Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Narratorem powieści jest Sean Drummond – piekielnie inteligentny, nieco cyniczny, obdarzony autoironicznym humorem prawnik i oficer JAG. Sean awansuje z majora na podpułkownika armii. Jednocześnie otrzymuje nowe zadanie – ustalić, czy śmierć jednego z wyższych urzędników Departamentu Obrony Clifforda Daniela była samobójstwem, czy morderstwem. Śledztwo, które prowadzi wraz z atrakcyjną panią major żandarmerii wojskowej Bien Tran, wiedzie go przez labirynty amerykańskiego wywiadu – aż do sal przesłuchań we wstrząsanym wojną domową Iraku. Tajemnice, które ujawnia, mogą zachwiać pozycją prezydenta USA.Wobec kogo powinien być lojalny – przełożonych w Waszyngtonie czy narażających życie żołnierzy?
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Wągrowcu
Miejska Biblioteka Publiczna im. Adama Próchnika w Piotrkowie Trybunalskim
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 705
Rok wydania: 2009
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
BRIAN HAIG, syn byłego sekretarza stanu USA Alexandra Haiga, jest absolwentem Akademii Wojskowej West Point i zawodowym oficerem. Przed odejściem z armii po 22 latach służby pełnił funkcję asystenta szefa Kolegium Połączonych Sztabów. Jego artykuły poświęcone zagadnieniom wojskowości i polityki ukazywały się m.in. wThe New York Timesie, USA Today i Harvard Journal. Haig występował też jako ekspert w amerykańskiej telewizji. Porównywany z Grishamem i DeMille’em, debiutował w 2001 TAJNĄ SANKCJĄ; potem ukazały się m.in. SPISEK (2003), KOŃ TROJAŃSKI (2003), ZABIĆ PREZYDENTA (2005), W MATNI (2007) i The Hunted (2009). Prawa filmowe do kilku powieści nabyła wytwórnia Universal.
Tego autora
TAJNA SANKCJA
SPISEK
KOŃ TROJAŃSKI
ZABIĆ PREZYDENTA
W MATNI
Wkrótce
ZWIERZYNA
Oficjalna strona internetowa autora
www.brianhaig.com
Brian
HAIG
W matni
Z angielskiego przełożył
ZBIGNIEW KOŚCIUK
Tytuł oryginału:
MAN IN THE MIDDLE
Copyright © Brian Haig 2007
All rights reserved
Published by arrangement with Hachette Book Group USA, New York
Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2009
Polish translation copyright © Zbigniew Kościuk 2009
Redakcja: Jacek Ring
Ilustracja na okładce: Jacek Kopalski
Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz
Skład: Laguna
ISBN978-83-7359-732-7
Dystrybucja
Księgarska Jacek Olesiejuk
Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz.
t./f. 022-535-0557, 022-721-3011/7007/7009
www.olesiejuk.pl
Sprzedaż wysyłkowa - księgarnie internetowe
www.merlin.pl
www.empik.com
www.ksiazki.wp.pl
WYDAWNICTWO ALBATROS
ANDRZEJ KURYŁOWICZ
Wiktorii Wiedeńskiej 7/24, 02-954 Warszawa
2009. Wydanie I
Druk: WZDZ - Drukarnia Lega, Opole
Lisie,
Brianowi, Pat, Donnie i Annie
Podobnie jak inne powieści, w których występuje Sean Drummond, W matni nie jest książką o wojnie, lecz kryminałem — thrillerem prawniczym — przypadkowo osadzonym w wojskowych realiach i ukazanym na tle wydarzeń w Iraku.
Długo i mozolnie dumałem nad tym, czy powinienem napisać powieść nawiązującą do nadal trwającego konfliktu. Żaden autor — a przynajmniej żaden autor pragnący odnieść sukces komercyjny — nie powinien uczestniczyć w bieżącej dyskusji na tematy polityczne. Atmosfera polityczna panująca w Ameryce jest silnie, niekiedy wręcz histerycznie podzielona, co moim zdaniem jest zjawiskiem pozytywnym. W zdrowej, sprawnie działającej demokracji obywatele powinni okazywać troskę, przejawiać zaangażowanie, wyrażać opinie — a wojna z pewnością winna wzbudzać ich zainteresowanie.
Kiedy wstępowałem do wojska, przechodziliśmy, od dużej armii opartej na powszechnym poborze do mniejszej liczebnie, w której służyli wyłącznie ochotnicy. Abstrahując od innych kwestii, podobnie jak wielu ludzi martwiło mnie, że amerykańska armia przestanie odzwierciedlać złożoną naturę naszego narodu, a obywatele przestaną Postrzegać nas jako żołnierzy obywateli, uznając za zwyczajnych najemników. Na szczęście, część moich obaw się nie spełniła. Amerykanie ciągle darzą ludzi w mundurach sympatią i wyjątkową troską, a władze w Waszyngtonie nie czuły pokusy, aby traktować żołnierzy jak mięso armatnie, siłę najemną — ponure określenie, które sugeruje spisanie na straty.
Większość autorów pragnie, aby ich książki sprawiały przyjemność czytelnikom, były czytane i kupowane — niekoniecznie we wspomnianej kolejności. Jest to podwójnie prawdziwe, gdy autor ma czwórkę wspaniałych dzieciaków, którym trzeba zapewnić jedzenie, ubranie, nocleg i w niezbyt odległej przyszłości studia. Nie chciałem napisać powieści zawierającej polityczne uprzedzenia i mam nadzieję, że moja książka nie zostanie w ten sposób odebrana.
Dlaczego zaryzykowałem napisanie powieści o Iraku? To proste: toczymy wojnę w kraju — i regionie — o którym większość Amerykanów wie zdumiewająco niewiele. Spotkałem wielu Amerykanów, którzy byli w Paryżu, Hongkongu, a nawet w Kenii — nie udało mi się jednak spotkać nikogo, kto wspominałby o cudownych plażach w Jemenie (szczerze mówiąc, jemeńskie plaże wcale nie są takie cudowne).
W 1983 roku, będąc kapitanem armii amerykańskiej, pracowałem dla Połączonego Kolegium Szefów Sztabów jako oficer łącznikowy do spraw Libanu. Po katastrofalnej inwazji izraelskiej umieściliśmy tam korpus ekspedycyjny piechoty morskiej w charakterze sił pokojowych. Liban, niegdyś perła regionu, bardzo się wówczas różnił od kraju, którym był kiedyś — to skutek dziesięciu lat brutalnej wojny domowej. Długo przed naszym przyjazdem kraj był wewnętrznie rozdarty, wstrząsany konfliktami religijnymi, rywalizacją klanową, krwawymi waśniami rodowymi i niszczony przez sąsiadów, którzy wykorzystywali przemoc i podsycali nienawiść, często za pomocą terrorystycznych metod. Sytuacja była bardzo różna od tej, która panuje w dzisiejszym Iraku. Z drugiej strony jednak okazała się niezwykle podobna.
Z powodu obsesji na punkcie zimnej wojny każdy oficer z tamtej epoki był ekspertem od zagrożenia sowieckiego — a przynajmniej za takiego uchodził. Ale gdyby ktoś poprosił mnie o wymienienie jednej rzeczy odróżniającej sunnitów od szyitów — głównego źródła napięć i konfliktów w świecie arabskim — w przeszłości, przyszłości i przypuszczalnie w przewidywalnej przyszłości, zapadłaby martwa cisza. Gdy pewnego ranka zamachowiec-samobójca wjechał ciężarówką wyładowaną materiałami wybuchowymi w budynek, w którym stacjonowali marines, okazało się, że kapitan Haig nie jest osamotniony w niewiedzy — wielu przywódców cywilnych i wojskowych miało bardzo mgliste wyobrażenie, w co się wpakowaliśmy. Początkowo było to przerażające i dezorientujące, w końcu okazało się tragiczne. Do dzisiaj jestem przekonany, że dwustu osiemdziesięciu czterech żołnierzy piechoty morskiej zginęło z powodu naszej ignorancji.
Dziś ponownie znaleźliśmy się w kraju, o którym wiemy zdumiewająco niewiele, ponownie też spory jego mieszkańców, ich waśnie rodowe i konflikty stały się naszymi. Sekretarz stanu Colin Powell tak sparafrazował słowa, które prezydent wypowiedział przed inwazją: „Jeśli potłuczesz porcelanę, staniesz się jej właścicielem”. I rzeczywiście, my, większość Amerykanów — większość wyborców — wiemy bardzo mało o rozbitych skorupach, które nasi żołnierze próbują skleić własną krwią, ofiarą i odwagą, aby uczynić z nich sprawnie działającą demokrację.
W ten sposób powstała książka W matni. Mam nadzieję, że uznacie ją za intrygującą, zajmującą i prowokującą do myślenia. Jak już wspomniałem, jest to powieść kryminalna, która porusza pewne drażliwe tematy związane z Irakiem. Mam nadzieję, że jej lektura poszerzy waszą wiedzę i wzmocni zainteresowanie tą problematyką.
Podkreślam, że postacie występujące na kartach tej książki są fikcyjne, chociaż wielu czytelników z pewnością dopatrzy się pewnych historycznych odniesień i zagadek, do których nawiązuje intryga.
W tym miejscu najwyższa pora wyrazić wdzięczność kilku osobom. Po pierwsze, dziękuję za użyczenie godnego nazwiska podpułkownikowi Kempowi Chesterowi, mojemu wielkiemu przyjacielowi, pierwszorzędnemu oficerowi wywiadu wojskowego, który był na dwóch zmianach w Iraku. Dziękuję innemu przyjacielowi, którego nazwisko wykorzystałem, Christopherowi Yuknisowi, który służył krajowi przez niemal trzydzieści lat i był jednym z najinteligentniejszych oficerów, jakich spotkałem. Dziękuję Jimowi Tireyowi, bliskiemu przyjacielowi, który uczestniczył w wielu niebezpiecznych misjach i zawsze był dla mnie przykładem. Użyłem również nazwiska kolegi z West Point, Roberta Enzenauera, który naprawdę jest znakomitym lekarzem, oficerem rezerwy, i który z wielkim poświęceniem służył osiemnaście miesięcy w Afganistanie i Iraku.
Składam podziękowania Claudii Foster. Prawdziwa Claudia Foster znajdowała się w wieżowcu World Trade Center pamiętnego 11 września 2001 roku. Była wspaniałą młodą damą, inteligentną, uroczą i wesołą. Zginęła jak wielu innych, pozostawiając pogrążoną w smutku rodzinę, która poprosiła mnie o znalezienie godnego miejsca dla niej w tej książce. Mam nadzieję, że to mi się udało.
Na koniec dziękuję Donniemu Workmanowi. Prawdziwy Donnie Workman pochodził z rocznika 1966 West Point, był kapitanem akademickiej drużyny Lacrosse — bramkarzem o niezwykłym refleksie i stalowych nerwach. Bramkarze wszystkich dyscyplin to wyjątkowa grupa ludzi, jednak bramkarze Lacrosse stanowią klasę sami dla siebie, donnie ciągle bywał w naszym domu, gdy mój ojciec wykładał w West Point. Był wzorem dla młodych graczy ze szkół średnich, dostarczał nam również inspiracji pod wieloma innymi względami. Niecały rok po ukończeniu studiów wszedł na minę przeciwpiechotną w Wietnamie. Człowiek, którego uważaliśmy za silniejszego niż życie, który pewnego dnia miał zostać generałem i wielkim człowiekiem, zginął w ułamku sekundy — nigdy nie został jednak zapomniany.
Dziękuję wszystkim pracownikom Warner Books, którzy wygładzają mój kiepski styl, lansują i sprzedają moje powieści. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo jestem im wdzięczny i jak bardzo ich podziwiam. Dziękuję mojemu redaktorowi, Colinowi Foksowi, którego wszyscy autorzy uważają za czarującego, zabawnego i niezwykle utalentowanego człowieka. Dziękuję Mari Okuda, która wykonuje niewdzięczną pracę adiustacji tekstu, czyniąc ją zajmującą na przekór wszystkiemu. Składam podziękowania Rolandowi Ottewellowi, który za sprawą literackiej alchemii przekształca moje rękopisy w tekst nadający się do czytania. Dziękuję Jamie Raab i Larry’emu Kirschbaumowi, wydawcy i byłemu dyrektorowi naczelnemu, oraz Rickowi Horganowi, poprzedniemu redaktorowi, który zachęcał mnie do pisania i uczynił wydawnictwo Warner pożądanym przez każdego autora.
Szczególne podziękowania przesyłam Geraldowi Posnerowi, gdyż przeprowadził rozległe badania, które okazały się niezwykle przydatne podczas pisania tej książki.
Największe wyrazy wdzięczności przesyłam Luke’owie Janklowowi, mojemu agentowi literackiemu i przyjacielowi, który nie ma sobie równego w żadnej ze wspomnianych kategorii.
Niepunktualność czasami bywa cnotą, niekiedy jednak grzechem.
Na przykład spóźnienie się na przyjęcie jest w dobrym tonie. Jeśli człowiek spóźni się na własny pogrzeb, inni będą mu zazdrościli szczęścia. Z drugiej strony, jeśli zjawisz się spóźniony na miejscu zbrodni, możesz mieć poważne problemy zawodowe.
Na szczęście niemal każdy problem ma jakieś rozwiązanie. Odwróciłem się do atrakcyjnej młodej damy w jasnobrązowym kostiumie i zapytałem:
Wyciągnąłem rękę z kieszeni i przedstawiłem się.
— Ładne imię.
Nasza znajomość kiepsko się zaczęła, lecz szczerze mówiąc, przebywanie w małym pomieszczeniu z uroczą damą i świeżymi zwłokami powoduje, że mój osobisty czar i inteligencja wznoszą się na prawdziwe wyżyny.
Przyglądała się zwłokom ód chwili, gdy wszedłem do pokoju. Teraz po raz pierwszy odwróciła się i uważnie przyjrzała mnie.
Zabawne, właśnie o to ją chciałem zapytać.
Odwróciłem się, aby ponownie obejrzeć zwłoki, lecz wysoki, pulchny facet z zespołu kryminalistycznego pochylił się nad denatem, szukając śladów. Mogłem dostrzec jedynie głowę ofiary i średniej wielkości stopy. Obszar rozciągający się pomiędzy wyżej wspomnianymi częściami ciała był w dużej mierze zasłonięty.
Mimo to udało mi się coś dostrzec: ofiarą był pięćdziesięciokilkuletni mężczyzna o przeciętnej urodzie, przeciętnym wzroście i przeciętnej wadze ciała. Typowy Joe. Facet o bezbarwnych rysach, siwych, krótko przyciętych włosach — inaczej mówiąc, gość o zwyczajnym wyglądzie, który nie zapadał w pamięć.
Pomyślałem, że gdybym minął go na ulicy lub usiadł przy nim w metrze, spoglądałbym obok lub poprzez niego.
Uznałem, że śmiertelnie nudna anonimowość mogłaby być uzasadnionym powodem wpadnięcia w szał zabijania lub popełnienia samobójstwa.
Mówiąc w żargonie wywiadowczym, denat jest, a właściwie był, „przedmiotem zainteresowania”. Teraz stał się „przedmiotem tajemnicy”, a jak wiadomo każda tajemnica wymaga udzielenia odpowiedzi na pięć podstawowych pytań. Odpowiedź na pierwsze i drugie — kto zginął i gdzie — była oczywista, dlatego moim zadaniem było ustalenie odpowiedzi na trzy kolejne — kiedy, jak i, jeśli szczęście dopisze, dlaczego.
Nie poinformowano mnie, dlaczego otrzymałem tę robotę, lecz w naszej branży człowiek nie zadaje takich pytań. Jeśli jest to konieczne, przełożeni sami o tym mówią. Przyznaję, że to irytujące. Wspomniana zasada postępowania opiera się na ważnych, głęboko uzasadnionych przesłankach. Od jej przestrzegania może zależeć los naszego narodu, więc trzeba powściągnąć ciekawość, zaniechać spekulacji i dać sobie spokój.
Przypuszczam, że kryje się za tym obawa przed działalnością szpiegowską. Wiecie, FBI i CIA nie ufają nawet sobie nawzajem. Jeden to Pan Wewnętrzny, a drugi Pan Zewnętrzny, chyba że chodzi o sprawy, w których gówno ląduje na progu jednych i drugich. W takich sytuacjach dwie primadonny muszą się dzielić jedną małą sceną, a wszyscy wiemy, do czego to prowadzi.
Warto również nadmienić, że od kiedy nasz kraj uczestniczy w działaniach wojennych — w Afganistanie i Iraku — aktywność szpiegowska stała się znacznie ważniejszą sprawą niż w okresie zimnej wojny, kiedy jedni szpiedzy likwidowali innych, dopuszczając się czegoś w rodzaju morderczego kazirodztwa. Czerpiąc dane ze szpiegowskich dreszczowców i hollywoodzkich filmów, można by pomyśleć, że do tego właśnie sprowadzała się cała zimna wojna. Rzeczywiście, ówcześni szpiedzy przypominali frajerów okładających się po tyłkach ręcznikami na meczu zawodowych drużyn futbolowych. Z pewnością zabawne, lecz koniec końców sukcesy nigdy nie były tak wielkie, jak się wydawały, a porażki tak dramatyczne. Bardziej niebezpieczne zadanie miały do wykonania miliony uzbrojonych po zęby żołnierzy spoglądających na siebie przez granicę oddzielającą RFN i NRD. Najbardziej niebezpieczna rzecz znajdowała się w walizkach dwóch dżentelmenów, którzy mogli wyłączyć światło wszystkim pozostałym.
Po jedenastym września nastał nowy świat. Czasy się zmieniły — dzisiaj działalność szpiegowska kojarzy się z wieżami World Trade Center, niszczonymi narodami i życiem żołnierzy.
Ostatnia sprawa bardzo leżała mi na sercu.
W ten sposób docieramy do mojej skromnej osoby — świeżo awansowanego podpułkownika armii Stanów Zjednoczonych, z zawodu prawnika Wojskowego Biura Śledczego — JAG, tymczasowo oddelegowanego do CIA. Oczywiście, ani pani Tran, ani lokalne gliny nie powinni o tym wiedzieć. CIA lubuje się w zakulisowych działaniach, w wymyślnych przykrywkach i tajemnicach. Na terytorium Stanów Zjednoczonych oznacza to zwykle podszywanie się pod inne agencje federalne, bo pozostali działają otwarcie. Pracownicy CIA są zwykle inteligentni, sprytni, złośliwi i aroganccy, i muszą w sobie tłumić wspomniane cechy. Z kolei federalni zawsze opowiadają się po stronie „słusznej” sprawy, są moralnie nieposzlakowani, wścibscy, nachalni i okropni. Jestem rad, że mam tylko trzy z pięciu wspomnianych cech, i wiem, że z łatwością odgadniecie które.
Ponieważ Tran w dalszym ciągu mnie ignorowała, zapytałem:
Uśmiechnąłem się.
Powinienem wspomnieć, że zostałem przydzielony do małej komórki CIA określanej mianem Biura do Zadań Specjalnych, w skrócie OSP1. Jedyną specjalną rzeczą, którą w tym dostrzegłem, było to, iż otrzymywaliśmy sprawy, którymi inni nie chcieli się zajmować — na przykład tę robotę. Moim skromnym zdaniem nasz wydział powinien nosić nazwę wydziału spraw gównianych, lecz szpiedzy żyją wśród dymu i luster, więc nic nie jest takie, na jakie wygląda, a moi koledzy chcą, aby tak pozostało.
W każdym razie nasze biuro podlega bezpośrednio dyrektorowi CIA, co ma swoje plusy, ponieważ człowiek ma mniej papierkowej roboty, i jeden wielki minus, bo nie ma kogo obarczyć własnymi błędami, przez co cała nasza działalność przypomina balansowanie na linie.
Istnieją również ogromne, znaczące różnice w kulturze funkcjonowania tajnych służb i armii. Szczerze mówiąc, miałem pewne problemy z przystosowaniem się do nowej sytuacji. Ostrzegano mnie nawet, że jeśli jeszcze raz zdejmę buty i zacznę wydawać rozkazy, wyślą mnie w długą podróż zagraniczną do jakiegoś kraju, w którym nie chciałbym się znaleźć. Sami widzicie, że ci ludzie naprawdę potrzebują oświecenia.
Nie jest niczym niezwykłym, że armia wypożycza swoich oficerów — w żargonie wojskowym „oddelegowuje” — różnym agencjom rządowym. Wyjaśniono mi, że w ten sposób każdy wnosi własny niepowtarzalny wkład — mamy różne specjalności, odmienny sposób myślenia i ubiór — tworząc całość, która jest większa od sumy elementów składowych. W teorii organizacji zjawisko to określa się mianem synergii, a w wymiarze indywidualnym — zaburzeniem osobowości wielorakiej. Nie jestem do końca pewien, co to za różnica, lecz dokładnie tak jest.
Z powodów, których jeszcze nie zgłębiłem, Agencja poprosiła właśnie o mnie, a z innych powodów, których również w pełni nie pojmowałem, mój ówczesny przełożony chętnie się mnie pozbył. Można powiedzieć, że wszyscy byli zadowoleni oprócz mnie.
Moja szefowa w CIA, Phyllis Carney, lubiła powtarzać, że szuka jednostek „nieprzystosowanych, indywidualistów i dziwaków”, gdyż mają „skłonność do poszukiwania nietypowych rozwiązań typowych problemów”. Interesująca teoria zarządzania. Myślę, że od chwili mojego przybycia zaczęła poszukiwać innej.
Zauważyłem, że Tran wetknęła głowę do szafy denata, więc stanąłem z tyłu i zapytałem:
— Znalazłaś coś interesującego?
Odwróciła się i spojrzała mi prosto w oczy.
— Jest tu trzech policjantów, kryminalistyk i czterech detektywów.
Dlaczego akurat ja?
— Proszę powiedzieć, o co tu chodzi, a będziesz mnie miała z głowy do końca życia.
Po raz pierwszy zainteresowały ją moje słowa.
— Czy dlatego, że jestem atrakcyjną kobietą?
— Zdecydowanie nie — odpowiedziałem, jakby to była absolutna Prawda. — Wyglądasz na inteligentną i robisz notatki. Tak jak dziewczyna, obok której siedziałem w drugiej klasie.
— Kiedy to było? Rok temu? — uśmiechnęła się, rozbawiona własnym żartem.
Jej słowa sprawiły, że przeniosłem się do tego, co „tutaj i teraz”. Była dziesiąta trzydzieści rano, poniedziałek, dwudziesty piąty października. Apartament 1209 w olbrzymim kompleksie czynszowym — obiekcie składającym się z ciasnych mieszkań z jedną lub dwiema sypialniami — przy South Glebe Road. Chociaż na budynku nie było napisu „Wolne łóżka dla singli swingersów”, ostrzeżono mnie, że taką ma reputację.
Mieszkanie było maleńkie, z jedną sypialnią, otwartą kuchnią, salonem wielkości szafy i przylegającą do niego jadalnią. W prospekcie agenta nieruchomości określono je pewnie jako „przytulne i zaciszne”, czytaj „ciasne i nienadające się do zamieszkania”. W pomieszczeniach było kilka mebli, które wyglądały na nowe i tanie — z rodzaju tych, które można wynająć za miesięczną opłatę lub nabyć w magazynie meblowym handlującym przecenionym towarem. Zauważyłem niewiele akcentów osobistych, żadnych indywidualnych śladów, żadnych książek, dzieł sztuki — jedynie garść tandetnych ozdób, za pomocą których ludzie nadają indywidualny charakter miejscu swojego zamieszkania.
Zwykle można wiele powiedzieć o człowieku na podstawie domu, w którym mieszka. Szczególnie o kobietach, które ozdabiają i dekorują swoje mieszkanie tak, aby stanowiło odzwierciedlenie ich wewnętrznego ja. Detale te często informują raczej o tym, jakie chciałyby być, chociaż kontrast pomiędzy marzeniem a rzeczywistością często bywa znamienny. Faceci nie są tak skomplikowani czy interesujący. Zwykle są do dupy lub mieszkają jak wieprze — płytkie wieprze. Lokatora tego mieszkania uznałem za człowieka schludnego, skromnego, dobrze zorganizowanego i oszczędnego. Lub za osobnika o osobowości i wewnętrznej złożoności porównywalnej do pustego kartonu po mleku.
Wiedziałem, że denat to Clifford Daniels, urzędnik państwowy zatrudniony w Pentagonie, w biurze podsekretarza obrony jako jeden z jego cywilnych pracowników.
Wiedziałem, że był to bardzo ważny urząd w zawiłym labiryncie Pentagonu stanowiącego wojskowy odpowiednik Departamentu Stanu. Oprócz innych nikczemnych knowań formułowano tam strategie zdobycia panowania nad światem i snuto inne plany przedstawiane później do akceptacji władzom cywilnym.
Wiedziałem również, że Clifford miał zaszeregowanie GS-12 — tym samym pozycją odpowiadał pułkownikowi w armii amerykańskiej — i dostęp do dokumentów opatrzonych klauzulą „ściśle tajne”. Biorąc pod uwagę wszystkie wspomniane fakty, uznałem za znamienne, że mężczyzna w średnim wieku, zajmujący tak poważne stanowisko we wrażliwym i prestiżowym urzędzie, zamieszkał w kompleksie mieszkalnym określanym mianem „Pałacu Pieprzenia”.
Powinienem wspomnieć także o jednym interesującym szczególe osobistym, który spostrzegłem, przechodząc przez salon: srebrnej ramce z pozowaną, wykonaną w atelier fotografią atrakcyjnej kobiety w średnim wieku, uśmiechniętego małego chłopaka i nachmurzonej nastolatki.
Szczegół ten nie pasował tutaj i sugerował, że natknęliśmy się na potajemną garsonierę lub facet był rozwiedziony, lub jakąś sytuację pośrednią.
Na koniec dodam, że znajdowaliśmy się w granicach hrabstwa Arlington, co tłumaczyło obecność lokalnych gliniarzy, śledczych z wydziału zabójstw i kryminalistyków, którzy starali się rozwikłać zagadkę.
Gdyby okazało się, że mamy do czynienia z samobójstwem, wszyscy mogliby zwinąć manatki i pojechać na wczesny lunch. Morderstwo oznaczało, że ich dzień dopiero się zaczyna.
Jak już wspomniałem, w mieszkaniu cuchnęło. Byłem jedynym z obecnych, który nie trzymał przy nosie chusteczki z substancją dezynfekcyjną neutralizującą obrzydliwy odór — albo jedynym, który jeszcze oddychał.
W każdym razie wyglądałem jak prawdziwy facet i byłem wyluzowany, podczas gdy pozostali przypominali statystów z kiepskiej reklamy mleka. Mimo krótkiego czasu, jaki spędziłem w Agencji, nauczyłem się, że wizerunek jest rzeczą najważniejszą: wizerunek stwarza iluzję, a ta z kolei tworzy rzeczywistość. A może na odwrót. Agencja ma szkołę, w której uczą takich rzeczy, lecz ja sam szybko załapałem, o co chodzi.
W końcu Bian Tran spojrzała na zegarek, ziewnęła i powiedziała:
— W porządku, załatwmy to szybko. — Zerknęła na mnie i kontynuowała: — Po przybyciu na miejsce rozmawiałam z detektywem prowadzącym dochodzenie. Do zdarzenia doszło ostatniej nocy. Około dwudziestej czwartej. Myślę, że twój nos już ci to powiedział, prawda?
Po pięciu lub sześciu godzinach leżenia w temperaturze pokojowej ciało zaczyna wypuszczać gazy, dlatego w małym, zamkniętym pomieszczeniu panował gorszy smród niż w męskiej toalecie meksykańskiej restauracji. Nie wiem, co Cliff jadł wczoraj na obiad, lecz musiało to być coś odrażającego.
— Statystycznie rzecz biorąc, to przysłowiowa godzina duchów dla samobójców — zauważyła. — Nie mam na myśli dokładnej pory, lecz późne godziny nocne.
Pokręciła głową.
Podeszła do komody, oglądając rzeczy, które na niej leżały — grzebień i szczotkę, małą drewnianą kasetkę na biżuterię, niewielkie zwierciadło, kilka męskich ozdób. Ruszyłem za nią i zapytałem:
Już o tym wiedziałem, lecz kiedy nie zadajesz oczywistych pytań, ludzie stają się podejrzliwi i sami zaczynają cię wypytywać. Moja legitymacja FBI wyglądała wystarczająco autentycznie, aby przepuścił mnie policjant stojący w drzwiach. Teraz musiałem za wszelką cenę uniknąć poważniejszej rozmowy, która mogłaby ujawnić moją całkowicie fałszywą tożsamość. Jestem dobry w takich gierkach. Odhaczyłem ten punkt i zapytałem:
— Domyślam się. — Wiecie, przyjechałem tu, spodziewając się zwłok, a mimo to okropny odór i widok, który ujrzałem, spowodowały, że poczułem się przerażony. Juanita spodziewała się co najwyżej bałaganu, a już z pewnością nie martwego gospodarza, do tego w dwuznacznej, wulgarnej sytuacji. Nie sądziła też, że ktoś będzie ją pytał o zieloną kartę.
Próbowałem sobie wyobrazić, jak wchodzi do sypialni, zaintrygowana przykrą wonią, niosąc wiadro, ścierkę i inne przybory niezbędne w jej fachu. Otwiera drzwi sypialni, wchodzi do środka i bingo — widzi nagiego mężczyznę leżącego na plecach, całkowicie odsłoniętego, z prześcieradłem skręconym pod nogami. Na stoliku nocnym stała szklanka wody, na podłodze piętrzyła się sterta bezładnie rzuconych ubrań: czarne skarpety, białe bokserki, podniszczone brązowe półbuty, szary tani dwuczęściowy garnitur, biała koszula z poliestru i naprawdę koszmarny krawat — z małymi ptaszkami na zielono-brązowych prążkach. Wyglądało na to, że poprzedniego dnia włożył ten strój do biura. I to dostarcza pewnej wskazówki uważnemu obserwatorowi.
Spod łóżka wystawał róg zużytej, porysowanej skórzanej teczki, ora zwróciła moją uwagę z powodów, jakie za chwilę wymienię.
Rzeczywiście, przysunąłem się w jej stronę, ostrożnie umieściłem niej stopę i nacisnąłem. W środku było coś twardego i płaskiego — gruby notatnik albo laptop. Wepchnąłem teczkę głębiej pod łóżko i chcąc odwrócić uwagę pani Tran, wskazałem na stertę ubrań.
Skinąłem głową. Z behawioralnego punktu widzenia było to po części spójne z hipotezą samobójstwa, po części jej przeczyło. Ludzie, którzy mają zamiar rzucić się z urwiska, koncentrują uwagę na tym, co tutaj-i-teraz, być może na wieczności, zdradzając całkowitą obojętność na dzień jutrzejszy, którego przecież nie będzie.
Z drugiej strony samobójcy zwykle nie działają w bezmyślnym pospiechu. Choć raz są panami własnego losu, własnego przeznaczenia. Jedni walczą z pokusą, inni poddają się chwili. Niezależnie od tego, jakie nieszczęścia doprowadziły ich do krawędzi, wkrótce zostaną wymazane i usunięte raz na zawsze. Pojawia się spokój, być może chwila refleksji. Niektórzy kreślą pożegnalny list utrzymany w informacyjnym, gniewnym lub apologetycznym tonie. Wielu jest obojętnych, metodycznych lub wykonuje jakieś rytualne czynności.
Wszystko to wyjaśnił mi zaprzyjaźniony psychiatra, dodał też, że metoda popełnienia samobójstwa zwykle mówi bardzo wiele o nastroju i nastawieniu ofiary.
Umarli nie snują opowieści, jak mawiali piraci, często jednak pozostawiają mapy.
Powszechnym i jak sądzę rozsądnym impulsem jest zaplanowanie w miarę bezbolesnego, a przynajmniej szybkiego zakończenia, liczy się jednak to, w jaki sposób człowiek postanawia dokonać żywota.
Okaleczenie, oparzenie lub uszkodzenie własnego ciała jest zwykle verboten, stąd duża popularność przedawkowania leku, trucizny, tlenku węgla lub plastikowej torby nakładanej na głowę — metod samobójstwa, które pozostawiają opuszczone naczynie w stanie nienaruszonym, co z pewnych względów ma znaczenie. Niektórzy czynią ze swojego ostatniego aktu publiczne widowisko, rzucając się z wieżowca na ruchliwą ulicę lub gromadząc widzów, wcześniej powiadomiwszy policję. Inni przyjmują odmienny sposób postępowania, znajdując ustronne miejsce, aby wymazać wszelkie dowody swojego istnienia przez wykonanie anonimowego skoku z wysokiego mostu w wodną otchłań lub wzniecenie ognia, który unicestwi ich ciało.
Niestety, znajdowaliśmy się wówczas w barze, psychiatrą była kobietą, ja czułem senność i bardziej interesowała mnie jej figura niż doktorat. Chociaż często wstydzę się swojej natury satyra, zrozumiałem, że samobójstwo przypomina spektakl. Dla śledczego, który potrafi odczytać znaki, stanowi wiadomość od zmarłego. Ofiara próbuje zakomunikować coś w ten sposób.
Jeszcze raz spróbowałem zajrzeć śledczemu przez ramię, zadając sobie pytanie, jaką wiadomość celowo lub przypadkiem przesłał ten facet?
Głowa denata spoczywała na poduszce przesiąkniętej zastygłą krwią i fragmentami mózgu. W odległości około dziesięciu centymetrów od lewego ucha znajdowała się lewa dłoń, w której tkwił glock kalibru dziewięć milimetrów. Palec wskazujący tkwił na spuście, a na lufę nakręcono tłumik, co uznałem za interesujący szczegół. Nie dostrzegłem śladów wskazujących na uduszenie lub walkę, co dodatkowo uwiarygodniało hipotezę samobójstwa.
Oczywiście, trzeba unikać pochopnych wniosków, gdy w grę wchodzi możliwość zabójstwa. Są rzeczy, które widzisz — te, które morderca chce, abyś zobaczył — i to, co powinieneś był dostrzec.
Moje pytanie z jakiegoś powodu wywołało w niej uśmieszek wyższości.
Odczytałem to jako sugestię i zacząłem oględziny od tułowia, a następnie przesunąłem wzrok w górę i w dół.
Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłem, było zsinienie w okolicy pośladków i górnej części ramion, czego można się było spodziewać kilka godzin po ustaniu pracy serca i spłynięciu krwi w te części ciała wywołanym przez siłę grawitacji. Brzuch denata zdążył już napęcznieć od gazu, na ciele nie było żadnych siniaków ani ran ciętych. Oczy miał otwarte, a wyraz twarzy sugerował całkowite zaskoczenie lub szok, lub obydwa stany jednocześnie. Pomyślałem nad tym przez chwilę.
Około dziesięciu centymetrów nad lewym uchem znajdowała się mała, czarna dziura po dziewięciomilimetrowej kuli, co sugerowało, że znajdujący się w lewej ręce glock był bronią, którą zmarły dokonał tego haniebnego czynu. Poświęciłem chwilę na uważne zbadanie pistoletu. Jak wspomniałem, na lufę nakręcono tłumik. Wspomniałem również, że był to glock, a dokładnie model 17 Pro, drogi i zwykle sprowadzany z zagranicy.
Pocisk przeszedł prosto, powodując, że część prawego ucha, połowa mózgu i kawałki czaszki utworzyły kompozycję w stylu Jacksona Pollocka na przeciwległej, niegdyś białej ścianie.
Brak obrączki lub pierścionka zaręczynowego wskazywał, że Cliff Daniels nie był żonaty lub, wnioskując po fotografii w salonie, chciał echować ten fakt w sekrecie.
Co intrygujące na człowieka, który nie lubił zwracać na siebie uwagi, Clifford Daniels pod jednym bardzo znamiennym względem był... wiecie, jestem zadowolony ze swojej męskości, lecz nie chciałbym mieć szafki obok Cliffa.
Broń znajdowała się także w jego prawej ręce, wydaje się, że w chwili śmierci Daniels znajdował się w stanie pobudzenia seksualnego. Dobry Boże.
Wróciłem do pani Tran. Spojrzała na mnie i powiedziała:
Milczenie.
Ktoś musiał coś powiedzieć, więc w końcu to zdefiniowała.
Uśmiechnęła się.
Stąpaliśmy po kruchym lodzie. Dwoje obcych profesjonalistów, mężczyzna i kobieta, w małym pokoju z denatem mającym członka w pełnym wzwodzie.
Zasłoniła usta dłonią i uśmiechnęła się, a może zmarszczyła brwi.
Roześmialiśmy się.
Oboje byliśmy głęboko poruszeni śmiercią tego człowieka, współczuliśmy mu z powodu niedoli, która doprowadziła do tragicznego finału, i jako profesjonaliści pragnęliśmy wyjaśnić sprawę.
Eros i Tanatos — miłość i śmierć. Kiedy starożytni Grecy chcieli pisać o miłości, tworzyli komedie, gdy rozprawiali o śmierci, powstawały tragedie. Scena, którą mieliśmy przed oczami, stanowiła połączenie elementów smutnych, przyprawiających o mdłości i śmiesznych. Każdy glina wie, że żart jest sposobem radzenia z trudną sytuacją, metodą oderwania się od rzeczywistości, bez której można zapomnieć o schwytaniu złych facetów.
W każdym razie taka była jej hipoteza. O mojej nie warto wspominać.
Odchrząknąłem, próbując pozbierać myśli, a następnie zapytałem:
Czyżby oglądał telewizję przed pociągnięciem za spust? Może nie spodobał mu się program? Zamiast wstać i zmienić kanał, nacisnął własny przycisk „stop”. — Przypomniałem sobie, jak moja przyjaciółka zmusiła mnie do obejrzenia całego odcinka serialu General Hospital. Byłem tym tak przybity, że omal nie popełniłem samobójstwa.
— W odtwarzaczu znaleźliśmy płytę z filmem porno.
Wymieniliśmy spojrzenia.
— Nigdy nie widziałam ani nie słyszałam o czymś takim. A ty?
— Też o tym słyszałam, jednak w obydwu wypadkach śmierć Jest niezamierzonym niepożądanym skutkiem ubocznym. To nie wchodzi w grę.
— Może wstrzymał oddech, gdy strzelał sobie w łeb.
Przez chwilę pomyślałem, że pośle mnie za karę do kąta.
— Seksualna asfiksja... to kliniczne określenie dewiacji, o której wspomniałeś. Towarzyszy mu zaduszenie, nagłe zahamowanie dopływu krwi, a zatem tlenu do mózgu. Tutaj do tego nie doszło, prawda? Facet oglądał pornosa, przystawił sobie pistolet do głowy i pociągnął za spust.
Miałem na końcu języka naprawdę zabawną odpowiedź, że przypadkowo rozwalił sobie niewłaściwą półkulę, czasami jednak słucham swojego dobrego anioła więc zamiast tego zasugerowałem:
— Może użył filmu, aby oderwać myśli od przykrego zadania. Takie odwrócenie uwagi... rodzaj psychicznego znieczulenia. — Przypomniałem sobie rozmowę z zaprzyjaźnioną psycholożką i dodałem: — Jest jeszcze jedna rzecz, którą należy rozważyć. Poprzez sposób śmierci samobójcy często komunikują, o czym myśleli, jakie były ich ostatnie myśli.
Pewnie moje kiepskie dowcipy wystawiły na szwank jej cierpliwość, bo powiedziała:
Nie powiedziała, co sądzi na temat mojej hipotezy, lecz zauważyła:
Jej słowa stworzyły okazję, na którą czekałem.
Powinienem wyjaśnić, dlaczego zadałem to pytanie. Jasnobrązowy kostium Bian Tran nie był typowym kobiecym strojem, lecz mundurem polowym z pustynnym kamuflażem i godłem armii Wuja Sama wyszytym nad jej prawą piersią.
Wojskowy mundur ma wymiar ilustracyjny i informacyjny. Na przykład emblemat na prawym kołnierzyku — skrzyżowane pojedynkowe pistolety — oznaczał, że Tran służy w żandarmerii wojskowej, co mogło tłumaczyć jej obecność w tym miejscu. Złoty liść na drugim kołnierzyku informował, że była majorem, a wojskowe naszywki wskazywały, iż zdobyła wszechstronne doświadczenie i wykonała swój obowiązek obrony zachodniej cywilizacji.
Powinienem dodać kilka słów na temat osoby, która ten mundur nosiła. Tran miała gęste, proste czarne włosy rozczesane na środku głowy i sięgające ramion — zgodnie z wojskowymi przepisami, których nie przestrzegają wszystkie panie. Duże czarne oczy miały w sobie coś azjatyckiego, a łukowato wygięte brwi nadawały jej twarzy przebiegły wyraz. Oceniłem jej wiek na jakieś trzydzieści lat, co oznaczało, że była młoda jak na swój stopień. Przypuszczalnie doskonale się znała na swojej robocie. W jej oczach dostrzegłem przenikliwą inteligencję.
— Zapytałam, dlaczego tu jesteś — powtórzyła.
Jej nazwisko i powierzchowność wskazywały, że była Wietnamką, chociaż mówiła bez obcego akcentu, wręcz idealnie — używała właściwych idiomów, tonu głosu i fleksji Amerykanina. Miała dyskretny makijaż i jeśli zaciekawi was to tak, jak zaciekawiło mnie, nie nosiła obrączki. Na nadgarstku zauważyłem praktyczny sportowy zegarek z czarnym plastikowym paskiem, mały złoty sygnet West Point oraz pokryty plastikiem wojskowy identyfikator na szyi.
W sumie Bian Tran była imponującym okazem żołnierskich cnót — wysportowana, zdrowa i świeża, gotowa w każdej chwili zagrać w siatkówkę plażową lub ruszyć do szturmu na wioskę nieprzyjaciela, zależnie od okoliczności.
Teraz sprawiała wrażenie lekko zagniewanej.
— Pamiętasz dziecinną zabawę „pokażę ci, jeśli pokażesz mi pierwszy”?
— Czy nie za wcześnie na to? Prawie cię nie znam.
— Powiesz mi, dlaczego tu jesteś?
Dodam, że była atrakcyjną kobietą, chociaż w naszej nowej armii nie zwracamy uwagi na takie rzeczy. Żołnierz to żołnierz, a pożądanie to nic innego jak słabość, na którą mają monopol hedoniści przebywający za bramami koszar.
Nie wspomniałem, że pod jej polowym mundurem kryło się piękne ciało. Smukłe, muskularne i zmysłowe.
Wiedziałem, że jej cierpliwość się wyczerpała, więc ochoczo przedstawiłem swoje idealne alibi.
— FBI ma oficera łącznikowego na posterunku policji w Arlington. Ponieważ denat jest — a raczej był — pracownikiem Departamentu Obrony, nasz człowiek uznał, że powinniśmy się temu przyjrzeć.
Skinęła głową.
Uśmiechnąłem się.
Dotknęła palcem mojej klatki piersiowej.
W chwili gdy Bian Tran wyszła z sypialni, zmieniłem pozycję — podszedłem do łóżka i stanąłem za plecami śledczego, który pochylony nad ciałem zbierał pincetą próbki z pościeli. Odchrząknąłem i zapytałem:
Zrobiłem krótką przerwę, a następnie wyjąłem z kieszeni długopis i mały zielony notatnik.
Wyprostował się.
Timothy zawahał się przez chwilę, nie wiedząc, czy wykonywać dalej swoją robotę, czy udobruchać niecierpliwego dupka z federalną odznaką.
Jasna cholera.
Można przyprowadzić konia do wody, lecz nie można go zmusić, aby pił. Tim spojrzał na ciało przez ramię i odpowiedział:
Otworzyłem notatnik, coś w nim nagryzmoliłem i powiedziałem:
Zmazałem krzesło i Tim zaczął gwałtownie kopać nogami. Podniosłem głowę.
Dobry Boże. Mimo chorobliwej awersji Tima do zdań oznajmujących, nasza rozmowa przybrała interesujący obrót.
Cliff Daniels z przeciętnego faceta w szarym bawełnianym garniturze przeistoczył się w znacznie bardziej skomplikowaną i tajemniczą postać. Wzbudziło to kilka sugestywnych pytań, nie wspominając o mrocznych i ponurych wątpliwościach.
Mężczyzna, który w ciągu jednego tygodnia idzie do łóżka z dwiema kobietami, lubi życie na krawędzi. Ten facet nie musiał sztucznie się podniecać — wystarczyło zadzwonić po dwie lub więcej kobiet, aby się o to zatroszczyły.
Właśnie do czegoś takiego tu zapewne doszło. Spojrzałem na leżące na łóżku ciało i zadałem sobie oczywiste pytanie: Co robił Clifford w godzinie poprzedzającej śmiertelny strzał? Czy zginął samotnie, czy ktoś mu towarzyszył?
Spojrzał na mnie wyczekująco, gdy zastanawiałem się, czy zadać mu kolejne pytanie, czy zwyczajnie się zabić. Kiedy nic nie odpowiedziałem, zapytał:
Spojrzałem na niego.
Spojrzał na mnie uważnie.
Wskazałem na tłumik umieszczony na lufie.
— Czy słyszałeś kiedykolwiek o tym, aby samobójca użył tłumika?
— Hm...
— Nie.
Ergo, szok i zaskoczenie wydały mi się czymś nie na miejscu. W końcu popełnienie samobójstwa było jego pomysłem. Na pośmiertnej masce Danielsa spodziewałbym się wyrazu ulgi, gniewu, smutku i cierpienia lub jakiejś wypadkowej tych uczuć.
Drugą dziwną rzeczą był tłumik. Nawet jeśli pistolet należał do Clifforda, tłumik był rzeczą trudno dostępną, drogą i niezwykłą nawet u kolekcjonera broni. Wiecie, miłośnicy broni palnej lubią głośne wystrzały. Nie, tłumik to narzędzie zabójcy.
Żadna ze wspomnianych niespójności nie wykluczała samobójstwa ani sama w sobie nie sugerowała morderstwa, łącznie budziły jednak wątpliwości, a wątpliwości są niczym termity — jeśli je ignorujesz, czynisz to na własne ryzyko.
Właśnie miałem zamiar zadać Timowi kolejne pytanie, gdy usłyszałem dźwięk kroków. Odwróciłem się w samą porę, aby zobaczyć major Bian Tran wchodzącą do sypialni w towarzystwie wysokiego, szczupłego czarnoskórego mężczyzny w tweedowej marynarce. Dżentelmen ów był zdumiewająco podobny do aktora grającego Aleksa Crossa w filmie W sieci pająka. Gość miał blizny po trądziku na twarzy, włosy w kolorze soli i pieprzu oraz zamyślone brązowe oczy. Pomyślałem, że to dziwne.
Dżentelmen ów spojrzał na mnie tak, jakby był czymś wkurzony. Major Tran przyglądała mi się z wyrazem rozbawienia w oczach.
Czarnoskóry mężczyzna podszedł do mnie i zadał dwa bezpośrednie pytania:
Wyciągnąłem legitymację i mignąłem mu ją przed oczami.
Wyrwał dokument i przyglądał mu się przez chwilę.
Spojrzałem na major Tran. Była najwyraźniej czymś zajęta, bo unikała mojego wzroku.
Enders włożył moją legitymację do kieszeni i powiedział:
Sięgnął do pasa i wyciągnął kajdanki. Kiepska sprawa.
Spojrzałem na Tran. Tym razem odpowiedziała na moje spojrzenie, a właściwie uśmiechnęła się.
Nie musiałem zgadywać, bo Enders wtrącił się ponownie:
Spojrzał zdziwiony. Toczyliśmy ze sobą samcze zmagania o to, kto kogo bardziej wkurzy. Patrzylibyśmy sobie w oczy przez całą wieczność, gdyby któryś z nas nie ustąpił. Kobiety są lepsze w te klocki — uśmiechają się, mówią coś miłego i pojednawczego, a mszczą się później.
Na szczęście Tran wyciągnęła z kieszeni ołówek i notes, mówiąc:
Enders zrobił kolejny groźny krok w moją stronę.
Tran, która już wcześniej wykazała się sprytem i czujnością, położyła dłoń na ramieniu Endersa i doradziła:
— Czemu mielibyśmy tego nie zrobić?
Sierżant cofnął się niechętnie o krok, wyciągnął komórkę i wprowadził numer, który mu podyktowała.
Obserwowałem cierpliwie, jak słucha dzwonka. Kiedy z drugiej strony podniesiono słuchawkę, przedstawił się i wyjaśnił swój — a właściwie mój — problem. Po dłuższej chwili powiedział:
Podał mi telefon i potarł ucho.
Jasna cholera. Wziąłem telefon od Endersa, przez chwilę zastanawiając się, czy go nie upuścić.
Dama po drugiej stronie, Phyllis Carney, była moim przełożonym — starszą panią o wyglądzie i sposobie bycia bajkowej babci oraz dobrotliwym temperamencie dużego złego wilka. Miała około osiemdziesiątki, a zatem już dawno powinna była przejść na emeryturę, co wskazywało, że albo była niezastąpiona, albo znała numer pokoju, w którym członek podkomisji nadzoru nad wywiadem widuje się ze swoją kochanką. Przypuszczalnie w grę wchodziło jedno i drugie, Phyllis bowiem nie lubiła zostawiać niczego przypadkowi.
Oficjalnie była specjalną asystentką dyrektora CIA, co było mglistym określeniem i jako takie najwyraźniej świetnie jej odpowiadało. Chociaż pracowałem dla Phyllis od sześciu miesięcy, nie wiedziałem dokładnie, czym się zajmuje ani kim właściwie jest. Człowiek miał poczucie, że ją zna i na zewnątrz faktycznie tak było. Jednocześnie było w niej coś ulotnego — budząca obłęd tajemniczość, jak mógłby powiedzieć jeden z moich przyjaciół pisarzy. Do jej obowiązków należało asekurowanie dyrektora, co było syzyfową robotą w takim demokratycznym kraju jak nasz, w którym szpiedzy wzbudzają nieufność prezydenta, są pogardzani przez dziennikarzy, zakuwani w dyby przez lewicę i demonizowani przez prawicę, a na dodatek w każdej chwili w ich sprawie toczy się nie mniej niż trzydzieści dochodzeń przed Kongresem.
To, że szef wybrał ją do tego przykrego i niewdzięcznego zadania, mówił coś o Phyllis. Właściwie mówił coś więcej, bo przyjęła to Wyzwanie, gdy jej koleżanki z ogólniaka leżały dwa metry pod ziemią lub toczyły bój z rakiem i huraganami na amerykańskim cmentarzysku słoni.
Musiała dobrze wykonywać swoją pracę, bo jej szef był drugim Najdłużej urzędującym dyrektorem Agencji w robocie, którą tylko nieliczni wykonywali wystarczająco długo, aby przetrzymać książki w bibliotece.
Właściwie to lubiłem Phyllis. Była uprzejma i dobrze wychowana w miłym staromodnym stylu, na dodatek rzeczowa i inteligentna. Czasami odnosiłem wrażenie, że ona także darzy mnie sympatią. Szpiegów i żołnierzy łączy jednak związek, oglądnie mówiąc, skomplikowany. Jest to częściowo spowodowane faktem, że wojskowi, kiedy nie asekurują własnego tyłka, kierują się kodeksem wojskowym — kodeksem, który nakazuje pogardę dla takich pokrętnych działań jak zdrada, oszustwo, podstęp i naginanie zasad moralnych. Tyle że wspomniane cechy powodują, że CIA jest światowej klasy agencją wywiadowczą. Ogólnie sądzę, że jedni i drudzy po prostu sobie nie ufają.
Odchrząknąłem i przyłożyłem telefon do ucha.
Nie odpowiedziała, lecz słyszałem, że ciężko dyszy. Nienawidzę, gdy kobiety to robią.
Wiedziałem, że sama chce odpowiedzieć na swoje pytanie, więc nie zareagowałem.
Po naszemu oznacza to, że kaptur nie czyni mnicha. Naprawdę mnie to zabolało.
Spojrzałem na teczkę pod łóżkiem. Bian Tran podążyła za moim wzrokiem i uśmiechnęła się. Musiałem wyrównać rachunki i wiedziałem, jak to zrobić.
Poinformowałem Phyllis, a zatem również Endersa i Tran, którzy zachowywali się niegrzecznie, podsłuchując naszą rozmowę.
Enders zrozumiał, że coś nie jest w porządku, i rzucił Tran poirytowane spojrzenie. Ta z jakiegoś powodu przestała się uśmiechać i zaczęła sprawiać wrażenie wkurzonej.
Patrzyła na mnie także major Tran, przypuszczalnie zastanawiając się, jak spędzić resztę dnia. Po chwili zasugerowała z lekką nutką uznania:
Odwróciłem się w jego stronę i powiedziałem:
Popatrzył na mnie jak na wariata.
Po tych słowach przeszliśmy przez salon, odsunęliśmy szklane drzwi i stanęliśmy na balkonie. Była to wąska, licząca nie więcej niż metr pięćdziesiąt długości przestrzeń. W dole biegła zakorkowana o tej porze Glebe Road. Wyobraziłem sobie Cliffa Danielsa stojącego w tym samym miejscu co my, z koktajlem w dłoni, przypatrującego się morzu pojazdów i rozmyślającego nad paskudnymi okolicznościami, które miały go skłonić do odebrania sobie życia. Samobójstwo bardzo rzadko bywa aktem spontanicznym, dlatego zastanawiałem się, jakie pasmo nieszczęść i bolączek skłoniło Cliffa do usunięcia własnej osoby z ogólnoludzkiej puli genów.
Z drugiej strony Cliff wcale nie musiał odbywać ze sobą takiej rozmowy — może przeprowadził ją z nim ktoś inny.
Milczeliśmy dłuższą chwilę. Tran skrzyżowała ręce i spoglądała na wiszące w oddali gąbczaste cumulusy, które nie wydawały się szczególnie interesujące. Typowa babka.
Pokręciła głową.
Wyciągnąłem portfel i pokazałem jej swoją legitymację wojskową, którą, zgodnie z regulaminem, otrzymałem zaledwie tydzień wcześniej jako dowód nowego stopnia i, miejmy nadzieję, nowego wynagrodzenia. Pozwoliłem, aby uważnie ją obejrzała, obserwując, jak wyraz jej twarzy zmienia się od sceptycyzmu do poirytowania. Kiedy wsunąłem legitymację do portfela, powiedziała:
Wyglądała na wkurzoną.
Najwyraźniej nie uznała mojej uwagi za zabawną. Przymknęła powieki i oznajmiła:
Odchrząknęła.
— Co to ma znaczyć?
Wychyliłem się na zewnątrz, rozmyślając o jej słowach. Chociaż twarz Tran komunikowała inne emocje, wyczułem, że działa pod silną presją i musi wrócić z teczką Danielsa. Podobnie jak ja mogła nie wiedzieć, dlaczego to takie ważne, i przypuszczać, że w środku musi być coś cennego. Szczerze mówiąc, miałem zgoła inne przypuszczenia.
— Skąd miałabym o tym wiedzieć?
— To nie jest właściwa odpowiedź, majorze.
Zawahała się, przypuszczalnie walcząc z pokusą powiedzenia „wal się”, jednak w końcu odparła:
Roześmialiśmy się.
Intrygująca dama. Oczywiście nigdy nie należy lekceważyć konkurencji. Bian Tran była fascynującą i zaskakująco złożoną kobietą — pewną siebie, energiczną, odważną, a z drugiej strony przebiegłą, bezczelną, sprośną i lekko cyniczną. Pod powierzchnią chłodnej inteligencji i żołnierskiej powierzchowności wyczułem ogromną pasję, tłumioną spontaniczność i niezależność — cechy, które każda bystra dziewczyna służąca w armii trzyma pod kontrolą, a niejednokrotnie tłumi, jeśli pragnie zrobić karierę.
Pomyślałem, że to dziwne. Miałem przed sobą kobietę o egzotycznej urodzie Azjatki, która powinna zachowywać się zgodnie z obyczajami panującymi w dawnej ojczyźnie, być nieprzeniknioną, skromną, poddaną mężczyznom i mieć całą resztę idiotycznie mizoginicznych przymiotów, które faceci z kultury zachodniej przypisują kobietom Wschodu. Właśnie dlatego w ogromnym tyglu Ameryki stereotypy są tak niebezpieczne — ograniczają horyzonty myślowe, kształtując nasz punkt widzenia i sposób postępowania. Człowiek, którego postrzegasz w stereotypowy sposób, może ci nieźle dokopać.
W każdym razie uznałem, że czas najwyższy wyłożyć karty na stół.
Spojrzała na mnie osłupiała.
Udałem, że tego nie zauważyłem:
Wyglądała na poirytowaną.
Przez chwilę zastanawiała się, jakie ma pole manewru. Chociaż nie miała wyboru, podjęła ostatnią próbę.
Po dłuższej chwili milczenia, dodała:
Spojrzała mi prosto w oczy.
Odsunęła szklane drzwi i weszła do środka, a następnie stanęła w przeciwległym kącie salonu, zakładając ręce i udając, że wpatruje się w dywan. W rzeczywistości bacznie mnie obserwowała.
Otworzyłem klapkę telefonu i zadzwoniłem do Phyllis. Odebrała panna Teri Jung, jej urocza i bardzo życzliwie nastawiona sekretarka, i kazała mi czekać. Wyczułem, że szefowa nie jest w pogodnym nastroju, ponieważ rozpoczęła naszą rozmowę słowami:
Usłyszałem głębokie westchnienie. Staram się nie wydobywać z szefowej jej najlepszych cech. Wspomniała o czymś, co już wiedziałem, że oczekuje dobrego wyjaśnienia.
Zwięźle przedstawiłem swoje obserwacje i wnioski, dodając, że ktoś mógł pomóc Cliffowi w rozstaniu się ze światem, że major Tran przejawia podejrzane skłonności terytorialne wobec jego teczki, i że może ona zawierać jakieś obciążające lub jeszcze gorsze materiały. Phyllis jest dobrym słuchaczem — nie można jej zarzucić braku cierpliwości — dlatego nie przerywała mi ani nie dodawała żadnych komentarzy, dopóki nie skończyłem.
Dzisiejszego dnia mieliśmy kiepski start.
Milczenie.
— Phyllis, jestem w to zaangażowany. Powiedz mi, co jest grane, bo pozwolę Tran zabrać teczkę.
Chyba chodziło jej o to, że może zaszkodzić jej samej, co mogło oznaczać jedno i to samo.
W najnowszych wiadomościach pojawiają się nazwiska wielu Arabów, znałem jednak to, które wymieniła. Dwadzieścia lat temu Mahmud Charabi uciekł z Iraku, w ostatniej chwili wymykając się z rąk zbirów Saddama Husajna, który nie bez powodu deptał mu po piętach. Później przeprowadzono kilka nieudanych zamachów na życie Charabiego — płatny zabójca próbował go sprzątnąć w londyńskim hotelu, a w Paryżu ostrzelano go przed wejściem do nocnego klubu. Później Saddam odwołał swoje psy, ponieważ inni irakijscy uchodźcy stali się ważniejszym celem lub uznano, że nie jest już dłużej wart wysiłku. Charabi stał się wiecznym tułaczem, człowiekiem bez korzeni. Szukał schronienia najpierw w Szwajcarii, a później w Londynie i Paryżu, by w końcu zamieszkać w Waszyngtonie. Podobnie jak wielu uchodźców, którymi kierowała nienasycona ambicja i dawne urazy, założył organizację, której celem było wyzwolenie ojczyzny — Iracką Konferencję Narodową.
Wiele grup opozycyjnych i wyzwoleńczych to nic innego jak kluby towarzyskie stworzone przez pogrążonych w nostalgii ekspatriantów — stowarzyszenia na rzecz groteskowej przegranej sprawy lub zwyczajny przekręt mający na celu wyłudzenie pieniędzy od łatwowiernych głupców. Świat jest nikczemnym miejscem, pełnym paskudnych tyranów, nienawistnych przesądów, dawnych nieodpokutowanych win, głodu, chorób, ludobójstwa i bratobójstwa. Oczywiście wszystkiemu jest winna puszka Pandory, chociaż podejrzewam, że może mieć z tym coś wspólnego ludzka natura. Na każde zło przypada przynajmniej jedna osoba, która chce je naprawić.
W Waszyngtonie są tysiące rewolucjonistów-ekspatriantów, którzy rywalizują o to, aby ich marzenia i cele znalazły się na liście pilnych spraw Wuja Sama. Kilku szczęśliwców znalazło nawet bogatego i/lub wpływowego mecenasa finansującego lobbującego w ich sprawie. Musi być coś romantycznego i awanturniczego w cudzoziemcach głoszących wzniosłe hasła, ponieważ są bardzo poszukiwani przez hollywoodzkie gwiazdy pragnące zabrać głos w doniosłej sprawie podczas koktajli organizowanych w Dystrykcie Columbii oraz bardziej znanych salonach Georgetown. Właściwie czemu nie? Xian rozprawiający o wyzwoleniu udręczonego Tybetu wydaje się bardziej wzniosły od mężulków Plotkujących przy stole o opłatach za pole golfowe w ekskluzywnym ośrodku rekreacyjno-sportowym należącym do Kongresu. Osobiście wolę proste towarzystwo, gdy jem, a już z pewnością, gdy piję.
Nie mam wątpliwości, co przyciąga entuzjastycznych uchodźców do brzegów Ameryki — nasza potężna siła, której są tak dotkliwie pozbawieni; nasza mentalność „światła na błyszczącym wzgórzu” i ich palce wskazujące mroczne miejsca; amerykańska wiara we własne siły i gotowość współczucia oraz ich pragnienie, aby to wykorzystać.
Ameryka ma w swoich dziejach niechlubną kartę ujarzmiania innych narodów, co nie przekreśla faktu, że w ostatnim czasie próby narzucenia trwałej dominacji nie zawsze były udane. Na dodatek trudno dzisiaj znaleźć światową potęgę, która byłaby skłonna występować przeciwko małym państwom w sprawiedliwej sprawie. Europejczycy już tego próbowali. W rezultacie stracili ochotę na cudzoziemskie terytoria, knucie intryg i ryzykowne eskapady, które zwykle kończyły się fatalnie. Z kolei Rosjanie i Chińczycy są zupełnie pozbawieni skłonności do działań charytatywnych. Wyzwalają narody tak, jak mafia pożycza pieniądze — na lichwiarski procent. W odróżnieniu od nich Amerykanie są hojni, jeśli nie naiwni, a na dodatek przekonani o swoim mesjańskim powołaniu oraz tym, że rozwiązania, które są skuteczne w ich kraju, okażą się takie gdzie indziej. Ameryka to Nowy Świat, inne państwa to Stary Świat, a jak wiadomo nowe jest zawsze lepsze od starego. Prawda?
Jak wcześniej wspomniałem, Waszyngton przyciąga wielu zelotów pragnących pożyczyć pieniądze od Wuja Sama oraz legiony innych, którzy chcieliby nam poprzestawiać dekoracje. Niektórzy są prawdziwi, a ich opowieści o ucisku i niedoli oraz ponury optymizm naprawdę rozdzierają serce. Inni to szarlatani, oszuści, pozerzy i dranie. Niestety, trudno odróżnić jednych od drugich, a człowiek, który popełni błąd, otrzyma w prezencie długą listę zabitych i krótką listę wymówek. Kilku szczęśliwcom, takim jak szach Pahlawi lub Aristide, udało się spełnić swoje marzenie, chociaż dwaj wymienieni nie są przypuszczalnie najszczęśliwszym przykładem.
