Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 21.07.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
23 osoby interesują się tą książką
Mische poniosła najwyższą ofiarę, aby ocalić tych, których kochała – i pogrążyła świat w wiecznej nocy. Teraz Asar, uwięziony przez bogów i opętany żądzą zemsty, desperacko pragnie ją odnaleźć.
Kiedy bogini oferuje im ostatnią szansę na odkupienie – i powrót do siebie – Asar wraz z Mische wyruszają na niezwykłą misję. Razem muszą przejąć moc boga śmierci, aby Asar mógł dostąpić prawdziwej boskości.
Podróż poprowadzi ich przez światy śmiertelników i nieśmiertelnych, gdzie spotkają zarówno starych przyjaciół, jak i bezwzględnych wrogów. Jednak gdy podziemia balansują na krawędzi upadku, a bogowie szykują się do wojny, Asar i Mische muszą zdecydować, ile są gotowi poświęcić, aby zdobyć moc, która pozwoli im przeciwstawić się śmierci. W grze mściwych bogów i starożytnych zdrad istnieją długi, których nie spłaci nawet miłość.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 606
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Książki z cyklu Królestwo Nyaxii
Tom 1: Żmija i skrzydła nocy
Tom 2: Popioły i przeklęty król
Tom 3: Słowik i serce z kamienia
Samodzielne powieści z cyklu Królestwo Nyaxii
Six Scorched Roses (Sześć spalonych róż)
Zabić wampirzego najeźdźcę
Tytuł oryginału: The Fallen and the Kiss of Dusk
Copyright © 2025 by Carissa Broadbent
All rights reserved
Copyright for the Polish edition © 2026 by Grupa Wydawnicza FILIA
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki i opracowanie graficzne: Story Wrappers
Projekt mapy i ozdobniki: Rhys Davies
Redakcja, korekta: Sylwia Chojecka | Od Słowa do Słowa
Skład i łamanie: Tomasz Chojecki | Od Słowa do Słowa
PR & marketing: Karolina Nowak
ISBN: 978-83-8441-310-4
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
SERIA: HYPE
Każdemu śmiertelnemu sercu próbującemu odnaleźć drogę do domu
Od autorki Uwaga, książka zawiera treści, które mogą być trudne w odbiorze dla niektórych czytelników, w tym opisy przemocy, dyskusje na temat uwodzenia nieletnich i napaści seksualnej, dyskusje na temat traumy religijnej, tortury (nieopisane bezpośrednio), śmierć zwierząt i opisy zbliżeń.
To opowieść o tym, jak upadły dostępuje boskości.
Dawno temu poznaliście historię dziewczyny-wybrańca, która poddała się mrokowi. Teraz opowiem wam historię o chłopcu, który urodził się w tym mroku.
Jego istnienie było wynikiem błędów popełnianych przez pokolenia. Przyszedł na świat na opustoszałej wyspie u wybrzeży królestwa wampirów, którym pewnego dnia mógłby rządzić. Chłopiec już w młodym wieku nauczył się, jak przetrwać, żywiąc się krwią wiewiórek i ryb lub nielicznych, nieszczęsnych podróżników, którzy trafiali na tę wyspę. Był drobny, ale miał talent do zabijania.
Mógłby spędzić tam całe życie, gdyby nie fakt, że był księciem.
Mężczyzna pojawił się, gdy chłopiec miał osiem lat. Kiedy przybył na brzeg, wsunął dłonie do kieszeni swojego eleganckiego, acz prostego garnituru i rozejrzał się po okolicy: bagnisty las, podmokła ziemia, pokryte bluszczem kamienne ruiny.
Chłopiec obserwował go ze swojej kryjówki w trzcinach. Od razu się zorientował, że ten mężczyzna nie przypomina nikogo, kogo dotąd spotkał, nawet jeśli nie potrafił wtedy wyjaśnić, skąd wzięło się to przekonanie. Podkradł się bliżej, uważając, by nie zdradzić się ze swoją obecnością.
Ale mężczyzna nawet nie drgnął, gdy cień owinął się wokół nogi chłopca i wyciągnął go na otwartą przestrzeń.
Chłopiec wylądował plecami w błocie. Mężczyzna spojrzał na niego jak gdyby nigdy nic. Cienkie macki ciemności owijały się wokół jego barków, ramion, dłoni.
Chłopiec bawił się już wcześniej magią. Wiedział, jak zwabić młodych rybaków, którzy od czasu do czasu przybywali na te wybrzeża, jak złagodzić ich strach na tyle, by skłonić ich do poddania się jego władzy. Wiedział, jak szeptać słowa otuchy lisom, które oswoił w lesie i które traktował znacznie łagodniej niż ludzi. Zawsze czuł, że ktoś go obserwuje, i jakiś cudem cienie zawsze pojawiały się dokładnie tam, gdzie ich potrzebował.
Ale nigdy nie widział takiej magii. Magii, która smakowała mocą.
– Wstań – powiedział mężczyzna.
Wstań. Wstań. Wstań.
Chłopiec znalazł się na nogach, zanim dotarło do niego, co się dzieje.
Mężczyzna zmierzył go lodowatym spojrzeniem.
– Król się o ciebie upomniał – oznajmił.
Chłopiec milczał, ostrożny. Jego matka często opowiadała o koronach i królestwach. Jesteś królem, bełkotała. I jesteś nim dzięki mojej krwi.
Mężczyzna z gracją usiadł na kamieniu, by znaleźć się na wysokości oczu dziecka. Usłyszał niewypowiedziane myśli chłopca.
– Krew twojego ojca nie jest czymś, z czego można by szydzić – rzucił z rozbawieniem. – I to on mnie po ciebie wysłał.
Chłopiec był wielokrotnie ostrzegany przed niebezpieczeństwem związanym z jego pochodzeniem. Matka czytała mu przed snem bajki o zamordowanych książętach, nieślubnych potomkach królów, takich jak on, którzy zginęli, bo byli zbyt silni lub zbyt słabi, byli zbyt żądni władzy lub za bardzo jej unikali. Jesteś królem, mawiała. Przetrwaj wystarczająco długo, aby przejąć koronę.
Pomyślał, że powinien uciekać. Dokładnie przed czymś takim go ostrzegała.
Cofnął się. Myślał, że mężczyzna za nim pójdzie, ale tego nie zrobił.
– Możesz odejść – stwierdził spokojnie. – Zaczekam.
– Zabijesz mnie.
Głos dziecka był cichy i słaby. Nie używało go zbyt często.
– Nie zabiję.
Chłopiec mu nie uwierzył.
– Nie kłamię – oznajmił mężczyzna. – Ale mądrze z twojej strony, że mi nie ufasz.
Chłopiec nie wiedział, jak sformułować swoje zastrzeżenia.
– Sądzisz, że jest wiele rzeczy gorszych niż śmierć. – Mężczyzna wypowiedział na głos jego myśli. – I słusznie. Mówiłem prawdę, kiedy powiedziałem, że cię nie zabiję. To łatwa prawda, a jeśli chcesz poznać też te trudniejsze, zdradzę ci je. Twój ojciec wierzy, że możesz być użytecznym nabytkiem jako potencjalny spadkobierca. Jeśli udowodnisz, że tak jest, nigdy więcej nie będziesz głodny. Będziesz spał w łóżku. Będziesz pił najwspanialszą ludzką krew. Będziesz nosił eleganckie ubrania. I będziesz służył koronie aż do dnia, w którym nie będzie cię już potrzebowała.
– Co się stanie, gdy nie będzie mnie już potrzebowała? – chciał wiedzieć chłopiec.
– Wtedy weźmiemy te części ciebie, które uznamy za przydatne, a resztę wyrzucimy.
To nie była groźba. Jedynie proste stwierdzenie faktu. Chłopiec docenił to, choć ze strachu mrowił go kark.
– To właśnie zrobisz teraz, jeśli ucieknę? – zapytał.
– Nie dzisiaj. Może innej nocy, kiedy twój ojciec wyda mi taki rozkaz. Ale nie znam tych terenów tak dobrze jak ty. Może zdołasz uciec na tyle szybko, na tyle daleko, że odpuszczę. Może twój ojciec straci zainteresowanie i mnie odwoła, żebym zabił kogoś innego, nim dopadnę ciebie. – Mężczyzna się uśmiechnął. Jego oczy wydawały się bardzo stare, choć twarz była młoda. – Ale wiem, że nie uciekniesz.
Miał rację. Chłopiec nie miał zamiaru uciekać.
– Skąd ta pewność? – zapytał.
– Ponieważ patrzysz na to tak, jak głodny wampir patrzy na krew.
Mężczyzna otworzył dłoń, w której rozpostarł się cień. Serce chłopca zamarło na ten widok.
– Nie oferuję ci łatwego życia – ciągnął mężczyzna. – Będzie to życie oceniane na podstawie wartości krwi, którą przelejesz. Twój ojciec kazał mi tu przybyć i przekazać ci, że pewnego dnia możesz zostać królem. Być może tak będzie, ale bardziej prawdopodobne jest, że ojciec cię zabije, jeśli staniesz się zbyt potężny, lub zrobi to twoje rodzeństwo, jeśli on zdecyduje się tego nie robić. Poświęcisz więcej, niż jesteś w stanie sobie dzisiaj wyobrazić, a szansa, że kiedykolwiek nałożysz koronę na głowę, i tak będzie niewielka. Ale oferuję ci coś znacznie cenniejszego niż korona.
– Co takiego? – spytał chłopiec po chwili wahania.
– Kiedy nadchodzi świt, chowasz się za zasłonami i podglądasz świat skąpany w czerwieni wschodzącego słońca – powiedział. – I czasami to czujesz, prawda? Wszystkie te sekrety ukryte we mgle między światłem a ciemnością. Książki są niczym, chłopcze. Niczym. To, co zobaczysz, jeśli nauczysz się kroczyć tą ścieżką, zniszczy cię i zachwyci.
– Magia – szepnął chłopiec, a mężczyzna wybuchnął nagłym, gwałtownym śmiechem.
– Magia – sarknął. – Każdy wampir potrafi używać magii. Nie mówię o zwykłych darach. Pachniesz śmiercią, chłopcze. Poświęć jej swoje serce, a w zamian ona da ci świat. Wiesz, co to znaczy pokonać każdą niewiadomą? To życie wolne od strachu. Pomyśl o tym. Wolność.
Chłopiec milczał.
Mężczyzna odwołał się do wszystkich jego sekretnych marzeń. Wiedział, że mógłby przetrwać na tym podmokłym skrawku ziemi do samego końca. Ale po co? Dla kolejnego trupa rybaka? Kolejnego łyku zjełczałej rybiej krwi?
Chłopiec nie pragnął chwały. Nie pragnął korony.
Pragnął wolności.
Oczy mężczyzny błyszczały jak gwiazdy o zmierzchu.
– Powiedz mi więc, młody książę – rzekł. – Jaki będzie następny krok w naszym tańcu?
Niektóre chwile pozostają wyryte w pamięci na zawsze, nawet u wampirów żyjących przez wieki. Chłopiec zapamiętał wszystko, co dotyczyło tej jednej chwili. A jednak, och, jakże cienie przeszłości zmieniają się w zależności od światła teraźniejszości. Przez lata chłopiec – mężczyzna, książę, król – patrzył na tę noc jak na noc, w trakcie której został uratowany.
Dopiero wieki później zrozumiał prawdę.
Wydawało mu się, że poświęcenie przybierze formę krwi i flaków oraz błagań, których nigdy nie będzie w stanie wymazać ze swojej głowy. Myślał, że poświęcenie przybierze formę trwałych śladów na jego ciele i niewidzialnych śladów na jego duszy.
Mylił się.
Zdał sobie z tego sprawę wiele lat później, kiedy poczuł, jak moc bogów przepływa przez jego żyły, i w końcu, w końcu zyskał to, co obiecał mu jego mentor tamtej nocy – oświecenie w każdym ciemnym zakątku świata, moc przekraczającą wszystko, co kiedykolwiek mógł sobie wyobrazić.
Nie obchodziło go to jednak, ponieważ tracił miłość swojego życia.
Poświęć swoje serce.
W tamtej chwili mogły wrócić do niego słowa nauczyciela. Mógł pomyśleć o tym małym chłopcu. Odwróć się, mógłby błagać swoje dawne ja.
Ale chłopiec za każdym razem chwytał mężczyznę za rękę. W końcu śmierć jest nieunikniona.
To opowieść o upadłym dostępującym boskości.
Dostępuje jej poprzez niezliczone, kaskadowe decyzje, podejmowane przez lata, przez stulecia.
Robi to z desperacją wygłodniałej duszy, gotowej poświęcić wszystko, aby uzyskać jedną szansę na odkupienie.
Ale ostatecznie za każdym razem ją traci.
Mische
Jak to jest umrzeć?
Wszyscy zadają sobie to pytanie, ale akolici chyba najczęściej. Akolici mają obsesję na punkcie śmierci – może dlatego, że jest to zarówno największa ofiara, jak i największa nagroda, najwspanialszy dar, jaki możemy zaoferować naszym bogom, i najwspanialszy dar, jaki oni mogą zaoferować nam. Żaden akolita nie był tak podziwiany jak ci, którzy opuścili ten świat, płonąc miłością do Atroxusa. Żaden nie chciał umierać w swoim łóżku.
Ja nie umarłam w swoim.
Umarłam w progu podziemi, z bronią zdrajcy w dłoni, skąpana we krwi boga, który dał mi wszystko. Umarłam pokryta popiołem jego szczątków i oparzeniami jego kary.
Umarłam samotnie, słuchając krzyków miłości mojego życia.
Jak to jest umrzeć?
Czy będę pamiętała, jak odpowiedzieć na to pytanie?
Jako misjonarka pocieszałam niezliczone dusze pogrążone w żałobie. Uczono nas, że śmierć jest spokojnym zakończeniem wielkiej walki.
Kiedy umarłam, zdałam sobie sprawę, że byliśmy w błędzie.
Jak to jest umrzeć?
Kiedy umarłam, miałam na rękach krew mojego boga, słyszałam błagania ukochanego, a pod powiekami miałam wypaloną wieczną ciemność – nie wieczny świt.
Kiedy umarłam, nie odniosłam wrażenia, że było to spokojne zakończenie wielkiej walki.
Czułam, że to dopiero jej początek.
Leżałam na ziemi, wpatrując się w swoje dłonie, które trzymałam przed twarzą. Za nimi kolory tańczyły na przepastnym niebie. Moja skóra była gładka, brązowa i lśniła delikatnym, półprzezroczystym pyłem śmierci.
Ciągle patrzyłam na te dłonie. Wydawały się żywe, a jednocześnie takie martwe.
Zamrugałam. Zamknęłam oczy i zobaczyłam palmy, błękitne niebo i biały piasek. Vostis – miejsce, które kiedyś było moim domem. Miejsce, któremu kiedyś oddałam swoją duszę.
Uniosłam powieki.
Podziemia wisiały nade mną. Nieodwołalnie.
– Wstawaj – usłyszałam.
Oderwałam wzrok od nieba, od swoich dłoni, i spojrzałam na kwadratową twarz pochylającego się nade mną mężczyzny. Założył za ucho kosmyk długich, jasnych włosów, mierząc mnie oceniającym spojrzeniem.
Nigdy się nie spotkaliśmy – nie bezpośrednio. Ale oczywiście go rozpoznałam. Widziałam go na niezliczonych obrazach. Widziałam jego twarz oświetloną na tle horyzontu Sivrinaju, stolicy Domu Nocy. Widziałam też, jak jego podobizna została zniszczona przez żołnierzy Rishan po tym, jak Raihn go zabił.
Vincent – martwy król wampirów z Domu Nocy – wyciągnął do mnie rękę.
– Wstawaj – powtórzył. – Słyszałem, że czeka nas trochę pracy do wykonania.
Spojrzałam na niego tępo. Błyskawica rozcięła niebo za jego plecami. Tyle że to nie była błyskawica. Rozcięcia po prostu rosły, rozdzielały się, rozrywały, ujawniając fale walczącego światła i ciemności – fioletowe, czarne, niebieskie, zielone, esencję galaktyk. Kojarzyły mi się z czymś znajomym, z czymś, od czego pękało mi serce, ale nie potrafiłam stwierdzić z czym.
Zamrugałam.
Kiedyś, gdy byłam dzieckiem, w Vostis złapała mnie fala przypływu. Walczyłam z całych sił, ale za każdym razem, gdy moja głowa zanurzała się pod wodą, wynurzałam się trochę dalej od brzegu. Zaszokowało mnie wtedy, jak bardzo było cicho. Niemal spokojnie.
Teraz odnosiłam podobne wrażenie.
Spokój wydawał się zwodniczy i niebezpieczny.
– Mische Iliae. – Vincent chwycił mnie za ramię i wyciągnął z morskich głębin. – Nie możesz odejść. Jeszcze nie teraz.
Spojrzałam na niego zdezorientowana. Za jego plecami po niebie przebiegały pęknięcia.
Pęknięcia jak na roztrzaskanym słońcu, kiedy wbiłam strzałę w gardło boga, którego kiedyś kochałam.
Pęknięcia jak piękne blizny na twarzy Asara.
Asar.
To imię spadło na mnie jak lawina. Wraz z nim pojawiło się wspomnienie pełnego agonii głosu i ostatnich słów, które usłyszałam.
Przestań! Potrzebuję jej.
To właśnie to wspomnienie, bardziej niż uścisk Vincenta, postawiło mnie na nogi. Uderzyła mnie surowa, dezorientująca rzeczywistość.
Umarłam.
Niech bogowie mają mnie w swojej opiece. Umarłam.
Potężna siła wstrząsnęła ziemią. Pęknięcia na niebie się rozstąpiły, tryskając światłem niczym krew przez rozdarte szwy. Przemykały przez nie sylwetki skrzydlatych istot.
Duszołaki, pomyślałam mgliście. To były duszołaki.
Ale ta świadomość szarpnęła czymś ostro w moim przytłoczonym, zamglonym umyśle.
Duszołaki nie powinny przebywać w podziemiach.
Przetoczyła się przeze mnie fala ciemności. Czułam zew zapomnienia – prawdziwa śmierć, wyciągająca ramiona na powitanie. Wołało mnie słońce. Zapach morza. Spokój łatwiejszej przeszłości.
I och, byłam zmęczona.
Ale Vincent przyciągnął mnie do siebie.
– Jeśli odejdziesz, nie dam rady znowu cię odnaleźć. Cokolwiek teraz czujesz, jest fałszywe. To kłamstwo. Masz pracę do wykonania.
Pojawiło się wspomnienie mojej siostry.
Klęczała obok mnie w kościele. Śmierć jest ostateczną ofiarą. Śmierć jest ostatecznym ukojeniem. Wielkim zakończeniem przeznaczonej nam walki.
Moja siostra w ostatnim wspomnieniu, jakie o niej miałam – upiór klęczący przed Atroxusem, pogrążony w podziwie, kiedy go zabiłam.
Kiedy ją zdradziłam.
Kiedy słuchałam, jak mężczyzna, którego kochałam, zostaje odciągnięty.
Kiedy patrzyłam, jak słońce rozbija się na niebie na zawsze.
Przeszył mnie gniew. Odpowiedź stała się nagle jasna.
Co to był w ogóle za wybór? Już i tak byłam potępiona.
Z wysiłkiem chwyciłam drugą rękę Vincenta. Przetoczył się przeze mnie rwący strumień światła, ale Vincent trzymał mnie mocno. Zauważyłam, że uśmiechnął się z zadowoleniem.
– Dobry wybór – powiedział.
Nie rozumiał. To nie był żaden wybór.
Nie miałam jednak czasu, aby to powiedzieć, ponieważ oboje runęliśmy w ciemność.
Otworzyłam oczy. Po niebie nade mną krążyły duszołaki. Powoli rozchodziły się po nim pęknięcia.
Moje otoczenie przeobrażało się i zmieniało. Zamrugałam i zapach siarki został zastąpiony zapachem oceanu, słodką wonią bujnego lasu oraz elegancką nutą jaśminowego kadzidła.
Usiadłam prosto. Świat zakręcił się pod wpływem tego nagłego ruchu. Przed sobą miałam ołtarz ozdobiony pozłacanym wizerunkiem słońca, którego promienie rozlewały się po marmurowej podłodze. Atroxus unosił się nad nim, wyciągając kamienne ręce i wbijając we mnie pusty wzrok. W jego oczach malowała się taka sama wściekłość jak w ostatnich chwilach jego życia.
To wywołało we mnie prawdziwą reakcję.
Panikę.
Przycisnęłam dłoń do piersi. Czułam, że moje serce powinno walić o żebra, a płuca powinny łapać powietrze, ale zamiast tego cała ta panika przejawiała się jako… cisza. Jakby pod moją skórą nie było zupełnie niczego.
– Dziwne, prawda? – usłyszałam cichy głos.
Odwróciłam się i zobaczyłam Vincenta opartego o filar, z założonymi rękami, wpatrującego się w gęstą mgłę za oknami.
– To uczucie szybko mija – powiedział. – Wkrótce nie będziesz tego pamiętała.
– Tego? – wychrypiałam.
– Życia.
Bogowie, zbierało mi się na wymioty.
Chciałabym móc zwymiotować.
Próbowałam wstać i prawie się przewróciłam. Nie dlatego, że moje mięśnie stawiały opór, lecz dlatego, że tego nie robiły – ruch był zbyt łatwy, zbyt nieobciążony grawitacją czy ciężarem mojego ciała.
Ponieważ byłam martwa.
Byłam martwa.
Ta myśl uderzyła we mnie, bardziej surrealistyczna niż kiedykolwiek, gdy patrzyłam na gobeliny z Cytadeli.
Vincent obrzucił mnie beznamiętnym spojrzeniem.
– Wizje znikną. To, co tu widzisz, się zmienia. Słyszałem, że dla niektórych jest to przyjemniejsze niż dla innych. Kara lub nagroda w zależności od tego, jak została osądzona twoja nieśmiertelna dusza. Jak jest w twoim przypadku?
Spojrzałam na twarz Atroxusa, dokładnie taką, jak zapamiętałam ją za życia – potężną, wszechwidzącą, absolutną. Wszystko wydawało się takie realne, tak jak pragnęłam tego przez dziesiątki lat.
Jednak odpowiedź była oczywista:
Kara.
Przycisnęłam dłonie do oczu – mocno, na tyle mocno, że mogłam zrobić sobie krzywdę, lecz tak się nie stało – a kiedy je zabrałam, mgła przede mną się rozrzedziła. Nie widziałam już Cytadeli.
Patrzyłam bez słowa.
Za sobą usłyszałam głos Vincenta.
– Musimy ruszać. Lepiej nie zostawać zbyt długo w jednym miejscu.
Jego słowa zniknęły w tle niczym piasek wygładzony przez morze.
W oddali malowały się widmowe sylwetki przemierzające krajobraz, który nieustannie się zmieniał, odsłaniając fragmenty wielkich miast i opustoszałych równin, oceanów i gór oraz wąwozów, skąpanych we krwi pól bitewnych i tętniących życiem metropolii. Milion fragmentów miliona różnych żyć. Mogłyby być piękne na swój smutny sposób, gdyby nie to, że wszystko zostało tak straszliwie zdominowane przez zniszczenie.
Pęknięcia przebiegały przez ziemię, niebo. Nie, „pęknięcia” nie były właściwym słowem – były bardziej okrutne, bardziej organiczne. Rany, z których tryskała czarna i czerwona krew. Ogromne bestie przemierzały horyzont, ich oczy były idealnie okrągłe, niczym otwarte okna w ich sylwetkach. Wyrywały dusze z ziemi, wrzucały je garściami do ust zbyt powolnymi, zbyt płynnymi ruchami.
To było przerażające.
– Czy to… czy ja…
Nie wiedziałam, jak sformułować pytanie. Mój głos wydawał się odległy i pusty.
Ponownie przycisnęłam dłonie do oczu i potarłam je mocno. Ale kiedy je odsunęłam, scena przede mną się nie zmieniła.
– Co to jest? – spytałam.
Vincent popatrzył na mnie jak na głupią.
– Podziemia.
– Wiem. Pytam oto. – Wskazałam gwałtownie na widok przed nami. – To jakaś wizja? Czy to istnieje naprawdę?
Przez chwilę mogłam żywić nadzieję – nadzieję, że może to moja osobista kara boska, ta mgła, te potwory, pęknięcia i błyskawice.
– Niestety – odparł. – To, co widzisz, jest prawdziwe.
Nie. Nie mogło być. Zejście wyglądało podobnie, ale ono padało ofiarą rozkładu spowodowanego dwoma tysiącami lat zaniedbań. Pewnie, w Zejściu były duszołaki, potwory i wąwozy, które pochłaniały dusze. Ale podziemia miały być bezpieczne. Podziemia miały być przed tym wszystkim chronione. A to, co widziałam przed sobą… bogowie, to nie był rozkład. To nie było zaniedbanie. To było…
To było piekło. Żadna dusza, choćby najbardziej na to zasługiwała, nie odnajdzie spokoju w takim miejscu.
Pokręciłam głową w milczeniu.
– Mylisz się. To nie powinno…
Na słowa „mylisz się” Vincent wyprostował się gwałtownie, a w jego oczach pojawił się gniew obitraeńskiego króla, któremu rzucono wyzwanie. Ale zanim zdążył coś powiedzieć, rozległ się przeraźliwy ryk.
Obróciłam się gwałtownie.
– Co to było?
– Musimy uciekać – powiedział Vincent, chwytając mnie za nadgarstek, jakby zamierzał ciągnąć mnie niczym worek mąki.
Ale ja pozostałam w miejscu, sparaliżowana strachem. W oddali, przez ponure kłęby mgły, po krajobrazie przesuwały się świeże pęknięcia jaskrawoczerwonego koloru. Odległa, krzywa wieża, rysująca się na tle bieli, zawaliła się. Dusze rozbiegły się jak oszalałe mrówki.
Druga wieża powoli, boleśnie powoli, zaczęła się zapadać. Patrzyłam na to z przerażeniem.
– Czy to są ludzie? – wykrztusiłam.
– Byli – odparł chłodno Vincent. – Wkrótce nie będzie ich wcale.
Nie mogłam oderwać wzroku, gdy budowla zapadała się w zwolnionym tempie, miażdżąc pod sobą niezliczone ofiary. Pochylone potwory zwróciły swoją uwagę na gruzy i zbliżyły się, aby zebrać uciekające dusze. Jeden z nich zebrał całą garść i powoli uniósł je do szeroko otwartych ust wypełnionych białą pustką.
Kolejny huk. Ziemia zadrżała.
– Musimy im pomóc – wykrztusiłam, bo to była jedyna rzecz, jaka przyszła mi do głowy, ale nawet gdy słowa opuściły moje usta, wiedziałam, jak są absurdalne. Jedyne, co mogłam zrobić, to stać i patrzeć, jak giną kolejne dziesiątki ludzi.
Vincent bezceremonialnie pociągnął mnie za nadgarstek.
– Ruszaj się – warknął. – Musimy stąd uciekać, zanim…
Wyrwałam rękę i odwróciłam się do niego.
– Nie możesz mnie za sobą ciągać, nie mówiąc mi, co się dzieje.
W srebrnych oczach Vincenta pojawił się gniew, który przypomniał mi, że za życia Vincent był jednym z najbardziej bezwzględnych wampirzych królów. Kiedyś taka zniewaga wystarczyłaby, by skazać mnie na śmierć.
Ale ja już nie żyłam. Co mógł mi teraz zrobić?
– Masz tupet, żeby tak do mnie mówić – syknął – kiedy to wszystko jest twoją winą.
Moją?
Otworzyłam usta, ale nie wydostało się z nich żadne słowo.
– Myślisz, że chcę robić to akurat z tobą – ciągnął Vincent – osobą, która pomogła pchnąć moją córkę w ramiona wampira, który mnie zabił? Gdybym żył, to…
– Jakim cudem to wszystko jest moją winą?
Vincent zamilkł. Zmierzył mnie od stóp do głów spojrzeniem swoich srebrnych oczu. Jego ocena zdecydowanie wypadła na moją niekorzyść.
– Co pamiętasz ze swojej śmierci?
Mojej śmierci. Ból przeszył sam środek mojej piersi. Położyłam na niej dłoń.
Miecz w sercu. Bóg odrzucający mnie na bok. I ogień…
Umarłam. Umarłam. Umarłam.
Prawda zawirowała w moim wnętrzu. A wraz z nią nadszedł nagły żal, tak intensywny, że zapragnęłam zwinąć się w kłębek na ziemi.
Poczułam coś mokrego na policzkach, spadającego jak deszcz.
Zamrugałam i ujrzałam moje ostatnie chwile. Twarz Asara nad moją. I bogowie, ten ból w jego oczach.
To nie był deszcz.
Jakim cudem mogłam czuć taki ból w piersi, skoro moje serce już nie biło? Przycisnęłam do niej dłoń jak opaskę uciskową, w bezskutecznej próbie powstrzymania krwawienia.
Ale poprzez ten ból wyczułam niewielką, acz trwałą nić. Drobne, ostre ukłucie przypomniało mi o zaklęciu, które Asar rzucił kiedyś na nas oboje – zaklęciu, które pozwoliło mi go wyciągnąć z rytualnego kręgu.
Trzymałam się tej znajomej nici. Bólu, który wydawał się tak żywy.
– Zabiłam Atroxusa – wydusiłam. – I niebo… i Asar… i bogowie… i…
Łzy Asara. Ostrze Shiket. Ogień wszędzie.
I ciemność. Tak wielka ciemność.
– Zabiłaś Atroxusa – potwierdził Vincent, choć brzmiał niemal jak urażony koniecznością przyznania, że dokonałam czegoś takiego. – Słońce upadło wraz z nim. Nastała wieczna noc.
Brzmiał niemal lubieżnie. Jakby zatracił się w wyobrażaniu sobie wszystkich rzeczy, których mógłby dokonać w takich okolicznościach, gdyby żył – a robiąc to, przyglądał mi się krytycznie, jakby nie potrafił sobie wyobrazić, jakim cudem to właśnie ja mogłam być za to odpowiedzialna.
No to było nas dwoje. Te słowa wciąż krążyły mi po głowie, budząc niedowierzanie.
– Próbowałaś wskrzesić Alarusa – kontynuował. – Ale zamiast tego…
– Uratowałam Asara.
Pamiętałam, jak wyciągałam go z rytualnego kręgu, trzymając się tej więzi, której nie chciałam zerwać.
A jednak wraz z pamięcią o moim wyborze powróciło wspomnienie innej twarzy.
Twarzy Saeschy, pochylonej ku światłu Atroxusa, rozpromienionej uwielbieniem.
– W pewnym sensie go uratowałaś – przyznał Vincent. – Nie zgodziłaś się poświęcić jego duszy dla zaklęcia wskrzeszenia. Ale zaklęcie już działało. Przerwałaś je, zanim zostało ukończone, lecz niekompletne wskrzeszenie, wraz ze zniszczeniem relikwii, których Alarus użył do zbudowania podziemi, wywarło na nich nacisk, którego nie były w stanie wytrzymać. Stąd… – Wskazał na gruzy wokół nas.
Wpatrywałam się we mgłę, czując narastający strach. W oddali kolejna góra zawaliła się w zwolnionym tempie. Cicho, prozaicznie, setki dusz zostały pod nią pogrzebane.
Pokręciłam głową.
– Nie. To niemożliwe… Nie mogłam…
– Możliwe. Mogłaś. A to dopiero początek. Podziemia całkiem się zawalą, jeśli twój kochanek nie podejmie żadnych działań.
Odwróciłam się z powrotem do Vincenta. Nie wiem czemu, ale spodziewałam się, że to będzie jakiś żart. Ale on był śmiertelnie poważny.
– Masz na myśli Asara – powiedziałam.
Pamiętałam, jak bogowie go odciągnęli. Odciągnęli go, gdy za mną krzyczał.
– Gdzie on jest? Czy on… – Nie mogłam się zmusić do zadania tego pytania. – Czy on żyje?
– Z tego, co słyszałem, ma się lepiej niż dobrze. Posiadł moc boga. – Po raz kolejny w jego głosie zabrzmiała nuta zazdrości. – I tylko dzięki niej będzie mógł naprawić podziemia, zanim całkowicie się rozpadną.
– Naprawi – wyrwało mi się. Wspomnienia uderzyły mnie z przeszywającą intensywnością: Asar pochylający się nad kolejnymi zniszczonymi drzwiami, naprawiający niezliczone glify, prowadzący zagubione dusze z powrotem do domu. Wraz z nimi pojawiła się fala uczucia.
– Jeśli podziemia wymagają naprawy, to Asar się tym zajmie. Niczego nie kocha bardziej od nich.
A jednak kiedy wypowiedziałam te słowa, pomyślałam o jego łzach na mojej twarzy i zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno są prawdziwe.
– Jest więźniem Białego Panteonu – oznajmił Vincent. – I dopóki nim będzie, niczego nie zrobi. Powiedziano mi, że będziesz mu potrzebna do wykonania tego zadania.
– Ja?
– To ty rzuciłaś zaklęcie, które dało mu moc. Powiedziano mi, że będziesz musiała pomóc mu zdobyć jej wystarczająco wiele, aby zrobił to, co należy.
Dziwne, że zmarli nadal miewali bóle głowy. Potarłam skroń.
– Ale… dlaczego?
To pytanie wyraźnie go zirytowało.
– Jestem posłańcem. Nie oczekuj, że zrozumiem zawiłości sztuczek Zrodzonych z Cienia.
Między moimi brwiami pojawiła się zmarszczka, gdy do głowy przyszła mi nowa myśl, a wraz z nią kolejna lawina pytań.
– Posłańcem – powtórzyłam. – Więc działasz na polecenie boga.
Vincent nie odpowiedział, ale wiedziałam, że mam rację.
– Nyaxia?
To musiała być Nyaxia, prawda? Vincent czcił ją przez całe stulecia. Jej łaska, po tym jak wygrał Kejari, zapewniła mu koronę.
Po chwili powiedział:
– Nie. Nie Nyaxia.
– Więc kto?
– To nie twoja sprawa.
– Właśnie, że moja. I dlaczego ty? Nawet cię nie znam.
Wyglądał na urażonego. Ale nawet w najlepszych czasach nie słynęłam z taktu, a obecne czasy nie należały do najlepszych.
Vincent był królem wampirów. A co zrobiłby każdy król wampirów, aby odzyskać tron po tym, jak został mu brutalnie odebrany? Co zrobiłby każdy król wampirów, aby sięzemścić?
Nienawidziłam takiego cynizmu, a jednak…
Westchnął z irytacją.
– Spójrz.
Wskazał na niebo, gdzie wisiało nad nami odwrócone do góry nogami lustro podziemia. Na początku nie byłam pewna, na co wskazuje, dopóki nie zauważyłam, że rysuje palcem jakiś kształt. Kiedy przyjrzałam się uważnie, zobaczyłam, że smugi światła i ciemności nie były w rzeczywistości przypadkowe. Gromadziły się wokół pęknięć, a następnie rozciągały się w kształcie przypominającym żyły przebiegające przez ciało. W Zejściu również widziałam takie wzory.
– Każda struktura ma słabe punkty – powiedział. – Wszystkie płaszczyzny są ze sobą połączone: kraina bogów, kraina śmiertelników i kraina umarłych. To, co dzieje się tutaj, wkrótce wpłynie na świat śmiertelników, o ile już nie wpłynęło.
Przeszył mnie dreszcz. Vincent nie musiał mi mówić, jak to może wyglądać. Przez wiele miesięcy byłam świadkiem strasznych konsekwencji powolnego rozpadu Zejścia. Myśl o tych koszmarach przenikających do krainy żywych była przerażająca.
– Granice między płaszczyznami są w niektórych miejscach cieńsze niż w innych – kontynuował. – Niektóre królestwa wampirów powstały wokół tych punktów właśnie ze względu na moc, jaką oferowały.
Teraz zrozumiałam.
– Jak Dom Nocy.
– Budowałem moje królestwo przez wieki. Martwy czy nie, nie pozwolę, by upadło.
Oczywiście chodziło o królestwo. Ale ogrom tej odpowiedzialności mnie przytłoczył. Oszołomiona, przykucnęłam i schowałam twarz w dłoniach.
– Twój kochanek będzie cię szukać – oznajmił Vincent. – Kazano mi zaprowadzić cię do zasłony.
Asar.
Znajdę cię.
Przysięga, którą czułam w głębi duszy, nawet teraz. Ale serce i tak mnie bolało. Z żalu i z powodu widma naszej więzi.
Okłamałam go. Planowałam go zdradzić. I nawet ratując go – ratując życie wszystkich wampirów – doprowadziłam do tylu śmierci.
Przypomniałam sobie twarz Saeschy.
Ale potem pomyślałam o tym, jak Asar patrzył na moją skórę naznaczoną rzeczami, których wstydziłam się najbardziej, jakby nadal była godna czci.
Boskie misje nie były mi obce. Poświęciłam swoje życie wierze. Oddałam jej każdą część swojego ciała i duszy, w sensie dosłownym i przenośnym. Ale ostatecznie bóg, któremu zaoferowałam swoją duszę, był gotów bez wahania wymordować całą moją rasę.
Niewielka część mnie była tym załamana, nawet teraz, po wszystkim.
Większa część mnie była zła.
Odwróciłam się do podziemi. Do morza cierpienia.
Słyszałem miliony niewidzialnych dusz wołających o pomoc, powiedział mi kiedyś Asar. Potrzebowały kogoś.
A teraz te dusze potrzebowały mnie.
On mnie potrzebował.
Spojrzałam na Vincenta.
Nie spodziewałam się, że po śmierci wyruszę na misję ratowania świata wraz z martwym ojcem mojej przyjaciółki.
– Powiedz mi, co musimy zrobić.
Asar
To mit, że wampir potrafi widzieć w prawdziwej ciemności.
Wampiry, podobnie jak koty, potrafią widzieć niemal w każdych warunkach panujących w świecie rzeczywistym. Potrzebujemy jednak odrobiny światła. Odbicia księżyca lub blasku gwiazd. Niemal niewidocznego lśnienia atmosfery nad horyzontem, niewychwytanego dla słabszego ludzkiego wzroku. Jedna mała smuga wystarczy, aby oświetlić cały świat.
Prawdziwa ciemność była bardzo rzadka. Większość wampirów nigdy jej nie doświadczyła i nie doświadczy.
Ja do nich nie należałem.
Mój mentor, Gideon, uważał, że ważne jest, aby nauczyć się funkcjonowania bez zmysłów. Według niego bez leniwego wsparcia wzroku, słuchu czy węchu można odkryć znacznie potężniejsze umiejętności. Kiedy byłem dzieckiem, często zamykał mnie na kilka dni w ciemnej, pozbawionej okien skrzyni. Zabawne, że teraz, będąc mniej śmiertelny niż kiedykolwiek, czułem się tak bliski tej kruchej, młodszej wersji siebie.
Cela, w której uwięzili mnie bogowie, była pierwszym miejscem od wieków, gdzie doświadczyłem tego rodzaju niekończącej się ciemności.
Gideon nauczył mnie, że każda słabość może stać się siłą, jeśli tylko się ją zaakceptuje. Że najbardziej pomysłowe umysły znajdą narzędzia, aby doprowadzić nicość do postaci ostrza, jeśli nie zaoferuje się im niczego innego.
Miał rację. I tutaj, pomiędzy śmiertelnością a boskością, sięgnąłem w ciemność i wyostrzyłem się na kamieniu szlifierskim pojedynczego wspomnienia.
Śmierć Mische.
Za życia jej skóra pachniała cynamonem. Ale kiedy trzymałem ją w ramionach, pod koniec czułem tylko zapach popiołu. Była prawie nie do poznania, jej skóra zwęglona, a piegi ukryte pod warstwą krwi. Jednak oczy pozostały takie same – miodowo-brązowe, ze złotymi i bursztynowymi refleksami.
Zabiła boga. Taki czyn powinien zapewnić jej miejsce w legendach.
Ale kobieta, którą trzymałem w ramionach, nie wydawała się legendą.
Wydawała się śmiertelna. Krucha i gasnąca jak stłumiony płomień.
W ciemnościach raz po raz przeżywałem tę ostatnią chwilę, gdy trzymałem ją w objęciach. A potem czułem, jak bogowie mnie od niej odrywają. Patrzyłem, jak Shiket, bogini sprawiedliwości, bez namysłu wbija swój miecz w pierś Mische. Jakby była zwykłym szkodnikiem, którego należy się pozbyć.
Nie miałem pewności, jak długo mnie tu trzymali. Może tygodnie, a może miesiące. Czułem dziwne, nieznane mi poruszenie boskości w swojej piersi. Mische wyciągnęła mnie z rytualnego kręgu wskrzeszenia w irytującym akcie bezinteresowności, na który nigdy nie zasłużyłem.
Ale wraz ze mną wyciągnęła też coś innego. Część Alarusa, przodka pochowanego wiele pokoleń temu w mojej linii krwi. Ziarno boskości kiełkujące w mojej duszy.
Nic z tego nie miało większego znaczenia niż wspomnienie jej ciała padającego pod ostrzem Shiket. Przeżywałem to w kółko.
Ramiona bolały mnie od więzów. Łańcuchy wokół moich nadgarstków, kostek i gardła paliły mnie z każdym pulsem boskiego światła. Skracano je za każdym razem, gdy źle się zachowywałem, i teraz nie mogłem się w ogóle ruszyć. Pojedyncze pasmo przetłuszczonych włosów zwisało mi na czubku nosa, powodując okropne swędzenie.
Podniosłem głowę, mięśnie krzyczały z bólu, gdy przed moimi oczami pojawiły się drzwi. Światło dezorientowało mnie i sprawiało, że nieprzyjemnie uświadamiałem sobie swoją fizyczną formę.
Przed mną stały dwie postacie w długich białych szatach. Boscy Strażnicy.
Potężna budowa ich ciał była widoczna nawet pod zasłoną szat, które nie zdradzały, czy są mężczyznami, czy kobietami. Włosy mieli zakryte kapturami, a twarze maskami z wypolerowanego złota, pozbawionymi rysów, ozdób i niedoskonałości.
Gdy się zbliżyli, zobaczyłem swoje zniekształcone odbicie w lśniącej powierzchni tych masek – brudne, chude, z kończynami rozciągniętymi na marmurowej płycie. Wyglądałem jak zwłoki w centrum jednego z moich rytuałów. Ta myśl niemal mnie rozbawiła, chociaż nie do końca rozumiałem ten żart.
Tym razem wysłali dwóch. Musiałem przyznać, że było to nieco satysfakcjonujące.
Na początku opiekowały się mną skrzydlate stworzenia, które pełniły rolę sług bogów w Ysrii. Ale byli to słudzy, a nie wojownicy. Zabiłem czterech, zanim bogowie uznali, że potrzebuję lepszej ochrony. Wtedy zaczęli wysyłać Boskich Strażników. Byli to żołnierze Shiket. Niegdyś ludzie. Zostali jednak wybrani po śmierci, aby wznieść się do nieśmiertelności i służyć jej jako strażnicy sprawiedliwości – lub tego, co Shiket uznała za „sprawiedliwość”. Byli cieniami samych siebie, poddanymi większemu rozkładowi niż nawet najgorsze upiory, jakie spotkałem w Zejściu. Ten zaszczyt Shiket oferowała tylko nielicznym, najwspanialszym wojownikom, którzy za nią podążali.
Rzekomo. Dla mnie wyglądało to na okropny interes. Oddać swoją duszę w zamian za niekończące się życie, które nie jest do końca życiem. Przez wieczność wykonywać brudną robotę bogów, zamiast znaleźć spokój w śmierci. Boscy Strażnicy mogli wyglądać na bardziej cywilizowanych niż upiory, ale byli równie zagubieni.
Z drugiej strony, niektórzy ludzie nigdy nie znajdowali spokoju w śmierci. Niektórzy nie byli przygotowani, aby zmierzyć się z prawdą o sobie, a inni nadal nie wierzyli, że śmierć jest rodzajem życia wiecznego. Nie miałem już litości dla ignorantów. Zwłaszcza dla tych, którzy służyli jej.
Bogini, która przebiła Mische mieczem i odrzuciła ją jak śmiecia, a mimo to miała czelność twierdzić, że reprezentuje sprawiedliwość.
Nie czułem złości. Złość była emocją głupców. Spowalniała i ogłupiała.
Tym, co czułem, była nienawiść. Zimna, ostra, precyzyjna.
Boscy Strażnicy zajęli się kajdanami na moich nadgarstkach. Nosili złote rękawice, bardziej wyrafinowane niż cokolwiek, co mogłoby zostać wykonane przez śmiertelników. Moje ramię jęknęło w proteście, gdy zwolnili jeden z łańcuchów, a ręka opadła jak martwa. Minęło sporo czasu, odkąd ostatni raz utrzymywałem własne ciało w pionie. Drugi nadgarstek poszedł w ślady pierwszego i zanim zdążyłem się ruszyć, strażnicy połączyli kajdany przed moją twarzą.
Jeden z nich podniósł swoją pozbawioną wyrazu twarz i dotknął łańcuchów. Ból przeszył moje nadgarstki i oślepiło mnie światło. Zgrzytnąłem zębami.
– Boskie światło – powiedział mniejszy z dwóch Strażników. Głos miał syczący, jakby destylowany z echa, ukrywający wszelkie ślady tego, kim był kiedyś za życia. – Być może w twoim rodowodzie znajduje się kropla esencji boga, ale twoje ciało nadal jest w większości przeklęte. Pamiętaj, że nadal jesteś wrażliwy na światło Sprawiedliwości, wampirze.
Nie podobało mi się takie protekcjonalne traktowanie. Ale milczałem. Bali się mnie. Czułem to jak woń potu. Wszyscy wiedzieliśmy, że o tym wiem, i wszyscy wiedzieliśmy, że oznacza to, iż już wygrałem.
Spojrzałem na swoje ręce, na ciało skwierczące pod świecącym metalem. Wcześniej wysyłali Boskich Strażników w celu przesłuchania mnie lub po fragmenty mojego ciała do eksperymentów bogów – kosmyk włosów, kawałek skóry, fiolkę krwi. Ale po raz pierwszy zabierali mnie z celi. Ciekawe.
– Idziemy na spacer? – Mój długo nieużywany głos był ochrypły.
Jeden z Boskich Strażników popchnął mnie w stronę drzwi.
– Być może w końcu zdecydowali się wykonać na tobie wyrok, zabójco bogów.
– Nie jestem zabójcą bogów.
Wyższy z nich się roześmiał. Był to nieprzyjemny dźwięk, chrapliwy odgłos śmierci.
– Tylko tchórz błaga kata o niewinność.
Zatrzymałem się gwałtownie.
– Nie twierdzę, że jestem niewinny – syknąłem. – Po prostu nie przypisuję sobie cudzych zasług. To nie ja zabiłem Atroxusa. Zrobiła to Mische Iliae i zasługuje na to, by jej imię zostało zapisane wśród gwiazd.
Boski Strażnik prychnął.
– Gwiazdy już zapomniały o twojej dziwce, upadły.
Być może wynikało to z faktu, że znajdowałem się w krainie bogów, a może z tego, co zrobiła mi Mische, wyciągając mnie z rytualnego kręgu. Ale moje ciało wydawało się inne niż wcześniej, jakby warstwy oporu między umysłem a mięśniami zostały przerzedzone.
Poruszałem się szybko.
W jednej chwili Boscy Strażnicy prowadzili mnie do drzwi mojej celi, a w następnej byłem po drugiej stronie pomieszczenia, wbijając palce w ramiona jednego z nich i przyciskając go do filaru. Jego ciało otoczyła pajęczyna pęknięć. Łańcuchy wokół moich nadgarstków i kostek rozbłysły jasnym światłem. Ale ból był sprawą drugorzędną.
– W imię Sprawiedliwości – ryknął drugi Boski Strażnik – Biały Panteon nakazuje ci odstąpić!
Złota maska odbijała moje oblicze, zniekształcone przez krzywiznę metalu. Moje oczy były puste, skóra blada, a blizny brutalnie wyraźne. Lewe oko było czarne jak atrament i wylewały się z niego cienie.
Wsunąłem jedną rękę pod kołnierz zbroi Boskiego Strażnika, tuż przy jego gardle. Nie wyczułem skóry, tylko metal. Ich śmiertelna przeszłość była tak odległa. Zrobili wszystko, co mogli, aby siłą ją porzucić.
– Masz czelność twierdzić, że wiesz, co pamiętają gwiazdy? – warknąłem. – Ty? Stworzenie, które sprzedało swoją duszę, aby zapomnieć, kim niegdyś było?
– Puszczaj! – warknął, podczas gdy jego partner szarpał moje kajdany. – Nie możesz zabić Boskiego Strażnika Białego Panteonu!
A jednak wciąż była w nim ta iskra strachu, teraz o wiele jaśniejsza. Nie, śmiertelnik nie mógł zabić Boskiego Strażnika. Ale czy ja byłem śmiertelnikiem?
Nie wiedziałem. On też nie wiedział. Pod metalową maską kalkulował swoje szanse.
– Zabić cię – powtórzyłem drwiąco. – Jesteś ignorantem, jeśli myślisz, że śmierć to najgorsze, co może cię spotkać z mojej ręki.
Drugi Boski Strażnik owinął świecący łańcuch wokół mojej szyi i go pociągnął. Fala bólu była zbyt silna nawet dla mnie. Puściłem tego, którego trzymałem, i się cofnąłem.
Strażnik złapał się za gardło, opierając się o filar.
– Tak łatwo sprowokować wasz gatunek. Dajecie się nabrać na takie proste drwiny. Ruszaj się.
Popchnęli mnie gwałtownie i poszedłem dalej.
Dziwka, tak ją nazwali. To była taka nudna, prymitywna zniewaga. Myśleli, że właśnie to mnie sprowokowało?
Dziwka to jedno. Ale twierdzić, że kobieta, która dosłownie zmieniła bieg boskiego świata, która uratowała niezliczone istnienia i poruszyła niezliczone dusze, odejdzie kiedykolwiek w zapomnienie…
Nigdy. Mische Iliae zostanie zapamiętana przez same kości czasu i wiedziałem o tym, ponieważ w razie konieczności byłem gotów napisać jej historię własną krwią.
Ona jeszcze nie skończyła z tym światem. Tylko ignoranci wierzyli, że śmierć jest końcem. Z pewnością nie dla niej.
Ale zmilczałem i szedłem dalej.
Asar
Kraina bogów ciągnęła się bez końca. Mówiono, że nawet boskie istoty nie były w stanie ogarnąć jej wzrokiem w ciągu nieskończonego życia. Jednak gdy śmiertelnicy myśleli o krainie bogów, odnosili się do Ysrii, siedziby Białego Panteonu. Historię pisali zwycięzcy, a kiedy bogowie ustanowili swoje rządy i zbudowali swój wielki raj, umieścili jego opis na gobelinach, obrazach i w świętych księgach swoich wyznawców. W świecie śmiertelników różnił się on w zależności od kontekstu. Na dotkniętych suszą pustyniach Ysria była bujną oazą. W nieprzyjaznej tundrze była to skąpana w słońcu łąka. W jałowych górach była falistymi złotymi polami, na których można było upolować jelenie i zebrać owoce. Spaleni upałem mieszkańcy wysp marzyli o niej jako o flocie statków, na których znajdowały się wszystkie rodzaje terenu – stawy, lasy, równiny.
W Obitraesie – gdzie bogowie Białego Panteonu nie byli zbawcami, ale ciemiężcami – często przedstawiano ją jako piękne więzienie.
Jak dotąd wydawało się to najtrafniejszą interpretacją.
Była to kraina złota, z falującymi polami lśniącej trawy, kwiatami jasnymi jak diamenty i wielkimi świątyniami z kryształowego szkła, wznoszącymi się na zalanych światłem polach. Niebo było oślepiająco białe i puste. Cienie na krajobrazie ukazywały ślady świata śmiertelników. Gdy Boscy Strażnicy ciągnęli mnie w dół marmurowych schodów, w ciemności rzucanej przez klif zobaczyłem przebłysk tętniącego życiem ludzkiego miasta.
Było to nieskazitelne, idealne piękno. A jednak wszystko wydawało się takie sztuczne. W glebie nie było owadów, pod kamieniami nie było myszy, na oślepiającym niebie brakowało chmur. Każdy kwiat, obok którego przechodziliśmy, był idealnie prosty, skierowany do góry, z taką samą liczbą płatków ułożonych w tej samej orientacji i w tym samym odcieniu niebieskiego, co dawało niesamowity efekt. Jakby bogowie dostrzegli piękno w śmiertelności, ale nie zdawali sobie sprawy, że to właśnie jej niedoskonałość czyni ją niezwykłą.
Zostałem zaprowadzony na duże, okrągłe patio na świeżym powietrzu, w cieniu pałacu Białego Panteonu. Nadal widniał na nim symbol słońca w zenicie, choć nawet on był zniszczony przez postrzępione pęknięcia, rozciągające się na nim jak desperackie, połamane palce.
Zwróciłem twarz do białego nieba. Rzadko widywałem coś tak jasnego. Ale wiedziałem, że to nie było światło słoneczne, bo w niczym nie przypominało tego, co opisywała Mische.
To ciepłe i krzepiące uczucie. Gdy patrzysz na kolejny świt, wierzysz, że przyszłość może być lepsza niż teraźniejszość.
Wraz ze wspomnieniem głosu Mische pojawił się obraz jej uśmiechu, jasnego jak druga szansa.
Nie. To było jak fałszywa przyjemność i ostrze między łopatkami. Piękne zaprzeczenie.
Na środku patio znajdowała się czarna jak noc jama, kontrastująca ze zbyt jasnym pięknem wszystkiego wokół. Cienie w niej skakały i tryskały jak wrząca ciecz. Rozpryskujące się krople syczały na marmurze, pozostawiając ślady przypaleń. Promieniowała całkowitą nieprawidłowością niczym trującymi oparami.
Wokół jamy stali bogowie Białego Panteonu.
Kiedy Nyaxia pojawiła się przede mną po raz pierwszy, jej widok zaparł mi dech w piersiach. Całe moje ciało wyginało się do niej, jakby przyzywała moją krew. Była zdumiewająca i przerażająca i chociaż się temu opierałem, każdy zwierzęcy instynkt wciąż nakłaniał mnie do rozcięcia się na pół i ofiarowania jej swoich wnętrzności.
A czułem to wszystko w obecności tylko jednego boga. Teraz stałem przed jedenastoma.
Najbliżej mnie znajdował się Vitarus, bóg żniw, z włosami w kolorze złota, które wydawały się nieco bardziej matowe niż ostatnim razem, kiedy go widziałem. Ix, bogini seksu i płodności, wciąż opłakująca cicho Atroxusa. Srana, mechaniczna bogini, z lśniącą miedzianą skórą. Ijakai, bogini zwierząt, z długimi lisimi uszami i menażerią stworzeń u jej stóp.
Wszyscy odwrócili się, by na mnie patrzeć, gdy prowadzono mnie po spiralnych schodach. Rozmowa ucichła. Czułem, jak ich ostrożna ciekawość rozdziera mnie na strzępy niczym padlinożerne ptaki rozrywające zwłoki.
Żaden z bogów nie był spokojny. Powietrze, wiatr i ziemia burzyły się od ich niepokoju i oczekiwania. Niebo drżało od błyskających, wielobarwnych rozbłysków piorunów. Równiny poniżej falowały pod wpływem porywistych podmuchów wiatru wiejącego w różnych kierunkach. Fale ciepła i zimna pulsowały w powietrzu.
Kiedyś, przed moim wygnaniem, otrzymałem rozkaz zniszczenia jednego z wyspiarskich państw u wybrzeży Domu Cienia – w odwecie za zniewagę mojego ojca. Spaliłem statki, a następnie rzuciłem zaklęcie, które spowodowało serię pożarów mających wybuchnąć z opóźnieniem na obwodzie wyspy. Podczas gdy armia była zajęta bardzo widocznym atakiem na port, otrułem zwierzęta, które stanowiły ostatnie źródło krwi dla wyspy. Większość wampirów uległa głodowi, zanim pojawiły się ostatnie płomienie, które całkowicie zniszczyły miasto w ciągu kilku tygodni.
Nie czułem wyrzutów sumienia z powodu tego, co zrobiłem tamtym wampirom – gdyby role się odwróciły, bez wahania zrobiliby mi coś jeszcze gorszego i czerpaliby z tego większą przyjemność. Jednak prześladowało mnie ostatnie wycie wilków. One znacznie wcześniej niż wampiry zdały sobie sprawę, że są skazane na zagładę. Czułem gnilny zapach ich paniki jeszcze długo po tym, jak zmyłem z siebie smród dymu.
Czułem ją również teraz, gdy prowadzono mnie do jamy. Tę samą panikę istot uwięzionych i zdesperowanych.
Boscy Strażnicy brutalnie popchnęli mnie na kolana przy krawędzi dołu. Spojrzałem w głąb. Zdałem sobie sprawę, że to nie była tylko ciemność – z bliska mogłem dostrzec kształty budynków, gór i linii brzegowych, dryfujących w niekończącej się czerni. Na pokrytej chmurami powierzchni unosiły się złote odłamki.
To było okno na świat śmiertelników.
Już teraz był niemal nierozpoznawalny, skąpany w wiecznej ciemności i usiany kawałkami tego, co kiedyś było słońcem. Widziałem uschnięte uprawy i ciemne niebo. Szron opadający na pola, lód pokrywający rzeki. Na milionach łąk w milionach krajów martwe liście ślizgały się bez życia po suchej ziemi.
Poczułem gorzkie ukłucie dumy w sercu.
Zmieniłaś świat, Iliae, pomyślałem. Przerażasz nawet bogów.
Vitarus spojrzał na mnie z pogardą. Z bliska zauważyłem, że jego lewa ręka, ta, która reprezentowała życie, była uschnięta i brązowiała. Suche liście zdobiące jego ramię skurczyły się w pył, gdy na mnie wskazał.
– Nie potrzebujemy pomocy robactwa. Sam mogę wznieść słońce. Jeśli pozwolicie mi spróbować ponownie, założyć koronę…
– Jeśli ktoś może to zrobić, to tylko ja – rozległ się głęboki głos. Wysoki mężczyzna z długimi, mokrymi włosami i mgłą gromadzącą się wokół dłoni wstał: Zarux, bóg morza i nieba. – Niebiosa są moją domeną.
Vitarus prychnął.
– Być może, jeśli pragniemy, aby niebo pokryła morska mgła.
We mgle Zaruxa zamigotały błyskawice.
– Twoja zdolność do uprawiania kwiatów okazała się bezużyteczna.
– To ja utrzymuję przy życiu twoich cennych akolitów – odparł ostro Vitarus. – Nie lekceważ siły, jakiej wymaga ode mnie uprawa roślin pod pozbawionym słońca niebem. Mam pozwolić im zginąć? Proszę bardzo, spróbuj jeszcze raz, a wszyscy będziemy obserwować, jak twoja piętnasta próba kończy się cudownym sukcesem.
– Tak, tak samo jak twoja, gdy wręczymy ci koronę – odparł Zarux, a jego głos ociekał sarkazmem.
– Cicho – szepnęła Ix. Jej niebieskie, łagodne spojrzenie spoczęło na mnie. Wyglądała jak piękna śmiertelna kobieta: bujne kształty otulone eteryczną białą szyfonową suknią, falującą mimo braku wiatru, okrągła twarz z różowymi policzkami emanującymi blaskiem śmiertelności, szeroko otwarte oczy, w których tlił się święty blask nowego życia. Ale jej usta i dłonie były pokryte rdzawą czerwienią – gromadzonej przez wieki zaschniętą krwią bólu porodowego. – Zapominacie się, bracia.
– Rzeczywiście.
Głos Shiket opadł na mnie jak fala mściwego chłodu. Odwróciłem się i zobaczyłem ją wychodzącą z mgły po przeciwnej stronie jamy. Jej złota zbroja lśniła w szarości. Była niezwykle piękna – wykonana dawno temu przez Sranę. Wzdłuż muskularnego ciała pokrytego metalem biegły obrazy zwycięstw. Wytłoczone postacie walczyły ze sobą, przedstawiając zwycięstwa przeszłe, teraźniejsze i przyszłe. Gładki, pozbawiony otworów na oczy półhełm – podzielona na dwoje wersja pełnej maski noszonej przez Boskich Strażników – zakrywał jej czoło i oczy, kończąc się akurat na takiej wysokości, by odsłonić mocną szczękę, surowe usta i czubek orlego nosa.
Jednak wszystkie te rzeczy, choć wspaniałe, bledły w porównaniu z największą dumą Shiket, to jest sześcioma mieczami, które wystawały z jej pleców niczym skrzydła śmierci. Wszystkie były wspaniałe. Każdy z nich reprezentował inną formę sprawiedliwości. Legendy głosiły, że czasami Shiket darowała jeden z tych mieczy śmiertelnemu wyznawcy, z istotnym zastrzeżeniem, że broń ta pewnego dnia doprowadzi do jego śmierci.
Moje spojrzenie natychmiast padło na ten u góry, po lewej stronie, tuż nad jej ramieniem. Ogromny biały miecz, lśniący eterycznym światłem.
Ostrze Odwetu. Miecz, który reprezentował słuszną śmierć przyznaną w ramach słusznej kary.
I – co było odrażającą ironią – miecz, którego użyła do zabicia Mische.
– Nasze wewnętrzne walki do niczego nie prowadzą, moi bracia i siostry – powiedziała Shiket. – Musimy skupić się na tym, co nas czeka.
Gdy przechodziła przez platformę, by stanąć nade mną, jej kroki były ciche pomimo ciężkiej zbroi. – Wstań – rozkazała.
Wstałem. Nie spuściłem z niej wzroku nawet na chwilę. Czułem, jak cienie w moim lewym oku migoczą bez udziału mojej woli, choć starannie kontrolowałem wyraz twarzy.
Mimo to dostrzegła ten wybuch dymu.
Roześmiała się cicho.
– Nie musisz ukrywać swoich uczuć, więźniu. Nie dziwi mnie, że upadłe dziecko Nyaxii tak pogardza sprawiedliwością światła.
Podczas mojej niewoli odwiedziło mnie kilku bogów – Vitarus, Ix, Srana. Kilku bogów, którzy mieli największy udział w zdradzie i zamordowaniu Alarusa. Bali się mnie – a dokładniej, bali się jego i tego, co mogło z niego we mnie pozostać.
Shiket do mnie nie przyszła i się nie bała.
Nieważne. To nawet lepiej, gdy cię nie doceniają.
– Przyłóż dłonie do kręgu – powiedziała.
Ani drgnąłem.
Błysk oburzenia.
– Rób, co ci każę, więźniu!
Jej głos rozbrzmiał boską mocą. Wszystkie moje mięśnie błagały, bym wykonał polecenie. Mimo to się nie poruszyłem.
Vitarus parsknął śmiechem.
– Głupi wampir.
Zegarowe oczy Srany tykały: tik, tak, tik, tak.
– Nie głupi. Uparty jak jego przodek.
Srana interesowała się mną bardziej niż reszta i nigdy nie starała się tego ukrywać. Być może dlatego, że była boginią nauki, a to, czym byłem, przeczyło wszelkiej logice.
– I ten opór na nic się zdał Alarusowi. – Shiket chwyciła mnie za kark i pchnęła w dół. – Klękaj.
Wyrzuciłem ręce przed siebie tuż przed tym, jak moje czoło uderzyło w kamień.
Musiałem bardzo się postarać, aby nie reagować, gdy fala emocji przetoczyła się przez moje żyły.
Poświęciłem swoje życie opanowaniu mrocznych, mniej honorowych sztuk magicznych. Nauczyłem się władać samą śmiercią. A jednak wszystko to było jak świeca – a to był pożar.
Czułem, że jestem połączony z morzem, niebem i ziemią. Czułem, jak moja świadomość sięga granic między światem śmiertelników a światem nieśmiertelnych, podziemiami, światem ludzi i światem wampirów. Czułem jednocześnie śmierć niezliczonych śmiertelników, rozciągającą się aż po kres czasu. Czułem znajomą woń Morthryn, korytarze Zejścia, dręczący ból cierpiących strażników, ciężar niezliczonych zagubionych dusz.
I przez ułamek sekundy czułem także ją.
Ją.
Daleko, pogrzebaną pod natłokiem wrażeń.
Ale rozpoznałbym ją wszędzie. Zapamiętałem jej duszę. Wcisnąłem jej ostatnie chwile we własne serce jak zakonserwowane płatki róży.
To mnie rozpraszało, dezorientowało. Opadłem na kamienną ścianę. Płyn w zbiorniku burzył się i rozpryskiwał, a jego krople paliły moje policzki.
Mgliście zdawałem sobie sprawę z obecności innych bogów klęczących przed jamą. Potok mocy stawał się coraz silniejszy, gdy każdy z nich przyciskał dłonie do kręgu, tak jak ja – niczym szprychy koła, które wskakiwały na swoje miejsce i obracały się coraz szybciej. Odłamki złota drżały i trzęsły się pod wpływem tej siły.
Moja moc była wykorzystywana bez mojej zgody, sięgała do odłamków, które pozostały ze słońca. Moje śmiertelne wampirze ciało krzyczało z bólu. Był nie do zniesienia, ale nie mogłem się wycofać. Na moich oczach kawałki słońca powoli zbliżały się do siebie. Piekące złote światło płonęło na powierzchni jamy, powodując oparzenia na moim nosie i policzkach.
Jednak magia szybko wymknęła się spod kontroli.
– Nie puszczajcie! – krzyknął ktoś w chaosie.
Ale było już za późno. Powierzchnia wody eksplodowała spienionymi falami. Spadł na mnie deszcz wrzących kropel i ostrych odłamków.
Kiedy ponownie otworzyłem oczy, patrzyłem na białe, puste niebo, opierając się plecami o świeżo pękniętą kamienną ścianę.
– Bezużyteczny! – zagrzmiał głęboki głos. – Jest bezużyteczny! – Kajmar, bóg iluzji i sztuki, wskazał na mnie palcem. – Zabijmy go i niech krople naszej mocy, które ukradł, wrócą w eter. Być może wtedy będziemy mogli…
– Nie możemy wznieść słońca, Kajmarze.
Nawet wśród bogów ten głos, ponadczasowy i wieczny, zatrzymał sam piasek czasu. Acaeja, bogini losu i czarów. Spojrzenie jej dużych, białych oczu spoczęło na mnie. Za nią rozpostarło się sześć majestatycznych skrzydeł, z których każde oferowało wgląd w inny los. Teraz wszystkie przedstawiały przebłyski świata pogrążonego w ciemności.
– Powtarzałam to wielokrotnie – powiedziała. – Musimy zaakceptować to, co dał nam los.
Mięsień w szczęce Shiket drgnął. Dziwny trik, jak u śmiertelnika. Być może sprawiłoby mi to pewną satysfakcję, gdybym nadal nie skupiał się na tamtym szepcie obecności Mische.
– Spójrzcie, co się dzieje, podczas gdy wy walczycie między sobą. Ludzie cierpią. Sprawiedliwość nie zostaje wymierzona. – Shiket gwałtownie wskazała na jamę.
Wzburzone fale przybrały nowy kształt, choć obrazy w nich były zamazane i niewyraźne. Dopiero po chwili zorientowałem się, na co patrzę: Obitraes. Ostre jak noże szczyty Domu Cienia, falujące wydmy Domu Nocy, lodowe góry Domu Krwi. Wszystko wydawało się odległe i mroczne. Bogowie Białego Panteonu nie mieli zbyt dobrego widoku na terytorium Nyaxii.
– Nyaxia przygotowuje się do wykorzystania wiecznej nocy – warknęła Shiket. – To nie jest czas na wewnętrzne spory. Zwłaszcza gdy mamy wśród nas jeden z jej tworów. – Spojrzała na mnie. – Zacznijmy od najbardziej zasłużonej kary.
– Nie zostanie zabity, Shiket – powiedziała Acaeja.
Na twarzy Shiket pojawił się szyderczy uśmiech.
– Dlaczego? Jaki z niego pożytek? Nawet Nyaxia go nie chciała.
– Nyaxia kieruje się emocjami. Gdyby myślała strategicznie, zabrałaby go ze sobą. I nadal może zmienić zdanie.
– Kolejny powód, żeby go wyeliminować. Musimy stanąć po właściwej stronie. Kiedy, jak nie teraz?
„Właściwej” – takiego użyła słowa.
Kącik moich ust uniósł się w krzywym uśmiechu. Ledwie drgnął, ale Shiket i tak to zauważyła.
– Bawi cię sprawiedliwość. Typowe dla upadłego.
– Zabawne, że istoty tak potężne jak wy są tak głupie.
Shiket wyprostowała się do pełnej, imponującej wysokości. Jej hełm zalśnił. Sześć ostrzy świeciło. Nawet ja, pomimo mojej nienawiści, musiałem przyznać, że wyglądała jak postać z legend.
Prawie pożałowałem, że się odezwałem. Prawie.
Odraza promieniowała z Shiket jak dym ze stosu pogrzebowego. Nienawidziła mnie i nie starała się tego ukrywać.
Ale nie patrzyła w ten sposób na Mische. Ja, z moją kroplą nieśmiertelnej krwi, koroną i niejasnym pochodzeniem, byłem przynajmniej godny odrazy Shiket. Mische była po prostu nieistotna.
To też budziło we mnie nienawiść. Na tyle gorącą, by dorównała nienawiści bogini.
– Żaden śmiertelnik nie może odzywać się w ten sposób do boga – syknęła Shiket. – Nie bez kary.
Ale ja już się na nią rzucałem.
Nie było tu cieni, a mimo to moja magia była silniejsza niż kiedykolwiek. Czułem, jak ciemność do mnie przemawia, jakby poprzez korzenie sięgające aż do podziemi.
Shiket była oczywiście przygotowana, wyciągnęła Miecz Odwetu. Zderzyliśmy się w eksplozji złota i ciemności. Nie próbowała mnie zabić. Gdyby tak było, już bym nie żył. Mimo to nie ustępowałem jej. Włożyłem całą swoją nowo odkrytą moc w uderzenie. Kiedy kontratakowałem, moja pięść zamknęła się wokół postrzępionego kamienia, a kiedy cofnęła się, aby mnie uderzyć, sięgnąłem do jej umysłu i szarpnąłem. Kamień uderzył ją w bok twarzy.
Wyczułem jej zaskoczenie – bardzo satysfakcjonujące – ale już po chwili doszła do siebie i uderzyła mnie płazem ostrza tak mocno, że poleciałem na krawędź jamy. Ledwo udało mi się utrzymać równowagę, zanim wpadłem do środka. Moje palce musnęły powierzchnię wody i poczułem falę palącego bólu.
Z wielkim wysiłkiem podniosłem głowę, by posłać jej gorzki uśmiech. W kąciku ust poczułem smak krwi. Pozostali bogowie patrzyli na to z niejasnym rozbawieniem. Nawet w obliczu śmierci ich króla te walki były dla nich jedynie drobną rozrywką. W końcu dla bogów nic nie miało znaczenia.
Oparłem się o ścianę, aby nie zdradzić, że nie jestem pewien, czy dam radę stać.
– Dlaczego się zatrzymałaś? – zaszydziłem.
Po części była to drwina, a po części szczera prośba: wyślij mnie do podziemi. Wyślij mnie do domu. Wyślij mnie do niej.
Shiket wyglądała, jakby była aż nazbyt gotowa spełnić moje życzenie.
– W jego żyłach płynie krew Alarusa – odezwała się Acaeja.
Mówiła cicho. Ale te słowa sprawiły, że Shiket zatrzymał się w połowie ruchu.
I choć dobrze to ukrywała, i tak to wyczułem: niepewność.
Nie byłem głównym bogiem. Pakt, który zapobiegał zabijaniu się nawzajem przez głównych bogów, nie powinien mnie obejmować.
Ale ani ja nie wiedziałem, kim jestem, ani nie wiedzieli tego oni.
Shiket wykrzywiła wargi.
– I właśnie dlatego jest taki arogancki, zupełnie jak jego przodek.
Wyciągnęła rękę w kierunku najbliższego Boskiego Strażnika i zanim moje oczy zdążyły zarejestrować ten ruch, głowa Strażnika znalazła się w jej dłoniach. Rozległ się mokry trzask i krótki, niezrozumiały krzyk.
Trysnęła na mnie srebrna krew, wylewająca się z oderwanej głowy.
Boscy Strażnicy nie byli do końca żywi, ale nadal zachowywali pewne ślady swojej dawnej śmiertelności. Ich krew przypominała stopioną stal. Pod skrystalizowaną zgnilizną nadal zachowywała niepowtarzalny zapach człowieczeństwa. W niewoli nie odczuwałem pragnienia. Ale na widok krwi ogarnęła mnie nagła, potworna fala głodu. Rzuciłem się do przodu i powstrzymałem tuż przed zlizaniem kałuży z ziemi.
Przeszył mnie dźwięk śmiechu Shiket.
– Spójrzcie na niego. Niewolnik swoich pragnień, jak wszyscy upadli Nyaxii. – Kopnęła na bok zdekapitowane ciało. Moje oczy śledziły każdą smugę na podłodze. – On nie jest bogiem. Zabierzcie go.
Boscy Strażnicy – pozornie niewzruszeni bezceremonialną śmiercią swojego towarzysza – chwycili mnie za ramiona i podnieśli na nogi. Warczałem i plułem, walcząc z ich uściskiem przy każdym kroku.
Dopiero kiedy znalazłem się z powrotem w celi, sam w ciemności, skierowałem swoją uwagę na to: klucz do mojej wolności, skradziony pod osłoną mojego występu. Występu tak dobrego, ponieważ zachowałem się dokładnie tak, jak się tego po mnie spodziewali. Niczym zwykłe zwierzę.
Uśmiechnąłem się lekko, czując stałe pulsowanie pod koszulą, tuż przy sercu.
Trzymałem tam mały odłamek słońca, płonący jak uraza.
Niedługo potem bogowie postanowili mnie zabić.
W każdym razie niedługo jak na boskie standardy. Mnie dłużyła się każda mijająca sekunda. Odłamek przy mojej skórze zawierał skoncentrowaną moc samego słońca – całkowitej antytezy mojej istoty. Czułem, jak warstwa po warstwie przeżera moją skórę, a potem zagłębia się w mięśnie.
Wiedziałem jednak, że jestem obserwowany. Nie drgnąłem więc ani nie wydałem z siebie żadnego dźwięku. Właśnie pokazałem im – zarówno bogom, jak i Boskim Strażnikom – jak łatwo mnie pokonać. Przypomniałem im, że jestem tylko skalanym śmiertelnikiem.
Dobrze. Niech nadal w to wierzą.
W końcu po mnie przyszli. Tym razem wysłali trzech Boskich Strażników, ale byli mniej ostrożni niż poprzednio. Moje przedstawienie zadziałało.
Nie byłem pewien, dokąd mnie zabierają, i nie obchodziło mnie to. Kiedy sięgnęli do moich kajdan, wykonałem swój ruch.
Na początek rzuciłem się na mniejszego Strażnika. Magia wypełniła moje płuca jak euforyczny dym wdychany przez uzależnionego od pythorasu. Zawsze wydawała mi się łatwa, nawet gdy inne rzeczy takie nie były. Rozumiałem ją znacznie lepiej niż politykę dworską czy okrucieństwo wampirów. Ale teraz nabrała intensywności, która mogłaby być przerażająca, gdyby nie było to tak cholernie przyjemne.
Z pomocą fali ciemności rzuciłem pierwszym Boskim Strażnikiem przez pokój. Jego metalowe ciało uderzyło z hukiem w kolumny. Za sobą wyczułem irytujące zamiary jego towarzysza, zanim jeszcze się poruszył, i chwyciłem miecz upadłego Strażnika, obracając się.
Rozległ się huk, gdy wymknąłem się z zasięgu jego ostrza, posyłając go na ścianę, a następnie przydusiłem falą ciemności. Wykrzykiwał przekleństwa w ludzkim języku, którego nie rozumiałem, co rozbawiło mnie niemal do łez. Być może Shiket zrobiła wszystko, co mogła, aby oddzielić tych wojowników od tego, kim byli za życia, ale w nieoczekiwanej sytuacji z ich ust nadal wydobywały się przekleństwa z życia sprzed tysiąca lat.
Nie czekałem, aż się otrząśnie. Wbiegłem przez drzwi na nieskazitelny marmurowy korytarz, ale prawie wpadłem prosto na wielką, opancerzoną postać.
W drzwiach stał ostatni Boski Strażnik z wyciągniętym złotym mieczem.
– Twój bunt kończy się tutaj – oznajmił.
Jego ostrze pulsowało boskim światłem. Nawet z odległości jego obecność paliła moją odsłoniętą skórę. Usłyszałem, jak za moimi plecami dochodzą do siebie pozostali dwaj Boscy Strażnicy. Lada moment będą przy mnie i szansa na ucieczkę przepadnie.
Odetchnąłem przez zaciśnięte zęby. Przycisnąłem dłoń do piersi, a potem uniosłem ją w geście poddania.
– Musiałem spróbować – wymamrotałem.
Poczułem falę satysfakcji Boskiego Strażnika, gdy wyciągnąłem nadgarstki, aby ponownie je skuł.
Gdy tylko zbliżył się wystarczająco, wbiłem mu w gardło odłamek słońca, ukryty aż do teraz.
Boski Strażnik krzyknął z udręką, gdy słońce stopiło metal i wszystko, co znajdowało się pod nim. Srebrna krew trysnęła mi na twarz. Strażnik osunął się na kolana.
Wyciągnąłem odłamek z jego nie-ciała, popchnąłem go w przeciwległy korytarz, a następnie owinąłem się płaszczem ciemności i uciekłem.
Zrobiłem, co w mojej mocy, aby zrozumieć układ swojego więzienia, choć nie było to wiele. To miejsce było jeszcze bardziej zawiłe niż Morthryn. Byłem przekonany, że zmieniło się od czasu mojego ostatniego spaceru po jego korytarzach. Kiedy przedostałem się przez przejście, które Boscy Strażnicy zostawili otwarte, stanąłem przed trzema tunelami. Nie pamiętałem, żeby były trzy, kiedy ostatnio wyprowadzono mnie z celi, ale nie miałem czasu do namysłu. Wybrałem lewą odnogę i pobiegłem – najpierw w prawo, potem środkiem, a następnie okrężnym korytarzem, który – mógłbym przysiąc – zaprowadził mnie z powrotem do punktu wyjścia. Słyszałem zamieszanie w oddali. Nagle białe niebo nad moją głową rozjaśniła błyskawica. Bałagan, który po sobie zostawiłem, został odkryty – szybciej, niż się spodziewałem. Jeśli miałem szczęście, potraktowali lokalizację ostatniego ciała dosłownie i ruszyli na poszukiwania w złym kierunku.
Ale czy tyle wystarczy, by oszukać boga?
Choć długo i intensywnie zastanawiałem się, co zrobię, gdy się uwolnię, prawda była taka, że nie wiedziałam wystarczająco dużo o Ysrii, aby mieć coś choćby przypominającego plan. Gdzieś w krainie bogów musiała istnieć droga do podziemi, nawet jeśli została dawno zapomniana. Być może, jeśli uda mi się przedostać przez bramy więzienia, będę w stanie odkryć, jak podążać za więzią w moim sercu, którą poczułem nad jamą. Mógłbym…
– Asar!
Zatrzymałem się gwałtownie i omal nie uderzyłem w róg. Ten głos.
Głos Mische. Nie do pomylenia.
Wszystkie myśli zniknęły.
Odwróciłem się. Przed sobą zobaczyłem długi, pusty, biały korytarz, w którym panowała cisza.
– Asar! Gdzie jesteś? – Strach w jej głosie sprawił, że serce podskoczyło mi do gardła.
Podstęp. Pułapka.
Sam postąpiłbym tak samo.
Tyle że Mische zabiła boga. Biały Panteon ją zlekceważył, ale być może przemyśleli swoją decyzję i w jakiś sposób sprowadzili ją z powrotem, aby wymierzyć jej dalszą karę. Dotknąłem swojej klatki piersiowej – mógłbym przysiąc, że echo kotwicy, która kiedyś nas łączyła, czasami wciąż pulsowało jej odległą obecnością.
To mogła być ona. Istniał cień szansy. Cień cienia szansy.
Głupota. Naiwność. Wiedziałem o tym, ale i tak nigdy by mnie to nie powstrzymało.
Skręciłem za róg, a potem za kolejny, podążając za jej głosem. W końcu dotarłem do otwartej bramy prowadzącej do wąskich schodów.
U ich podnóża złota ciecz obmywała brzeg z kości słoniowej. A w niej klęczała poturbowana i poparzona Mische.
Wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałem, kiedy mnie odciągali. Jej skóra była pokryta popiołem maskującym nowe oparzenia, jakie pozostawiło na jej skórze światło Atroxusa. Jej włosy – karmelowe loki – zwisały oklapnięte, ciężkie od krwi. Ale te oczy. Te oczy.
Nawet gdy umierała, wyglądały tak, jak wyobrażałem sobie słońce.
Teraz lśniły łzami. Jej usta wygięły się w drżącym uśmiechu.
– Dlaczego płaczesz?
Milion niewypowiedzianych słów – uwielbienia, przeprosin, miłości – ścisnęło mi się w piersi. Żadne z nich nie dotarły na powierzchnię.
Nie mieliśmy czasu.
Rzuciłem się w dół po schodach. W chwili gdy moje bose stopy dotknęły złotej wody, Mische zaczęła spadać, jakby piasek pod nami po prostu się rozstąpił.
– Asar – zawołała błagalnie, wyciągając do mnie rękę.
Próbowałem ją złapać. Bezskutecznie.
Sam też spadałem.
Asar
Nie żyje. Zabiłeś go.
– Nie zabiłem. Jest bogiem.
– Nie jest bogiem. Jest śmiertelnikiem, który wykradł odrobinę magii zwłokom. Dosłownie hieną cmentarną.
– Ponoć jego gatunek lubi takie kradzieże.
Głosy mieszały się wokół mnie. Kobiecy – miękki i zdradzający ciekawość. Starszego mężczyzny – szorstki, ale dziwnie melodyjny, a potem młodszego – gorzki i sarkastyczny.
– Cicho – powiedziała kobieta. – Budzi się.
Znowu zostałem unieruchomiony, ale od razu zauważyłem, że tym razem nie były to łańcuchy wykute przez bogów. Kiedy podniosłem głowę, zalał mnie ból. Moja lewa kostka pulsowała z ogromną siłą, a kiedy się poruszyłem, ramię wydało nieprzyjemny trzask.
Jeśli upadek spowodował u mnie takie obrażenia, to Mische, która już wcześniej wyglądała na bliską śmierci, mogła ucierpieć znacznie bardziej.
Znajdowałem się w małym pokoju, który nie przypominał mojego więzienia w Ysrii. Wyglądało to bardziej jak dom jakiegoś ludzkiego rolnika. Kamienne ściany, klepisko na podłodze, skromne drewniane meble, ogień w kominku. Przez nieliczne okna widać było jedynie szare chmury. Żadnych drzwi.
Trzy osoby stały nade mną, gapiąc się, jakbym był eksponatem w muzeum. Młoda kobieta o ogromnych ciemnych oczach, jasnej, piegowatej skórze i z miedzianymi włosami. Co ciekawe, po jednej stronie szczęki miała płytkę z brązu – może to była jakaś proteza? Obok stał starszy mężczyzna z gładko zaczesanymi siwymi włosami, przy nim zaś kolejny: młodszy, wysoki, szczupły, o brązowej skórze i ostrych rysach twarzy. Jego oczy były całkowicie czarne – bez tęczówek, bez źrenic. Towarzyszył mu biały wilk.
Byliśmy w tym pokoju sami. Nigdzie nie widziałem Mische.
– Gdzie ona jest?
Mój głos brzmiał żałośnie słabo.
Kobieta spojrzała pytająco na starszego mężczyznę.
– Asar – powiedziała Mische. Zamrugałem i nagle tam była: klęcząca na ziemi, poparzona i zakrwawiona. – Dlaczego płaczesz?
Zamrugałem i znów była cała, ubrana w znoszone ubrania z naszej podróży przez Zejście. Uśmiechała się do mnie szeroko.
– Co lubisz robić?
Zamrugałem i miała na sobie złotą halkę oraz jedwabny szlafrok, wyciągała do mnie rękę i przygryzała pełną dolną wargę w sposób, który prześladował mnie od tamtej pory, choć ona pewnie nie miała o tym pojęcia.
– Zatańcz ze mną.
Wspomnienia. To były wspomnienia.
Zatrzasnąłem drzwi swojego umysłu, przeklinając samego siebie.
Gideonowi byłoby za mnie wstyd, że się nie zorientowałem. Nawet nie poczułem, kiedy zostały wtłoczone w moją głowę – może dlatego, że desperacko chciałem wierzyć w to, co widziałem. Z pierwszej ręki wiedziałem, jak to jest. Niezliczoną ilość razy to ja wyrywałem wspomnienia, aby wykorzystać je przeciwko mojemu celowi. Jednak to zostało zrobione zręcznie i bardzo różniło się od magii Zrodzonych z Cienia. Nawet teraz, gdy się skupiłem, ledwo czułem dotyk na moim umyśle.
– Wybacz – powiedział starzec, choć wcale nie brzmiał, jakby było mu przykro. – Ale nie mogę cię winić. Jest śliczna.
Powstrzymałem się od zazdrosnego komentarza.
Mężczyzna wyglądał jak człowiek – widziałem oznaki starzenia się, które omijały wampiry, zmarszczki wokół oczu, siwe włosy i brodę. Mimo to było w nim coś dziwnego, czego nie potrafiłem określić. Był wysoki, miał mocną twarz i elegancką postawę. Właściwie to dziwnie elegancką – wydawała się nie pasować do jego wyglądu. Wpatrywał się we mnie jasnoniebieskimi oczami.
Przeniosłem wzrok na pozostałą dwójkę. Kobieta nerwowo bawiła się warkoczem opadającym jej na ramię i zauważyłem, że jej ręka również była wykonana z metalu – miedzi i brązu oraz niezliczonych trybików poruszających się przy każdym jej ruchu. Młodszy mężczyzna wpatrywał się we mnie swoimi czarnymi, zmrużonymi oczami, zbliżając się do niej w zaborczy sposób.
Sięgnąłem w kierunku ich umysłów, gotów przeszukać ich wspomnienia. Zmarszczyłem brwi.
Natychmiast zrozumiałem, że pomimo swojego wyglądu nie byli ludźmi. Nie byli też wampirami. Nie potrafiłem w pełni wniknąć w ich myśli.
– Puśćcie mnie – powiedziałem.
– Przykro mi – kobieta brzmiała, jakby mówiła szczerze. – Nie możemy.
– I tak nigdzie nie uciekniesz. – Mężczyzna o czarnych oczach wskazał na zamglone okna. – Nie ma stąd drogi do Ysrii.
– Nie mam zamiaru wracać do Ysrii. Puśćcie mnie.
Napełniłem swój głos syropem przymusu: Puśćcie mnie. Puśćcie mnie. Puśćcie mnie.
Kompulsja była łatwa w użyciu, gdy rozumiało się, że nie chodzi w niej o siłę – kluczem było osłodzenie swoich pragnień, żeby cel łyknął je niczym wodę z cukrem. Mimo to moja kontrola nad ich umysłami była niepewna, a ruchy mojej magii niezdarne.
Kobieta zrobiła krok do przodu, z zamglonym wzrokiem, ale młodszy mężczyzna ją powstrzymał.
– Ostrożnie. – Następnie zwrócił się do mnie: – Niegrzecznie traktujesz swoich gospodarzy, wampirze.
– My również nie powinniśmy być niegrzeczni wobec naszego gościa, dziecko.
Najpierw był głos, potem pojawiła się postać. Wiecznie młoda, przekraczająca śmiertelność.
Z cienia wyłoniła się Acaeja.
Wszystkie inne myśli i zmysły zniknęły, pozostała tylko ona. Chęć padnięcia na kolana ogarnęła mnie jak fala mdłości. Skrzydła rozpostarły się za nią, rozciągając się niemal na całą szerokość małego pokoju. W tej chwili cztery z nich przedstawiały ogniste potępienie. Pozostałe dwa – czarną jak smoła nicość.
Duże, białe oczy Acaei przyglądały mi się badawczo.
– Wybacz warunki zakwaterowania, Asarze Voldari, królu Domu Cienia, strażniku Zejścia i potomku Alarusa. – Wyrecytowała moje tytuły z obojętną ciekawością, jakby szukała czegoś użytecznego. – Zrozum, że musimy pracować z tym, co mamy. Nie mogłam interweniować, aby uwolnić cię z celi. Musiałeś przybyć tu z własnej woli.
Zwróciła się do trzech postaci stojących nade mną.
– Dobra robota, moi żołnierze.
Wzrok starszego mężczyzny błądził po mojej twarzy. Czułem jego strach i ciekawość, jedno i drugie równie silne.
– Czy on jest jednym z nas?
– Puśćcie mnie – powtórzyłem.
Tym razem przymus był silniejszy. Cała trójka ruszyła w moim kierunku.
Puśćcie mnie. Puśćcie mnie. Puśćcie mnie…
Acaeja podniosła rękę.
– To zbędne. Nie jesteś więźniem. Puść go, Kayeh.
Kobieta zawahała się, po czym skłoniła głowę.
– Tak, Tkaczko.
Pnącza owijające moje ręce i nogi zsunęły się niczym przepędzone węże. Gdy po drodze nacisnęły na moje rany, powstrzymałem grymas bólu. Zagoją się dość szybko. Dotknąłem nadgarstka i śladów na skórze w miejscach oparzeń, gdzie krępowały mnie pnącza. Były dotknięte przez boga, choć nie tak mocno jak łańcuchy w mojej celi.
Obserwowałem kobietę – Kayeh – której oczy lśniły gasnącym blaskiem.
Zdałem sobie sprawę, że to magia Vitarusa. Ale mogłem się założyć, że nie była tylko akolitką. Nawet jeśli była bardzo utalentowana. Była kimś innym.
– Jesteście półbogami – stwierdziłem.
To dlatego przymus nie działał na nich zbyt dobrze. Dlatego ich magia przekraczała wytyczone przeze mnie granice. Dlatego wydawali się kimś więcej niż ludźmi.
– Jest dość sprytny – rzucił starszy mężczyzna do młodszego. Następnie zwrócił się do mnie: – Zgadniesz czyimi?
Przyglądałem mu się przez chwilę – jego zaskakującej, eterycznej gracji, która nie pasowała do reszty jego wyglądu.
– Kajmara – powiedziałem. Bóg sztuki i występów, a jednocześnie iluzji i oszustwa. Następnie zwróciłem się do młodszego mężczyzny: – A ty Ijakai.
To było łatwe. Czarne oczy. Spiczaste uszy. Wilk, który łasił się do jego nóg. Widok tego stworzenia i ręki mężczyzny, która bezmyślnie głaskała jego głowę, wywołały we mnie ukłucie tęsknoty. Luce nie umarła. Czułem to, tak samo jak w przypadku Mische.
Jakie to wygodne, szepnął mi do ucha znajomy, okrutny głos.
