Watra - Grzegorz Brudnik - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Watra ebook i audiobook

Grzegorz Brudnik

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

116 osób interesuje się tą książką

Opis

A CO, JEŚLI ŹLI SIĘ MYLĄ?

A CO, JEŚLI DOBRZY KŁAMIĄ?

A CO, JEŚLI WSZYSTKO JEST INACZEJ, NIŻ MYŚLISZ?

W jaworznickim kamieniołomie ginie dawny gangster. Podczas nocnej próby czterech harcerzy wychodzi na zaśnieżony szlak i z niego nie wraca. W samochodzie zaparkowanym na ślepym zjeździe z wiaduktu ktoś porzuca zwłoki młodej policjantki. Śledczy muszą ustalić, jaki to wszystko ma związek z napadem na konwój ze złotem sprzed dziesięciu lat i starą, od lat zamkniętą kopalnią w Rudzie Śląskiej. A to zaledwie fragment łamigłówki.

Tymczasem inspektor Katarzyna Łezka mierzy się z najinteligentniejszym seryjnym zabójcą w swojej karierze. By wreszcie go dopaść, potrzebuje naprawdę dobrego zespołu. Zespołu, w którym czai się zdrada.

Spektakularny finał opowieści o Łezce i Śmieciarzu, z gościnnym udziałem wszystkich najważniejszych postaci uniwersum Grzegorza Brudnika.

Czy to koniec polowania? A może dopiero początek?

Ostatni taki tydzień. Potem nic już nie będzie takie samo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 350

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 44 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Mariusz Bonaszewski

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Kolekcje



Copyright © by Grzegorz Brudnik, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Kuba Magierowski

Okładka zawiera elementy wygenerowane przy użyciu AI

Redakcja: Anna Rozenberg

Korekta: Anna Jeziorska, Jarosław Lipski

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Magdalena Drogoś-Kraszewska

ISBN: 978-83-8441-872-7

Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Dla E.

Hej, płynie kaczę Cisą smutną.

Płynie kaczę Cisą smutną.

Nie potępiaj mnie, matuchno.

Nie potępiaj mnie, matuchno.

Hej, potępisz mnie w złą godzinę.

Potępisz mnie w złą godzinę.

Nie dowiesz się, kędy zginę.

Nie dowiesz się, kędy zginę.

Hej, obca dłoń mój grób szykuje.

Obca dłoń mój grób szykuje.

Czy cię serce nie zakłuje?

Czy cię serce nie zakłuje?

Hej, synku, przestać kłuć nie może.

Synku, przestać kłuć nie może.

Tyżeś pod nim spał, niebożę.

Tyżeś pod nim spał, niebożę.

(fragment pieśni Wasyla Grendży-Donskiego„Pływe kacza po Tysyni”, przekład własny)

PROLOG

Jak? Na Boga, jak on się dowiedział? Byłem przecież taki ostrożny.

Jacek Melchior usiłował podkręcić jeszcze manetkę, ale mocniej już się nie dało. Jego Grizzly potrafił się nieźle wspinać, ale demonem szos to on nie był. Zwłaszcza pod górę. Ile zostało do przełęczy? Jakieś dwie, trzy minuty.

Deszcz osłabł, co przyjął z ulgą, bo gogle przestały mu parować. Chyba czas kupić nowe, bo najwyraźniej są nieszczelne.

– Szybciej, cholera! Szybciej, ty stary złomie! – wrzasnął, mając świadomość, że sprawi swemu leciwemu quadowi odrobinę przykrości, ale tu się toczyła walka na… No właśnie. Na śmierć i życie? Czy Osobliwość go zabije? Jeśli tak, to Melchior wybrał doskonałe miejsce. Cholera, żywego ducha w promieniu pięciu kilometrów.

A mówili mu, żeby to zostawił. „Po co to robisz?” – dochodzili. – „Nic z tego nie będziesz miał, prócz problemów”. No ale on, gdy go w knajpie pytali nowo poznani, z dumą opowiadał, że jest najodważniejszym reporterem śledczym w kraju. Tak, kurwa, najodważniejszym. Bo niedoświadczonym. Tyle lat marzył o swojej wielkiej sprawie, a gdy w końcu się trafiła, szybko zrozumiał, że ani nie będzie z tego pieniędzy, ani popularności.

Ten z tyłu jechał za nim w najpodlejszy możliwy sposób. Nie za szybko. Nie za wolno. Ani się nie zbliżał, ani nie oddalał. Jakby chciał mu dać do zrozumienia, że i tak nie ucieknie. I Melchior naraz zrozumiał, że ten cały jego wielki plan ratunkowy to w rzeczywistości jest gówno wart. Jasne, dojedzie do Przegibka, da nura w stronę Magurki i tyle go Osobliwość widział. Ale co potem? Skoro raz został namierzony, to przecież o nim nie zapomną. Przenocuje w górach i co dalej? Wrócić do domu? Raczej nie. Pojechać do Tomka? Przecież nie ściągnie niebezpieczeństwa na jedynego brata, jaki mu jeszcze został. Pomijając nawet fakt, że Tomek od pięciu lat się do niego nie odzywał. A bo to jego wina, że pogrzeb Marka wypadł akurat wtedy, kiedy Melchior musiał pracować? Żeby jeszcze gdzieś blisko było, ale Kędzierzyn-Koźle?

„Społeczeństwo zasługuje, by wiedzieć” – powtarzał, a oni się śmiali, że im sadzi takie głodne kawałki. A teraz pierwszy raz mu przeszło przez myśl, że mieli rację. Społeczeństwo zasługuje? Naprawdę? A czym sobie zasłużyło? Coraz głupsze, coraz bardziej wymagające, za to coraz mniej refleksyjne. Freak fighty i wulgarny rap. Tym żyją dzisiaj dzieciaki, a ci pokolenie wzwyż uważają, że to takie zabawne. Do cholery, to miał być tekst jego życia, a pewnie nikt go nawet nie przeczyta, o ile nie wymyśli jakiegoś idiotycznego tytułu, który wprawdzie nijak się będzie miał do treści artykułu, ale za to jeden z drugim prymityw go klikną.

I po co mi to było?

Dochodziła północ, a temperatura wciąż nie spadła poniżej dwudziestu pięciu stopni. Pieprzony lipiec. Melchior czuł, jak wzdłuż kręgosłupa spływa mu strach. A może to nie Osobliwość za nim jechał? Może ten jego… No, ten przydupas. Prezes zarządu, czy jak on się tam nazywa. A jeśli tak, to czy nie ograniczy się do ostrzeżenia? A gdyby się tak po prostu zatrzymać? Gdyby pogadać? Coś ponegocjować? Przecież jeszcze dwa dni temu był taki hardy. Tak pewny siebie. „Ja ich wszystkich wsadzę do więzienia” – mówił w redakcji, choć przecież doskonale wiedział, że tak naprawdę gówno ma. Kilka nazwisk, jakiś model funkcjonowania. Kogo to w ogóle będzie obchodziło?

Nie. Żadnych negocjacji. Na pewno nie tu, w środku lasu. Może później. Może… Cholera, nawet nie będzie wiedział, jak się za to zabrać, ale jednego był pewien. Teraz trzeba spierdalać. Ten z tyłu nie odpuszczał, ale Przegibek tuż, tuż. Jeszcze trzy zakręty, jeszcze dwa. Grizzly jęczał na najwyższych obrotach, las huczał ze złości, ale nie na niego, bo nie takie rzeczy już słyszał. To wiatr go drażnił, panosząc się w jego koronach.

Mówią, że nadzieja umiera ostatnia. Ale oczywiście kłamią. Bo oto spostrzegł nadzieję, która pomachała do niego, położyła się na asfalcie przed jego kołami i wyzionęła ducha, a jej zgon obwieścił gęsty opar, który niespodziewanie rozlał się nad okolicą. Melchior wiedział, że na Przegibku mgła potrafi wziąć się znikąd. Zwłaszcza po deszczu. A mimo to zupełnie się tego nie spodziewał. Droga przed nim naraz skróciła się do dwóch metrów, a on, świadomie lub nie, przykręcił manetkę, bo strach było tak jechać na ślepo.

Gorzej, że gdzieś tutaj musiał odbić w prawo. Czy był już na Przegibku? Całkowicie stracił orientację. Zdawało mu się, że droga wciąż pnie się pod górę, ale jak na złość, akurat tu w okolicy było jedno z tych magicznych miejsc, gdzie droga wydaje się podążać w górę, a w rzeczywistości idzie w dół. Albo odwrotnie? Musiałby się zatrzymać, ale do diabła, trzeba mieć chyba nerwy ze stali, żeby się zatrzymać w trakcie ucieczki.

Moment. Tam, po lewej… Czy to nie zarys Gawry? Tak, na pewno. Światło zdawało się teraz żywe, mieszało się z mgłą, rozjaśniało tam, gdzie była gęstsza, przygasało tam, gdzie była rzadsza, a na domiar złego natura najwyraźniej wróciła właśnie z joggingu, bo niewątpliwie miała wysokie tętno i płytki, agresywny oddech, którym przesuwała opar po całej przełęczy. Ale Melchior był tu wystarczająco dużo razy, by rozpoznać stary bar. Szarpnął kierownicą i prawie staranował tablicę informacyjną, stojącą na niewielkim placyku, na prawo od jezdni. Zawrócił, bo skoro dotarł do tablicy, to znaczyło, że zjazd w stronę Magurki już minął. Musiał… Musiał być gdzieś tutaj. Melchior podjął rozpaczliwą próbę przywołania z pamięci geometrii okolicy, wycelował tam, gdzie według niego zaczynała się wąska, szutrowa droga, i dodał gazu.

Ale droga była metr w lewo. Lewe opony nawet ją złapały. Ale prawe nie. Melchior zrozumiał, że coś jest nie tak, szarpnął kierownicą, jednak to tylko pogorszyło sytuację. Niewysokie, ale nasiąknięte wodą i wyjątkowo miękkie zbocze chwyciło go za koła i pociągnęło w dół.

– Jeeezu… – jęknął, a potem poleciał w przepaść.

Zamknął oczy i czekał na nieuchronne, co w rzeczy samej nastąpiło, tylko znacznie szybciej, niż się spodziewał. Nie było tam nawet na metr wysoko, tyle że leżał teraz pod quadem, który ważył trzysta kilo. Nawet nie próbował się spod niego wydostać. Wiedział, że to bezcelowe. I strasznie bolała go kostka. Złamana? Skręcona? Zwichnięta?

Nie było czasu o tym myśleć, bo nadciągały większe problemy. Mgła zamigotała i ciężki, dwutonowy Mercedes wtoczył się powoli na ścieżkę. Silnik zgasł, drzwi się otworzyły i wypłynął z nich jakiś kształt. Melchior usłyszał, jak żwir przesypuje się pod butami nadchodzącego. A szedł, tak jak jechał. Nie za wolno. Nie za szybko.

W końcu dotarł na miejsce wypadku. Przykucnął przy Melchiorze i zaskakująco delikatnym ruchem zsunął mu z nogi but. Przygnieciony jęknął, bo zabolało.

– Niedobrze. Naprawdę niedobrze – powiedział mężczyzna z mgły. – Pęknięta torebka stawowa.

Wstał, wyjął telefon, odblokował ekran, uruchomił aplikację i pacnął trzy razy w ekran, a potem jeszcze raz.

– Chciałbym zgłosić wypadek drogowy – powiedział. – Bielsko-Biała. Przełęcz Przegibek. Jeden poszkodowany, przytomny, ale przygnieciony quadem.

A potem się rozłączył. Pewnie akurat wtedy, gdy dyspozytor zapytał go o nazwisko.

– Co… Co pan robi? – zapytał Melchior. Szybko zrozumiał, że to głupie pytanie, no ale już je zadał.

– Jesteś dobry, Jacuś, bardzo dobry – powiedział mężczyzna. – Tylko głupi. Nie, głupi to złe słowo. Idiotyczne. Nie jesteś głupi, przeciwnie. Ale zdarza ci się podejmować zaskakująco niemądre decyzje. O, tak bym powiedział.

– Pan jest… Osobliwością?

– Na przykład ten twój artykuł – ciągnął mężczyzna nazwany Osobliwością. – Co ci z niego przyjdzie? Ja wiem, że dziś media bardzo zeszły na psy. Że trzeba gonić za sensacją, za klikami, za… No, sam nie wiem. Nie znam się na tym. Ale powiedz, ile właściwie na tym zarobisz? Nawet jeśli przyjąć, że zyskasz jakąś chwilową rozpoznawalność, w co wątpię, i tym samym jeszcze jeden czy dwa nośne tematy. To jaki będziesz miał z tego profit? Bo wydaje mi się, że dużo niższy niż wtedy, kiedy zdecydujesz się tego tekstu nie publikować.

– Pan… usiłuje mnie kupić?

– Właśnie tak. Usiłuję cię kupić, za bajeczne pieniądze. Nie, nie chodzi tylko o ten tekst. Tak naprawdę nic nie masz. W porządku, namierzyłeś mnie, jestem pod wrażeniem, ale kim ja jestem? Nikim. Nikogo nie obchodzi, co robię. Zwłaszcza że przecież działam zupełnie legalnie. Nie, ten tekst mnie mało obchodzi. Ale wykazałeś się. A ja potrzebuję kogoś takiego jak ty do pewnych ciekawych i potencjalnie dochodowych zadań. Dodam, że… Hmmm, w tym wypadku umiarkowanie legalnych.

– U… Umiarkowanie?

– Umiarkowanie.

– A jeśli odmówię?

Mężczyzna z mgły wyciągnął z kieszeni płaszcza paczkę papierosów. Była zmięta i z trudem wysunął z niej ostatniego malborasa.

– Lekarz zabrania mi palić – powiedział. – Na szczęście znam innego i ten pozwala. O co pytałeś?

– Co, jeśli odmówię.

– Wówczas będziesz musiał uciekać. Ukrywać się. Spoglądać przez ramię. Ja ci nic nie zrobię. Jak mówiłem, nie mam za wiele do stracenia. Ale co innego współzaangażowani. Gangsterzy, biznesmeni, politycy. No, prawdę mówiąc, niejednokrotnie to jedna i ta sama osoba.

Zaśmiał się i Melchior pomyślał, że ten mężczyzna naprawdę nie powinien palić. A pomiędzy jednym kaszlnięciem a drugim od strony Bielska-Białej dało się słyszeć wciąż jeszcze ciche, jednak z każdą chwilą narastające sygnały dźwiękowe.

– Twoja karetka – oznajmił człowiek z mgły, skanując oczami drogę w kierunku, skąd dobiegały dźwięki, zupełnie bez sensu, bo i tak jej nie widział. – Czas na decyzję.

– Ja jednak podziękuję. – Melchior zyskał na hardości, choć na rozumie najwyraźniej pozostał ubogi.

Społeczeństwo zasługuje, by wiedzieć – powtarzał sobie jak mantrę. Bo pierwsza zawodowa obietnica, jaką sobie przed laty złożył, to że nie da się kupić. I nie chciał jej złamać już przy pierwszej okazji.

– Twój wybór – powiedział człowiek z mgły, rzucając niedopalonego papierosa na żwir i przydeptując go butem. – I twoje konsekwencje.

ROZDZIAŁ 1

152 DNI PÓŹNIEJ

Dzień 1

Sierżant Konrad Nowak zadrżał z zimna, powiedział plugawe słowo, acz tylko jedno, bo starał się ograniczać, i odgryzł skórkę przy paznokciu. Od kiedy rzucił palenie, a było to już przedwczoraj, odkrył u siebie ten paskudny nawyk, ale szybko doszedł do przekonania, że zajmie się tym w następnej kolejności.

Był rozeźlony, bo Łysy znowu wyszedł z więzienia i dziś przez cały rynek krzyczał za nim, że CHWDP. Tak, tak. Niełatwo jest być jaworznickim policjantem, jeśli się tu urodziło, dorastało i za młodego bujało z kibolami Szczakowianki. Trochę się przez ostatnie… Ile to już? No, z piętnaście lat będzie. Trochę się przez te piętnaście lat nasłuchał. Ze dwa razy ktoś mu porysował auto. Sierżant nie miał wprawdzie na to dowodów, no ale kto, jak nie Łysy? Łysy miał mu najbardziej za złe. Kiedyś byli najlepszymi ziomkami. Nowak był nawet chrzestnym syna Łysego, jak im się wpadło z Andżelą. Wpadło, nie wpadło, a ochrzcić trzeba.

Było jednak coś, co wynagradzało Nowakowi wszelkie przykrości. To mianowicie, jak patrzyły na niego zlęknione sąsiadki, te same, które dawniej wygrażały mu palcem i nazywały chuliganem, a teraz „dzień dobry, panie władzo”, „oczywiście, panie władzo”. To, jak okoliczne gnojki kryły się w bramach, gdy nieśpiesznie przemierzał radiowozem miejskie ulice. I to, że zwykli ludzie jakoś tak dziwnie prostowali się pod jego spojrzeniem. Był kimś. Wiedział o tym i wszyscy inni też wiedzieli. Nawet Łysy.

Tylko ta szczeniara nie. Co ona sobie wyobraża? Od kiedy godzinę temu postawił swój radiowóz w poprzek bramy prowadzącej na teren nurkowiska, owszem, podjeżdżali tacy i owacy, ale zaraz grzecznie zawracali i odjeżdżali gdzieś w diabły. Wiedział, że tak będzie, więc nie przyłożył się specjalnie. Nie zaparkował w samej bramie, a trochę przed, no i teraz blondyna w niebieskim Focusie i ten jej jakiś lamus przeciskali się właśnie pomiędzy ościeżnicą a zderzakiem jego „kijanki”. No tego rodzaju niesubordynacji Nowak wybaczyć nie mógł.

– Hej! – wrzasnął, po czym ruszył pędem w kierunku bramy.

Znaczy pędem… Cóż, brzuch miał trochę za duży, owszem, wiedział o tym, ale do przebiegnięcia było ledwie pięćdziesiąt metrów. Blondynie manewr poszedł sprawnie. Nowak musiał to przyznać, choć przecież na co dzień twierdził, że baby nie powinny mieć prawa jazdy. Nie no, nie był seksistą. Po prostu swoje się w drogówce napatrzył, no nie? W każdym razie udało mu się dobiec do drogi.

– Stać! – krzyknął w kierunku zbliżającego się auta i zamachał rękami, jakby był jakimś wiatrakiem.

Blondyna dostrzegła go w końcu i zwolniła, dzięki czemu zdołał ich dopaść. Widział ją teraz. Uśmiechała się przepraszająco. Szyba ruszyła w dół. Nowak wiedział, co teraz będzie. Zgrywanie idiotki.

– Dzień dobry… – zaszczebiotała, ale na niego takie numery nie działały.

– Co pani wyprawia? – warknął i wiedział, że już ją ma. Oczy jej się… No, coś jej się stało z oczami, Nowak nie umiałby tego opisać. Ale chyba zwilgotniały. – Dlaczego wyminęła pani radiowóz?

– No… Przecież tam było miejsce – odpowiedziała drżącym głosem.

– Czy pani sobie żartuje? Teren jest zamknięty. Chyba widać, tak? Proszę tam zjechać.

– Ale my odjedziemy. – Próbowała jeszcze negocjować, jednak prawdę mówiąc, Nowak trochę się nudził i nie zamierzał rezygnować z rozrywki.

– Jakie odjedziemy? Proszę zjechać na bok i przygotować dokumenty.

– Przepraszamy – załkała dziewczyna i wtedy odpalił się w końcu ten jej lamus.

Wiadomo, że lamus, skoro pozwalał blondynie prowadzić.

– Gniewosz, na litość boską, pokaż mu w końcu tę pierdoloną legitymację! – wrzasnął z wnętrza auta chudy jegomość z modnym koczkiem na głowie.

Nowak nie znosił facetów noszących taką fryzurę.

– Pan maruda… – mruknęła dziewczyna, po czym pokazała sierżantowi legitymację, na co powiedział tylko „ooo” i „uuu”, bo takiej legitymacji jeszcze w swoim życiu nie widział.

– Gdzie prokurator? – chciała wiedzieć Gniewosz, a że Nowak wciąż nie odzyskał jeszcze pełni władzy nad aparatem mowy, to po prostu wskazał palcem w kierunku majaczącego w oddali otwartego, ale zadaszonego pawilonu. Gniewosz z satysfakcją odnotowała, że pan gaduła naraz stracił rezon, ale potrzebowała informacji.

– Co to za prokurator? – zapytała.

– N… Nasz. Lokalny, znaczy się.

– Kolego… Jak się nazywasz?

– Ja?

– A co, ja?

– Nowak jestem. Z komendy…

– W dupie to mam, z jakiej komendy – przerwała mu. – Skup się, Nowak. Potrzebuję nazwiska prokuratora.

– A ja nie wiem. Tylko tu pilnuję.

– I to słabo – podsumowała rozmowę Gniewosz, a potem nacisnęła przycisk zamykający szybę.

– Boże, Zośka, po co ty to robisz? – zapytał komisarz Artur Korsarz, gdy ich auto ruszyło w stronę pawilonu.

– Ale co? Przecież chciałam grzecznie, tylko wyskoczył z mordą i nie dał mi dojść do słowa.

– I dlatego musiałaś… A nieważne. Jedź, zanim się zestarzeję.

Prószył lekki śnieżek i wydawało się, że najgorsze, co zima przygotowała dla nich w tym tygodniu, mieli już za sobą. Tak twierdził internetowy Pan Chmurka, co Gniewosz przyjmowała jednak z pewną rezerwą. Bo był dopiero wtorek.

Śląskie Malediwy. Dobre sobie. Może latem. Teraz było tu dość upiornie, a w dodatku grząsko i ze dwa razy niewiele brakowało, aby się zakopali. Gniewosz nigdy dotąd nie była w Jaworznie, a już w Szczakowej to na pewno nie. A teraz przedzierała się przez błotnistą drogę pośrodku dawnego kamieniołomu „Gródek”, gdzie dawniej wydobywano dolomit, który sprzedawano i zarabiano pieniądze. A jak przestano sprzedawać i pieniędzy zabrakło, to przyszedł pan z elektrowni i wyłączył prąd. Stanęły pompy i w niespełna dwie doby wyrobisko zabrała sobie woda, zalewając wszystko, w tym ciężki sprzęt. I teraz nurkowie mają używanie, bo można sobie pod wodą wsiąść do koparki. Na osiemnastu metrach. Na tym jednak nie koniec atrakcji. Nieco dalej na południowy wschód woda wypełniła drugi zbiornik. Trzeba przyznać, że pięknie położony, bo od trzech stron otoczony pnącymi się na kilkadziesiąt metrów w górę ścianami triasowego dolomitu. Ktoś utworzył tu park, ktoś zbudował pawilon, ktoś w płytszej części zbiornika nazwanego Wydrą wybudował drewniane pomosty, a ktoś inny zabił jeszcze kogoś innego i dlatego Gniewosz z Korsarzem musieli się tu pofatygować z Katowic.

– Tam, prosto. – Korsarz wskazał kierunek palcem, zupełnie jakby nie była to jedyna możliwa droga, ale Zośka tym razem darowała sobie uszczypliwości.

Skupiała się już na zadaniu. Obok pawilonu stało kilka samochodów, kawałek dalej kręcili się mundurowi, a kawałek bliżej trzech facetów żywiołowo wymieniało uwagi. Zaskoczyło ich nagłe pojawienie się niebieskiego Focusa, szczególnie wobec faktu, że przecież sierżantowi na bramie wyraźnie powiedziano: „Nikogo bez telefonicznej zgody”. Auto się zatrzymało. Silnik zgasł. Tych dwoje, co wysiedli z pojazdu, chyba nie było przygotowanych na kaprysy pogody, bo on jęknął, ona zaklęła, a oboje nieco się skulili.

– A państwo to? – zapytał niepozorny, siwiejący mężczyzna, który wysunął się naprzód. Miał może pięćdziesiąt lat, a może trochę więcej. Okulary mu parowały, przez co wyglądał nieco zabawnie.

– Aspirant Zofia Gniewosz, a to komisarz Artur Korsarz. Centralne Biuro Śledcze Policji – rzuciła na wydechu i oboje w tej samej chwili wyciągnęli w kierunku mężczyzny swoje legitymacje. Na które ledwie rzucił okiem.

– Wiktor Lauder. Prokuratura Rejonowa w Jaworznie. Gospodarz tego śledztwa.

– Proszę się nie gniewać, panie prokuratorze, ale to się jeszcze okaże.

Lauder spojrzał na nią zdecydowanie uważniej niż na jej legitymację. Być może zastanawiało go, dlaczego to ona mówi, skoro jej partner był wyższym stopniem. No ale najwyraźniej w tym zespole tylko jedno miało jaja, a ich przydział został zadysponowany zdecydowanie sprzecznie z przyjętą normą.

– Nie gniewam się – powiedział w końcu. – Nadepnęliśmy wam na coś grubszego?

– Czy udało wam się ustalić tożsamość ofiary?

Lauder zastanawiał się przez chwilę nad dwiema rzeczami. Po pierwsze, czy powinien się podzielić tą informacją, a po drugie, czy chce. Ale był wystarczająco doświadczony, by wiedzieć, że jedyne, co może osiągnąć uporem, to odmrożenie uszu. Niespełna dwa lata temu w wypadku zginęła jego ukochana Agusia i nie miał mu już kto przypominać, by zabierał z domu czapkę.

– Znaleźliśmy dokumenty na nazwisko Krzysztof Labe – przyznał, rozcierając ręce, które zaraz położył na uszach. Jak tak dalej pójdzie, to w nocy temperatura z pewnością spadnie poniżej zera.

Gniewosz pokiwała wolno głową.

– Przepraszam – powiedziała, po czym wyjęła telefon z kieszeni na tyłku.

Korsarz od dłuższego czasu zastanawiał się, jak to w ogóle możliwe, że była w stanie go tam nosić. Jeansy miała opięte na pośladkach jak plandeka na Żuku. Nie żeby się gapił. Gdzieś tam przypadkiem zauważył. Nie no, fajna była ta Zośka. Drobna blondyneczka, dokładnie taka, jak lubił, ale nie, nie i jeszcze raz nie. W pracy nie wolno! Poza tym ona jest mężatką. Znaczy rozwodzi się niedługo. Podobno. Nie, nie, zresztą z policjantkami to same problemy. A w ogóle to jak zapytał Rusłana, czy miałby u niej szansę, oberwał mokrym śmiechem prosto w twarz.

Gniewosz tymczasem odczekała kilka sygnałów, aż w końcu kliknęło i usłyszała w słuchawce głęboki, lekko chropowaty głos inspektor Katarzyny Łezki:

– Mów!

– Nasz człowiek – odparła Gniewosz.

– Który?

– Tłuczek.

– W porządku. Tego już nam Jazgot nie zablokuje. Zabieram Cyrę i jedziemy po Lichego na Mazury.

– Co mam robić?

– Rozejrzyj się tam. Ustal wszystko, co się da. Jutro po południu odprawa na Kościelnej.

– Szerokości – rzuciła na pożegnanie Gniewosz, a potem schowała telefon do kieszeni na tyłku, ku uciesze Korsarza, i spojrzała wymownie na prokuratora. – Obawiam się, że będzie pan musiał porozmawiać z PZ-em w Krajowej.

– Rozumiem. – Lauder pokiwał głową. – Jak nazwisko prokuratora?

– Jazgot.

– Jazgot? No proszę. Ten z Bielska?

– Już nie z Bielska.

– Ja pierdolę – warknął prokurator i poszedł dzwonić.

Dwóch facetów, którzy dotąd bez słowa przysłuchiwali się rozmowie, zbliżyło się teraz do Gniewosz. Uśmiechali się. Jeden wyciągnął do niej rękę.

– Nie wiem, coście za jedni – rzucił rozbawiony – ale udało wam się podkurwić oazę spokoju prokuratora Laudera, za co znajduję dla was miejsce w moim serduszku. Komisarz Szymon Kotuła, KMP Jaworzno.

– Komisarz Bartosz Ryga – dodał ten drugi, a Zośka wiedziała, że jutro i tak nie będzie ich w stanie odróżnić, tak bardzo byli do siebie podobni. – To samo KMP.

Gniewosz znów przedstawiła siebie i Korsarza, z satysfakcją odnotowując fakt, że jej niski stopień nie wywołał u jaworznickich śledczych żadnych oznak lekceważenia.

– Tłuczek to był kiedyś taki gangster z Mokotowa – zauważył Kotuła. – To on?

– Kto to jest? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Gniewosz, wskazując faceta z psem, siedzącego w oddalonym o dwadzieścia metrów pawilonie.

– Znalazł ciało i nas wezwał. Potrzebujesz czegoś od niego? Bo już z nim gadaliśmy i Lauder też, więc zaraz go puszczamy.

– Co powiedział?

– Nic ciekawego. Przyjechał, zobaczył ciało, zadzwonił po policję.

– A po co przyjechał?

– Połazić z psem. To teren spacerowy.

– Ale chyba nie w taką pogodę.

Na to Kotuła nie znalazł odpowiedzi, więc tylko wzruszył ramionami.

– O której było wezwanie? – zapytał Korsarz, najwyraźniej czując, że jeśli czegoś nie powie, to śnieg go zasypie i nikt się nawet nie zorientuje, że w ogóle tu był.

Ryga spojrzał na zegarek.

– Jesteśmy tu od godziny. Wydobyliśmy ciało ze stawu, leżało płytko, woda nawet go nie zakrywała. Teraz pracuje z nim lekarz sądowy z Katowic.

– Tillmann? – zapytała Zośka.

– Znacie się?

– Ja zaczynałam w Katowicach.

– W każdym razie mamy równo szesnastą, więc zgłoszenie wpadło koło czternastej czterdzieści. Jeśli chcesz, mogę to sprawdzić.

– Nie trzeba – odparła szybko, bo Korsarz już brał wdech, żeby coś powiedzieć, a znając jego, pewnie zażądałby podania godziny z dokładnością do czasu Plancka.

– Był dość roztrzęsiony – stwierdził Ryga. – Od dyspozytora dostaliśmy zawiadomienie, że ciało należy do kobiety. Twierdzi, że się nie przyglądał, ale zdawało mu się, że to kobieta.

– Mogę z nim zamienić kilka słów? – zapytała Zośka.

– Pewnie – odparł Kotula, a potem razem ruszyli w stronę pawilonu.

Tam, na drewnianej ławie, zastali młodego faceta, tulącego do piersi niewielkiego kundelka. Pies dygotał z zimna, a mężczyzna ze złości. Miał na sobie zimową kurtkę i modne męskie kalosze za ćwierć tysiąca od pary.

– Długo jeszcze? – rzucił dość agresywnie. – Przecież pies mi się przeziębi. Co jeszcze mam wam powiedzieć?

– Aspirant Zofia Gniewosz… – zaczęła aspirant Zofia Gniewosz, ale facet nie dał jej dokończyć.

– Cała komenda mnie będzie przesłuchiwać? Bo jak tak, to może w komendzie?

– To nie jest przesłuchanie – wyjaśniła Gniewosz. – A im szybciej skończymy, tym szybciej pan pójdzie do domu. Jak się pan nazywa?

– Mówiłem już ze sto razy.

– Dobrze, panie „mówiłem już ze sto razy”. Proszę powiedzieć, co pan tu właściwie robił.

Facet westchnął, bo przecież nie był głupi, a w każdym razie lubił tak o sobie myśleć.

– Przepraszam – powiedział w końcu. – Nazywam się Marcin Kalman. Przyjeżdżam tu z Jerrym. Znaczy z moim psem. Lubi sobie pobiegać.

– Skąd?

– Nie rozumiem.

– Gdzie pan mieszka?

– W Jaworznie. Na Krzywej.

– To na osiedlu Podwale – poinformował Ryga. – Niemal w Śródmieściu.

– Chyba dość daleko – zauważyła Gniewosz. – Nie ma czegoś bliżej?

– Jerry lubi tu pobiegać.

– Przyjechał pan tu samochodem?

– Tak. Stoi na terenie bazy nurkowej.

– Więc przyjeżdża pan samochodem na spacery z psem.

– O co pani chodzi?

– Czym się pan zajmuje? Zawodowo.

– Niczym. Studiuję.

– Naprawdę? Ile pan ma lat?

– Dwadzieścia cztery. To takie dziwne?

– Dziwne, że dwudziestoczterolatek w środku dnia i w środku tygodnia ma czas i ochotę, żeby tak daleko jechać z psem na spacer. A dodatkowo w tak paskudną pogodę.

– A jednak.

– W porządku. – Gniewosz pokiwała głową. – No więc przyszedł pan tutaj i co? Puścił pan psa?

– Nie. Cały czas był na smyczy. Nie wiedziałem, czy staw jest już zamarznięty, czy nie.

– I co dalej?

– No nic. Poszedłem ścieżką do promenady, tam, gdzie zaczyna się pomost. Zobaczyłem trupa i zadzwoniłem.

– Ale się pan nie przyjrzał.

– Nie znajduję przyjemności w takich rzeczach.

– Wszedł pan na pomost?

– Mówię pani, że nie. Zobaczyłem ciało z promenady i zadzwoniłem po was.

– I co potem?

– Nie rozumiem.

– Czego pan nie rozumie? – Gniewosz okazała techniczne zniecierpliwienie. To Łezka nauczyła ją stosować tę metodę. – Pytam, co pan robił po telefonie na policję. To nie jest trudne pytanie.

– Wróciłem do pawilonu i czekałem.

– Widział pan kogoś?

– Zupełnie nikogo. Już to wszystko mówiłem. Mogę już iść?

– Obawiam się, że jeszcze nie. Ale może pan wsiąść do mojego samochodu. Psiak też. Nie przeszkadza mi to. Szymon, chciałabym obejrzeć ciało i miejsce, gdzie je znaleźliście.

– Pewnie – odparł facet za jej plecami, bo ten, co myślała, że jest Szymonem, to akurat był Bartoszem. Gniewosz machnęła na Korsarza i całą grupą ruszyli w kierunku deptaka nad wodą, przez Kalmana szumnie nazwanego promenadą.

Całkiem możliwe, że latem, gdy woda w stawie przybierała turkusowy kolor, a nagie skały mieniły się w słońcu, było tu faktycznie pięknie. Ale dziś raczej upiornie. Wszystko dookoła miało jeden szarobury kolor. Śnieg jeszcze nie spadł, ale szron już się osadził na martwej łące. Ziemia pod butami twardniała, ale wciąż jeszcze można było się ubłocić, stawiając stopę w niewłaściwym miejscu. Co do pewnego stopnia tłumaczyło, po co Kalmanowi kalosze. Najbardziej dojmujące wrażenie robiła jednak władająca okolicą pustka. Gniewosz usiłowała ogarnąć to wszystko wzrokiem. Dwieście metrów przed nią i po sto metrów na oba boki wznosiły się wysokie nawet na trzydzieści metrów ściany kamieniołomu, zamykając dostęp do stawu od trzech stron.

To było daleko, a blisko, ledwie kilkanaście kroków od niej, w poprzek brzegu ciągnął się odgrodzony od łąki płotem deptak. Dokładnie vis-à-vis wejścia w głąb stawu wyprowadzono drewniany pomost, który za moment rozdwajał swój przebieg. Prawa odnoga prowadziła do pierwszej nawodnej altany, a lewa wiła się wzdłuż brzegu jak wąż, Korsarz powiedziałby, że jak zaskroniec, ale Gniewosz oczywiście, że jak gniewosz plamisty. Kilkadziesiąt metrów dalej pomost znów się rozgałęział. Prawa odnoga wiodła do drugiej altany, a lewa na brzeg. Latem, gdy stan wody był wysoki, pomost całkowicie znikał pod jej kilkucentymetrową warstwą, zmuszając turystów do zamoczenia kostek, rzecz jasna ku uciesze rozwrzeszczanego, wróć, rozentuzjazmowanego potomstwa. Dziś wody było sporo, ale pomosty pozostawały wynurzone. Jeszcze dzień czy dwa, a staw zupełnie zamarznie i na jakiś czas pomosty przestaną być potrzebne.

Tymczasem na promenadzie leżał trup, przy którym kucał pięćdziesięcioletni przystojniak.

– O rajuśku, aspirantka Gniewosz – zakrzyknął doktor Tillmann, podnosząc się z kolan.

Zośka powinna się skrzywić, ale zamiast tego poczęstowała go przyjaznym uśmiechem. Tillmann, prócz tego, że całkiem dobrze wyglądał z tą swoją krótką siwą brodą, powszechnie znany był z pogodnego usposobienia i nieszczególnie formalnych form komunikacji. Pomijając dziwne słowa, których miał w zwyczaju używać, zdarzało mu się również nie dostosować tonu wypowiedzi do sytuacji. Ponoć powiedział kiedyś żonie ofiary wypadku samochodowego, że jej mąż wyszedł na prostą. Ona się ucieszyła, że najgorsze minęło, on miał na myśli asystolię zapisaną prostą linią na elektrokardiografie. Cóż, był to dziwak pierwszej wody, no ale jeśli człowiek zawodowo zajmuje się grzebaniem w trupach, to musi mieć jakieś osobne zapisy w kodeksie moralnym.

– Cześć, Jasiu – przywitała się Gniewosz, a Korsarz machnął na powitanie, słusznie zakładając, że Tillmann i tak im nie poda osłoniętej niebieską lateksową rękawiczką dłoni.

– Jeśli chcieliście go przesłuchać, to za późno. Nie żyje. – Tillmann się zaśmiał, Korsarz też.

– Co powiesz? – zapytała Gniewosz.

– Niewiele. Zobacz.

Gdy z ciała ucieka życie i staje się ono po prostu obiektem, bardzo trudno dostrzec w nim ludzkie cechy. Nawet fizyczne. Ofiara może wyglądać na dwadzieścia lat, a mieć pięćdziesiąt. I odwrotnie. Ale Gniewosz wiedziała, kim jest denat. Krzysztof Labe. Czterdzieści dwa lata. Dawny żołnierz Grupy Mokotowskiej. Tillmann ukucnął przy ofierze i podniósł jej głowę.

– O – rzucił nieco zbyt entuzjastycznie, eksponując czoło denata. – Tu jest dziurka. A tu… – Zawiesił na moment głos, bo niełatwo jest odwrócić trupa z pleców na brzuch. – A tu jest druga dziurka. W czaszce musi być kisiel.

– Rozumiem, że to śmiertelny postrzał.

– Zdecydowanie. W dodatku oddany raczej z bliska, więc albo ofiara znała sprawcę, albo z jakiegoś powodu się tu umówili.

– Gdzie leżał? Jest mokry, więc rozumiem, że był w wodzie.

– Tak. Strzał oddano w altanie, a potem ciało wrzucono do wody. Albo samo wpadło, nie sposób tego teraz stwierdzić, ale jest to możliwe. Leżał twarzą do góry.

– W której altanie?

– W tamtej – powiedział Tillmann, wskazując drewnianą zabudowę na wprost od nich. Tę bliższą. – Nurkowie wbili tam znacznik, więc na pewno nie przegapisz.

– A jesteś w stanie określić czas zgonu?

– Przed Bogiem nie przysięgnę.

– A przede mną?

Tillmann się zaśmiał.

– Wyczuwam już delikatne stężenie w mięśniach powiek i szczęk – stwierdził. – Myślę, że zginął trzy do czterech godzin temu. Ale bardziej trzy.

– Zabezpieczyliście jakieś ślady? – To Korsarz przypomniał Zośce, że i on, i dwóch jaworznickich śledczych też uczestniczą w tej scenie. To właśnie do Kotuły skierowane było pytanie.

– Był tutaj Piasecki – padła odpowiedź. – Znasz go?

– Nie – odparł Korsarz.

– Tak – odparła Gniewosz. – Technik. Zebrał coś?

– Coś tam zebrał – włączył się Ryga. – Ale generalnie to narzekał. Ponoć ziemia twarda i ciężko o jakiekolwiek odciski. Znalazł jakieś tam, przy drewnianych schodkach prowadzących na klif, ale to dość popularne miejsce. Prócz tego ślady opon motocykla. Wyglądają na świeże.

– Gdzie? – zapytała Gniewosz.

– Tam, przy drugim zejściu z pomostu. Prowadzą w stronę pawilonu, a potem się urywają. Tam już ziemia jest twarda.

– A paluchy?

– Nie było z czego zbierać – wyjaśnił Ryga. – Nurkowie znaleźli w stawie mocno zdeformowany pocisk i to właściwie jedyne cenne znalezisko.

– No dobra. – Gniewosz westchnęła, a potem się przeciągnęła, bo choć minęła szesnasta, od dobrych dwóch godzin odczuwała paraliżującą senność.

Oczywiście nikomu o tym nie powiedziała, szczególnie Łezce, ale od kiedy Paweł się wyprowadził, a ona była zmuszona sama spać w tym wielkim, pustym łóżku, sen przestał przychodzić na zawołanie. Miało to jakieś plusy. Na przykład takie, że Zośka odsłuchała już wszystkie podcasty, jakie miała zakolejkowane w serwisach streamingowych przez ostatnie dwa lata. Ale to marna pociecha.

– No dobra – powtórzyła. – Rozejrzymy się po okolicy, okej?

– Bawcie się dobrze – odparł Kotuła, wysupłując z paczki papierosa i klnąc pod nosem, bo to był już przedostatni.

Gniewosz skinęła na Korsarza, który oczywiście się skrzywił. Był od niej o cztery stopnie służbowe bardziej godzien zaufania i choć Łezka nie powiedziała tego wprost, to przecież oczywistym było, że to on dowodził w tym zespole. Tylko Gniewosz chyba o tym nie wiedziała, a on nie bardzo wiedział, jak miałby jej o tym powiedzieć. Dobra, potem się nad tym zastanowi, a na razie faktycznie trzeba się rozejrzeć. Sam też by tak zarządził, więc Gniewosz po prostu odczytała jego myśli. Właśnie tak. Jest dobrą podwładną, i tyle.

Tylko, do cholery… Dlaczego na niego nie poczekała? Nim wykonał w głowie całą swoją robotę motywacyjną, Gniewosz już wchodziła na pomost.

– Uważaj, może być zalany! – krzyknął do jej pleców.

– Nie, wystaje nad wodę – odparła właścicielka pleców i tego, co poniżej, a na co Korsarz znów nie omieszkał zerknąć. Przypadkiem rzecz jasna, no bo przecież nie, nigdy, przenigdy i za żadne skarby, nie z koleżanką, ba z podwładną nawet. To by miało konsekwencje, a Korsarz nie znosił konsekwencji.

Tymczasem Gniewosz błądziła myślami zupełnie gdzie indziej. Bo coś jej się tutaj nie zgadzało. Szła po pomoście powoli, rozglądając się na boki. Na rozwidleniu skręciła w prawo i po kilku krokach doszła do altany. Niewielki drewniany budynek postawiono na planie sześcianu i okryto spadzistym dachem. Jedna z barierek była ułamana. Od strony stawu. To pokrywało się z wnioskami śledczych, że zabójstwa dokonano w altanie, a dopiero potem ciało wpadło do wody. Gniewosz wychyliła się przez barierkę i ujrzała czerwoną chorągiewkę na długiej stalowej antenie wbitej w dno.

– Tu leżały zwłoki – zauważył Korsarz.

– Ta… – odparła Gniewosz, po to jedynie, by komisarz nie rozpraszał jej, bezsensownie powtarzając coś, co przecież usłyszała, a czego nawet słyszeć nie musiała, bo przecież Korsarz nie powiedział niczego odkrywczego. Chciał zresztą coś dodać, ale uniosła dłoń i przyłożyła palec do ust, więc ostatecznie się zamknął. A ona ruszyła pomostem z powrotem w kierunku promenady.

– Co jest? – zapytał w końcu Korsarz, gdy znów znaleźli się na brzegu.

– To nie pasuje – odparła Gniewosz.

– Co nie pasuje?

– Geometria.

– O matko, jakbym słyszał Lichego.

– Jaki on jest? Ten Lichy.

– Nie mam pojęcia, nigdy go nie poznałem. Ale to jego pierdolenie o geometrii jest słynne na cały Śląsk.

– Słyszałeś, co powiedział Kalman? Że doszedł tutaj, gdzie stoimy, zauważył ciało i zadzwonił po policję.

– Niby jak? Przecież stąd nie da się nic zobaczyć. Zasłaniałyby je pomost i altana.

– No właśnie. – Gniewosz się uśmiechnęła. Wyrozumiale, co Korsarz zrozumiał i zdążył się nawet rozgniewać, acz bez jakichkolwiek objawów. – Dlatego mówię, że geometria się nie zgadza.

– W takim razie skąd Kalman mógł zobaczyć ciało? – zapytał komisarz. – Z lądu chyba w ogóle nie byłoby to możliwe, bo pomost biegnie wzdłuż brzegu i wszystko zasłania.

– Dokładnie – zgodziła się Zośka. – Musiał wejść na pomost. A może nawet do altany. Stamtąd…

– Nie – przerwał Korsarz. – Tillmann mówił, że ciało leżało twarzą do góry. Gdyby Kalman wszedł do altany, to widziałby je bardzo wyraźnie. Nie mógłby pomylić płci w zgłoszeniu.

– Słusznie. – Gniewosz poklepała go po ramieniu, a on wyprostował się jak paw, zaraz jednak przypominając sobie, że to nie pochwała od Łezki, której, od kiedy znalazł się w jej zespole, nieustannie usiłował zaimponować, a od młodej aspirant, którą ewentualnie on powinien pochwalić, a nie cieszyć się z jej komplementów. Ależ ona ma ego – pomyślał, ale jak zwykle nic z tym nie zrobił.

Aspirant tymczasem podążała już promenadą wzdłuż płotu, kierując się do drugiego wejścia na pomost i bezustannie usiłując odnaleźć miejsce, z którego Kalman mógłby ujrzeć ofiarę. Bez rezultatu. Co jednak nie znaczyło, że niczego nie dostrzegła.

– Spójrz. – Wskazała palcem na pokryty niewielką śnieżną zaspą krzak czegoś ozdobnego, co latem zapewne pozowało do wielu zdjęć, ale teraz było całkowicie zalane psimi sikami.

– Wygląda na w miarę świeże – zauważył Korsarz.

– Właśnie. A Kalman ma psa.

– Którego w dodatku podobno nie spuścił ze smyczy.

– Czyli kłamie. – Gniewosz wyjęła z kieszeni, tak, z tej kieszeni, telefon, odszukała odpowiednią aplikację i wykonała zdjęcie. – Powiedział, że doszedł tylko do wejścia na pomost. Ale kłamie. Stamtąd nie mógł zauważyć zwłok. Nasikać tutaj mógł oczywiście jakiś inny pies, ale…

– Możemy pobrać próbkę – zauważył Korsarz, a potem zauważył jeszcze, jak Gniewosz się krzywi. Wzruszył ramionami i powlókł się za nią, bo znów ruszyła przed siebie.

– Myślisz, że on wszedł na pomost?

– Tak właśnie myślę.

– Bo?

– Bo te jego kaloszki są fancy, ale na zamarzniętej łące raczej niewygodne. Pomost czasami jest pod wodą, a czasami nie. Najwyraźniej przyjechał tu z zamiarem wejścia na pomost.

– Ale w takim razie dlaczego od tej strony? Stamtąd miałby dużo bliżej.

– Dobre pytanie. A odpowiedź brzmi: myślę, że szedł do tej drugiej altany.

– Po co?

– Nie wiem, ale chcę zobaczyć, czy z drugiej altany widać ciało leżące przy pierwszej.

Gdzieś w oddali chmara czarnych ptaszysk zerwała się do lotu, zdzierając gardła i przy okazji rozdrapując Korsarzowi jako tako poukładany układ nerwowy. Powiedział brzydki wyraz i przyśpieszył kroku. Gniewosz była już na pomoście, kierując się w stronę altany, a on wlókł się za nią jak jakiś przylepa, co to się kręci pod nogami, nie wiadomo w sumie po co.

– Bingo – rzuciła Zośka, gdy komisarz w końcu dotarł na miejsce.

Oboje widzieli teraz wystającą ze stawu flagę. Do miejsca, gdzie zaległy zwłoki Labego, było stąd dobre pięćdziesiąt metrów. Leżące na brzegu i ledwie omywane wodą ciało musiało być dobrze widoczne, ale nie na tyle, by móc bez omyłki stwierdzić płeć.

– Po coś tu przylazł, chłopaczku? – zapytała samą siebie Gniewosz, planując również sama sobie udzielić odpowiedzi, ale ona jeszcze nie nadeszła.

– Może się tu z kimś umówił? – spróbował Korsarz.

– Możliwe. Tak, masz rację. Umówił się tu z kobietą.

– Skąd wiesz, że z kobietą?

– Słyszysz to? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

– Co? Nic nie słyszę.

– To przestań gadać.

– Woda obija się o pale pomostu. Jest wiatr, więc stawem lekko kołysze i…

Teraz to usłyszał. To nie była woda. Raczej coś twardego. I dobiegało dokładnie spod altany.

– Ki diabeł? – zapytał.

– Trzeba zejść pod podłogę.

– Tam jest woda!

– Wow. Spektakularna dedukcja, Korsarz.

– Chodzi mi o to, że… Nurkowie jeszcze są na miejscu. Mają pianki. Mogą tam zajrzeć.

– Szkoda czasu – odparła Gniewosz, podając mu telefon, policyjną blachę i kluczyki od auta.

– Ale… Co zamierzasz…? – zaczął, choć przecież wiedział, co zamierza. I przeprowadziła swój zamiar bardzo sprawnie. Stała przed nim, potem on mrugnął i już jej nie było.

– Uuu! – wrzasnęła zza barierki. – Rześko! Wskakuj!

– Za nic! Uprzedzam twój zarzut: owszem, jestem mięczakiem.

Zaśmiała się, bo to pomogło jej odepchnąć własne demony. Stała w wodzie po pas, a grząski grunt kleił jej stopy do podłoża. Spodziewała się, że będzie tu płycej. Przy pierwszej altanie było ledwie kilkanaście centymetrów. Gniewosz miała swoje przejścia z wodą i choć należała do tych, którzy aktywnie zwalczają swoje strachy, obecnie zainicjowała proces wyklinania samej siebie za nadreaktywność. Faktycznie trzeba było zawołać nurków. No ale skoro nie zawołała i skoro musiała już się nurzać po pas w zimnej Wydrze, to równie dobrze mogła zleźć pod tę cholerną altanę. I tak zrobiła.

– Zośka?! – zawołał za nią Korsarz. – Zooośkaaa!

– Nie wrzeszcz – usłyszał spod altany. – Jestem…

– Jesteś pierdolnięta.

– Powiedz mi coś, czego nie wiem – odparła, ale na tyle cicho, że Korsarz wątpił, by było to przeznaczone dla jego uszu.

– Masz coś? – zapytał.

– Czekaj. To chyba… Wędka.

– Wędka?

– Tak. Jest jakby… Uwiązana. Spróbuję ją uwolnić, albo nie, czekaj, najpierw zwinę żyłkę, żeby mi się to nie poplątało.

Zajęła się robotą, a Korsarz wybiegł na pomost, na którym uklęknął, by być w stanie zobaczyć, co się dzieje pod altaną. Gniewosz walczyła z wędką i nie szło jej najlepiej, co jednak wywnioskował przede wszystkim na podstawie używanego przez nią słownictwa.

– Ooo – usłyszał nagle i zaraz głowa Zośki wychynęła spod pomostu. – Korsarz, masz nóż?

Korsarz miał nóż, więc się nim podzielił. Gniewosz na moment wróciła pod pomost, a gdy wróciła, trzymała w rękach niewielką foliową torbę. Szczelnie zamkniętą.

– Co to? – zapytał komisarz.

– Było przyczepione do haczyka i skryte pod wodą – odparła Gniewosz, zwracając Korsarzowi nóż, który on natychmiast przetarł i schował do pokrowca.

– Co tam jest w środku?

– Sam sobie zobacz.

– Wygląda jak… Przecież to jest popaczkowana meta.

– Dokładnie. Wracamy do Kalmana.

– I dobrze. Znowu zaczyna padać.

Też to zauważyła. W dodatku było jej zimno. Ale przynajmniej wiedziała, że ten jej idiotyczny wybryk nie poszedł na marne. Szli szybko, niemal biegiem.

– Macie coś? – przywitało ich pytanie Kotuły.

Obaj z Rygą zdążyli już wrócić do pawilonu, który wprawdzie kiepsko chronił przed śniegiem, ale kiepsko to i tak lepiej niż wcale. Gaworzyli sobie teraz z Kalmanem, a Ryga nawet poczochrał psa, ku wielkiemu psa ukontentowaniu.

Gniewosz pokazała znalezisko.

– Uuu… – Kotuła skrzywił się nieco, nie na tyle jednak, by ktoś mógł to dostrzec. Fajna była ta młoda, ale jeśli coś się tu zawieruszyło, to oni z Rygą powinni to znaleźć.

– Czy wiesz, co to jest? – zapytała Gniewosz Kalmana, korzystając z kolejnej sztuczki Łezki. Gdy przechodzisz z rozpytywanym na „ty”, on już wie, że coś na niego masz.

– N… Nie. – Spróbował udawać idiotę, nawet udanie, ale i tak nikt mu nie uwierzył.

– To ja ci podpowiem – powiedziała spokojnie aspirant. – To są narkotyki. Konkretniej metamfetamina. Popaczkowana na sprzedaż. Czy to twoje?

– Nie. Przysięgam.

– Więc czyje?

– Nie wiem.

– Dobra, stary, nie mam na to czasu. Powiem ci, co myślę. Przyjechałeś tu, żeby kupić metę od dealera. Całkiem dobra miejscówka. Odcięta od świata, z zaledwie jedną drogą do obserwacji. A w razie potrzeby można przyczepić towar do haczyka i schować pod wodą. A dealerem jest jakaś kobieta. Właśnie dlatego w pierwszej chwili powiedziałeś, że ciało należy do kobiety. Bo spodziewałeś się tu jakąś zastać, a zastałeś zwłoki.

– To wszystko nie…

– Nie mogłeś widzieć zwłok – przerwała mu Gniewosz. – Nie z tego miejsca, co twierdzisz. Sprawdziliśmy to dokładnie. Jedyne miejsce, z którego było je widać, to druga altana. A właśnie tam znaleźliśmy prochy. Rozumiesz?

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Dedykacja

Epigraf

Meritum publikacji