Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czeska i polska fantastyka są ze sobą nierozerwalnie związane. Inspirują siebie nawzajem i przenikają, a niniejszy zbiór stanowi tego spektakularne potwierdzenie. Polscy i czescy autorzy połączyli siły, tworząc książkę wydaną jednocześnie w Warszawie i Pradze – zarówno po polsku, jak i po czesku. Antologia jednoczy gatunki cenione przez oba narody, których twórcy doskonale opanowali literacki fach. Jakub Ćwiek i Leoš Kyša to znaczące postacie na obu scenach literackich; obaj z powodzeniem publikują swoje utwory w kraju sąsiada. Zaprosili oni do współpracy autorów mających wiele do powiedzenia – twórców z obu stron Odry – prosząc ich o napisanie tekstów najwyższej próby. Bo przecież ostatni strzał może być również początkiem drogi do zostania bohaterem.
To zbiór, którego z pewnością nie można przegapić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 762
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ostatni strzał
Wydawnictwo: Pulp Books
Tłumacz: Szymon Dubyk
Redaktor wydania czeskiego: Leoš Kyša
Redaktor tekstów czeskich: Jakub Ćwiek
Redaktorka tekstów polskich: Marta Sobiecka
Korektorka: Marta Woźniak
Grafika okładkowa: Piotr Sokołowski
Projekt okładki i stron tytułowych: Piotr Sokołowski
Skład: Krzysztof Biliński
PULPBOOKS SP. Z O.O.
ul. Łagiewnicka 121
91-863 Łódź
www.pulpbooks.pl
ŁÓDŹ 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 978-83-68848-18-2
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody Wydawnictwa i Autora.
Niniejsza powieść jest wyłącznie fikcją literacką. Podobieństwo do prawdziwych wydarzeń i postaci jest przypadkowe.
COPYRIGHT © by Kristýna Sněgoňová, Ondřej Neff, Wojciech Chmielarz, Leoš Kyša, Jakub Mařík, Magdalena Witkiewicz, Lucie Ortega, Przemek Corso, Veronika Fiedlerová, Grzegorz Brudnik, Tomáš Němec, Magda Stachula, Roman Bureš, Grzegorz Dziedzic, Petr Heteša, Jan Kotouč, Jakub Ćwiek
COPYRIGHT © BY WYDAWNICTWO PULP BOOKS ŁÓDŹ 2026
Kto ogląda filmy, ten wie, że Ostatni strzał nie powinien być poprzedzony długim wstępem. Ileż to historii potoczyłoby się inaczej, gdyby na koniec główny czarny charakter nie postanowił wytłumaczyć swojego postępowania, motywacji i celów, zanim pociągnął za spust. Tym samym daje bohaterowi szansę na ucieczkę i cały jego wysiłek szlag trafia.
„Albo robisz, albo gadasz” – powiedział mi kiedyś majster na budowie, na której zatrudniłem się na wakacje. Wtedy wybrałem gadanie. I proszę, jak skończyłem. Mógłbym właśnie prężyć się do słoneczka na jakiejś pięknej, majestatycznej budowie, a zamiast tego siedzę w ciemnej piwnicy i piszę wprowadzenie do przewodnika po mrocznych zakamarkach cudzych umysłów.
Bo tym właśnie jest ta książka. Zbiorem wizji na temat końca. A właściwie końców, bo przecież nie jest tak, że wszyscy mamy ten sam. Ani że postrzegamy go w podobny sposób – z takim samym dystansem lub jego brakiem, z humorem albo z trwogą. Okazuje się jednak, że zarówno w Polsce, jak i za naszą południową granicą sporo myślimy o takich zwieńczeniach i podsumowaniach.
Zbiór, który właśnie trzymacie w rękach i do którego wspólnie z Leošem zaprosiliśmy naprawdę plejadę czeskich i polskich autorów, zawiera – jak to Pulp – opowieści z bardzo różnych gatunków. Znajdziecie tu wszystko: od wręcz howardowskiego fantasy, przez grozę, militarną space operę, noir, klasyczny kryminał i sensację, aż po ghost story i postapo. Wszystkie jednak, niezależnie od sztafażu, opowiadają o domykaniu jakiegoś etapu, a niemal zawsze również o otwieraniu się na nowy.
Czy my, pisarze, możemy coś o tym wiedzieć?
Cóż, pewnie niewiele więcej niż inni. Ale, jak zaraz się przekonacie, to, co jednak mamy, potrafimy zajebiście dobrze ubrać w słowa.
Miłej lektury,
Kuba Ćwiek
Kristýna Sněgoňová (ur. 1986)
Kobieta wielu talentów, z natury stworzona do wielozadaniowości. Potrafi zalać rozmówcę takim potokiem słów, że w praktyce nie sposób z nią dyskutować. Świetna pisarka i znakomita gawędziarka, której gwiazda na firmamencie czeskiej fantastyki świeci coraz jaśniej. Przy swoim zawrotnym tempie życia, byłaby wręcz idealną kandydatką do roli Wonder Woman.
Nieprzypadkowo jej literacka kariera rozpoczęła się od zwycięstwa w konkursie O brahmínovo vemeno, w którym zachwyciła jurorów opowiadaniem Zrůdy by měly držet spolu (2009). Kolejne szlify zdobywała w następnych konkursach, by z czasem przenieść się na łamy czasopism poświęconych fantastyce.
Szybko wypracowała sobie opinię jednej z najlepszych specjalistek od krótkiej formy i stała się ozdobą licznych antologii. Zwróciła na siebie uwagę między innymi opowiadaniami opublikowanymi w zbiorach Ve stínu Říše (2017), Ve stínu apokalypsy (2018) i Ve stínu magie (2019).
W końcu przyszedł jednak czas na dłuższe teksty. I już powieściowy debiut – urban fantasy Krev pro rusalku (2018) – okazał się strzałem w dziesiątkę, trafiając do grona najlepiej ocenianych książek roku. Rok później ukazały się Zřídla (2019), powieść, w której autorka odważnie eksperymentowała zarówno z formą, jak i stylem. Szczególne miejsce w jej dorobku zajmuje dopracowana w najdrobniejszych szczegółach trylogia Města: Město v oblacích (2020), Země v troskách (2021) i Svět v bouři (2022) – będąca jej autorskim spojrzeniem na literaturę postapokaliptyczną. Spróbowała także sił jako redaktorka, przygotowując wspólnie z Lukášem Vavrečką antologię Hlubiny města (2023). Wróciła również do świata Krve pro rusalku, rozwijając go w luźnej kontynuacji zatytułowanej Krev pro divoženku (2023).
W międzyczasie na dobre wpadła w twórczy tandem z Františkiem Kotletą – współpracę, która wyszła na dobre im obojgu. Ona nieco ucywilizowała Kotletę, on z kolei odrobinę ją zbarbaryzował. Efektem był ambitny cykl space oper Legie (2020–2025). Sam rok 2025 okazał się dla Sněgoňovej wyjątkowo pracowity. Ukazała się jej autorska powieść Bezčasí, w której splata losy bogów i śmiertelników, a wspólnie z Kotletą rozpoczęła nowy postapokaliptyczny cykl Atomové šelmy.
Kristýna Sněgoňová
Jak każdy na świecie, Kuttenbach miał też imię. Tyle że od dziecka nikt nie zwracał się do niego inaczej niż Myszak.
Tak właśnie wołały na niego dzieci w sierocińcu. Tak mówiły do niego zakonnice prowadzące przytułek. „Myszak!”, krzyczała też Elisa, kiedy uciekli razem z sierocińca do pobliskiej osady, a on po raz pierwszy wziął ją od tyłu, opartą o stertę skrzynek za sklepem z szyldem „Sklep Wielobranżowy Joachima Wagnera”.
Związek oparty na wspólnym planie ucieczki z sierocińca, urządzeniu się potem na swoim – żadne z nich nie miało pojęcia, jak to zrobić, ale Myszakowi na początek wystarczyło samo „urządzenie się” z Elisą – i wspólnym dorobieniu się fortuny przetrwał dokładnie dwie, dość karkołomne, przygody za stertą skrzynek.
Kiedy Myszak potem próbował zdobyć coś do jedzenia dla nich obojga, Elisa – rudowłosa dziewczyna z pieprzykiem na lewej piersi – najwyraźniej ośmielona pierwszą ucieczką, zrobiła to po raz drugi. Tym razem jednak uciekła od Myszaka. Z jakimś obwoźnym naciągaczem, który jeździł od osady do osady i sprzedawał amulety chroniące przed potworami.
Czytając jej pożegnalny list, w którym nawet nie próbowała go przeprosić, za to z zachwytem opisywała, jak Karl „Fircyk” Schmidt odmieni jej życie, Myszak się popłakał. Siedział na skrzynce, o którą jeszcze niedawno w rytmicznym tempie uderzała pierś Elisy z charakterystycznym pieprzykiem, ocierał łzy i wyobrażał sobie, jak Fircyka pożerają potwory, a Elisa wraca do niego.
Utrata dziewictwa za Sklepem Wielobranżowym okazała się jednak opłacalną inwestycją, bo dzięki niej poznał Joachima Wagnera, czyli samego właściciela sklepu.
Kiedy stary kupiec natknął się na zapłakanego Myszaka, najpierw podał mu brudną chusteczkę, a potem zaproponował pracę. Mimo rozpaczy Myszak zachował ostrożność. Za ofertą starego człowieka, którego luki w ortografii przewyższały tylko ubytki w uzębieniu, mogło się wszak kryć wszystko.
Szybko się jednak okazało, że Joachim Wagner nie był zainteresowany cielesnymi uciechami, a już zwłaszcza nie z chudym wyrostkiem, który ledwie przeszedł mutację.
Dał Myszakowi miejsce do spania i pensję w postaci dwóch ciepłych posiłków dziennie. Łóżkiem był wprawdzie materac rzucony w kącie magazynu, ale wciąż zdecydowanie mniej zawszawiony i zapluskwiony od tych w sierocińcu.
Dwa ciepłe posiłki dziennie nie odmieniły jego sylwetki, choć noszenie towarów z czasem wyraźnie go wzmocniło. Z wąską twarzą, szpiczastym nosem i czarnymi oczami przypominał mysz zarówno jako dziesięciolatek, piętnastolatek, jak i dwudziestolatek. Po zawodzie, jaki sprawiła mu Elisa, własny wygląd obchodził go jednak równie mało jak Joachima Wagnera.
Przez jego życie przewinęło się jeszcze kilka dziewczyn, ale z żadną nie przeżył już tak burzliwego romansu jak z tą pierwszą.
Był tylko pomocnikiem sklepikarza, ale nawet to dawało w zapadłej osadzie, leżącej z dala od głównych szlaków, całkiem przyzwoitą pozycję. Większość dziewczyn, z którymi się spotykał, prędzej czy później dawała do zrozumienia, że chciałaby jak najszybciej wyjść za mąż. Myszakowi życie rodzinne nie było jednak w głowie.
– Kiedyś spotkasz tę jedyną – pocieszał go często Joachim Wagner. – I jeszcze będziesz szczęśliwy, że możesz przed nią uklęknąć.
Myszak powątpiewał w tę mądrość choćby dlatego, że wygłaszał ją zatwardziały stary kawaler. Nigdy jednak z tym nie dyskutował. Być może właśnie dlatego, że mimo wszystkich różnic tak dobrze się rozumieli, a on przepracował w Sklepie Wielobranżowym całe dwadzieścia lat. A kiedy Joachim Wagner umarł, okazało się, że zapisał mu sklep w spadku.
Myszak był zaskoczony. Owszem, dobrze się dogadywali, ale przypisywał to głównie temu, że niewiele ze sobą rozmawiali. Nawet po dwóch dekadach wiedział o Joachimie Wagnerze mniej, niż dowiedział się o biuściastej Agnes z drugiego końca osady, z którą był na jednej randce.
Zakładał, że choć Joachim Wagner nigdy się nie ożenił, na pewno ma jakichś krewnych, którzy zjawią się, gdy tylko się dowiedzą, że starość w końcu go dopadła. Minął jednak miesiąc. Potem drugi. Wreszcie cały rok. I nikt się nie pojawił.
Sklep Wielobranżowy Joachima Wagnera miał stałych klientów – zarówno miejscowych, jak i ludzi odwiedzających osadę. Ta z kolei była mała, zaniedbana, ale bezpieczna, i leżała z dala od terenów, po których zwykły włóczyć się potwory.
Tutaj, na powierzchni, nazywano je po prostu kurwami, dodatkowo spluwając przez ramię. Kiedy jednak do sklepu zaglądali dostawcy z niemieckiego miasta w chmurach, mówili o nich: Kleki.
Myszak nigdy nie pytał, co to właściwie znaczy. Zresztą nie pytał prawie o nic. O życiu tam na górze dostawcom nie wolno było opowiadać, a on nie szukał wśród nich przyjaciół. Większości z nich zresztą więcej już nie widział, bo ceki pożerały ich gdzieś na trasie między osadami.
Czasem poczęstował któregoś własnoręcznie skręconym papierosem. Z jedną z dostawczyń dwa razy przespał się w magazynie, podczas gdy jej partner ładował towar na wóz. Kiedy pojawili się kolejni, dowiedział się o tamtych, że oboje zginęli po drodze do konstrukcji, rozszarpani przez potwory.
W pogodne dni Myszak lubił wdrapać się na blaszany dach sklepu, gdzie Joachim Wagner urządził kiedyś niewielki ogródek. Rośliny zdechły, bo Myszak kompletnie nie umiał się nimi zajmować, ale solidna dębowa ławka przetrwała nawet jego opiekę. Po długim dniu pracy siadał więc na niej z piwem i wpatrywał się daleko za drewnianą palisadę otaczającą osadę, gdzie na horyzoncie majaczyła sylwetka miasta w chmurach.
Nie wiedział, jak się nazywa. Nie wiedział, jak daleko naprawdę się znajduje ani jak żyje się ludziom tam na górze. W sierocińcu uczono ich o Projekcie Wniebowstąpienie, w ramach którego przed wieloma laty zbudowano miasta ocalenia wysoko nad ziemią. Zakonnice nawet nie próbowały udawać, że było to coś więcej niż ucieczka tych, których było na nią stać, przed problemami powierzchni.
Miasto górujące nad okolicą zamieszkiwali potomkowie Niemców, którzy jakieś sto pięćdziesiąt lat wcześniej wykupili sobie przepustkę do bezpiecznego życia – bez głodu, bez wojen i przede wszystkim bez potworów. Schronili się w mieście wzniesionym na szczycie gigantycznych stalowych konstrukcji, chroniących ich przed wszystkim, co pustoszyło świat na dole.
To, jak radzą sobie ci, którzy zostali na powierzchni, zupełnie ich nie obchodziło. A powierzchnia, z wzajemnością, niespecjalnie się nimi interesowała.
Mniej więcej dwa lata po śmierci starego właściciela Myszak zatrudnił pomocnika. Dokładnie tak samo, jak kiedyś Joachim Wagner zatrudnił jego – bardziej z litości niż z potrzeby. Chłopak nie uciekł z sierocińca, ale w domu najwyraźniej nikt za nim nie tęsknił. Kiedy Myszak zobaczył blizny po oparzeniach na jego plecach, wcale go to nie zdziwiło.
Nie pamiętał już, czy sam był kiedyś równie szczęśliwy, gdy stary kupiec dał mu pracę, ale ten chłopak harował ponad siły, by odwdzięczyć się za otrzymaną szansę.
Kiedy Myszak zapytał go o imię, chłopak wydukał:
– Helm… eee… bert.
– Helmut? – nie zrozumiał Myszak. – Herbert?
Chłopak pokręcił głową w sposób, który nie był ani potwierdzeniem, ani zaprzeczeniem. Myszak zrozumiał, że albo nie chce zdradzić swojego prawdziwego imienia, albo sam próbuje o nim zapomnieć.
Od tamtej pory mówił na niego Helmebert.
Przez większość dnia Helmebert milczał. Najpewniej bał się, że jeśli zacznie rozmawiać, Myszak uzna to za marnowanie czasu, który powinien poświęcić pracy. Nigdy więc zbyt wiele ze sobą nie rozmawiali. I Myszakowi to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie.
Milczący Helmebert przypominał mu ciche wieczory spędzane z Joachimem Wagnerem nad księgami rachunkowymi. A Joachim Wagner był najbliżej tego, co Myszak mógł nazwać rodziną. Kiedy umarł, Myszak nie miał już nikogo.
Aż pewnego wieczoru, kiedy jak zwykle siedział i wpatrywał się w pomarańczową poświatę migoczącą wokół odległej stalowej konstrukcji, uświadomił sobie, że właściwie to życie, jakie wiódł, zwyczajnie go nudzi.
To odkrycie go zaskoczyło.
Żenić się nie chciał tak długo, że w osadzie zabrakło niezamężnych kobiet. Przez cały ten czas był przekonany, że ma wszystko, czego potrzebuje. Spokój. Bezpieczeństwo. A odkąd przeniósł się z magazynu do maleńkiej sypialni po świętej pamięci Joachimie Wagnerze, także odrobinę wygody.
Ale mijał dzień za dniem, zmieniały się tylko twarze dostawców i w końcu musiał przyznać sam przed sobą, że to, co ma, już mu nie wystarcza.
Gdzieś głęboko w nim wciąż tlił się ten sam płomień, który przed laty kazał mu uciec z sierocińca, choć wcale nie żyło mu się tam aż tak źle. Ten sam, który sprawił, że zabrał ze sobą o dwa lata starszą Elisę, oczarowaną nim do tego stopnia, że odważyła się ruszyć z nim przez pustkowia. Co prawda tylko kawałek i drogą, którą oboje uważali za bezpieczną, ale jednak – zrobiła to mimo potworów i wszechobecnej niepewności.
Dwadzieścia lat wcześniej był przekonany, że potrafi wszystko. I być może właśnie dlatego wtedy naprawdę to potrafił.
Tylko że skończył tutaj. W tym samym sklepie, za którym kiedyś siedział, ocierając łzy po przeczytaniu pożegnalnego listu Elisy.
Aż niespodziewanie pojawiło się rozwiązanie.
Zaczęło się od tego, że Franzowi Kellerowi zginęła koza. Mężczyzna był do niej tak przywiązany, że ludzie zaczęli plotkować o naturze ich relacji. Szeptem, bo Keller składał się z mniej więcej trzech Myszaków upchniętych w jednym ciele.
Myszak nie miał wątpliwości, że koza po prostu zwiała do sąsiada, gdzie – jak wiadomo – trawa zawsze jest bardziej zielona. Keller był jednak święcie przekonany, że ktoś ją ukradł.
– To była piękność, rozumiesz? – żalił się Myszakowi, kiedy przyszedł do sklepu. Chyba bardziej po to, żeby się wygadać, niż zrobić zakupy. – Okaz pierwsza klasa. Każdy się za nią oglądał. A propozycje kupna? Myszak, przyjacielu, nie zliczyłbym ich na palcach obu rąk!
Kellerowi brakowało dwóch palców u lewej dłoni, ale Myszak zrozumiał, o co mu chodzi. Zresztą nie miał najmniejszej ochoty się sprzeczać. Zależało mu tylko na tym, żeby wpisać należność do księgi rachunkowej i uprzejmie, ale możliwie szybko, pozbyć się Kellera ze sklepu.
Po chwili uświadomił sobie jednak, że oprócz zniecierpliwienia czuje jeszcze coś. Ciekawość. W osadzie rzadko wydarzało się cokolwiek, co mogłoby ją wzbudzić, a Myszak przez długie lata był przekonany, że taki stan rzeczy mu pasuje.
Teraz jednak, jakby wbrew sobie, zapytał:
– Jak myślisz, kto ją zabrał?
Keller zamilkł, jakby nie spodziewał się, że ktokolwiek faktycznie zechce go wysłuchać. Przez chwilę przyglądał się Myszakowi, po czym rozciągnął usta w szerokim uśmiechu.
– No właśnie z tym mógłbyś mi pomóc! Przewija się tu tylu ludzi. Na pewno zauważyłbyś, gdyby któryś zachowywał się podejrzanie.
Ku własnemu zdziwieniu Myszak nie zaprotestował. Mimo iż po plecach przebiegł mu ostrzegawczy dreszcz.
Nie pakuj się w to, Myszak. Pilnuj swojegosklepu.
Ale ekscytacja, że wreszcie dzieje się coś innego, okazała się silniejsza.
– Chyba dałoby się coś zrobić… – odparł ostrożnie.
A w głębi duszy już wiedział, że odnajdzie kozę Kellera.
Krótko mówiąc – udało się. Koza rzeczywiście została skradziona, Myszak znalazł złodzieja. Keller odzyskał swoją rogatą miłość, po czym rozgniótł złodziejowi jądra tak skutecznie, że ten wykrwawił się na podłodze kuchni, w której ukrywał zwierzę.
Taki finał zaskoczył Myszaka. Przez chwilę nawet żałował, że w ogóle się w to wmieszał.
Krótko, bo wdzięczność Kellera nie znała granic. Nie tylko zapłacił Myszakowi, choć ten nie chciał od niego ani grosza, ale jeszcze rozpowiedział wszystkim, że ten dosłownie ocalił mu życie.
Wieść o jego niezwykłych zdolnościach rozniosła się błyskawicznie i wkrótce dotarła także za palisadę. Po drodze zdążyła jednak obrosnąć w szczegóły, które zaskakiwały nawet samego bohatera.
Poszukiwanie zaginionej kozy zmieniło się więc najpierw w odbicie porwanej żony, potem w uratowanie żony i dwójki dzieci przed potworem, aż w końcu w ocalenie dwóch żon i siedmiorga dzieci przed trzema bestiami, które Myszak miał podobno pozabijać gołymi rękami.
Od tej pory Sklep Wielobranżowy odwiedzali już nie tylko ludzie szukający gwoździ, peklowanego mięsa albo okazji do powspominania czasów sprzed miast w chmurach. Zaczęli przychodzić także klienci zupełnie innego rodzaju.
Jedni mieli problem z kimś. Inni z czymś. Dwukrotnie trafiły się nawet sprawy natury zdrowotnej, ale przeważnie chodziło o odnalezienie człowieka albo jakiegoś przedmiotu. Myszak bardzo szybko stał się tym, kogo półtora wieku wcześniej, na powierzchni, nazywano prywatnym detektywem.
Jego klienci byli różni, a sprawy, za których rozwiązanie gotowi byli zapłacić, wielce od siebie odmienne. We wszystkie natomiast rzucał się z postanowieniem odkrycia prawdy. No, może z wyjątkiem sprawy nieszczęsnej wysypki, która jednocześnie wybuchła w burdelu i w kościele – proboszcz uważał to za dopust boży, właściciel domu publicznego obwiniał zaś Stowarzyszenie Przyjaciół Parafialnego Binga, którego członkowie najwyraźniej przyjaźnili się aż za bardzo, tak z jego dziewczynami, jak i ze sobą nawzajem.
Zazwyczaj, jak już się za coś brał, to mu wychodziło. Za późniejsze skutki już jednak nie odpowiadał, a te zdecydowanie zbyt często przypominały finał jego pierwszej sprawy.
Ale choć nadal uważał się przede wszystkim za sklepikarza, to za każdym razem, kiedy do sklepu wchodził ktoś, kto najpierw rzucał niespokojne spojrzenie na Helmeberta, a potem pochylał się do Myszaka i szeptem oznajmiał, że nie przyszedł po prowiant, serce właściciela sklepu biło szybciej.
Powinien był się domyślić, że nie zawsze będzie szło tak gładko. Że prędzej czy później pojawi się ktoś, kto będzie oczekiwał niemożliwego. I że któregoś razu da się namówić na sprawę, której nie będzie w stanie rozwiązać.
Stało się to pewnego upalnego letniego przedpołudnia.
* * *
Dzwonek nad drzwiami zadźwięczał, gdy do Sklepu Wielobranżowego Joachima Wagnera weszła jakaś kobieta.
Myszak uniósł głowę, opuścił, ale po chwili znów uniósł, by spojrzeć raz jeszcze. Nie znał tej kobiety. A nie miał najmniejszych wątpliwości, że zna wszystkich w osadzie. Nie była ubrana jak dostawczyni, ale bez wątpienia przeszła przez pustkowia. Skórę miała poszarzałą od pyłu, włosy splecione w rozczochrany warkocz, a palce czarne od brudu. Położyła je na wygładzonym blacie lady i nerwowo zastukała, chcąc zwrócić na siebie uwagę Myszaka.
Nie było takiej potrzeby. Już od dawna się jej przyglądał.
Mimo to uśmiechnął się.
– W czym mogę pomóc?
Kobieta nerwowo rozejrzała się na boki, potem wyciągnęła szyję w stronę Myszaka i szepnęła:
– Pan Wagner?
No i jest – pomyślał Myszak. – Po tylu latach wreszcie znalazł się ktoś, kto upomni się o sklep.
Spojrzeniem dał Helmebertowi znak, żeby poszedł na zaplecze, po czym pochylił się nad ladą tak blisko, że niemal stykali się nosami.
– Nie żyje. Już od dawna.
Kobieta zmarszczyła brwi. Pod warstwą kurzu nie była brzydka, choć zdecydowanie nie była w jego typie – o ile mógł wybrzydzać. Zbyt wąskie usta, ostre rysy, coś niespokojnego w oczach i włosy nieokreślonego koloru, od kilku dni niemyte. W gruncie rzeczy była nawet trochę podobna do niego.
– Powiedziano mi, że tutaj mogą mi pomóc.
– Z czym? – zachęcił ją Myszak.
– Mam pewien problem.
A więc jednak nie krewnaWagnera.
Na tę myśl po plecach znów przebiegł mu znajomy dreszcz – mieszanina ekscytacji kolejną sprawą i niepokoju, że tym razem na pewno porwie się z motyką na słońce. Mimo tylu rozwiązanych spraw, niemal za każdym razem czuł się oszustem. Bo co właściwie dawało mu prawo mieszać się w cudze życie? Chyba tylko to, że miał na to ochotę.
Kobieta zerknęła w stronę drzwi, co Myszak zrozumiał bez słów. Obszedł ladę i przekręcił klucz w zamku.
Kiedy jej dłoń powędrowała do noża zatkniętego za pasem, uspokajająco uniósł rękę.
– Spokojnie. Zaraz pora obiadu, a tak będziemy mogli porozmawiać bez świadków. Może mi pani powiedzieć wszystko o swoim problemie. Albo przynajmniej to, z czym ewentualnie mógłbym pomóc.
Kobieta opuściła rękę.
– Zaginęło mi dziecko.
Tego właśnie Myszak obawiał się od samego początku. Od stu pięćdziesięciu lat świat był okrutnym miejscem. A poza miastami w chmurach i osadami – okrutnym wręcz niewyobrażalnie. Choć nie wierzył w Boga, czasem dziękował mu za to, że nigdy nie doświadczył tej okrutności na własnej skórze.
Sierociniec nie był co prawda dobrym miejscem, ale ani tam nie głodował, ani nikt go nie wykorzystywał, a przez większość czasu nie musiał się bać, że coś albo ktoś go pożre. Nawet obowiązkowe modlitwy, tak długie, że po ich zakończeniu nie potrafił podnieść się z kolan, czy razy pejczem za to, że nie potrafił się dostatecznie skupić i mylił słowa, były niczym w porównaniu z życiem na pustkowiach. Aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę, co mogło tam czyhać na zaginione dziecko.
Mimo to – a może właśnie dlatego – nie odblokował drzwi i nie wyrzucił kobiety za próg. Zaprowadził ją do składziku, którego używał do zawierania transakcji nieco innego rodzaju niż te, jakie pozostawił mu w spadku Joachim Wagner.
Usiedli naprzeciw siebie przy poobijanym stole. Myszak oparł splecione dłonie o blat.
– Niech mi pani opowie, co się stało.
Opowiedziała. Podróżowała z karawaną kupiecką z jednej osady do drugiej. Miała przy sobie pięciomiesięczne dziecko, gdy zaatakowały ich potwory. Udało im się przeżyć, ale w zamieszaniu ona i dziecko zostali rozdzieleni. Kiedy zorientowała się, że go nie ma, brakowało także dwojga ludzi podróżujących wcześniej karawaną.
Najwyraźniej to oni zabrali dziecko ze sobą.
– Może po prostu chcieli je ocalić? – zasugerował Myszak.
– To dlaczego nie wrócili, kiedy potwór odszedł? – Kobieta odpowiedziała pytaniem na pytanie.
Może miała rację. A może nie wrócili, bo nie byli pewni, czy jest już bezpiecznie.
Potwory rzadko odpuszczały zdobycz. I jeszcze rzadziej zadowalały się jedną.
Gdyby to on uratował z miejsca ataku niemowlę, też nie wróciłby z nim od razu.
– Dlaczego pani myśli, że je zabrali? – zapytał, zdając sobie sprawę, jak głupio to zabrzmiało.
– Dlaczego? – powtórzyła z irytacją. – Żeby je sprzedać? Zjeść? Zostawić sobie do zabawy?
– Przepraszam – powiedział od razu. – Szukała go pani?
– A jak pan myśli?
– I?
– Gdybym je znalazła, raczej by mnie tu nie było.
To akurat była prawda.
– Jak dawno to się stało?
– Dwa dni temu. Wtedy przypomniałam sobie to, co słyszałam o panu. Ludzie pana chwalili. Jeszcze po tym, jak uratował pan te wszystkie żony i ich dzieci przed dziesięcioma potworami…
Na moment zamilkła.
– Jak pan właściwie to zrobił?
– Gdybym tylko wiedział… – mruknął Myszak.
Kobieta mogła to wszystko mówić szczerze. A mogła po prostu próbować mu schlebiać, co jednak nie sprawiało Myszakowi żadnej przyjemności. Bo, prawdę mówiąc, w tej chwili wolałby, żeby polecano go wyłącznie ludziom, którym zginęły zwierzęta.
Bał się. Niezależnie od tego, jaki los spotkał dziecko na pustkowiach, na pewno nie był to dobry los. A mimo to nie potrafił odprawić kobiety tylko dlatego, że obawiał się porażki. Albo, co gorsza, sukcesu, który uczyniłby go posłańcem złych wieści.
Odchrząknął.
– Będę potrzebował rysopisów. Tych dwojga ludzi i dziecka. Właściwie to… chłopiec czy dziewczynka?
Kobieta zmarszczyła czoło.
– To ma jakieś znaczenie? Wszystkie pięciomiesięczne dzieci wyglądają tak samo.
– Muszę je po czymś rozpoznać – odparł Myszak, po czym urwał. – Nie chodzi mi o… znaczy… o jego… albo jej…
– To zwyczajne dziecko. Miało niebieskie spodnie i szarą koszulkę – przerwała mu kobieta.
– To pozostaje mi mieć nadzieję, że go nie przebiorą. A ci dwoje, którzy je zabrali…
– Kobieta i mężczyzna. Nie mieli koni.
– Pani miała?
Kobieta wskazała kciukiem przez ramię, jakby Myszak mógł go zobaczyć przez ścianę.
– Przywiązałam go na zewnątrz. Dokądkolwiek tamci poszli, nie mogli zyskać dużej przewagi.
– A po czym ich poznam? – przypomniał.
– To akurat będzie łatwe. Będą mieli ze sobą dziecko w niebieskich spodniach i szarej koszulce.
Myszak z trudem powstrzymał westchnienie.
– Obawiam się, że będę potrzebował czegoś więcej.
– Nic więcej panu nie powiem. – Kobieta wzruszyła ramionami. – Do czasu ataku niczym szczególnym się nie wyróżniali. Więc ja też nie zwracałam na nich uwagi. Ten mężczyzna… No, był trochę wyższy od pana. Ale od pana to chyba prawie każdy jest wyższy, co?
Myszak milczał. Kiedy nie doczekała się odpowiedzi, podrapała się po głowie.
– Miał na sobie długi skórzany płaszcz, a na plecach karabin. Winchester. Dobrze utrzymany. Kobieta była trochę niższa… ale nadal wyższa od pana. Na jednym udzie miała pochwę z nożem, na drugim starą berettę.
– Widzę, że bardziej przyglądała się pani broni, niż jej właścicielom.
– Tego uczą pustkowia. Poza tym baba przez cały czas miała kapelusz nasunięty na oczy. I tak nie widziałabym jej twarzy, nawet gdybym chciała się jej przyjrzeć. A szczerze mówiąc, nawet mi to nie przyszło do głowy.
– W takim razie proszę mi przynajmniej pokazać miejsce, w którym się rozdzieliliście.
Myszak miał mapę. Była jedną z najcenniejszych rzeczy, jakie posiadał.
Spotykanie ludzi z różnych osad i dostawców z góry miało jedną ogromną zaletę – dowiadywał się o otaczającym świecie znacznie więcej, niż gdyby próbował poznawać go na własną rękę.
Tę starą mapę zaczął uzupełniać jeszcze Joachim Wagner. Przez lata nanosił na nią nowe osady, zaznaczał bezpieczne szlaki i dopisywał ostrzeżenia przy tych, które bezpieczne być przestały.
Myszak kontynuował jego dzieło i wpisywał na mapę wszystko, czego dowiedział się w sklepie.
Teraz, kiedy poszedł na zaplecze spakować rzeczy potrzebne na drogę, zatrzymał go Helmebert.
– Pa… panie Ku… Kuttenbach… – wyjąkał. Zawsze zacinał się bardziej, kiedy się denerwował. Na szczęście ostatnio przy ladzie zdarzało się to coraz rzadziej.
– Co?
– Chy… chyba nie wy… wybiera się pan na ze… zewnątrz?
– Tej kobiecie porwali dziecko. Tutaj raczej go nie znajdę.
Oczywiście zamierzał najpierw popytać w osadzie, zanim wyjdzie za palisadę. To było mało prawdopodobne, ale nie potrafił wyobrazić sobie nic bardziej kompromitującego, niż błąkanie się po pustkowiach w poszukiwaniu niemowlęcia, by na końcu odkryć, że porywacze przypadkiem zostawili je właśnie tutaj.
Helmebert złapał go za rękaw.
– Nie… niech pan nie idzie, pa… panie Ku… Kuttenbach. Mó… mówią, że teraz wszę… wszędzie jest pe… pełno potworów.
– Pełno potworów jest wszędzie od stu pięćdziesięciu lat.
– Wi… więcej niż zwykle.
– To możliwe. – Myszak wyswobodził rękaw z jego uścisku. – Ale najgorsze, na co można natknąć się na pustkowiach, to i tak drugi człowiek.
Jak zwykle praktyczny Helmebert pokręcił głową.
– Czło… człowiek nie wy… wypruje pa… panu wnętrzności i ich nie ze… zeżre.
Myszak otrzepał dłonie.
– Chyba dawno nie byłeś poza osadą, chłopcze. Właśnie to spotkało ostatnio kuzyna Lucasa Beckera. I potwory nie miały z tym nic wspólnego. Zamiast gadać głupoty, lepiej bierz się za ścieranie kurzy.
* * *
Kobieta zapłaciła zaliczkę. Monety i zegarek wyjęła z chustki tak ubabranej brudem, że Myszak zaczął się zastanawiać, czy nie stanowiły przypadkiem całego jej majątku. Mimo to nie odmówił. Zrobił jednak coś, czego wcześniej nie zrobił ani razu. Zaproponował, żeby została z Helmebertem, dopóki nie wróci.
Nie kryło się za tym nic więcej. Ani żadne ukryte zamiary, ani nawet sympatia. Po prostu poruszyło go to, co ją spotkało, choć sam nigdy nie miał dzieci. A przynajmniej nic o nich nie wiedział.
Swojej dobroci zaczął żałować już w chwili, gdy wyszedł ze sklepu. Dotarło do niego, że jeśli wróci ze złą wiadomością, znacznie trudniej będzie mu wyprosić kobietę spod własnego dachu. A skoro na pustkowiach zaginęło niemowlę, zła wiadomość wydawała się aż nazbyt prawdopodobna. I już sama myśl o tym, że będzie musiał ją przekazać, budziła w nim lęk.
Przed wyruszeniem w drogę długo studiował mapę. Była tyle razy przerysowywana, składana i rozkładana, że poza nim nikt nie potrafiłby się już w niej połapać.
Spakowanie potrzebnych rzeczy nie zajęło mu wiele czasu. Większość miał na stanie w sklepie, a całą resztę trzymał bezpiecznie w dawnej sypialni Joachima Wagnera.
Wreszcie osiodłał klacz, która poza osadą nieraz uratowała mu życie. Najczęściej przed ludźmi. Ale raz…
Myszak nie był głupi i perspektywę przeżycia kolejnego dnia cenił bardziej niż odrobinę przygody. Kiedy już musiał opuścić osadę, zawsze planował drogę tak, żeby przed zmrokiem wrócić albo przenocować w bezpiecznym miejscu. Tylko raz mu się to nie udało. I właśnie owej nocy pojawiły się potwory. A przynajmniej jeden. Który wystarczyłby mu do końca życia.
Nawet po roku nie zapomniał charakterystycznego klekotu, który zbliżał się w ciemności zaledwie chwilę po tym, jak klacz zaczęła nerwowo rzucać łbem. Zwierzęta zawsze wyczuwały je pierwsze.
Klek.
Tylko dzięki temu, że klacz próbowała się wyrwać, zdążył się obudzić. Chwycił sakwę i wskoczył na siodło dosłownie kilka sekund przed tym, jak z mroku wyłoniła się długa, czarna noga. Więcej nie musiał widzieć. Wbił pięty w boki klaczy, choć ta wcale nie potrzebowała zachęty.
Pędzili przez noc, a Myszak przez cały czas wyobrażał sobie, że potwór depcze im po piętach. Ten jednak albo stracił zainteresowanie, gdy znalazł niedopieczone mięso, albo po prostu udało im się uciec.
Mógł też być stary – o ile potwory w ogóle się starzały. A może ranny, bo natknął się na niego przy szlaku używanym przez dostawców.
Klacz była niezawodna, ale z pewnością nie należała do sprinterów. Przed potworem w pełni sił nigdy by nie uciekła. Tak czy inaczej, Myszak nie zamierzał przeżywać czegoś podobnego po raz drugi.
Na jego trasie leżała osada, w której – miał taką nadzieję – zatrzymali się porywacze. Nie potrafił sobie wyobrazić, żeby zaryzykowali nocleg pod gołym niebem. Jeżeli dziecko jeszcze żyło, wystarczyłoby, żeby zapłakało. Przyciągnęłoby uwagę wszystkiego, co kręciło się w okolicy. Także potworów.
Jako kupiec, Myszak świetnie umiał obchodzić się z ludźmi. Informacje potrafił zdobyć mimochodem, kupić albo wybić z kogoś siłą. Najbardziej lubił pierwszy sposób, ale jeśli zawodziły pierwsze dwa…
Potrafił zaskoczyć przeciwnika swoją szybkością. A kiedy i to nie wystarczało, miał jeszcze kilka niespodzianek w rękawie. I jedną w bucie.
Najpierw postanowił obejrzeć miejsce porwania, a potem jak najszybciej ruszyć do osady. Czas miał tu kluczowe znaczenie. Nie tylko dlatego, że z każdą godziną malała szansa, iż porywacze wrócą z dzieckiem do matki.
Kiedy w końcu wyruszył, było już późne popołudnie. Obliczył, że do miejsca napadu ma dobrą godzinę drogi. Jeśli będzie chciał dokładnie obejrzeć teren, z popołudnia zrobi się wieczór. A trafić za mury osady, zanim zapadnie zmrok, było dosłownie kwestią życia lub śmierci.
Na razie jednak się nie bał. Wszystko zaplanował tak dokładnie, że zmierzch nie miał prawa zastać go w drodze. Szlak, którym podążał, był wygodny i jeszcze do niedawna uchodził za bezpieczny. Choć sam fakt, że napadnięto na nim karawanę kupiecką, był bardzo złą wiadomością. Nie tylko dlatego, że zapewne zginęło wielu ludzi. Także dlatego, że oznaczało to kłopoty dla Myszaka i wszystkich, którzy żyli z handlu.
Czasy się zmieniały. Powoli, ale nieuchronnie. Kraina, która kiedyś należała do ludzi, coraz bardziej przechodziła we władanie potworów.
Myszak uniósł głowę ku niebu i przez krótką chwilę miał wrażenie, że czuje obracającą się Ziemię. Coraz szybciej, jakby świat, który znał, znikał, ustępując miejsca czemuś nowemu.
Czemuś o tysiącu oczu i niezliczonej liczbie nóg. Słońce powoli zbliżało się do zachodu, kiedy Myszak zatrzymał konia. Klacz, niezadowolona z tego powodu, przestąpiła z nogi na nogę, ale usłuchała, a on spojrzał na miejsce noszące wyraźne ślady niedawnej walki.
Podczas ataku kupcy porzucili jeden z wozów. Leżał teraz przewrócony i zaklinowany między niskimi drzewami. Plandeka była rozdarta, rozsypane skrzynie zgniecione. O koło wozu oparte było ciało, osunięte na bok zapewne dlatego, że niemal cała jego lewa połowa po prostu zniknęła.
Gruby, połyskujący, szary wąż jelit wił się po ubitej ziemi i znikał w niepokojącym półmroku pod wozem. Korę jednego z drzew podziurawiły kule, a na leżących pod nim kamieniach błyszczały ciemne plamy. Wyglądały na czarne, ale Myszak nie miał wątpliwości, że tak naprawdę były czerwone.
Spod drzewa wystawały powykręcane nogi. Kiedy wychylił się z siodła, zobaczył, że obie zostały oderwane i nie należały nawet do tej samej osoby.
Na miejscu były więc trzy trupy. A właściwie to, co z trzech trupów zostało. Był jednak pewien, że ofiar musiało być znacznie więcej.
Choć widział już w życiu niejedno i wiedział, że w tej chwili nic mu raczej nie grozi, poczuł, jak jego żołądek ściska się z obrzydzenia. Może przez zapach krwi unoszący się w powietrzu. A może przez muchy, które pełzały po okaleczonym ciele wciskając się do otwartego oka.
Myszak zacisnął dłoń w pięść i przyłożył ją do ust, przez chwilę skupiając się na próbie uspokojenia oddechu. Ciszę zakłócało tylko bzyczenie tłustych much i niespokojne parskanie klaczy.
Widok pozostałości masakry nie wstrząsnął nią nawet w połowie tak mocno jak Myszakiem, ale niepokój czuła. Przestępowała z nogi na nogę i rzucała łbem tak długo, aż Myszak cmoknął i odjechał kawałek dalej od przewróconego wozu. Dopiero wtedy zsiadł z siodła, przywiązał ją do drzewa i wrócił do porozrzucanych nóg, na które starał się nie patrzeć.
To, że zapuszczał się na pustkowia, wcale nie oznaczało, że przywykł do tego, co czasem tam znajdował.
Obszedł całe miejsce dookoła. Co jakiś czas kucał, przyglądając się rozrytej ziemi, porozrzucanym łuskom i suszonemu mięsu, które wysypało się z roztrzaskanej skrzyni.
Towar na przewróconym wozie nadal tam leżał, co mogło oznaczać tylko jedno z dwóch. Albo nikt jeszcze tu nie dotarł, albo nikt nie był na tyle głupi, żeby ryzykować powrót potworów, zwłaszcza że w powietrzu wciąż unosił się zapach krwi i powoli gnijącego mięsa.
Myszak nie miał wątpliwości, że prędzej czy później zjawi się ktoś, kto zabierze towar. Przez moment nawet pożałował, że nie będzie to on. Już dawno jednak nauczył się skupiać wyłącznie na tym, za co mu płacono. Bo na pustkowiach utrata koncentracji bardzo często kończyła się śmiercią.
Nie zauważył żadnych śladów zwierząt. Spodziewał się, że w ciągu dwóch dni pojawił się tu lis albo dzik, żeby pożywić się padliną. Przyroda była jednak dziwnie cicha.
On sam czuł przede wszystkim smród krwi i rozkładających się ciał, ale padlinożercy z pewnością wyczuwali też potwory. I nawet jeśli żaden z nich już tu potem nie wrócił, to miejsce jeszcze długo będzie odstraszać zwierzęta.
Poza brakiem dzikich stworzeń, Myszak nie odkrył niczego szczególnego. Byłoby pięknie, ale zdecydowanie zbyt łatwo, gdyby natrafił na ślad, który powiedziałby mu, kim byli tamci dwoje od dziecka i gdzie są teraz.
Do karawan handlowych zawsze przyłączali się podróżni. Większa grupa ludzi przyciągała wprawdzie też większą uwagę, ale jeśli wybierali bezpieczny szlak, liczebność stawała się zaletą. Wozy kursowały między osadami często, a wraz z nimi śmiałkowie, którzy postanowili odwiedzić rodzinę, awanturnicy uciekający przed sprawiedliwością albo długami, poszukiwacze przygód, zbieracze – krótko mówiąc każdy, kto musiał, próbował podróżować możliwie bezpiecznie.
Myszak nie wiedział jeszcze, do której grupy należeli tamci dwoje. Na własny użytek nazwał ich Winchesterem i Berettą. Sądząc po tym, że podróżowali bez bagażu, ale uzbrojeni, pozwolił sobie wykluczyć odwiedziny u rodziny. Gdyby uciekali przed sprawiedliwością, raczej nie przyłączyliby się do karawany kupieckiej, która dawała pewien poziom bezpieczeństwa, ale zdecydowanie nie gwarantowała szybkości. A jeśli postanowili porwaniem dziecka spłacić długi, musieliby spróbować je gdzieś sprzedać. Takich miejsc przy bezpiecznych szlakach nie było za wiele.
Myszak oczywiście o takowych słyszał. Choć większość życia spędził w Sklepie Wielobranżowym, nigdy nie miał złudzeń co do otaczającego świata. Handlarze niewolników, zboczeńcy i smakosze gotowi zapłacić za nietypowy posiłek – wszyscy oni regularnie kupowali dzieci. I choćby z tego powodu mógł dziękować zakonnicom, że pomogły mu dorosnąć.
Przez chwilę rozważał, czy nie ułożyć biedaków obok siebie i nie przykryć plandeką z wozu. Nie pochować, bo tego dla obcych na pustkowiach nie zrobiłby nikt. Ostatecznie jednak postanowił tylko zamknąć im oczy i nie tracić tu więcej czasu. Zmierzch zaczął barwić niebo na krwisto, a przebywanie w miejscu, gdzie potwory zostawiły martwe ciała, nie było dobrym pomysłem nawet za dnia.
Wskoczył na siodło, wbił pięty w boki klaczy i ruszył w stronę osady.
* * *
Kiedyś stało tu wielkie niemieckie miasto, ale gdy zaczęło się rozpadać, ludzie zbudowali nieopodal bezpieczną osadę, łatwiejszą do obrony. Nazwali ją Złodziejska Piwnica, od jednej z jaskiń, w których podobno założyciele osady przetrwali największy masowy atak potworów.
To właśnie przed potworami część ludzkości schroniła się w miastach w chmurach, pierwotnie budowanych jako ratunek przed trzecią wojną światową. Rzeczywiście się nim stały. Ratunkiem, tyle że nie przed wojną z ekspansywną Rosją i wszystkimi jej sojusznikami, lecz przed potworami, pod wieloma względami może i mniejszymi, ale pod wieloma innymi znacznie straszniejszymi.
Bo w znanym wrogu było mimo wszystko coś uspokajającego. Rosja nie mogła już niczym zaskoczyć. Była taka sama jak sto lat temu i taka sama miała być za sto lat. Potwory natomiast, o których pochodzeniu Myszak słyszał najróżniejsze teorie, od kosmosu po tajne laboratoria wojskowe, były przerażające właśnie przez swoją nieuchwytność i nieprzewidywalność. Budziły grozę nawet kiedy szeptano o nich w bezpiecznym, oświetlonym lampą pokoju.
Kiedy wypełzły nie wiadomo skąd i rozprzestrzeniły się po planecie niczym pandemia, część ludzi skryło się w niedokończonych podniebnych miastach. Większość została jednak na dole. A z nich inna większość padła ofiarą potworów.
I od tamtej pory ludzkość przyjęła na siebie rolę ofiary.
Złodziejska Piwnica była odrobinę lepsza niż osada, w której Myszak prowadził Sklep Wielobranżowy. Miała więcej nieomal wszystkiego, prócz pyłu, ruin i wraków – tych ostatnich zarówno dosłownych, jak i ludzkich.
Leżała przy dużym szlaku handlowym, dzięki czemu utrzymywało się tu kilka noclegowni, a nawet dwa prawdziwe hotele, w których każdy gość miał w pokoju dla siebie mydło.
Myszak zaczął właśnie od nich, bo choć według opisu kobiety nie spodziewał się znaleźć w nich porywaczy, ale pewność była niczym karabin – warto było regularnie sprawdzać.
W pierwszym hotelarz rozmawiał z nim chłodno, ale uprzejmie. Nie, nikogo takiego nie widział i z pewnością nie zakwaterował.
W drugim nawet nie próbowali być uprzejmi.
– Wynocha – poradził mu mężczyzna za ladą, odpuszczając sobie powitanie.
A przecież Myszak starannie wytarł podeszwy butów o dywanik przy wejściu. Choć fakt, zostawił na nim wyraźnie więcej błota i krwi, niż dywanik zdążył zebrać chyba przez cały okres swojej służby.
– Kogoś szukam – oznajmił Myszak.
Mężczyzna zmrużył oczy.
– Jak tak na pana patrzę, jestem pewien, że tutaj pan go nie znajdzie.
– To nie tylko on – ciągnął niewzruszenie Myszak. – Jest z nim kobieta i mniej więcej półroczne dziecko.
Mężczyzna przesunął językiem po zębach, jakby się zastanawiał. Potem westchnął.
– Będę szczery. Wystarczy mi jedno spojrzenie, żebym wiedział, że nie opłaca mi się nawet zaczynać z panem gry pod tytułem „a co będę z tego miał”. Zaproponowałby mi pan parę groszy, ja bym pana wyśmiał, a pan by sobie poszedł. Więc okażę wielkoduszność i powiem panu za darmo: nikogo takiego tu nie ma. Ale może pan spróbować „U Pielgrzyma”.
– Dziękuję za łaskawość – uśmiechnął się Myszak.
Przez chwilę wyobrażał sobie, jaką minę zrobiłby mężczyzna, gdyby teraz wyciągnął złoto przygotowane na opłacenie informacji, poukładał je na ladzie, potem schował z powrotem i sobie poszedł.
Porzucił jednak tę wizję i naprawdę sobie poszedł.
„U Pielgrzyma” było na liście noclegowni, które zamierzał sprawdzić. Niski budynek o brudnych oknach, przed którym w bujanym fotelu siedziała zasuszona staruszka, robiąc na drutach bardzo krzywy, szary szalik.
– Dobry… wieczór – przywitał się Myszak. Jego samego zaskoczyło, jak szybko zaczęło się ściemniać. Oznaczało to, że najpewniej sam będzie musiał przenocować „U Pielgrzyma”, bo nie miał wątpliwości, że to najtańsza noclegownia w osadzie. – Chciałbym o coś zapytać.
Staruszka przestała robić na drutach i spojrzała na niego starczymi, niebieskimi, załzawionymi oczami.
– Co takiego?
– Chciałbym o coś zapytać – powtórzył Myszak głośniej.
– No to pytaj, chłopcze – zachęciła go staruszka. – Ale czemu tak cicho?
– Szukam mężczyzny i kobiety z małym dzieckiem.
– Co takiego?
Myszak zacisnął zęby i spróbował się uśmiechnąć. Potem podniósł głos jeszcze bardziej:
– Szukam mężczyzny i kobiety z małym dzieckiem!
Staruszka opuściła ręce z robótką na kolana.
– O mój Boże, chłopcze, takich to tu pełno! Brauerowie na końcu ulicy, Ackermanowie zaraz przy kościele i Kirschowie… Chociaż nie, Hans Kirsch zmarł dwa tygodnie temu, biedaczek, na zakażenie krwi. Wyobraź sobie, taki nieszczęśliwy wypadek, a Hannah została sama z dwójką dzieci. Starsza już pomaga, to prawda, ale młodszy…
– Nie szukam nikogo z osady – przerwał jej Myszak i skinął brodą w stronę budynku za nią. – Szukam kogoś, kto zatrzymał się tu wczoraj albo dziś.
– Co takiego?
– Czy ktoś się u pani zatrzymał wczoraj albo dzisiaj?!
– U mnie? – Staruszka przewróciła oczami, jakby dosłownie przeszukiwała pamięć. – Chłopcze… Przez ostatnie trzy dni nie miałam żadnego nowego gościa. I długo wcześniej też nie. Chyba już nie daję rady. Popatrz tylko na te okna. Czasem myła mi je Hannah Kirschowa, ale teraz, kiedy umarł jej mąż… Słyszałeś o tym? Taka tragedia…
– Niedaleko stąd też doszło do tragedii. Potwory napadły na karawanę kupiecką. Wie pani coś o tym?
– Co takiego?
Myszak zacisnął usta, nabrał głęboko powietrza nosem, powoli je wypuścił i uśmiechnął się.
– Dziękuję za pomoc!
– Nie ma za co. A właściwie o co chciałeś zapytać? – spytała staruszka.
– Pokój! – wrzasnął Myszak. – Na jedną noc!
Staruszka rozpromieniła się.
– Ależ oczywiście. Pokażę ci nasz najlepszy…
Z niemałym wysiłkiem zaczęła podnosić się z bujanego fotela, kiedy Myszak poczuł szarpnięcie za rękaw.
Odwrócił się. Na werandzie stał za nim chudy chłopak. Mógł mieć siedem, może osiem lat. Z nozdrza zwisał mu zaschnięty zielony gil, czoło miał umazane kurzem, a w potarganych włosach zaschnięte błoto.
– Proszę pana… – szepnął, nerwowo rozglądając się na boki. – Ja wiem, o kim pan mówi.
Myszak uniósł brwi.
– Naprawdę?
– No. – Chłopak wyszczerzył się. – Wujek ich dzisiaj przenocował u siebie. On ma taką różową pukawkę, a ona wielkie cycki. Mają ze sobą dzieciaka, co się drze bez przerwy, więc ciotka poszła po moją mamę, bo niedawno urodziła, żeby nakarmiła to dziecko.
Kobieta, która wynajęła Myszaka, ani słowem nie wspominała o rozmiarze piersi tamtej, ale różowa pukawka mogła być zadbanym winchesterem.
Myszak spojrzał w głąb ulicy.
– Jak dawno ciotka poszła po twoją mamę?
– Dopiero co.
– A zabrała ze sobą dziecko?
Chłopak pokręcił głową.
– Nie. Tylko zaprowadziła mamę do nich. Mówiła, że tamta cycata strasznie pilnuje dzieciaka. Chyba by go nie zostawiła z obcą babą, co nie?
– Pewnie nie – przyznał Myszak. – Daleko stąd mieszka twój wujek?
– Kilka minut piechotą. – Chłopak pociągnął nosem, ale zaschnięty gil ani drgnął. – Mogę pana zaraz tam zaprowadzić.
Towarzyszący temu cwaniacki uśmiech od razu wyjaśnił Myszakowi, z czym wiąże się owo „zaraz”.
Sięgnął do kieszeni, a kiedy wyciągnął monetę, chłopakowi aż rozszerzyły się oczy. Myszak przez moment pomyślał, że chyba przesadził z hojnością.
Chłopak błyskawicznie wyciągnął rękę po pieniądz, ale Myszak, który tego się właśnie spodziewał cofnął dłoń.
– Dostaniesz, jak ich zobaczę. Ale nawet jeśli okaże się, że to nie oni, też będzie twoja. Za fatygę.
– A co z tym pokojem, chłopcze? – odezwała się staruszka.
Myszak podał jej pierwszą monetę.
– Niech to będzie zaliczka. Zaraz wrócę. I chętnie dopłacę za kąpiel.
Staruszka pokiwała głową, choć Myszak nie miał pewności, czy w ogóle go usłyszała. Wzięła monetę i zniknęła w środku.
– Wskakuj – powiedział do chłopaka, kiedy doszli do klaczy przywiązanej przy poidle.
Chłopak spróbował otrzeć rękawem gila, który zwisał uparcie, po czym posłusznie, z pomocą Myszaka, wdrapał się na siodło. Wyglądało na to, że nigdy wcześniej nie siedział na koniu i że sprawia mu to ogromną frajdę. Nieśmiało pogłaskał klacz po szorstkiej szyi, a kiedy ani ona, ani Myszak nie zaprotestowali, zrobił to jeszcze raz.
Ku własnemu zaskoczeniu Myszak uświadomił sobie, jak bardzo cieszy go to, że sprawił dzieciakowi przyjemność.
Na ulicach było już niewielu ludzi. Zmierzch zapadał szybko i większość mieszkańców osady siedziała już w domach. Z pobliskiego baru, niskiej budy z dachem z falistej blachy, dobiegał gwar, któremu towarzyszył zapach dymu i bimbru.
Dwie skąpo ubrane dziewczyny, stojące przed burdelem, uśmiechnęły się do Myszaka. Jedna z nich podwinęła spódnicę, odsłaniając to, za co mogła policzyć.
Myszak wskazał na chłopaka.
– Zboczeniec! – skrzywiła się i odwróciła ku drugiej stronnie ulicy, licząc na bardziej obiecującego klienta.
– Do której noclegowni właściwie idziemy? – zapytał Myszak.
Chłopak nie wyglądał na bratanka aroganckiego hotelarza, ale gdyby jednak nim był, właściciel hotelu wiedziałby, że powinien się go spodziewać.
Chłopak jednak pokręcił głową.
– Do żadnej. Wujek przyjął ich do siebie tak po prostu. Na dziko. Tamci mówili, że z noclegowniami mają kiepskie doświadczenia.
Albo boją się, że matka dziecka będzie ich tam szukać – pomyślał Myszak.
Dopiero wtedy uświadomił sobie, że zapomniał zapytać kobietę, jak ma na imię dziecko.
Choć właściwie nie miało to większego znaczenia. Nie był nawet pewien, czy półroczne niemowlę reaguje już na swoje imię.
– To ten dom. – Chłopak wyprostował się w siodle i wskazał niewielki domek z zaniedbanym ogródkiem. O ścianę oparty stał zardzewiały rower, a między dwoma słupkami wisiał sznur pełen poszarzałej pościeli. – Da mi pan teraz te pieniądze?
Na wpół przekonany, że dzieciak zmyśla, Myszak sięgnął do kieszeni i wyciągnął monetę.
– Zeskakuj.
Kiedy upuścił ją na wyciągniętą dłoń chłopca, spodziewał się, że ten rzuci się do ucieczki. Ale chłopak tylko mocno zacisnął palce na monecie i powiedział:
– Na pewno otworzy panu wujek. Dobry z niego chłop, tylko jak się napije, to trochę mu odbija. Tak mówi mama.
– A dziś pił?
– On pije codziennie.
– Rozumiem.
– Słyszy pan?
Myszak nadstawił uszu.
– Nie.
Chłopak uśmiechnął się szeroko.
– No właśnie. Dzieciak siedzi cicho. Chyba się najadł.
– Albo…
Pchnięty nagłym przeczuciem Myszak przyspieszył. Kiedy załomotał do drzwi, zza domu dobiegł go jakiś szelest.
Sprawnym ruchem wyrwał z kabury walthera – za późno uświadamiając sobie, że broń w jego ręku może tylko niepotrzebnie zaostrzyć sytuację – i rzucił się za róg.
Zdążył zrobić zaledwie dwa kroki, gdy obok jego głowy świsnęła kula.
– Padnij! – ryknął za siebie, mając nadzieję, że chłopak go usłyszy i posłucha.
Potem uniósł pistolet i w ostatniej chwili uskoczył przed kolejnym strzałem.
Strzelał Winchester.
Myszak skoczył za stertę rupieci zarastającą chwastami i kątem oka sprawdził, co z chłopakiem. Ten ściskał uzdę jego klaczy i próbował odciągnąć ją w bezpieczne miejsce. Albo ukraść.
Nie wyglądał jednak na wspólnika Winchestera i Beretty, wabiącego Myszaka w pułapkę. Tamci raczej dowiedzieli się, że ktoś ich szuka – mógł im o tym wspomnieć każdy, kto słyszał, jak o nich wypytywał – albo zobaczyli przez okno, że się zbliża, i zrozumieli, że idzie ich tropem.
Wymknęli się tylnym wyjściem do koni, które w międzyczasie albo kupili, albo ukradli.
Myszak ostrożnie wyjrzał zza sterty.
Bum! Świst!
Zacisnął zęby, wiedząc, że jeśli dalej będzie tak bezradnie tkwił za osłoną, po prostu mu uciekną.
– Cholera! – zaklął, wyskoczył zza rupieci i wypalił do Winchestera.
Pierwszy pocisk minął celu. Drugi przestrzelił kapelusz. Trzecim trafił tamtego w ramię.
Winchester omal nie wypuścił karabinu, ale w ostatniej chwili go złapał i ryknął:
– Wio!
Ruszył ulicą na koniu czarnym jak smoła, a Myszak wyskoczył zza sterty i pobiegł do swojej klaczy. Gdy tuż obok przemknęła Beretta na żylastym siwku, ledwie zdążył uskoczyć. Zauważył tylko, że na piersi ma coś przypominającego plecak. A może było to dziecko owinięte pasem materiału i przywiązane do jej ciała. I choć równie dobrze mogło mu się wydawać, nie mógł ryzykować.
Zawrócił do domu, a wyważając drzwi, ledwie uniknął ciosu tasakiem do mięsa. Wujaszek bowiem był nie tylko pijany. Był też wściekły.
– Mówili mi o tobie! – ryknął, zamachując się po raz drugi. – Ty pieprzony porywaczu dzieci!
– Ja? – Myszak uskoczył również przed drugim ciosem. Na szczęście szybkość wujka skutecznie ograniczały zarówno jego gabaryty, jak i ilość wypitego alkoholu. – To oni! Porwali mi syna!
– Kłamliwy skurwysynu!
Trzeci zamach zakończył się wbiciem tasaka w drewnianą framugę okna.
– To dziecko to dziewczynka! A ty jesteś trup!
Myszak nie miał ani czasu, ani ochoty wdawać się z nim w dyskusję. Błyskawicznie sięgnął do kieszeni i cisnął w jego stronę garść monet.
Wujek wytrzeźwiał w jednej chwili. Puścił tasak, runął na kolana i zaczął gorączkowo zbierać pieniądze.
W połowie zatrzymał się, uniósł głowę i spojrzał na Myszaka mętnym wzrokiem.
– Chłopiec, dziewczynka… Każdemu się czasem pomyli. Zwłaszcza jak ma się ich więcej, nie?
Ale Myszak nie miał już czasu nawet na to.
– Zabrali dziecko?
– Tak. Ta baba zabrała je ze sobą.
– Dajesz słowo?
– Miała je w takim worku na cyckach. Aż się dziwiłem, że jeszcze się tam obok nich zmieściło…
Wujek zachichotał, ale Myszak już go nie słuchał. Na podłodze wciąż leżały dwie monety, gdy on już pędził do klaczy.
Trzeba oddać chłopakowi, że z nią nie uciekł. Czekał tylko, aż Myszak dopadnie go i wyrwie mu z rąk uzdę. Klacz również nie zawiodła i natychmiast ruszyła z miejsca.
Winchestera i Beretty nie było już widać, a choć na ulicy nie było wielu ludzi, Myszak musiał uważać, żeby nikogo nie stratować. Jedno z uciekinierów najwyraźniej już spowodowało po drodze wypadek, bo mniej więcej w połowie ulicy leżał przewrócony wózek, jakiś chudy mężczyzna wymachiwał pięściami w stronę ciemności, a dwie kobiety otrzepywały mu zakurzony płaszcz.
Myszak przemknął między nimi slalomem i znów pochylił się nad końskim karkiem.
Brama osady była otwarta. Winchester i Beretta musieli zwolnić, żeby strażnicy zdążyli ją otworzyć, dzięki czemu Myszak znowu ich dostrzegł. Znikali właśnie w mroku za palisadą.
Kiedy sam przejeżdżał przez bramę, dotarło do niego, że właśnie stało się to, czego obawiał się najbardziej. Nie każda osada otwierała bramę po zmroku. Czyli nie dość, że opuszczał bezpieczne miejsce, to jeszcze nie miał pewności, czy zdoła do niego wrócić.
– Kurwa… – mruknął pod nosem.
* * *
Pędzili przez wieczór, który błyskawicznie przechodził w noc. W Złodziejskiej Piwnicy panował już półmrok i latarnicy zapalali właśnie uliczne lampy. A ledwie Myszak opuścił osadę, wszystko utonęło w ciemności. Bezpieczne trakty bywały czasem oznaczone pochodniami. Ten nie był.
Winchester i Beretta wykazali się przynajmniej na tyle rozsądkiem, że ruszyli w przeciwnym kierunku niż miejsce, gdzie napadły ich potwory. Nie gwarantowało to, że nic im się nie stanie, ale z pewnością lepiej było jechać tam, gdzie nie leżały porozrzucane kawałki ludzkich ciał. Choć najlepiej byłoby oczywiście po zmroku nie jechać nigdzie.
Wjechali do lasu i Myszak ponownie popędził klacz. Wspaniała stara dama jakimś cudem zdołała nawet trochę przyspieszyć, ale nie wiedział, jak długo wytrzyma w tym tempie. Ostatnim zaś, czego chciał, było zajechać konia i zostać samemu pośród pustkowia.
W ciemności źle się strzelało, a on bał się, że mógłby trafić dziecko. Beretta jechała jednak z przodu, a niemowlę miała przypięte do piersi.
W końcu zaryzykował.
Bum! Bum!
Winchester odpowiedział ogniem i Myszak przywarł do końskiego karku. Pociski bezsilnie zniknęły w ciemności.
Bum!
Tym razem trafił.
Winchester zakołysał się w siodle, a uzda wysunęła mu się z dłoni.
Spróbował jeszcze po nią sięgnąć, ale po chwili zsunął się z konia, przekoziołkował po ziemi i znieruchomiał w krzakach przy drodze. Myszak miał tylko nadzieję, że nie złamał sobie przy okazji karku.
Sam potrzebował zaledwie sekundy, żeby podjąć decyzję. Winchester przestał mieć znaczenie. Beretta mogła po niego wrócić, ale równie dobrze mogła zniknąć razem z dzieckiem. A na to pozwolić nie mógł. Jeszcze raz popędził klacz i pognał w ciemność.
Minął konia Winchestera. Przez moment zastanawiał się, czy nie złapać go za uzdę i nie zabrać ze sobą, uznał jednak, że lepiej jak skupi się na drodze.
Klacz pędziła przez noc. Ciężko dyszała, a z pyska ciągnęły się długie nitki śliny.
Jeszcze nie opadała z sił, ale to mogło się zdarzyć w każdej chwili. A wtedy Beretta zniknie na zawsze.
– Wszystko albo nic – syknął przez zaciśnięte zęby i po raz ostatni popędził klacz.
Przyspieszyła. Dogonił Berettę. Uniósł pistolet i strzelił w powietrze.
Bum!
Obejrzała się przez ramię, jakby w tej ciemności mogła cokolwiek dostrzec.
A nawet gdyby mogła, co by jej to dało?
Nie znali się. Na pierwszy rzut oka nie rozpoznałaby przecież, czy powinna się go bać, czy wystarczy oddać mu dziecko, by pozwolił jej odejść.
Na pewno jednak zauważyła, że straciła Winchestera.
I mrok wokół też raczej nie dodawał jej otuchy.
Byli już tak daleko od osady, że mogło wydarzyć się dosłownie wszystko. Dla obojga była to chwila, w której sprawa miała się rozstrzygnąć.
W końcu Beretta podjęła decyzję, ściągnęła wodze i szepnąwszy coś koniowi zaczęła zwalniać.
Myszak zostawił jej dość miejsca, żeby mogła zatrzymać wierzchowca, odwrócić go i spojrzeć w jego stronę.
– Nie oddam panu tego dziecka! – zawołała głosem, którego stanowczość go zaskoczyła. Zauważył, że w jednej dłoni trzymała pistolet. Na tyle dyskretnie, żeby nie wyglądało to na groźbę, ale jednocześnie tak, by w razie potrzeby mogła natychmiast go użyć. – Mogę za to oddać panu mapę. Przerysowaliśmy ją zaraz po tym, jak trafiliśmy na małą.
Myszak nie miał pojęcia, o czym mówi, ale za kluczowe uznał to, że nie zamierzała oddać dziecka, po które przyjechał.
– To będzie problem. Bo ja chcę właśnie dziecko.
W ciemności nie widział jej twarzy. Po głosie poznał jednak, że ją tym zaskoczył.
– Dlaczego? Przecież dziecko nie jest panu potrzebne, skoro dostanie pan mapę. Chodzi przecież właśnie o nią. Wszystkim, którzy szukali tej małej, chodziło o mapę. Jeżeli chciał ją pan sprzedać… na Boga, niech pan pomyśli, ile będzie pan miał, kiedy już znajdzie to miejsce!
Brzmiała jednocześnie jakby była zdziwiona i poirytowana, a to, co powiedział, było kompletnie pozbawione sensu. Myszak zrozumiał wtedy, że chodzi o coś znacznie większego niż odnalezienie zaginionego dziecka. A choć zupełnie go nie obchodziła żadna mapa, musiał zrozumieć, o czym ona mówi.
– A gdzie jest to miejsce? – zawołał w ciemność.
Wzruszyła ramionami, a wtedy coś poruszyło się w materiale przy jej piersi. Dziecko żyło.
Myszak poczuł lekką ulgę. Jeszcze go nie odzyskał. Ale był już blisko.
– Tego musi się pan dowiedzieć sam. Kiedy dam panu mapę.
– Skąd mam wiedzieć, że jest prawdziwa?
Chwila ciszy uświadomiła mu, że trafił w sedno. Choć sam nie miał pojęcia, dlaczego.
– Rozumiem… – powiedziała powoli. – Chce ją pan porównać z oryginałem… Dobrze. Pokażę panu małą. Ale potem pozwoli nam pan odejść. Mnie i jej.
– Ona nie należy do pani.
– A do kogo? – zapytała ostro.
– Do swojej matki.
– Jej matka nie żyje.
– To raczej mało prawdopodobne – odparł Myszak.
Przez chwilę panowała cisza.
– Widziałam na własne oczy, jak ją zabili. A nawet wtedy to mogła nie być jej prawdziwa matka. Ta mała nie ma rodziców. Każdy chce ją tylko przez to, co ma na plecach.
– Na plecach? – powtórzył Myszak.
Coraz bardziej przypominało mu to jeden z tych snów, w których nic nie ma sensu, choć wszystko udaje, że go ma.
– A gdzie, pana zdaniem, miałaby to mieć? – odburknęła Beretta.
Nadal utrzymywała między nimi ten sam dystans.
Myszak zauważył jednak, że mówi już inaczej. Jakby dotarło do niej, że z jego strony nie grozi jej bezpośrednie niebezpieczeństwo.
Pistoletu jednak nie schowała, a po sposobie, w jaki siedziała w siodle, widać było, że w każdej chwili jest gotowa odjechać, jeśli uzna, że źle go oceniła.
Było w niej coś dziwnie znajomego, ale nie pozwolił sobie na utratę czujności. Na pustkowiach utrata koncentracji zawsze oznaczała kłopoty.
Mimo to podjął decyzję.
Uznał, że tym, co zaraz powie, niczego już nie popsuje. Bo jeśli nawet, to znaczyłoby, że od początku wszystko było stracone. A to nie było ani miejsce, ani pora na długie rozmowy.
– Wynajęła mnie kobieta, która twierdzi, że jest matką tego dziecka. Chce je odzyskać.
– Chce je tylko dlatego, że na plecach ma mapę prowadzącą do ogromnego skarbu.
Las wokół zamilkł.
– Co to za bzdura? – zapytał Myszak.
Choć tego nie widział, był pewien, że Beretta zmarszczyła brwi.
– Naprawdę pan o tym nie wiedział?
– Nikt nie ma mapy na plecach – powiedział Myszak. – Chyba że to tatuaż. A mapa wytatuowana na plecach niemowlęcia musiałaby być wyjątkowo mała.
– Ono się z nią urodziło – wyjaśniła Beretta. – W pewnym ruchu religijnym na północy kraju… To oczywiście nie jest mapa, tylko wielkie znamię. Ale ma kształt dawnych Niemiec i widać na nim mnóstwo prawdziwych miejsc.
– Nie wierzę.
– Ja też nie wierzyłam… dopóki sama tego nie zobaczyłam.
Myszak zmarszczył czoło.
– Ale dlaczego jakieś znamię miałoby kogokolwiek do czegokolwiek prowadzić?
– Bo temu ruchowi przewodził jakiś guru. Ogłosił, że miał objawienie i że to mapa prowadząca do skarbu. Może chodziło mu tylko o jakieś bezpieczne miejsce, które na nich czeka, ale wieść rozeszła się między ludźmi… Osadę, w której mieściła się siedziba ruchu, spalono, a małą porwano.
Beretta zawahała się.
– My też początkowo zabraliśmy ją dla tego skarbu. Ale potem… kiedy ją zobaczyłam… i uświadomiłam sobie, przez co już przeszła… Mnie nie zależy na żadnym bogactwie. Chcę jej tylko pomóc. Ja… Nazywam ją Elisą.
– To… – zaczął Myszak.
Najpierw chciał powiedzieć: Co zabzdura.
Potem: To ładneimię.
I nagle zrozumiał, dlaczego Beretta wydawała mu się znajoma. Minęło prawie dwadzieścia pięć lat. Postarzała się, a jej głos się zmienił. Ale był gotów założyć się, że gdyby zdjęła kapelusz, wysypałyby się spod niego włosy czerwone jak krew.
– …po tobie?
Beretta przez chwilę milczała. Potem lekko spięła konia.
Powoli. Bardzo powoli. Podjechała na tyle blisko, że w świetle gwiazd mogła spojrzeć Myszakowi w twarz.
– Myszak?
To była ona. O ćwierć wieku starsza, naznaczona wszystkim, co przeszła przez ten czas, ale wciąż piękna. Przez moment dostrzegł nawet jej rude włosy, dziś już wyblakłe do odcienia ciemnej truskawki.
A gdyby przypadkiem zdjęła ubranie – czego oczywiście się nie spodziewał – pieprzyk na piersi, który pamiętał z podwórza za Sklepem Wielobranżowym, nadal by tam był.
Choć minęło tyle lat, zalała go fala uczuć. Nie potrafił ich nazwać, bo zlały się w jeden wielki chaos.
Słodko-gorzki.
Przyjaźń z sierocińca.
Miłość podczas ucieczki.
I wreszcie zdrada.
Nigdy nie wyrzucił listu, który wtedy do niego napisała i nigdy nie zapomniał imienia mężczyzny, z którym go zostawiła.
– Czyli Winchester… – urwał. – Ten facet z tobą… to był Fircyk?
Beretta, a właściwie Elisa, pokręciła głową.
– Fircyk nie żyje. Od dawna. Sprzedał jednemu kupcowi amulet chroniący przed potworami, który nie zadziałał, bo potwory i tak go napadły i zabiły. Fircyka odnalazła potem wdowa po tym kupcu i… no, kazała go zabić za karę. Nie mówię, że sobie nie zasłużył, ale… nagle zostałam sama. I nie miałam łatwo.
Myszak w pierwszej chwili chciał powiedzieć, że on też nie. Potem jednak uświadomił sobie, że w gruncie rzeczy to miał. Owszem, Elisa go zostawiła, ale nic gorszego od tamtej pory już mu się nie przydarzyło.
– Mogłaś zostać ze mną.
– Mogłam. Ale nie zostałam. A teraz przeszłości już nie zmienię. Kto wie, może tak właśnie miało być i mieliśmy spotkać się znowu tutaj, tylko ty i ja…
– I dziecko, za którym wszyscy gonią. No i ten facet, który cię w to wciągnął, oczywiście.
– Kiedy zapytałeś, czy to był Fircyk… – zaczęła powoli Elisa. – Czy to znaczyło, że on…
– Nie żyje? – Myszak wzruszył ramionami. – Nie wiem. Spadł z konia. Może przeżył.
– Był w porządku… przynajmniej przez większość czasu.
Elisa przez chwilę milczała, a potem powiedziała:
– Jemu i tak chodziło o skarb. A wiesz, ja myślę, że to straszna głupota.
Z tym akurat Myszak nie mógł się nie zgodzić. Trudno wyobrazić sobie coś głupszego niż znamię, które miało prowadzić człowieka do skarbu. Problem polegał jednak na tym, że kiedy w coś wierzyła dostatecznie duża liczba ludzi, przestawało mieć znaczenie, jak bardzo głupie to było. Myszak wiedział, że nawet w czasach sprzed miast w chmurach ludzkość miała skłonność do wierzenia w mnóstwo idiotyzmów.
– A więc ta kobieta, która przyszła do mnie… – rzucił.
– …jest tylko kolejną z wielu osób, które chcą mapy – dokończyła Elisa. – Nie dziecka.
– Czyli jak ja – odezwał się ktoś z ciemności.
Myszak spojrzał w tamtą stronę. Winchester przeżył upadek w krzaki. Koń mu uciekł, więc stał na ziemi, oddychał ciężko i krwawił z rozbitego nosa, ale karabin trzymał pewnie. Celował w Myszaka.
– Mapa – powiedział.
– Nie mam jej – odparł Myszak.
Winchester ledwie dostrzegalnie pokręcił głową.
– Wiem. Chcę ją od niej. Tobie na niej nie zależy, jak słyszałem, jej też nie, więc możemy to łatwo załatwić i rozejść się w spokoju. O ile oczywiście nie kłamałeś.
– Nie – powiedział Myszak i spojrzał na Elisę.
Nie miał pewności, czy to ona nie kłamała, choć tak nie brzmiała. Ale czy raz już go nie oszukała? Chciałby wierzyć, że po wszystkim, co przeżył, nie dałby się jej na nic nabrać. Prawda jednak była taka, że wystarczyło kilka słów i błysk rudych włosów, a on znowu miał trzynaście lat i po raz pierwszy widział nagą kobietę za Sklepem Wielobranżowym.
Elisa wahała się chwilę, a on nie potrafił powiedzieć dlaczego. Może jednak zależało jej na skarbie? Może nie wierzyła, że Winchester pozwoli im odejść. A może nie wierzyła nawet w to, co mówił Myszak. Zanim jednak zdążyła cokolwiek zrobić, z ciemności dobiegł ich kolejny dźwięk.
* * *
Klek.
Myszak wiedział, co zobaczy, jeszcze zanim spojrzał.
I za żadną cenę nie chciał tego widzieć. Ten dźwięk, przypominający trzask metalu, w rzeczywistości wydawały żywe stworzenia.
Wszyscy poruszyli się jednocześnie.
– Uciekaj! – wrzasnął Myszak.
Do Elisy, bo Winchester był już skazany na śmierć, choć najpewniej jeszcze tego nie rozumiał. Bez konia, który mógłby szybko go stamtąd zabrać, nie miał z potworami żadnych szans.
Z ciemności wyłoniły się dwa. Jeden znacznie większy od tego, na którego Myszak natknął się przed laty. Drugi trochę mniejszy, ale i tak górował nad wszystkimi obecnymi.
Czarne pancerze połyskiwały w świetle gwiazd, jakby ktoś wysmarował je smołą, a długie nogi porośnięte twardą szczeciną cięły powietrze niczym tasak, którym wcześniej próbował go trafić wujek. Tyle że potwory doskonale wiedziały, gdzie wbić te ostrza. W tysiącach oczu odbijał się Winchester, Myszak i Elisa.
I wtedy wszystko wydarzyło się naraz. Elisa wbiła pięty w boki swojego konia, Winchester krzyknął i rzucił się w stronę Myszaka, a ten zacisnął dłoń na wodzach…
…i wtedy coś uderzyło w niego z siłą kuli wyburzeniowej. Powietrze uciekło mu z płuc jeszcze zanim runął na ziemię. Cios na moment go sparaliżował. Jęknął i zwinął się w kłębek, ale zaraz zrozumiał, że jeśli nie wstanie, zginie. Chwilę później dotarło do niego, że zginie tak czy inaczej, lecz wtedy już gramolił się na nogi, próbując nie zwracać uwagi na ostry ból w boku.
Być może połamał sobie żebra, ale uduszenie własną krwią wydawało mu się w tej chwili znacznie lepsze niż pożarcie.
Klek. Klek. Klek.
Odwrócił się w stronę potwora i strzelił.
Bum!
Kula wbiła się w jedno z niezliczonych oczu, ale nie zatrzymała bestii, która cięła powietrze odnóżami, jakby to było dziesięć rąk uzbrojonych w noże.
Winchester nawet nie próbował strzelać. Wykorzystał to, że potwór powalił Myszaka, ale nie zranił przy tym jego klaczy, złapał ją za wodze i wskoczył na siodło. Zanim jednak zdążył ją spiąć, większy potwór wgryzł mu się od tyłu w głowę.
Winchester zdołał jeszcze tylko krzyknąć, zanim bestia oddzieliła mu głowę od ciała. W nocne powietrze buchnęła fontanna krwi i nim bezgłowe ciało zdążyło osunąć się z siodła, potwór wbił jedną z nóg nad jego nerkami, uniósł go i zaczął rozszarpywać na kawałki.
Myszak nie widział wszystkiego, ale miał pewność, że to, co zobaczył, zapamięta do końca życia. Pocieszające było jedynie to, że ten koniec prawdopodobnie miał nastąpić bardzo szybko. Bez konia i, być może, z przebitym płucem, będzie łatwą zdobyczą nawet dla mniejszego z potworów.
Mimo to nie zamierzał się poddać. Przez moment rozbłysła w nim nadzieja, że wystarczyło złapać klacz za wodze i odciągnąć ją od potwora, który całą uwagę poświęcał rozszarpywanemu przez siebie ciału. Potem mógłby wskoczyć w siodło i spróbować uciec mniejszej bestii.
Ale kiedy sięgał ku oszalałej ze strachu klaczy, ta stanęła dęba i jedną z przednich nóg trafiła Myszaka.
Siła uderzenia odrzuciła go daleko, przez co znalazł się poza zasięgiem potwora, ale i konia.
Zanim ponownie zdołał wstać, większa bestia ściągnęła resztę ciała z siodła, uwalniając klacz. A ta, nie czekając już na nic, pognała w ciemność.
Mniejszy potwór wbił nogę tuż obok Myszaka. Ogarnęło go przerażenie, ale mimo to wypalił w poruszającą się czarną plamę wszystkimi pozostałymi nabojami.
Część z nich na pewno trafiła. Ale nic to nie dało. Może tylko bardziej stwora rozwścieczyło.
Myszak zacisnął zęby.
Nie poddam się. Pewnie tu zdechnę, ale jeśli się teraz poddam, zdechnę napewno.
Gorączkowo zaczął macać wokół siebie, aż natrafił na upuszczony winchester. Błyskawicznie go chwycił, zaparł o ramię i położył palec wskazujący na spuście…
Karabin był pusty.
– To chyba jakiś, kurwa, żart! – wrzasnął Myszak, jakby bezgłowy tułów mógł go usłyszeć.
Kolejne dwie nogi wbiły się w ziemię tuż przed nim.
Zaklął, cisnął karabinem w potwora i rzucił się w ciemność. Spodziewał się, że zaraz kolejna noga wbije mu się w plecy, ale potwór nie był aż tak szybki, jak Myszak się obawiał. Pędził teraz przez noc, potykając się o korzenie, plącząc w ciernistych pędach i rozpaczliwie licząc na to, że jego klacz zatrzymała się gdzieś i czeka, żeby znowu ją dosiadł. Jednocześnie wiedział, jak naiwna jest ta nadzieja. Potwór przeraził konia tak bardzo, że jeśli klacz w ogóle się zatrzyma, to na pewno nie przed świtem.
Biegł przez noc. Dudnienie własnego serca go ogłuszało, pot szczypał w oczy, płuca płonęły. Napędzał go strach, ale coraz wyraźniej czuł, że tego paliwa nie starczy na długo. Za chwilę opadnie z sił, zwolni, oddech zacznie mu się rwać i stanie się łatwą zdobyczą.
Przerażony tą wizją zmusił się, by przyspieszyć, ale i tak czuł, że potwór się zbliża. Pod jego nogami trzaskało wysuszone słońcem igliwie, a liście, w których brodził, szeleściły głucho.
Potwór był blisko. Z każdym ruchem Myszaka coraz bliżej. O tyle szybszy, im bardziej on sam zwalniał.
W końcu, świadom, że nie da już rady, zatrzymał się, sięgnął do pochwy przy kostce i wyciągnął nóż. Odwrócił się, przygarbił i przygotował, że będzie musiał dźgać w twardy, czarny pancerz tak długo, aż ostrze się złamie albo w końcu go przebije.
Bum!
Gwałtownie obejrzał się za siebie.
To Elisa wróciła po niego.
Siedziała na grzbiecie wierzgającego konia, jedną ręką przyciskała do siebie dziecko, a w drugiej trzymała berettę.
Bum!
Pistolet przeciwko potworowi mógł zdziałać niewiele więcej niż nóż. Ale mimo to Elisa wróciła. Mogła odjechać, ocalić siebie i małą. Zatrzymać dziecko i mapę. Ale tego nie zrobiła.
Myszak zacisnął zęby. A potem, w chwili gdy potwór rzucił się na niego, zwinnie przypadł do ziemi i uniknął atakującej nogi. Przeturlał się, by znaleźć się pod potworem i błyskawicznie pchnął go nożem – w miejsce, gdzie większość stworzeń miała miękkie tkanki i gdzie, jak miał nadzieję, ten też mógł je mieć.
Ostrze uderzyło w pancerz. Czubek wszedł w skorupę, ale reszta już nie. Potwór szarpnął się, a Myszak z trudem utrzymał rękojeść. Czuł jak bestia się wierci. Zaczęła opadać, jakby chciała go przygnieść i zmiażdżyć.
Wrzasnął, przecisnął się między dwiema nogami, ledwie uniknął kolejnej, rzucił się na ziemię i znowu odturlał w bok.
Przez moment góra była dołem, a dół górą i tylko czekać, aż potwór lada chwila go dosięgnie. Więc zerwał się na nogi i natychmiast pognał przed siebie. Na moment przeraził się, że wraca tam, gdzie większa bestia porcjowała Winchestera, ale zaraz dostrzegł przed sobą ciemny kształt. Elisę na koniu.
– Wskakuj! – wrzasnęła.
Myszak odbił się od spróchniałego pniaka, chwycił za siodło i wylądował na końskim zadzie.
Elisa spięła konia i przez moment Myszak był pewien, że nie zdoła się utrzymać, spadnie, a tym razem Elisa już po niego nie wróci.
Ale się utrzymał, a koń ruszył jak strzała. Dosłownie leciał przez noc, mimo iż niósł dwójkę dorosłych i dziecko.
Myszak usiadł pewniej i przylgnął do Elisy.
Pod dłońmi czuł małe ciałko owinięte w materiał. Dziecko, przez które wydarzyło się to wszystko.
Koń rżał i pędził na oślep przez ciemność. Elisa nie dała mu ani chwili wytchnienia i Myszak zaczynał się bać, że go zamęczy, a wtedy dopadnie ich potwór. W końcu jednak zwolniła.
Obejrzała się. Kapelusz dawno zgubiła, a długie czerwone włosy fruwały jej wokół głowy.
