowania wte i wewte rogu kartki z krzyżówką. Facet był zbudowany jak alpinista, do tego obrazu pasowały też jego ubranie, włosy i broda (niechlujna, jak cała reszta: sięgające prawie do barków kręcone włosy, umazane niebieskim atramentem szorty). Spał oparty czołem o fotel przed nim, a kiedy uniósł głowę i mrużąc oczy, zaczął się rozglądać, Fiona uzmysłowiła sobie, że do tej pory nie widziała jeszcze jego twarzy. Wymyśliła mu własną, więc ta prawdziwa – choć przystojna i ogorzała – wydała się jej niewłaściwa. Po mięśniach jego odsłoniętych ud, po pełni ramion zorientowała się już, że jest dla niej za młody. Ledwo po trzydziestce.

Wyciągnął plecak spod swojego fotela i zaczął w nim grzebać. Siedział przy oknie, ona przy przejściu. Pomacał się po kieszeniach, ogarnął dłońmi siedzenie wokół siebie. Ponownie zaczął grzebać w plecaku, wyciągając z niego różności: zrolowane skarpety, foliowy woreczek z pastą do zębów i płynem do płukania ust, niewielki notes. Obrócił się do Fiony i spytał:

– Coś do picia?

Nie była pewna, czy dobrze go zrozumiała. Mogłaby to uznać za propozycję postawienia jej drinka, gdyby nie to, że pytał poważnie, to nie był flirt.

– Przepraszam, nie zrozumiałam.

– Kupowałem coś do picia? W samolocie? – Facet mówił trochę niewyraźnie.

– A, nie. Spał pan.

– Ja pierdolę – odrzekł na to, odchylając głowę do tyłu tak mocno, że grdyką wycelował w sufit.

– Stało się coś?

– Zostawiłem portfel w barze – wyszeptał, jak gdyby wypowiedzenie tych słów na głos mogło zmienić je w prawdę. – Na lotnisku w Chicago.

– Cały portfel?

– Taki duży, ze skóry. Nie widziała go pani, co? – Z nagłym ożywieniem zajrzał do siatki z czasopismami na oparciu fotela przed sobą, potem fotela przed nią. – Ja pierdolę. Dobrze, że mam chociaż paszport, ale i tak dupa.

Wczuła się w jego położenie i przeraziła się. Coś takiego mogłaby sama wywinąć w swoich szalonych latach. Zostawić torebkę w jakimś klubie, obudzić się na drugim końcu miasta bez żadnego pomysłu na to, jak wrócić do domu.

– Może zawołamy stewardesę?

– Nic mi nie pomoże. – Pokręcił z niedowierzaniem głową, długie pukle trąciły o brodę. Zaśmiał się krótko, gorzko. – Jebany alkoholik, kurwa. Ja pierdolę. Co za debil ze mnie.

Nie potrafiła stwierdzić, czy mówi poważnie. Który alkoholik mówi tak otwarcie o swojej chorobie? Z drugiej strony – czy ktoś by tak mówił, gdyby nie miał do tego powodów?

– Ma pan w Paryżu przyjaciół, znajomych, którzy mogą panu pomóc? – spytała.

– Jest jedna babka, miałem zatrzymać się u niej przez weekend. Ale nie sądzę, żebym mógł zostać u niej dłużej.

I nagle do niej dotarło: to wszystko ściema. To taka historyjka obliczona na znalezienie frajera. I teraz powinna spojrzeć na niego z matczyną troską, wcisnąć mu stówkę do ręki i powiedzieć: „Masz, chyba ci się przyda”. Gdyby była w jego wieku, poszedłby jeszcze w podryw.

– Koszmar – powiedziała. Zrobiła współczującą minę i przewróciła stronę czasopisma. W sumie to mogła mu powiedzieć: „Mam większe problemy niż ty, kolego”. Mogła mu powiedzieć: „Gorsze rzeczy można w życiu zgubić”.

Kiedy pogasły światła, Fiona przekręciła się twarzą do przejścia i ułożyła głowę na cienkiej poduszce.

Na pewno nie zmruży oka, ale dobrze będzie wszystko sobie powoli przemyśleć. W Paryżu czeka na nią milion decyzji, a poprzedni tydzień upłynął jej pod znakiem gorączkowego planowania w panicznym pośpiechu, lecz przez te osiem godzin litościwy los nie pozwoli jej robić absolutnie niczego. Posiedzieć w samolocie, czy nawet w autobusie – nic więcej dorosły człowiek nie może już zrobić, żeby się zbliżyć do cudnej bezradności okresu niemowlęctwa. Fionę zawsze brała irracjonalna zazdrość, kiedy Claire zaczynała chorować. Przynosiła jej wtedy książki, chusteczki i żelki rozpuszczone w ciepłej wodzie, opowiadała jej historyjki i marzyła o tym, by zamienić się z córką miejscami. Po części dlatego, że chciała oszczędzić jej cierpień choroby, ale również po to, żeby i jej ktoś pomatkował. Tylko w chorobie Claire pozwalała się Fionie rozpieszczać, tylko w chorobie zgadzała się układać w jej ramionach do spania – jej ciało było rozpalone od gorączki, okalające czoło i szyję miękkie włosy skręcały się i kleiły od potu. Fiona głaskała gorące uszko córki, jej gorącą łydkę. Kiedy Claire podrosła, wszystko się zmieniło – córka chciała być sama z książką czy laptopem – nadal jednak pozwalała Fionie przynieść sobie zupę, przysiąść na chwilę na brzegu materaca. A to już było coś.

 

 

Musiała trochę przysnąć, ale przez zmianę czasu, włączone światła w części pasażerskiej i pogoń za słońcem nie była wcale pewna, czy spała trzydzieści minut, czy może raczej pięć godzin. Jej towarzysz podróży chrapał z głową wspartą na barku.

Samolot przechylił się gwałtownie i stewardesa przeszła korytarzem, przyciskając koniuszkami dwóch palców wszystkie klapy schowków nad głowami pasażerów. Bagaż zabezpieczony. Fiona najchętniej zostałaby w tym samolocie do końca świata.

Jej sąsiad obudził się dopiero wtedy, gdy podano śniadanie. Zamówił kawę, minę miał niewyraźną.

– W sumie to napiłbym się whisky – odezwał się do Fiony. Nie zaofiarowała się, że mu postawi. Uniósł zasłonę okna. Nadal mrok. – Siedemset sześćdziesiątki siódemki. Nie lubię tych samolotów.

Połknęła haczyk.

– Dlaczego?

– Bo w poprzednim wcieleniu latałem takimi. W jednym z moich wielu poprzednich wcieleń. Nie lubię ich kąta natarcia przy lądowaniu.

Czy to miała być kolejna faza ściemy? Początek opowieści o życiowym pechu, o tym, że stracił pracę, może nawet żonę? Na oko był za młody na poprzednie wcielenia lub na jedno poprzednie wystarczająco długie, żeby zdążył polatać takim kolosem. Czy do tego nie trzeba lat doświadczenia?

– To nie jest bezpieczna maszyna? – spytała.

– Wie pani, jest całkowicie bezpieczna i całkowicie niebezpieczna. W końcu lecimy nad oceanem na złamanie karku. Czego się pani spodziewa?

Wydawał się na tyle trzeźwy, że nie musiała się bać, że zwymiotuje jej na kolana albo położy jej rękę na udach. Był tylko trochę za głośny. Mimo że była uprzedzona, wdała się z nim w rozmowę. Miała jakieś zajęcie. I była ciekawa, co jej jeszcze powie, jak się ta ściema dalej rozwinie.

Powiedział jej, że każdej maszynie, na której latał, nadawał jakieś imię, na co ona odpowiedziała, że jej córka miała w zwyczaju dawać imiona wszystkiemu – szczoteczkom do zębów, ludzikom Lego, pojedynczym sopelkom za oknem jej pokoju.

– Niezły odpał – dodał, co zabrzmiało jakby trochę za mocno.

Kiedy kołowali do terminalu, spytał ją, czy była już w Paryżu.

– Tylko raz – odrzekła. – W szkole średniej.

Roześmiał się.

– To teraz będzie inaczej, co?

Nie pamiętała zbyt wiele z tamtego wyjazdu, tylko pozostałych członków szkolnego Klubu Francuskiego i chłopca, którego bardzo chciała pocałować, a który koniec końców dał się nakryć w łóżku z Susanną Marx. Pamiętała, że paliła trawkę i nie jadła nic innego poza croissantami. Wysyłała pocztówki do Nica, które on dostał długo po jej powrocie do domu. Czekała w kolejce do Luwru i wieży Eiffla z poczuciem, że powinna to wszystko jakoś bardziej przeżywać. Wybrała francuski wyłącznie po to, by zrobić na złość matce, która uważała, że jej córka powinna mówić po hiszpańsku.

Spytała go, czy sam już tu był, ale zaraz dodała:

– No tak, był pan przecież pilotem… – Zapomniała o tym, bo mu nie uwierzyła.

– Drugie najlepsze miasto na świecie – powiedział.

– Które jest pierwsze?

– Chicago – odrzekł, jakby stwierdzał rzecz oczywistą. – Paryż nie ma Cubsów. Pani będzie na lewym czy prawym brzegu?

– Och, zdaje się, że chyba gdzieś pomiędzy. Mój przyjaciel mieszka na Île Saint-Louis.

Nawet nieźle to zabrzmiało, zdecydowanie bardziej glamour niż desperado.

Mężczyzna aż zagwizdał.

– Fajny przyjaciel.

Może nie powinna tego mówić, nie powinna tworzyć wyobrażenia, że jest bogatą frajerką, którą można naciągnąć na grubą kasę. Ale czuła się w tej wersji historii tak cudownie ciepło, postanowiła pociągnąć ten wątek dalej.

– Faktycznie to… słyszał pan może o fotografiku Richardzie Campie?

– Jasne, że słyszałem. – Spojrzał na nią, czekając na ciąg dalszy. – Co… to on jest pani przyjacielem?

Skinęła głową.

– Znamy się od lat.

– Ożeż… Pani tak na serio? Bo ja mam fioła na punkcie sztuki. Ale zawsze mylę Campa z Richardem Avedonem. Campo zrobił te zdjęcia na łożu śmierci?

– Tak, on. Jest bardziej wyrazisty od Avedona.

– Nawet nie wiedziałem, że facet jeszcze żyje. Idź pan w...

– Nie powiem mu, że tak pan o nim myśli.

Tak naprawdę to nie miała pojęcia, jak Richard się trzyma. Miał osiemdziesiątkę i ciągle pracował, a kiedy kilka lat temu był przejazdem w Chicago na wystawie w MCA, garbił się, ale tryskał werwą i rozpływał się w zachwytach nad dwudziestodziewięcioletnim francuskim publicystą, który był najwidoczniej miłością jego życia.

Długo czekali, nim samolot podkołuje do bramy. On spytał Fionę, czy planuje maraton po muzeach z Campem, na co ona odparła, że przyjechała do Paryża przede wszystkim zobaczyć się z córką. Co było prawdą – w najbardziej optymistycznym znaczeniu tych słów.

– I jej córeczką – dodała. – Moją wnuczką.

Roześmiał się, ale zaraz się zorientował, że powiedziała to poważnie.

– Nie wygląda pani…

– Dziękuję – odrzekła krótko.

Poczuła ulgę, kiedy z brzdękiem zgasła sygnalizacja zapięcia pasów. Gość nie będzie miał czasu na zadawanie pytań, na które nie miała żadnych odpowiedzi. („Która dzielnica? Ile lat ma wnuczka? Jak ma na imię?”)

Czekała, aż w korytarzu zrobi się miejsce i będzie mogła wstać.

– Może pański portfel znajdzie się w walizce? – Wskazała ręką schowek na bagaż.

– Torbę nadałem w Chicago.

Wierzyła mu teraz bardziej, ale nie aż tak, żeby zaproponować pomoc finansową.

– Mogę pana zabrać do mojej taksówki, jeśli jakoś to pana urządzi.

Uśmiechnął się szeroko, zęby miał ładne. Kanciaste i białe.

– Transport to akurat mam.

W końcu zrobiło się luźniej w korytarzu i Fiona wstała, strzyknęło jej w kolanach.

– Powodzenia – rzekła.

I choć nie mógł mieć pojęcia, jak bardzo będzie Fionie potrzebne, życzył jej tego samego.

Wyciągnęła ze schowka swoją ciężką walizkę. Za pigułkami okien wschodziło różowe słońce.

 

 

 

 

 

1985

 

 

 

 

 

Yale z ulgą usłyszał samochód telepiący się w dół Belden. Po drugiej stronie ulicy ktoś otwierał drzwi domu.

Gdyby poruszał się szybciej, dojście do mieszkania zajęłoby mu najwyżej pół godziny – on jednak człapał tak wolno, jak tylko potrafił. Nie chciał wejść do pustego mieszkania czy – co byłoby jeszcze gorsze – zastać tam Charliego, który zaraz chciałby mu opowiedzieć, co takiego okropnego się wydarzyło, że wszyscy musieli się ewakuować z rezydencji Richarda. Nagła choroba, kolejna śmierć. Może włączyli telewizor i w najnowszych wiadomościach było coś o Rosji, coś tak niepokojącego, że natychmiast musieli rozbiec się do domów, poczynić przygotowania.

Skręcił w Halsted: długa prosta do własnego łóżka. Zaglądał w okna wystawowe, stawał na czerwonym świetle, choć mógł spokojnie przechodzić na drugą stronę ulicy. Puszczał innych przodem. Może się spodziewał, że reszta towarzystwa zaraz stanie za nim, że mu powiedzą, że ruszyli na miasto i ze zdziwieniem spostrzegli, że Yale się gdzieś zapodział.

Zaszedł znacznie dalej, niż to było potrzebne, przeszedł skrzyżowanie na rogu swojej ulicy. Patrzył w okno każdego mijanego baru – a gdzie szyby były lustrzane albo zamalowane na czarno, tam wchodził do środka – i szukał spojrzeniem Charliego, Fiony, kogokolwiek z nich.

W jednej ciemnej bramie stał jakiś facet, opierał się o automat z papierosami, rękę trzymał zawieszoną na rozporku spodni.

– Ej – zaczepił Yale’a. Był nawalony, głos bulgotał mu od śliny. – Ej, królewicz! Byłaby robota dla takiego pięknisia.

W następnym, prawie pustym barze telewizor na ścianie pokazywał nie wiedzieć czemu 60 minut zamiast pornosa czy wideoklipów. Gigantyczny stoper odmierzał upływający czas. Czyli to nie wojna nuklearna, przynajmniej nie to. Żadnych sensacyjnych wiadomości.

Bolały go już nogi, zrobiło się późno. Przy posterunku policji zatrzymał się i ruszył z powrotem drugą stroną ulicy, aż do teatru na rogu Briar. Skręcił i spojrzał, czy na drugim, ostatnim piętrze palą się u nich światła. Ciemno.

Nie wszedł do środka. Powoli minął wejście i półtora kwartału dalej na wschód doszedł do małego niebieskiego domu z czarnymi okiennicami i lśniącymi czarnymi drzwiami. Większość kamienic na ich ulicy zbliżona była wielkością do chwiejącej się w posadach dawnej rezydencji, w której mieli z Charliem mieszkanie, ale Yale upodobał sobie tę drobinkę wciśniętą między dwa kamienne giganty. Kompaktowy i schludny domek nie powalał przepychem i właśnie dlatego Yale – odkąd tylko zobaczył przed wejściem tablicę „Na sprzedaż” – powtarzał sobie w myślach szalone pytanie, czy stać by ich było z Charliem na niego. Tylko jak mocno trzeba upaść na głowę, żeby kupować sobie dom na własność? Ale może jednak oni by mogli. Posiadać kawałek tego miasta, mieć coś swojego, skąd nikt nie będzie mógł ich wyrzucić pod byle pretekstem – to byłoby coś. Może nawet początek trendu! Skoro Charlie tak zrobił, to wszyscy jego znajomi, których byłoby na to stać, poszliby w jego ślady.

Przez ramię spojrzał na ulicę. Ani Charliego, ani tłumu pijanych hulaków. Mógłby tu na nich zaczekać, miejsce jak każde inne. Lepsze niż puste mieszkanie. Podszedł do tablicy, żeby ktoś go nie wziął za jakiegoś perwersa.

Urządzaliby imprezy, ludziska zbieraliby się na werandzie na papierosa, na pogaduszki, wychodziliby z piwem przed dom i siadali sobie tutaj, na wielkiej drewnianej huśtawce.

Nagle poczuł wielką ochotę, by wykrzyknąć na całe gardło imię Charliego, wydrzeć się tak głośno, żeby go usłyszeli wszyscy w tym mieście. Wcisnął but mocno w ziemię i zaczął oddychać głęboko przez nos. Spojrzał na piękny dom.

Yale mógłby zapamiętać numer telefonu agentki z biura nieruchomości – trzy ostatnie cyfry były identyczne, trzy dwójki – i zadzwonić do niej jeszcze w tym tygodniu. A wtedy ten dzień nie byłby po prostu tym dniem, kiedy nie poszli na pogrzeb Nica, ten wieczór nie byłby tym wieczorem, kiedy Yale czuł się tak przerażająco samotny; byłby to ten wieczór, kiedy znalazł im dom.

Robiło mu się zimno. Wrócił na róg Briar i poszedł do mieszkania. W środku panowały mrok i niezmącona cisza, ale sprawdził łóżko. Puste, niebieska patchworkowa narzuta nadal leżała zsunięta na stronę Charliego. Yale zapisał numer agentki, zanim uleci mu z pamięci.

Była siódma, co tłumaczyło burczenie w żołądku. Trzeba się było przed wyjściem opchać porzuconymi przystawkami.

Nagle przyszła mu do głowy nowa teoria: zatrucie pokarmowe. Przecież i jego trochę zemdliło. Może pozostali pochorowali się jeszcze bardziej, więc powsiadali do samochodów i pojechali do szpitala? Było to pierwsze sensowne wytłumaczenie, na jakie do tej pory wpadł. Yale pogratulował sobie, że nie wziął z tacy jajka w majonezie.

Zrobił sobie kanapkę z podwójnym serem – trzy plasterki provolone’a i trzy cheddara, musztarda sarepska, sałata, cebula, pomidor, chleb żytni – po czym usiadł na kanapie i odgryzł spory kęs. Była to lepsza wersja tego, czym się żywił na studiach, w barze na kampusie Michigan, gdzie dodatki do burgerów – w tym ser – można było brać za friko. Przed wyjściem na zajęcia Yale wsuwał sobie do plecaka dwie kromki chleba i potem w południe wypełniał je w barze.

Wykręcił numer matki Charliego. Teresa pochodziła z Londynu – nieco słabszy już akcent Charliego u niej zwielokrotniał się w coś monumentalnego – teraz jednak mieszkała w San Diego, gdzie popijała chardonnaya i uwodziła podstarzałych surferów.

– No, cześć! Jak się masz? – usłyszał jej głos. I z jego lekkości, z jej zaskoczenia Yale od razu wyczytał, że Charlie nie dzwonił do niej przed chwilą ze szpitala albo z aresztu.

– Dobrze, wszystko dobrze. Ta nowa praca jest doskonała.

Nie było w tym niczego niezwykłego, że Yale dzwonił do niej niezależnie od Charliego. Teresa była – o czym sama wiedziała – jego jedyną matką w prawdziwym sensie tego słowa. Biologiczna matka Yale’a jako dziecko zagrała w kilku filmach, potem próbowała ułożyć sobie życie na michigańskiej prowincji, ale uciekła znowu do filmu, kiedy Yale miał trzy lata. Jej dorastający syn widywał ją w oglądanych ukradkiem serialach, najpierw w The Guiding Light, a potem w The Young and the Restless, gdzie ciągle jeszcze można ją było sporadycznie zobaczyć. Grana przez nią postać była już za stara na regularne wątki, ale postać jej syna – trochę zresztą podobnego do samego Yale’a – należała nadal do najważniejszych w całym serialu, matka wracała więc popłakać, gdy tylko jej syn został porwany albo usłyszał diagnozę o nowotworze.

Yale widział matkę dokładnie pięć razy po tamtym dniu, w którym odeszła – zawsze wtedy, gdy przyjeżdżała jak po ogień do ich małego miasta ze spóźnionymi prezentami na święta, na których nie mogła być. Przypominała bardzo postaci z tej swojej opery mydlanej, była tak samo wyniosła i zmanierowana. Jej ostatnia wizyta wypadła w czternaste urodziny Yale’a. Zaprosiła go na lunch i wciskała mu na deser koktajl mleczny. Yale objadł się do granic możliwości, ale matka była tak natarczywa, że ustąpił i potem całymi tygodniami łamał sobie głowę, czy uważała po prostu, że jest za chudy, czy może jednak nie był jej wcale obojętny, może naprawdę chciała dać synowi coś słodkiego, coś takiego, żeby poczuł się szczęśliwy. Ale Yale nie poczuł się szczęśliwy i od tamtej pory nie mógł spojrzeć na koktajl mleczny, nie widząc natychmiast stukających niecierpliwie w blat czerwonych paznokci matki, jedynej części ciała, nad którą nie miała pełnej kontroli. „To będzie naprawdę interesujące – powiedziała mu w dniu urodzin. – Zobaczyć, co z ciebie wyrośnie”. Na dwudzieste urodziny przysłała mu czek na trzy tysiące dolarów. Na trzydzieste nie przysłała już nic. A Teresa przyleciała specjalnie dla niego i zabrała go do Le Français, choć nie było jej na to stać. Teresa przysyłała mu wycinki z prasy, artykuły o sztuce, pływaniu, astmie, Cubsach i o wszystkim, co przywodziło jej na myśl Yale’a.

– Mów mi zaraz wszystko – powiedziała Teresa. – Musisz przymilać się bogaczom, co?

– Częściowo. Staramy się zbudować kolekcję.

– Wiesz, że jesteś urodzony czaruś. Zauważ, proszę, że nie nazywam cię przebiegłą świnią. Tylko czarującym szczeniaczkiem.

– Weź... – odrzekł i roześmiał się.

– Och, Yale, naucz się przyjmować komplementy.

Zdołał zatrzymać ją przy telefonie przez dwadzieścia minut, opowiadając jej o salach wystawowych w galerii, o darczyńcach, o uniwersytecie. Ona się zwierzyła, że jej sałata zasmakowała zającom, a w każdym razie ktoś podgryza jej sałatę, a to raczej wskazuje na gryzonie, co? Słuchając jej, Yale ścierał kurz z telewizora, z ram obrazów, zabytkowego lustra do golenia, które trzymał tutaj, na półce z książkami, i drewnianej skrzyneczki, która mieściła kolekcję duńskich kul z dzieciństwa Charliego.

– To musi kosztować majątek. Charlie jest w domu? – spytała.

– Wyszedł – odpowiedział Yale tak beztrosko, jak tylko potrafił.

– No tak. Powiedz mu, że kiedy jego matka ostatnio liczyła, to wyszło jej, że ma dwóch synów, a od tego, którego nosiła, nie miała żadnych wiadomości od wielu tygodni.

– Kochamy cię, Tereso – powiedział Yale.

 

 

Był totalny środek nocy – co Yale wiedział bez konieczności obracania się na drugi bok, żeby spojrzeć na zegar – kiedy usłyszał najpierw odgłos drzwi, a potem lodówki, kiedy przez powieki zobaczył światło w korytarzu.

– Charlie? – odezwał się.

Nie było odpowiedzi, więc usiadł i przeniósł stopy nad krawędzią łóżka. Dostrzegł zarys sylwetki Charliego wsparty o futrynę. Pijany.

Yale byłby krzyknął, gdyby był bardziej przytomny, ale prawie nie był w stanie mówić.

– Ja pierdolę, co się stało?

– Mógłbym ci zadać to samo pytanie.

– Nie, nie mógłbyś. Byłem… poszedłem na górę na pięć minut. Ja pierdolę, która jest godzina? – Chwycił budzik, obrócił do twarzy czerwone cyfry: trzecia pięćdziesiąt dwa. – Co się z tobą działo?

– Wyszedłem. Potem.

– Kiedy: potem?

– Po nalocie.

– Co, przyjechały gliny? – Była to pierwsza rzecz, która mu przyszła do głowy, ale bardzo szybko zarzucił ten wątek.

– Co? Nie, zrobiliśmy nalot na chatę Nica.

Yale rozejrzał się po pokoju, chciał się upewnić, że się obudził.

– Słuchaj, nie wiem, gdzie się ulotniłeś, ale kiedy doszliśmy do Nica, ciebie już nie było – powiedział Charlie. – Mam nadzieję, że świetnie się bawiłeś. Mam nadzieję, że było ci cudownie.

– Poszliście do Nica? – spytał idiotycznie Yale.

– Zrobiliśmy nalot na jego chatę.

– O.

– Poszliśmy… Wiesz, że jego rodzice nie zamierzali wpuszczać już Terrence’a do mieszkania? Ale on miał klucz i był… to już wtedy cię nie było? – Charlie nie odkleił się jeszcze od futryny. Mówił tak, jakby budowanie zdań przychodziło mu z wielkim trudem, nawet wymawianie spółgłosek. – Miał klucz i pokazał go Richardowi, a wtedy Richard powiedział, że trzeba tam zaraz iść, całą ekipą. No i poszliśmy. Fiona miała nas ubezpieczać. No i patrz, co dostaliśmy.

Charlie zaczął odwijać coś z szyi. Światło padało od tyłu, więc Yale widział tylko, że to odwijanie trwa i trwa.

– Szalik Nica? – Yale próbował poskładać luźne wątki. Wszyscy tak jak stali zostawili niedopite drinki i poszli na Clark, żeby rozparcelować rzeczy po Nicu. Splądrowali mieszkanie, w najlepszym sensie tego wyrażenia. A jego przy tym nie było.

Nico nosił ten pasiasty pomarańczowy szalik wszędzie. Dzięki niemu zimą Nica widziało się z daleka po drugiej stronie ulicy.

– A co z kelnerami? Z chłopakami od tac?

– Pewnie sobie poszli. Myśmy tylko zmienili lokal. Ale ty robiłeś już wtedy Bóg wie co.

– Charlie, musiałem się położyć. Na pięć minut, na piętrze. – Może to było pół godziny, ale czy zasadniczo miało to jakieś znaczenie?

– Wiem, gdzie byłeś. Mieliśmy wspaniały temat do rozmów.

– I nikt po mnie nie przyszedł?

– Nie chcieliśmy ci przeszkadzać. – Charlie kipiał z wściekłości i tylko jakimś cudem do tej pory nie eksplodował.

– W czym? W leżeniu z powodu mdłości?

– Wszyscy widzieli, że poszedłeś na górę z Teddym.

– Z Teddym? – Yale chciał się roześmiać, ale się powstrzymał. Zabrzmiałoby to jak próba obrony. – Teddy sobie poszedł. Wyszedł od Richarda, kiedy zaczął się pokaz slajdów.

Charlie milczał. Być może coś trawił, a może właśnie zbierało mu się na mdłości.

– Nawet gdyby został – zaczął Yale – co ja bym tam z nim robił, do cholery? Posłuchaj. Poszedłem na piętro, bo potrzebowałem być przez chwilę sam.

– Widziałem go – powiedział Charlie, wolno i niepewnie. – Widziałem go na tym pokazie slajdów.

– Mówisz chyba, że widziałeś go na zdjęciu? Z Teddym przebranym za Cher? Charlie, usiądź. – Charlie nie usiadł. – Posłuchaj: poczułem się kiepsko, ale wróciłem na dół pięć, może dziesięć minut później. Najwyżej piętnaście. I pomyślałem wtedy… nawet nie wiem, co wtedy pomyślałem. Wszyscy gdzieś zniknęli, zostałem sam. Ja pierdolę, to był najbardziej chujowy moment w całym moim życiu. I nadal nie rozumiem, dlaczego wracasz do domu po dziesięciu godzinach.

– Yyy… poszliśmy potem jeszcze na miasto – rzekł Charlie z osobliwym rozczarowaniem w głosie, jak gdyby zainwestował zbyt dużo gniewu w to, że Yale był z Teddym, i teraz nie wiedział, co ze sobą zrobić. – Fiona powiedziała, że jesteś z Teddym.

– Czyli to Fiona jest tymi „wszystkimi”, którzy to widzieli?

– Przede wszystkim ona.

– Fiona była napruta. I, Boże święty, totalnie rozbita.

– Nie było was. Obaj zniknęliście o tym samym czasie.

– I ona widziała, jak co razem robimy? Widziała, jak niósł mnie na górę na rękach niczym pannę młodą?

– Nie, tylko… spytałem ją, gdzie jesteś, a oni mi powiedziała, że na górze. A kiedy zapytałem: „Po co poszedł na górę?”, to mi powiedziała: „Teddy chyba też tam jest”. – Charlie urwał, jakby wreszcie do niego dotarło, jak absurdalnie to brzmi.

– Wszystko jasne.

– Ale ciągle to powtarzała.

– Jak to ludzie po pijaku.

– Wracaj do łóżka – bąknął Charlie. – Za chwilę do ciebie przyjdę.

 

 

Yale nie spodziewał się, że jeszcze zaśnie, ale gdy następnym razem przewrócił się na drugi bok, była szósta rano, a Charlie leżał skulony obok niego. Na stoliczku po jego stronie obok zwyczajowych buteleczek witaminy B i żeń-szenia stały dwie pełne szklanki wody i fiolka aspiryny; Charlie po przebudzeniu spodziewał się kaca. Yale’a czekała więc scena, której z reguły wolałby nie oglądać, a teraz tym bardziej. Dobrze chociaż, że pismo Charliego poszło do druku na początku tygodnia i wszyscy mogli przyjść na imprezę. Kiedy kierowcy będą je dziś rozwozić, redakcja będzie zalegać w łóżkach albo garbić się nad sedesami.

Przyglądał się żebrom Charliego, które podnosiły się i opadały pod bladą skórą. Barki, ramiona i twarz miał upstrzone jasnymi piegami, ale klatka piersiowa wyglądała jak wyrzeźbiona w polerowanej kości słoniowej. Charlie był miękki, jakby nigdy nie wystawiał nagiego ciała na słońce i wiatr, a kiedy pod skórą widziało się kość – łokieć, rzepkę kolana, żebro – przypominała obce ciało opięte jedwabną materią.

Yale wziął prysznic i ubrał się najciszej jak umiał. Nie chciał śniadania.

Pomarańczowy szalik Nica leżał na podłodze pośród rzeczy Charliego. A na stole w kuchni, w reklamówce, Yale znalazł jeszcze coś: niedopitą butelkę wódki, niebieskie mokasyny Nica, pustą pocztówkę z Vancouver, cynowe spinki do mankietów w aksamitnym pudełku, Źdźbła trawy Whitmana. Yale żałował, że tam z nimi nie poszedł. Niekoniecznie po to, żeby wynieść stamtąd torbę pamiątek, ale by wszystkiego dotykać, myśleć o Nicu, dowiedzieć się o nim rzeczy, o których nie miał pojęcia. Kiedy człowiek dowiaduje się czegoś nowego o kimś, kogo już nie ma, ten ktoś nie znika. Staje się większy, realniejszy. Te mokasyny nigdy nie będą pasowały na ogromne stopy Charliego; musiał je wziąć dla Yale’a. Cały Charlie: mógł być wściekły, mógł myśleć, że Yale pieprzy się gdzieś na boku, a i tak przyniósł mu prezent.

Yale zsunął z nóg pantofle i włożył buty Nica. Były ciasnawe, czubki palców naciskały na szwy i fałdy skóry, lecz tak było dobrze, bo Nico ściskał mu stopy. Mokasyny nie pasowały do jego spodni, ale też nie wyglądały całkiem beznadziejnie.

Na Belmont wsiadł w Elkę w stronę Evanston, siedział oparty tyłem głowy o okno. Dawne gniazdko na czubku powoli przerzedzało się w łysinkę – to nie fair! miał dopiero trzydzieści jeden lat! – litościwie ukrytą pod ciemnymi puklami. Kiedy znalazł właściwy kąt, zimno wnikało z szyby przez skórę do wnętrza głowy, chłodząc całe ciało. Poprzedniego dnia było za ciepło na marynarkę; bez niej człowiek wymarzłby teraz jak pies. Powietrze za to było przyjemnie rześkie. I rześki spacer ze stacji do galerii też mu dobrze zrobił. Ledwie minęła siódma, na dworze było widać tylko biegaczy.

Galeria Briggów zajmowała parter byłej jednoizbowej szkoły, którego przebudowany korytarz służył obecnie za galerię. Ogrzewanie było kapryśne, przez ściany niosły się głosy, ale przestrzeń miała swój klimat. Miejsca było tymczasem na niewielkie wystawy, ale wszyscy żywili nadzieję, że w ciągu kilku lat zdołają wyjść z tych ciasnych murów, czyli w pierwszej kolejności (i na tym etapie dołączył do nich Yale) zdobyć pieniądze na to wyjście. Co częściowo oznaczało pozyskiwanie funduszy, a częściowo włażenie w dupę rektorowi, radzie uniwersytetu.

Za sprawą ciemnych regałów na wszystkich czterech ścianach pokój Yale’a wydawał się mniejszy, niż był w rzeczywistości, ale tak właśnie najbardziej mu się podobało. Przyniósł z domu książki, kilka kartonów, ale i tak większość półek była nadal pusta. Czy raczej – zalegały na nich kurz i stare kubki po kawie. Podobno w następnym kwartale Yale miał dostać praktykanta z uniwerku, więc już wyobrażał sobie, że poprosi tego pracowitego młodego człowieka o wypełnienie półek katalogami aukcyjnymi i przeczesanie antykwariatów pod kątem porządnych dzieł o sztuce.

W ramach drobnego projektu Yale zamierzał zmontować w najbliższym tygodniu swój obrotowy wizytownik i właśnie się do tego zabrał: różowe karty na ludzi z branży, niebieskie na dawnych, a zielone na potencjalnych ofiarodawców, żółte na kolekcjonerów, białe na pozostałe kontakty. Każdą kartę Yale wkręcał ostrożnie do maszyny do pisania, przepisywał adresy. Okazało się jednak, że nie jest to wcale bezmyślna dłubanina, czego się spodziewał, lecz robota o frustrującym wprost stopniu skomplikowania. Większość odziedziczonych przez niego dokumentów nie miała daty i czasem Yale nie był w stanie stwierdzić, który z dwóch adresów jest aktualny. Na jedną kartę zdążył już wstukać cztery różne numery telefonów, zanim nie wpadł na to, że mógłby po prostu zadzwonić pod każdy, przedstawić się. Ale na to było jeszcze za wcześnie, więc odłożył kartę na bok.

O dziewiątej zaczęły rozbrzmiewać kroki, zapachniała kawa. O wpół do dziesiątej do otwartych drzwi Yale’a zastukał palcem Bill Lindsey, dyrektor galerii. Bill miał długie uszy i wilgotne, rozbiegane oczy. Typ oldskulowego akademika, muszki i łaty na łokciach, te sprawy. Yale był święcie przekonany, że Bill jest kryptogejem i nigdy nie wyjdzie z szafy.

– Co tam dostałeś od Pana Boga? – spytał Bill.

– Że jak, przepraszam?

– Wcześnie przyszedłeś.

– Och, chciałem mieć już ten weekend z głowy.

– Poznałeś już… – Bill wszedł do środka i dokończył ciszej: – Rozmawiałeś z Cecily Pearce?

– Wielokrotnie.

Pytanie było idiotyczne. Cecily była dyrektorką Wydziału Darowizn Planowych Uniwersytetu Northwestern – funkcja podobna do tej, którą pełnił Yale, ale o nieskończenie szerszym zakresie.

– Zadzwoniła w piątek, po twoim wyjściu. Odniosłem wrażenie, że się tu do nas wybiera. I teraz mam dla ciebie radę: jeżeli się w czymś nie zgadzasz z Cecily, to jej tego nie mówisz, tylko zadajesz jej pytanie w stylu: „Obawiasz się, że to czy tamto mogłoby doprowadzić do tego czy tamtego?”. Mówię ci to, bo nie wiem, co ją do nas sprowadza. Cecily miewa te swoje wielkie pomysły.

– Dzięki za cynk.

Spojrzenie Billa pływało po pokoju.

– Ja bym tak może… hm. Nie masz żadnych prywatnych zdjęć?

– Jakich zdjęć, Charliego? Oczywiście, że nie.

Co mu chodziło po tej starej głowie, portret studyjny Searsa? Yale spróbował uśmiechnąć się neutralnie.

– Dobrze. Nie, wiesz… Cecily jest w porządku, nie chciałem bynajmniej niczego sugerować. Tylko nigdy nie wiem, co ją może wyprowadzić z równowagi. Ciężko ją rozgryźć.

 

 

W samo południe, akurat w chwili, kiedy Yale uznał, że czas iść na lunch, w progu jego pokoju stanęła Cecily Pearce w towarzystwie Billa. Miała fryzurę księżnej Diany, miękką i pełną. Mimo że była od Diany zdecydowanie starsza, bo musiała mieć dobrze po czterdziestce, w perłach i tiarze mogłaby z powodzeniem robić za jej dublerkę. Ale rzeczywiście – ta kobieta miała w sobie coś przerażającego. Może za sprawą spojrzenia, którym mierzyła człowieka błyskawicznie od stóp do głów, jak dyrektorka szukająca uchybień w regulaminowym ubiorze ucznia.

– Panie Tishman – odezwała się do Yale’a, zbliżając się do jego biurka i wyciągając suchą dłoń. – Mam nadzieję, że jest pan jutro wolny. – Tempo artykulacji miała porażające.

– Mogę być. O której?

– Przez cały dzień. I możliwe także, że przez całą noc.

Ani śladu zażenowania. Albo nie zdawała sobie sprawy z tego, co właśnie powiedziała, albo już zdążyła Yale’a rozpracować. Bill w progu wydawał się zaskoczony, uniósł głowę.

– Ja załatwię samochód, chyba że pan ma – ciągnęła Cecily. – Ma pan samochód?

– Nie, bo…

– Ale umie pan prowadzić?

– Mam prawo jazdy.

– Wyjedziemy zatem około dziewiątej.

Yale nie był pewny, czy wolno mu zapytać, dokąd się wybierają.

– Jak mam się ubrać? – spytał.

– Ciepło, raczej. Kobieta mieszka w Door.

Yale słyszał o hrabstwie Door, owym skrawku stanu Wisconsin wrzynającym się w jezioro Michigan. Kwalifikował je jako jedno z tych miejsc, gdzie rodziny na wakacjach jadą zbierać owoce.

– Wizyta u darczyńcy? – spytał.

– To sprawa pilna, inaczej nie wyskakiwałabym z tym tak nagle. – Spod pachy wyjęła teczkę i podała mu ją. – Nie mam pojęcia, czy te dzieła są cokolwiek warte. Kobieta najwyraźniej ma pieniądze, to już coś. Ale to z panem chce rozmawiać. Strategię możemy omówić sobie jutro. Dojazd zajmie nam cztery i pół godziny.