Utracone Ziemie: Zmierzch Epoki Tom 2 - Shaun L Griffiths - ebook

Utracone Ziemie: Zmierzch Epoki Tom 2 ebook

Shaun L Griffiths

4,6

Opis

Wszyscy są przekonani, że dziewięcioletnia Holly zginęła, broniąc przełęczy w Wysokich Alpach. Wtem jednak Carter zaczyna znów słyszeć jej głos.

Przysypana śniegiem i sparaliżowana Holly zostaje w końcu odnaleziona, jednak nie przez swoich przyjaciół, lecz przez Złego, który zamierza ją wykorzystać do swoich mrocznych celów.

Carter jest przytłoczony poczuciem winy za pozostawienie przyjaciółki na pastwę losu. W głowie cały czas słyszy jej rozpaczliwe wołanie o pomoc oraz ratunek przed największym złem, jakie widział świat. Postanawia, że wbrew przeciwnościom ocali duszę Holli i za wszelką cenę sprowadzi jej ciało do domu. Na poszukiwania wyrusza wraz z Vinem i Nazem, członkami ludu Śnieżnych Niedźwiedzi obdarzonych zdolnością przemiany w zwierzęta. Nie mają jeszcze pojęcia, z czym przyjdzie im się zmierzyć, i że wyprawa, na którą wyruszyli okaże się najbardziej zabójcza ze wszystkich dotychczasowych.

Carter, Vin i Naz zrobią wszystko co w ich mocy by uratować Holly przed mrokiem. Czy uda im się odnaleźć dziewczynę, nim będzie za późno?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 380

Rok wydania: 2017

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (7 ocen)
5
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Aelin_9

Nie oderwiesz się od lektury

Lekka, w sam raz na jeden wieczór
00
mari0l4

Nie oderwiesz się od lektury

wciągająca fabuła
00

Popularność




UTRACONE ZIEMIE

ZMIERZCH EPOKI TOM 2

SHAUN L GRIFFITHS

Copyright 2017, Shaun L Griffiths

Uwagi dotyczące licencji: Niniejszy e-book jest przeznaczony wyłącznie dla Twojego użytku. Nie może być sprzedany dalej lub przekazany innym osobom. Jeśli chciałbyś/chciałabyś podzielić się nim z kimś innym, prosimy o zakup dodatkowego egzemplarza. W przypadku gdy jest to więcej niż jedna osoba, prosimy o zakup odpowiedniej liczby egzemplarzy. Jeśli czytasz niniejszą książkę, lecz jej nie zakupiłeś/zakupiłaś bądź nie została ona zakupiona dla Twojego wyłącznego użytku, odwiedź stronę Amazon.com celem nabycia własnej kopii. Dziękujemy za docenienie wysiłku autora.

Przekład: Damian Kwapisiewicz

Redakcja: Wioletta Sytek

Projekt okładki: CoverQuill.com

Created with Vellum

Tomowi

Czasem trzeba udać się na krańce świata, aby znaleźć to, czego naprawdę się pragnie.

PROLOG

UBIEGŁEJ NOCY

Nawet w otaczającej ciemności Sam mógł rozpoznać krępe sylwetki Naza i Vina. Białe futro śnieżnych niedźwiedzi mocno kontrastowało ze wzgórzami w oddali. Sam skinął głową w podzięce za to, że obaj zdecydowali się towarzyszyć mu w nadchodzącej walce. Wystąpił naprzód, zwołując ludzi do zwarcia szyku.

Naz poczuł, że pęcznieje z dumy na myśl, że Sam traktuje ich jak równych sobie.

– Stanie na pierwszej linii! – powiedział Naz do Vina, ustawiając się obok niego. – Sam będzie naprawdę wielkim przywódcą tego klanu, gdy tylko dopną swego i koronują go na króla.

– A do tego nazwał nas przyjaciółmi, Naz, słyszałeś to?

Naz potrząsnął głową z niedowierzaniem.

– Słyszałem. W domu nigdy nam nie uwierzą, że mamy przyjaciela króla!

Kątem oka Naz dostrzegł zbliżającego się Cartera. Szturchnął Vina w żebro.

– Oto idzie młody bohater – powiedział cicho.

Vin obrócił się i zobaczył Cartera, który potężnymi skokami wzbijał tumany kurzu na spopielonej łące.

– Powinieneś być nad rzeką wraz z innymi i pomagać im dostać się na wyspę. Już wystarczająco zasłużyłeś się na tej wojnie – powiedział Vin.

– Moje miejsce jest u boku Sama. Przychodzę tu jako goniec, będę przekazywał wieści.

– Słyszałem, że jesteś jednym z najszybszych – powiedział Naz. – Staniemy jako tylna straż. Już nasza w tym głowa, żeby żadna małpa się nie prześlizgnęła. Dopilnujemy, żebyś miał wolne pole.

Carter zadarł wysoko głowę, próbując spojrzeć potężnym niedźwiedziom w oczy.

– Chciałbym, żebyście wiedzieli, że to była prawdziwa przyjemność móc was poznać – powiedział.

– Och, Carter, już mi się tak nie roztkliwiaj, to przecież nie jest koniec. Damy sobie radę, a tym małpom tak dowalimy, że ani się obejrzą, a wylądują po drugiej stronie lasu. No weź, już jutro będziemy się z tego wszyscy śmiać – powiedział Naz, szczerząc zęby w uśmiechu, który – miał nadzieję – wyglądał wystarczająco przekonująco.

Carter próbował odpowiedzieć uśmiechem, ale wyszedł z tego bardziej niezadowolony grymas.

– Miej oczy dookoła głowy, Carter – powiedział Vin. – W tym mroku mogą zaatakować z każdej strony. Nie skupiaj się tylko na jednym punkcie. Musisz zachować czujność i obserwować, co się dzieje dookoła. Informuj Sama, gdyby jakieś małpy próbowały nas zajść od tyłu.

– Tak jest – obiecał Carter.

Niedźwiedzie obserwowały ludzi ustawiających się w szyk skierowany w stronę lasu. Syczące płomienie rzucały na nich potężne, rozedrgane cienie. Naz dostrzegał niepokój wśród niektórych. Jedni nerwowo przebierali nogami w miejscu, poprawiając jednocześnie chwyt swoich kosturów. Inni zastygli w niemal całkowitym bezruchu. Widać było tylko przesadnie silne falowanie ramion, gdy brali głębokie oddechy, próbując się uspokoić. Głucha cisza wisiała pomiędzy ludźmi. Na czele stał Sam, opierający się o swoją laskę, cierpliwie wyczekując właściwego momentu, jak podczas połowu.

– Pierwszy szereg… przyjąć postawę! – krzyknął.

Pierwsza linia walczących przyklęknęła, ustawiając kostury pod kątem jako śmiertelnie groźną barierę przeciw nadchodzącym małpom.

– Pierwszy szereg! Na mój rozkaz wykonujecie pchnięcie i natychmiastowy odwrót – zakomenderował.

– Jaką taktykę zamierzacie obrać? – spytał Naz.

– Ci, którzy są z przodu, mają za zadanie powstrzymać pierwszą falę atakujących – powiedział Carter. – Zgodnie z planem mają wystąpić naprzód i zadać cios w brzuch bądź szyję. Kiedy małpy padną na ziemię, staną się przeszkodą dla tych, które będą nacierały za nimi. Wtedy nasi ludzie wycofują się za linię walki i zastępuje ich drugi szereg, który ma się zająć kolejnymi napastnikami. Chodzi o to, żeby spowolnić małpy i nie pozwolić im zaatakować z pełnym impetem.

– Taki plan wymaga dzielnych ludzi – powiedział Vin. – I bardzo zdyscyplinowanych.

– Ćwiczymy całe nasze życie, choć do tej pory robiliśmy to z nadzieją, że nigdy nie będziemy musieli tego wykorzystać. Lepiej, żebym zajął już swoją pozycję – rzekł Carter.

– Carter… wszystko dobrze się skończy, już nasza w tym głowa, żeby nic ci się nie stało. Do zobaczenia przy śniadaniu – powiedział Naz.

Tym razem uśmiech Cartera był szczery. Spojrzawszy ostatni raz na potężne niedźwiedzie, które miał sposobność poznać tak blisko, Carter wyruszył w stronę płonącego lasu, aby zająć miejsce blisko Sama.

– W życiu byś nie powiedział, że to podrostek – powiedział Naz. – Dźwiga na barkach ogromny ciężar jak na kogoś tak młodego.

– Szybko dorósł – przytaknął Vin. – Co się jednak dziwić, nie miał innego wyjścia.

Nikt nie zwrócił uwagi na wybuch po lewej stronie. Kolejna sosna właśnie zajęła się ogniem i eksplodowała pod wpływem rozżarzonego powietrza, tryskając wokół deszczem gałęzi i popiołów.

– Nie zostało już wiele – powiedział Vin. – Małpy rzucą się na nas, gdy tylko padnie ostatnie drzewo. Nie mają żadnej strategii, to będzie zwykła, mordercza szarża.

Naz popatrzył na towarzysza. Przez chwilę myślał o tym, że są ostatnimi ocalałymi spośród gwardzistów wysłanych po to, aby powstrzymać napaść małp. Czuł dumę, że może tu, w tej chwili, stać obok młodego rekruta.

– Vin, przetrwamy to. Udało nam się wtedy, uda nam się tego wieczoru. Jesteśmy gotowi. Jesteśmy Gwardzistami.

Vin skinął w milczeniu głową, szykując się wewnętrznie do bitwy o los Ziem Południowych. Podeszli do uformowanych już szeregów. Pożoga była bliżej z każdą upływającą chwilą. Vin poczuł, jak łomocze mu serce i drżą kolana od tętniącej w żyłach adrenaliny. Ani kroku wstecz, pomyślał. Szczególnie dzisiaj.

Las błyskał się czerwienią rozwścieczonych małp obserwujących każdy ich ruch. Niezdolne sforsować bariery, jaką był więżący je las, wydawały z siebie przeraźliwe wrzaski. Czerwień ich oczu błyskała pomiędzy drzewami, które stanowiły ostatnią przeszkodą oddzielającą je od upragnionej wolności. Las będący ich więzieniem od pokoleń miał już wkrótce obrócić się w nicość, a droga do zemsty na wszystkich istotach żywych stanąć otworem.

ROZDZIAŁ1

NASTĘPNEGO RANKA

Mgła podnosiła się powoli, podczas gdy las w oddali przykryty był cienkim, białym kożuchem syczącej pary. Zapach spalonej sosny był wszechobecny. Niebo, szare i ciężkie od dymu i pary znad lasu, oraz niskie, ciężkie od deszczu chmury zdawały się przytłaczać Naza.

Przetoczył się na plecy i wydał z siebie przeciągły jęk. Jego futro, przemoczone i skołtunione od leżenia w mule rzecznym, przybrało teraz szaro-brązowy kolor. Patrząc na siebie, pomyślał: Cóż, przynajmniej teraz mam wspaniały kamuflaż.

Obrócił głowę i zobaczył po swojej lewej stronie zwiniętego w kulkę Vina, który chociaż raz nie chrapał. Leżał na stosie popiołu, gdzie zaległ parę godzin wcześniej, wyczerpany po wczorajszych wydarzeniach.

Przynajmniej wciąż żyjemy, pomyślał. To była noc.

Gdy jego świadomość powoli się rozbudzała, Naz próbował przypomnieć sobie wydarzenia minionej nocy. Z odmętów jego pamięci nie wyłaniał się jednak żaden obraz.

Wszystko na pewno wróci... po prostu trochę później, we właściwym czasie, pomyślał. Powieki kategorycznie odmówiły mu posłuszeństwa i wyczerpany Naz odpłynął z powrotem w sen bez snów.

Vin leżał na wpół przytomny i również próbował odtworzyć w swojej głowie przebieg ostatnich zdarzeń. Pamiętał, że stał za rzędem wojowników, obserwując wraz z nimi, jak płomienie zaczynają lizać ostatnie drzewa. Tylko one powstrzymywały małpy przed wydostaniem się na wolność i przetoczeniem się jak kataklizm przez te krainy. Nagle niebo się otworzyło i zaczął padać ulewny, rzęsisty deszcz. Miesiące upalnego, suchego lata właśnie dobiegły końca. Vin nie pamiętał, żeby kiedykolwiek tak się cieszył z deszczu spływającego mu po twarzy.

Kojarzył chwilę, w której do wszystkich dotarło, że to koniec. Byli uratowani. Las, który był ich najsilniejszym obrońcą, miał dalej trwać. Niektórzy padali z wyczerpania na kolana, trzęsące się od adrenaliny krążącej w ich żyłach przed bitwą. Inni wznosili zaciśnięte pięści w górę, krzycząc, śmiejąc się i śpiewając.

Naz i Vin jednak zachowywali się jak na prawdziwych gwardzistów przystało. Powściągliwi w swojej radości, jedynie uśmiechali się do siebie.

– Wygląda na to, że wracamy do domu – powiedział Naz. – Masz może jeszcze trochę ciasta? – spytał z nadzieją.

– Zachowałem kawałek na czarną godzinę – uśmiechnął się Vin.

– Lepiej mieć kawałek i nie mieć apetytu…

– Niż mieć apetyt i nie mieć ciasta – dokończył Vin.

I obaj zaczęli się śmiać, aż rozbolały ich brzuchy, a po policzkach zaczęły płynąć łzy mieszające się z kroplami deszczu. Pamiętał, że obaj padli na ziemię, wycieńczeni atakiem wesołości. Wtedy też Vin darował sobie zdystansowaną pozę i zrzucił z siebie tłumione do tej pory napięcie przed walką.

– Zawsze wiedziałem, że będzie z ciebie dobry gwardzista, Vin – udało się wykrztusić Nazowi pomiędzy napadami śmiechu. – Gwardzista zawsze wie, gdzie jest jego ciasto.

– Dzięki, Naz, ale gdzie jest twoje ciasto?

– W twojej torbie.

Ich śmiechom jeszcze długo nie było końca.

Kilka godzin później Naz zaczął sobie przypominać więcej. Były to przeważnie bezładne przebłyski ubiegłej nocy. Zaczęło się świętowanie, pamiętał, że śpiewał, a w pewnym momencie usiłował nawet tańczyć. Jęknął głośno. O pewnych rzeczach chyba lepiej zapomnieć, pomyślał.

Przynieśli jedzenie. Mnóstwo jedzenia. Czekała na nich smażona ryba, warzywa i ciężkie bochny grubego chleba. Pamiętał, że ktoś podał mu kubek, w którym była jakaś żółtawa ciecz. Frank, tak, chyba tak miał na imię. Mówił, że robi najlepszy sok z żółtych jagód w całych Południowych Ziemiach. Wspomnienia nabierały coraz wyraźniejszego kształtu. Sok rzeczywiście dobrze smakował, a do tego był całkiem mocny. Po czwartej dolewce nie czuł już języka. Kojarzył, że Frank był jego nowym najlepszym przyjacielem, a wszyscy Południowcy to w gruncie rzeczy naprawdę fajni ludzie. Muszę spytać Franka o ten sok, zanim wrócimy do domu, pomyślał wtedy, zaprzęgając do tego resztki tlącej się świadomości. Leżał teraz w błocie i na próżno próbował sobie przypomnieć, co się działo dalej. Nie miał pojęcia, jak się tu znalazł ani tym bardziej, gdzie właściwie było „tu”.

Odpocznę jeszcze przez chwilę, wkrótce wszystko się samo wyjaśni.

Jego powieki znowu stały się niewyobrażalnie ciężkie. Naz poczuł, że ponownie zaczyna go wsysać otchłań głuchego, kamiennego snu. Ostatnią jego myślą było: Wkrótce wrócimy do domu.

Holly mocno zaciskała powieki, nie chcąc przyznać, że to, co się właśnie dzieje, wcale nie jest koszmarem sennym. Brakowało jej tchu, a ból w piersi sprawiał, że jej oddech był krótki i sapliwy. Wiedziała, że za zamkniętymi oczami czekało białe światło. Jej ciało jednak było sparaliżowane, nogi i ręce nie były w stanie odgarnąć śniegu, który – teraz była tego pewna – pokrywał jej twarz. Wciąż mogła tylko zdobyć się na nerwowe sapnięcia, ale nie mogła już dłużej się powstrzymywać. Czuła narastającą panikę, że to już się nigdy nie skończy, że zostanie tu na zawsze. Jej myśli w końcu wrzasnęły, wbrew niej samej, NIE... PROSZĘ, NIE W TAKI SPOSÓB! Chwyciła się jedynej rzeczy w swojej pamięci, która, miała nadzieję, mogła ją jeszcze uratować. CARTER, BŁAGAM... POMÓŻ MI!, krzyknęła w duchu, a jej rozpaczliwe wołanie rozpłynęło się w głuchej ciszy.

Carter poczuł to wszystko z przeraźliwą wyrazistością. Całun bieli przesłonił mu wzrok, a kości przeszył dotkliwy chłód. Miał wrażenie, że coś przygniata go do ziemi i coraz trudniej mu oddychać. Próbował łapać powietrze, ale na próżno. Płuca wciąż potrzebowały więcej. Nie mógł się ruszyć, całe jego ciało zamarzło w lodowym więzieniu. Był pogrzebany żywcem. W tym koszmarze nie mógł przestać krzyczeć.

Po drugiej stronie obozowiska Vin natychmiast zerwał się na nogi, futro na karku miał całe zjeżone.

– Naz, mamy problem – rzucił. Już był rozbudzony i czujny.

Krzyk rozległ się ponownie po drugiej stronie obozu. Krzyk mężczyzny, bardzo młodego mężczyzny. Gonitwa myśli w głowie Vina zaczęła mu powoli rysować obraz niebezpieczeństwa w pobliżu. Naz podniósł się chwiejnie na nogach.

– Sprawdzę to – powiedział Vin.

– Idę z tobą – rzucił Naz, podążając tuż za nim.

Kroczyli szybko przez otwarty teren, nie czując już dolegliwości po nocy spędzonej w błocie.

Ujrzeli innych ludzi biegnących do szałasu, z którego dobiegły wrzaski; kilkoro z nich już stało niedaleko wejścia. Gdy Vin i Naz przybyli, ze środka wyłonił się Sam, schylając się przy wejściu.

– W porządku, to tylko zły sen. Nie ma się czym martwić – zapewnił Sam.

– Te koszmary prawdopodobnie będą go jeszcze nękać przez pewien czas, biorąc pod uwagę, ile przeżył – powiedział Naz.

Sam spojrzał na niedźwiedzie stojące z tyłu zbiegowiska.

– Carter będzie potrzebował waszej pomocy i zrozumienia – powiedział Naz. – Widziałem takie rzeczy już wcześniej.

Kerri przybiegła i utorowała sobie drogę między dwiema górami niedźwiedziego futra.

– Wszystko w porządku, Sam? – spytała z troską w głosie.

– To tylko koszmar, Kerri.

– Mogę się z nim zobaczyć?

– Jestem pewny, że to przyniesie mu ulgę – zgodził się Sam.

Kerri przedostała się do środka i ujrzała Cartera siedzącego na łóżku. Usiadła obok z teatralną przesadą, zwracając się w jego stronę.

– Co tam, śniło ci się, że skończyłeś wyścig na drugim miejscu tuż za mną? – zażartowała.

Carter podniósł głowę i spojrzał na nią. Ujrzała jego wymuszony uśmiech i niemal widziała, że na jego zapadniętych barkach spoczywa jakiś ciężar.

– To było zbyt prawdziwe, Kerri – wyszeptał Carter.

Kerri położyła mu rękę na ramieniu.

– Musisz przestać o tym myśleć – powiedziała delikatnie.

– Holly ciągle tam jest... sama.

Kerri zesztywniała.

– Musisz przestać o niej myśleć – powiedziała bardziej gwałtownie.

– Kerri, ja słyszę jej głos, kiedy próbuję zasnąć.

– To dlatego, że czujesz się odpowiedzialny za jej śmierć. Ale to nie była twoja wina. Zrobiłeś wszystko, co mogłeś. To przez burzę nie byłeś w stanie jej usłyszeć. – Kerri przebiegł dreszcz na wspomnienie nocy, która zdawała się mieć miejsce tak dawno, a w rzeczywistości rozegrała się nie dalej niż tydzień temu. Przycisnęła Cartera do siebie.

– Niedługo to przestanie cię nękać, zobaczysz – powiedziała cicho, a jej głos przywołał go do rzeczywistości.

– Marzę, by widzieć cię codziennie po przebudzeniu – powiedział Carter, tym razem naprawdę się uśmiechając.

– Miejmy nadzieję, że twoi rodzice tego nie słyszeli! – odpowiedziała, dając mu kuksańca w żebra.

– No wiesz przecież, co mam na myśli.

Kerri zerwała się na nogi.

– Chodź, poszukajmy jakichś naleśników. Od razu ci się polepszy – powiedziała, kierując się w stronę wyjścia.

Gdy wyłoniła się z szałasu, zobaczyła czekającą na nią Lulu. Na jej twarzy malowało się zmartwienie, jakiego Kerri nigdy u niej nie widziała.

Lu jest zawsze taka beztroska, co się stało?

– Po prostu zły sen, Lu – powiedziała Kerri, ale gdy podeszła bliżej, wydało jej się, że Lulu nie patrzy na nią, lecz na coś w oddali, co tym bardziej jej się nie podobało.

– Lu? Co się dzieje? – Kerri poczuła niepokój.

– To tylko zły sen – powtórzyła Lulu bez przekonania w głosie.

– Pójdziesz z nami coś zjeść? – spytała, chcąc poprawić jej nastrój.

– Jasne – powiedziała Lulu, wyrywając się z transu.

– A co z naszymi przerośniętymi futrzastymi kulkami? Jecie coś poza ciastami? – spytała Naza i Vina.

– Obawiam się, że mój żołądek wymaga dziś łagodniejszych potraw, ale może dam radę, jeśli dostanę trochę tego mchu, który daliście Vinowi na jego guza – rzekł Naz.

– Przesadziłeś z sokiem z żółtych jagód? – zaśmiała się Kerri.

– Po prostu starałem się być towarzyski – powiedział cicho Naz.

– Doktor Mossman jest tam – powiedziała Lulu, wskazując w stronę mężczyzn, którzy właśnie szukali jedzenia.

– Dziękuję, panienko Lucindo.

– Nie bawmy się w formalności – powiedziała. – Mów mi Lulu, każdy tak robi.

Naz skłonił się lekko, wciąż pod wrażeniem pozycji Lulu w klanie.

– Panowie, nie wiedziałam, że potraficie być tacy zgrabni – powiedziała Kerri do Vina i Naza.

– Czy to, co wczoraj wyprawialiście, nazywacie u siebie tańcem? – Lulu również zaczęła się z nimi przekomarzać.

Pełen zawstydzenia uśmiech i błysk białych kłów mógł być wzięty za warknięcie przez kogoś, kto nie miał sposobności poznać śnieżnych niedźwiedzi

– No już, już, to tylko żarty – powiedziała Kerri, figlarnie klepiąc Vina po brzuchu.

Vin zgiął się w pół, oczekując bolesnego uderzenia od dziewczyny, która już raz nabiła mu guza.

– Czy mamy szansę zobaczyć waszą prawdziwą postać, zanim odejdziecie? – spytała Lulu.

– To jest coś, o czym musimy porozmawiać z Samem – powiedział Naz, szybko zmieniając temat.

– O czym, o przemianie?

– Nie, o naszym odejściu – powiedział Naz. – Musimy wkrótce wyruszyć.

– Przyjdźcie pożegnać się ze mną, zanim odejdziecie, proszę – powiedziała Lulu z wyczuwalnym smutkiem w głosie.

– Przyjdziemy, panienko Lucindo… Lulu – poprawił się Naz. Kiwnął głową i obrócił się w kierunku ludzi jedzących śniadanie przy stołach ustawionych w okrąg.

– Chodź, znajdźmy ten mech – rzucił Naz, a Vin ruszył za nim.

Kiedy miała już pewność, że niedźwiedzie ich nie słyszą, Lulu obróciła się do Kerri. Chwyciwszy ją pod ramię, delikatnie poprowadziła Kerri w stronę przewróconego drzewa na skraju obozowiska.

– Czy Carter mówił ci, o czym był jego sen? – spytała Lulu, gdy obie usiadły.

– Powiedział, że słyszy głos Holly we śnie – Kerri głośno westchnęła, prostując się.

Lulu nic nie odpowiedziała. Znów wbiła wzrok w przestrzeń.

– Lu, po prostu dręczą go wyrzuty sumienia, rozumiesz? Nie wydaje ci się, że już wkrótce się z tego wszystkiego otrząśnie?

Lulu siedziała w milczeniu.

– Wszystko będzie z nim dobrze, co nie, Lu? Jest młody, a poza tym wszyscy jeszcze noszą w sercu tę stratę. Jestem jednak pewna, że mu przejdzie.

Lulu w końcu zebrała się w sobie, by spojrzeć na Kerri.

– Po prostu martwię się, że zrobi coś bardzo głupiego – powiedziała.

– Co masz na myśli? – spytała Kerri zaskoczona słowami przyjaciółki.

– Mam złe przeczucia.

– Ale dlaczego, Lu? Holly nie żyje. Byłam tam, nie czułam jej oddechu. Ona już nie wróci, musimy pomóc Carterowi to zrozumieć. I wytłumaczyć mu, że jej śmierć nie jest jego winą– powiedziała szybko Kerri, wyrzucając z siebie wszystkie swoje obawy.

Lulu ścisnęła ją za ramię.

– Wiem, że masz rację. Ale nie rozumiem, co się teraz dzieje w mojej własnej głowie – powiedziała Lu. – Wydaje mi się, że ja również słyszałam jej wołanie i poczułam, że Carter chce jej pomóc, wyciąga rękę ku niej.

– Lu, zaczynasz mnie przerażać. Przestań natychmiast.

– Kerri, przykro mi, wiem, że bardzo kochałaś Holly… Zaczynam się bać sama siebie. Po prostu obiecaj mi, że jeśli wpadnie mu do głowy jakiś głupi pomysł, to przyjdziesz i mi o tym powiesz, dobrze?

– Z kim innym mogłabym o tym porozmawiać? – Kerri poczuła zbierające się w jej oczach łzy. Wolno złapała oddech, by je powstrzymać. Nie będziesz płakać, nie dziś. Holly już tu nie ma, ale Lu zawsze będzie obok,powiedziała sobie.

Lulu znów ją uścisnęła i uśmiechnęła się.

– To pewnie przez głód myślę o takich niemądrych rzeczach. Pójdźmy coś zjeść.

Vin i Naz, dzierżąc kubki w łapach, dotarli do miejsca spotkań. Doktor Mossman nalał każdemu z nich mieszanki podgotowanego mchu i ziół, która miała przynieść ulgę ich zbolałym głowom. Zapach świeżo upieczonego chleba sprawił, że żołądki zaburczały im w chóralnym proteście. Na widok serów i naleśników zapomnieli na chwilę o swoich bolących głowach.

Sam zauważył, że podeszli i zawołał ich, by do niego dołączyli.

– Widzę, że dobrze się wczoraj bawiliście – powiedział Sam z lekkim uśmiechem.

– Zdecydowanie wiecie, jak należy świętować – odpowiedział Naz.

– Jedzenie jest tam – Sam skinął głową w stronę centrum miejsca spotkań.

Niedźwiedzie sowicie napełniły swoje talerze i usiadły pomiędzy Samem i Caseyem przy prostym, drewnianym stole.

– Sam, jakkolwiek bardzo doceniamy twoją gościnność, na nas już czas – powiedział Naz.

– Rozumiem – powiedział Sam. – Czy przebywanie tutaj jest obciążeniem dla waszych ciał? Starzejecie się szybciej?

– Wszystko w porządku, bycie tu pod postacią niedźwiedzi w dużej mierze chroni nas przed starzeniem towarzyszącym przekraczaniu granic, ale nie sądzę, żebyśmy mogli zostać tu dłużej. Już teraz dochodzimy do kresu bezpiecznego przebywania poza naszym światem.

– Macie plan, jak wrócić? Te małpy pewnie wciąż są wściekłe po tym, jak deszcz ugasił płonący las. Tak niewiele brakowało i mogłyby wedrzeć się tutaj, a potem biec w amoku, aż natrafią na kolejną granicę.

– Rozmawialiśmy o tym i według nas najlepiej będzie, jeśli udamy się daleko na zachód i przejdziemy przez wzgórza. Jeśli rzeczywiście wpadlibyśmy w zasadzkę, udamy się w wysokie góry. Nie przetrwają w takich temperaturach i na takich wysokościach, zwłaszcza o tej porze roku.

– Dobry plan – zgodził się Sam. – Szkoda, że musicie nas opuścić. Miałem nadzieję, że zdążymy porozmawiać w przyjemniejszych warunkach.

– My również, jest tyle rzeczy, których nie wiemy o was i o waszych ziemiach. Ale jeszcze dziś możemy zostać, prawda, Vin?

Vin mógł jedynie kiwnąć głową w odpowiedzi, jako że jego pysk wypełniony był chlebem i serem.

– Miło mi to słyszeć – powiedział Sam. – Możemy usiąść wraz z moją córką, Lulu.

– Poznaliśmy już królewnę Lucindę – powiedział Vin, dołączając do rozmowy. – Poprosiła, byśmy spotkali się z nią, zanim odejdziemy.

– Lu pewnego dnia zostanie królową, więc jestem pewien, że jest to jak najbardziej wskazane. Jestem również pewien, że uszczęśliwicie ją, nazywając ją Lulu. Wszyscy tak robią.

Niedźwiedzie uśmiechnęły się znad swoich talerzy.

– Macie tu bardzo dziwne zwyczaje. W naszych stronach podkreśla się pozycję każdej osoby.

– Nie przepadamy za formalizmem. Każdy ma prawo się wypowiedzieć i zostać wysłuchanym z wyjątkiem jednego dnia: tego, w którym koronujemy naszego nowego przywódcę. Ale tu bardziej chodzi o zachowanie tradycji. Dzieci ją zresztą bardzo lubią – uśmiechnął się Sam.

– Za pozwoleniem, chciałbym o coś spytać – powiedział Naz.

– Nie krępuj się. Jak mówiłem, każdy ma tu prawo głosu – zapewnił go Sam.

– Czy możemy zabrać czarny kamień, który znaleźliśmy wczoraj, aby otworzyć bramę do innej krainy?

– Oczywiście, jest już przygotowany dla was. Postarałem się o to dziś rano.

– Dziękujemy. Co zamierzacie zrobić z uchodźcami?

– Ci ludzie byli zgubieni, gdy tylko opuścili swoje miasto. Wiem, że niedługo będą musieli stąd odejść, zanim ci, którzy nie potrafią zamieniać się w koty albo lwy górskie, jak sami o sobie mówią, umrą ze starości. Jak myślicie, ile mają czasu?

– Niezbyt dużo. Im są starsi, tym gwałtowniej będą się starzeć po tej stronie granicy. Najstarsi nie mają zbyt dużo czasu, prawdopodobnie nie więcej niż tydzień. Przechodzenie przez bramy bardzo szybko niszczy ciało, jeśli nie robi się tego w zwierzęcej postaci – powiedział Naz.

– Cóż, widzę sam po sobie! Musimy więc opracować plan jeszcze dziś – powiedział poważnie Sam. Przy stole na moment zapadła cisza. Każdy myślał o tym, co może spotkać zbiegłych z miasta ludzi. – Tym ludziom naprawdę grozi zagłada – dodał w końcu. Bezsilność zdawała się go męczyć.

– Zastanawiałeś się, co z Carterem? – powiedział Vin.

– Cały czas o nim myślę. O co ci chodzi, Vin? – rzekł Sam.

– Wygląda na to, że jest w szoku. Po takiej bitwie każdy ma prawo do załamania, nawet tak doświadczeni wojownicy jak my. Ale ktoś tak młody… – Vin urwał, pozwalając wybrzmieć tej myśli.

– W naszych stronach każdego, kto doświadczył czegoś takiego, wysyła się na intensywne szkolenie, aby przywrócić mu pewność siebie. To jak spaść z konia. Trzeba wrócić na siodło.

Wszyscy pogrążyli się w milczeniu, myśląc o tym, jak najlepiej pomóc Carterowi. W końcu odezwał się Sam.

– Co to jest koń?

Kiedy słońce w końcu zetknęło się z horyzontem, niebo rozbłysło czerwonymi, pomarańczowymi i purpurowymi barwami, przynosząc spokój siedzącemu na północnych równinach klanowi, który ostatnie chwile dnia spędzał na Północnej Równinie. Kerri stała ze wzrokiem utkwionym gdzieś nad wzgórzami. Powolne nadejście ciemności budziło jej coraz większy niepokój.

W końcu dostrzegła czyjąś głowę pośród równiny. Gdy postać wdrapała się na kolejne wzgórze, dało się rozpoznać w niej Cartera. Kerri odetchnęła z ulgą.

– Witaj, nieznajomy – zawołała. – Już myślałam, że się zgubiłeś.

– Spacerowałem – uśmiechnął się Carter.

– Żeby oczyścić umysł? – spytała Kerri.

– Właściwie nie tylko.

– Usiądziesz ze mną dziś wieczorem przy posiłku? Szykuje się prawdziwa uczta na cześć Vina i Naza. Jutro stąd odchodzą.

– Wiesz, że bardzo bym chciał z tobą usiąść, Kerri, ale myślę, że dziś powinienem usiąść z moimi rodzicami.

– Och, oczywiście, to tylko taka propozycja – powiedziała Kerri, ale Carter dostrzegł ślad zawodu na jej twarzy.

– Przepraszam, Kerri. Muszę porozmawiać z Nazem i Vinem przed ucztą. Do zobaczenia później?

– Jasne – wyksztusiła Kerri. Patrzyła, jak odchodzi w stronę ucztujących. Wygląda, jakby dźwigał na barkach ciężar całego świata.

Carter nie miał problemu z odszukaniem w obozie niedźwiedzi, zdecydowanie górujących nad swoim otoczeniem. Zbliżając się do Naza i Vina, próbował patrzeć im prosto w oczy, ale ich wzrost jednak znacząco utrudniał to zadanie. Chciał z nimi porozmawiać, ale nie wiedział, jak zacząć.

– Hej, Carter, coś cię trapi? – spytał delikatnie Vin.

– Słyszałem, że jutro nas opuszczacie.

– Chcielibyśmy wyruszyć jak najwcześniej. Będziemy szli na zachód przez cały dzień, aż natrafimy na granicę – odpowiedział Vin.

– Pamiętacie, o co was prosiłem w związku z Holly? Żeby nie zostawiać jej na pastwę zwierząt, które odnajdą ją wiosną. Żeby zabrać ją gdzieś, gdzie jest ciepło i zielono, aby spoczywała w spokoju.

– Oczywiście – powiedział Vin. – Daliśmy ci słowo, że zrobimy co w naszej mocy. Jesteśmy gwardzistami, Carter. Nasz honor nie pozwala postąpić inaczej.

– Tak sobie pomyślałem, może mógłbym wam jutro towarzyszyć?

Naz i Vin z trudem ukryli zdziwienie, nie wiedząc, co powinni odpowiedzieć. W końcu Naz odważył się przemówić.

– Carter, co ci chodzi po głowie?

– Po prostu muszę to zrobić. Muszę mieć pewność, że Holly naprawdę nie żyje. Tylko w ten sposób sam będę mógł zaznać spokoju.

– Proszę, zostaw to nam. Masz nasze słowo, że zrobimy co w naszej mocy, by ją znaleźć.

– Wiem, gdzie dokładnie się znajduje – powiedział Carter.

– Nie wiem, czy to najlepszy pomysł. Czy właśnie to ci zaprzątało głowę przez cały dzień? – zapytał Naz.

– Nie mogę przestać o tym myśleć. Nie umiem znieść świadomości, że tak po prostu zostawiliśmy ją w górach. Muszę ją znaleźć i wyświadczyć jej tę ostatnią przysługę.

– To zrozumiałe, że chcesz naprawić to, co uważasz za swój błąd. Ale, Carter, nie zrobiłeś nic złego. Nie miałeś wyjścia, musiałeś wydostać się z gór. W taki sposób, przyjacielu, nie pozbędziesz się swoich trosk – powiedział Vin. – Daj sobie chwilę, ból z czasem mija.

– Muszę znaleźć Holly. Muszę udowodnić samemu sobie, że odeszła. Jeśli mi nie pomożecie, pójdę tam sam.

– Ejże, spokojnie. Nie powiedzieliśmy, że nie chcemy z tobą iść, tylko że to nie jest najlepszy pomysł. Rozmawiałeś o tym ze swoimi rodzicami albo z Samem?

– Z nimi porozmawiam w następnej kolejności, ale łatwiej im będzie zaakceptować moją decyzję, jeśli będą wiedzieli, że idę z wami dwoma.

– A jak zamierzasz wrócić do domu, kiedy już ją znajdziesz? – spytał Vin.

– O to będę się martwić później – odpowiedział Carter. – Teraz najważniejsze dla mnie to znaleźć Holly. Nie chcę wymykać się w środku nocy, nie żegnając się z nikim, ale jeśli to będzie jedyny sposób, zrobię to bez wahania.

– Nie sądzę, żeby był to do końca przemyślany plan – powiedział Vin.

– Czy planowaliście przybyć tutaj, do naszej krainy, kiedy wyruszyliście po klejnot? Albo czy myśleliście o ratowaniu tych wszystkich ludzi i sprowadzeniu ich tutaj?

– To była konieczna zmiana planów – powiedział Naz.

– W takim razie to jest moja zmiana planów. Wierzcie mi, ja naprawdę nie chcę tam iść. Wiem jednak, że to wszystko wciąż będzie siedzieć mi w głowie, dopóki nie upewnię się, że Holly spoczywa w pokoju. Jeśli natomiast okaże się, że będę musiał iść sam... cóż, niech i tak będzie.

– Posłuchaj, Carter, jeśli wszyscy zgodzą się na twoje odejście, będziemy szczęśliwi, mogąc ci towarzyszyć. W końcu towarzystwo w podróży jest zawsze mile widziane. Jednak mówiąc szczerze, nie wierzę, by ktokolwiek zgodził się na twój powrót do Górnych Przełęczy zimą.

– Dzięki. Znajdę was przed nadejściem poranka – powiedział Carter, obracając się na pięcie z zamiarem odszukania swojego ojca.

Naz i Vin stali zdumieni.

– Co on ma w tej głowie? – powiedział Naz.

– Nie mam pojęcia, ale mam złe przeczucia – odparł Vin.

Rodzice Cartera czekali już na niego w pobliżu miejsca wypiekania chleba. Zapach ściętych sosen, które pełniły rolę ścianek glinianego pieca, mieszał się z kojącym ciepłem i unoszącym się wokół aromatem chleba i słodkich wypieków. Pochyły dach zbudowany z drewnianych bali pokryty był trawą i ubitą ziemią. Zazwyczaj było to ulubione miejsce Cartera, ale tego wieczoru ani gorący chleb, ani ciepły blask otulający tę prowizoryczną piekarnię nie pobudziły jego apetytu. Carter usiadł między rodzicami, patrząc to na matkę, to na ojca, rozpaczliwie próbując znaleźć słowa, którymi umiałby wyrazić przemożną potrzebę odnalezienia Holly.

– Nie możemy pozwolić, byś tam wrócił – powiedział Ned Woodman.

– Dopiero co cię odzyskaliśmy, synu. Nie możemy ponownie cię stracić – powiedziała matka Cartera.

Ned pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Synu, masz dopiero piętnaście lat, jesteś zbyt młody, by ryzykować życie podczas takiej wyprawy.

– Tato, ile miałeś lat, kiedy po raz pierwszy poszedłeś sam w dół rzeki?

– To co innego. Wiedziałem, dokąd idę. I nie było tam wściekłych małp próbujących mnie zaatakować.

– Nie wiedziałeś, co cię tam spotka – sprzeciwił się Carter. – I ja też wiem, dokąd idę. Byłem tam już wcześniej, no i mam dwóch świetnych przewodników, którzy się o mnie zatroszczą.

– Nie możemy ci na to pozwolić – powiedziała matka Cartera.

– Bardzo mi przykro, że do tego doszło. Miałem nadzieję, że się zgodzicie. Muszę to zrobići pójdę tam, choćbym miał być zupełnie sam.

Ned usiadł oszołomiony.

– Jak możesz prosić nas o zgodę na wyprawę, która może odebrać cię nam na zawsze? – zapytał bezradnie Ned.

– Wcale nie na zawsze, wkrótce do was wrócę. A dzięki tym wszystkim zakrzywieniom czasu przy przechodzeniu przez bramy zdążę na twoje urodziny.

– Carter, nie rób sobie żartów – powiedziała jego matka, coraz bardziej poirytowana. – Jesteś za młody.

– Mamo, tato, posłuchajcie. Bardzo dojrzałem od czasu przekroczenia granicy. Przejście przez bramę zmienia człowieka w każdy możliwy sposób. Wiem, że dla was wciąż jestem małym chłopcem, ale tak nie jest. Dorosłem, a ta wyprawa to jest coś, co po prostu muszę zrobić.

– Carter… Holly nie żyje i już nie wróci. To nie była twoja wina– smutek w głosie Neda sprawił, że matka Cartera nie była w stanie dłużej wstrzymywać płaczu.

– Przykro mi, tato, ale muszę być absolutnie pewny i samemu się o tym przekonać.

Siedzieli, spoglądając na siebie nawzajem. Ned mocno obejmował matkę Cartera, wciąż łkającą na myśl o ponownej utracie syna.

– Przykro mi. Muszę to zrobić.

Na chwilę zapadła bolesna cisza. W końcu Ned zwrócił się do Cartera.

– Lepiej, żebyś wyruszył przygotowany, niż miał się wymykać bez pożegnania. Pomogę ci, jak tylko będę mógł – rezygnacja w głosie ojca i łzy matki niemal zachwiały postanowienie Cartera. Czy to wszystko naprawdę jest warte tego bólu, który teraz im zadaję?

W chwili, gdy zaczęło go ogarniać silne zwątpienie, znów usłyszał krzyk dobiegający z wnętrza jego głowy, przenikający całe ciało. Wrzask chwytał go za serce i rozsadzał mu pierś.

CARTER, PROSZĘ, POMÓŻ MI!

– COŚ TY POWIEDZIAŁ?! – krzyknęła Kerri.

– Nigdzie nie idziesz, nie ma takiej opcji – powiedział Sam.

Wydawało się, że świat zastygł w bezruchu, gdy Casey westchnął zaskoczony. Carter mógł się teraz przyjrzeć z bliska jego potężnym rozmiarom i zobaczyć, ile ten człowiek zajmuje miejsca. Ludzie zazwyczaj woleli siedzieć naprzeciw Caseya niż obok, chyba że nie mieli nic przeciwko siedzeniu na samym skraju ławy. To miejsce zresztą było zazwyczaj zarezerwowane dla Kerri. Gdy budowano stoły, nikt nie przypuszczał, że będzie z nich korzystał ktoś wzrostu Caseya. Carter spojrzał na jego potężne ręce, zaciśnięte teraz w pięści. Wiedział, że Casey przede wszystkim myślał o tym, jak na nowinę zareaguje Kerri. Wiedział również, że musi ostrożnie dobierać słowa. Odkąd Casey przygarnął Kerri do swojego domu po tym, jak jej rodzice zaginęli w lesie, postrzegał siebie jako jej strażnika. Do tego wyjątkowo groźnego.

Carter spojrzał na Kerri, siedzącą naprzeciwko. Czuł, że się trzęsie. Nie umiał jednak powiedzieć, czy z wściekłości, czy z niepokoju.

– Wyjaśniłem już wszystko moim rodzicom. Lepiej, żebym wyruszył z waszą pomocą, niż całkowicie sam. Zrozumcie, muszę to zrobić. Nie mogę tam zostawić Holly.

– Holly była moją najdroższą przyjaciółką – powiedziała Kerri. – Nie zostawiłabym jej tam, gdyby wciąż żyła. Carter, musisz pogodzić się z tym, że ona już nie wróci. Niedźwiedzie przyrzekły, że spróbują ją znaleźć i zabrać z przełęczy. Proszę... – Kerri ścisnęła jego dłoń. – Proszę, zostaw to niedźwiedziom.

– A co, jeśli jej nie znajdą? Całe życie będę cierpiał w niepewności. Wszyscy wiemy, że niektóre zwierzęta potrafią miesiącami spać w śniegu, nawet przez całą zimę, a gdybyś je znalazła, mogłabyś przysiąc, że nie żyją. A potem przychodzi wiosna... Dlaczego z Holly nie mogłoby być podobnie?

Spojrzeli na Cartera, niezdolni do odpowiedzi.

– Dlaczego jesteś tak przekonany, że ona wciąż żyje? – spytał Sam.

– To tylko przeczucie.

– Więc chcesz ryzykować życie dla przeczucia?

– Sam, czy nigdy nie zaryzykowałeś wszystkiego, co masz, nawet życia, z powodu przeczucia? – powiedział Carter.

– To co innego. Teraz jestem dorosły i ponoszę odpowiedzialność za cały klan.

– Każdy mi mówi, że to „co innego”, Sam. Zupełnie jakby to z góry oznaczało, że nie mam racji. Tak czy inaczej, byłem odpowiedzialny za Holly – powiedział Carter.

– I do tego się to wszystko sprowadza – powiedziała Kerri. – Czujesz się winny z powodu tego, co ją spotkało. To nie była twoja wina, Carter. Musisz się z tym pogodzić. To wszystko przez tę straszliwą burzę. Wszyscy mogliśmy zginąć tamtej nocy – Kerri zadrżała na samo wspomnienie. – Sam, proszę, pomóż mi.

– Czy twoi rodzice zgodzili się ci pomóc? – zapytał Sam.

Carter skinął głową.

Sam potrząsnął głową. Zdecydowanie nie chciał podejmować decyzji w tej sprawie.

– Cóż, nie mogę trzymać cię pod kluczem dzień i noc. Mogę ci jedynie powiedzieć, że to naprawdę zły pomysł i nie powinieneś tego robić. Jeśli jednak podjąłeś już decyzję, to wiem, że nie będę w stanie cię powstrzymać. Pozwól, że porozmawiam z Nazem i Vinem.

– Już z nimi rozmawiałem – powiedział Carter.

– SAM! Pozwalasz mu odejść? – wykrzyknęła Kerri z niedowierzaniem.

– Nie zdołam go powstrzymać – powiedział bezradnie Sam.

Kerri szybko się podniosła. Odbiegła od stołu, przewracając swój stołek, a po policzkach płynęły jej łzy.

Wszystkie kubki i talerze podskoczyły w górę, gdy rozgniewany Casey huknął pięścią w stół.

– Jeśli cokolwiek ci się stanie, złamiesz jej serce i odpowiesz za to przede mną – powiedział z wyraźną groźbą w głosie.

Kerri znalazła Lulu nad brzegiem rzeki. Podbiegła do niej i rzuciła się jej na szyję.

– On chce wrócić i odszukać Holly – wykrztusiła Kerri, szlochając Lulu w ramiona.

– Wiedziałam, że będzie chciał zrobić coś takiego – powiedziała Lulu.

– Skąd?

– Kerri, on nie jest głupi ani szalony. Spójrz na mnie i posłuchaj… Holly go wołała, słyszałam ją i czułam, jak próbuje go dosięgnąć, jak próbuje go dotknąć. Ona nie wie, że wyczuwam jej obecność, po prostu cały czas siedzi w jego głowie. Doprowadzi go do szaleństwa, jeśli tam nie pójdzie.

– Słyszysz ją? Dlaczego tylko ciebie i Cartera to dotknęło, a mnie nie?

– Nie umiem tego wyjaśnić, ale jestem pewna, że słyszę głos Holly. Rozmawiałam dzisiaj z Nazem i Vinem. Opowiedzieli mi o wszystkim, co zdarzyło się po tamtej stronie. Wiesz, że Duma ukradł im Kryształ?

Kerri kiwnęła głową, przypominając sobie historię, którą opowiedziały im niedźwiedzie.

– Następnie ukrył go w mieście, gdy Holly, Carter i ja zostaliśmy uprowadzeni. Wydaje mi się, że to, co się teraz dzieje, może mieć związek z przebywaniem w pobliżu Kryształu. Naz powiedział mi, że to magia tak potężna, iż nawet oni się jej boją. Żaden z ich pobratymców nie ośmieliłby się zbliżyć do kamienia, jego władza nad umysłami jest zbyt wielka, nikt nie oparłby się jego pokusom. Dlatego trzymają Kryształ w złotej szkatułce, której strzegą.

Kerri patrzyła w dal, przypominając sobie całą podróż. Mieli uratować dzieci porwane z polecenia Dumy, ale wszystkie plany wzięły w łeb. Potrząsnęła głową, nie mogąc pogodzić się z tym, co właśnie słyszała.

– Lu, nie. Nie uwierzę w to. Holly nie oddychała, kiedy do niej podeszłam. Nigdy nie zostawiłabym jej tam żywej, nigdy! To była moja najlepsza przyjaciółka.

– Tu nie chodzi o ciebie, Kerri. Nikt cię za to przecież nie będzie obwiniał. Dzieje się coś, czego jeszcze nie rozumiemy. Przemawia do niego duch Holly. On może to usłyszeć, i ja również.

– Nie wierzę w to i nie pozwolę mu odejść.

– Kerri, pomóż Carterowi, wtedy na pewno powróci cały i zdrowy. Jeśli będziesz z nim walczyć, zmusisz go, by toczył dwie bitwy naraz.

– Jak ja... co mogę zrobić?

– Daj mu odejść i bądź dla niego wsparciem, kiedy powróci.

Lulu obejmowała ją, dopóki jej szloch nie ustał.

Następnego poranka spotkali się na wzgórzu oddalonym od miejsca spotkań. Harri Boatman uścisnął łapy Naza i Vina.

– Drewno jest bardzo dobrze zapakowane, panie Boatman – powiedział Vin.

– Chociaż tyle mogłem zrobić dla mojej córki. Żałuję, że nie mogę wybrać się z wami – powiedział Harri.

– Domyślamy się, ale bez zdolności przemiany to byłoby samobójstwo – powiedział Naz. – Zrobimy co w naszej mocy, żeby Holly mogła spocząć w ciepłej i zielonej okolicy. Znam piękny dąb, który góruje nad doliną położoną tuż przy naszej granicy. Moja przyjaciółka całkiem dobrze maluje, poproszę ją, żeby uwieczniła ten widok, a obraz przekażemy Carterowi. Holly na pewno zazna tam spokoju.

– Trumna na pewno się ładnie wkomponuje w krajobraz. Takie dryblasy jak wy bez trudu ją udźwigną – powiedział Harri Boatman.

– Dziękujemy, panie Boatman – powiedział Naz.

– Dziękuję wam obu. Jeśli kiedykolwiek zdarzy się wam powrócić w te strony, mówcie mi Harri – pan Boatman czuł, że pierś mu drży i że zaraz zaniesie się szlochem. Wziął głęboki oddech i zawrócił, żeby niedźwiedzie nie zobaczyły jego oczu mokrych od łez na myśl o stracie córki.

Sam zbliżył się do Naza i Vina. Spojrzał w górę i dostrzegł smutek w ich oczach.

– Przypuszczam, że nie możecie doczekać się powrotu do waszych rodzin i domowego jedzenia.

– Tutaj z całą pewnością się nie mylisz, Sam, ale mimo wszystko przykro nam, że musimy was pożegnać. To była szalona wyprawa. Nie spodziewaliśmy się czegoś takiego – powiedział Vin.

– Lu i ja cieszymy się, że mogliśmy z wami wczoraj porozmawiać. Pamiętajcie, że jeśli wasz szef zechce wysłać do nas posła, będzie on tu zawsze mile widziany. Prześlemy wam wiadomość, gdy tylko Zagubieni gdzieś się osiedlą. Pracujemy nad tym, co zasugerowaliście – powiedział Sam.

– Ty i królewna Lucinda zostaniecie opisani w naszej Księdze Dziejów – powiedział uroczyście Naz.

– Tej, którą wasz bohater, Ran, przekazał wam wraz z Kryształem? – dopytał Sam.

– Księga wymienia wszystkich wielkich przywódców, którzy żyli na przestrzeni wieków. Wasze imiona również się tam znajdą – odparł Naz.

Lulu przytuliła Cartera i biorąc go za rękę, odeszła z nim nieco dalej.

– Carter, rozumiem, dlaczego to robisz. Nie wiem, dlaczego to się dzieje, ale ja również słyszę Holly. Słyszałam, jak cię woła.

Carter spojrzał na nią zdziwiony.

– Więc nie oszalałem?

– Nie, nie oszalałeś – Lulu pokręciła głową.– Holly nie wie, że ja również mogę ją usłyszeć, a dopóki nie odkryjemy, dlaczego tak się dzieje, to lepiej, by tak zostało.

– Dlaczego, Lu? Może odzyska spokój, jeśli będzie wiedzieć, że ją wspierasz. Brzmi jakby… jakby była torturowana.

– Wiem, również to czuję. Czułam jej strach. Posłuchaj, obiecaj mi jedną rzecz. Kiedy wokół panować będzie głucha cisza, a ty zabłądzisz w mroku i nie będziesz wiedział, co robić, wsłuchaj się w głos dochodzący... stąd – powiedziała, kładąc mu rękę na piersi.

– Nie bardzo rozumiem, co masz na myśli, ale postaram się tak zrobić. Obiecuję, Lu.

Pocałowała go w policzek ostatni raz.

Kerri podeszła do niedźwiedzi. Na jej widok Vin uklęknął. Kerri i tak musiała wyciągać szyję, by spojrzeć mu w oczy.

– Dbaj o niego albo mi za to odpowiesz – uśmiechnęła się do niego.

Vin zachichotał, przypominając sobie guza, jakiego mu kiedyś nabiła. Kiedy wstał, Kerri objęła ich obu, ledwo sięgając ich futrzastych brzuchów. Następnie zwróciła się do Cartera po raz ostatni.

Zanim zdołała cokolwiek powiedzieć, był szybszy.

– Kerri, jeśli miałbym wybór, to wiesz, że zostałbym tu z tobą. To wszystko, o czym zawsze marzyłem.

Kerri nie mogła znaleźć słów, bojąc się, że jej odpowiedź będzie pogmatwana i pozbawiona sensu.

– Dziękuję – powiedziała po prostu.

Spojrzała na niego, na jego czarne kręcone włosy, ciemnobrązowe oczy i ten koślawy uśmiech. Chciała zapamiętać dokładnie, jak wyglądał w tej chwili.

– Nie każ mi patrzeć, jak odchodzisz, Carter – westchnęła, po czym odwróciła się i odeszła.

Carter wraz z niedźwiedziami wyruszyli, zostawiając za sobą członków klanu. Ich sylwetki kładły się długim cieniem na ziemi, gdy zmierzali na zachód, w stronę gór i w stronę nieznanego.

ROZDZIAŁ2

WYPRAWA

Otaczała ją głucha cisza. Tak głęboka, że słyszała swój chrapliwy, świszczący oddech. Słyszała, jak krew dudni jej w uszach. W głowie huczały dziesiątki myśli, a każda z nich była jak piorun rozdzierający spokój nocy. Chłód przenikał ją do szpiku kości, miała wrażenie, że jej nogi i ręce płoną. Tylko ruch oczu uświadamiał jej, że to nie był żaden koszmar. Wszystko było przerażająco prawdziwe. Uwięziona, sparaliżowana... i wtem usłyszała hałas.

– Co to było? – natężyła wszystkie zmysły, próbując uchwycić dźwięk. – O nie, znowu! To wróciło...

Serce waliło jej jak młot. Ogarnął ją strach tak silny, że niemal zapomniała o mrozie. Wstrzymała oddech, bojąc się wydać najmniejszy szmer, choć jej mózg krzyczał ODDYCHAJ! Nie chciała jednak, żeby On ją usłyszał i znalazł.

Nagle znowu się zaczęło.

– Nie, znalazł mnie... proszę, nie, nie znowu!

Jej oczy rozwarły się szeroko, ale nie widziała nic z wyjątkiem bieli śniegu, który ją pokrywał.

Nie mogła już dłużej wstrzymywać oddechu, zaczęła nerwowo i chrapliwie łykać powietrze. Czuła Jego mroźny dotyk, jak sonduje jej umysł. Siarczyste chłody wyjących wiatrów i śnieżnego grobowca, który więził ją w Górnej Przełęczy, nie były nawet w połowie tak zimne.

Nie mogła już dłużej powstrzymać krzyku.

CARTER, BŁAGAM, POŚPIESZ SIĘ!

Odpowiedział jej lepki, przesłodzony głos. Czuła tę obrzydliwą słodycz w gardle. Była już chora ze strachu.

– Jeszcze nie, ptaszyno... twój czas dopiero nadejdzie.

Szepty nie miały końca, szmery w jej głowie zdawały się dochodzić ze wszystkich zakamarków świadomości. Zepsute, złe myśli krążyły wśród nich.

Holly leżała pod śniegiem z wytrzeszczonymi oczami, wpatrzona w światło. Krzyczała, żeby sobie poszedł, walczyła o kontrolę nad własną świadomością przy pomocy jedynej myśli, która utrzymywała ją przy zdrowych zmysłach: „Carter przyjdzie, na pewno... wiem, że przyjdzie”.

Miska z warzywami upadła z brzękiem na podłogę, a jej zawartość rozprysnęła się na drewnianą podłogę, ochlapując nogi i spódnicę Lulu. Dziewczyna stała jak rażona piorunem. W okamgnieniu zjawiła się Salli.

– Lu?... Lu?... czy to znowu Holly?

– Wszystko w porządku tam w środku? – zawołał Sam, stojąc na dworze.

– Wszystko dobrze! – odkrzyknęła Salli, podchodząc do sparaliżowanej Lulu. – Co się stało? – spytała, kładąc jej dłonie w swoje własne.

– Mamo, ja znowu ją słyszałam. Słyszałam, jak krzyczy.

Salli objęła córkę za szyję.

– Czy jesteś pewna, że to Holly? – spytała.

– To na pewno była ona. Mamo, ona wciąż woła Cartera. Nie powiedziałam ci o tym wczoraj, ale czułam, że coś jeszcze próbuje się do niej dostać. To było tak, jakby ona panicznie próbowała uciec przed czymś lub przed kimś.

– Czy słyszałaś kogoś innego? Jakiś inną osobę?

– Nie, tylko Holly. Teraz jestem stuprocentowo pewna, że to ona. Mamo, strasznie się o nią boję.

– Mówiłaś o tym Kerri?

– Tak. Musiałam ją przekonać, że Carter nie oszalał.

Salli stała, tuląc mocno córkę. W końcu podjęła decyzję.

– Sam, możesz tu przyjść? – zawołała. – Wydaje mi się, że czas się przygotować – szepnęła Lulu na ucho.

Trzej wędrowcy maszerowali wzdłuż pagórków. Carter, idący pomiędzy niedźwiedziami, miał niewiele do powiedzenia, ale za to dużo do przemyślenia. Naz i Vin, jakkolwiek nie czuli przymusu rozmowy, chętnie słuchali tego, co Carter ma im do powiedzenia. Słońce świecące na ich plecy oraz wiejący z tyłu wiatr uprzyjemniały powolny spacer przez pagórki, którymi gdzieniegdzie usłana była Północna Równina. Ich nieliczne rozmowy miały bardziej za zadanie wzajemnie poznanie się. Gdy słońce wskazywało południe, Naz i Vin nie czuli się już skrępowani obecnością nowego towarzysza.

Zarządzili postój, żeby coś przekąsić i nabrać sił do dalszej wędrówki. Naz odpakował pierwsze zawiniątko spośród zapasów, które dostali, i wyjął z niego menażkę z wodą.

– Ulżyło mi, nie dali nam soku z żółtych jagód – powiedział Vin.

– Wystarczy mi go aż do końca tej wycieczki – dodał Naz.

– Carter, a tobie co dali na drogę?

– Mam nadzieję, że smażoną rybę. Uwielbiam ją.

– Twoja mama naprawdę o ciebie dba. Tego jedzenia wystarczyłoby, żeby nakarmić Naza i mnie przez cały dzień! No to od czego zaczniesz?

Carter zaśmiał się wtedy po raz pierwszy tego dnia.

– Teraz lepiej – powiedział Naz. – Wesoły podróżnik to szybszy podróżnik. Resztę popołudnia powinniśmy spędzić tutaj. Potem będziemy maszerować po zmroku, granicę przekroczymy o świcie. Na koniec przyspieszymy tempa i udamy się w wysokie góry.

– Niezły plan. Obudź mnie, jak będziesz chciał ruszać.

Carter odpoczywał przez pozostałą część popołudnia, leżąc na plecach i obserwując chmury, które leniwie sunęły po niebie. Gdy tak na wpół drzemał, słyszał, jak Vin cicho chrapie tuż obok. Spojrzał na pogrążonego w spokojnym śnie niedźwiedzia, a następnie na świat pogrążony w tym samym błogim spokoju. Naz tymczasem siedział, uważnie obserwując równinę.

Kiedy Carter otworzył oczy, spostrzegł, że Naz się w niego wpatruje.

– Więc o co tutaj właściwie chodzi, przyjacielu?

– Co masz na myśli? – spytał Carter.

– Holly. Dlaczego tak bardzo nalegałeś, żeby z nami pójść, skoro sami bylibyśmy w stanieją znaleźć?

– Sam nic wam nie powiedział?

– Tylko tyle, że czujesz się odpowiedzialny. A to, co robisz, to dość karkołomny sposób na walkę z wyrzutami sumienia.

– Uwierzyłbyś mi, gdybym powiedział, że według mnie Holly wciąż żyje?

– Uff... daj mi chwilę, żebym to wszystko ogarnął. Skąd ci to przyszło do głowy?

– Słyszę jej głos... w środku, w mojej głowie. – Carter spojrzał na Naza, chcąc wybadać, czy niedźwiedź mu wierzy. – Najpierw tylko w snach, ale teraz słyszę ją również na jawie.