Warstwy podskórne - Marcin Silwanow - ebook + książka

Warstwy podskórne ebook

Silwanow Marcin

3,7

Opis

Stare grzechy lubią odzywać się nieproszone…

Prywatny detektyw Piotr Rajski jest nieco znudzony swoją pracą. Zamiast jak w amerykańskich filmach śledzić prawdziwych kryminalistów, zajmuje się tropieniem niewiernych małżonków. Kolejne zlecenie, które otrzymuje od znanego białostockiego biznesmena, zdaje się nie przynosić nic nowego. Co prawda będzie wymagało od Rajskiego przejrzenia zakurzonych archiwów i odświeżenia kilku znajomości, ale czy szukanie dawnego właściciela działki, na której postawiono galerię handlową, może wzbudzić w nieco zobojętniałym detektywie upragnione emocje?

Wszystko zmienia się, gdy pewnego dnia jego biuro odwiedza tajemnicza i bardzo atrakcyjna klientka, która pragnie poznać przeszłość narzeczonego. Ale chyba nie tylko…

Te dwie sprawy długo nie pozwolą Rajskiemu spać spokojnie…

Marcin Silwanow

ur. 1980 r., z urodzenia, wyboru i zamiłowania białostoczanin, pasjonat historii miasta. Absolwent Uniwersytetu w Białymstoku. Od ośmiu lat prywatny detektyw, specjalizujący się ostatnio w detektywistyce genealogicznej. Miłośnik zespołu Kult, książek Johna Steinbecka i Aleksandry Marininy oraz gór wysokich – z których świadomie zrezygnował.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 329

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,7 (23 oceny)
7
5
7
4
0
Sortuj według:
Besiag

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo interesujący kryminał z genealogią w tle. Czekam na kontynuację.
00
tynsik

Całkiem niezła

[Kryminał na talerzu] „Warstwy podskórne” to debiut literacki Marcina Silwanowa, kryminał, który przedstawia postać detektywa w całkiem innym świetle niż znamy z literatury do tej pory. W tej historii łączą się wątki detektywistyki genealogicznej ze śledztwem w sprawie morderstwa. Główny bohater to podrzędny detektyw, który nigdy wcześniej nie miał do czynienia z tego typu sprawami. Narrator bardzo dokładnie przygląda się jego pracy, która opiera się głównie na grzebaniu w starych aktach w archiwum oraz przeszukiwaniu otchłani internetu. To kryminał bardzo spokojny, skupiony przede wszystkim na tej żmudnej, mało ciekawej codzienności. Wydaje się jednak całkiem realny pod względem ukazania pracy detektywa – podejrzewam, że właśnie tak pracuje większość ludzi w tym zawodzie. Nie zmienia to jednak faktu, że autor nie całkiem przyciągnął moją uwagę, zabrakło mi tu podkreślenia niewiadomej, która sprawiłaby, że z ciekawością czekałabym na finał. Intryga z potencjałem, który jednak utonął g...
00
BozenaSkrzypej

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo zaskakująca z nieoczywistym zakończeniem. Wymagany dalszy ciąg…
00
Veronica41pl

Nie oderwiesz się od lektury

Swietnie sie czyta! Polecam!
00

Popularność




Redak­cja: Ida Świer­kocka, Laura Kusiak Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Rych­ter Zdję­cie na okładce: © Unsplash.com, © Pesh­kov/iStock/Getty Ima­ges Plus Korekta: Kamila Recław, Ewa Ski­biń­ska, Bar­tosz Szpojda Zdję­cie autora: Michał Obrycki Redak­tor pro­wa­dzący: Kata­rzyna Monika Słup­ska

Copy­ri­ght © Mar­cin Sil­wa­now, 2022 Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2022

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie I

ISBN 978-83-8252-238-9

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Mojej Mamie

Jasne, przy­jeż­dżaj. U cie­bie? Dobra. Daj mi pół godziny. Dokoń­czę jedną rzecz i idę. – Piotr Raj­ski roz­łą­czył się i poło­żył tele­fon obok lap­topa. Popa­trzył na ekran kom­pu­tera, zmie­nił tekst pod zdję­ciem na kur­sywę, zmniej­szył czcionkę na dzie­siątkę i zapi­sał plik.

„Moja ulu­biona forma lite­racka to raport” – przy­po­mniał sobie zda­nie, które wypo­wie­dział nie­dawno w roz­mo­wie ze zna­jo­mym. Tak, coś w tym było. Od jakie­goś czasu lubo­wał się w tabe­lach, równo roz­miesz­czo­nych zda­niach, pod­kre­śle­niach, pogru­bie­niach, dopiesz­cza­niu kla­row­no­ści formy. Znaj­do­wał w tym przy­jem­ność, gdy za pomocą kur­sora i róż­nych funk­cji edy­tora, niczym Michał Anioł dłu­tem w mar­mur, wcho­dził w surową mate­rię raportu. Zazna­czał, zmniej­szał, prze­no­sił, doda­wał, wsta­wiał, by na końcu, po wielu godzi­nach, ode­tchnąć z ulgą i scrol­lu­jąc ukoń­czony plik PDF, prze­ży­wać este­tyczną satys­fak­cję. Takie dzi­wac­two, o które jesz­cze dzie­sięć lat temu by sie­bie nie podej­rze­wał, a które na stu­diach uznałby za zbrod­nię i śmierć duszy. Raj­ski bowiem – jako rasowy huma­ni­sta – nie cenił ni­gdy porządku, a chaos i impul­syw­ność wyda­wały mu się kwin­te­sen­cją arty­stycz­nego spo­sobu bycia, do jakiego aspi­ro­wał.

Na stu­diach słowo „raport” budzi­łoby w nim naj­gor­sze sko­ja­rze­nia. Z nie­uf­no­ścią i pełną lito­ści pobłaż­li­wo­ścią patrzyłby zapewne na osobę, która wyzna­łaby przy nim, że widziała jaki­kol­wiek raport. Prze­cież raport to sche­mat, tabelki, ramy. A gdzie dusza, wol­ność, sztuka? W tam­tych latach Raj­ski nosił jed­nak dłu­gie włosy, odpa­lał papie­rosa od papie­rosa, a zamiast typo­wych dla wieku uciech z oko­lic towa­rzy­sko-pro­kre­acyj­nych wolał samo­udrę­cze­nie w postaci smęt­nych roz­wa­żań auto­rów, któ­rych odcho­ro­wać powi­nien każdy sza­nu­jący się wraż­li­wiec jego poko­le­nia. Co wię­cej, Piotr Raj­ski sam podej­mo­wał próby lite­rac­kie, gładko prze­cho­dząc z nasto­let­niej poezji w dwu­dzie­sto­let­nią prozę – i z powro­tem. Po kil­ku­na­stu latach od ukoń­cze­nia stu­diów ściął włosy, zaczął palić elek­tro­nicz­nego papie­rosa, a poezję i prozę porzu­cił – na rzecz rapor­tów. Przy­szło mu to natu­ral­nie, bo pro­wa­dził biuro detek­ty­wi­styczne, gdzie nad gięt­kość pióra wyżej ceni się zwię­złe opisy, a jesz­cze wyżej dobre zdję­cia.

W końcu wyłą­czył lap­top, wstał i wsu­nął tele­fon do lewej kie­szeni spodni. Zawsze do lewej. Potem wyłą­czył listwę zasi­la­jącą i wyszedł z biura. Po zej­ściu z pierw­szego pię­tra, na któ­rym wynaj­mo­wał nie­wiel­kie biuro, wyszedł przed budy­nek. Przez chwilę się wahał, czy jechać samo­cho­dem, ale osta­tecz­nie uznał, że na Sura­ską ma bli­sko i może się przejść. Nie żeby dla zdro­wia, aż takim entu­zja­stą zdro­wego trybu życia nie był. Tyta­nem kon­dy­cji też nie, ale na brak formy nie mógł narze­kać. Typ prze­ciętny z plu­sem, zwa­żyw­szy na pół­me­tek życia, który nie­dawno prze­kro­czył. Był szczu­pły, wysoki, w zasa­dzie miej­scami chudy. Uza­sad­nie­niem spa­ceru nie było więc w jego przy­padku spa­le­nie kalo­rii.

Widział przed sobą spa­ce­ro­wi­czów, dzieci gania­jące mię­dzy gołę­biami, spo­kojny, rado­sny miej­ski gwar. To zawsze popra­wiało mu humor. Lubił patrzeć na prze­cho­dzą­cych obok niego ludzi, pochło­nię­tych swo­imi spra­wami. Wycho­dząc na Rynek Kościuszki, skrę­cił w prawo i pod­jaz­dem dla wóz­ków zaczął iść w kie­runku Sura­skiej. Na chwilę przy­sta­nął przed otwar­tymi drzwiami lokalu, w któ­rym daw­niej znaj­do­wała się księ­gar­nia Akcent, i wypa­try­wał, czy wewnątrz są jesz­cze książki, czy już tylko piwo.

Gdy doszedł do Sura­skiej, popa­trzył na zega­rek w tele­fo­nie i stwier­dził, że do umó­wio­nego spo­tka­nia zostało mu jesz­cze szes­na­ście minut. Raj­ski lubił być punk­tu­alny. Zawró­cił więc w kie­runku Rynku Kościuszki i usiadł na pierw­szej wol­nej ławce z wido­kiem na plac przy ratu­szu i oka­la­jące go ogródki knajp. Roz­siadł­szy się wygod­nie, nie­wi­dzą­cym wzro­kiem prze­cią­gnął po oto­cze­niu. W myślach wró­cił do tele­fonu, który kil­ka­na­ście minut wcze­śniej ode­brał, i do zagad­ko­wej prośby o spo­tka­nie. Czego może chcieć Ryszard? Jakieś superz­le­ce­nie? Może wybory samo­rzą­dowe i jakiś kan­dy­dat… zdję­cie… arty­kuł w pra­sie? Nie, z taką sprawą by nie dzwo­nił. O co może cho­dzić?

Nagle prze­niósł się w myślach trzy lata wstecz. Przy­po­mniał sobie przy­pad­kowe spo­tka­nie w cen­trum ze zna­jo­mym gra­fi­kiem, który spa­ce­ro­wał z jakimś star­szym gościem. Pamię­tał, że krótko się przy­wi­tał z kolegą, a idący obok niego facet pierw­szy wycią­gnął rękę i przed­sta­wił się: „Ryszard Gaszyń­ski”. Zaraz po tym podał Raj­skiemu wizy­tówkę. Kar­teczka jakich wiele, a w zasa­dzie jakich nie­wiele, ale to odkrył dopiero po cza­sie. Gdy dowie­dział się, kim jest Gaszyń­ski. Wtedy, trzy lata temu, zoba­czył star­szego faceta, przy­stoj­nego, dobrze ubra­nego, z – jak to mówią – spor­tową ele­gan­cją. Nie umknął uwa­dze Raj­skiego maleńki dżo­kej na koniu na koszulce polo męż­czy­zny, cał­kiem przy­pad­kiem też zauwa­żył napis „Rolex” na tar­czy jego zegarka. Dziany gość, pomy­ślał wtedy. Oczy­wi­ście Raj­ski nie pozo­stał dłużny i podał face­towi swoją wizy­tówkę, zawsze sta­rał się bowiem nosić kilka przy sobie.

Cie­ka­wość nie dawała mu spo­koju i jesz­cze tego samego dnia, gdy sie­dział przed ekra­nem lap­topa, się­gnął do alu­mi­nio­wego etui, z któ­rego wyjął otrzy­many wcze­śniej bile­cik. Ryszard Gaszyń­ski – pro­ste, czarne litery na środku kar­to­nika, a pod spodem numer tele­fonu. I nic wię­cej. Żad­nego tytułu, funk­cji, adresu, nazwy firmy. Nic. Pra­wie jak sza­blon z porad­nika „Jak nie powinna wyglą­dać wizy­tówka”. Cie­kawe, kto mu ją pro­jek­to­wał? Może Bar­tek, ten gra­fik? Tyle że zna­jąc Bartka, spo­dzie­wał się raczej dys­kret­nej ele­gan­cji, a nie tak pry­mi­tyw­nego pro­jektu. Raj­ski wpi­sał szybko w okno wyszu­ki­warki: „Ryszard Gaszyń­ski”, dodał „Bia­ły­stok” i wci­snął enter. To, co zoba­czył na ekra­nie lap­topa, zupeł­nie go zasko­czyło. Ujrzał link do pierw­szego z brzegu kata­logu firm i klik­nął go. Po chwili widział już sche­mat powią­zań Ryszarda Gaszyń­skiego ze spół­kami i nazwi­skami. Same szy­chy, naj­więk­sze nazwi­ska lokal­nego biz­nesu. Natych­miast zro­zu­miał, że takiej szansy nie może zmar­no­wać.

Tro­chę się już dusił, jeż­dżąc za nie­wier­nymi mał­żon­kami. Poza tym nieco się to kłó­ciło z jego poj­mo­wa­niem rela­cji dam­sko-męskich, ale pła­cono mu za to, więc zazwy­czaj machał ręką na wła­sne zapa­try­wa­nia i cze­kał godzi­nami w samo­cho­dzie, aż jakiś on lub ona z jakimś nim lub nią pokażą się w zasięgu jego obiek­tywu.

Naj­wię­cej satys­fak­cji dawała mu reali­za­cja zle­ceń dla firm. Tam nie było łez i pokrzyw­dzo­nych dzieci. Nie słu­chał histo­rii życia i narze­kań na teściowe. Mógł na chłodno pla­no­wać pre­cy­zyjne ruchy, które według niego miały przy­nieść pożą­dany efekt. Wtedy wpa­dał w trans. Jeź­dził wię­cej niż trzeba, szu­kał, dzwo­nił, ana­li­zo­wał po wie­lo­kroć już czy­tane doku­menty. Potra­fił kła­mać, prze­ku­py­wać, prze­dzie­rać się przez gąszcz tabe­lek, pro­wo­ko­wać. Podob­nie zresztą dzia­łał, gdy cho­dziło o poszu­ki­wa­nie ludzi. Czuł to, zatra­cał się w tro­pie­niu, kom­bi­no­wał, myślał, pytał, spraw­dzał. To był jego żywioł. Gdzieś tam na końcu, gdy emo­cje już opa­dły, a raport tra­fiał do klienta, miał poczu­cie, że pomógł. Że jakiś czło­wiek czy ludzie zyskali coś dzięki jego pracy. Żało­wał tylko, że ta jego pomoc nie jest oczy­wi­sta jak pomoc hydrau­lika czy leka­rza. Jego poma­ga­nie zawsze odby­wało się w ciszy. Nawet gdy sprawy, przy któ­rych pra­co­wał, były na swój spo­sób medialne, o nim nikt nie mówił, nikt gło­śno nie wspo­mi­nał.

Czego mógł chcieć Ryszard? Po spo­tka­niu z Bart­kiem i star­szym męż­czy­zną, a wła­ści­wie po tym, jak spraw­dził w inter­ne­cie, kim był ten nie­znany facet, Piotr liczył, że ta zna­jo­mość mogłaby prze­ło­żyć się na pozy­ska­nie nowych gospo­dar­czych zle­ceń, a z cza­sem na dotar­cie do innych osób powią­za­nych ze śro­do­wi­skiem lokal­nych biz­nes­me­nów. Doszedł w końcu do wnio­sku, że naj­pro­ściej będzie zadzwo­nić. Bez powodu, po pro­stu, w końcu miał wizy­tówkę. Potem jakoś pój­dzie. Zawsze szło. Raj­ski miał wro­dzony dar urze­ka­ją­cej bez­czel­no­ści. Gdy potrze­bo­wał nawią­zać z kimś kon­takt, ni­gdy się nie kry­go­wał, po pro­stu przy­cho­dził lub dzwo­nił. Ta bez­po­śred­niość zjed­ny­wała mu ludzi. Oka­zy­wało się, że nie ma tak zamknię­tych drzwi, któ­rych nor­malna, uprzejma roz­mowa by nie otwo­rzyła. I on z tego korzy­stał. A że język był jed­nym z jego naj­le­piej wyćwi­czo­nych orga­nów, z wdzię­kiem i uśmie­chem otwie­rał cięż­kie drzwi gabi­ne­tów, a skry­tych i nie­uf­nych skła­niał do zwie­rzeń. W pracy ta jego umie­jęt­ność nie­jed­no­krot­nie oka­zy­wała się atu­tem nie do prze­ce­nie­nia, szcze­gól­nie w połą­cze­niu z jego prag­ma­tycz­nym dyle­tan­ty­zmem. Inte­re­so­wał się wie­loma spra­wami, ale żad­nej tak naprawdę nie zgłę­bił. Czy­tał o fizyce, uzdra­wia­niu, histo­rii, poli­tyce, modzie, kosme­tyce. Nie było w tym cie­nia kal­ku­la­cji, po pro­stu lubił dużo wie­dzieć. To powo­do­wało, że inni brali go za swego, sły­sząc, że orien­tuje się w poru­sza­nym tema­cie. Kto nie roz­ma­wia chęt­nie z czło­wie­kiem, który wyka­zuje zain­te­re­so­wa­nie i wie­dzę na temat tego, co nam jest bli­skie? I ludzie już po kilku zda­niach zaczy­nali na Raj­skiego patrzeć życz­li­wiej i chęt­niej mówili, aż z cza­sem powie­dzieli to, czego chciał się dowie­dzieć. Lista osób, która w ten spo­sób ule­gła Pio­trowi, była naprawdę długa.

Mniej wię­cej po tygo­dniu od wspo­mnia­nego spo­tka­nia zadzwo­nił do Gaszyń­skiego, przed­sta­wił się i przy­po­mniał, w jakich oko­licz­no­ściach się poznali. Co cie­kawe, roz­mówca wie­dział, kto dzwoni, czyli – jak domy­ślił się szybko Raj­ski – musiał po spo­tka­niu wpi­sać jego numer z wizy­tówki do kon­tak­tów w tele­fo­nie. Roz­mowa prze­bie­gła miło. Potem były kolejne spo­tka­nia, ale nie­zbyt czę­ste, bo Raj­ski nie chciał być nachalny. Oka­zało się, że jest jakieś poro­zu­mie­nie mię­dzy nimi i szybko prze­sko­czyli od grzecz­no­ścio­wych, bar­dzo ogól­ni­ko­wych roz­mów do kwe­stii zwią­za­nych z życiem oso­bi­stym i życiem w ogóle. Po któ­rymś spo­tka­niu prze­szli na ty i śred­nio co trzy, cztery mie­siące widy­wali się w restau­ra­cjach, które, jak się za każ­dym razem oka­zy­wało, nale­żały do Gaszyń­skiego.

Spoj­rzał na zega­rek w tele­fo­nie i stwier­dził, że czas już iść na spo­tka­nie. Miał jesz­cze kilka minut, ale jego punk­tu­al­ność nie pozwa­lała na zwłokę. Wolał cze­kać, niż żeby to na niego cze­kano. Dla­tego wstał z ławki, popra­wił koszulkę polo, wsu­wa­jąc ją równo w spodnie, i nie­śpiesz­nie poszedł w kie­runku restau­ra­cji, w któ­rej miał się spo­tkać z Gaszyń­skim.

Po chwili zauwa­żył syl­wetkę Ryszarda, który szedł z dru­giej strony Sura­skiej. Z tele­fo­nem przy uchu, w bia­łych lnia­nych spodniach i gra­na­to­wej koszuli. Wylu­zo­wany, uśmiech­nięty. Star­szy facet w dobrej for­mie, pomy­ślał Raj­ski. Zaraz potem uści­snęli sobie dło­nie, a Gaszyń­ski zapra­sza­ją­cym gestem wska­zał, aby weszli na teren restau­ra­cji. Zajęli miej­sca przy sto­liku odda­lo­nym nieco od chod­nika. Cień para­sola sku­tecz­nie tłu­mił żar połu­dnio­wego słońca. Zaraz też pode­szła do nich kel­nerka ubrana w czarną bluzkę i czarne obci­słe spodnie. Dłu­gie jasne włosy miała upięte wysoko. Stu­dentka, pomy­ślał Piotr.

– Czego pano­wie sobie życzą? – zapy­tała z miłym uśmie­chem. Gaszyń­ski wska­zał głową na Raj­skiego, dając do zro­zu­mie­nia, że on pierw­szy powi­nien zło­żyć zamó­wie­nie. Było bar­dzo gorąco, więc pew­nie odpo­wied­niej­sza byłaby jakaś sałatka i zimny sok, ale Raj­ski miał tak wielką ochotę na pizzę, że nie potra­fił się powstrzy­mać i zamó­wił grecką. Do tego popro­sił o zimny sok poma­rań­czowy. Gaszyń­ski nato­miast wybrał zupę, któ­rej nazwy Raj­ski nie zapa­mię­tał. Nic dziw­nego – przy­wykł, że w loka­lach Ryszarda rzadko można było zjeść pomi­do­rową czy rosół. Nawet zwy­kły scha­bowy mie­wał nazwy godne uczty koro­na­cyj­nej. Gdy kel­nerka lekko się ukło­niła i z nie­zmien­nym uśmie­chem znik­nęła wewnątrz restau­ra­cji, Gaszyń­ski zapy­tał, co sły­chać, a Raj­ski jak zwy­kle odpo­wie­dział, że wszystko w porządku. Ta gra wstępna powta­rzała się za każ­dym razem i była nie­pi­sa­nym rytu­ałem, pierw­szym schod­kiem koniecz­nym do przej­ścia. Tro­chę o pogo­dzie, tro­chę o biz­ne­sie obu, ale bez szcze­gó­łów, raczej tyle, że dobrze idzie, choć zawsze mogłoby być lepiej. Dopiero kiedy kel­nerka przy­no­siła potrawy i z uśmie­chem ponow­nie zni­kała, prze­cho­dzili do sedna. Bywało zresztą, że żad­nego sedna nie było. Ot, po przy­ja­ciel­sku gawę­dzili sobie o tym i owym. Raj­ski tro­chę wspo­mi­nał, Gaszyń­ski słu­chał.

Tak było zazwy­czaj. Dziś jed­nak Ryszard wyraź­nie zapo­wie­dział, że ma kon­kretną sprawę, przy któ­rej ocze­kuje pomocy Raj­skiego. Było jasne, że jest poważna, dys­kretna i doty­czy dużych pie­nię­dzy. Było też jasne, że przy­szedł czas, gdy Gaszyń­ski obda­rzy Pio­tra zaufa­niem, któ­rego nie można nad­szarp­nąć.

– Słu­chaj, Pio­trze. Sprawa wygląda tak. Mam pewną nie­ru­cho­mość. Wła­ści­wie to mamy, bo jest ona wła­sno­ścią jed­nej z moich spółek. To dobra loka­li­za­cja, nawet bar­dzo dobra. Tam jest teraz gale­ria. Grunt dzier­ża­wimy tej gale­rii. Jest warty kilka milio­nów, mniej­sza o detale. Cho­dzi o to, że my tę działkę kupi­li­śmy od mia­sta, a wcze­śniej mia­sto prze­jęło ją jako mie­nie bez­spad­kowe. Kie­dyś miało ją dwóch gości, ale wojna, zamie­sza­nie i obaj gdzieś prze­pa­dli. Dużo było takich rze­czy. – Raj­ski kiwał głową, dając znak, że zna te tematy i wszystko rozu­mie. – Ostat­nio coś mnie naszło i tak się zaczą­łem zasta­na­wiać – cią­gnął Gaszyń­ski – czy nie będzie z tego jakiejś nie­spo­dzianki. Wiesz, jak w War­sza­wie było z kamie­ni­cami. To nie cho­dzi nawet o kura­to­rów, tylko teraz jest taka tro­chę moda i wynaj­dują się spod ziemi różni wnu­ko­wie, bra­cia i sio­stry. Potem się oka­zuje, że pań­stwo bez­praw­nie im zabrało zie­mię i budynki. A dalej wiesz, jak jest. Nie ma pew­no­ści, jak to się skoń­czy. Tym bar­dziej że w tej spra­wie cho­dzi o naprawdę drogą działkę. Gale­ria Stok na ulicy War­szaw­skiej – dodał i wymow­nie spoj­rzał na Pio­tra.

Raj­ski znów poki­wał głową.

– Chciał­bym, żebyś się temu przyj­rzał. Żebyś spraw­dził, czy jeden z tych dwóch, któ­rzy prze­pa­dli na woj­nie, nie wysko­czy nam zza grobu i nie powie: to moje. Myślę, że nie wysko­czy, ale dla pew­no­ści. Rozu­miesz. Jakoś mi to ostat­nio nie daje spo­koju.

Raj­ski ukroił kawa­łek pizzy, a Ryszard się­gnął łyżką do tale­rza i nabrał zupy, która była gęsta jak krem, a na jej wierz­chu uno­sił się kawa­łek sma­żo­nego boczku. Przez chwilę obaj jedli w mil­cze­niu.

– Na kiedy? – zapy­tał krótko.

Gaszyń­ski popa­trzył na niego i się uśmiech­nął.

– Nie ma pośpie­chu. To nic pil­nego, sprawa cze­kała tyle lat, to poczeka jesz­cze tro­chę. Po pro­stu coś mnie tknęło i pomy­śla­łem o tobie.

– Dla­czego chcesz spraw­dzić potom­ków tylko jed­nego? – zapy­tał znów Raj­ski.

– Bo drugi się zna­lazł. Z dzie­sięć lat temu. Przy­je­chał z Izra­ela. Ale sytu­acja jest opa­no­wana. Nie chce nic, doga­da­li­śmy się. – Tu Gaszyń­ski uśmiech­nął się zna­cząco.

Raj­ski zro­zu­miał. Kwota wolna od podatku.

– I jesteś pewny, że nic już nie będzie chciał?

– Wiesz, zawsze jest jakieś ryzyko. Tym bar­dziej że, o ile wiem, facet jest bar­dzo… hmm… usto­sun­ko­wany w… admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej Izra­ela.

– Rozu­miem – powie­dział Raj­ski, choć wcale nie był pewien, czy dobrze pojął.

Ważne dla niego było teraz to, aby dokład­nie poznać ocze­ki­wa­nia Gaszyń­skiego. Ten miał go za pro­fe­sjo­na­li­stę, więc nie chciał swo­imi pyta­niami suge­ro­wać, że nie wszystko jest dla niego jasne. Jed­no­cze­śnie jed­nak dobrze wie­dział, jakie skutki mogą mieć nie­do­po­wie­dze­nia.

Przez moment pomy­ślał też o swoim wyna­gro­dze­niu. Takie usta­le­nia nie będą tanie, a jemu z kie­szeni się nie wysy­py­wało, a na pewno nie na tyle, żeby fun­do­wać komuś swoją robotę. Gaszyń­ski chyba jed­nak zro­zu­miał ciszę, która nastą­piła, i zapy­tał:

– Możesz to jakoś wyce­nić?

– Trudno tak a priori – odpo­wie­dział Raj­ski. – Muszę się temu przyj­rzeć, zoba­czyć, jaki jest mate­riał wyj­ściowy. Masz jakieś doku­menty? Inte­re­sują mnie głów­nie te naj­bli­żej wojny.

– Tak, oczy­wi­ście, ale nie ma tego zbyt dużo. Takie były wtedy czasy. Kto tam myślał o podob­nych rze­czach. Mam imię i nazwi­sko faceta. Jest chyba też data jego uro­dzin. To zdaje się wszystko.

Raj­ski wziął do ust kawa­łek pizzy i prze­żu­wa­jąc, patrzył to na szklankę soku, to na Gaszyń­skiego. Ten sie­dział wygod­nie roz­party, z lek­kim uśmie­chem czło­wieka speł­nio­nego. Piotr wie­dział, że dla ludzi tego for­matu wiele spraw jest oczy­wi­stych. Nie­war­tych prze­sad­nej uwagi. Dzwo­nią, pro­szą, dostają. Pie­nią­dze cza­sem prze­le­wem, cza­sem gotówką, kie­dyś tam, bez pośpie­chu. W świe­cie Raj­skiego było ina­czej.

– Przy­ślij mi te dane, które masz, popa­trzę – powie­dział, ocie­ra­jąc usta chu­s­teczką. Napił się i dodał: – Potrze­buję chwili. Muszę tro­chę pocho­dzić, popy­tać, uru­cho­mić parę kon­tak­tów. Wiesz, jak jest…

– Tak, tak, jasne – odpo­wie­dział Gaszyń­ski. – Spo­koj­nie, nie śpie­szy się. Dziś lub jutro prze­ślę ci nazwi­sko tego gościa i co tam jesz­cze znajdę. Z tego, co wiem, w archi­wum nie ma zbyt wiele na jego temat. Kogoś już kie­dyś pro­si­łem, żeby rzu­cił okiem. Sprawa jest trudna, o ile w ogóle realna. Ale zoba­czymy, może aku­rat coś ci tam wysko­czy.

Raj­ski kiw­nął głową. W zasa­dzie wszystko już sobie powie­dzieli, więc gdy zadzwo­nił tele­fon Gaszyń­skiego, Raj­ski gestem poka­zał, żeby ten ode­brał, bo on i tak zamie­rza już iść. Ryszard z uśmie­chem ski­nął głową, podał mu rękę, po czym naci­snął zie­loną słu­chawkę.

Gorąco ude­rzyło Raj­skiego, gdy tylko wyszedł z zasięgu cie­nia para­sola. Otarł dło­nią czoło, zatrzy­mał się na chwilę, myśląc, dokąd powi­nien teraz pójść i co zro­bić. Po kilku minu­tach stał już przy swoim samo­cho­dzie i zasta­na­wiał się, czy wejść na górę, do biura, czy jechać do domu. Miał jesz­cze do dokoń­cze­nia raport, nad któ­rym pra­co­wał przed wyj­ściem na spo­tka­nie, ale po solid­nej por­cji pizzy czuł bło­gie roz­le­ni­wie­nie. Poczeka, pomy­ślał i wci­snął przy­cisk pilota odblo­ko­wu­jący drzwi. Wsiadł do samo­chodu, zapiął pas, pod­łą­czył papie­rosa do łado­warki i powoli ruszył. Zaraz jed­nak się zatrzy­mał i włą­czył w tele­fo­nie Hey Joe Hen­drixa. Te pierw­sze dźwięki gitary. Jak pierw­sze łyki zim­nego napoju po godzi­nach pra­gnie­nia.

Wyje­chał z par­kingu na ulicę i włą­czył się do ruchu. Cho­lera, gdzie oni wszy­scy jadą, pomy­ślał i wci­snął moc­niej pedał gazu, bo jakiś facet wła­śnie pra­wie wje­chał mu w tylny zde­rzak. Gdy zatrzy­mał się na pierw­szych świa­tłach, wró­cił myślami do Gaszyń­skiego i jego zle­ce­nia. Poczuł nie­przy­jemny dreszcz. Tro­chę się oba­wiał tej pracy. Ni­gdy nie szpe­rał na poważ­nie w archi­wach, choć zapach sta­rych papie­rów i ksią­żek instynk­tow­nie go przy­cią­gał. Miał kolegę, który sie­dział od dawna w gene­alo­gii i znał się tro­chę na tych spra­wach. Kilka razy oglą­dał u niego skany sta­rych metryk i innych doku­men­tów. Czuł wtedy przy­jemny dreszcz pod­nie­ce­nia, bo w myślach instynk­tow­nie porów­ny­wał poszu­ki­wa­nie przod­ków do pracy detek­tywa.

Zda­rzało mu się nawet w podróży zbo­czyć na chwilę z trasy i zje­chać na mijany zapo­mniany cmen­tarz. Spa­ce­ro­wał wów­czas mię­dzy mogi­łami, pró­bo­wał odczy­tać zatarte napisy, nie zawsze po pol­sku. Było w tych miej­scach coś, co go pocią­gało. Prze­no­sił się wtedy w inny czas, odnaj­dy­wał w tym jakiś dziwny spo­kój. Myślał też o ludziach, któ­rych groby mijał. O ich codzien­nych spra­wach i pla­nach, które czas skru­szył w pęka­ją­cym kamie­niu i rdzy krzyża. A także o ich dzie­ciach, wnu­kach, rodzi­nie. Gdzie są, czy w ogóle są? Skoro te groby tak zanie­dbano, to może rów­nież ich ziem­ska pro­sta dobie­gła końca.

Takie ludz­kie histo­rie w pewien spo­sób go pocią­gały, ale teraz czuł obawę, bo czym innym jest wycieczka sen­ty­men­talna czy nie­zo­bo­wią­zu­jące prze­glą­da­nie papie­rów, a czym innym zle­ce­nie, które otrzy­mał od poważ­nego biz­nes­mena, jakim bez wąt­pie­nia był Ryszard Gaszyń­ski. Tym bar­dziej że nie miał żad­nego doświad­cze­nia w zdo­by­wa­niu infor­ma­cji doty­czą­cych osób i spraw sprzed dru­giej wojny świa­to­wej. Jego prze­my­śle­nia prze­rwał wibru­jący tele­fon. W słu­chawce usły­szał miękki, cie­pły kobiecy głos.

– Dzień dobry. Chcia­ła­bym zle­cić spraw­dze­nie majątku pew­nego czło­wieka.

Z tru­dem zebrał się w sobie, aby odpo­wie­dzieć. Kojąca fala spły­nęła w głąb jego ciała. Był oszo­ło­miony brzmie­niem w słu­chawce. Kie­dyś już sły­szał taki głos. Nie ten sam, ale tak samo przy­jemny.

– Dzień dobry. Rozu­miem, ale takie sprawy warto omó­wić oso­bi­ście. Zapra­szam… – Raj­ski zasta­no­wił się przez moment – …jutro o dzie­wią­tej. Czy pora pani odpo­wiada?

– Dobrze. Będę. – Cie­pły głos znów spły­nął mu do ucha przez słu­chawkę.

– Adres znaj­dzie pani w inter­ne­cie. Do widze­nia.

– Do zoba­cze­nia. – Kobieta roz­łą­czyła się po sło­wach poże­gna­nia.

Piotr przez chwilę trwał w zawie­sze­niu, bez­wied­nie pro­wa­dząc samo­chód. Nagle poczuł, jakby czy­jaś dłoń zaczęła coraz moc­niej uci­skać jego żołą­dek.

Oósmej trzy­dzie­ści zapar­ko­wał auto przed wej­ściem do biura. Gdy wszedł do środka, otwo­rzył okno, uważ­nie obej­rzał powierzch­nię biurka i niskiego sto­lika, przy któ­rym usta­wione były dwa fotele i nie­wielka kanapa. Meble obite zostały czarną imi­ta­cją skóry, a do tego były na tyle mięk­kie, że gdy się na nich sia­dało, czło­wiek nieco się zapa­dał.

Się­gnął po szmatkę, którą trzy­mał scho­waną mię­dzy żeber­kami kalo­ry­fera, i starł poje­dyn­cze dro­binki kurzu z biurka i sto­lika. Włą­czył kom­pu­ter i pobież­nie przej­rzał nie­do­koń­czony wczo­raj raport. Potem zer­k­nął na por­tale infor­ma­cyjne, czy­ta­jąc po kilka aka­pi­tów nie­któ­rych arty­ku­łów. Równo o dzie­wią­tej usły­szał puka­nie. Z uzna­niem pomy­ślał o punk­tu­al­no­ści klientki.

Pod­szedł do drzwi i je otwo­rzył. Przed sobą zoba­czył młodą, bar­dzo atrak­cyjną kobietę, stu­dentkę, jak ją auto­ma­tycz­nie okre­ślił. Jej uroda tro­chę go spe­szyła. Nie­wy­soka, dłu­gie roz­pusz­czone blond włosy, kwie­ci­sta krótka sukienka.

– Iza­bela Banasz.

Raj­ski pochwy­cił wycią­gniętą w jego kie­runku dłoń. Była chłodna, poczuł deli­katny, lecz zde­cy­do­wany uścisk. Ta dłoń nie ucie­kała, spra­wiała wra­że­nie, jakby pra­gnęła wyraź­nie zazna­czyć swoje ist­nie­nie. Piotr wska­zał Banasz kanapę i pocze­kał, aż usią­dzie, po czym sam zajął miej­sce w fotelu naprze­ciw gościa.

– W czym mogę pani pomóc? – zapy­tał, ale nie dosły­szał pierw­szych słów odpo­wie­dzi. Kiedy spoj­rzał na sie­dzącą przed nim kobietę, zorien­to­wał się, że jej sukienka w kwiaty nie była krótka, ale bar­dzo krótka. Krę­pu­jąco krótka. Jesz­cze bar­dziej krę­pu­jące było odkry­cie, że Iza­bela nie miała sta­nika, a dekolt bar­dziej pod­kre­ślał, niż ukry­wał wydatny biust. Raj­ski prze­łknął ner­wowo ślinę, a potem spró­bo­wał szybko zebrać się w sobie i przy­jąć pro­fe­sjo­nalną pozę.

– Chcia­ła­bym spraw­dzić, hmm, narze­czo­nego. Pozna­li­śmy się dwa mie­siące temu. Mamy pewne plany. Kil­ku­krot­nie wspo­mi­nał, niby mimo­cho­dem, ale myślę, że spe­cjal­nie, o jakichś pie­nią­dzach i nie­ru­cho­mo­ściach. Wie pan, to młody czło­wiek. Nie wiem, na ile mówi prawdę, a na ile stara się dobrze wypaść.

Raj­ski przez jakiś czas nie odpo­wia­dał. Wsłu­chi­wał się nie tyle w jej słowa, ile w ich brzmie­nie. Ten głos.

– Brawo – powie­dział w końcu, prze­ry­wa­jąc zawie­sze­nie, w któ­rym się zna­leźli. Od dłuż­szej chwili szu­kał wła­ści­wego słowa, od któ­rego zacznie odpo­wiedź, ale czas naglił, a on wciąż nie wie­dział, co powie­dzieć. – Impo­nu­jący roz­są­dek, pro­szę pani – dodał.

Kobieta spoj­rzała na niego, lek­kim unie­sie­niem brwi suge­ru­jąc, że nie bar­dzo rozu­mie jego słowa.

– To, pro­szę pani, marze­nie każ­dego sza­nu­ją­cego się detek­tywa. Świa­domy klient. Może to brzmieć jak pewne, powiedzmy, wyra­cho­wa­nie z pani strony, ale ja widzę to ina­czej. Chcia­łaby pani spraw­dzić sta­tus mająt­kowy jego czy jego rodziny? – zapy­tał Raj­ski, uno­sząc palec do oka i lekko je prze­cie­ra­jąc. W sam raz na prze­lotne spoj­rze­nie na dekolt.

– Jego. On mówi o swoim majątku. Rodzice mnie nie inte­re­sują. Chcę wie­dzieć, czy tak młody czło­wiek może mieć to, co, jak twier­dzi, ma. Zanim podejmę jakieś decy­zje, chcę być pewna, w co wcho­dzę. Nie chcę się anga­żo­wać, a potem się z tego wyco­fy­wać. Ile? – Iza­bela Banasz spra­wiała wra­że­nie osoby lubią­cej kon­krety.

– Co dokład­nie chcia­łaby pani wie­dzieć? Rucho­mo­ści, nie­ru­cho­mo­ści, kre­dyty? – Raj­ski posta­no­wił dosto­so­wać się do stylu wypo­wie­dzi gościa.

– Chcę wie­dzieć, co ma i jakie ma długi. Jeśli ma. Bez pośpie­chu, ale też nie prze­sa­dzajmy. – Uśmiech­nęła się zna­cząco.

– Myślę, że to będzie kosz­to­wać około pół­tora tysiąca plus vat, ale osta­teczną wycenę podał­bym pani jesz­cze dziś przez tele­fon – oświad­czył Piotr zde­cy­do­wa­nym gło­sem.

Kobieta popa­trzyła na niego krótko i powie­działa:

– Dobrze, cena wydaje się roz­sądna. Będę cze­kała na pań­ski tele­fon. – Po tych sło­wach Iza­bela wyjęła z torebki, którą trzy­mała na kola­nach, nie­wielką kar­teczkę oraz dłu­go­pis. Poło­żyła ją na sto­liku przed sobą, a potem pochy­liła się i zaczęła pisać. W tym cza­sie jej dekolt wypeł­niły dwie opa­lone pół­kule, prze­dzie­lone pośrodku rów­nym zagłę­bie­niem.

– Tu jest mój drugi numer tele­fonu, gdy­bym tego nie odbie­rała. – Unio­sła się lekko, aby podać Raj­skiemu zapi­saną kartkę, a wtedy pół­kule deli­kat­nie zafa­lo­wały. Piotr wziął od niej kartkę, a kobieta scho­wała dłu­go­pis do torebki, po czym, opie­ra­jąc się jedną ręką o sie­dze­nie kanapy, wstała. Ten moment wystar­czył, aby kanapa nie­znacz­nie się zapa­dła, a spo­wo­do­wana tym zmiana pozy­cji ciała odsło­niła przed Raj­skim bladą plamę błę­kitu bie­li­zny. Iza­bela Banasz podała mu rękę na poże­gna­nie i wyszła. Był prze­ko­nany, że klientka zagrała nim w pełni świa­do­mie, i widziała, że dał się wcią­gnąć. Tylko po co?

Pod­szedł do kom­pu­tera i ruchem myszki oży­wił ekran. Bez trudu zna­lazł na Face­bo­oku pro­fil dziew­czyny, ale jego zawar­tość nie zwra­cała uwagi niczym szcze­gól­nym. Wpi­sał kolejno do wyszu­ki­warki oba numery tele­fo­nów, któ­rymi posłu­gi­wała się Iza­bela Banasz. Nic, zupeł­nie nic. Cie­kawe, pomy­ślał. Czę­sto tak robił, spraw­dza­jąc swo­ich klien­tów. Cza­sami tra­fiał na ogło­sze­nia czy wpisy na forach, co pozwa­lało mu wycią­gnąć pewne wnio­ski. Cza­sami nie tra­fiał też na nic. Tak jak teraz.

Piotr otwo­rzył plik z roz­po­czę­tym rapor­tem. Zamie­rzał go dokoń­czyć, a już na pewno opra­co­wać zdję­cia. Opisy pozo­sta­wił jako naj­ła­twiej­sze na koniec. Nie mógł się jed­nak sku­pić i po minu­cie czy dwóch zapi­sał pracę i wyłą­czył kom­pu­ter. Był zły na sie­bie za to, że dał się tak pry­mi­tyw­nie podejść. Z jed­nej strony dopusz­czał moż­li­wość, że zacho­wa­nie kobiety było przy­pad­kowe, z dru­giej wyczu­wał w jej gestach i ruchach jakąś sztucz­ność, zapla­no­waną pre­cy­zję. Czy ona świa­do­mie grała swoją kobie­co­ścią? Tylko po co? Rozu­miał ten rodzaj per­swa­zji w spra­wach trud­nych, wyma­ga­ją­cych od niego jakie­goś rodzaju szcze­gól­nego zaan­ga­żo­wa­nia, może pod­ję­cia dzia­ła­nia pod pre­sją czasu. Mógł uwie­rzyć, że w takiej sytu­acji klientka mogłaby chcieć skło­nić go w ten spo­sób do ule­gło­ści. Co prawda nie zda­rzyło mu się coś takiego do tej pory, jed­nak dopusz­czał w swo­jej ana­li­zie taką moż­li­wość. Ale tutaj? Sprawa była w zasa­dzie błaha, nie­zbyt pilna, pie­nią­dze też nie takie, żeby się­gać po szcze­gólne środki. Może go pod­ry­wała? Nie, to nie­moż­liwe. Nie ubra­łaby się w ten spo­sób. Nawet nie wie­działa, jak on wygląda. Więc po co?

Usły­szał dźwięk wia­do­mo­ści przy­cho­dzą­cej w tele­fo­nie. Ese­mes od Ryszarda był lako­niczny: „Kwel­man i Chaim Lewin. Szu­kamy Lewina. Uro­dzony 12.08.1908. Tyle mam. Dzia­łaj”. Raj­ski raz jesz­cze odczy­tał wia­do­mość i zaklął bez­gło­śnie. Ni­gdy wcze­śniej nie zaj­mo­wał się gene­alo­gią. Włą­czył wyszu­ki­warkę i wpro­wa­dził do niej prze­słane przez Gaszyń­skiego imię i nazwi­sko. Liczba rezul­ta­tów, która mu się uka­zała, przy­tło­czyła go. Zaczął prze­glą­dać wyniki wyplute przez wyszu­ki­warkę, odkry­wa­jąc ze zdzi­wie­niem liczbę stron inter­ne­to­wych, na któ­rych oprócz poszu­ki­wa­nej osoby znaj­do­wały się też dane jej rodziny, a nawet zdję­cia archi­wal­nych doku­men­tów. Jego entu­zjazm zaczął jed­nak słab­nąć, kiedy zorien­to­wał się, że o ile osób o nazwi­sku Chaim Lewin było cał­kiem sporo, o tyle żadna z nich nie wyda­wała mu się tą, któ­rej szu­kał.

Z rezy­gna­cją wyłą­czył kom­pu­ter. Uznał, że do prze­szu­ki­wa­nia sieci zdąży jesz­cze wró­cić, ale teraz potrze­buje facho­wej porady. Jadę do archi­wum, pomy­ślał i wstał z fotela. Na par­kingu przy­sta­nął na chwilę. Bez powodu, po pro­stu zbie­rał myśli, wciąż mając przed oczami kwie­ci­stą sukienkę Iza­beli Banasz. Nie wia­domo, dla­czego ten obraz tkwił w nim jako coś nie­po­ko­ją­cego. I nie­zbyt przy­jem­nego. Kiedy w końcu wsiadł do samo­chodu i skrę­cił w lewo, w nie­wielką uliczkę, z któ­rej zamie­rzał wyje­chać na Nowy Świat, kątem oka zauwa­żył zapar­ko­wane wzdłuż tej ulicy czarne volvo, SUV. Podo­bała mu się bryła tych aut, dla­tego pew­nie instynk­tow­nie zwró­cił na nie uwagę. Mija­jąc je z lewej strony, odru­chowo spoj­rzał w prawe lusterko. Za kie­row­nicą volvo sie­dział facet około sześć­dzie­siątki, obok – Iza­bela Banasz. Kobieta patrzyła przez prawą szybę. Albo uda­wała, że patrzy.

Na par­kingu archi­wum pań­stwo­wego stały dwa samo­chody. Stary lanos i kia o nie­okre­ślo­nym rocz­niku. Raj­ski zapar­ko­wał tyłem, wysiadł z auta i kilka razy zacią­gnął się papie­ro­sem elek­tro­nicz­nym, po czym poło­żył go w uchwy­cie na kubek. Rozej­rzał się i po lewej stro­nie zoba­czył prze­szklone drzwi z napi­sem „Czy­tel­nia”. Nie był pewien, czy tam powi­nien zacząć poszu­ki­wa­nia, ale posta­no­wił spró­bo­wać. Zało­żył, że naświe­tli pra­cow­ni­kowi swój pro­blem dość ogól­nie, licząc na uzy­ska­nie wska­zó­wek. Opty­mi­stycz­nie uznał, że w archi­wum muszą pra­co­wać pasjo­naci, z lubo­ścią wda­jący się w histo­ryczne poga­wędki z nie­licz­nymi gośćmi, dzie­lący się z nimi swoją pasją i wie­dzą.

Wewnątrz, przy jed­nym ze sto­li­ków usta­wio­nych jak w szkol­nej sali, sie­dział męż­czy­zna pochy­lony nad jaki­miś doku­men­tami. Po pra­wej stro­nie, za biur­kiem, Raj­ski zoba­czył sto­sun­kowo mło­dego czło­wieka, mniej wię­cej trzy­dzie­sto­let­niego. Koszula w drobną zie­lono-gra­na­tową kratę, brą­zowe spodnie typu chi­nos, krótka broda, włosy ciemne, zacze­sane na bok. Na „dzień dobry” rzu­cone przez Raj­skiego męż­czy­zna odpo­wie­dział zawo­do­wym szep­tem.

Pod­szedł do biurka i zaczął wyja­śniać, nieco zawile, jaki jest powód jego wizyty. Męż­czy­zna wysłu­chał go uważ­nie, ale jego oczy wyra­żały coś jakby nie­chęć. Raj­ski nie trak­to­wał tego oso­bi­ście, ale wziął to spoj­rze­nie za niemy pro­test, wyraz fru­stra­cji. Tro­chę to wyobra­że­nie zazgrzy­tało z jego wcze­śniej­szą myślą o pra­cu­ją­cych w archi­wum pasjo­na­tach, ale teraz sku­piał się głów­nie na tym, aby ujaw­nia­jąc jak naj­mniej szcze­gó­łów, dowie­dzieć się jak naj­wię­cej. Nie potra­fił zadać kon­kret­nego pyta­nia, bo wyma­gało ono wie­dzy, któ­rej nie posia­dał. Przy­po­mniał sobie jedną nazwę, którą zapa­mię­tał z roz­mów ze zna­jo­mym zaj­mu­ją­cym się ama­tor­sko gene­alo­gią.

– Czy w archi­wum znajdę księgę lud­no­ści sta­łej? – zapy­tał wła­ści­ciela nie­wiel­kiej bródki.

– Nie­stety, nie zacho­wała się. – Padła krótka odpo­wiedź, która brzmiała jak zakoń­cze­nie roz­mowy.

– Czy może mi pan powie­dzieć, jak spraw­dzić, dys­po­nu­jąc datą uro­dze­nia czło­wieka, czy w archi­wum pozo­stał jaki­kol­wiek ślad po nim? – Posta­no­wił nie dawać za wygraną.

– Ale o co dokład­nie pan pyta? Czy szuka pan przod­ków, swo­jej rodziny?

– W zasa­dzie to nie rodzina, badam hob­by­stycz­nie pewną kwe­stię, a że dopiero zaczy­nam swoją przy­godę z gene­alo­gią, pomy­śla­łem, że naj­le­piej będzie zwró­cić się o pomoc do eks­per­tów. – Raj­ski wie­dział, że pochleb­stwa zazwy­czaj zmięk­czają grunt. Prze­mknął mu przed oczami widok kwie­ci­stej sukienki z wiel­kim dekol­tem.

– A co to za osoba? Czy to miesz­ka­niec Bia­łe­go­stoku?

– Tak, miesz­kał tutaj, ale nie wiem, skąd pocho­dził, o ile to istotne. Miał chyba nie­wielki sklep czy warsz­tat, ale tego nie jestem pewny. Wiem, jak się nazy­wał i kiedy się uro­dził. Sądząc po nazwi­sku, był Żydem.

– Pro­szę podać nazwi­sko i rok uro­dze­nia. – Męż­czy­zna z bródką jakby nieco uchy­lił zamknięte przed­tem na głu­cho drzwi swo­jej uwagi.

– Chaim Lewin, uro­dził się, zaraz, spraw­dzę. – Raj­ski szybko wyjął z kie­szeni smart­fon i po chwili dodał: – Uro­dził się dwu­na­stego sierp­nia tysiąc dzie­więć­set ósmego roku. Tyle wiem. Miał chyba jakąś zie­mię w Bia­łym­stoku, ale nie znam szcze­gó­łów.

– Pro­szę pana, nie­stety doku­menty metry­kalne zacho­wały się w ską­pej licz­bie – rzekł bro­dacz po kil­ku­dzie­się­ciu sekun­dach poszu­ki­wań. – Nie mamy aktów zgonu z tego okresu, a akty uro­dze­nia tylko z nie­któ­rych lat.

Raj­ski poczuł na sobie sku­pione spoj­rze­nie sie­dzą­cego przed nim archi­wi­sty. Po raz pierw­szy od początku roz­mowy miał wra­że­nie, że męż­czy­zna jest nim zain­te­re­so­wany. Wyraz oży­wie­nia w jego oczach nada­wał mu wygląd osoby wyrwa­nej z odrę­twie­nia. Po chwili nie­spo­dzie­wa­nie dla Raj­skiego padło pyta­nie:

– A zna pan jego miej­sce zamiesz­ka­nia?

– Cho­dzi o działkę, na któ­rej obec­nie jest Gale­ria Stok, ale nie wiem, jaki dokład­nie miała adres przed wojną i czy była tam tylko jedna nie­ru­cho­mość. O ile się orien­tuję, dawne obręby dzia­łek nie pokry­wają się z obec­nymi.

– Musiałby pan mieć wię­cej danych. Jakieś kon­krety, punkty zacze­pie­nia. Bez tego nie mam pomy­słu, jak panu pomóc. – Spoj­rze­nie sie­dzą­cego przed nim męż­czy­zny stało się na krótko prze­szy­wa­jące, po czym ponow­nie zapa­dło w zawo­dowy letarg.

Raj­ski wie­dział, że prze­grał. Co prawda nie wojnę, lecz bitwę, jed­nak czuł, że jego entu­zjazm to zbyt słaba broń w star­ciu z twardą rze­czy­wi­sto­ścią. Nie był na to przy­go­to­wany. Pomy­ślał, że teraz konieczne będzie jak naj­szyb­sze zdo­by­cie potrzeb­nej wie­dzy. Być może archiwa otwo­rzą się przed nim, gdy poda zaklę­cie ujęte w ramy facho­wej ter­mi­no­lo­gii. Wie­dział też, że zaraz po wyj­ściu zadzwoni do Pawła – kolegi, który ama­tor­sko zaj­mo­wał się gene­alo­gią i powi­nien umieć mu pomóc. Tym­cza­sem podzię­ko­wał archi­wi­ście, poże­gnał się i wyszedł z czy­telni. Z nie­chę­cią popa­trzył na sto­jący przed nim budy­nek. Tam, za jego murami, są setki pó­łek, na któ­rych stoją tysiące papie­rów. Jak się przez to prze­bić, myślał. Czy da radę jako zupełny laik? A jeśli nic nie znaj­dzie, nie dla­tego, że nic nie ma, tylko dla­tego, że nie umie szu­kać? Natych­miast opu­ścił go humor. Posta­no­wił poje­chać do domu. Nie lubił, gdy sprawy go prze­ra­stały, a teraz wła­śnie zaczął nabie­rać takiego prze­ko­na­nia. Tylko że nie było jak się wyco­fać. Nie w przy­padku Ryszarda. Wyszedłby na nie­po­waż­nego faceta.

Prze­krę­cił klu­czyk w sta­cyjce, sil­nik zachro­bo­tał, samo­chód ruszył. Przy zakrę­cie w Mic­kie­wi­cza usły­szał krót­kie stu­ka­nie gdzieś z tyłu. Naj­pierw pomy­ślał, że to może rze­czy, które trzyma w bagaż­niku, ale od razu przy­po­mniał sobie, że nie­dawno kupił pla­sti­kową skrzynkę, do któ­rej powkła­dał dro­bia­zgi poroz­rzu­cane do tej pory po bagaż­niku. Zro­bił to wła­śnie po to, aby nic mu tam nie latało i hała­so­wało w cza­sie jazdy, bo zaczęło go iry­to­wać, gdy przy każ­dym zakrę­cie butelki, tubki i kable prze­miesz­czały się z jed­nego boku auta na drugi. To stu­ka­nie było inne. Pomy­ślał o wizy­cie u mecha­nika i jego humor jesz­cze bar­dziej zapi­ko­wał. Mecha­nik i den­ty­sta. W obu miej­scach Raj­ski bywał z jed­na­kową nie­chę­cią i tylko w sytu­acjach abso­lut­nie nie­zbęd­nych. Rozu­miał strach przed den­ty­stą. Mecha­nik wywo­ły­wał w nim raczej przy­kre poczu­cie nie­uchron­no­ści i utraty kon­troli. Nie cho­dziło mu nawet o koszt naprawy, który w jego fore­ste­rze był zazwy­czaj nie­prze­wi­dy­walny z ten­den­cją do zwyż­ko­wa­nia. Najbar­dziej nie lubił po pro­stu samej sytu­acji, kiedy coś się kom­pli­ko­wało. O ile w spra­wach zawo­do­wych pro­blemy były czymś nie­od­łącz­nym i dzięki opa­no­wa­niu radził sobie z nimi dość dobrze, o tyle w spra­wach codzien­nych wytrą­cały go cza­sem z rów­no­wagi drobne zło­śli­wo­ści losu.

Docho­dziła godzina szes­na­sta, gdy Raj­ski, leżąc na kana­pie z kub­kiem kawy, przy­po­mniał sobie o tele­fo­nie do Iza­beli Banasz. Miał jej podać cenę za usługę. Co prawda nie zasta­na­wiał się nad tym w ogóle, ale prze­cież coś powie­dzieć musiał. Pod­niósł tele­fon i wybrał połą­cze­nie.

– Tak, panie Pio­trze… – Cie­pło pły­nące ze słu­chawki prze­są­czyło się w oko­lice splotu sło­necz­nego.

– Dzień dobry. Zgod­nie z zapo­wie­dzią dzwo­nię z infor­ma­cją o wyce­nie. Przy­znam, że wolę jed­nak takie sprawy oma­wiać nie przez tele­fon – powie­dział, sta­ra­jąc się przy­brać jak naj­bar­dziej rze­czowy ton. Kwie­ci­sta sukienka… prze­mknęło mu przez myśl.

– Panie Pio­trze, dobrze, możemy się spo­tkać, ale pro­szę dać mi chwilę. Ode­zwę się do pana w ciągu następ­nych trzech dni. Tro­chę spraw mi się nagle pokom­pli­ko­wało. Prze­pra­szam.

– Nie ma naj­mniej­szego pro­blemu. – Piotr zdo­był się na naj­bar­dziej bez­tro­ski ton głosu. – Pro­szę zadzwo­nić w dogod­nym cza­sie.

Szlag, pomy­ślał, sły­sząc, że oka­zja na zaro­bek praw­do­po­dob­nie znik­nęła. Przy­po­mniał sobie jed­nak o archi­wum i ogro­mie pracy, która była przed nim. Może to i lepiej. Posia­dał doświad­cze­nie z klien­tami, któ­rzy mieli zadzwo­nić za godzinę, jutro, za kilka dni. Gdyby na nich opie­rał pod­stawy swo­jego bytu mate­rial­nego, umarłby z głodu.

Led­wie odło­żył tele­fon i upił łyk kawy, gdy przy­po­mniał sobie o stu­kach z tyłu samo­chodu. Raz jesz­cze wziął smart­fon i odszu­kał kon­takt do mecha­nika.

– Dzień dobry, panie Michale. Coś mi stuka z tyłu. Popa­trzyłby pan?

– Jutro. Ósma. – Głos w słu­chawce nie pozo­sta­wiał miej­sca na nego­cja­cje.

– O ósmej rano? Sumie­nia pan nie ma. No dobra, będę. Dzię­kuję.

Michał, mecha­nik, u któ­rego napra­wiał samo­chód, nie był mistrzem eru­dy­cji. Mecha­niki być może też nie, ale tego Raj­ski nie potra­fił oce­nić, a był zbyt leniwy, żeby spraw­dzić to w innych warsz­ta­tach. Poza tym tłu­ma­czył sobie, że ta jego lojal­ność ma swoje plusy. Fakt, zda­rzyło się kie­dyś w cza­sie pracy, że auto mu wysia­dło. Niby nic poważ­nego, ale bał się nim jeź­dzić za obser­wo­wa­nym. Jeden tele­fon do Michała. Jakiś volks­wa­gen zro­bił zjazd z pod­no­śnika, fore­ster wje­chał na górę, za pół godziny było po wszyst­kim.

Ósma rano… Raj­ski nie był skow­ron­kiem. Raczej sową. Szczyt jego moż­li­wo­ści inte­lek­tu­al­nych przy­pa­dał na wie­czór i noc. Gorzej było rano. Prze­bu­dze­nie i wej­ście w stan aktyw­no­ści było bole­sne i dłu­gie. Raj­ski zwy­kle o poranku nie­po­cie­szony popi­jał kawę, chyba że musiał wyjść. Wtedy nie­za­do­wo­le­nie trwało tyle, ile zwle­cze­nie się z łóżka. Gdy sły­szał szum gotu­ją­cej się w czaj­niku wody, był już gotowy do dzia­ła­nia. Gdy wypi­jał pierw­szy łyk kawy, zapo­mi­nał o nie­spra­wie­dli­wo­ści losu, jaką był odgłos budzika.

Gdy się ock­nął, pomy­ślał o umó­wio­nym spo­tka­niu z Paw­łem. Strasz­nie mu się nie chciało wycho­dzić, ale wie­dział, że musi to zała­twić. Pry­wat­nie mogli się spo­tkać kie­dy­kol­wiek. Teraz jed­nak czuł pre­sję obo­wiązku. Kiedy zega­rek w tele­fo­nie poka­zał szes­na­stą czter­dzie­ści, wstał, wło­żył buty i wyszedł z domu.

Paweł miesz­kał kilka blo­ków dalej. Znali się z dzie­ciń­stwa. Ta sama szkoła, klasa, nawet przez jakiś czas jedna ławka. Potem każdy z nich, jak to się mówi w takich sytu­acjach, poszedł w swoją stronę. Zna­jo­mość jed­nak prze­trwała i spo­ty­kali się dość czę­sto, choć nie­re­gu­lar­nie. Paweł skoń­czył histo­rię i choć nie pra­co­wał w wyuczo­nym zawo­dzie, jego zain­te­re­so­wa­nia pozo­stały nie­zmienne. Czy­tał dużo lite­ra­tury facho­wej, a od kilku lat wsiąkł w gene­alo­gię. Zro­bił drzewo gene­alo­giczne swo­jej rodziny, a cza­sami hob­by­stycz­nie, zupeł­nie za darmo, wyko­ny­wał drzewa na prośbę zna­jo­mych. Przy oka­zji spo­tkań opo­wia­dał Pio­trowi o nowych zna­le­zi­skach. Raj­ski czuł w związku z tym nawet pewną przy­jem­ność. Lubił słu­chać o poszu­ki­wa­niach kolegi. Było w nich coś z detek­ty­wi­styki. Tak przy­naj­mniej to odbie­rał i dla­tego z zain­te­re­so­wa­niem wysłu­chi­wał opo­wia­da­nych przez Pawła histo­rii. Ni­gdy nie przy­pusz­czał, że przyj­dzie czas, że sam będzie musiał zająć się grze­ba­niem w archi­wach.

Paweł otwo­rzył drzwi, w lewej dłoni trzy­mał kawa­łek kieł­basy, a prawą wycią­gał na powi­ta­nie.

– Wchodź, jakoś tak nam zeszło i nie zro­bi­li­śmy obiadu. Kasia wyszła z dziećmi na plac zabaw, to możemy spo­koj­nie poga­dać – powie­dział, gdy Raj­ski zdej­mo­wał w przed­po­koju buty.

Prze­szli do salonu. Na stole stał talerz z plamą ket­chupu, dwie kromki chleba bez masła i kubek z nad­pitą her­batą. Swoj­sko, oce­nił Piotr. Usiadł po lewej stro­nie kanapy, na swoim sta­łym miej­scu. Sta­łym, pod warun­kiem że w domu nie było dzieci.

– Kieł­basy nie będę ci pro­po­no­wał, ale może her­baty się napi­jesz?

Piotr ruchem głowy zaprze­czył.

– Słu­chaj, taki temat. Mam gościa, który przed wojną, w sumie w cza­sie wojny też, miał działkę, no, budy­nek cały. Tu, w Bia­łym­stoku. Do spółki z dru­gim face­tem. Pod­czas wojny obu gdzieś wcięło, ale jakiś czas potem jeden z nich się odna­lazł. Przy­po­mniał też sobie o swo­ich wło­ściach. A że miały one już nowego wła­ści­ciela, to wia­domo. Teraz poja­wił się pro­blem. Cho­dzi o to, czy ten drugi koleżka nie zosta­wił po sobie lato­ro­śli, która w naj­mniej odpo­wied­nim momen­cie przy­po­mni sobie, że pra­sz­czur coś tam poza nazwi­skiem zosta­wił na tym łez padole. No i ja muszę tę lato­rośl odna­leźć. To zna­czy spraw­dzić, czy jakaś była, i ewen­tu­al­nie odna­leźć. Pro­ści­zna, nie? – Raj­ski uśmiech­nął się na zakoń­cze­nie opo­wie­ści. – Aha – dodał – nie wiem, czy to coś zmie­nia, ale ten, który się nie odna­lazł, był wyzna­nia moj­że­szo­wego.

Paweł spo­koj­nie prze­żu­wał kieł­basę, zanu­rza­jąc jej pozo­stały frag­ment w pla­mie ket­chupu roz­tar­tej na tale­rzu. Chle­bem jakoś nie­spe­cjal­nie prze­gry­zał. W końcu zapy­tał:

– Co masz? Jakie dane wyj­ściowe?

Raj­ski zało­żył sple­cione ręce za głowę i powie­dział prze­cią­gle:

– Noooo. Także tego. – Znów się uśmiech­nął. – Imię, nazwi­sko, datę uro­dze­nia. No i adres mniej wię­cej tej nie­ru­cho­mo­ści. – Z nieco sztucz­nym roz­ba­wie­niem dodał: – I z tym wła­śnie przy­cho­dzę do cie­bie.

– Pio­trek, to cho­ler­nie trudny temat – ode­zwał się wresz­cie Paweł. – Jest wiele takich spraw, w któ­rych w końcu docho­dzisz do ściany. Po pro­stu brak doku­men­tów. Wojna zro­biła swoje. Teraz to co innego. Jest wer­sja papie­rowa i elek­tro­niczna, kopie i tak dalej. Nasze wnuki pew­nie nie będą miały pro­blemu z usta­le­niem naszych losów. Gorzej z nami. Wiesz, że możesz utknąć na samym początku? Mało tego, możesz w ogóle nie ruszyć się z miej­sca.

– Aż tak? – Raj­ski bar­dziej stwier­dził, niż zapy­tał.

– No – odparł krótko Paweł. – Zna­czy wiesz – dodał zaraz. – Spo­koj­nie, może nie będzie tak źle w twoim przy­padku. Są ścieżki, które po pro­stu trzeba przejść i spraw­dzić. W archi­wach zostało dużo róż­nych rze­czy, ale w takich spra­wach jest pewien sche­mat, od któ­rego każdy zaczyna. Dopiero potem, zależ­nie od rezul­ta­tów lub ich braku, zaczy­nają się schody. Cza­sem w górę, cza­sem w dół. – Teraz Paweł się uśmiech­nął.

– Od czego zacząć? – zapy­tał Piotr. – Byłem w archi­wum i myśla­łem, że jak rzucę face­towi hasło, to pogłów­kuje i powie, gdzie szu­kać. Poda pod nos wła­ściwą księgę. A tu chłop mówi, że to ja mam mu poka­zać, czego kon­kret­nie chcę. No i po spra­wie. Skąd ja ma wie­dzieć, czego chcę? Są jakieś kon­kretne nazwy rodza­jów doku­men­tów? No, że jakieś metryki czy akty ślubu to się domy­ślam. Ale co jesz­cze? Aha, facio wspo­mniał, że księga lud­no­ści sta­łej czy coś takiego się nie zacho­wała.

– Księga lud­no­ści sta­łej – powtó­rzył Paweł, kiwa­jąc głową. – To byłoby nie­oce­nione źró­dło. Masz tam info o czło­wieku, jego miej­scu zamiesz­ka­nia, rodzi­nie, gdzie pra­co­wał, cho­ciaż to nie zawsze. No masa rze­czy. Ale to aku­rat cie­bie nie doty­czy. Fak­tycz­nie, u nas to się nie­stety nie zacho­wało. Albo zacho­wało, tylko… wyje­chało. – Paweł poro­zu­mie­waw­czo spoj­rzał na Raj­skiego.

– Super – skwi­to­wał Piotr z iro­nią w gło­sie. – Dobra wia­do­mość na począ­tek.

– E tam – odpo­wie­dział Paweł – nie narze­kaj. Coś tam powinno zostać. Mówi­łeś, że masz adres. Trzeba usta­lić, jak się nazy­wała ta ulica w tam­tych latach. To ogar­niesz z poziomu kompa. Jest sporo danych na ten temat. Jak chłop miał budy­nek, to musiał go kupić, a jak go kupił, to był z tym u nota­riu­sza. Inwen­ta­rze nota­riu­szów się zacho­wały. W sumie nie wiem, czy wszyst­kie, ale na pewno sporo. Pro­blem jest taki, że nie wia­domo, u któ­rego nota­riu­sza spi­sy­wał papiery. A żad­nej wyszu­ki­warki nie ma. To zna­czy do każ­dej księgi będziesz miał sko­ro­szyt z listą wystę­pu­ją­cych nazwisk. Tam też powinno być, gdzie dokład­nie jest szu­kany doku­ment. Tyle że cza­sem jest ślad w sko­ro­szy­cie, ale po papie­rze ani śladu. Choć tym się na razie nie przej­muj. W każ­dym razie to jest metoda. Pro­blem taki, że naj­święt­szych świę­tych szlag trafi przy takiej robo­cie. Tego jest masa. Druga sprawa to akty metry­kalne. Mówisz, że wyzna­nie moj­że­szowe. Nie wiem, co się zacho­wało, ale coś na pewno. Kło­pot taki, że akty zapi­sy­wano po rosyj­sku, jeżeli ten twój facet uro­dził się na początku wieku, ale zna­jąc twoje zami­ło­wa­nie i zdol­no­ści lin­gwi­styczne, to aku­rat żaden pro­blem. – Paweł wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

Była to alu­zja do wro­dzo­nego braku zdol­no­ści języ­ko­wych Raj­skiego, o czym kolega wie­lo­krot­nie mógł się prze­ko­nać w latach szkol­nych. Fakt, Pio­tra pró­bo­wano nauczyć to angiel­skiego, to fran­cu­skiego, a nawet łaciny. Sku­tecz­nie sta­wił temu opór i dziś posłu­gi­wał się co naj­wy­żej naj­sku­tecz­niej­szym w jego prze­ko­na­niu „espe­ranto”, czyli mie­sza­niną gestów i uśmie­chów, gdy cza­sem, głów­nie na waka­cjach, musiał sta­wić czoła roz­mo­wie w obcym języku. O dziwo, metoda ta dzia­łała, ale Raj­ski mimo to czuł tro­chę wstydu. Ale rosyj­ski? Pisany? To prze­cho­dziło jego wyobra­że­nie i spro­wa­dzało na niziny chwi­lowy zapał spo­wo­do­wany nadzieją, która wyła­niała się zza sto­sów doku­men­tów nota­rial­nych.

– To mnie pocie­szy­łeś – powie­dział Piotr z prze­ką­sem.

– Co mam ci cza­ro­wać. Poszu­ki­wa­nia archi­walne to masa roboty. Żmud­nej, cza­sami bez efektu. – Ostatni łyk her­baty był jak pod­su­mo­wa­nie roz­mowy.

– To cze­kaj. – Raj­ski nie dawał za wygraną. – Mam pytać chłopa w archi­wum o metryki i nota­riu­szy, tak?

– Tak. – Padła krótka odpo­wiedź, która nie dodała Raj­skiemu opty­mi­zmu.

– Super – powie­dział Piotr. Nie­po­kój ciemną chmurą wdzie­rał się w jego myśli. – No dobra – dodał. – A tak ogól­nie, co u cie­bie, poza tym?

– Spo­koj­nie – odrzekł Paweł, wsta­jąc z zamia­rem wynie­sie­nia tale­rza i kubka do kuchni. Gdy wró­cił, dodał: – Słodka mono­to­nia. Praca, dom, dzie­ciaki. Czego chcieć wię­cej? – Uśmiech­nął się do kolegi. – A co u cie­bie?

Raj­ski przez chwilę patrzył na niego spod ścią­gnię­tych brwi. W końcu powie­dział:

– Dobrze. Kręci się. Ten temat jest dla mnie, wiesz, ważny, bo to od takiego grub­szego gościa. Wia­domo, że sprawa ambi­cjo­nalna. A poza tym stan­dard. Nie­wierni mał­żon­ko­wie, inne rze­czy. A, jesz­cze ostat­nio wyra­cho­wane stu­dentki. – Spoj­rzał zna­cząco na Pawła, szcze­gól­nie akcen­tu­jąc przed­ostat­nie słowo.

– Wyra­cho­wane, mówisz?

– Żebyś wie­dział – zaśmiał się Raj­ski, po czym wstał i powie­dział: – Dobra, Pawełku, dzięki ser­deczne za pomoc. Pójdę z tym, co mi powie­działeś, do archi­wum. A wła­śnie, koja­rzysz tego faceta z czy­telni? On zawsze jest taki ponury? – Raj­ski wyraź­nie się uniósł.

– Tak. – Paweł poki­wał głową. – No fak­tycz­nie, ciężki typ. Co zro­bić. Jakby co, to dzwoń. Jak będę wie­dział, to ci pod­po­wiem. A, i pozdrów stu­dentki.

Piotr z uśmie­chem klep­nął kolegę w bark i powie­dział:

– A ty pozdrów Kasię i malu­chy. Na razie.

Raj­ski wyszedł z miesz­ka­nia Pawła. Przed wej­ściem do klatki scho­do­wej zauwa­żył zbli­ża­jącą się żonę przy­ja­ciela.

– Gdzie pędraki? Cześć, Kasiu – rzu­cił w jej stronę.

– A daj spo­kój – usły­szał w odpo­wie­dzi. – Kaza­łam im wró­cić, jak zgłod­nieją albo będą chcieli spa­ko­wać walizki – odpo­wie­działa Kasia z typową dla mło­dych rodzi­ców iro­nią wymie­szaną z fak­tyczną zło­ścią.

– No, to poważna sprawa. Jakby co, Paweł nie narze­kał na twoją kuch­nię. Jesz­cze ma ket­chup na gębie. – Raj­ski cmok­nął kole­żankę w poli­czek.

– Kucharz się zna­lazł – odpa­ro­wała. – Kiedy mamy przyjść na pie­czo­nego głuszca? – Wza­jemna wymiana ser­decz­nych zło­śli­wo­ści była ich sta­łym rytu­ałem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki