W mordę - Marek Miśkiewicz - ebook
NOWOŚĆ

W mordę ebook

Marek Miśkiewicz

3,0

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Porywająca opowieść o młodości, miłości i buncie w cieniu historii.

Zaginięcie braci Buncolów – synów wysoko postawionego funkcjonariusza SB – wywołuje ogromne poruszenie wśród mieszkańców Zduńskiej Woli. Jeszcze większą sensacją staje się odnalezienie ich zmasakrowanych w przedziwny sposób ciał. Kto i dlaczego odebrał życie synom owianego złą sławą oprawcy? Rozwiązaniem zagadki zajmuje się były AK-owiec, Leon Karski. Śledczy nie ma łatwego zadania. Musi zmierzyć się z nienawiścią ojca zamordowanych chłopców, uległą postawą swego komendanta, nieprzychylnością mieszkańców miasta, a także własnymi dylematami moralnymi. Ślady znalezione na miejscu zbrodni nie prowadzą w żadnym konkretnym kierunku, a w miarę prowadzenia śledztwa pojawiają się nowe zaskakujące wątki. Czy Karski przekona do współpracy niechętnych mu mieszkańców? Czy piękna Romina z miłości do męża jest zdolna do wszystkiego? Jaką rolę w dochodzeniu odegra siostrzenica Karskiego? I wreszcie – czy śledczy w obliczu trudnych okoliczności wykaże się profesjonalizmem?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 298

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (2 oceny)
1
0
0
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



W MORDĘ

W mordę

Text © Marek Miśkiewicz, 2026

Redakcja: Magdalena Zielonka

Korekta: Angelika Kotowska

BOOKEA POLAND sp. z o.o.

ul. Romana Dmowskiego 3/9

50-203 Wrocław

www.lavapublishing.pl

Wydrukowano w Europie

ISBN: 978-83-971019-8-2

W MORDĘMAREK MIŚKIEWICZ

Siostro, tylko Ty uwierzyłaś. Dziękuję.

Od autora

Chcę być widzialnym niewidzialnym. Jestem każdą postacią tej opowieści – śledczym, mordercą, dzieckiem, dyrektorką szkoły, oprawcą, ofiarą. Tak właśnie chciałbym być widziany przez Czytelników. Pomysł na tę opowieść zrodził się podczas snu. Obudziłem się zlany potem i zbierałem na szybko szczegóły. Wyśnione wątki, sceny, postacie urzeczywistniłem poprzez przelanie na papier. Chciałbym, by W mordę przemówiło w moim imieniu, gdyż powstało z pasji pisania i pragnienia oddania światu mojego pomysłu i emocji, które we mnie są.

Dłoń

15 września 1958 roku

Dla Teresy Zwolińskiej to miała być zwykła wrześniowa wyprawa. Choć nie do końca. Wyprawa przecież niesie ze sobą jakieś emocje, wrażenia i przede wszystkim wzbudza ciekawość. A ona po porannym odprawieniu dzieci do szkoły szła po prostu nazbierać trochę grzybów do Lasu Paprockiego. Wrzesień nie zawsze był bogaty w grzyby, ale tegoroczna aura okazała się wyjątkowo sprzyjająca dla maślaków, prawdziwków i podgrzybków. Teresa postanowiła wykorzystać więc piękną poniedziałkową pogodę, by zadbać o domową spiżarnię.

W komunistycznej Polsce ciągle czegoś brakowało. Oczywiście, na „czarnym rynku” można było załatwić wszystko, ale ze skromnej pensji jej męża kolejarza, wynoszącej tysiąc czterysta złotych, naprawdę ciężko było o luksusy. A wielu zarabiało jeszcze mniej i nie brakowało rodzin, w których pracy nie było wcale, więc ledwo co wiązano koniec z końcem. Teresa jednak miała na głowie przede wszystkim dobro swojej rodziny. Dla niej chciała jak najlepiej. Dlatego grzyby były uzupełnieniem domowego jadłospisu. Kilka jajek, nieco cebuli, uzbierane grzyby i żołądki trojga dzieci udawało się oszukać. Nawet nie oszukać. To była prawdziwa uczta. Jeśli tylko Teresa miała w swojej spiżarce jajka. Bo bez jajek to już nie było to.

Samych grzybów dzieciaki zbytnio nie lubiły. To nie znaczy jednak, że ich nie jadły. Jadły bez dyskusji. Końcówka lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku to nie był czas, by ktokolwiek narzekał na jedzenie. Z doświadczenia i z opowieści wszyscy Polacy doskonale pamiętali, jak podczas wojny i tuż po jej zakończeniu ciężko było o chociażby kawałek chleba. A grzyby z cebulką? Może rarytasem nie były, ale zawsze zjadano je do ostatniego kęsa. Zresztą dzieci Zwolińskich – trzynastoletnia Zosia, dziesięcioletni Jędrek i ośmioletni Staś – były wychowywane w sposób mocno konserwatywny, dyscyplina była ich codziennością, a wszelkie dyskusje – niemile widziane. Nic nie miało prawa się zmarnować, buty musiały być ustawione w odpowiednim porządku, a o godzinie dwudziestej wszystkie latorośle wiedziały, że mają zaledwie pół godziny, aby się umyć i znaleźć pod pierzyną. Gdyby spróbowały narzekać na jakość posiłku, ojciec Stefan mocno by się zeźlił.

Teresa, ubrana w stare gumiaki przyniesione przez męża z pracy, spódnicę uszytą ze starej zasłony oraz zrobiony na drutach sweter, już po półgodzinie marszu po niewielkim Lesie Paprockim miała uzbieraną odpowiednią ilość grzybów. Było ich tyle, że wystarczyłoby na dwie „smażonki”. Powoli zaczęła zastanawiać się, jak wykorzysta ponadplanową ilość zbiorów, gdy z rozmyślań wyrwało ją ni to mlaskanie, ni to skamlenie, ni to zawodzenie psa. Sama nie wiedziała, jak określić te odgłosy. Pędzona ciekawością, podążyła za tym dźwiękiem. Nogi nieco trzęsły się jej z powodu bliżej nieokreślonego strachu, ale nie zamierzała zrezygnować. Przeszła może pięćdziesiąt metrów, gdy zobaczyła typowego podwórkowego „burka”. Nie znała się na rasach, ale na pewno nie był to żaden z tych wytwornych rasowców, którymi na ulicach Zduńskiej Woli chwaliły się żony przedstawicieli miejscowej wierchuszki. To był zwykły kundel. Mieszaniec i tyle. Psisko, jakich wiele wałęsało się po okolicy.

Normalnie Teresa nawet nie zbliżyłaby się do żadnego czworonoga. Gdy miała piętnaście lat, została pogryziona przez wilczury sąsiadów i od tej pory czuła duży dyskomfort,

gdy w jej pobliżu pojawiał się choćby szczeniak. Teraz sam pies jej nie zaciekawił, ale jego zachowanie i owszem. „Burek”, bo tak go określiła w myślach, biegał wokół czegoś i wydawał te nietypowe odgłosy mlaskania, skamlania i zawodzenia. Jego niespokojne i jednak nietypowe zachowani najwyraźniej udzieliło się zbieraczce grzybów, bo nie była w stanie powstrzymać ciekawości. Nie potrafiła wrócić do domu, aby oddać się gospodarskim obowiązkom, których było tak wiele. Stała tam jak zamurowana. Patrzyła i zastanawiała się, co robić dalej.

Najpierw podeszła na czterdzieści metrów od psa i jego – chyba – znaleziska. Wówczas z każdym kolejnym metrem jej ciekawość rosła, ale też wzmagało się drżenie nóg. Nic nie wskazywało, że wydarzy się coś złego, a jednak jej ciało reagowało niezwykle sugestywnie. Z daleka nie widziała, co wzbudza aż tak olbrzymie zainteresowanie zwierzęcia. Zresztą samego psa też nie widziała zbyt dobrze. Wokół niego mnóstwo było różnych gałęzi, a burek raz z jednej strony, raz z drugiej dobiegał do swego znaleziska. Podbiegał na chwilę i natychmiast odskakiwał. Na zmianę szczekał jak oszalały oraz kwilił, jakby przeszywał go jakiś nieokreślony ból.

Intuicja podpowiadała Teresie, że wydarzy się coś złego. Kilka razy w życiu miała takie przeczucie i nigdy jej nie zawiodło, a także nigdy nie przyniosło radości. Raczej ulgę, że nie dokonało się najgorsze. Wrażenie „czegoś”, co ją spotka, lub to niewytłumaczalne „coś” ostrzegało ją i nakazywało w danej sytuacji zachować się w odpowiedni sposób. Nie rozumiała, dlaczego tak się dzieje, ale jednocześnie wiedziała, że to przeczucie jest jak pomoc z niebios.

Pierwszy raz miało to miejsce, gdy gotując obiad, nagle wszystko zostawiła, aby wyjrzeć na dwór. Niby usłyszała zwykłe pijackie okrzyki, ale te z czerwcowego popołudnia 1945 roku były jednak nieco inne. Obce. I przede wszystkim bardziej zuchwałe. Miejscowi pijaczkowie nigdy tak ekspresyjnie nie ujawniali swego stanu nieważkości. Teresa miała rację, interpretując znaczenie

usłyszanych hałasów, i szybko zrozumiała, że są to okrzyki, przed którymi należy uciekać. Jej przeczucia uratowały ją wówczas przed zbiorowym gwałtem, którego niechybnie dopuściłaby się na niej pięcioosobowa grupka radzieckich żołnierzy, która pojawiła się w Zduńskiej Woli na „gościnnych występach”. Sowieci stacjonowali na poligonie w Chojnem, około trzydziestu kilometrów od miejsca jej zamieszkania, i gdy tylko nadarzała się ku temu okazja, poszukiwali pijackiej rozrywki. Tego dnia zawitali w okolice ulicy Łąkowej, gdzie stał skromny domek rodziny Zwolińskich.

Teresa schowała się wtedy na strychu i straty ograniczyły się tylko do splądrowania jej domu, utraty obiadu i jakichś drobiazgów. Podobnego szczęścia nie miała jej sąsiadka, Katarzyna Król, mieszkająca tuż za rogiem (na ulicy Paprockiej). Prawie pięćdziesięcioletnia kobieta – może pół godziny po opuszczeniu przez radzieckich żołnierzy domu Zwolińskiej – na oczach męża Henryka i dwóch swoich synów, Henryka i Grzegorza, została zgwałcona przez wszystkich pięciu zbrodniarzy. To wydarzenie, choć wstrząsnęło całą Zduńską Wolą, w obliczu niedawno zakończonej wojny wydawało się jednak czymś oczywistym. Radzieccy żołnierze, jeśli można ich nazwać żołnierzami, regularnie urządzali polowania na polskie – i nie tylko polskie – kobiety, co często kończyło się gwałtami.

Ludzie doskonale znali różnego rodzaju historie, które drogą pantoflową przekazywane były z ust do ust. Zanim doszło do gwałtu na Katarzynie Król, Teresa Zwolińska doskonale zdawała sobie sprawę, jak zachowuje się „czerwona swołocz”. Od swej kuzynki z Bartoszyc zasłyszała, że w styczniu 1945 roku Sowieci uprowadzili do lasu pracownicę miejscowej Kolumny Przeciwepidemiologicznej, Janinę Bąk. Zgwałciło ją aż trzydziestu żołnierzy, a poszkodowana postradała zmysły i została zamknięta w klinice psychiatrycznej w Kochanówku. Być może właśnie ta wiedza wyostrzyła jej zmysły i uchroniła przed podobnym okrucieństwem.

Aż dziw, że piątka gwałcicieli zakończyła bestialski festiwal na domu Królów. Powszechnie znane, choć niezbyt nagłaśniane, były bowiem przypadki ataków na całe wsie. Szczególny napad wydarzył się w okolicach Łodzi, gdzie w kwietniu 1945 roku czerwonoarmiści (w Zalesiu, Olechowie, Feliksinie i Hucie Szklanej) obrabowali kilkanaście domostw i zgwałcili wszystkie kobiety, które nie zdążyły się ukryć.

Dla gwałcicieli stacjonujących na poligonie w Chojnem to nie było pierwsze tego typu makabryczne zachowanie. Już w kwietniu region obiegła bowiem informacja, która określona była „opowieścią o sieradzkich markietantkach”. Sowieci poprosili wówczas władze Sieradza o oddelegowanie do pracy kilkunastu kobiet. Samorządowcom trudno było odmówić, okazało się jednak, że po zaledwie jednym dniu większość z nich już nie chciała wrócić do wyznaczonych im zadań. Wymawiały się chorobami, koniecznością pomocy w domu. Każdy powód był dobry, by nie wrócić na poligon. Przyczyna była oczywista.

Zbrodnia na Katarzynie Król nie była więc przypadkowa. Był to jeden z wielu przypadków, które miały miejsce w czasach powojennych w Zduńskiej Woli i jej okolicach. Jednocześnie nie poszła na marne. Miejscowi mężczyźni, koledzy męża zgwałconej i kilku innych narwańców, zbuntowali się przeciw bestialstwu wojaków z czerwoną gwiazdą na hełmach i dopadli ich, gdy ci, pewni swego bezprawia, biesiadowali wieczorem w miejscowej gospodzie Popularna (mieszczącej się w kamienicy przy ulicy Łaskiej 2). Sowieci świetnie się bawili w zarezerwowanej specjalnie dla nich sali, do czasu gdy wpadło doń piętnastu mężczyzn. To było wydarzenie bez precedensu. Wymierzanie samosądu czerwonoarmistom nie zdarzało się często. Sowieci dostali po mordzie, zostali skopani i gdyby nie interwencja patrolu milicyjnego, który powstrzymał krewkich Zduńskowolan, rozgonił towarzystwo i udzielił pomocy bandytom, atak najpewniej zakończyłby się morderstwem na którymś z Sowietów.

Sprawa mogła mieć dalszy ciąg, ale radzieckie dowództwo poligonu, dowiedziawszy się o powodach pobicia, wykazało się niespotykaną wówczas postawą. Postanowiono, że nikt nie będzie szukać winnych pobicia, a gwałciciele zostaną pozbawieni dwutygodniowego żołdu. Brzmi to jak jakaś straszna kpina – pobicie i utrata żołdu jako kara za gwałt – ale takie to były czasy...

Po raz drugi intuicja Teresy ostrzegła ją pół roku później. Obudziło ją szczekanie psów. Nic naprawdę szczególnego, zwłaszcza gdy się mieszka na przedmieściach. Ileż to razy się zdarzało? Chyba co noc... Prawie w każdym domostwie był pies, który miał ostrzegać przed radzieckimi i polskimi bandytami. Ujadanie psów było czymś oczywistym dla mieszkańców Kępiny. Ktoś przejechał rowerem, od razu rozpoczynał się marnej jakości psi koncert. Miejscowi przyzwyczaili się jednak do tych hałasów i na nikim nie robiły one wrażenia.

Tym razem, w mroźną lutową noc 1950 roku, Teresa Zwolińska przebudziła się i uznała, że koniecznie musi wstać. Mąż mamrotał, aby nie wychodziła z łóżka, aby nie przesadzała, podśmiewał się z jej przeczucia, a ona uparcie walczyła z chęcią ponownego zaśnięcia i własnym lenistwem. Każde odsłonięcie pierzyny hamowało jej zamiary, od razu musiała bowiem zmierzyć się z chłodem nocy. Ale to „coś”, czego nie rozumiała, pchało ją do działania. Jakiś niepokój, jakieś przeczucie... Opuszczenie małżeńskiego łoża było konieczne dla uspokojenia myśli, wyzbycia się niepokoju. Jak się okazało, miała rację. Znów miała rację! Po przebyciu ledwie kilkunastu metrów i otwarciu drzwi wyjściowych ujrzała leżącą na mrozie jej pięcioletnią córkę Zofię.

Maleństwo spało sobie tuż za progiem na kolejarskiej kufajce i przykryte było futrem, odziedziczonym przez Teresę po zmarłej ciotce. Jak to się stało, że Zosia znalazła się na dworze? Co się wydarzyło, że leżała na kufajce, a przykryta była futrem? Tego Teresa nie dociekała. Wiedziała, że córka ma skłonności do lunatykowania, ale nigdy by nie pomyślała, że może wydarzyć się coś tak dziwacznego. W duchu dziękowała Bogu, że obudziły

ją ujadające psy, że to niezrozumiałe przeczucie nakazało jej wstać mimo późnej pory. Dzięki temu jej dziecko nie zamarzło. To „coś” sprawiło, że znów uniknęła tragedii. Co prawda Zosieńka mocno odchorowała nocny wypad, ale czymże była choroba wobec śmierci, która niechybnie by ją spotkała, gdyby pozostała całą noc na mrozie?

Trzydzieści siedem, trzydzieści sześć... Z każdym metrem Teresa prosiła Boga, by jej przeczucie, że znów dzieje się coś wyjątkowego, miało szczęśliwy finał. Bo to, że dzieje się coś szczególnego, wiedziała od razu, gdy zobaczyła i usłyszała psa. Niby się bała swoich przeczuć, ale jednak szła do przodu. Chwyciła solidną gałąź do obrony przed ewentualnym atakiem zwierzęcia i powoli parła ku nieznanemu. Będąc piętnaście metrów od znaleziska, już nie musiała się bać burka, bo ten uciekł w popłochu. Wyglądało to tak, jakby uznał, że wypełnił swoją misję. Przypilnował znaleziska i oddał je pod opiekę zbliżającej się kobiety. Teresy Zwolińskiej. To ona musiała przejąć opiekę nad... dłonią.

– O Boże! O Boże! – zakrzyknęła i jednocześnie zrozumiała, że tym razem jej przeczucie znowu nie będzie miało szczęśliwego końca.

To była dłoń może dwunastoletniego, może czternastoletniego dziecka. Najwyraźniej została wykopana przez burka. Na to wskazywały ślady. Teraz wystawała z ziemi, jakby wołała o pomoc. Teresa w myślach porównała ją do dłoni topielca, który w akcie rozpaczy próbuje wyciągnąć dłoń ponad wodę i w ten sposób chce wezwać ratunek. Dłoń chyba należała do chłopca... Chyba, bowiem Teresa nie potrafiła zbyt długo patrzeć na to, co znalazła.

Niby znała śmierć, niby towarzyszyła jej przez całe życie. W czasie wojny straciła dwóch braci, tuż po wojnie umarła jej matka, poroniła również pierwszą ciążę. Widziała straszne rzeczy, ale z czymś takim się nie spotkała. Dłoń wystająca z ziemi była całkowicie czarna, wysuszona i absolutnie odstraszająca. W pierwszej chwili chciała odkopać znalezisko, ale szybko ten pomysł wyparował z jej głowy. Zaczęła biec. Musiała stamtąd

uciec jak najprędzej. Po drodze do domu wymiotowała, płakała, trzęsła się ze strachu. Dopadły ją chyba wszystkie zmory, jakie mogą dopaść osobę znajdującą zamordowanego człowieka. Bo Teresa nie miała wątpliwości, że znalazła ofiarę zabójstwa. Niewiele potrzeba było wyobraźni, aby pojąć, że dłoń była tylko częścią całości. A więc w ziemi musiało znajdować się ciało dziecka! Ciągle miała przed oczami ten przerażający widok.

W drodze do domu próbowali ją zatrzymać sąsiedzi, pytając:

– Teresa, co się stało?!

– Czemu jesteś taka blada?

– Czemu płaczesz?!

– Teresa?!...

Ani razu nie zwolniła kroku, ani razu się nie zatrzymała. Zazwyczaj zagadała do koleżanki albo porozmawiała z sąsiadką, tym razem nie zamierzała z nikim rozmawiać. Parła do przodu w szybkim tempie. Chyba nigdy w życiu tak szybko nie biegła. W duchu modliła się, aby mąż był w domu. Na szczęście był.

– Stefan! – krzyknęła zaraz po otwarciu furtki.

Krzątający się po obejściu Zwoliński widział żonę w takim stanie tylko raz – zaraz po gwałcie na sąsiadce. Od razu pojął, że stało się coś złego. Nie zdążył jednak zapytać.

– Stefan! Tam w lesie! Dziecko! Trup! Stefan, rozumiesz? Trup! Trup dziecka! Stefan, trzeba wezwać milicję.

Kultowe miejsce

Rosnący przy południowej granicy Zduńskiej Woli Las Paprocki z sąsiadującym rozlewiskiem Kępina to było kultowe miejsce dla mieszkańców tego miasta na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Przed drugą wojną światową i po niej rozlewisko sięgało od końca ulicy Paprockiej prawie do wsi Paprotnia. Latem łowiono weń ryby, zimą dzieciaki jeździły tam na przyczepianych do butów płozach.

Las zajmował sześćdziesiąt osiem hektarów. Z każdym rokiem jednak malał. Urzeczeni wspaniałym otoczeniem mieszkańcy Zduńskiej Woli i okolicznych wsi z każdym rokiem zabierali kolejne połacie wspaniałego krajobrazu, aby urządzić sobie miejsce do życia. Cudowne stuletnie olchy, brzozy, jesiony, świerki i sosny szły pod piłę lub siekierę i lądowały w tartaku. Nikt nie przejmował się faktem, iż te cuda natury zostaną zniszczone. Ludzie potrzebowali przestrzeni do życia. Przyroda musiała się poddać. I poddawała się.

Las Paprocki był miejscem kultowym z wielu powodów. Był znakomitym terenem dla grzybiarzy i wspaniałą bazą do letnich wypadów na pikniki. Wycieczki rowerowe, spacery, spotkania przyjaciół, gry w podchody, małe polowania – trudno było znaleźć lepsze ku temu miejsce. To wszystko jednak działo się w dzień. Nocą zaś... Nocą las miał inne oblicze. Po pierwsze spotykały się

tam zakochane pary. Miłość w leśnych ostępach burzyła tamtejszy porządek, parom to jednak nie przeszkadzało. Miłość nie zna granic, więc i granice lasu musiały się jej oprzeć. W Zduńskiej Woli śmiano się, że większość panieńskich dzieci została poczęta w Lesie Paprockim. Prawda to czy fałsz, tego nikt nigdy się zbadał, ale powszechne stały się żarty o leśnych bękartach. A jeśli panna z dzieckiem pochodziła z okolic lasu, to musiała zmierzyć się z żałosnymi kpinami o leśnej pomyłce lub leśnym bocianie.

Każdy kolejny punkt opowieści o Lesie Paprockim przyćmiewa jednak te wcześniejsze. Las jawił się bowiem również jako miejsce zdarzeń okrutnych i bestialskich. Samotne kobiety nierzadko stawały się tam obiektem napaści seksualnej. Niektórym udawało się uciec, inne ponosiły srogą karę za swą nieostrożność. Z tych niepożądanych zbliżeń często rodziły się dzieci, które tym samym dołączały do grona leśnych bękartów. Większość gwałtów nie została zgłoszona. Ze wstydu. Ze strachu. Z przekonania, że sprawca nigdy nie zostanie złapany. Zresztą ówczesnym losem kobiet niewiele się przejmowano. Wojenna zawierucha spowodowała mocne spustoszenie we wrażliwości ludzkiej i uodporniła na ból. Milicja skupiała się raczej na poszukiwaniu wrogów władzy ludowej niż gwałcicieli, złodziei, zabójców czy uczestników bójek.

W ukryciu, które dawały drzewa, nie brakowało też zabójstw i mordów. W czasie drugiej wojny światowej do Lasu Paprockiego zwożono miejscowych Żydów, a z oddali słychać było tylko strzały. Nie były to masowe egzekucje, a raczej doraźne pozbywanie się osobników niższej rasy ludzkiej. Wszyscy wokół wiedzieli, co się dzieje, nikt jednak nie śmiał bronić wyznawców Mojżesza czy choćby dociekać, co się z nimi stało. Wszystko było wiadome. Później tylko znajdywano płytkie groby. Miejscowi nie pochylali się jednak specjalnie nad losem pomordowanych. Ci wrażliwsi albo ci, co jeszcze niedawno mieli tych ludzi za sąsiadów, przenosili ciała na cmentarze lub kopali głębsze doły i umieszczali w nich znalezione szczątki ludzkie. Mniej wrażliwi zostawiali kości i resztki ciał na pastwę przyrody. A ta była

bezwzględna. Tak jak ludzie zabierali jej kolejne połacie, ona zabierała to, co z ludzi zostało.

Ilu z około dziewięciu tysięcy zduńskowolskich Żydów zginęło w Lesie Paprockim, tego nie ustalono. Las był bowiem tylko jednym z miejsc, w których kończyli swoje żywoty. Wielu z nich zginęło w getcie (którego granica biegła pomiędzy ulicą Sieradzką, zachodnią i północną stroną Placu Wolności1, ulicami Juliusza Słowackiego, Jarosława Dąbrowskiego aż do zbiegu ulicy Szadkowskiej z Opiesińską, a następnie przecinała ulicę Stęszycką – obecnie Getta Żydowskiego – i skręcając na południe, dochodziła do ulicy Narwiańskiej), do którego prowadziło pięć bram od wewnątrz pilnowanych przez żydowską policję porządkową, a od zewnątrz przez posterunki Schupo2.

Najwięcej zduńskowolskich Żydów zostało zabitych podczas likwidacji tegoż getta, której finał nastąpił 25 sierpnia 1942 roku. Wówczas to spędzono ich na cmentarz żydowski, gdzie specjalne jednostki SS dokonały segregacji. Większość Żydów została skierowana do obozu zagłady w Chełmnie nad Nerem, gdzie zostali zagazowani w specjalnie przygotowanych do tego zadania ciężarówkach. Pozostali trafili do getta w Łodzi. Na cmentarzu zakończyło swój żywot aż sto dziewiętnaście osób, które prawdopodobnie nie miały szans na przeżycie transportu (chorzy, kalecy, dzieci), stawiły czynny opór lub próbowały uciekać. Była to historia dobrze znana Zduńskowolanom, bowiem wielu z Żydów to byli ich przyjaciele, koledzy, sąsiedzi czy znajomi. Las Paprocki przyjął zdecydowanie najmniejszą liczbę żydowskich ofiar, w historii zagłady się jednak na zawsze zapisał. Ponadto można się domyślać, że pojedynczy członkowie społeczności żydowskiej

1 Plac Wolności – do 1939 roku centralny Plac Zduńskiej Woli nosił nazwę Rynek, Niemcy zmienili nazwę na Platz der Freiheit (Plac Wolności), od 1945 do 1953 roku miejsce to funkcjonowało jako Plac Zgody, następnie Plac Stalina, a w 1956 roku powrócono do nazwy Plac Wolności.

2 Posterunki Schupo – posterunki Policji Ochronnej (Schutzpolizei – Schupo). W getcie Schupo pilnowało, by nikt nie wszedł na teren getta i nikt z niego nie uciekł.

zginęli tam prawdopodobnie dla „zabawy” i „uciechy” Niemców.

Wszystkie historie mocno odcisnęły swe piętno na świadomości mieszkańców, a poczucie wagi tego, co się wydarzyło, spotęgował fakt, iż po wojnie do Zduńskiej Woli wróciło zaledwie stu z dziewięciu tysięcy wyznawców Mojżesza. Kilka osób dało znać, że wyjechali i już nigdy nie wrócą, ale o większości ślad zaginął. Przestali istnieć!

Już po wojnie las stał się miejscem kolejnych kaźni. Zduńska Wola nie była co prawda miejscem działania dużej siatki przeciwników władzy ludowej, ale jednak kilku ideowców mocno dało się we znaki komunistycznej władzy, a gdy trzeba było uciekać, uciekali do lasu. I w tym też lesie odszukiwano ich z pomocą psów gończych. Wówczas, podobnie jak w przypadku Żydów, ich los stawał się tajemnicą lasu. Strzał w głowę, strzał w serce, podcięte gardło, śmiertelne pobicie... Jak ginęli kolejni wrogowie ludu i skąd pochodzili, o tym wiedzieli tylko ich prześladowcy i przyroda.

Ludzie ginęli z rąk hitlerowców i komunistów, ale Las Paprocki widział również zwykłe mordy. Zwłoki fryzjera Kamila Gałązki zostały znalezione wśród ostępów leśnych w 1946 roku. W jego klatce piersiowej tkwił wbity nóż, który wyraźnie wskazywał na to, że biedak się komuś naraził. Mordercy nie odnaleziono. Dwa lata później podobny los spotkał tkacza Jana Burego, który w lesie stracił życie po bójce ze swym przyjacielem, Teodorem Zyglerem. Nierozłączni przez lata kumple podczas przejażdżki rowerowej pobili się o błahostkę. Finał bójki był jednak tragiczny. Zygler, który był świetnym bokserem zduńskowolskiego Sokoła, przesadził z siłą ciosów i zabił kompana. Później zostawił zwłoki w lesie, ale powodowany wyrzutami sumienia zgłosił się na milicję i wskazał miejsce ukrycia ciała Burego.

Znalezienie ludzkich szczątków przez Teresę Zwolińską nie było więc czymś niecodziennym. Las Paprocki przyzwyczaił miejscowych do różnego rodzaju okrutnych tajemnic, a wystająca z ziemi dłoń była kolejnym argumentem potwierdzającym, że jest to miejsce przeklęte.

Kilkadziesiąt minut po zgłoszeniu sprawy przez Stefana Zwolińskiego jego przerażona małżonka doprowadziła szeregowych milicjantów ze zduńskowolskiego komisariatu na miejsce zdarzenia. Na komendzie nie było jeszcze żadnego oficera, wszyscy niechybnie musieli dłużej odpoczywać po niedzielnym festynie, rozpoczęło się więc zaledwie wstępne wyjaśnianie zagadki wystającej dłoni. Do południa odsunięto zalegające wokół niej gałęzie, ogrodzono teren, dokonano oględzin miejsca zbrodni, zebrano ślady, wykonano sesję fotograficzną, a dostępu do lasu strzegło czterech milicjantów. Nikt nie miał prawa przedostać się na miejsce.

Gdyby to były szczątki dorosłego, to może zachowanie milicjantów byłoby inne. Ale to była dłoń dziecka. To sprawiało, że zdarzenie nabierało innego wymiaru. Wojenna zawierucha spowodowała, że na długie lata wrażliwość na ludzką krzywdę nabrała zdecydowanie innego wymiaru. Szkielety czy pojedyncze kości były odnajdywane dość regularnie, co przestało wzbudzać sensację. Teraz jednak chodziło o coś innego. Wystająca z ziemi rączka miała zachowaną strukturę mięśniową. Może nie była nienaruszona, ale jednak utrzymana w dobrym stanie, a to już świadczyło, że nie jest to pozostałość po wojnie. Brudna, czarna, ale wyraźnie ukształtowana, cała w swej strukturze, spowodowała, że milicyjne działania były zdecydowane i konkretne. Wszystko odbywało się zgodnie z procedurami. Szeregowcy, choć zbyt często nie mierzyli się z tego typu sprawami, stanęli na wysokości zadania. Szybko okazało się, że dłoń to tylko część całości. Przerażającej całości.

– Co wiemy? – zapytał patologa oddelegowany do zapoznania się ze sprawą śledczy Leon Karski, który w trybie pilnym został wezwany na miejsce zbrodni.

Dotarł jednak dość późno, bowiem nie sposób było go odnaleźć w poniedziałkowy poranek. Zamiast przybyć do komendy na godzinę ósmą, odchorowywał niedzielny festyn u swojej siostry Michaliny. Gdy został namierzony i dowiedział się,

co się wydarzyło w Lesie Paprockim, zebrał się w trybie natychmiastowym. Było mu głupio, że wszyscy musieli na niego czekać, ale nie mógł dać tego po sobie poznać. To on miał rozdawać karty i rozdzielać zadania. Osobną sprawą był fakt, że wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, iż jego gotowość do pracy musi wiązać się z jednoczesnym pokonywaniem olbrzymiego kaca. Było to widać i czuć. Ale Karski był tak ważną personą, że nikt nawet nie próbował zwrócić mu uwagi.

– Dwa ciała. Chłopcy w wieku między dwanaście a czternaście lat. Na tę chwilę trudno dokładnie określić, co było przyczyną śmierci, ale zważywszy na fakt, że znaleziono ich tutaj, trudno spodziewać się, by nie było to morderstwo. Za wiele teraz nie powiem. Ledwie co ich odkopaliśmy – odpowiedział badający zwłoki patolog Henryk Głaz, który zjawił się w Lesie Paprockim ledwie godzinę przed Karskim.

Sporo w tym było przypadku, bowiem Głaz na co dzień pracował w Akademii Medycznej w Łodzi. W Zduńskiej Woli był obecny, bowiem akurat przeprowadzał pokazową sekcję zwłok dla miejscowych lekarzy. Sprawa odnalezienia dziecięcej dłoni była jednak tak poważna, że wykorzystano jego obecność i ściągnięto go na miejsce zbrodni.

– Morderstwo? Nie jest to dla mnie niespodzianką. Trudno, aby ktoś ich tu pochował – odparł z przekąsem Karski, który słynął z ciętych odpowiedzi, gdy ktoś mówił mu o rzeczach oczywistych. – Przepraszam. Przecież wiadomo, że to musiało być morderstwo. A jakieś szczegóły?

– Panie majorze... Tak wstępnie... Raczej nie widać ran postrzałowych. Kłutych też. Widzę, tak mi się wydaje, sporo obić. U obu chłopców takie same. Jakby ktoś ich porządnie zbił, poobijał, zlał. W niektórych miejscach ubrania jakby popękały, ale naprawdę nie wiem, czy to wynika z uszkodzeń wcześniejszych, czy z działania czynników zewnętrznych w momencie zbrodni. Chciałbym, panie majorze, powiedzieć coś więcej, ale nie ma sensu dywagować. Przed chwilą ich wykopaliśmy. Każde moje słowo

to jednak poruszanie się we mgle, snucie domysłów, a tego chyba pan major nie potrzebuje.

– Kiedy mogę liczyć na więcej?

– Kiedy?... Kiedy?... Nie chcę niczego obiecywać, ale...

– ...ale ma być jak najszybciej. Pierwszy raport jeszcze dzisiaj.

– Pan major wie, że jestem z Łodzi. Pan major zrozumie, ja dziś nie mogę zostać w Zduńskiej Woli. Obiecałem żonie. Muszę dziś wrócić.

– Niech pan nie kończy. Nie interesuje mnie to. Dziś jest pan dla mnie wdowcem. Może być pan też kawalerem albo rozwodnikiem. Nie interesują mnie pana sprawy rodzinne. Dziś pracuje pan do nocy, być może w nocy, a pewnie i z samego rana. Jak już pan nie będzie miał sił, to proszę kimnąć się na dwie godzinki i znów do roboty. Przede wszystkim muszę mieć pewność, czy to mogą być synowie Buncola. Bo jeśli tak, to Zduńska Wola znów stanie do góry nogami.

– Pan major myśli, że to mogą być jego synowie?

– Zna pan tę sprawę?

– Któż by nie znał. Wiem o niej wszystko. Znam też na wskroś Buncola. O jego „zasługach” słyszano również w Łodzi. Bardzo dobrze znam jego szemraną historię.

– Niech pan uważa, co mówi. Ja jestem z innej gliny lepiony, między prawym a lewym uchem mam pustą przestrzeń, przez którą pana słowa o Buncolu przelecą, ale inni z takich słów szybko zrobią pożytek i może mieć pan problemy.

– Pan major ma rację. Lepiej uważać.

– Widzę, że doskonale zdaje pan sobie sprawę z powagi sytuacji. Na tę chwilę jestem pewien, że to synowie Buncola. Bo kto inny to może być? Chłopcy, w wieku między dwanaście a czternaście lat, znalezieni w naszym mieście, w miejscu uwielbianym przez dzieciaki, ciała nie są w całkowitym rozkładzie. A przecież dzieciaki Buncola zaginęły trzy miesiące temu. Naprawdę trudno pomyśleć, by to nie byli oni – wyłuskał swe spostrzeżenia Karski, który w ferworze pracy zapomniał nieco o dręczącym go kacu.

Rozglądał się co prawda, by odnaleźć kogoś z czymkolwiek do zalania suchości gardła, ale nie zauważył, aby ktoś miał ze sobą bidon z kompotem czy butelkę z oranżadą wyborową.

– Jak się Buncol dowie... – Głaz zawiesił głos.

– Dziwne, że jeszcze się nie dowiedział i nie nawiedził nas.

– Mówili, że nie ma go w Zduńskiej Woli, że gdzieś wyjechał.

– Ale wróci. A jak się dowie... to wszyscy mamy przejebane. – Karski dokończył za patologa. – Nie będzie taryfy ulgowej. Każdy stanie się podejrzany. Dopóki mógł mieć nadzieję, że oni tylko zaginęli, potrafił wierzyć, że się odnajdą. A jeśli teraz się okaże, że to oni, a jestem tego prawie pewien, to nie da nam spokoju.

– Pan major ma duży problem. Buncol pewnie będzie szalał.

Karski już nie mógł wytrzymać, słysząc po raz kolejny zwrot „pan major”. Zważywszy na fakt, iż dużą uwagę przywiązywał do języka, ten zwrot kompletnie mu się nie podobał, a wręcz go irytował. Jednak z szacunku do starszego od niego patologa powstrzymał się od złośliwych komentarzy i spokojnie kontynuował rozmowę.

– A można mu się dziwić? Jednego dnia miał dwóch wspaniałych chłopców, ukochanych synów, a następnego, kiedy się obudził, ich łóżka były puste. Choć jest skurwysynem, jakich mało, to trudno mu było nie współczuć. Cokolwiek by się jednak działo, każdy, kto będzie zajmował się tą sprawą, będzie na cenzurowanym.

– Pan major dostanie tę sprawę?

– Dziś tu jestem. Wezwano mnie, więc przybyłem i zadaję pytania. Póki mam to powierzone, będę się tym zajmował. Czy jutro ktoś tego nie przejmie, tego nie wiem. Ale zginęły dzieci i nieważne, czy to dzieci Buncola, nauczycielki, przedstawiciela władzy czy Cyganów z taboru. Trzeba sprawę rozwikłać, matce i ojcu pozwolić je pochować, a miejscowym dać odpowiedź na trudne pytania. Uczciwie powiem, że wolałbym uniknąć prowadzenia śledztwa, jeśli okaże się, że to synowie Buncola. Prowadziłem sprawę ich zaginięcia i nie chcę ponownie wchodzić do tej samej rzeki. Swoje przeszedłem przez ostatnie trzy miesiące.

Zmierzyłem się z upiorami Służby Bezpieczeństwa3, niechęcią mieszkańców i złośliwościami ze strony rodziny oraz sąsiadów. Poza tym nie odnalazłem ich, więc raczej nie nadaję się do objęcia śledztwa w sprawie ewentualnego ich morderstwa. Teraz jednak tu jestem i żądam na dziś, najpóźniej jutro, szczegółów śmierci tych chłopców. Chciałbym wierzyć, że to nie synowie Buncola, ale jednocześnie jestem przekonany, że moje nadzieje są płonne.

– Pan major niech przyjmie moje przeprosiny. Z tą obietnicą dla żony to głupi byłem. Zostanę dzisiaj w Zduńskiej Woli. Jak będzie trzeba, będę pracował całą noc. Szybko pozna pan wszystkie szczegóły. Jak zginęli, ile czasu tu leżeli... Będzie pan miał wszystko.

3 Służba Bezpieczeństwa – organ bezpieczeństwa państwa będący częścią struktury Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i jego jednostek terenowych, działający w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej w latach 1956–1989 (do końca funkcjonowania państwa pod tą nazwą) i ostatecznie rozwiązany w 1990 roku.

Karski

Zadanie rozwiązania zagadki odnalezienia mordercy synów Buncola, bo rzeczywiście okazało się, że to ciała zaginionych przed trzema miesiącami trzynastolatków, powierzono majorowi Leonowi Karskiemu ze zduńskowolskiej brygady śledczej, działającej w ramach Milicji Obywatelskiej.

Ten pięćdziesięciopięcioletni milicjant pochodził z rodziny robotniczej. Przed drugą wojną światową pracował w Policji Państwowej4. Przeszedł wszystkie szczeble policyjnej kariery od posterunkowego do komisarza. Był posterunkowym, starszym posterunkowym, przodownikiem, starszym przodownikiem, aspirantem, podkomisarzem i komisarzem. Wszystkie stopnie zdobywał na Komendzie Powiatowej w Zduńskiej Woli.

W dniu wybuchu wojny miał trzydzieści sześć lat. Walczył w bitwie nad Wartą w 3. batalionie majora Romualda Borysowicza. Zbytnio sobie jednak nie powojował. Został ranny i pojmany przez Niemców. Dwa lata spędził w obozie jenieckim w Drzewicach

4 Policja Państwowa (w skrócie PP) – umundurowana i uzbrojona organizacja pełniąca funkcje porządkowe oraz antykryminalne na terenie Polski w latach 1919–1939. Po wojnie została zastąpiona przez Milicję Obywatelską – utworzoną na podstawie manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego oraz dekretu o powołaniu MO z 7 października 1944 roku.

(Alt Drewitz), skąd uciekł i na cztery lata zaszył się w lasach oraz zaprzyjaźnionych domostwach. To był dla niego trudny czas. Mieszkał w ziemiankach, stodołach, piwnicach. Trochę pracował, trochę żył z pomocy dobrych ludzi. Rzadko zaglądał do rodzinnej Zduńskiej Woli, a jeśli już się w niej pojawiał, to pod osłoną nocy i przy wydatnym wsparciu kolegów. Tułaczka mocno odbiła się na jego zdrowiu. Przed wojną silny jak tur, mocno zbudowany, przystojny mężczyzna, okaz zdrowia i siły, a dodatkowo prawdziwy przedwojenny elegant, w ciągu czterech lat niedoli i ukrywania się mocno podupadł na zdrowiu. Znacznie schudł, jego sylwetka stała się przygarbiona, oko już tak nie błyszczało jak przed wojną. Ogolona wcześniej twarz z reguły była zarośnięta, zawsze czyste dłonie teraz były pełne brudu pod paznokciami. To był koszt utopijnej, leśnej wolności.

W lasach Karski obracał się w kręgu AK-owców. Nie był ideowcem jak wielu z nich, ale działania konspiracyjne mu się podobały. Okazji do walki nie miał jednak zbyt wielu. Zduńska Wola to nie była Warszawa ani Łódź. Tu nie podejmowano zbyt wielu akcji zbrojnych, czy choćby nawet zaczepnych. Owszem, zdarzały się incydenty, jakiś Niemiec został poturbowany, ale istniała niepisana umowa, że dopóki chłopcy z lasu są spokojni, to i oddziały niemieckie stacjonujące w Zduńskiej Woli nie będą im wchodzić w drogę. Takie wzajemne bezpieczeństwo. Zdecydowanie więcej działań Karski i jego koledzy podejmowali wobec Polaków, którzy służyli Niemcom, i Polkom, które zbytnio spoufalały się z okupantami. Pobicia, ogolone głowy kobiet, zastraszanie, nocne wizyty pełne strachu i napięcia – to nie było to, o czym marzyli żołnierze z lasu, ale dzięki temu czuli się potrzebni i mogli w jakiś sposób służyć ojczyźnie.

Gdy wojna się zakończyła, Karski szybko wyszedł z lasu, by tworzyć nową Polskę. Potrzebował niewiele czasu, by zrozumieć, że nowe nie znaczy lepsze. Widząc jednak, co się w Polsce dzieje i jak traktowani są wrogowie ludu, nie ujawniał swoich przekonań i wypełniał misję łapania złoczyńców, gwałcicieli i złodziei. Wielu

miało mu to za złe, ale wrodzona inteligencja i znajomość realiów podpowiadały Karskiemu, że rządy komunistów są nie do obalenia, a systemowe przeciwstawianie się władzy obrócić się może tylko w niepotrzebne przelewanie krwi.

Nigdy nie zaangażował się w żadną działalność konspiracyjną, swój bunt wobec komuny realizował tylko w prywatnych rozmowach podczas alkoholowych libacji oraz poprzez uciekanie od odpowiedzialności, gdy powierzano mu sprawy polityczne. Starał się wtedy wymigiwać chorobą, a gdy już został do tego zmuszony – jak tylko mógł, opóźniał prowadzenie sprawy. Każde „polityczne” poszukiwania mocno bowiem odchorowywał. Pił do nieprzytomności, a wtedy ujawniały się jego najgorsze cechy. Pod wpływem alkoholu złorzeczył politycznej władzy i narzekał na nową Polskę. Małe środowisko chroniło swoich, gdy jednak miarka się przebrała i Karski naubliżał sowieckiemu sołdatowi, musiał gęsto się tłumaczyć i obiecać poprawę. By normalnie żyć, przestał pić w barach. Tam stołował się tylko wtedy, gdy szukał informacji, by rozwiązać kolejne sprawy, znaleźć złodzieja czy innego bandytę. Zawsze to jednak czynił w sposób kontrolowany.

Upijał się w swoim domu lub u siostry Michaliny. Na szczęście dla niego w komendzie zrozumiano, że nie ma sensu powierzać mu politycznych spraw. Stał się specjalistą od tych zwykłych, mniej ważnych dla władzy. To pozwalało mu zdobywać kolejne awanse. W ciągu dziesięciu lat powojennej służby dorobił się stopnia majora.

Serce Karskiego było zimne jak lód. Jego żona Maria (z domu Lorenc), z którą wziął ślub w 1929 roku w kościele pod wezwaniem Świętego Antoniego, nie wróciła z wywózki na przymusowe roboty do Niemiec i kompletnie nie miał pojęcia, co się z nią stało. Szukał jej, sprawdzał niemieckie dane, wysyłał listy do Czerwonego Krzyża oraz do rodziny Reimannów z Nefling, gdzie została wysłana, ale nie otrzymał odpowiedzi. Nie było to zaskoczenie, bowiem do III Rzeszy wywieziono aż milion czterysta tysięcy

Polaków. Ktoś z nich musiał przepaść bez wieści. Niestety jedną z zaginionych była jego Maria.

Przez pierwsze lata po wojnie Karski żył nadzieją, że podobnie jak żony innych mężów jego ukochana pewnego dnia przyjedzie furmanką z usłużnym rolnikiem, wyskoczy z autobusu, dotrze pociągiem lub zwyczajnie przyjdzie pieszo. Ale nie przyjechała. Nigdy nie pogodził się z jej stratą, nigdy nie znalazł drugiej kobiety. Przez prawie rok każdego wieczoru siadał w fotelu, nalewał sobie szklankę bimbru, pędzonego przez jego brata Władka, i rozmawiał z nią. Im więcej wypił, tym rozmowy stawały się bardziej szczere.

„Wróć do mnie, proszę. Jak mam żyć bez ciebie? Powiedz, jak mam żyć? Powinnaś teraz zrobić nam herbatę, powinniśmy iść na spacer. Jak kiedyś, jak przed wojną. Czy to coś złego, że chcę położyć się z tobą do łóżka i przytulić się do twych piersi? Mario...” – te słowa, wypowiadane na głos, ale do samego siebie, były jak modlitwa, jak błagalne prośby. Niestety nie miały mocy sprawczej. Jego żona nie wróciła.

Leon i Maria Karscy nie mieli dzieci. Starali się, bardzo ich pragnęli, ale coś stanęło na przeszkodzie. Niepłodności się nie leczyło, a już na pewno nie w Zduńskiej Woli. Raz tylko pojechali do lekarza do oddalonej o około pięćdziesiąt kilometrów wielkiej Łodzi. Doktor zbadał, wypytał o wszystko, przyczyny niepłodności jednak nie znalazł. Wizyta kosztowała ich majątek, ale niczego nie zmieniła. Tym sposobem nigdy więcej nie zdecydowali się na porady medyczne.

Maria szukała rozwiązań, rozmawiała ze znajomą „babką”5, Hanną Terlikowską. Za jej namową przygotowywała sobie wywary z pokrzyw, malin, przywrotnika pospolitego, serdecznika pospolitego i dzięgielu, co jednak nie przyniosło żadnych rezultatów. Delikatnie próbowała podsuwać ziółka swemu mężowi, ale on był zbyt dumny, aby w ten sposób poprawiać swoją męskość. Po wojnie żałował, że nie dał się namówić. Może gdyby mieli

5 Babka – akuszerka.

dziecko, nie zabrano by jej do Niemiec, nie straciłby jej i byłoby jak dawniej...

Brak dzieci powodował dużo cierpienia, czasem nawzajem zrzucali na siebie winę i kłócili się o to. Szybko jednak ich miłość wygrywała. Później przepraszali się i obiecywali, że spróbują raz jeszcze. Gorzej było znieść złośliwe komentarze koleżanek i kolegów, a swoje zrobiła również rodzina. Zwykłe pytanie: „Kiedy doczekacie się potomka?” można jeszcze było przyjąć i nawet się do niego przyzwyczaili, ale zdania typu: „A co ty, Leon, nie możesz trafić?” już były nie do zniesienia. Pojawiały się one głównie po wódce, podczas spotkań rodzinnych czy koleżeńskich, gdy biesiadujący mężczyźni chcieli pokazać swoją wyższość wobec słynnego policjanta Karskiego, ale gdy ten już nie wytrzymał złośliwości i w obecności trzydziestu osób dał w mordę swojemu szwagrowi, Karolowi Szpilce, aż ten złożył się wpół, już nikt nie śmiał podważać jego męskości. Drwin, oczywiście, wciąż nie brakowało, ale wypowiadane były już bez obecności wykpiwanego. Wieść o mordobiciu dotarła do wszystkich znajomych, a że siła Karskiego była powszechnie znana, wszyscy mocno się pilnowali, aby nie być kolejnym przykładem na to, że nerwy policjanta mają swoją granicę.

Po wojnie, gdy Maria nie wracała z Niemiec, Leon Karski całą swoją miłość przelał na siostrzenicę Krystynkę, piękność nad pięknościami, rezolutne dziewczę, za którą ze względu na jej niezwykłą urodę ludzie aż obracali się na ulicach. Wszyscy zastanawiali się, gdzie ją wcześniej widzieli, a Krystynka zwyczajnie była polską kopią gwiazdy przedwojennego kina, Shirley Temple. Przed wojną Zduńskowolanie oglądali złote dziecko amerykańskiego filmu podczas seansów w kinach (Bajka i Uciecha), a po wojnie odnaleźli ją w maleńkiej mieszkance ich miasta.